E-book
6.69
drukowana A5
19.25
Tragikomedia naszych czasów

Bezpłatny fragment - Tragikomedia naszych czasów


Objętość:
63 str.
ISBN:
978-83-8440-810-0
E-book
za 6.69
drukowana A5
za 19.25

I

Pusty świat. Świat bez struktur. Świat podporządkowany.

Tonąc w aromatach snu, natknąłem się na jej spojrzenie. Było krótkie, ale jakie wymowne. Pamiętam, jak błękit jej oczu zabarwił mój obraz. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Nie mogłem porzucić tej chwili — dać jej uciec w zapomnienie spowodowane pobudką. Byłem świadomy, że śnię, ale starałem się zgubić ponownie w tej pierwotnej nieświadomości. Przecież musiało to być w pewien sposób wykonalne. Nie mogłem pozwolić własnemu mózgowi wygrać nad sobą. Zdaję sobie sprawę, że działaliśmy jak dwa różne organizmy, ale potrzebowałem kompromisu. Potrzebowałem go jak nigdy dotąd.

Po krótkim epizodzie ze spojrzeniem przyszła pora, aby wpatrywać się w jej gęste brunatne włosy, które chciały być podziwiane. Nie mogłem na niczym innym zawiesić wzroku — nic nie widziałem poza nią. Tło było na tyle niewyraźne, że nie pozwalało mi rozszyfrować jakiegokolwiek kształtu. Zresztą, to już nie było istotne. Liczyła się jej sylwetka, która jak złoto promieniowała przed moim bezsilnym ciałem.

Byłem nieruchomy. Byłem taki sztywny. Starałem się móc z siebie cokolwiek wydusić, ale czułem się zblokowany przez niepojętą siłę. W chwili, gdy ona odwróciła się do mnie plecami, miałem jeszcze silniejszą ochotę, aby móc do niej wypowiedzieć jakiekolwiek słowa. Aby te słowa jak wiatr przepłynęły przez jej skryte za włosami uszy. Aby jej oczy ponownie wpatrzyły się w moje i nic nie powiedzieć — pozostawiając mnie bez odpowiedzi.

Czyżbym się zakochał? A może to tylko podłe zauroczenie? Zazwyczaj w śnie działam jak przeciwieństwo własnego siebie, ale tym razem czułem, że kreacja moich reakcji była jak najbardziej zgodna z tym, co mógłbym zrobić (hipotetycznie) w rzeczywistości. W śnie jestem głośny. W śnie jestem chaotyczny. Poza nim jestem cichy i spokojny. Konfrontując własną postawę ze snu z tymi wszystkimi moimi przylatującymi mi do pamięci, doszedłem do wniosku, że widząc ją, byłem sobą. Nie byłem kimś, kim zawsze gardziłem.

Ale czy ta miłość była tą prawdziwą? Bo czymże była miłość wobec niej, kiedy nie umiałem tego okazać, a zarazem okazywałem to zbyt dosadnie? Ona nie czuła do mnie nic — przynajmniej tak to wywnioskowałem z tego naszego krótkiego spotkania. Ja czułem wszystko — byłem gotowy podążyć za nią jak dziecko w ciemności, gdy ujrzy cząsteczkę wynurzającego się z głębi światła. Ale czy czułem tę miłość szczerze? A może była ona kreacją mojego pragnienia? Przecież nigdy nie zakochałem się tak jak wtedy. No i najważniejsza kwestia: czy mógłbym zakochać się tak bardzo w kimś, kto nie istnieje — kto jest moim wytworem i żył, gdy ja nie byłem zupełnie świadomy? Bo właśnie: czy ten brak zupełnej świadomości może być kontrargumentem dla mojego zachowania? Trudno na to jednoznacznie odpowiedzieć, bazując na tym, że wielu ludzi zakochuje się w sobie jak szaleni (nie oddając się racjonalnemu podejściu do całokształtu sytuacji). Więc gdzie tak naprawdę leży prawda? Czy ona kiedykolwiek wróci? A jeśli wróci, to jaka wtedy będzie? Czy dalej będzie miała takie piękne oczy?

Za dużo pytań, a za mało odpowiedzi. Przecież to było kilka sekund, a sen rozciągnął się na całą noc. Nie potrzebowałem już potem więcej śnić. Potrzebowałem zająć głowę czymś zupełnie innym. Planowałem wciągnąć się w wir pracy — załatać dziury, które wytworzyły moje chaotyczne myśli. Pragnąłem zgasić pragnienie, choć było to trudne.

Po porannej toalecie i niesycącym śniadaniu poszedłem do swojego małego biura, które znajdowało się w oddzielnym pokoju. Wyciągnąłem z szafki plik papierów i włączyłem laptopa. Na zewnątrz kwitł poranek, który dodawał mi chęci do dalszych działań. Co jakiś czas wpatrywałem się przez okno w pusty chodnik i wyobrażałem sobie losowych przechodniów. Było to przyjemne ćwiczenie dla moich oczu, które łączyły świat nierealny z tym realnym. Mózg był malarzem. Oczy płótnem.

Później już tylko siedziałem jak robot. Wpisywałem w tabelki kolejne numerki, które w swojej ciągłej konstrukcji zamieniały się w matematyczne labirynty. Zgubiony w morzu liczb próbowałem znajdywać kolejne drogi, aby dostać się bliżej tego wymaganego rozwiązania, jednakże często dominowała nade mną bezsilność. Tym samym brak litości pikselowych kwiatów doprowadzał mnie do coraz większego gniewu. No ale czemu tak? Czemu tutaj jest tak, a zaraz potem tak? Ale to nie ma sensu — marudziłem sobie pod nosem jak wytrawny analityk. Prawda była taka, że to nie z mojej winy całość nie miała ładu. Ja pełniłem tylko rolę korektora, a zarazem s p r a w o z d a w c y. Moim zadaniem (co jest trochę smutne) było wypatrywanie tych wszystkich nieścisłości, a także tłumaczenie ich i poprawianie.

Oczy — jak zombie — powolnie podążały za kolejnymi znakami, a linijki w coraz wolniejszym tempie przeskakiwały poza kilkunastocalowy ekran laptopa. Nie miałem już sił, aby dalej nad tym siedzieć. Potrzebowałem kawy albo jakiegoś solidnego energetyka. Ale to wymagałoby wyjścia do sklepu — a nie miałem na to zbytnio ochoty. I tak tkwiłem w durnocie chwili. Okrąg był okręgiem, a ja — niemądry — mniemałem, że jest w nim jakaś dziura, dzięki której uda mi się wyjść (tj. podjąć decyzję).

Po pracy ciągle wracałem myślami do niej i do jej gęstych włosów. Z jednej strony miałem już serdecznie dosyć ciągłego przypominania sobie tej kilkusekundowej sceny poza znaną sferą, ale z drugiej strony serce wciąż mnie zmuszało, bym to robił. To znaczy serce jako jakiś wewnętrzny ja, który się w niej zakochał.

Z każdym kolejnym kwadransem coraz bardziej wierzyłem w to, że taki podgatunek miłości jest możliwy. Jak głupi też zacząłem myśleć, że miłość ta zagwarantuje mi długoterminowy spokój. W końcu oddanie się w łaski kogoś, kto nie ucieknie z twojej głowy, a zarazem jest malowany przez ciebie, nie powinno skutkować niepotrzebnymi problemami takimi jak: kłótnie, zdrady itp.

Jednak, co to jest za podejście? Przecież to nie są myśli zdrowego człowieka. To nie jest coś normalnego. W głowie rozmnażał się nieujęty chaos, który dosypywał kolejne bzdury mające odmienić moje podejście do całej sytuacji. Ta rozsądna część mnie niejednokrotnie próbowała wszystko zburzyć i postawić na nowo — dać mi się oczyścić — ale to było awykonalne w starciu z pozostałymi ja. Tak złożony człowiek nie powinien mieć prawa decydować o samym sobie, a jeżeli musiałby, to powinien kogoś wystawić jako przedstawiciela. Przecież słuchanie kilkunastu głosów, które jak pijane paplają niepojęte rzeczy dla mnie, tego czyniącego, był to istny koszmar. Ja — czyniący. Ja — słuchający. Ja — oceniający. Ja — rozsądny. Ja — chaotyczny. Ja — zakochany. Ja — wrażliwy. Ja — strachliwy. Ja — i tak dalej. Każdy ten niedosłowny organizm łączył się w organizację, która powinna przybrać formalny charakter, a nie utrzymywać się na pograniczu absurdu i racjonalizmu.

Tak więc cały wieczór musiałem spędzić z moją przepełnioną wszystkim głową. Bez spokoju. Bez ciszy. To znaczy była cisza wokół (telewizor milczał, ulica milczała, sąsiedzi milczeli), ale moje wnętrze krzyczało jak opętane. Plątałem się jako jedna z tych cząstek i próbowałem uspokajać inne, ale sam nie umiałem być na tyle spokojny, by móc dostatecznie zapanować nad sobą. Jakkolwiek brzmi to już abstrakcyjnie i wymagałoby kolejnych tłumaczeń, to pozwolę pozostawić sobie ten wątek i wrócić do obiektu moich westchnień.

Zbliżała się noc, a z nią zbliżała się myśl, że znowu będzie mi dane ją ujrzeć. Chciałem ją ujrzeć, chociaż wiedziałem, że przyniesie mi to ten sam chaos, który zgotowałem sobie w ciągu dnia. Uczucie jednak było silniejsze. W niekontrolowany sposób obraz z nią jak boomerang powracał mi przed oczy, a ja karmiłem się nim, aby mieć pewność, że to będzie ta myśl, z którą przekroczę granicę świadomości i lekkim krokiem wstąpię w sferę moich marzeń sennych.

Zegar tykał. Tik i tak rozlegały się po pustym mieszkaniu. Cisza rozbrzmiewająca na zewnątrz ukierunkowywała mój słuch w stronę nieodpuszczającego zegara. Przed oczami ciągle te same obrazy. Niech Cię na nowo ujrzę — wzdychałem sobie jak kretyn. Wystarczyło dobrze nauczyć się kontroli snu, a zachowywałem się, jakby całość zależała od czynnika losowego.

W końcu nadszedł ten moment, gdy wkroczyłem w pozaświadomość. Gdybym mógł to opisać — choć, oczywiście, my ludzie nie umiemy pamiętać aż takich szczegółów — to użyłbym tutaj słowa niepostrzeżenie. Kilkadziesiąt minut spędziłem na zamartwianiu się tym, czy w ogóle będzie mi dane tamtej nocy usnąć. Przekładałem się z boku na bok, odwracałem poduszkę, przestawiałem ręce — wszystko, aby móc znaleźć się w tej idealnej pozycji, która odblokuje mi świat marzeń sennych. Paradoks jednak polega na tym, że była potrzebna chwila nieuwagi. Niepotrzebnie wykonywałem te wszystkie rytuały, bo tak naprawdę wystarczyło tylko wyłączyć się (a dokładniej uciec od tego myślami i oddać się upływającemu czasowi). W taki też sposób moje ciało zaczęło mimowolnie przepływać przez granicę. Jak spadające z wysokości piórko byłem coraz bliżej swojego celu, ale musiałem liczyć się z tym, że nie będzie to błyskawiczny proces.

Będąc po drugiej stronie, czułem się już spokojnie — w końcu udało mi się zasnąć. Pamiętam (jak przez mgłę), że znalazłem się przy jakimś posągu anioła na opuszczonym (?) cmentarzu. Trudno było mi udowodnić, że akurat ten cmentarz był opuszczony. Skoro mój mózg podsunął mi taką interpretację, przyjąłem ją bez większych zastrzeżeń.

Panowała melancholijna jesień. Ogolone z liści gałęzie wisiały nad umierającym cmentarzem, tworząc imitację naturalnego dachu. Gdzieniegdzie można było znaleźć stare znicze pamiętające jeszcze czasy świetności. Wspomniany pomnik znajdował się w centralnej części nekropolii. Anioł został wyrzeźbiony w pozycji stojącej. Skierowana ku niebu głowa posiadała pewne ubytki, które (prawdopodobnie) były pozostałością po kwaśnym deszczu. Złamane palce u złożonych dłoni sprawiały wrażenie, jakoby były znakiem błagania, które nigdy nie zostało wysłuchane.

Stałem pod tym pomnikiem, czekając na kogoś, kogo dobrze znałem — kogo potrzebowałem do tej tajemniczej scenerii. Czułem się jak autor sztuki teatralnej — opracowywałem scenę zgodnie z wcześniej przygotowanymi didaskaliami i brakowało mi tylko aktorów, którzy dopełniliby całokształt.

Gdy tak oczekiwałem, nagle zza kamiennych nagrobków wyłoniła się niewyraźna postać. Nie umiejąc jej odczytać, postanowiłem jakkolwiek nie reagować na jej powolny spacer między grobami.

Nie minęła chwila, a obok mnie znalazła się o n a. Wyglądało to tak, jakby się przeteleportowała albo jakbym na chwilę się zupełnie wyłączył. Mimo wszystko, był to jedynie sen, więc nie ma co tutaj mówić o logice w działaniu rzeczywistości. Zaakceptowałem ten fakt, jakby nie było to dla mnie zbytnio zaskakujące.

Tak też oboje staliśmy przy pomniku modlącego się anioła. Staliśmy jak nieznajomi, ale czułem, że byliśmy sobie bardzo bliscy. W końcu mogłem dłużej patrzeć w jej nieruchomą twarz. Wzrok utkwiła na kształtach, które znajdowały się za mną — wiedziałem, że nie byłem na razie w centrum jej uwagi. Wykorzystałem ten moment na baczną analizę jej fizjonomii. Ponownie zakochałem się w błękicie jej nieskazitelnych oczu. Usta, jak tulipanowe łąki utkane na południu Holandii, błyszczały w kontraście z stonowaną barwą bladej skóry. Lekko pokrywające policzki rumieńce (od dręczącego nas zimna) i prostota jej oddychającego nosa — tak naprawdę każdy kawałek krył za sobą swoiste piękno, które można by było opisać zarówno za pomocą zwykłych zdań, jak i mistrzowskiej poezji.

Po jej obserwacji otoczenia przyszła pora, aby wpatrzyć się we mnie. Stałem naprzeciwko jej okrytego płaszczem ciała i wyczekiwałem, aż wypowie jakiekolwiek słowo. Mijały sekundy, a dalej tkwiliśmy w głośnej ciszy, którą próbował zakłócać niespokojny wiatr.

Nie mogłem dłużej trzymać w sobie tych wszystkich emocji. Widziałem, jak z uwagą przygląda się fragmentom mojego ciała, tak jak ja przyglądałem się jej twarzy. Mimo wszystko postanowiłem przerwać tę intymność chwili. Z wnętrza — gdzie pływała krew i pracowały narządy — wydobyły się słowa:

— Pięknie tu.

Wiedziałem dobrze, że było to niepotrzebne. Mogłem zacząć tę rozmowę od czegokolwiek innego, a postanowiłem skupić się na otoczeniu. Zastanawiało mnie, co musiało dziać się w jej mózgu. Jakie procesy myślowe zachodziły w jej głowie, co powodowało, że odpowiadała dopiero po chwili? Ewidentnie potrzebowała czasu — nie chciała się spieszyć. Ceniłem to.

— Pięknie — wypłynęło z jej ust i wpłynęło do moich uszu, które na dobre rozkochały się w barwie jej kojącego głosu.

Zastanawiałem się, jak dobrze potoczyć tę konwersację. W co wbić kilof, aby nie spaść?

— Coś się stało? — wyrwało jej się. Poczułem niedosłowne zbliżenie. Spojrzałem na górujący nad nami pomnik.

— Zamyśliłem się — powiedziałem spokojnie.

— Nad czym?

— Nad chwilą.

Czułem, że nie mówię tego w zgodzie z samym sobą. Jakbym ja w śnie nie chciał działać zgodnie z przyjętą strategią. Zaczynałem się wewnętrznie stresować — A co, jeśli ją spłoszę? Co, jeśli uzna mnie za kogoś niegodnego jej zaufania?

Milczeliśmy z dobrą minutę. Ja — jako obserwator sceny — próbowałem wpływać na siebie samego jak aktora i zrobić cokolwiek, aby uniknąć porażki. Nagle coś we mnie zaiskrzyło — czując, że jest to mimo wszystko skomponowany przeze mnie sen, postanowiłem wydusić z siebie najtrudniejsze dla mnie dotąd słowa:

— Nie zamyśliłem się nad chwilą. Myślałem o tobie.

I spojrzałem w przestrachu na jej błękitne oczy. Próbowałem z nich wyczytać jakiekolwiek emocje, ale było to niemożliwe. Zarówno oczy, jak i cały wyraz twarzy sprawiały wrażenie napisanych w nieznanym mi języku.

Czuwający nad nami anioł dalej miał uniesioną ku niebu głowę. Ja — mały — znajdowałem się w okolicach jego bosych stóp, do których nie dosięgała jego falista szata. Wiedziałem jednak, że mimo swej maleńkości w obliczu majestatu dominującej nade mną rzeźby, jestem na tyle silny, aby nie wycofać się z wypowiedzianych słów i wyznać jej prawdę.

— Odkąd zobaczyłem cię tamtej nocy, gdy staliśmy blisko siebie przez kilka sekund, to nie mogę ciebie wyrzucić z pamięci — zacząłem z udawaną pewnością co do układu wypowiadanych słów.

Ona podniosła prawą brew (czego nie umiałem zinterpretować) i z zaciekawieniem zapytała:

— A czemu chciałeś mnie usunąć z pamięci?

Zamurowało mnie. Czułem się, jakbym prowadził wywiad z maszyną, z którą nie da się wygrać. Czułem, że jestem w tym dialogu skazany na porażkę. A jednak, mimo wątpliwej pozycji, próbowałem brnąć dalej:

— To nie tak, że chciałem usunąć, jako że chciałem się ciebie pozbyć. Po prostu okupowałaś moje myśli, a miałem inne rzeczy na głowie. Musiałem pracować. Nie mogłem od tak przestawić się na to. Rozgościłaś się w mojej głowie.

— I to cię boli?

— Ależ skąd! — wręcz krzyknąłem w przestrachu.

— A jednak powiedziałeś to słowo usunąć.

— Nieumyślnie — próbowałem się wykręcać.

— Rozumiem — i zamilkła, odwracając wzrok w kierunku grobów znajdujących się po jej lewicy.

Starałem się, jak mogłem, wygrać z koszmarem, który już dawno przestał być spokojnym snem.

— Jesteś przepiękna. Masz takie wyjątkowe rysy twarzy, że… — próbowałem na coś wpaść, żeby się znowu nie upokorzyć — nie mogę od nich oderwać oczu.

Zarumieniła się bardziej niż dotąd (interpretowałem to jako dobry znak). Mimo wszystko postanowiłem nie kontynuować swojego wywodu i poczekać, aż może zareaguje. Ona milczała, jednakże jej wzrok ponownie spoczywał na mojej twarzy, a nie na wyniszczonych kamiennych płytach.

Wreszcie jedno z nas musiało przerwać tę nieprzyjemną ciszę. Padło na mnie.

— Wybacz mi.

Ona milczała. Szeroko otworzyła oczy (jakby się przebudziła). Wciąż zastanawiałem się, co siedzi w tej jej małej głowie.

— Nie musisz — szepnęła.

Włos stanął mi dęba. Przez ciało przemknęło nieopisywalne napięcie. Z zawstydzenia zacząłem powolnie drapać się po brodzie, tym samym zakrywając część twarzy.

— Nie musisz — powtórzyła, ale tym razem głośniej i w przyjaznym tonie.

Nie powiedziała jednak nic więcej. Światło, ostre jak z reflektora, oślepiło moje oczy.

Po jego zgaśnięciu znajdowałem się w zupełnie innym miejscu. Już nie było zaniedbanych grobów ani zniszczonego przez naturę posągu modlącego się anioła. Nie było też tych nagich gałęzi chroniących nasze głowy. Jej też nie było. Znajdowałem się pośród niczego. W zupełnej niewiedzy, obserwowałem pustkę, która rozmnażała się z prędkością światła przed moimi zmęczonymi od wcześniejszego blasku oczami.

Usiadłem na ziemi w milczeniu. Próbowałem rozmawiać ze sobą w myślach i wszystko sobie tłumaczyć, ale zaraz potem zrozumiałem, że ten koszmar się skończy. Musiałem się przebudzić. Nie ma na to innego wytłumaczenia — powiedziałem sobie szeptem i czekałem.

Pobudka jednak nie nadchodziła, więc, zrezygnowany, wstałem i udałem się w kierunku niczego. Szedłem przez nic i czułem się jak nic. Tym samym zaczynałem nabywać awersji do samego siebie i do tego, w jaki sposób kreuję swoje marzenia senne. Choć byłem świadomy tego, że tworzyło się to przy braku mojej świadomej ingerencji, to czułem, że gdzieś ten wewnętrzny malarz bazował na moim bezsensie.

Jak głupi szukałem jej wzroku w miejscu, w którym wiedziałem, że go nie znajdę. Błąkałem się, oczekując aż w końcu wybudzi mnie światło słońca, które mimowolnie zacznie wpływać do mojej sypialni.

W pewnym momencie swojej przechadzki usłyszałem niewyraźny szept. A może to był szum? Dziwny dźwięk rozproszył się po moim przewodzie słuchowym. Wzdrygnąłem się i stanąłem w miejscu. Próbowałem nasłuchiwać, ale nic z tego. W tym samym czasie zacząłem odczuwać nad wyraz przeszywający chłód. Co się właściwie dzieje? — ponownie zapytałem siebie, próbując zrozumieć sens. Czyżby mózg chciał mi coś przekazać, a może ona próbowała uwolnić się z miejsca, w którym mój mózg ją zamknął?

Z ciekawości spróbowałem zamknąć oczy. Czułem, że pozwoli mi to odblokować nowy świat, który dałby mi nowe wskazówki. Tak też zamiast widzieć przed sobą pustkę, teraz widziałem wymuszoną ciemność. Nieruchomy stałem i czekałem, aż coś się zmieni. Musiało się w końcu coś stać.

Znikąd znowu dopadł mnie niewyraźny szept. Nic nie mogłem zrozumieć, ale tym razem, dzięki wytężonemu słuchowi, pojąłem, skąd ten dźwięk dobiegał. Otworzyłem oczy, a przede mną znowu ukazała się sceneria, w której przyszło mi rozpocząć swój sen. Znowu ten nieszczęsny pomnik modlącego się anioła. Znowu ona. Stała i w ciszy wpatrywała się w moje roztargnienie. Czułem, że coś się dzieje złego. Nie umiałem jednak znaleźć jakichkolwiek podpowiedzi. Przez głowę przebiegały różne myśli, które formowały absurdalne scenariusze. Mimo wszystko dopuszczałem każdą opcję do analizy, ponieważ, tkwiąc we śnie, nie mogłem pozwolić sobie na prozaiczność. Coś musiało się dziać, jednakże działo się poza sferą mojego rozumienia.

Gdy tak rozwodziłem się nad dziwnością sytuacji, ona nagle szepnęła. To był ten sam szept, który dwukrotnie dobiegł do mych uszu, gdy błąkałem się po pustkowiu:

— Spokojnie.

Odwróciłem się w jej kierunku, ale nie poczułem się komfortowo, patrząc w jej nienaturalnie piękne oczy.

— Za chwilę zniknę. To koniec — powiedziała w najspokojniejszy sposób, w jaki mogła to zrobić.

Jej kojące słowa otuliły mnie niczym ciepły koc, pod którym skrywam się, gdy jest mi zimno.

— Nie rozumiem — stwierdziłem.

— Nie ma co rozumieć. Ja znikam.

Podszedłem do niej powoli. Każdy kolejny krok stawiałem w przemyślany sposób. Nie spuszczałem jej z oczu. Dalej się w nią wpatrywałem. Nie mogłem niczego pojąć. Gubiłem się. Zupełnie się gubiłem — w słowach, czynach, scenerii. Byłem jak dziecko w labiryncie.

Ona nie zrobiła żadnego kroku. Poprawiła lekko zasłaniające jej twarz włosy i powróciła do tej samej pozy, w której ją zastałem.

— Przecież wiesz, że to jest sen. Po co się mną zachwycasz? Ja zniknę. Zapomnisz o mnie. To jest tylko sen — powiedziała, ale tym razem nie było to tak spokojne jak przedtem. Z tonu jej głosu można było wyczuć rozkwitający smutek.

— Nie zapomnę — wypłynęło z moich ust. Ona jednak nie odpowiedziała na to.

— Wiem, co o mnie myślisz. Twoje myśli przede mną nie uciekną. Lecz ja… nie istnieję — z żalem dodała.

— Nie. Nie — nie wiem, czemu przeczyłem.

— Zginę wraz z nastaniem poranka.

— Nie zabiję cię. Wciąż jesteś w mojej głowie. Byłaś wczoraj i jesteś dzisiaj. Umiesz przetrwać.

Lecz ona zamiast się ucieszyć, całkowicie zbladła. W przestrachu przeanalizowała ostatnie moje słowa.

— Tylko że ta kobieta, którą wczoraj rzekomo widziałeś, to nie byłam ja.

I zamilkłem.

Zamilkłem na wieczność wedle czasu uwięzionego w moim śnie. Obudził mnie dźwięk kosiarki. Ktoś postanowił o dziewiątej rano wybrać się na koszenie trawy.

Byłem poddenerwowany, ale nie samym faktem wybudzenia w tak ważnym momencie, a bardziej tym, że zbyt wkręciłem się we własne sny. Przecież ja muszę się ogarnąć. Nie może być tak, że będę tracił zmysły, bo jakaś nieistniejąca kobieta mi powiedziała, że to co, wczoraj widziałem, to nie była ona — mówiłem sobie. To w takim razie kim była ta nowa ona? Gdzie się podziała tamta ona? Czemu była tak do niej podobna?

Na próżno próbowałem znaleźć odpowiedzi, ponieważ wszystko było czystą fikcją.

II

Edmund nie miał już siły, aby dłużej myśleć nad tym, co go spotkało minionej nocy. Z rezygnacją podjął się codziennych czynności, które były swoistym rytuałem w jego nieciekawym życiu. Skorzystał z toalety, zjadł śniadanie, umył zęby i zabrał się do pracy (jak to robił dzień w dzień, nieprzerwanie od ukończenia studiów).

Surfując po plikach przepełnionych liczbami, czuł wreszcie upragniony spokój. Głowa nie była już przeciążona myślami o nieznanej kobiecie. Skupienie pozwalało mu uniezależnić się od chaosu, który dotąd wziął go w swoje sidła.

Po jakimś czasie zaczęły go boleć oczy. Poczuł nieuniknione zmęczenie, które coraz szybciej odbierało mu siły. Do zakończenia pracy pozostało mu uzupełnienie kilkunastowierszowej tabelki, jednakże nie czuł się na tyle trzeźwo, aby móc się do tego zabrać. Z niechęcią wstał od biurka i udał się w kierunku okna, aby skupić swoje zaczerwienione oczy na innym obrazie. Zamiast wpatrywać się w niebieski ekran drogiego laptopa, postanowił poobserwować spacerującą panią z psem. Była to staruszka (zbliżająca się do osiemdziesiątki), za którą człapał równie stary sznaucer. Wykończone życiem nogi uniemożliwiały im swobodny chód. Staruszka z wyraźnym bólem, który malował się na jej zmarszczonej twarzy, próbowała stawiać kolejne kroki (jakby była to jej misja, której poświęcała się z całkowitym oddaniem). Sznaucer zaś dotrzymywał towarzystwa swojej właścicielce, choć widać było, że nie miał na to kompletnie ochoty i marzył o odpoczynku na poduszce w kącie pokoju dziennego.

Wpatrując się tak w międzygatunkową więź, Edmund zaczął ponownie rozważać to, co do tej pory sukcesywnie wymazywał ze swojej głowy. Widok człowieka i psa, którzy, prawdopodobnie, nie rozumieli się w stu procentach, a jednak byli sobie oddani w tej ciężkiej chwili, był dla niego motywujący. Skoro tak doszli do porozumienia i umieją z tym żyć, to czemu ja nie mogę? — zapytał siebie. Wiedział jednak, że w sumie nikt mu nie zabraniał być zauroczonym kobietą z jego snów.

Edmund z lekkim uśmiechem wrócił do biurka, a następnie zaczął szukać wskazówek w Internecie. Z ciekawością, która szybko przerodziła się w fascynację, szukał informacji o tym, jak wpływać na nocne mary. Chciał wiedzieć, czy istnieje sposób, by wykreować sen wedle własnego scenariusza (utworzonego w pełni świadomie) lub przynajmniej wrócić do tego, który został przerwany.

Wkrótce trafił na termin, który brzmiał obiecująco: Technika MILD. Jeden z napotkanych artykułów wyjaśniał, że kluczem nie jest magia, lecz „pamięć prospektywna” — ta sama, która pozwala pamiętać o zrobieniu zakupów w drodze z pracy. Edmund czytał z wypiekami na twarzy o konieczności stworzenia silnej intencji. Musiał zaprogramować swój umysł przed zaśnięciem. — Następnym razem, gdy będę śnił, będę pamiętał, żeby rozpoznać sen — szepnął, testując brzmienie tej mantry.

Metoda wymagała jednak czegoś więcej: wizualizacji. Edmund zamknął na chwilę oczy, próbując przywołać obraz kobiety i scenerię z poprzedniej nocy. Miał zamiar odtwarzać ten moment w głowie tak długo, aż stanie się on pomostem, po którym jego świadomość przejdzie prosto w objęcia snu. Tym samym dążył do tego, aby nie tylko wrócić do przerwanej sceny, ale by tym razem skonfrontować się z nią na własnych warunkach.

Trudno było zrozumieć cel mężczyzny. Czy to samotność go prowadziła do podjęcia tak radykalnych środków? A może to była prawdziwa miłość? W rzeczywistości na to pytanie nawet sam Edmund nie znał odpowiedzi. Zupełny chaos wykreowany w jego głowie stanowił główną barierę pojęcia prawdy.

Podczas dalszego zapoznawania się z informacjami na temat techniki MILD, nagle Edmunda dobiegł dość cichy dźwięk pukania w drzwi. Ktoś do mnie? — zapytał na głos. Zastanawiał się, kto miałby do niego sprawę o takiej porze w taki zwykły dzień. Pukanie nie ustawało (jakby pukającemu niezmiernie zależało na jakiejkolwiek reakcji po drugiej stronie drzwi). Edmund w lekkim przestrachu wszedł do przedsionka i wpatrywał się w lekko wibrujące pod wpływem uderzeń drzwi.

Po chwili mężczyzna wykrzyknął:

— Kto tam?

Jednakże nikt nie odpowiedział. Zaraz po jego pytaniu pukanie ustało. Wyglądało to tak, jakby ktoś się rozmyślił.

Edmund z zainteresowaniem podszedł i odkluczył drzwi. Następnie bardzo wolno zaczął je otwierać, spodziewając się czegoś strasznego — jakby za chwilę coś miało go zaatakować, tak aby w razie czego mógł szybko się obronić.

Za drzwiami nikogo nie było. Głośna cisza osaczyła uszy nasłuchującego mężczyzny. Niepewnie stanął w progu, aby upewnić się, czy nikogo nie ma w pobliżu, jednakże i tutaj nic go nie zaskoczyło. Wszystko sprawiało wrażenie, jakby działo się w głowie Edmunda. Nie wiedział już sam, czy to, co słyszał, to był prawdziwy dźwięk, czy jedynie wytwór jego wyobraźni.

Gdy tak stał i rozmyślał, po wąskim korytarzu rozniósł się sympatyczny głos jednego z sąsiadów Edmunda. Prawdopodobnie zauważył zamyślonego mężczyznę i postanowił wykorzystać okazję, aby się przywitać.

— Dzień dobry, panie Edmundzie.

— Dzień dobry — odparł wytrącony z równowagi mężczyzna.

— Co tak pan stoi na korytarzu? Coś się stało? Mysz pan widział?

— Nie, nie. Ja tak tylko… w sumie to chciałem wyjść na spacer i upewniałem się, czy wszystko wziąłem — skłamał Edmund.

— Aa. Rozumiem — i na chwilę zamilkł sąsiad. — Mam do pana pewną sprawę. Dobrze, że w sumie pana tutaj znalazłem. Słyszałem, że grywał pan w młodości na pianinie, to prawda?

Edmund na chwilę zastygł. Był dość zdziwiony niespodziewanym pytaniem pana Grzegorza (bo tak miał na imię).

— No grywałem — krótko odpowiedział Edmund.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.69
drukowana A5
za 19.25