LESTWA
Dramat romantyczny w 5 aktach, przez Pliniusza Vistulicha (na nowo odkrytego) napisan
Osoby dramatu:
— LESŁAW — bliźniak starszy (o minutę), prawy, rycerski, skłonny do zadumy.
— CZESŁAW — bliźniak młodszy, gwałtowny, szalony, pełen żądzy władzy.
— STAROSTA — ojciec, watażka, który rozdzielił między synów ziemię.
— WISŁAWA — dziewica leśna, ukochana obu braci (nieświadomie).
— WIDMO ŚWIĘTOWITA — duch słowiański, mówiący przez dęby i wichry.
— CHÓR CHOCHLIKÓW — istoty igrające z losem (jak u Słowackiego).
— MAMUNA — czarownica spod zamku, wieszczka.
AKT I
Noc nad Wisłą. Stary, rozłupany piorunem dąb. Po jego obu stronach — dwa wzgórza. Po lewej stronie lasy i mgły; po prawej — wioski i jezioro. Księżyc w pełni, zasłaniany co chwila przez ptaki.
CHÓR CHOCHLIKÓW (niewidzialnych, spod korzeni)
Hej, hej! Dąb rozłupany na dwoje,
Jak sumienie w młodzianowym ciele.
Księżyc patrzy — widzi oczy dwie,
Lecz nie zgadnie, która — ogień, która — ziele.
Hej! Ojciec idzie z mieczem przez mrowisko,
Niesie podział, co zabija blisko.
SCENA 1
Starosta w zbroi bez hełmu, siwy, z twarzą jak wykuta z granitu. Prowadzi za sobą dwóch bliźniaków — Lesława i Czesława. Idą w milczeniu. Stają po dwóch stronach rozłupanego dębu.
STAROSTA (rzuca miecz na ziemię — ten wbija się ostrzem w mech)
Oto ziemia wasza — nie matczyna, lecz żelazna.
Nie pytajcie, czemu nie równo.
Bo równość jest snem głupich, a sprawiedliwość — nożem,
Który nigdy nie leży prosto między dwojgiem.
Ty, Lesławie — starszy o jedno tchnienie matki —
Bierzesz lasy, ciszę, źródła, gdzie woda śpiewa sama do siebie,
I trzecią część stad na wygonach.
Ty, Czesławie — młodszy o jedno uderzenie serca matki —
Bierzesz wioski pod urwiskiem, wiatraki nad jeziorem,
I dwie trzecie stad, boś szybszy do miecza.
Tak chcę. Tak będzie. I nikt nie jęknie.
LESŁAW (patrzy w ziemię, mówi wolno, jakby wydzierał słowa z korzeni)
Ojcze… czy to rozdział — czy to przepaść?
Czy ty nam, bracie, dajesz las dla spokoju,
A jemu — ludzi, by miał nad kim panować?
Nie pytałeś, czego pragniemy.
Ja bym oddał lasy za jedną łąkę przy jego wiosce —
Żeby patrzeć, jak jego wiatr przewraca snopy.
On by oddał stada za jeden mój cień —
Żeby wiedzieć, że jestem.
CZESŁAW (śmieje się krótko, brutalnie, jak szczęknięcie łańcuchem)
Ojciec wie, co robi.
Mnie — oręż, tobie — modlitwę.
Mnie — wrzawę, tobie — senność.
Mnie — ludzi, tobie — drzewa.
I dobrze. Bo gdybym ja miał twoje lasy,
Spaliłbym je z nudów.
A gdybyś ty miał moje wioski,
Pożarłbyś się ze łzami nad każdą krzywdą.
Podchodzi bliżej dębu, kładzie dłoń na rozłamie.
Czujesz, Lesławie? Dąb jeszcze drży od pioruna.
To ojciec przed laty ciął go na pół,
By pokazać, że urodzić bliźnięta —
To przekleństwo. Bo natura nie znosi dwóch jednakich.
LESŁAW
My nie jesteśmy równi. Tyś z płomienia, ja z wody.
Ale woda i ogień — to jedna para,
Która rodzi burzę.
Bez burzy nie ma dębu, bez dębu nie ma podziału.
Ojcze, coś ty zrobił?
STAROSTA (siada na pniu, spuszcza głowę, nagle stary)
Zrobiłem to, co robią ojcowie,
Którzy za długo żyją.
Rozdzieliłem, by nie walczyli przy mnie żywym.
Ale wy będziecie walczyć przy mnie umarłym.
I to jest prawo.
Powstaje, chwieje się.
Pamiętajcie — Światowit w dębie śpi.
Nie budźcie go.
Bo gdy się obudzi, nie rozróżni,
który który.
I zapyta: „Czemu jest dwóch, skoro mógł być jeden?”
Odchodzi w ciemność. Chochliki pod korzeniami szepcą.
CHÓR CHOCHLIKÓW
Dwoje oczu w jednym zwierciadle —
Które zgadnie, że sam siebie zjadło?
Już, już, już — ostrzy się wątpienie,
Zanim padnie pierwsze uderzenie.
SCENA 2
Lesław i Czesław stoją w milczeniu. Każdy po swojej stronie dębu. Mijają się wzrokiem przez szczelinę.
CZESŁAW (podnosząc miecz ojca z mchu, waży go w dłoni)
Lesławie… ty naprawdę byś oddał lasy
Za jedną łąkę przy mojej wiosce?
LESŁAW
Naprawdę.
CZESŁAW
To znaczy, że ty nie chcesz żadnej ziemi.
Ty chcesz tylko patrzeć, jak ja swoją uprawiam.
Jesteś jak cień.
Ja, gdy patrzę na ciebie, widzę swoje plecy.
LESŁAW
A ja, gdy patrzę na ciebie, widzę swój grzbiet.
I dlatego stoimy tyłem do siebie,
Mimo że jesteśmy jedną piersią.
CZESŁAW (rzuca miecz z powrotem w mech)
Gadanie.
Ojciec miał rację — lasy dla ciebie są dobre.
Ty byś na moim miejscu oszalał z gniewu.
A ja na twoim — oszalałbym z ciszy.
Więc podział jest mądry.
Nie nasz — mądry.
Z daleka słychać śpiew. Wchodzi Wisława — włosy rozpuszczone, bosa, z wieńcem z pokrzyw (nie z róż!).
SCENA 3
Wisława zatrzymuje się między braćmi. Patrzy to na jednego, to na drugiego.
WISŁAWA
Ratujcie, panie. Leśny zwierz — nie wilk, nie niedźwiedź,
Ale Zwierz bez imienia —
O świcie wyjdzie z matecznika,
Rozszarpie zagony, powali płoty,
I jeśli książę nie trafi go grotem między oczy —
To jutro nie będzie komu doić krów.
CZESŁAW (chwyta za miecz)
Zwierz bez imienia?
Toż to przesąd dziewczyny, co spała pod dębem.
Ja zabiję każdego zwierza, który ma oczy.
LESŁAW
Zwierz bez imienia…
Słyszałem o nim w podaniach.
To cień tego, kto zabił brata,
Zanim się dowiedział, że ma brata.
Wisławo — widziałaś go?
WISŁAWA (spuszcza oczy)
Widziałam. W kałuży.
Miał twarz. Ale nie wiem czyją.
Mógł być twoją, Lesławie — bo był spokojny.
Mógł być twoją, Czesławie — bo miał zęby wyszczerzone do walki.
A potem kałuża wyschła.
I zwierza nie było.
Ale on przyjdzie o świcie.
Bo wyschła kałuża — to znak, że idzie po ziemi.
CZESŁAW (z pogardą)
Znaki, kałuże, twarze… ty, dziewczyno, nie do lasu, ale do kościoła.
Tam się patrzy na obrazy.
WISŁAWA (nagle podnosi głowę, patrzy prosto na Czesława)
A ty, panie, nie do lasu, ale do jeziora.
Tam się patrzy na siebie w wodzie.
Bo możesz nie pamiętać, jak wyglądasz.
Ja pamiętam.
Masz oczy jak Lesław, tylko przestawione gniewem.
I usta jak Lesław, tylko odwrócone do góry nogami — do śmiechu, który boli.
LESŁAW (cicho)
Wisławo, zostaw go.
WISŁAWA (odwraca się do Lesława)
A ty, Lesławie, masz oczy jak Czesław, tylko przysłonięte łzą,
która nigdy nie spłynie,
bo boisz się, że jak spłynie — to okaże się krwią.
Chwilę ciszy. Słychać wiatr w rozłamie dębu.
CZESŁAW (nagle, zmienionym głosem)
Wisławo… ty kogo z nas wolisz?
WISŁAWA (cofa się, ogania jak przed ogniem)
Nie pytajcie.
Ja nie wiem, gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi.
Nieraz śniłam, że idę do ślubu z Lesławem,
a przy ołtarzu stał Czesław.
I ksiądz mówił: „Oto dwie dusze w jednym ciele” —
a ja myślałam: to nie ciało, tylko kałuża.
Ucieka w głąb lasu. Chochliki wybuchają chichotem spod korzeni.
CHÓR CHOCHLIKÓW
Oj, oj, oj! Rozdzieliła ich kałuża,
A połączy — rana.
Jeszcze śpiewa Wisława, jeszcze,
A już w lesie strzela zawiana.
SCENA 4
Lesław i Czesław zostają sami. Długie milczenie.
CZESŁAW (nagle)
Ona jest piękna.
LESŁAW
Jest jak woda.
CZESŁAW
Ty nie umiesz patrzeć na kobiety.
Ty na nie patrzysz jak na modlitwę.
A ja — jak na wojnę.
I dlatego ja ją zdobędę.
LESŁAW
Nie zdobędziesz. Ona nie jest ziemią.
Ona jest wyborem.
I ona wybierze tego, w kim nie zobaczy cienia brata.
CZESŁAW (chwyta Lesława za ramię — mocno, boleśnie)
A w kim z nas nie ma cienia brata, Lesławie?
W tobie? Ty cały jesteś moim cieniem — łagodniejszym,
Ale bez własnego kształtu.
We mnie? Ja cały jestem twoją krwią — tylko cieplejszą,
Ale bez twojego chłodu.
Jesteśmy skazani na siebie.
I to jest właśnie podział ojca.
Nie ziemi — ale nas.
Puszcza ramię. Lesław masuje je w milczeniu.
LESŁAW
Słuchaj, Czesławie.
Jutro o świcie Wisława powie, kto ma zabić Zwierz bez imienia.
Jeśli wskaże mnie — pójdę ja.
Jeśli wskaże ciebie — pójdziesz ty.
I niech to będzie próba.
CZESŁAW
Próba czego?
LESŁAW
Tego, który z nas jest bardziej sobą,
a nie — tylko połową bliźniaka.
CZESŁAW (śmieje się — pierwszy raz szczerze, prawie łagodnie)
Głupiś, bracie.
Nie ma takiej próby.
Bo jeżeli ty zabijesz Zwierz bez imienia — to ja poczuję,
jakby to moja ręka drgnęła.
A jeżeli ja — to ty nie zaśniesz, bo usłyszysz własny krzyk.
Jesteśmy skazani. Nie na walkę.
Na słuchanie siebie nawzajem.
I to gorsze.
Odwraca się i odchodzi w stronę jeziora. Chochliki podążają za nim niewidzialnym chórem.
CHÓR CHOCHLIKÓW
Idzie, idzie ku wodzie Czesław,
Niesie w piersi brata.
Patrzy w głąb — a tam Lesław
Z jego oczu na niego gada.
Hej, hej! Rozłupany dąb już śni,
Że wyrośnie na dwóch pniach —
Lecz korzeniem jeden.
I tak będzie aż po sądny dzień.
SCENA 5
Lesław sam. Klęka przy rozłamie dębu, przykłada ucho do drewna.
LESŁAW (szeptem, jak modlitwę)
Światowicie, stary bogu w pniu śpiący,
Obudź się na chwilę.
I powiedz mi — czy ja jestem Lesław,
Czy tylko echo Czesława, które nauczyło się mówić łagodnie?
Bo on mówi, że jesteśmy jednym.
Ale ja czuję w sobie dwie ręce.
Jedna chce błogosławić — i to jest moja.
Druga chce uderzyć — i to też jest moja.
Czy to możliwe, że bliźniak to nie brat,
Tylko druga dłoń tego samego ciała?
Głuchy dźwięk z pnia — jak westchnienie dębu.
GŁOS ŚWIĘTOWITA (z głębi drewna, jak spod wody)
Zabiłeś go już.
LESŁAW (zrywa się, blady)
Kogo? Nie zabiłem nikogo.
GŁOS ŚWIĘTOWITA
Jeszcze nie. Ale już.
Czas u mnie nie płynie jak u ciebie.
U mnie bliźniak zabija bliźniaka,
nim się rodzą.
I potem przez całe życie
noszą trupa w swoich oczach.
Ty masz w oczach trupa Czesława.
On ma w oczach trupa Lesława.
I żyjecie tak — dwa pogrzeby, które chodzą i kłócą się o ziemię.
Dąb milknie. Wiatr ucicha. Lesław stoi jak skamieniały.
CHÓR CHOCHLIKÓW (ostatni raz, przeciągle)
Hej, na rozłupanym dębie
świat się kończy i zaczyna.
Kto dziś mówi: „kocham ciebie”,
jutro mówi: „ty — zwierzyna”.
Akt I zasnął w blasku ćmy.
Otwórz, Panie, Akt II — my.
KONIEC AKTU I
AKT II
Biały Bór. Świt. Miejsce, gdzie nie rosną żadne krzewy, tylko białe pnie brzóz — jak kości wbite w ziemię. W środku boru — Dąb Światowita, najstarszy w puszczy. Na pniu wyryte dwa oblicza — jedno zwrócone ku wschodowi, drugie ku zachodowi. Mgła pełza po ziemi jak żywa.
CHÓR CHOCHLIKÓW (siedząc na gałęziach, z nogami zwieszonymi)
Hej, Biały Borze, tyś nie biały —
tyś popiołami zasypany.
Gdzie dwóch braci stanie w parze,
tam się Światowit na straży jarzy.
W lesie wilk nie wyje głodem —
wyje brata własnym rodem.
Hej, już, już, już — nadchodzi godzina,
nim padnie topór — pierwej wina.
SCENA 1
Wisława stoi pod Dębem Światowita, bosa, w białej lnianej szacie. Na głowie wieniec z jemioły (nie z kwiatów). Trzyma w dłoniach dwa kamyki — jeden gładki, drugi ostry.
WISŁAWA (mówi jak przez sen, patrząc na dąb)
Światowicie — ty, co widzisz dwiema twarzami —
jedną w słońce, drugą w ciemność —
powiedz mi: którym z nich mam patrzeć na braci,
aby nie oślepnąć?
Bo gdy patrzę na Lesława — widzę Czesława schowanego pod jego skórą, czekającego.
A gdy patrzę na Czesława — widzę Lesława zamkniętego za jego zębami, milczącego.
Upuszcza kamyki. Gładki stacza się na wschód, ostry — na zachód.
Kto wybierze gładki — będzie miał ciszę.
Kto wybierze ostry — będzie miał prawdę.
Ale ból jest w tym, że nie wiem, który z nich jest który.
Może Lesław nosi ostry pod spokojem.
Może Czesław nosi gładki pod krzykiem.
Z gęstwiny wychodzi Starosta. Jest starszy niż w Akcie I — twarz jak przepalona glina.
STAROSTA (nie patrząc na Wisławę)
Dziewczyno, nie wybieraj dziś.
Bo dziś jeszcze wybór należy do nich.
Jutro — do ciebie.
A pojutrze — do nikogo, bo wybór będzie martwy.
WISŁAWA
A ty, stary panie, czemuś tu przyszedł?
Przecież to ciebie nie ma w próbie.
STAROSTA (siada pod dębem, nagle bardzo ciężko)
Ja jestem w każdej próbie.
To ja urodziłem ich jednym ciałem —
położna musiała ciąć,
by odłączyć Lesława od Czesława.
I od tej pory próbuję zrozumieć,
gdzie kończy się mój syn, a zaczyna mój grzech.
Bo może żaden z nich nie jest oddzielny.
Może ja urodziłem jednego w dwóch osobach,
które wiecznie będą zadawać sobie pytanie:
„Czy to ja cię zraniłem, czy ty mnie?”
Chochliki na gałęziach przestają chichotać. Patrzą w dół poważnie.
CHÓR CHOCHLIKÓW (półgłosem)
Ojciec wie, co ojciec zrobił —
rozerwał bliźnię, nim się połączyło.
Teraz będzie krew przez mchy,
aż póki nie spadną dwa grzechy.
SCENA 2
Wchodzi Lesław. Nie ma miecza. Ma w ręku tylko gałąź jesionu — złamaną, ale jeszcze zieloną. Idzie wolno, jakby każdy krok wybierał.
LESŁAW (do Wisławy)
Wisławo — czy tyś mnie wołała przez sen?
Bo śniło mi się, że stoję przy Dębie Światowita,
a ty mówisz: „Przestań być sobą, bądź bratem”.
I obudziłem się z gałęzią w dłoni.
WISŁAWA (nie podnosząc oczu)
Nie wołałam cię, Lesławie.
Ale we śnie każdy głos należy do wszystkich.
Może to Światowit przez moje usta ci powiedział.
Słuchaj go.
STAROSTA (nie patrząc na syna)
Gdzie twój brat?
LESŁAW
Poszedł nad jezioro. Patrzył się w wodę.
Mówił, że chce zobaczyć swoją twarz bez mojego cienia.
Ale woda zawsze daje odbicie dwójki —
nawet gdy stoi tylko jeden.
Bo jezioro pamięta, że byliśmy razem w jednym łonie matki.
Chwila milczenia. Z daleka słychać tętent. To wbiega Czesław — rozszalały, z mieczem w jednej ręce, z drugiej ścieka mu krew (nie jego?).
SCENA 3
Czesław staje przed Dębem. Oddycha ciężko. Miecz ma obnażony.
CZESŁAW (wybucha)
Byłem nad jeziorem. Patrzyłem.
I nic.
Nie ma mojej twarzy — jest tylko jego twarz patrząca na mnie z wody.
Próbowałem uderzyć mieczem w odbicie —
woda się rozstąpiła, a potem wróciła z moją twarzą,
ale Lesławową.
Czy ty, stary (zwraca się do Starosty), przekląłeś nas?
STAROSTA
Nie przekląłem — urodziłem.
To gorsze.
Klnie się kogoś, kogo się zna.
Rodzi się kogoś, kogo się nie rozpozna
aż do śmierci.
WISŁAWA (cicho)
Czesławie — twoja ręka krwawi.
CZESŁAW (patrzy na swoją dłoń, jakby pierwszy raz ją widział)
To nie moja krew.
To krew zwierza, który stanął mi na drodze.
Miał oczy Lesława.
Zabiłem go.
I teraz nie wiem — czy to była próba, czy już zbrodnia.
Lesław podchodzi do brata. Bierze go za krwawiącą rękę.
LESŁAW
Jaki to był zwierz?
CZESŁAW (wyrywa rękę)
Nie wiem! Mówię ci — miał twoje oczy.
Stał nade mną na dwóch łapach i patrzył tak łagodnie,
że aż mi się zachciało płakać.
I zabiłem go z obrzydzenia.
Bo ja nie umiem patrzeć na łagodność —
zawsze mi się zdaje, że to udawanie.
GŁOS ŚWIĘTOWITA (z dębu, jak spod wieku dębiny)
Czesławie — zabiłeś wilka.
CZESŁAW (opada na kolana, ale nie ze skruchy — z wściekłości)
Wilk?! Wilk nie ma oczu człowieka!
GŁOS ŚWIĘTOWITA
Ten miał.
Bo w Białym Borze każdy zwierz jest cieniem tego,
kogo jeszcze nie zabiłeś,
ale już nosisz w dłoni.
Cisza. Chochliki zeskakują z gałęzi i tańczą wokół Czesława, kręcąc koziołki.
CHÓR CHOCHLIKÓW
Zabił wilka — został wilkiem.
Zabił brata — został wątpiącym.
Zakręć, zakręć, Czesławie, w miejscu,
póki pamięć nie wróci w miejscu,
gdzie topór spadł na ciebie pierwszego,
zanim tyś go podniósł na niego.
SCENA 4
Wisława podnosi z ziemi dwa kamyki — gładki i ostry. Podchodzi do Czesława. Klęka przed nim.
WISŁAWA
Czesławie — spójrz na mnie.
Czy ja też mam oczy Lesława?
CZESŁAW (podnosi głowę, patrzy dziko)
Ty masz oczy, które mnie dzielą.
Widzę w nich — jak bym wyglądał,
gdybym umiał kochać bez gniewu.
I to jest gorsze niż oczy wilka.
WISŁAWA
To weź ten ostry kamyk (wkłada mu w dłoń).
On znaczy prawdę bez litości.
I idź do Białego Boru głębiej.
Tam czeka na ciebie Zwierz bez imienia —
nie wilk, nie niedźwiedź, ale to,
co rodzi się w człowieku,
gdy przestaje być bratem.
CZESŁAW (powstaje, waży kamyk w dłoni)
A ty, Lesławie — dostaniesz gładki.
Bo ty zawsze wybierasz ciszę,
nawet gdy ziemia krzyczy.
Rzuca kamyk pod nogi Lesława. Lesław podnosi go w milczeniu.
LESŁAW
Nie wybieram ciszy.
Wybieram czas, by zrozumieć,
zanim uderzę.
Ale może to ta sama zbrodnia —
tylko powolniejsza.
SCENA 5
Z głębi boru wychodzi Mamuna — stara, zgarbiona, z twarzą pokrytą mchem. Wlecze za sobą sznur z kośćmi ptaków.
MAMUNA (do Czesława)
Chłopcze, który zabiłeś wilka o oczach brata —
przyjdź do mnie po amulet władzy.
Ale wiedz:
co będziesz musiał oddać.
CZESŁAW
Nie potrzebuję amuletu.
Mam miecz i wściekłość.
MAMUNA (śmieje się — dźwięk jak pękanie lodu)
Miecz zabija ciało.
Wściekłość zabija pamięć.
Ale to nie wystarczy, by być jedynym.
By być jedynym — musisz oddać sen,
w którym Lesław jest jeszcze tobą.
Oddasz — a w zamian dostaniesz noc,
w której nie poznasz własnego głosu.
Czesław chwyta ją za ramię.
CZESŁAW
Kłamiesz, stara!
MAMUNA (nie drgnęła)
Sprawdź.
Jutro o świcie wybierzecie się obaj do Białego Boru —
każdy swoją ścieżką.
Ten, kto pierwszy wróci z głową Zwierza bez imienia —
dostanie Wisławę.
A ten, kto wróci z niczym —
dostanie ciszę.
I to będzie twój amulet, Czesławie —
cisza brata, który przestał mówić.
Znika między brzozami. Zostaje tylko sznur ptasich kości na mchu.
CHÓR CHOCHLIKÓW (z nagła powagą)
Stara wie, co mówi —
bo starsza od dębu.
Widziała już dwóch braci
przed wami.
I co z nimi zrobiła?
Nic.
Oni sami zrobili z siebie
jedno ciemne jezioro,
w którym topi się księżyc.
Hej, hej, Biały Borze,
nie bądź biały —
bądź świadkiem,
jak dwie ręce jednego ciała
biorą się za gardła.
SCENA 6
Lesław i Czesław stoją naprzeciw siebie. Między nimi — Dąb Światowita. Starosta odszedł w milczeniu. Wisława przykucnęła pod dębem, twarz zakryła włosami.
CZESŁAW (pierwszy, głosem drżącym z gniewu albo z żalu)
Więc tak — jutro.
Ścieżkami.
Ty swoją, ja swoją.
I niech Światowit rozstrzygnie.
LESŁAW
Czesławie — czy ty naprawdę wierzysz,
że zwierz bez imienia ma głowę,
którą można odciąć i przynieść?
CZESŁAW
Wierzę w to, co mogę zabić.
A ty wierzysz w to, czego nie możesz objąć.
I dlatego ja wygram.
LESŁAW
A jeśli wygraną będzie to,
że stracisz mnie na zawsze?
CZESŁAW (po długiej chwili, ciszej)
To może właśnie na tym polega bycie sobą.
Przestać być bratem.
Odwraca się i odchodzi w głąb boru. Znika między białymi pniami.
CHÓR CHOCHLIKÓW (ostatni raz w tym akcie, bardzo cicho, jakby z oddali)
Idzie Czesław w Biały Bór,
gdzie biały cień na białym pniu.
Nie wie jeszcze, że ten bór
to ogród, w którym zabił się
jeden cień, by drugi mógł
powiedzieć: „Jam jest — tyś nikt”.
Hej, śpij, Lesławie, pod dębem,
nim nadejdzie Akt III z zębem.
SCENA 7
Lesław zostaje pod Dębem z Wisławą. Ona podnosi głowę spod włosów. Ma oczy suche.
LESŁAW
Wisławo — boję się.
WISŁAWA
Czego? Że on zabije zwierza?
Że on zabije ciebie?
LESŁAW
Nie.
Boję się, że jutro rano,
gdy pójdę swoją ścieżką,
nie spotkam żadnego zwierza.
Tylko siebie.
I będę musiał zobaczyć,
czy jestem zdolny do zbrodni,
której nie chcę,
ale może ona jest we mnie
od początku.
WISŁAWA (kładzie rękę na jego dłoni)
Lesławie — to właśnie znaczy być bliźniakiem.
Nosić w sobie dwie zbrodnie:
tę, którą ty popełnisz,
i tę, którą on popełni za ciebie.
I nie wiedzieć, która jest twoja.
Patrzą w Dąb Światowita. Dwie twarze na pniu — jedna w słońce, druga w ciemność — zaczynają powoli mrugać.
GŁOS ŚWIĘTOWITA (ostatni, senny, jakby spod ziemi)
Jutro… próba…
Ale próba nie dla nich.
Dla ciebie, Wisławo.
Zobaczysz, kogo opłaczesz pierwszego.
Ten będzie twoim wybranym.
A drugiego — pogrzebiesz w sobie
i będziesz nosić do śmierci.
Zasłona z mgły opada. Biały Bór gaśnie.
CHÓR CHOCHLIKÓW (niewidzialny, już tylko echo)
Akt II skończył się jak sen,
w którym topór nie spadł jeszcze —
ale już ciąży na ręce.
Akt III przyniesie dzień,
gdzie kamień gładki z ostrym
spadną w tę samą krew.
AKT III
Podzielony zamek nad jeziorem. Zamek ma dwie wieże — jedną białą (strona Lesława), drugą czarną (strona Czesława). Między wieżami — drewniany most wiszący, który nocą się rozsuwa. Dziedziniec porośnięty chwastem. Pośrodku — stare, nieużywane studnia, z której słychać szum wody.
CHÓR CHOCHLIKÓW (siedząc na dachu między dwiema wieżami, bujając nogami)
Hej, zamku podzielony na dwoje,
masz dwa serca, lecz żadne nie bije.
W białej wieży — Lesław śni o ciszy,
w czarnej — Czesław ostrzy nóż i słyszy,
jak przez most wiszący idzie dziewka
z wieńcem z jemioły — ale nie na ślub,
tylko na próbę, która kończy się
zerwaniem mostu i wrzaskiem gołębi.
Hej, już, już, już — księżyc się zacina,
nim nadejdzie porwań godzina.
SCENA 1
Wisława siedzi na kamiennej ławie na dziedzińcu. Przed nią — dwa dzbanki: jeden z mlekiem (biały), drugi z winem (czarny). Nie pije z żadnego. Patrzy w studnię.
WISŁAWA (do siebie, ale głośno)
Gdyby tak skoczyć do studni —
ale woda w niej nie studzi,
tylko powtarza wszystko, co się powiedziało
głośno.
Słyszałam, jak Lesław mówił dziś rano:
„Wisławo, nie wychodź za mąż, bo mąż będzie dzielił to, co ja chcę mieć w całości”.
A potem — jak Czesław krzyczał z czarnej wieży:
„Wisławo, nie wychodź za niego, bo on nie ma rąk, by cię utrzymać — tylko modlitwę”.
Podnosi głos, patrząc w studnię.
Wodo studzienna — powiedz,
która miłość zabija wolniej?
Ta, co patrzy jak na obraz,
czy ta, co patrzy jak na wojnę?
GŁOS ZE STUDNI (chichot — to nie echo, to Chochlik ukryty w ciemności)
Żadna, panienko.
Miłość nie zabija — to zabijanie jest miłością
u tych, którzy nie umieją inaczej.
Hej, hej! Uciekaj, póki most wiszący
jeszcze się nie rozsunął.
Wisława zrywa się. W tej chwili na dziedziniec wchodzi Czesław — bez miecza, ale z powrozem w ręku.
SCENA 2
Czesław idzie prosto do Wisławy. Nie patrzy na nią — patrzy na studnię.
CZESŁAW (głosem nienaturalnie spokojnym)
Wisławo — wstań.
WISŁAWA
Stoję.
CZESŁAW
To dobrze.
Będzie łatwiej.
Zaczyna owijać powróz wokół jej rąk — nie mocno, jeszcze nie.
WISŁAWA (nie cofa się)
Czesławie — co ty robisz?
CZESŁAW (ciągle spokojnie, ale jakby przez zaciśnięte zęby)
Spełniam wyrok.
Światowit powiedział: ten, kto pierwszy wróci z głową Zwierza bez imienia — dostanie ciebie.
Ja wróciłem pierwszy.
WISŁAWA
Nie wróciłeś z żadną głową.
Przyszedłeś z powrozem.
CZESŁAW (nagle, gwałtownie — powróz zaciska się na jej rękach)
Bo Zwierz bez imienia — to ty, Wisławo.
Ciebie trzeba zabić we mnie.
Albo mnie zabrać do ciebie.
Nie wiem jeszcze.
Ale wiem, że nie zostaniesz przy Lesławie.
Bo on by cię pokochał tak, że byś znikła.
A ja cię będę kochał tak, że się wykrwawisz —
ale będziesz widzieć, że jesteś.
Wisława patrzy na niego. Nie płacze.
WISŁAWA
Czesławie — ty nie wiesz, co to miłość.
Ty myślisz, że to ból zadawany ręką.
A to ból zadawany nieobecnością.
I ty mnie już straciłeś —
zanim mnie związałeś.
CZESŁAW (wrzaskiem, nie głosem)
Niech tak będzie!
Niech będę tym, który porywa,
a nie tym, który czeka!
Lesław niech czeka pod dębem,
a ja będę miał ciebie —
nawet jeśli będziesz we mnie pluć.
Ciągnie ją w stronę czarnej wieży. Wisława idzie, nie stawia oporu. Chochliki na dachu śpiewają teraz jak na pogrzebie.
CHÓR CHOCHLIKÓW (powoli, żałośnie)
Idzie dziewka do czarnej wieży,
gdzie na łożu z ostu i wilczej skóry,
czeka pan młody bez oblubienicy —
bo oblubienica jest już w nim,
ale martwa.
Hej, hej, nie śpiewajcie wesela,
tylko pieśń nad studnią,
gdzie topi się woda bez dna.
SCENA 3
Czarna wieża. W środku — łoże z gałęzi, na ścianach wiszą skóry wilków. W kącie — kaplica domowa z krzyżem bez Chrystusa (puste drewno).
Czesław wprowadza Wisławę. Rozwiązuje powróz. Ona siada na ławie, on stoi przy oknie, patrzy na białą wieżę po drugiej stronie mostu.
CZESŁAW (nie odwracając się)
Tam, w białej wieży, Lesław teraz zapala świecę.
Widzę przez okno.
Zapala jedną — dla matki, co nie żyje.
Zapala drugą — dla ojca, co umrze.
Zapala trzecią — dla ciebie.
A ja nie zapalam żadnej.
Ja się palę sam.
WISŁAWA
Czesławie — puść mnie.
CZESŁAW (odwraca się, twarz ma w ogniu księżyca — piękna i straszna)
Nie mogę.
Próbowałem dziś rano.
Wyszedłem na most wiszący,
stanąłem w połowie,
patrzyłem w dół — na jezioro,
i myślałem: skoczę, to nie będę musiał już kochać ani zabijać.
Ale w wodzie zobaczyłem twój obraz —
i obraz Lesława,
i swój własny.
Wszystkie trzy splątane jak korzenie.
I zrozumiałem, że skoczyć — to nie uwolnić.
To jeszcze bardziej splątać.
Podchodzi do niej, klęka. Bierze jej ręce — delikatnie, po raz pierwszy.
Ty jesteś moja, Wisławo.
Nawet jeśli nigdy nie będziesz chciała być.
Jesteś moja, boś jest między nami.
Bez ciebie — my tylko dwaj źli bracia.
Z tobą — jesteśmy jeszcze czymś.
Nawet jeśli tym czymś jest piekło.
WISŁAWA (cicho, ale ostro jak nóż)
Nie jestem niczyja.
Ani twoja, ani Lesława.
Jestem swoja.
I ty mnie nie masz —
ty mnie więzisz.
A więzień to nie żona.
To wróg w twoim domu.
Czesław wstaje. Uśmiecha się — gorzko, prawie łagodnie.
CZESŁAW
Wróg w domu — to już coś.
Lepsze niż cień w oknie.
Zostań więc wrogiem.
Będę cię karmił chlebem, który sam upiekę,
i podlewał winem, które sam wytoczę z gron,
które nie rosną na tej ziemi.
A jeśli będziesz głodna —
oddam ci swoje ramię.
Wisława spluwa na ziemię. Czesław nie reaguje. Wychodzi. Zamyka drzwi na klucz.
CHÓR CHOCHLIKÓW (zza drzwi, jak z oddali)
Zamknął dziewkę w czarnej wieży,
słowem — nie kluczem.
Bo klucz można zgubić,
a słowo — nie.
Hej, śpij, Wisławo, do rana,
nim nadejdzie posłaniec z białej wieży,
z pierścieniem i z krzykiem.
SCENA 4
Biała wieża. Lesław klęczy przed trzema świecami (jak mówił Czesław — jedna za matkę, druga za ojca, trzecia za Wisławę). Na kolanach trzyma pierścień — prosty, srebrny, z wygrawerowanym wizerunkiem dębu.
LESŁAW (modlitwa, ale do kogo? nie wiadomo — może do Światowita, może do nikogo)
Boję się, że gdy zaśnę,
to on przez most przejdzie
i weźmie ją.
Boję się, że gdy nie zaśnę,
to on i tak przejdzie,
bo most sam się rozsunie
na jego rozkaz.
Co mam zrobić, Światowicie?
Dać jej wolność i patrzeć, jak ginie?
Czy dać jej pierścień i patrzeć, jak gaśnie?
Podnosi się. Podchodzi do okna. Widzi okno w czarnej wieży — ciemne (Wisława nie zapaliła światła).
Światło w czarnej wieży zgasło.
Czy to znaczy, że ona śpi,
czy że on ją zamknął w ciemności,
żeby nie widziała, co robi?
Zza drzwi słychać ciche pukanie. Wchodzi Starosta. Jest jeszcze starszy niż w Akcie II — podpiera się kosturem, oczy ma białe jak mleko.
STAROSTA
Synu — idź do niej.
LESŁAW
Jak? Most rozsunięty.
Przez wodę nie przejdę.
STAROSTA (śmieje się cicho, sucho)
Most rozsunięty — dla ciała.
Dla ducha — most zawsze złączony.
Wy jesteście jeden duch w dwóch ciałach.
Gdy ty pomyślisz o niej — on to usłyszy.
Gdy on ją zrani — ty poczujesz.
Idź więc duchem.
Ciało zostaw tu.
Starosta wychodzi. Lesław stoi w oknie, patrzy w ciemność.
LESŁAW (po długiej chwili, szeptem)
Wisławo… jeśli mnie słyszysz…
nie bój się.
On cię nie zabije.
On cię tylko zrani w to miejsce,
w które ja ciebie nie umiem zranić.
I przez tę ranę — ja do ciebie wejdę,
jak przez drzwi, których nie mam.
SCENA 5
Czarna wieża. Czesław wraca z dziedzińca. Niesie w ręku dzbanek z wodą i chleb. Kładzie przed Wisławą.
CZESŁAW
Jedz. Nie jestem głodny.
Ale ty możesz być.
WISŁAWA (nie rusza się)
Czesławie — słyszałeś coś przed chwilą?
CZESŁAW (zastyga)
Słyszałem.
WISŁAWA
Lesław mówił do mnie. Przez wodę.
CZESŁAW (odkłada dzbanek, siada naprzeciw niej, patrzy w podłogę)
Ja też go słyszałem.
Mówił: „Nie bój się”.
I poczułem, jakby mi ktoś serce ścisnął —
ale nie swoją ręką, tylko jego.
To możliwe, Wisławo, że jeden brat czuje ból drugiego brata,
nawet gdy ten brat nie cierpi?
Że cierpienie jest wspólne,
a tylko ciała — rozdzielone?
WISŁAWA
Tak.
To możliwe.
I to jest wasze przekleństwo.
Nie to, że jesteście inni —
ale że nie możecie być osobno.
CZESŁAW (zrywa się, zaczyna chodzić po wieży, nerwowo)
To ja zniszczę to przekleństwo.
Ja zabiję w sobie Lesława.
Nie jego — tylko to, co z niego we mnie.
Zostanie tylko gniew.
Gniew nie czuje.
Gniew tylko uderza.
Chwyta miecz leżący na ławie.
WISŁAWA (pierwszy raz wstaje, podchodzi do niego)
Czesławie — oddaj miecz.
CZESŁAW (odwraca się do niej, miecz uniesiony — nie wie, że podniósł go na nią)
Nie mogę.
Bo jeśli oddam — zostanie tylko miłość,
a ona boli bardziej niż gniew.
W tej chwili — pukanie do drzwi. Trzykrotne. Rytmiczne.
SCENA 6
Czesław otwiera drzwi. W progu staje Posłaniec — młody chłopak w błękitnej szacie (barwy Lesława). W ręku niesie pierścień — ten sam, przed którym klęczał Lesław.
POSŁANIEC (drżącym głosem, bo widzi miecz w ręku Czesława)
Panie Czesławie — pan Lesław przysyła ten pierścień dla pani Wisławy.
Mówi: „Niech wie, że jestem przy niej, choć mnie nie ma”.
CZESŁAW (patrzy na pierścień. Potem na Wisławę. Potem na Posłańca. Długo. Za długo.)
A ty… czy jesteś nim?
POSŁANIEC (nie rozumie)
Kim, panie?
CZESŁAW
Czy jesteś Lesławem w przebraniu?
Czy to próba?
Czy on przysłał siebie, żeby odebrać mi ją spod ręki?
POSŁANIEC (cofa się)
Nie, panie. Jestem tylko sługą.
Daję pierścień i odchodzę.
Wyciąga rękę z pierścieniem. Czesław nie bierze.
CZESŁAW (nagle, cicho)
Powiedz mi… gdybyś ty miał wybrać między mną a nim… kogo byś wybrał?
POSŁANIEC (już prawie przy drzwiach)
Panie — nie wiem.
On daje pierścień.
Pan daje miecz.
Ja wolę pierścień.
Czesław w jednej chwili — bez krzyku, bez uderzenia — wbija miecz w Posłańca. Ten upada na kolana, pierścień toczy się po podłodze, zatrzymuje przy nogach Wisławy.
CZESŁAW (patrząc na konającego, bez wyrazu)
Teraz ty jesteś Lesławem.
Bo umierasz za niego.
A ja jestem tym, który zabija Lesława —
nawet gdy Lesław stoi tam (wskazuje na białą wieżę).
Posłaniec pada twarzą na ziemię. Czesław odwraca się do Wisławy. Ona podnosi pierścień.
WISŁAWA (głosem, który nie drgnął, choć twarz ma biała jak płótno)
Czesławie — od tej pory ty nie jesteś człowiekiem.
Jesteś tylko ręką, która uderza.
I ta ręka nie będzie nigdy trzymać mojej —
bo moja ma teraz krew twojego brata,
choć on nie ten, co leży.
Kładzie pierścień na palec. Czesław patrzy, jakby widział ją po raz pierwszy.
CZESŁAW (szept)
Zabiłem nie jego.
Zabiłem to, co między nami —
nadzieję, że można się rozdzielić bez krwi.
I teraz już wiem — nie można.
Siada przy trupie Posłańca. Głaska go po włosach jak matka.
CZESŁAW (cichutko)
Lesławie… śpij.
Bo ja nie będę spał.
Ja będę śnił na jawie,
że ciebie nie ma.
Ale ty będziesz we mnie,
w każdym uderzeniu serca —
nie jako brat,
jako ten, którego zabiłem,
żeby być sobą.
SCENA 7
Dziedziniec podzielonego zamku. Noc. Wisława stoi przy studni. Ma na palcu pierścień. Z czarnej wieży dochodzi śpiew — to Czesław śpiewa kołysankę nad ciałem Posłańca.
WISŁAWA (do studni, bo do kogo innego?)
Czy ja powinnam go teraz nienawidzić?
Czy może litość jest większa od nienawiści?
Zabił chłopca, który niósł pierścień.
Zabił nie brata — ale braterskie posłanie.
I teraz cały zamek śmierdzi krwią,
a on śpiewa.
Z białej wieży — Lesław wybiega na most wiszący. Most jest rozsunięty, ale Lesław stoi na krawędzi, patrzy na dziedziniec.
LESŁAW (krzyczy przez przepaść)
Wisławo! Czy ty żyjesz?
WISŁAWA (podnosi głowę)
Żyję.
Ale nie wiem, czy chcę.
LESŁAW
Słyszałem krzyk.
Czy to on cię zranił?
WISŁAWA (pokazuje pierścień)
Nie.
To ty mnie zraniłeś —
przez tego, który niósł pierścień.
On zginął za ciebie, Lesławie.
I teraz ja noszę twój dar
we krwi jego dłoni.
Lesław klęka na moście, łamie się w pół.
LESŁAW
Nie wiedziałem.
Myślałem, że pierścień przejdzie
przez most.
Myślałem, że miłość jest bezpieczna.
A ona jest tylko innym mieczem.
Chochliki zlatują się na dziedziniec — stają wokół Wisławy, tworząc krąg.
CHÓR CHOCHLIKÓW (teraz straszni, bez śmiechu)
Oto trzeci akt.
Oto pierwsza krew niewinna.
Oto pierścień na palcu dziewczyny,
a pod nim — palec zmarłego.
Jeszcze nie koniec, jeszcze nie koniec —
ale już czuć, jak pachnie sąd.
Hej, hej, rozsuńcie most,
rozdzielcie wieże,
ale krwi nie rozdzielicie —
ona sama się połączy
w jednym jeziorze bez dna.
SCENA 8
Czesław wychodzi z czarnej wieży. Na rękach ma krew. Nie ociera jej. Podchodzi do Wisławy.
CZESŁAW
Wisławo — jutro weźmiemy ślub.
WISŁAWA (nie patrzy na niego)
Bóg nas nie połączy,
jeśli ty nosisz w sobie trupa,
a ja — pierścień zmarłego posłańca.
CZESŁAW
Nie bóg nas połączy.
Zbrodnia.
Zbrodnia jest silniejsza od Boga,
bo Bóg przebacza,
a zbrodnia nie przebacza nigdy.
I ona nas zwiąże na wieki —
mocniej niż miłość, mocniej niż strach.
Będziemy sobie mówić po nocach:
„Pamiętasz tego chłopca?”
I to będzie naszą modlitwą.
Wisława odwraca się do niego. Patrzą na siebie. Ona podnosi rękę z pierścieniem.
WISŁAWA
Więc dobrze.
Wezmę ślub z tobą.
Ale nie jako żona — jako świadek.
Będę patrzeć na ciebie każdego dnia
i przypominać ci, że nie jesteś sobą.
Że jesteś tylko tym,
który zabił Lesława w posłańcu.
A Lesław tymczasem stoi na moście
i patrzy, jak w nim umieramy oboje.
Czesław próbuje dotknąć jej włosów. Wisława cofa się.
CZESŁAW (opuszczając rękę)
Więc tak.
Więc dobrze.
Niech tak będzie.
Akt III się kończy.
Akt IV przyniesie gody —
gody podzielonego zamku,
gdzie ja będę panem młodym,
ty — panią młodą,
a Lesław — gościem,
który nie wejdzie,
bo go nie zaproszą.
Odwraca się i odchodzi w stronę jeziora. Zmywa krew — ale nie z rąk, tylko z twarzy. Ręce zostawia czerwone.
CHÓR CHOCHLIKÓW (już tylko echo, znikające w wodzie)
Akt III upadł na kamień.
Kamień pękł.
Z pęknięcia wyrosła
czarna róża dla Wisławy,
biały cierń dla Lesława,
a dla Czesława —
cisza, która krzyczy.
Hej, hej, koniec aktu.
Zapalcie świece —
ale nie przed obrazem,
tylko przed studnią,
bo z niej wychodzi
jutro.
AKT IV
Podzielony zamek — dziedziniec. Pośrodku stół weselny zastawiony chlebem solą i miodem. Dwie wieże: biała (Lesława) i czarna (Czesława). Most wiszący nadal rozsunięty — ale rzucono nań deski na jedną noc, by goście mogli przejść. Księżyc w trzeciej kwadrze, jak przepołowione jabłko.
CHÓR CHOCHLIKÓW (siedząc na balustradzie mostu, w kapeluszach z łopianu)
Hej, weselisko w podzielonym zamku —
panna młoda blada jak ta woda,
pan młody jak topór bez rękojeści,
a goście jak cienie, co same siebie
proszą o taniec.
Hej, już, już, już — nie dzwony grają,
tylko studnia jęczy pod dziedzińcem:
„Nie bierzcie ślubu, dzieci,
bo was połączy nie ksiądz,
ale nóż”.
Hej, jedzcie, pijcie, nim obrus spadnie
i odsłoni to, co pod spodem —
zieję bez dna.
SCENA 1
Wisława stoi przed czarną wieżą. Ubrana w białą suknię ślubną, ale z czarnym wiankiem z jemioły na głowie. Ręce ma splecione jak do modlitwy, ale nie modli się. Czesław wychodzi z wieży — przystrojony, ale bez miecza. W ręku trzyma kielich.
CZESŁAW (patrząc na Wisławę, z jakąś dziką dumą i bólem razem)
Wisławo, dziś jest nasz dzień.
Dzień, w którym ja przestaję być zbrodniarzem,
a ty — ofiarą.
Stajemy się jednym — nie ciałem,
ale przysięgą.
Bo przysięga zwiąże to, czego ręka nie mogła dotknąć.
WISŁAWA (nie podnosząc oczu)
Czesławie, ja nie będę powtarzać słów za księdzem.
Bo ksiądz mówi o miłości,
a ty przynosisz krew w kielichu.
CZESŁAW (unosi kielich — w środku wino, ale zbyt ciemne)
To nie krew — to wino z gron,
które rosną na grobach.
Smakuje goryczą — ale po goryczy przychodzi słodycz zapomnienia.
WISŁAWA (pierwszy raz podnosi oczy, patrzy prosto na niego)
Ja nie chcę zapomnieć.
Chcę pamiętać każdego, kto umarł przez ciebie —
bo przez ciebie umarli przez mnie.
Gdybym nie była między wami,
chłopiec z pierścieniem żyłby nadal.
Jestem twoją wspólniczką, Czesławie.
I dlatego wezmę ślub —
ale nie jako żona, jako kajdany.
Czesław drgnie, jakby dostał policzek. Ale nie odpowiada. Bierze jej rękę — nie broni się. Prowadzi w stronę stołu weselnego.
CHÓR CHOCHLIKÓW (już ciszej, jakby z zażenowaniem)
Idą, idą — ona jak śmierć,
on jak kat, który zakochał się w ofierze.
Nie śpiewajcie im pieśni weselnych,
tylko psalmy ciemne,
co się śpiewa przy zgaszonych świecach,
gdy świec nie ma, a płomień jest.
Hej, hej, stół zastawiony —
ale kto przy nim siądzie?
Czy tylko dwie żałoby?
SCENA 2
Na dziedziniec wchodzą goście weselni — ale to nie ludzie. To cienie, które Chochliki udają. Idą sztywno, w maskach z kory brzozowej. Niosą dary: puste dzbanki, wieńce z pokrzyw, kawałki rozbitego lustra.
GOŚCIE (chórem, jak na zawołanie — głosy puste, drewniane)
Przynosimy wam — ciszę.
Przynosimy wam — pustą misę.
Przynosimy wam — kawałek nocy,
kiedy księżyc pękł na pół.
Niech wam się wiedzie w podzielonym łożu,
niech wam się darzy w dzielonej krwi.
Czesław patrzy na nich z rosnącą wściekłością.
CZESŁAW (do Wisławy)
Kazałem zaprosić ludzi — nie cienie.
WISŁAWA (cicho)
To są ludzie, Czesławie.
Tacy, jakich ty zrobiłeś ze wszystkich wokół.
Pustych.
Z maskami.
Boją się patrzeć na ciebie własną twarzą.
CZESŁAW (wyrywa miecz z pochwy — pierwszy raz tego dnia, ale go nie podnosi, tylko opiera na stole)
Niech tańczą!
Niech jedzą!
Niech piją!
I niech patrzą, jak biorę żonę,
która nie chce być wzięta.
Goście-cienie zaczynają powoli, sztywno tańczyć — jak kukły na sznurkach. Chochliki przysiadają na ramionach, szepcząc im do uszu ruchy.
CHÓR CHOCHLIKÓW (śpiewa przy tym tańcu)
Obróć się, cieniu, w lewo i prawo —
nie wiesz, że tańczysz nad własną trumną?
Obróć się, panno, w bieli i czerni —
nie wiesz, że ślubujesz temu,
kto jutro nie będzie miał twarzy?
SCENA 3
Na most wchodzi Lesław. Stoi po swojej stronie — deski rzucone, ale on nie przechodzi. Patrzy na stół weselny. Goście-cienie zamierają w tańcu.
LESŁAW (głośno, przez cały dziedziniec)
Wisławo — czy ty go kochasz?
WISŁAWA (odwraca się w stronę mostu, ale nie podchodzi)
Nie.
LESŁAW
To czemu wychodzisz?
WISŁAWA
Bo on nie może żyć bez mnie,
a ty możesz.
Ty możesz żyć z samotnością —
ono jest twoją narzeczoną od urodzenia.
On nie ma nikogo prócz mnie.
I nawet jeśli mną gardzi,
ja jestem dla niego lustrem,
w którym widzi, że jeszcze istnieje.
Czesław słucha. Jego twarz — skamieniała. Ale ręka na mieczu drży.
LESŁAW (głos łamie się)
Wisławo — ty mnie skazujesz na samotność,
bo on ma większe prawo do nieszczęścia?
To niesprawiedliwe.
WISŁAWA
Miłość nie jest sprawiedliwa, Lesławie.
Miłość jest raną, którą się wybiera.
Ja wybrałam jego ranę —
bo ona krzyczy głośniej.
Twoja rana milczy,
i milczenie jest piękniejsze,
ale nie woła o pomoc.
Lesław klęka na moście. Opiera czoło na deskach.
LESŁAW (szeptem, ale słychać go w ciszy)
Więc tak.
Więc dobrze.
Niech tak będzie.
Bądź jego żoną.
Ja zostanę pustelnikiem we własnej wieży.
Będę zapalał świece za was oboje —
za wasze nieszczęście, które jest większe niż moje.
Podnosi się i odchodzi w głąb białej wieży. Drzwi zamykają się za nim z głuchym łoskotem.
CHÓR CHOCHLIKÓW (bez żartu, prawie smutno)
Odszedł Lesław do białej ciszy,
zostawił wam swój cień na moście.
Teraz będziecie we dwoje —
ale we troje z tym cieniem.
Hej, hej, starczy tańca,
teraz czas na przysięgę,
co się jej nie dotrzymuje,
ale się jej słucha —
jak wyroku.
SCENA 4
Przed stołem weselnym staje Mamuna. Nie była zaproszona. Przyszła spod ziemi — na jej łachmanach widać mech i kości drobnych zwierząt.
MAMUNA (do Czesława)
Przyszedłeś po amulet władzy — pamiętasz?
W Akcie II mówiłam ci:
musisz oddać sen, w którym Lesław jest jeszcze tobą.
Oddałeś go?
Bo widzę, że jeszcze śnisz z otwartymi oczami,
że on stoi przy twoim łożu
i patrzy, jak obejmujesz Wisławę.
CZESŁAW (cofa się)
Nie śnię. On nie istnieje dla mnie.
Jest tylko ścianą, przy której mieszkam.
MAMUNA
Ściana, która oddziela — to wciąż istnieje.
A ty chciałeś, żeby nie było żadnej ściany.
Żebyś był sam.
Jedyny.
Czy jesteś?
Czesław milczy. Mamuna podchodzi do Wisławy.
MAMUNA (do Wisławy)
A ty, dziewczyno — dostałaś gładki kamień od Lesława.
Gładki znaczy ciszę.
Cisza, którą on ci dał — to jego rezygnacja.
Czy czujesz ją na dłoni?
Czy pali?
WISŁAWA (otwiera dłoń — na niej odcisk kamienia, choć kamienia nie ma)
Czuję.
Pali jak lód.
MAMUNA
Bo lód i ogień to jedno —
to pragnienie, które nie może się spełnić.
Wasze małżeństwo będzie lodem i ogniem:
on będzie płonąć, ty będziesz zamarzać,
i nigdy się nie spotkacie w jednej temperaturze.
Mamuna sięga pod stół i wyciąga stamtąd wieniec cierniowy.
To dla pana młodego —
bo pan młody jest jak król bez korony,
który sam sobie wbił ciernie,
żeby wiedzieć, że jest królem.
Kładzie wieniec na głowę Czesława. Czesław nie broni się. Cierń wbija mu się w skroń — płynie krew.
CZESŁAW (nie ocierając krwi)
Nie czuję bólu.
Czy to znaczy, że jestem martwy?
MAMUNA
Nie.
To znaczy, że twój ból przeniósł się na Lesława.
On teraz cierpi za ciebie —
i za siebie, i za was obu.
Jesteście już jednym bólem w dwóch ciałach.
I to jest wasz amulet władzy, Czesławie —
mieć brata, który cierpi za ciebie,
póki nie pęknie.
Znika, jakby wessana w ziemię. Zostaje tylko wieniec cierniowy na głowie Czesława i krew na jego twarzy.
SCENA 5
Goście-cienie odeszli. Została tylko Wisława, Czesław i Chochliki na balustradzie. Stół weselny pusty — chleb stwardniał, miód się zwarzył.
CZESŁAW (ciężko siada na ławie)
Wisławo — czy ty myślisz, że ja chciałem tego?
Tej krwi, tego wieńca, tej przysięgi bez miłości?
WISŁAWA (stoi nieruchomo, patrzy w studnię)
Myślę, że chciałeś władzy.
A władza jest taka —
przychodzi z wieńcem cierniowym,
choć się jej nie prosi o koronę.
CZESŁAW (zrywa wieniec z głowy, cierń zostaje w skroni — nie może go wyjąć)
Nie chciałem władzy nad tobą.
Chciałem, żebyś patrzyła na mnie tak,
jak patrzysz na niego —
z lękiem, ale i z tęsknotą.
WISŁAWA (pierwszy raz odwraca się do niego, mówi łagodniej)
Czesławie — ja patrzę na ciebie z lęku,
ale bez tęsknoty.
Tęsknię tylko do tego,
kim mogłeś być,
zanim stałeś się tym,
kto porywa i zabija.
Czesław opada na kolana przed nią. Nie błaga — po prostu pada.
CZESŁAW (głową na ziemi)
To weź mnie takiego.
Zabójcę.
Porwanego.
Przeklętego przez Mamunę.
Weź mnie, bo jeśli nie weźmiesz ty,
to nikt nie weźmie.
A ja nie chcę być sam —
nawet jeśli mam być z tobą w piekle.
WISŁAWA (po długiej ciszy, nie podnosząc go)
Wstanę z tobą do ślubu, Czesławie.
Ale nie jako żona.
Jako strażniczka twojego sumienia.
Będę ci co noc szeptać imię chłopca z pierścieniem,
żebyś nie zapomniał,
że jesteś człowiekiem,
który zabił człowieka.
A jeśli chcesz piekła —
to ono zaczyna się właśnie tutaj.
Czesław podnosi się. Jest blady jak prześcieradło. Bierze ją za rękę — po raz pierwszy ona nie cofa dłoni.
CZESŁAW (cicho, nie patrząc na nią)
Więc dobrze.
Wejdźmy w piekło.
Razem.
Bo osobno — każdy z nas już w nim był.
Razem może się przyzwyczaimy do ognia.
SCENA 6
Wchodzi Starosta. Nie podpiera się już kosturem — idzie prosto, choć jego oczy są całkiem białe (oślepł).
STAROSTA (głosem jak spod ziemi)
Słyszałem wszystko.
Nie widzę was — ale słyszę.
I mówię wam: to małżeństwo jest grzechem.
Nie dlatego, że on zabił.
Nie dlatego, że ona nie kocha.
Ale dlatego, że bierze ślub dwóch połówek —
każda z was jest połową Lesława.
A połowa nie może wziąć ślubu z połową,
bo to kazirodztwo duszy.
CZESŁAW (wściekle)
Ojcze — nie przeszkadzaj.
To nie twój ślub.
STAROSTA (uśmiecha się — po raz pierwszy w dramacie)
Oj, mój synu.
Wszystkie śluby są moje,
bo to ja was urodziłem w jednym ciele,
a potem kazałem rozciąć.
I teraz patrzę, jak dwie połówki tego samego jabłka
próbują się złączyć — ale nie ze sobą,
tylko z dziewczyną, która jest lustrem.
Nie złączycie się.
Rozbijecie lustro.
I zostaniecie z odłamkami w dłoniach —
każdy inny, każdy krwawiący.
Odwraca się i odchodzi w stronę bramy. Na progu zatrzymuje się.
Jeszcze jedno.
Światowit się obudził.
Słyszałem go w pniu o świcie.
Mówił: „Niech przyjdą do mnie obaj —
Lesław i Czesław.
I niech każda połowa spojrzy na drugą.
Jeśli rozpoznają siebie —
przebaczę.
Jeśli nie —
niech stanie się Lestwa”.
Wychodzi.
CHÓR CHOCHLIKÓW (zrywa się z balustrady, tańczy wokół pary młodej)
Hej, usłyszeliście?
Światowit woła —
nie na gody,
nie na ucztę,
ale na sąd.
Jeszcze jeden akt,
jeszcze jeden taniec,
i albo się złączycie w jednego,
albo rozpadniecie na proch.
Hej, hej, panno młoda,
hej, panie młody,
tańczcie ostatni taniec —
przed wzejściem słońca,
które nie wzejdzie.
SCENA 7
Wisława i Czesław zostają sami na dziedzińcu. Ona siada na ławie. On stoi nad studnią, patrzy w dół.
CZESŁAW (nie odwracając się)
Wisławo — czy ty wierzysz w Światowita?
WISŁAWA
Wierzę w to, co dzieli i łączy.
A on jest podziałem i połączeniem.
Więc wierzę.
CZESŁAW
A jeśli on nas rozdzieli?
Jeśli każe Lesławowi i mnie spojrzeć na siebie —
i zobaczymy, że jesteśmy jednym,
ale tym jednym jest zbrodnia?
WISŁAWA (wstaje, podchodzi do niego, staje obok przy studni)
To będziecie jednym.
Lestwą.
Dwoma w jednym ciele,
które nie będzie ani Lesławem, ani Czesławem.
Tylko cieniem was obu.
Czy chcesz tego?
CZESŁAW (po długiej ciszy)
Nie chcę.
Ale boję się, że nie mam wyboru.
Bo wybór należy do tych, którzy są cali.
A my — jesteśmy tylko pęknięciem,
które udaje dwóch ludzi.
Odwraca się do niej. Bierze jej twarz w dłonie — delikatnie, po raz pierwszy bez przemocy.
Wisławo — jeśli jutro zniknę,
i zamiast mnie będzie Lestwa —
zapamiętaj, że przez tę jedną noc,
przez ten jeden akt IV,
przez tę chwilę przy studni —
byłem sobą.
Czesławem, który nie chce zabijać,
ale nie umie być inaczej.
Wisława nie odpowiada. Tylko kładzie rękę na jego dłoni. Chochliki na balustradzie milkną. Zamykają oczy.
CHÓR CHOCHLIKÓW (szeptem, ostatnim w tym akcie)
Akt IV zamknął się jak księga,
w której zapisano:
„Nie pobrali się — skazali się”.
Akt V przyniesie dąb,
dwa oblicza,
jedną noc,
i pytanie:
„Który z was jest cieniem?”
Hej, śpijcie, dzieci,
rano jest straszne —
bo rano budzi się Światowit,
a On nie lubi spóźnionych.
Światła gasną. Zamek zapada w ciemność. Tylko studnia świeci — bladym odbiciem księżyca.
AKT V