E-book
15.75
drukowana A5
30.61
drukowana A5
Kolorowa
53.52
TOXITY #1

Bezpłatny fragment - TOXITY #1


Objętość:
65 str.
ISBN:
978-83-8467-489-5
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 30.61
drukowana A5
Kolorowa
za 53.52

Od autora

Albo nie zna się Szczecina wcale, albo jest się nim zauroczonym. Nigdy w życiu nie słyszałem o moim mieście opinii innej niż któraś z tych dwóch.

Witajcie w Szczecinie — tym prawdziwym i tym nieprawdziwym.


Trafiliście w miejsce, gdzie ta granica zaciera się tym mocniej, im dłużej czytacie tę książkę. Każda kolejna strona to kolejny krok w głąb miasta, w którym rozpoznacie wszystkich ludzi, o których tu mowa, i jednocześnie nie rozpoznacie nikogo. Zobaczycie miejsca, w których byliście tysiące razy, a jednak nie byliście w nich nigdy. Zrozumiecie, o czym tu napisałem, dopiero gdy zaczniecie czytać.


Nie przepraszam za to, co znajdziecie na kolejnych stronach.


Miasto, o którym piszę, samo nie przeprasza — za rdzę na fasadach, za okna, których nikt nie zabił deską, tylko zostawił otwarte na wiatr, za ludzi, którzy nauczyli się żyć w ciszy, bo krzyk już dawno nikogo tu nie ratował.


To nie jest książka, która szuka winnych.


Winni są wszędzie i nigdzie — w systemie, w przypadku, we własnych rękach bohaterów tych historii. Tak jak bywa we wszystkich prawdziwych miastach, kiedy przestaje się je oglądać z okna szybko jadącego samochodu, a zaczyna patrzeć z bliska: tam, gdzie fasada się kończy, a zaczyna to, co za nią.


Każdy numer TOXITY to kilka różnych historii.

Kilka rodzajów mroku, jeden rodzaj miasta. Bohaterowie, ich imiona, ich twarze, ich winy i żale są prawdziwe — wyjęte z życia, a jednocześnie nieistniejące nigdy poza tymi stronami. Podobnie jak miejsca, w których żyją — możecie uznać, że istnieją naprawdę. Chodziliście może tymi samymi ulicami, nie wiedząc, ile historii, gorszych i lepszych niż te, które przeczytacie, kryje się za oknami, obok których przechodziliście obojętnie.


Nie obiecuję pocieszenia.

Tam, gdzie ono się pojawia, przychodzi bez zapowiedzi — ciężko zarobione, nigdy rozdane za darmo.


Witajcie w mieście, które nazywam Szczecinem, choć wasze miasto — to prawdziwe — być może nazwałoby je inaczej.


Do zobaczenia w kolejnym numerze.

Światło w Skolwinie

Fabryka umierała od czterdziestu lat i nikt się nie spieszył, żeby ją dobić. Stała nad Odrą jak wielkie, wypatroszone zwierzę — hale bez dachów, kominy bez dymu, okna bez szyb, przez które wiatr wchodził i wychodził, jakby był jedynym pracownikiem, jaki tu pozostał.


Grzegorz kupił działkę tuż obok. Nie dlatego, że była tania — choć była — ale dlatego, że nikt inny jej nie chciał. Sąsiedztwo ruin dawnej papierni w Skolwinie odstraszało ludzi skuteczniej niż jakikolwiek płot. Dla niego to nie był problem. To było dokładnie to, czego szukał.


Bo Grzegorz też, w pewnym sensie, był ruiną, kiedy tu przyjechał.


Miał czterdzieści trzy lata i za sobą firmę, która się rozpadła, małżeństwo, które runęło, oraz rok, o którym wolał nie wspominać głośno. Większość z tamtego okresu spędził w miejscach, z których zwykle nie wraca się w jednym kawałku. Wrócił. W kawałkach, ale jednak.


Ziemię kupił z ostatnich pieniędzy, kierując się czymś, czego sam nie potrafił nazwać — może instynktem, może przekorą, a może tym samym uporem, który kiedyś pozwolił mu zbudować biznes, by później patrzeć bezradnie, jak wszystko się wali. Chciał postawić coś od nowa. Warsztat. Miejsce, w którym mógłby robić meble z drewna — tak jak robił je jego dziadek, zanim świat uznał, że lepiej kupować rzeczy gotowe, tańsze, z płyty.


Ludzie z okolicy, widząc go pierwszego dnia, gdy wysiadał z wynajętej furgonetki z paroma skrzynkami narzędzi, patrzyli na niego jak na kogoś, kto nie rozumie, w co się pakuje. Skolwin nie służył nowym początkom. Był miejscem, z którego się uciekało, jeśli tylko miało się dokąd.


Grzegorz nie miał dokąd. I może właśnie dlatego to zadziałało.


Pierwsza zima była najgorsza. Przedwojenna, do połowy zawalona szopa nie nadawała się na nic poza rozbiórką, ale nie mając funduszy na wyburzenie, miał tylko jedną opcję: naprawiać, kawałek po kawałku, tym, co znalazł pod ręką.


Pamiętał tę zimę jako ciąg drobnych, zawziętych czynności. Łatanie dachu folią w oczekiwaniu na blachę. Palenie w prowizorycznym piecyku drewnem zbieranym z pobliskich ruin — deskami, belkami i fragmentami maszyn, które fabryka zostawiła po sobie jak kości. Spanie w śpiworze, w dwóch kurtkach, kiedy termometr pokazywał wartości zmuszające w normalnym życiu do natychmiastowej ucieczki.


Ale nie uciekł. Każdego ranka, budząc się skostniały, z parą buchającą z ust, robił to samo: wstawał, rozpalał ogień i brał się za następny fragment dachu czy ściany. Nie z wiary w sukces, ale z przekonania, że nierobienie niczego było gorsze niż porażka. Porażka przynajmniej stanowiła jakiś punkt odniesienia — a nicość była tylko powrotem do stanu, z którego ledwo wyrwał się rok wcześniej.


Mieszkańcy obserwowali go z dystansu, jak zakłócenie krajobrazu, które mogło okazać się ciekawostką albo ostrzeżeniem. Starsza kobieta z sąsiedniej ulicy, pani Halina, przynosiła mu czasem zupę. Nie dlatego, że go znała, ale widząc dym z komina o dziwnych porach, uznała, że ktoś, kto pali w piecu tak nieregularnie, musi jeść równie nieregularnie.


Nie rozmawiali wiele. Zostawiała słoik na progu, on dziękował skinieniem głowy, czasem krótkim słowem. Z czasem te zdawkowe gesty zmieniły się w rozmowy. Powiedziała mu kiedyś, że pamięta zakład z czasów świetności — kiedy cała dzielnica pachniała papierem i parą, a nie rdzą i wilgocią. Mówiła o tym bez żalu, po prostu jako o fakcie, jak mówi się o kimś, kto umarł dawno temu i kogo już się opłakało.


Grzegorz zaczął rozumieć, że Skolwin wcale nie był martwy. Był tylko cichy — dokładnie tak, jak on sam pozostawał cichy przez ten miniony rok. A cisza nie zawsze oznacza przecież koniec.


Wiosną skończył dach. Latem postawił pierwszy stół warsztatowy, zbity z desek wyciągniętych z ruin — te same elementy, które kiedyś niosły papier, teraz dźwigały jego narzędzia. Czuł podskórnie, że nic tutaj nie ginie bezpowrotnie; po prostu zmienia formę, jeśli ktoś zechce się nad tym pochylić.


Pierwszy mebel — prostą, masywną ławę — sprzedał sąsiadowi za grosze. Bądź co bądź bardziej niż na zarobku zależało mu na tym, by ktoś usiadł na czymś, co powstało w miejscu kojarzonym wyłącznie z rozkładem.


Kolejny sprzedał drożej. I następny. Nie dorobił się majątku — nie to było celem — ale po dwóch latach miał działający warsztat, kilku stałych klientów i coś jeszcze: poranki wolne od tego ciężaru w klatce piersiowej, który towarzyszył mu od dawna.


Fabryka wciąż stała obok — tak samo martwa i wypatroszona. Ale Grzegorz patrzył na nią inaczej niż pierwszego dnia. Nie jak na przestrogę przed upadkiem, lecz jak na materiał. Na to, co zostaje, kiedy coś się kończy, i co można jeszcze wziąć w ręce, obrobić i nadać temu nowy sens.


Czasem wieczorami siadał przed warsztatem z kubkiem herbaty i patrzył na sylwetkę hal na tle zachodzącego słońca — ciężkiego, czerwonego słońca, które nad Skolwinem zachodziło surowo, bez udawania, że to ładniejsze przedmieście. To był wciąż ten sam mrok. Ale w jego środku, w małej, naprawionej szopie, paliło się światło — jedno, skromne, ale własne.


Pani Halina, przechodząc tamtędy zmierzchem, mawiała czasem sąsiadom, że w Skolwinie wreszcie ktoś rozpalił prawdziwy ogień. I mówiła to tonem, jakby chodziło o coś znacznie ważniejszego niż sam warsztat.


Grzegorz nie wierzył, że dzielnice odradzają się całe naraz — jednym gestem czy decyzją urzędników. Wierzył w to, co widział na własnych dłoniach, pokrytych teraz odciskami zamiast drżenia: że odrodzenie nie przychodzi do miejsca z zewnątrz. Przychodzi do jednego człowieka, w jednym punkcie, i dopiero stamtąd — powoli, deska po desce — zaczyna się rozchodzić dalej.


Warsztat działa do dziś. Na szyldzie zbitym z tej samej deski co pierwszy stół nie ma nazwy — jest tylko jedno zdanie wypalone w drewnie:


„Z tego, co zostało, da się jeszcze coś zrobić”.

Stołczyńska cisza

Autobus jechał wolniej, niż Ania pamiętała. A może to ona jechała wolniej niż kiedyś — dwadzieścia lat temu wysiadała na tym przystanku, biegnąc, zawsze biegnąc, jakby dzielnica miała w sobie grawitację, której trzeba było unikać w ruchu, żeby cię nie wciągnęła z powrotem.


Teraz szła. Szła powoli, bo nogi same zwalniały, kiedy mijała kolejne dawniej znajome punkty, które przestały takie być — sklep, w którym kupowało się chleb, zamieniony w coś bez szyldu, z oknami zabitymi deskami; ławka, na której przesiadywała jako nastolatka, teraz pozbawiona jednej deski, jak usta, którym wybito ząb, a nikt się tym nie przejął.


Stołczyn nie zmienił się tak, jak zmieniają się miejsca, które idą do przodu. Zmienił się tak, jak zmienia się człowiek, który przestał o siebie dbać — wciąż ten sam, ale było go jakby mniej. Z każdym rokiem odrobinę mniej.


Szła do domu, w którym umierał jej ojciec.


Wiadomość od siostry przyszła we wtorek, w środku dnia, w środku zebrania, i Ania pamiętała dokładnie to uczucie — jak ciało wie, zanim umysł zdąży w ogóle przeczytać powiadomienie, że to będzie właśnie ta rozmowa. Nie ta o świętach, nie ta o tym, czy przyjedzie na urodziny. Ta.


Tato ma może tydzień. Może mniej. Pytał o ciebie.


Pytał o ciebie. Te trzy słowa niosła teraz w sobie przez całą drogę pociągiem i autobusem, jak coś, co trzeba trzymać w obu rękach, żeby nie wypadło i się nie rozbiło. Nie wiedziała, co z nimi zrobić. Nie wiedziała, czy to była prośba, wyrzut, czy po prostu fakt, podany tak, jak podaje się temperaturę na zewnątrz.


Nie rozmawiali od osiemu lat. Nie w sensie kłótni, trzaśniętych drzwi czy krzyku — z tego łatwiej byłoby się otrząsnąć. Krzyk da się kiedyś wybaczyć, bo jest głośny, a więc szczery. To było gorsze. To było powolne oddalanie się, telefon co pół roku, potem co rok, aż w końcu żadne z nich nie umiało już wykonać pierwszego ruchu, bo cisza między nimi zrobiła się zbyt gęsta, żeby ją przebić czymkolwiek innym niż czymś bardzo ważnym.


I teraz to „bardzo ważne” nadeszło. W najgorszej możliwej formie.


Dom stał tam, gdzie zawsze, między dwoma innymi, równie zmęczonymi budynkami, z tą samą firanką w oknie, którą matka powiesiła jeszcze przed śmiercią, dwanaście lat temu, i której nikt później nie miał serca zdjąć. Ania stała przed drzwiami dłużej, niż powinna. Nie dlatego, że wahała się, czy wejść. Wiedziała, że to zrobi. Ale wejście oznaczało koniec pewnego stanu — stanu, w którym można było jeszcze nic nie czuć, bo nic się jeszcze tak naprawdę nie wydarzyło.


Siostra otworzyła, zanim Ania zdążyła zapukać. Miała tę samą twarz, którą Ania pamiętała z pogrzebu matki — twarz kogoś, kto od dawna funkcjonuje na rezerwowym paliwie i wie, że zaraz i ono się skończy.


— Śpi — powiedziała tylko. To jedno słowo wystarczyło za całą resztę, której żadna z nich nie chciała wypowiadać głośno w progu.


Pokój pachniał inaczej, niż pamiętała. Chorobą, lekami, tym specyficznym, słodkawym zapachem, którego nikt ci nie opisze, dopóki nie poczujesz go sam, przy kimś bliskim. Ojciec wydawał się mniejszy — pamięć zawsze wyolbrzymia ludzi, zwłaszcza tych, których kiedyś się bało, i tych, za którymi się tęskniło. On był i jednym, i drugim, w różnych dekadach tego samego życia.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 30.61
drukowana A5
Kolorowa
za 53.52