drukowana A5
106.53
Tomaszek Przygody

Bezpłatny fragment - Tomaszek Przygody

tom pierwszy


Objętość:
456 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8245-553-3

Tomaszek Przygoda Pierwsza

Część pierwsza

Rozdział Pierwszy

Rok 1864. Sobków. Przez Polskę przetoczyło się powstanie styczniowe. Walki toczyły się również niedaleko Sobkowa. W owym czasie Sobków to nie wieś ani osada. To miasto. Na dworze Sobkowskim raczej rzadko był właściciel. Całym majątkiem, a wówczas już był lekko podupadły, zarządzał posesor. Najemca, czyli zarządca.

Rankiem 12 września 1864 roku przed bramę wjazdową podjechały wozy zaprzężone po cztery konie. Zaczęto walić w bramę zamkniętą na noc. Obudzony sługa przy bramie wyjrzał zza muru i zobaczywszy Polskich powstańców na wozach, otworzył bramę. Następnie pobiegł do zarządcy.

Wozy wjechały, a bramę zamknięto. Po chwili przybiegł i obudzony posesor.

— Co jest mości Panowie? Co wieziecie i czego potrzebujecie? — Odezwał się do pierwszego z brzegu woźnicy.

— Panie gonią nas Ruscy moskale. Całe powstanie upada. Pozostały dwa wozy drogocennych przedmiotów, które miało po sprzedaży iść na wyposażenie powstańców. Teraz wywozimy, aby Ruskim w ręce nie wpadły. Ukryć trzeba.

— Jest takie miejsce, gdzie można to ukryć. — Pokazał ręką i powiedział jeszcze. — Spieszcie się, trzeba tam wnieść i zakopać. Może przy następnym powstaniu się przyda.

Po zasypaniu wozy odjechały w dalszą drogę, aby zmylić pościg. Za dwie godziny podjechała cała kawaleria moskali. Jednak nikt ani im, ani nikomu nie wyjawił tajemnicy. Skarb leżał w zasypanym lochu jeszcze ładnych parę lat. Czekano, kiedy owo dobro mogłoby być w dobrej wierze wykorzystane. Jednak powoli ludzie odchodzili z tego świata, a Polska była pod niewolą zaborcy. W roku 1915, podczas pierwszej wojny światowej prawie cały zespół pałacowy, spłoną i pamięć o skarbie zastała zasypana w ruinach. Już nikt nie żyje i nikt nie pamięta gdzie i czy w ogóle takie coś miało miejsce.

Rozdział Drugi

Tomaszek to dziwne dziecko. Na pewno lubi pluć. Śmieją się rodzice, a on sam się denerwuje, choć to prawda. Ponieważ podczas zabawy z reguły we wszelakiego typu wojny, dużo jest odgłosów strzelania i wybuchów do złudzenia przypominające plucie przez szeleszczenie. To dzieciak mądry, ale ma swoje dziwactwa. W szkole jest grupka chłopaków z klasy, z którymi rusza na odkrycia i przygody.

A więc jest Tomaszek — inteligentny, nieraz wręcz przemądrzały. Krzysztofik — większy i lubiący udowadniać swoją większą siłę, którą z reguły po prostu jest waga. No i Maciętas. Mały, hałaśliwy i uważający się za super gościa.

Po szkole rozchodzą się do domów i walczą z lekcjami zadanymi na pracę domową. Tak by było i teraz, gdyby nie właśnie nowo zadana praca domowa.

— Tato. Wiesz mamy narysować jakieś drzewo. — odzywa się, oderwawszy się od plucia Tomaszek. Po tym, jak po chwilowej przerwie po szkole, ojciec zapytuje się co tam zadane.

— To macie plastykę w szkole? Pierwsze słyszę?

— Nie mamy. To jest jakieś takie o ludziach? Dziadkach? Jakieś genelogiczne.

— Genealogiczne synku. To jest takie o twoich przodkach. To znaczy, kto był przed tobą na świecie i dzięki nim jest cała masa ludzi. Rodzina.

— Czyli o dziadkach. Nudy.

— Ale lekcje przecież musisz odrobić. A tu akurat mogę ci pomóc i pokazać czym tata zajmuje się w wolnych chwilach.

— Dobrze, ale na końcu, jak już inne odrobię, żebym nie usną — i się zaśmiał.

Po trzydziestu minutach cichutko Tomaszek wymyka się z pokoju i szur na dywan do klocków. Tata, siedząc przy komputerze, odwraca głowę i pyta — Co już po lekcjach?

— Nie — i mina na kwintę — jeszcze do lasu po drzewo.

— Jak coś to po drewno. Choć siądź obok i zobacz, o co chodzi w genealogii. — tata, klepną ręką na taboret stojący obok jego fotela.

Syn wstaje i siada na taborecie.

— Zobacz, drzewo genealogiczne można rozumieć dwojako. Właściwie na początek, dlaczego taka nazwa. Dawno temu żyli jacyś twoi przodkowie, np. pradziadkowie. Ich umieszczamy na dole. — tu tata rysuje myszką na ekranie prostokąt.

— Tu wpisalibyśmy imiona pradziadków. Oni mieli dzieci, powiedzmy troje. Od tego prostokąta rysujemy trzy linie rozchodzące się promieniście. Na końcu rysujemy miejsca na imiona ich dzieci, czyli między innymi twój dziadek. — tłumaczy tata.

— Dziadek, poznawszy babcię, ma następnych dwoje dzieci.

— I tu tato jesteś ty?

— No właśnie tak. Jednym z tej dwójki jestem ja, czyli twój tata. Oczywiście dalej rozumiesz, jesteś ty.

— A to stąd nazwa drzewo, tak to wygląda.

— No właśnie, ale można narysować je inaczej. Ja to nazywam szukaniem korzeni. Ty jesteś na górze kartki jak wsadzone w ziemię nasionko, a poniżej są rysowani twoi przodkowie. Więc od ciebie dwie kreski, to rodzice. Następnie od twoich rodziców po dwie kreski, to ich rodzice. No i tak dalej i dalej, bo każdy ma dwoje rodziców.

— Fajne tata. Rzeczywiście to bardziej wygląda jak korzenie, tylko jeszcze nie ma roślinki.

— Tak, ale wyobraź sobie, że od tego miejsca dopisujesz swoją przyszłą żonę i masz dzieci. I zaczyna rosnąć twoje drzewko genealogiczne. Na razie będzie małe, a oprócz tego to też dopiero za ładnych parę lat. Jednak kiedyś za sto, dwieście lat, twoje drzewo będzie dębem Bartkiem.

— No, przyznaję fajne. Znasz może tato jakiegoś ciekawego naszego przodka?

— Wiesz, ciekawy to może znaczyć wszystko. Na przykład nasz jeden z przodków był posesorem w zamku tu u nas. Posesorem, czyli dzierżawcą i zarządcą.

— U to był szycha.

— Na pewno nie był zwykłym chłopem ze wsi. Umiał pisać.

— To dopiero umiejętności posiadał. -śmiech Tomaszka odbił się od monitora, a z drugiej strony poszła pryta. -ups przepraszam.

— Tak to jest rozśmieszyć syna po obiedzie, kiedy brzuszek pełen — tata też się uśmiechną.

— à propos pisania. Kiedyś nie wszyscy ludzie umieli się podpisać. Ksiądz wtedy w aktach kościelnych pisał, że na przykład rodzice nowo narodzonego dziecka pisać nie umieją. A nasz przodek pisał pięknie.

— Tato, a jakiejś historii nie znasz z dawnych czasów. Powiedzmy o zamku?

— Wiesz co, podobno pod zamkiem jest przejście lub jakiś tunel. Za dawnych lat znaleźliśmy z kolegami takie wejście, lecz w tej chwili już jest zakryte.

— Może tato, tam są jakieś skarby? — oczy syna się rozszerzyły.

— Wiesz może i tak, kto to może wiedzieć.

Nazajutrz Tomaszek, idąc do szkoły, nie mógł się skupić nad lekcjami. Siedział w ławce na przerwie i rysował na kartce plan zamku, jaki pamięta ze spacerów. „Muszę się taty spytać, w którym miejscu było to dziwne wejście do podziemi” -pomyślał.

Rozdział Trzeci

Mijały dni, w szkole w ostatnim miesiącu nauki już żadnej. Więc zajęty zabawami i w szkole i w domu, Tomaszek zapomniał o skarbach i tajemnicy. Przyszło lato. Zawsze na początek lata rodzice organizowali Tomaszkowi ognisko na działce. Był piękny letni dzień. Do wieczora jeszcze daleko więc razem z rodzicami idą na spacer, a że działka gdzie miało być ognisko była w kierunku zamku, zdecydowali się iść obejrzeć co nowego po zimie, w owym zamku się pojawiło. Wchodząc przez główną, bramę Tomaszkowi przypomniało się, o co miał się spytać taty już parę tygodni temu.

— Tato, tak mi się przypomniało. Czy pamiętasz, gdzie było wejście do tego dziwnego tunelu?

— Tak oczywiście może jestem stary i bez zębny — tu śmiech taty, choć i mama się uśmiechnęła, ale dostała kuksańca od taty. — ale jeszcze pamięć mam.

— Widzisz tak dokładnie to w tej chwili na wprost od nas. — i pokazał palcem na pagórek przed północno- zachodnią basztą. — ale widzisz, jeszcze było jedno dziwne wejście. Musimy przejść trochę dalej.

Poszli prosto na pagórek przed basztą i skręcili w lewo. Tomaszek cały czas wpatrywał się w owo wzniesienie. Był, prawdę powiedziawszy dziwnie ukształtowany. Zaczynał się nagle, a następnie łagodnie się uspokajał, aż przechodził w prostą drogę prowadzącą do baszty.

— Synek, jak tak będziesz chodził, to sam będziesz sobie dzisiaj czyścił buty -odezwała się mama i pokazała synowi na owe buty.

Syn spojrzał i zobaczył, że wdepną w końską kupę.

— No pięknie — powiedział tata i z uśmiechem zaczął odpychać syna od siebie, udając, że strasznie śmierdzi.

— Tato. To była sucha kupa, nic nie śmierdzi. — syn nie był dłużny tacie w przepychankach, więc jakąś chwilę tak się przepychali. Na koniec tata złapał syna i poczochrał po czuprynie.

— Możesz śmierdzieć i tak będziesz moim kochanym synem. — powiedział tata i z głową syna pod swoją pachą poszli w stronę, w którą poszła mama.

— Wiecie co — odezwała się mama — może zjemy po lodzie w pucharku?

— Fajnie, w końcu jakiś treściwy pomysł od mamy — odpowiedział Tomaszek.

Idąc w kierunku restauracji, nagle odezwał się tata.

— Synu spójrz. — i pokazał zamknięte drzwi pod ruinami pałacu. — tu za młodych lat weszliśmy i widzieliśmy jakiejś przejście.

— Mogę zajrzeć? — podsuną pomysł syn.

— Teraz na drzwiach jest kłódka i najwyżej pocałujesz klamkę.

— Nic nie będę całował. — oburzył się Tomaszek.

— Tak się mówi, jak gdzieś idziesz i nie możesz wejść, bo na przykład jest zamknięte. — powiedziała mama i poszła po lody do restauracji. — kupię lody i wyniosę je na dwór, a wy usiądźcie przy jakimś stoliku.

Syn spojrzał na tatę — tato, ale mogę podejść i zobaczyć?

— Oczywiście tylko nic nie kombinuj przy kłódce.

Tomaszek odszedł w lewo i zszedł lekko w dół, ponieważ wejście było trochę niżej podłoża, jak wejście do piwnicy. Trzy kroki dalej w prawo były drewniane drzwi. Wysokości jakieś 150 cm. Stara klamka i starzej wyglądająca niż drzwi.

— „Widocznie zrobiono je później” — pomyślał Tomaszek.

Następnie spojrzał za rodzicami i jak uznał, że są wystarczająco daleko, wyciągną rękę i dotkną kłódki. Jak na letni dzień chłodna, metalowa, masywna. Poruszał dla upewnienia czy aby nieotwarta. Zadyndała. Chwila nie pewności.

— „Jednak nic z tego. Byłoby za prosto” — pomyślał i machną ręką.

Odwrócił się i zaczął odchodzić. Nagle. „Szczęk”. Usłyszał i się odwrócił. Kłódka wisiała, ale już widać było, że jakoś inaczej. Przechyliła się i wyglądało, że jest otwarta. Tomaszek ruszył w jej kierunku i usłyszał.

— Synu, no chodź? Lody się roztopią. — zobaczył siedzących rodziców i jak tata w wyciągniętej ręce trzyma puchar lodów.

Syn oprzytomniał i zrozumiał. Może lepiej nie ruszać kłódki nawet otwartej. Jest za widno. Za dużo ludzi i oczywiście co powie rodzicom? „Tato idę eksplorować podziemia. Może zginę lub zeżre mnie jakieś licho?”. Trzeba zebrać paczkę swoich kolegów i przyjść tu innym razem.

Po zjedzeniu lub może zlizaniu lodów zeszli niżej w stronę świeżo zrobionego stawu. Po stawie pływały łabędzie tak zwykłe, jak i czarne. Usiedli na ławce znajdującej się przy stawie. Tomaszek chwilę tak siedział, jednak łabędzie łabędziami, ale zamek ciekawszy. Odwrócił się i myślał jak wejść za bramę z grupą odkrywców, aby nikt im nie przeszkadzał. Od strony północnej, to jest tędy, co wchodzili, była brama, jednak na noc zamykana. Od strony wschodniej było wejście. Jednak z tej strony było z reguły zamknięte. Zachodnia część fortalicji była szczelnie zabudowana bez możliwości jakiekolwiek szansy wejścia do środka.

— „No może tylko na skrzydłach łabędzia” -pomyślał Tomaszek.

No i mamy stronę południową. Jest brama, ale jest też płot, oddzielający staw od rzeki. Może samemu ciężko byłoby go sforsować, jednak w trójkę możliwe do wykonania.

Tata zauważył poważnie zamyśloną minę syna i pyta.

— Co tam?

Przez chwilę syn nie zareagował. Rozmyślanie na tak poważnym planem zajęło jego całą uwagę. Tata, szturchną go i Tomaszek mało co nie spadł z ławki.

— Co jest tato?

— Co tak myślisz.

— Zastanawiam się, czy to możliwe, że tu kiedyś normalnie żyli ludzie?

— Gwarantuję, że tak. Świat się szybko zmienia. Teraz pałac wygląda tak. — i wskazał w kierunku ruin. — jednak tak jak widzisz, pod kolumnami są schody. Za moich czasów. To znaczy, jak byłem taki jak ty. Ich tam nie było, a pałac był w rozsypce razem z tymi zabudowaniami dookoła. W tej chwili odrestaurowanymi gdzie jest restauracja na przykład. O i widzisz, przypomniało mi się jeszcze jedno. W miejscu tych schodów było małe zapadlisko. Tam uznaliśmy, że też było wejście do jakichś lochów czy czegoś takiego.

Syn spojrzał na tatę i pokiwał głową.

— Tato, tu wszędzie były jakieś lochy i tunele?

— Wiesz, co ci powiem. Nie wiem. Ostatnio wyczytałem, że przed pałacem była tu inna budowla. Aby wybudować ten pałac, zasypano piwnice, które były tam wcześniej. To jest fakt. Czy było tyle wejść, czy jedno? Nie wiem. Coś tam kiedyś było.

Rozdział Czwarty

Po zjedzeniu lodów i posiedzeniu sobie przy stawie cała trójka postanowiła, że już pora zacząć przygotowania do ogniska. Wstali z ławki i przeszli przez pięknie obsadzony bukszpanami plac przed pałacowymi kolumnami. Tomaszek spojrzał na schody przy kolumnach i pomyślał, że gdzie jak gdzie, ale tutaj to niczego nie znajdą. Nawet jak kiedyś byłoby tu jakieś wejście, w tej chwili gruba warstwa betonu przykryła to szczelnie. Przebiegł się w górę i w dół po schodach. Następnie poszedł za oddalającymi się rodzicami, którzy kierowali się w stronę bramy wyjściowej. Przed wyjściem zobaczył wywieszkę na bramie. Napisane było, że przez tydzień wejście na zamek, jak i restauracja jest zamknięta z powodu wyjazdu właścicieli. Czyli jest szansa na ciche przeszukanie ruin. Trzeba tylko zebrać kolegów i ustalić co i jak.

— „Gorzej, jeśli nie uda mi się ich przekonać do takich działań. Może nawet nie uwierzą w opowieści o jakichś tajnych komnatach”. -pomyślał.

Dochodząc do działki, na której ma być ognisko, zobaczył już z oddali jakieś zamieszanie w pobliżu domku na drzewie.

— Tato pobiegnę zobaczyć co się tam dzieje.

— Oczywiście.

Ruszył pędem po wzniesieniu w stronę domku. Będąc już wystarczająco blisko, zobaczył, że to jego dwaj koledzy kotłują się to jeden to drugi, będąc na górze.

— Hej, co was opętało świry. — krzykną w stronę szamoczących się chłopców.

Zobaczył jednak miny chłopców i przekonał się, że to jakieś wygłupy, a nie walka na poważnie. Jak zwykle łobuzerski Maciętas był na dole, a siedzący na nim w tej chwili Krzysztofik śmiał się, aż trząsł mu się brzuch. Tomaszek zaśmiał się i ruszył na nich. Skoczył na silniejszego z kolegów i udało mu się go przewrócić. Uwolniony Maciętas podniósł się i ruszył na pomoc koledze. Za nim rodzice Tomaszka doszli na miejsce ogniska, Maciętas i ich syn zasiedli na Krzysztofiku i śmiali się do rozpuku.

— Może starczy wygłupów? — powiedziała mama. — Czas rozpalić ognisko.

Ogień płonął. Zrobiło się ciemno i przy ognisku zasiadła trójka kolegów. Rodzice troszkę dalej na ławce zatopili się w rozmowie. Chłopaki po wygłupach przed rozpaleniem ogniska, w końcu mogli spokojnie porozmawiać.

— Wiecie co, słyszałem ciekawą historię. -zaczął Tomaszek.

— Ty i te twoje opowieści. Czego jak czego, ale wyobraźni to ci nigdy nie brakowało. -odezwał się Maciętas.

Krzysztofik położył się na plecach i oglądał gwiazdy.

— Ale posłuchajcie. Dowiedziałem się, że na naszym zamku może być ukryta jakaś stara piwnica. Może lochy. -kontynuował Tomaszek. — Były takie historie, ale i też faktyczne dziwne miejsca opisane mi przez tatę.

— Weź się uspokój — wtrącił Krzysztofik — Maciętas nigdzie nie pójdzie. Jeszcze ktoś by zdemaskował jego odwagę — i parskną śmiechem.

— Oż ty baryło. Chciałbyś mieć taką odwagę, jakiej ja nawet nie mam, nie mówiąc o tej, jaką mam. -krzykną Maciętas i ruszył na Krzysztofika.

— Chłopaki — odezwała się mama. — Może tak spokojniej, a przynajmniej ciszej. Dziękuję.

Maciętas przysiadł na trawie i tylko pogroził koledze.

— Wiecie, jak się boicie, to przecież nie nalegam. -powiedział Tomaszek.

Krzysztofik, sapiąc, podniósł się z pleców i usiadł. Spojrzał na kolegę, potem na Maciętasa.

— Ty koleżko mojej odwagi nie drażnij. Jednak wytłumacz Maciętasowi, żeby zabrał drugie majtki na zmianę. Ja nie będę z nim chodził po lochach, jak będzie się, za nim ciągną smród ufajdanych majtek.

Maciętas zacisną zęby, ale spojrzał na rodziców Tomaszka i wypuścił powietrze z płuc. Spojrzeli po sobie i wybuchnęli śmiechem. Nie znali się od miesiąca czy dwóch. Znali się od przedszkola. Wiedzieli, że to tylko żarty. Tak szamotanina na trawie, jak i pyskówki słowne nic nie znaczyły w ich znajomości. Wiedzieli, że zawsze mogą na sobie polegać. Przynajmniej tak było do tej pory. Do tej przygody, którą mieli zacząć przeżywać już nie długo.

— Mam jedno pytanie. Kiedy to miałoby się odbyć. Chodzi mi o eksplorację ruin. -powiedział jeszcze z uśmiechem na twarzy Krzysztofik. — Przecież tam są ludzie. Tak w dzień, jak jest otwarte, jak i w nocy. Przecież tam mieszkają właściciele.

— Tak jest z reguły. Jednak dzisiaj byliśmy na zamku i na bramie jest kartka z ogłoszeniem, że zamek przez tydzień jest zamknięty. Więc teraz albo nigdy, a przynajmniej teraz może być łatwiej.

Maciętas siedział chwilę cicho. Co u niego to raczej nie jest takie częste. Zastanawiał się. Rozważał. Może myślał o ryzyku odkrycia, że jest odważny tylko w paszczy. Może po prostu myślał, czy to ma jakiś sens. A może myślał o tym, kiedy w końcu będzie rozdana kiełbasa do smażenia na patyku. W końcu odezwał się Krzysztofik.

— Chłopaki ja mówię tak. Spróbujmy. Pójdziemy, rozejrzymy się i ocenimy, co robimy dalej. Ocenimy czy jest w ogóle jakaś możliwość czegoś odkrycia, a przynajmniej przeżycia czegoś ciekawego. Może być?

— Ja jestem za. -powiedział Tomaszek, grzebiąc patykiem w ognisku.

— A ty? Maciętas, nie śpij. Na majtki ci się złożymy a jak nie to chociaż na pampersa.

Maciętas zamyślony siedział wpatrzony w ognisko. Nawet nie drgnęła mu powieka po powiedzeniu o pampersie.

— Dobra. — odezwał się Maciętas, a następnie poderwał się na równe nogi, podniósł rękę do góry i powiedział — Albowiem powiadam wam, tam dowiecie się co znaczy Maciętas.

Rozdział Piąty

O poranku, jak nigdy, Tomaszek wstał z łóżka i poszedł się ubrać. Rodzice jeszcze spali. „Do pracy idą na ósmą, więc jeszcze chwilę poleżą”. Ubrał się, włączył telewizor i czekał, aż mama zrobi śniadanie. Spokojnie musiał poczekać, żeby rodzice wyszli do pracy, wtedy pójdzie do parku, gdzie ma się spotkać z kolegami. Rodzice wstali, wyszykowali się do pracy. Zrobili śniadanie. Tata poszedł odpalić samochód. Mama po zamienieniu paru zdań z synem przy śniadaniu, teraz szybko zebrała się i wychodząc do pracy, odezwała się do syna tylko po to, aby mu życzyć miłego dnia.

— Pamiętaj, że tata jak zwykle przyjedzie około dwunastej. Żebyś był w domu, bo będzie obiad. — przez zamknięte już drzwi krzyknęła mama.

— Wiem, pamiętam. Przecież już mówiliśmy o tym. -odkrzykną Tomaszek.

Samochód zatrzymał się przed furtką. Tata wyszedł zamknąć garaż. Mama w tym czasie doszła już do samochodu i odwróciła głowę w stronę okna, gdzie stał syn i mu pomachała. Syn odmachał. Zobaczył tylko jeszcze, jak tata po zamknięciu garażu wchodząc do samochodu i robi to samo. Tomaszek odwrócił się, włożył buty i pobiegł do parku. Droga na miejsce spotkania przebiegła na rozmyślaniach a miał o czym. W tym małym łebku kotłowało się co i jak zrobić po udanej próbie wejścia do zamku. Przede wszystkim nie zakładał, że takiej trójce jak ich, może nie udać się cokolwiek. Co dopiero to, co zaplanowali na dzisiaj. Przecież musieli tylko wejść, rozejrzeć się i wyjść. Co do dalszych planów, wszystko miało się odbyć w parku po obiedzie.

Krzysztofik i Maciętas już siedzieli na starych oponach i czekali na Tomaszka, gdy go zobaczyli. Zaczęli machać, aby wiedział gdzie iść. Posiadali i teraz mogli pogadać, jak każdy z nich widzi to, co mają dzisiaj robić.

— Ja uważam tak. -odezwał się Krzysztofik. -Pomysł, aby tam iść i się zorientować. W porządku. Co dalej nie jestem pewien. Uważam, że historia twojego taty jest naciągana, ale nawet jeśli tak jest, nie przeszkadza to temu, aby przeżyć przygodę i w tajemnicy pokręcić się po zamku.

— A ty Maciętas? Co myślisz. — Powiedział Tomaszek.

Wspólnie z Krzysztofikiem popatrzyli na kolegę. Zauważyli już wczoraj, że jeśli chodziło o wygłupy w parku lub gdzieś w szkole. Nie było większego prowodyra rozrabiaki niż Maciętas. Jednak pierwszy raz widzieli go w takiej sytuacji. Niewiadomego. Wyglądało to, jakby rozważał dezercję. Przynajmniej zaczęło to tak wyglądać już wczoraj na ognisku. Maciętasa takiego nie znali. Zawsze był tym, co prowokował do ciekawych zajęć, a nie je torpedował.

W końcu odezwał się i Maciętas. — W porządku. Zobaczmy. Tylko tak myślę, że do zamku kawałek drogi. Może by tak coś wziąć do picia.

Pogrzebali po kieszeniach. Te parę złotych co mieli, wyjęli na ławkę. Ocenili, że można kupić trzy Playe i udali się w kierunku sklepu.

Do zamku jest z kilometr, więc po drodze mogli spokojnie się powygłupiać. To się szturchali, to udawali, że jeden drugiego goni, aby mu naprawdę coś zrobić. Po trzydziestu minutach mogli zobaczyć zamek. Przed nim zrobiono drogę prowadzącą w lewo i tak też mogliby pójść, aby zajść zamek z drugiej strony. Właśnie od tej bezpiecznej, mniej widocznej lub wręcz nawet niewidocznej dla ludzi. Ocenili jednak, że dzisiaj będzie lepiej, jeśli zorientują się, jak cała sprawa wygląda, obchodząc go od strony północnej. Czyli od głównej drogi dojazdowej. Chodnik skończył się z prawej strony drogi i musieli przejść na drugą stronę, czyli właściwą, aby dojść do bramy. Przechodząc obok bramy, zobaczyli, że rzeczywiście jest zamknięta a na niej przybita wywieszka o nieobecności właścicieli. Poszli dalej. Wiedzieli nie od dziś, że zamek można obejść z drugiej strony, przechodząc przez parking i kierując się nad rzekę. Parking był pusty. Ujeżdżona dróżka prowadząca do rzeki była zajęta przez stojący samochód przywożący kajaki. Samochód stał pusty. Kierowca gdzieś poszedł, może za potrzebą. Przeszli obok i skręcając w lewo, zobaczyli zamkniętą drugą bramę prowadzącą z zamku do rzeki. Tutaj mur z kamienia się kończył, a w prawo od bramy zaczynał się płot. Pomiędzy płotem a rzeką była droga polna, którą mogli pójść, omijając zamek przed dojściem do bramy głównej. Z drugiej strony płotu właśnie był staw, przy którym wczoraj Tomaszek siedział z rodzicami. Przymierzyli się do płotu. Był za wysoki, aby tak po prostu mogli przejść. Rozglądali się co by wykorzystać do pomocy. Wszędzie pusto. Jednak zobaczyli nadzieję.

— Popatrzcie tam dalej jest drzewo — odezwał się Tomaszek. — Może jest na tyle blisko, że będąc już na nim, przeskoczymy przez płot.

Przeszli kawałek i coś Tomaszka tknęło.

— Wiecie co? Może i da się w ten sposób wejść, ale jak wtedy wyjdziemy?

Zatrzymali się. O tym nie pomyśleli. Byli już na tyle blisko miejsca, gdzie rosło drzewo, że zobaczyli inną ciekawą opcję. W płocie obok drzewa był naderwany u dołu jeden kołek. Tak to wyglądało przynajmniej z tego miejsca.

— Popatrzcie. — Pokazał ręką Maciętas w tym kierunku. — Może tamtędy?

Ruszyli biegiem.

Po paru krokach, jak byli już na miejscu, zobaczyli, że to nie oberwany koniec kołka. To kołek był oderwany na dole od poprzeczki i trzymał się na jednym gwoździu u góry. Z miejsca skąd szli, wyglądało to inaczej. Na miejscu okazało się jeszcze ciekawiej. Płot był z dużych i grubych bali. W dziurę po odchyleniu tego rozluzowanego spokojnie mogli pojedynczo się prześlizgnąć. Spokojnie to może nie tyczyło się wszystkich. Krzysztofik przebrną przez tę próbę z trochę większym trudem niż pozostali dwaj koledzy.

Rozdział Szósty

No i byli w środku. Łabędzie patrzyły się dziwnie na intruzów. Zamek był opustoszały. Cisza i spokój. Na wprost od nich były ruiny z kolumnami, pod którymi były wybetonowane schody.

— Dobra chłopaki. Pod tymi schodami co widzicie, podobno było coś ciekawego. — zaczął Tomaszek — Jednak jak widać nici ze sprawdzenie tej możliwości.

— Nie no nie mów. Przecież możemy zębami skruszyć betony. -zaśmiał się Maciętas. Widać było, że jest trochę speszony byciem w takim miejscu potajemnie.

— Nie rób żartów i zachowujmy się cicho. W końcu jesteśmy tu nieproszeni. — sykną Tomaszek.

Krzysztofik widać było, że jako wychowaniec starszych kuzynów, podchodzi do sprawy na chłodno. Przeszli przez bukszpanowy ogród i zbliżyli się do schodów. Maciętas wbiegł na nie, jak Tomaszek poprzedniego dnia będąc tu z rodzicami.

— „Coś w tych schodach musi takiego być, że ciężko się im oprzeć” -pomyślał Tomaszek.

Razem z trzecim kolegą wspięli się na nie i w trójkę spojrzeli na ruiny. Nagle usłyszeli dziwny dźwięk, dochodzący od bramy głównej. Taki rodzaj szczęknięcia zamku w drzwiach. Może tylko, że większe drzwi to i hałas bardziej donośny. Schowali się za kolumny. Brama się otworzyła. Wiedzieli to po odgłosie skrzypienia. Tomaszek, z bijącym szybciej niż zwykle sercem, wyjrzał zza swojej zasłony. Zobaczył jak starszy pan, kieruje się w stronę stajni.

— Chłopaki cicho, może nas nie zobaczy. — odezwał się Krzysztofik.

Teraz Tomaszkowi skojarzyło się, że w zamku są konie i ktoś je musi oporządzić nawet pod nieobecność właścicieli. Co teraz zrobić. Niby ich za kolumnami nie widać. Jednak jak długo tak można się ukrywać.

Stajenny wszedł do zagrody z końmi i zamknął za sobą wrota. Chłopaki popatrzyli na siebie.

— I co robimy? — Zapytał Tomaszek. — Może trzeba się wycofać?

— Wiecie co, ja głosuje za opuszczeniem tego miejsca. — Odezwał się Maciętas.

— Poczekajmy może chwilę i zobaczymy, ile mu zajmie oporządzanie koni. Jeśli na tyle długo, że nam się znudzi. To następnym razem musimy przyjść po jego wizycie. — Powiedział Krzysztofik.

Tomaszek pokiwał głową. Wiedział, że tak czy siak, początek przygody nie zaczął się najlepiej. Podeszli do niej z marszu, bez przygotowania. Bez obserwacji. Dobrze, że jest jeszcze jeden dzień. Jutro będą mądrzejsi.

Siedli na stopniach. Uznali, że i tak nie będą widoczni po wyjściu stajennego. Siedzieli może już z piętnaście minut. Zerknęli na siebie. Maciętas skończył rysować patykiem tajne znaki na piasku.

— Dobra, powoli jestem za cichutkim wyślizgnięciu się z tej sytuacji. — szepną Tomaszek.

Chłopaki kiwnęli głowami. Wstali i lekko zgarbieni pobiegli do palisady, przez którą weszli. Odcinek drogi między miejscem, gdzie siedzieli, a wyjściem awaryjnym był spory. Szczególnie teraz jak wiedzieli, że będą odkryci. Za bukszpanami ciężko się będzie w razie czego ukryć. Nagle usłyszeli za sobą.

— Hej, a wy tu co robicie.

Tomaszek odwrócił się i zobaczył pana od koni stojącego na schodach przy kolumnach. Teraz chłopaki wiedzieli, że już nie muszą być schyleni. Wyprostowali się i ruszyli z całą możliwą prędkością. Tomaszek na przodzie, ale już Maciętas zaczął go wyprzedzać. Po chwili już był przed nim. Pruł, aż się kurzyło. Tomaszek zerka na jego spodnie. Coś kazało mu sprawdzić jak tam jego majtki. Pruł, jak by był lżejszy od powietrza. Spojrzał na nie, bo jednak biec wprost w takie dziwne zapachy byłoby niezbyt pomagającym czynnikiem. Nie dość, że się za nim kurzyło i to mocno to jeszcze mogło nie najlepiej pachnieć. Krótkie nóżki, ale szybko się poruszające. Maciętas już był przy odchylonej belce. Tomaszek przestał słyszeć za sobą oddech Krzysztofika. Biegnąc, odwrócił głowę. W tym samym momencie kolega wyrżną jak długi. Uniósł się tuman kurzu. Upłynęła mini sekunda a najpierw na czworaka, następnie już stojąc normalnie, Krzysztofik biegł dalej. Człowiek, który ich tak wystraszył, stał dalej na schodach i w najlepsze się śmiał. Nawet nie myślał ich gonić. Chłopaki jednak siłą strachu biegli dalej. Jak Tomaszek był już w połowie przepychania swojego ciała przez dziurę w płocie, dopadł do dziury Krzysztofik i krzykną.

— Szybciej. — Sapał tak, że ciężko go było zrozumieć.

Tomaszek był za płotem. Krzysztofik tuż za nim. Spojrzeli w dziurę. Mężczyzny nie było na schodach, ale za kolumnami widać było, jak się oddala. Szedł do bramy wyjściowej. Chłopaki usiedli i oparli się plecami o drewniane bale. Głośno dyszeli. Zauważyli, że obok nich nie ma Maciętasa. Popatrzyli w lewo, a kolega był już trzydzieści metrów dalej i biegł tak samo szybko, jak przez plac zamkowy.

— Maciętas! — wrzasnęli za nim. — Maciętas stój!.

Kolega zwolnił. W końcu zatrzymał się i odwrócił. Chłopaki pomachali mu. Odmachał i usiadł. Tomaszek z Krzysztofikiem wstali i wolnym krokiem poszli w jego stronę.

— Wiesz co? — zaczął Krzysztofik. — Powiem jedno, szybki jest.

Parsknęli śmiechem. Teraz się śmiali, ale chwilę temu naprawdę się bali. Właściwie nie wiedzieli czego. Przecież by ich nie pozabijał. Najwyżej nakrzyczałby i wygonił, ale teraz, to wszyscy byli mądrzy.

— Chłopaki, ledwo żyję — Odezwał się Maciętas jak doszli do niego koledzy. — Ale przygoda. Jutro nogi będą mnie boleć jak po maratonie. — i się uśmiechną.

Wstał i już w trójkę poszli dalej.

— Wiecie co. Następnym razem musimy się lepiej przyszykować. Nie możemy tak z marszu. — powiedział Tomaszek. — Potrzebny będzie plan działania.

— To my tam pójdziemy jeszcze raz? — Powiedział zdziwiony Maciętas. Miał oczy wielkości pięciozłotówek.

— Musimy zastanowić się co mamy z tym zrobić dalej. -Podsumował Krzysztofik.

— Chłopaki. Nie możemy stchórzyć. Czy pamiętacie lepszą przygodę na początek wakacji?. — Nie odpuszczał Tomaszek. — Może nie udało się, najlepiej jak mogło. Jednak musicie przyznać, że szliśmy tylko zorientować się, co da się zrobić. Chciałem wam przecież tylko pokazać, o co chodzi i mieliśmy zobaczyć czy da się wejść. Wszystko, no może prawie wszystko się udało. Wejść, weszliśmy. Coś widzieliśmy. Może nie wszystko, ale jednak jesteśmy teraz mądrzejsi niż przed wyprawą.

— Weszliśmy. Jednak wyjście było spektakularne. — wtrącił się Krzysztofik i zaśmiali się wszyscy. — Na pewno to będziemy długo pamiętać.

— Chłopaki. Ja jestem za tym, aby jutrzejszy dzień, spędzić na normalnych rzeczach, takie, jakie się ma w wakacje. — powiedział Maciętas. — Jak będzie ciepło, spotkajmy się w parku i porozmawiamy co dalej. Jak nogi mi pozwolą, to przyjdę.

— Raczej jak znajdziesz nowe majtasy — powiedział swoje trzy grosze Krzysztofik.

— Bardzo śmieszne. A zresztą zaglądałem, są czyste. Choć sam jestem zaskoczony.

Cała droga powrotna upłynęła na śmiechach i przeżywaniu tego, jak każdy z nich zapamiętał ucieczkę.

Rozdział Siódmy

Tomaszek wieczorem siedział jak zwykle u siebie w pokoju. Zajmował się „pluciem”, jak to nazywał tata. Rodzice byli zajęci swoimi sprawami. Mama jak zwykle robiła coś w kuchni, a tata siedział przy komputerze i klepał na klawiaturze. Stwierdzenie wklepywał, utkwiło synowi już jakiś czas temu, jako określenie zajęcia taty. Tata siedział tak z reguły parę dni w tygodniu. Właściwie w większość wieczorów słyszał klikanie w klawiaturę. Tomaszek pamięta, że tak już jest parę lat. Odkąd tata zainteresował się genealogią, całymi godzinami przesiadywał i wklepywał dane osób, tak z najbliższej rodziny, jak i dalszej. Syn na chwilę przestał się bawić i wytężył słuch. Tak, tata palcuje klawiaturę.

— „Może by tak dowiedzieć się czegoś więcej?”” — pomyślał Tomaszek.

W tej chwili, jak by tata usłyszał myśli syna.

— Tomaszek, jak masz chwilę, to podejdź. Pokażę ci coś ciekawego.

Tomaszek, się uśmiechną. Więź z tatą musiała być spora, skoro słyszą swoje myśli. Wstał i wyszedł z pokoju. Przechodząc przez korytarz, zobaczył, jak mama robi kolację i podszedł do taty siedzącego w pokoju przy komputerze.

— Co tam? -odezwał się do taty

— Zobacz, znalazłem coś ciekawego. -Tu tata wskazał palcem na monitor. — Zobacz, robiąc zdjęcia księgom parafialnym, zapomniałem, że zrobiłem parę zdjęć jakimś starym papierom u księdza. Tutaj jest jakaś notatka o ucieczce wozów z zapasami po powstaniu. Napisane jest, że wozy wjechały do pałacu tuż przed przybyciem wojsk carskich. Później wieść o nich zaginęła.

Tomaszek zrobił wielkie oczy — To znaczy tato, że tam może być skarb?

— To świadczy tylko o tym, że takie zdarzenie miało miejsce. Nic nie pisze o żadnych skarbach. Jednak widzisz. Coś pewnie wieźli ważnego, skoro uciekali przed zaborcami.

— Tato, przypomniało mi się, co miałem się ciebie zapytać -wtrącił się Tomaszek -Widzisz tato, wszyscy mówią, że u nas na wsi jest zamek. Ty mówisz pałac. Jak to jest?

— Tomaszek, to jest tak. W Sobkowie nigdy nie było zamku. Zamek to jest z reguły rycerski. U nas nie było żadnych rycerzy. W Sobkowie a właściwie we wsi Nida Sobkowska był pałac. Od razu odpowiem, bo widzę po minie, że będzie pytanie. Nida Sobkowska to nazwa właśnie zabudowań pałacowych z zabudowaniami rolników wokoło pałacu. Kiedyś przeprawa przez Nidę, naszą rzekę była właśnie przy pałacu i tutaj prowadziła główna droga. Wiesz, jak teraz wygląda tak zwany zamek. To są odrestaurowane budynki otaczające i ogradzające najważniejszą budowlę. Właśnie ten pałac. Pałac to w tej chwili ruiny na środku placu pomiędzy właśnie zabudowaniami, w których jest restauracja, pokoje do wynajęcia i na przykład stajnia.

Tomaszek kiwną głową, zgadzając się z tatą a właściwie z zarysowanym przez niego wyglądem zamko-pałacu. Oprócz tego teraz też dobrze kojarzył stajnie.

— Jeszcze jedno — kończył tata — Pałac stoi w miejscu, gdzie kiedyś stała inna zabudowa właścicieli. Jak właściciele byli majętniejsi i bardziej znaczący. Zechcieli tę swoją przynależność, do ludzi bogatszych zaznaczyć budując pałac, a właściwie zespół pałacowy. Najpierw podobno zasypano piwnice, które tam były, a potem powstała właśnie ta budowla z kolumnami. Według mnie, jeśli pod pałacem znajdowałyby się jeszcze jakieś piwnice, to w nich najwyżej będzie coś z życia gospodarczego. Czyli coś, co trzyma się w piwnicy. Choć wiesz, że to tylko, tylko przypuszczenia i wyobrażenia.

— Tato, przypomnij mi, kto tam był z naszej rodziny.

— Synku, tam pracował nasz prapradziadek. Wydzierżawił zabudowania od właścicieli i zarządzał nimi.

— Czyli jak by pomyśleć, powinien wiedzieć, jak coś wjeżdża czy wyjeżdża z pałacu? -podpytywał syn.

— Raczej tak. No, chyba że by go akurat nie było na miejscu. -Odpowiedział tata.

Syn wstał i poszedł do swojego pokoju. Zabawa mu troszkę wywietrzała z głowy. Rozmyślał czy to może być możliwe, że tam coś jest.

Rozdział Ósmy

Następnego dnia jak się umówił z kolegami, tak zrobił. Poszedł do parku, ale inaczej niż zwykle. To znaczy niezwykłą najkrótszą drogą. Postanowił przejść się dookoła, przechodząc przez cmentarz. Pomyślał, że może znajdzie tak grób swojego pradziadka, tego pracującego w zamku, znaczy się w pałacu. Od jego domu do cmentarza było blisko. Musiał iść tylko na początku w przeciwną stronę niż normalnie kierując się do parku. Następnie trzeba skręcić na krzyżówce w lewo i prosto drogą na cmentarz. Przypomniało mu się, że idąc tędy, musi przejść obok cmentarza żydowskiego. Od małego go interesował. Chodził tu kiedyś często. Tata parę lat temu robił zdjęcia starym nagrobkom. Były inne niż nasze. Wyglądały jak wbite kamienne płyty, u góry niektóre zaokrąglone. Ciekawiły go, ponieważ tata pokazywał mu jakieś dziwne wyryte rysunki na nich. Opowiadał przy tym różne historie z jego dzieciństwa. Opowiadał między innymi, że kiedyś uważał, że w miejscu nagrobku z wyrytymi dwoma dłońmi i książkami musiał być skarb. Przypomniało się Tomaszkowi, jak z wypiekami na twarzy słuchał tych opowieści. Teraz się uśmiechną, zauważył, że tak jak on teraz, tata też myślał i może szukał skarbów.

Dzisiaj nie wchodził na ten cmentarz, może kiedyś znowu go odwiedzi. Może nawet postara się rozwikłać i tą, taty zagadkę z tego cmentarza.

Od tego miejsca do naszego, katolików cmentarza było już parę metrów. Brama, a właściwie, trochę większa podwójna furtka była otwarta. Z tego, co pamięta, tak było prawie zawsze, jak tędy przechodził z rodzicami. Wszedł na cmentarz. Poszedł prosto po chodniku i rozglądał się po nagrobkach. Nigdy nie zwrócił uwagi, ile jest małych grobów. Grobów dzieci. „Przykre” -pomyślał. Poszedł prosto w kierunku drugiej bramy i rozglądał się po nagrobkach. Zauważył, że z reguły były nowe lub prawie nowe. Oprócz tego nagle przekonał się, ilu mieszkańców już nie żyje. Ciężko będzie znaleźć jeden konkretny. Ten jego przodka.

Przed samym wyjście zobaczył, że ktoś wychyla się parę, alejek dalej.

— Cześć Tomaszek. -powiedział ten ktoś.

— Cześć. -odpowiedział i zobaczył, że tym kimś jest jego znajomy, bo nie można powiedzieć kolega, Kacperski. -Co ty tu robisz? — zapytał.

— Jestem z mamą na grobie dziadka. -odpowiedział mu. -A czemu się dziwisz?

— Myślałem, że to cmentarz Sobkowian? Ty mieszkasz na Wierzbicy.

— Mamy ten sam cmentarz, głąbie. Nigdy nie pomyślałeś, że chodzimy do tego samego kościoła? -wyraźnie zdenerwował się Kacperski.

— Jakoś o tym nie pomyślałem. Uznałem, że skoro chodzimy do tej samej szkoły, a dom masz gdzie indziej, to tak samo jest z kościołem i cmentarzem. A może inaczej. Nie zastanawiałem się nad tym. -Odwrócił się i zaczął iść w stronę bramy.

— Poczekaj. -krzykną Kacperski. -co porabiasz w pierwszych dniach wakacji?

Tomaszek chwilę się zastanowił. Mówić mu o wspólnym wyzwaniu, jakie ma z kolegami? Nie miał zamiaru, ale mógł się trochę pochwalić.

— Z kolegami załatwiamy sobie przygody. -Odpowiedział i wyszedł z cmentarza.

Kacperski spuścił głowę i podszedł do grobu, widocznie swojego jakiegoś przodka.

— „Ciężko się wbić w tę paczkę kolegów” -pomyślał.

Tomaszek, idąc już teraz prosto w stronę parku, musiał przejść koło kościoła i za jakieś sto metrów był park. Usiadł sobie na starych oponach i czekał na kolegów.

Park to był duży plac, przy którym były sklepy, kiedyś szkoła i budynek gminy z biblioteką. Sam park podzielony był ścieżkami. Wszystkie prowadziły między wejściami znajdującymi się na środku boków. Te proste, północ — południe, wschód — zachód krzyżowały się w środku. Oprócz nich były prowadzące po skosie, pomiędzy wejściami. Sam park był zarośnięty drzewami. Posiadał plac zabaw i boisko do tenisa, które mogło też być boiskiem do siatki, jak i koszykówki.

Tomaszek siedział tak już z piętnaście minut, gdy zobaczył jak Maciętas wychodzi z biblioteki. Przeskoczył przez murek ogrodzeniowy i po paru krokach już siedział z kolegą.

— Cześć Maciętas, jak majty? -zapytał Tomaszek.

— No boki zrywać. Nie ma to, jak fajnie przywitać kolegę, zresztą najlepszego na świecie. -Tym stwierdzeniem, jak i kuksańcem odpowiedział Maciętas. -Wiesz, widziałem się już z Krzysztofikiem. Mama kazała mu zostać w domu. Za pół godziny jedzie do Kielc na zakupy. -I tu Maciętas machną ręką. Wszyscy wiedzieli, że jak rodzice a szczególnie mama mówi o zakupach, to na pewno będzie to kupowanie ubrań. Czyli największa kara. Porównywalna do odrabiania lekcji.

— Ale mam mu przekazać później, czy chcesz się spotkać wieczorem. — dorzucił Maciętas.

Tomaszek, machną ręką. Coś dzisiaj się nie układa.

— Dobra niech będzie, Teraz pójdę do babci i zajrzę do pszczół.

— Fajnie, że się zgadzasz. Mama mnie też zadała czytanie książki. A wiesz, będzie mnie przepytywać. Pani musiała jej nagadać na zakończenie roku, nie wiem co na pewno, ale podobno dukam, a nie czytam.

Wstali z opon. Przybili piątkę i się rozeszli. Tomaszkowi było szkoda Maciętasa, choć Krzysztofika chyba bardziej.

Rozdział Dziewiąty

Wieczorem, a była to już dziewiętnasta, po zebraniu w parku poszli nad rzekę. Dni nie był na tyle gorące, żeby móc się w niej kąpać. Postanowili, że tam trochę posiedzą i pogadają w przyjemnych okolicznościach przyrody. Nad rzeką w miejscu, gdzie normalnie ludzie rozkładają koce i leżakują, było parę osób. Nie chcieli, aby ktoś podsłuchiwał, jak rozmawiają o wejściu na zamek, więc poszli trochę w ustronniejsze miejsce.

— Chłopaki ustalmy w końcu coś. Bo albo zrobimy to jutro lub pojutrze, albo pozamiatane. -powiedział Tomaszek.

Widać było po minach kolegów, że ma racje. Jeśli nie zrobią tego teraz, następna taka okazja może się długo nie powtórzyć.

— Dobra. -Zaczął Krzysztofik. -Jutro rano spotykamy się jak zwykle w parku. Proponowałbym zebrać się na rowerach. Po wczorajszym biegu, a potem „spacerze” do domu bolały mnie nogi.

— I chyba brzuch -cichutko odezwał się Maciętas i uśmiechną się pod nosem.

— Czy coś majtas mówiłeś? — Powiedział Krzysztofik, odwracając głowę w jego kierunku. Udawał, że się złości i tym wywołał wybuch śmiechu kolegów.

— Nie nic. -Kończył Maciętas. -Tylko od biegu, jaki uprawiałeś wczoraj, może cię boleć brzuch i zęby.

Tu pozostali chłopcy popatrzyli na siebie. Nie bardzo zrozumieli. Spojrzeli na Maciętasa z pytaniem na twarzach. Wyglądali, jak by mieli zapytać — ale o co chodzi?

— Jak biegłeś. -kończył wypowiedź Maciętas z uśmiechem na twarzy. -Tak podskakiwał ci brzuch, góra dół, że mógł ci wybić zęby. — I po tym zdaniu, parskną śmiechem.

Krzysztofik też się uśmiechał, jednak rzucił się i powalił Maciętasa na ziemię. Tomaszek skoczył koledze z pomocą i skończyło się to stosikiem kolegów.

Poturlali się, że raz jeden, to raz inny był to na górze to na dole. Mało nie wpadli do rzeki. Jak zwykle śmiechy były do utraty tchu. Po wszystkim leżeli plecami na trawie. Umęczeni, ale uśmiechnięci i zadowoleni z dobrze zagospodarowanej chwili. Zaczęło się robić ciemno. Wstali i zobaczyli, że nie daleko obok nich siedzi starszy facet. Nie był na tyle blisko, żeby ich dobrze słyszeć, ale też nie na tyle daleko, aby mogli pomyśleć, że ich nie widzi. Rozejrzeli się. Plaża opustoszała. Byli tylko oni i on. Kto to był i czemu się przyglądał? Po chwili siedzący człowiek odezwał się do nich.

— Jak tam chłopaki. Nóżki nie bolą?

Zapadła niezdrowa cisza. Nawet jakby drzewa nie poruszały się na wietrze.

— Nie poznajecie mnie? Cóż jest już trochę ciemniej, a po drugie tak zwiewaliście, to mogliście mnie nie zapamiętać.

Chłopaki popatrzyli po sobie i zrozumieli, że to ten „stajenny”.

— O co panu chodzi? — odezwał się Tomaszek.

— Jeśli jeszcze chcecie kiedyś wywinąć taki numer i chodzić po cudzym terenie, to musicie poćwiczyć. Właścicieli nie ma, a ja jak was złapię na gorącym uczynku, to nogi powyrywam. Rozumiemy się? — I po tym wstał. Odwrócił się i odszedł.

Chłopakom serca waliły jak wtedy gdy uciekali przed nim. Usiedli, aby ochłonąć. Parę chwil później odezwał się Tomaszek.

— Wiecie co, dziwna sprawa. Mógł po prostu powiedzieć, że wie, kim jesteśmy i abyśmy nie wchodzili na nie swój teren. Po co nas straszy?

— Coś w tym dziwnego? -Powiedział Krzysztofik. — Przecież kazał po prostu trzymać się z daleka od zamku.

Maciętas pokiwał głową, że zgadza się z kolegą. Tomaszka jednak to nie uspokoiło.

— Dla mnie to dziwne. Po co to straszenie? Mógłby dać znać na policję? Mógł. Było wtargnięcie? Było. To po co straszy i chce wyrywać nogi? Proponuję jutro, pójdziemy i przyjrzymy się co tak naprawdę dzieje się na zamku. Zobaczymy co tak naprawdę, on robi, jak nie ma właścicieli.

Pokiwali głowami i udali się w stronę domów.

— Wiecie i tak miałem zaproponować, aby przed wejściem jak ostatnio upewnić się, że ten świr wyjdzie. Teraz jednak uważam, żeby to rozwinąć o obserwację, co on tam robi. -powiedział Tomaszek.

— Pomysł OK. Jednak powiem wam, że przygoda robi się nie na dwie a trzy pary nowych majtek. -skwitował Maciętas i tą wypowiedzią rozweselił trochę spięte towarzystwo.

Rozdział Dziesiąty

„To już następny dzień wakacji” -Pomyślał Tomaszek po otworzeniu oczu. Dzień już był w pełni. Rodzice pojechali do pracy. Jak tak się dzieje, że syn śpi dłużej, zostawiają śniadanie na ławie w pokoju. „Wstanie, zje i będzie się bawił”. Tak pewnie myślą rodzice. On jednak miał plan. Plan mieli całą trójką. Wstał, ubrał się i zjadł śniadanie. Było na tyle późno, że musiał wychodzić z domu w pośpiechu. Wsiadł na rower i najprostszą drogą udał się do parku. Koledzy już siedzieli na murku okalający park i machali nogami. Widać już byli trochę znudzeni tym czekaniem. Zobaczyli go, jak tylko wyjechał zza zakrętu. Wstali, podnieśli rowery i czekali. Tomaszek podjechał, przybili piątki i ruszyli w stronę zamku. Do zamku był kawałek drogi, więc mogli obgadać jeszcze parę szczegółów.

— Wiecie co? -Zwrócił się do kolegów Tomaszek. -Według mnie powinniśmy objechać zamek teraz z lewej strony. Tą drogą od strony rzeki.

— Coś w tym jest. Przynajmniej nie będziemy podjeżdżać pod górę. -powiedział Maciętas.

Krzysztofik, jadąc na rowerze, jak i biegnąc, raczej się nie odzywał. Po prostu był dość pulchnym chłopcem, więc miał zadyszkę od każdego nawet najprostszego ruchu.

Jechali chodnikiem, a że jest od pewnego miejsca tylko z jednej strony ulicy, musieli przejechać obok domu dziadków Tomaszka. Tuż obok po sąsiedzku mieszka taki strasznie śmierdzący pan. Chłopaki widząc go, śmiali się zawsze, jednak Tomaszek czuł do niego odrazę. Samo śmierdzenie mu nie przeszkadzało. Tak jak to dlaczego on, jak i to miejsce śmierdziało. Zdarzało się, że idąc do dziadków, widział jak, ten człowiek wstawał z ławki i załatwiał się wprost obok ławki. Tomaszka to nie mogło nigdy śmieszyć. To było obrzydliwe. Ludzie idący chodnikiem zawsze przechodzili wcześniej na drugą stronę, aby nie musieć go widzieć, a może tym bardziej go czuć. Razem z kolegami zrobili tak samo. Wjechali na chodnik za śmierdzielem. Starał się ich zagadnąć. Oczywiście w swój prostacki sposób. Z reguły chodziło mu, aby kogoś wysłać do sklepu po jakieś wino. Wjeżdżając na chodnik, Tomaszek odwrócił wzrok. Koledzy jednak tacy nie byli i zaczęli się śmiać ze śmierdziela. Zaczął im wygrażać, jednak nic nie mógł zrobić, ponieważ już ledwo co siedział na ławce.

— Wiecie co chłopaki. -Po przejechaniu kawałka drogi od alkoholika odezwał się Tomaszek. -Co będziecie robić, jak wyjadę na wakacje do Grecji?

Chłopaki zrobili zdziwioną minę.

— No przecież wam mówiłem, że lecę z rodzicami na Zakhyntos. Nie mówcie, że jak coś do was mówię to wy to zawsze macie w nosie?

— Nie, pamiętamy, tylko myśleliśmy, że lecicie w sierpniu? -powiedział Krzysztofik, zsiadając z roweru i lekko dysząc.

Chłopaki byli nauczeni, że co jak co, ale kondycji to on nie miał. Więc też zsiedli i szli wszyscy razem obok siebie.

— Nie, lecimy w ten weekend. Mam nadzieję, że przez ten czas nie zrobicie nic głupiego. Przede wszystkim dlatego, że chcę te głupoty zrobić z wami. — Zaśmiali się wszyscy. Wiedzieli, że bez jednego z nich to już nie to samo. Co by nie robili, to dwójka nigdy nie bawi się tak jak trójka.

Wyszli zza zakrętu i zobaczyli zamek. Przed zamkiem, który w tej chwili był z drugiej strony drogi, stał dom. Znali go od zawsze. Może inaczej. Znali go od początku jak tylko tędy przechodzili czy przejeżdżali. Teraz jednak Tomaszkowi przypomniała się inna opowieść, którą kiedyś słyszał, gdy rodzice rozmawiali ze sobą.

— Wiecie, że przy tym domu — I tu wskazał ręką na właściwy dom -Jest kapliczka?

— Jakoś nigdy nie zwróciłem uwagi. — odpowiedział Krzysztofik.

— Bo ty jak jedziemy, cudem cokolwiek widzisz z wysiłku -dogryzł mu Maciętas. -Ale przyznam się, że też jej nigdy nie zauważyłem.

— Stoi kawałek od drogi, na podwórku u tych ludzi. Podobno w niej podczas wojny ktoś ukrył drogocenne rzeczy, ale żeby was ostudzić, powiem tylko, że kiedyś podobno pod osłoną nocy przyjechali. Trochę uszkodzili kapliczkę, ale rzeczy zabrali i ślad po nich zaginą.

— Wiesz co Tomaszek -odezwał się Maciętas, może nie przesadzajmy z tymi skarbami w Sobkowie. Starczy, że mamy zamiar jakiś znaleźć w zamku.

Zaśmiali się, że może coś w tym jest i zeszli z głównej drogi skręcając w lewo. Wsiedli na rowery i zjechali polną drogą tą, którą uciekali ostatnim razem, ale w przeciwną stronę.

Rozdział Jedenasty

Teraz mogli wsiąść na rowery i zjechać prawie aż do samej rzeki. Tuż przed nią skręcili w lewo i po przejechaniu jakichś dwustu metrów byli już przy płocie z drewnianych bali. Zsiedli z rowerów. Podeszli lekko schyleni do ogrodzenia i przycupnęli, opierając się o niego plecami.

— Ja uważam tak. -Odezwał się cicho Tomaszek -Posiedzimy tutaj i przez dziury w ogrodzeniu poobserwujemy przez jakiś czas, co się tam będzie działo.

Chłopaki pokiwali głowami i odnalazłszy każdy swój otwór obserwacyjny, przyłożyli do nich oczy. Ocenili w pierwszej kolejności czy nikt się nie kręci po placu zamkowym. Potem zwrócili uwagę czy pomiędzy kolumnami nie widać tego „szalonego” jegomościa od koni. Po dziesięciu minutach odezwał się Tomaszek.

— Może obserwujmy pojedynczo i po kolei, zanim dostaniemy zeza od takiego wpatrywania się.

— Dobra ja pierwszy. -Powiedział Krzysztofik, a pozostali usiedli, opierając się o płot.

— Wiesz co? -Cicho odezwał się Maciętas do Tomaszka. -Trochę będzie nudno jak wyjedziesz z Sobkowa, choćby tylko na ten tydzień. Jednak łatwiej wymyśla się wygłupy w trójkę. Przynajmniej można pogadać i dowiedzieć się czegoś od ciebie ciekawego. Znasz fajne opowieści. Oprócz tego musimy poczekać z następnym ogniskiem do twojego powrotu. -I tu Maciętas pokiwał głową. Wyglądało jak by to ostatnie stwierdzenie, właśnie co wymyślił, w tym momencie też to trafiło do niego.

— Przecież to tylko tydzień. Zresztą wy też wyjeżdżacie tylko później z tego, co pamiętam.

— Tak tylko, jak wyjadę ja, to ja się będę dobrze bawił tam, gdzie wyjadę, a że wy tu będziecie się nudzić to nie moja sprawa. -Powiedział Maciętas i się uśmiechną.

— Nawet zabawne ci to wyszło. -Wtrącił się Krzysztofik, który właśnie zmieniał obserwujące oko. Nagle aż podskoczył, jeśli to możliwe leżąc.

— Chłopaki, idzie.

— Tomaszek i Maciętas padli na brzuchy i oczy skierowali w swoje otwory. Chwilę Tomaszek szukał wzrokiem człowieka, na którego czekali. Po chwili zobaczył. Był już tuż przy bramie wejściowej do stajni. Ciekawe było, co zrobił ten człowiek przed samym wejściem. Rozejrzał się. Dobrze wiedział, że przecież właścicieli nie ma. Więc, czego się obawiał, albo co skrywał? Wszedł do stajni i zamkną wrota.

— Widzieliście, że czegoś się obawia? -W dalszym ciągu mając jedno oko w dziurze, pomiędzy balami drewna odezwał się Tomaszek.

— Według mnie po prostu sprawdza może, czy nas nie ma? -Powiedział Maciętas. -Przecież wie, że możemy nie być tchórzami i podkusi nas przyjść jeszcze raz. Zresztą wcale się nie pomylił.

— Wiecie co, dla mnie to wyglądało, że patrzy czy nikt go nie widzi. Więc czemu tak patrzy? Przecież tu pracuje? — Nie dawał za wygraną Tomaszek.

Krzysztofik usiadł, opierając się o płot.

— Maciętas, twoja kolej, bo ja widzę jakoś dziwacznie. Nie mogę skoncentrować wzroku po tej dziurze. Jak by przyszło uciekać, to pierwszy rów jest mój i nie wiem, czy bym się z niego umiał wygramolić. Jednym okiem widzę lepiej drugim jakoś mętnie.

— Baba. -powiedział Maciętas patrząc co się dzieje na zamku.

Tomaszek też usiadł i powiedział

— Teraz poczekamy, kiedy wyjdzie. A my Krzysztofik schowajmy rowery. Jak będziemy za płotem, musimy być pewni, że rowery są bezpieczne. Może trzeba będzie uciekać. Choć mam nadzieję, że dzisiaj rozplanowaliśmy to tak, jak trzeba.

Wstali i pokładli rowery w krzakach po drugiej stronie polnej drogi, którą przyjechali. Po upewnieniu się, że z pewnej odległości ich nie widać, podeszli z powrotem do Maciętasa.

— I jak, patrzysz czy może usnąłeś? -Krzysztofik, siadając obok, szturchną go w bok.

— Weź się, odczep. -Pracuję detektywistycznie. Proszę nie przeszkadzać.

— Możemy ci taką plakietkę powiesić na tyłku. — I przyłożył dłonie z ułożonymi palcami w ramkę do jego pośladków.

Maciętas zaczął machać ręką, jak by odganiał się od komarów.

— Mówię ci, odczep się, bo coś przegapię. -Już z lekką nerwowością wybuchł Maciętas.

— Poczekajcie, widzę coś. -Odezwał się Tomaszek, który akurat zerkną przez swoją dziurę. Teraz i Krzysztofik padł na ziemię i podczołgał się pod swoje miejsce obserwacji.

Zobaczyli, jak uchyliły się wrota stajni i wychodzącego przez nie tego samego człowieka. Jednak miał ze sobą wiadro. Było dosyć ciężkie, ponieważ przechylił się w drugą stronę dla równowagi. Odszedł parę kroków i coś, co wyglądało na ziemię, wysypał, ale nie tak po prostu na kupkę. Rozrzucił to.

— No mówię wam, że coś tu śmierdzi i nie chodzi o gacie Maciętasa. -Powiedział Tomaszek.

„Stajenny” jak go nazywali, wrócił do stajni. Schował wiadro za wrota i je zamkną. Popatrzył dookoła, a na koniec zawiesił wzrok na płocie, przy którym leżeli. Widocznie ich nie widział, bo odwrócił się w stronę bramy wyjściowej i po minucie za nią znikną.

Rozdział Dwunasty

Odczekali chwilę i zaczęli się przeciskać przez największy otwór. Teraz będąc po drugiej stronie, już inaczej patrzyli na otaczające ich miejsce. Wiedzieli, że nikogo nie ma. Nawet wiedzieli, bo widzieli, że osoba, która mogła im przeszkodzić, też już poszła. Z większą pewnością przeszli obok stawu. Łabędzie, tak jak i za pierwszym razem podpłynęły, aby wyżebrać coś do jedzenia. Tomaszek poprowadził ich prosto do tajemniczych drzwi. Drzwi, na których wisiała kłódka, gdy ostatnio był tu z rodzicami. Przeszli obok kolumn. Byli nie daleko. Po Maciętasie było widać zdenerwowanie. Już doszli dalej niż ostatnio. Na razie wszystko układało się po ich myśli. Przeszli obok starego olbrzymiego dębu, pomiędzy zabudowaniami dworskimi a wolierami dla ptaków. Nagle Tomaszek, który ich prowadził, się zatrzymał. Odwrócił się w prawo i wskazał palcem.

— To tu. Zobaczcie.

Chłopaki zatrzymali się przy nim i spojrzeli. Poniżej, na końcu lekko opadającej ścieżki. A mogłoby się na tej odległości zmieścić z pięć schodków. Z prawej strony od niej były drzwi. Te same, które Tomaszek widział wcześniej, a nawet poruszał kłódką. Kłódka wisiała w tym samy miejscu i tak samo, jak wtedy.

Chłopaki chwilę tak stali. Wyglądało to, jakby nie wierzyli, że jednak tu dotarli i za tymi drzwiami kryje się przygoda. Samo dotarcie tu było dla nich już przygodą. Co teraz będzie dalej? Popatrzyli po sobie. Tomaszek, jako że już tu był, zszedł pierwszy. Pozostali chłopcy stali jak zamurowani, jakby czytając książkę bali się odwrócić stronę. Bali się, co jest dalej napisane. Tomaszek był już przy drzwiach. Były jego wysokości. Więc tak jak zapamiętał, były niskie.

— „Krzysztofik będzie się musiał lekko schylić” pomyślał.

Dotkną kłódki. Zadyndała, ale wisiała zamknięta dalej. Odwrócił się i spojrzał na kolegów.

— No to na tyle. Powiedział Maciętas i jakby zaczął się odwracać w tę stronę, z której przyszli. Krzysztofik wystawił rękę i złapał go za koszulkę.

— Nie tak prędko. Majtki jeszcze masz całkiem w dobrej kondycji. Tak nie odejdziemy. -Powiedział Krzysztofik, trzymając Maciętasa i zrobił krok w stronę Tomaszka.

Tomaszek złapał za kłódkę i szarpną. Otworzyła się. A więc to, co wtedy słyszał to prawda. Kłódka była otwarta. Wyglądała tylko na zamkniętą. Złapał ją w rękę i zdjął z zamknięcia futryny. Drzwi lekko drgnęły do środka, wydając z siebie skrzypienie, tak że Tomaszkowi wyszła gęsia skóra na karku. Po tym skrzypnięciu pozostały tylko lekko uchylone. Tomaszek był najbliżej, więc poczuł zapach pleśni, starości i nutę wilgoci. Złapał za klamkę i lekko odepchną od siebie. Drzwi ani drgnęły. Już miał zrobić to drugi raz, jak poczuł czyjąś rękę na ramieniu. Wzdrygną się i odwrócił głowę. Zobaczył Krzysztofika, który jedną rękę trzymał na jego ramieniu, a drugą trzymał koszulkę na plecach Maciętasa. Tomaszek z Krzysztofikiem byli na etapie wchodzenia do lochu. Maciętas raczej szedł w przeciwnym kierunku, a przynajmniej miał taką chęć. Ręce, nogi, głowa, jak i cała reszta Maciętasa wykonywała ruchy odchodzące od drzwi. Jednak kierunek tego przemieszczania był przeciwny. Krzysztofik musiał go w ten sposób przekonać już od samego zejścia w dół, ponieważ Tomaszek na ziemi zobaczył ślady tego dziwnego przemieszczania. Gdyby tu, gdzie byli było sucho, unosiłby się kurz, tak bardzo Maciętas pragną być w tej chwili tam, gdzie go nie ma, czyli gdzieś daleko stąd. Tomaszek się nie zaśmiał. Stojąc tu obok strasznie skrzypiących i śmierdzących starością wyziewów spoza drzwi, nie było do śmiechu. Postanowił jeszcze raz odepchnąć drzwi. Z trudem zaczęły się otwierać. Zaparł się mocno, ale w końcu utknęły.

— Chłopaki jak zdecydujecie się, w którą stronę idziecie, nie wiem może przez głosowanie, to pomożecie mi i coś z tymi drzwiami zrobimy? — Odezwał się, lekko sapiąc Tomaszek.

Krzysztofik puścił Maciętasa, który po ustąpieniu oporu runą na ziemię jak długi. Krzysztofik oparł się o drzwi przy Tomaszku i drzwi znowu zaczęły się otwierać, oczywiście skrzypiąc, jak by im to sprawiało ból.

— Dobra — Usłyszeli głos obok i zobaczyli jak Maciętas dokłada swoje rozdygotane ręce do drzwi. -Posuńcie się, pomogę.

Drzwi ostatnim tchnieniem swoich jęków się otworzyły. Przed chłopakami otworzyła się nieduża przestrzeń śmierdząca pleśnią i wszystkim, co stare i na pewno nieżywe. Chwilkę tak stali. W środku było ciemno, ale nie aż tak, żeby nie było nic widać. Okazało się, że to, czego wcześniej nie zauważyli z zewnątrz, było małym okienkiem. Dzięki niemu widoczność była znośna, choć tajemnicza i mroczna. Pomieszczenie było nie duże, z dwa metry na wprost. Na podłodze wyglądało, że była ziemia. Tomaszek wykonał pierwszy krok i wyczuł pod nogą, że jest miękko, jak by szedł po nie ubitej ziemi.

— Chodźcie. — cicho powiedział Tomaszek i wszedł.

Po wejściu już tak nie było znośnie widno. Swoim ciałem zasłonił wejście i zrobiło się jeszcze mroczniej i straszniej. Zrobił dwa kroki dalej. Trochę się rozjaśniło, ale teraz światło padało już inaczej. Dzięki temu, że był w środku, zobaczył oprócz ściany na wprost, ściany boczne. Na chwilę zrobiło się znowu ciemniej. To koledzy zastawili swoimi ciałami wejście.

— Mam nadzieję, że zabraliście latarki. Zapomniałem wam o tym mówić, ale to było chyba oczywiste. -powiedział Tomaszek i odwrócił się do chłopaków.

Popatrzyli się po sobie. Byli zaskoczeni stwierdzeniem, że to miało być takie oczywiste. Do tej pory dla nich to były wygłupy. Nic na poważnie. A teraz zrobiło się poważnie i to dość bardzo.

— Ja mam telefon — Odezwał się Maciętas. -Ma opcje latarki.

— Ja też taki mam. Mama mnie nie wypuszcza z domu bez telefonu. Szczególnie w wakacje. -Wtrącił swoje Krzysztofik.

Obaj wyjęli telefony i zaprezentowali działanie latarek w ich aparatach. Zrobiło się dość widno. Przynajmniej w miejscach gdzie zaświecili. Tomaszek objechał spojrzeniem dookoła pomieszczenia, w którym się znaleźli. Teraz zauważył, że w rogu, na ścianie na wprost od wejścia, tuż przy tym małym okienku jest dziura wielkości i kształtu drzwi. Zaświecił w tamtą stronę. Wejście było węższe od normalnych drzwi i było w samym rogu. A że było tuż przy okienku, od razu go nie zauważył. Machną ręką na chłopaków i poszedł w stronę owego otworu.

Rozdział Trzynasty

Ruszył, ale zauważył, że nogi coraz mniej pewnie poruszają się w nakazanym przez niego kierunku. Słyszał, że chłopaki też idą za nim. Może bardziej szurają się za nim, niż idą. Tomaszek doszedł do wejścia do następnego pomieszczenia. Przynajmniej miał nadzieję, że do takowego prowadzi. Zobaczył jedno, ciemność. Bez jego latarki do pomieszczenia nie dochodziło już żadne światło. Nagle tę trochę światła, jaką mieli za plecami, coś przyćmiło. Pozostało tylko światło z ich latarek. Równie nagle, jak zauważyli zmniejszenie ilości światła, usłyszeli głos. Aż podskoczyli. Strach ma jednak inne oblicze, jak się jest w swoim widnym pokoju a inny, gdy się siedzi w cuchnącej starością, piwnicznym, ciemnym pomieszczeniu.

— No i co mówiłem łobuzy i podglądacze.

Poznali ten głos od razu. „Stajenny”. Stanęli blisko siebie i wstrzymali oddechy. Nie było teraz już gdzie i jak uciec. Byli w pułapce. Byli zdani na łaskę i niełaskę tego dziwnego jegomościa, który według Tomaszka miał coś na sumieniu.

— Powiedzcie mi, co już widzieliście. — odezwał się znowu.

— Nic, przecież tu w ogóle nie wiele widać. -dość pewnym głosem jak na zaistniałą sytuację odezwał się Tomaszek, a w tym czasie Krzysztofik i Maciętas centymetr po centymetrze ustawiali się za jego plecami.

— Wiecie, o czym mówię. — Krzykną ten złowrogi facet — Jak tak będziecie pogrywać sobie ze mną, to mnie pożałujecie.

Tomaszek spojrzał na chłopaków. Widać było, że są mocno wystraszeni. I w tym momencie skojarzył, że może chodzi mu o wysypywanie ziemi ze stajni.

— Chodzi o to, co pan wysypywał z wiadra po wyjściu od koni? -Powiedział Tomaszek i złapał się na tym, że może lepiej, gdyby o tym nie mówił.

— Jednak coś wiecie. Muszę mieć więcej czasu, aby zakończyć to, co robię. -złapał za klamkę, cofną się o krok i ze skrzypnięciem zamkną drzwi, którymi weszli. Maciętas ruszył biegiem w jego kierunku. -Nie. Proszę, przecież tu jest ciemno. Nie może nas pan tu zamknąć. -w głosie Maciętasa słychać było łzy.

Podbiegł i złapał za klamkę. W tym czasie już było słychać trzask zatrzaskiwanej kłódki. Maciętas a teraz i Krzysztofik, który też już był przy drzwiach, zaczęli uderzać rękoma w drewno, z których zrobione były drzwi. Na chwilę przestali, bo usłyszeli jakiś głos. Dobiegał z tego małego otworu, które znajdowało się obok przejścia do innego pomieszczenia.

— Zostaniecie tu, aż załatwię swoje sprawy. Hałasowanie nic nie da. Wiecie przecież, że nikogo oprócz mnie tu nie ma. -Zabrzmiał głos ich oprawcy.

Maciętas opadł na ziemię. Latarka z jego telefonu zgasła. Zrobiło się jeszcze mroczniej. Krzysztofik usiadł obok niego, ale on świecił po wszystkich ścianach. Tak jak by bez przerwy musiał się upewniać, że wszystko jest pod kontrolą. Pod jego kontrolą, ale po twarzy widocznej w tym półmroku było widać, że też się boi. W takich miejscach wszystko wygląda strasznie, a dopóki było wyjście, czuli się cokolwiek pewniej. W tej chwili byli w pułapce bez wyjścia. Przynajmniej tak im się wydawało.

Siedzieli tak chwilę. Tomaszek też stał w swoim miejscu, gdzie był wcześniej. Myślał. Sytuacja się zmieniła i już nie była pod kontrolą. Musiał chwile pomyśleć. Co można teraz zrobić? Co można?

— Chłopaki zobaczcie czy macie zasięg. Przecież macie telefony.

Maciętas w jednej chwili stał na nogach i patrzył na włączony telefon.

— Nie. Choć poczekajcie może tu przy okienku. -podszedł pod okienko, cały czas patrząc na telefon. -Jest jedna kreska. Nie już nie ma. Znów jest. Nie jednak nie. Nie nic z tego — powiedział w końcu Maciętas i po paru sekundach jego telefon wszedł w stan czuwania i przygasł, a następnie zgasł.

— Wiecie, może wyłączcie telefony w takim razie. -Powiedział Tomaszek do kolegów- Oszczędzajmy baterie.

— „I co teraz” — myślał Tomaszek.

— Wiecie co, nie siedźmy tak. Nie mamy i tak nic do roboty więc może eksplorujmy? — I skierował światło swojej latarki na wejście do innego pomieszczenia.

Chłopaki jednak się nie ruszyli. Trochę stracili nadzieje na pozytywne zakończenie tej przygody.

Tomaszek zrobił krok i był przy przejściu. Od razu zauważył, że następna ściana jest dalej niż w tym, którym teraz byli. Światło latarki było bardziej rozproszone. Było tam jeszcze bardziej mroczno. To był mrok jak z horrorów. Tomaszek czół wręcz, że po wejściu, po przekroczeniu tej granicy pomiędzy pomieszczeniami coś go złapie albo ugryzie. Zrobił następny krok i był już jedną nogą wewnątrz. Noga mu lekko drżała. Postawił ją i wszedł drugą do środka. Usłyszał jak z cichutkiego na początku, po coraz wyraźniejszy dał się słyszeć odgłos szeleszczenia. Wyobraźnia Tomaszka działała na poczwórnych obrotach. Przemknęło mu już przez głowę z pięć rodzajów potworów, które szurając, idą po niego. Od kosmitów po zombi. Nagle mózg włączył normalne obroty i zaczął logicznie myśleć.

To był odgłos wstającego Krzysztofika.

Rozdział Czternasty

Krzysztofik podszedł i staną za Tomaszkiem. Zerkną zza ramienia kolegi. Zobaczył, że wiele nie zobaczył. Wyją telefon i poświecił. Tomaszek wszedł krok dalej. Zobaczył, że ta komnata jest sporo większa od poprzedniej. Była bardziej kwadratowa. Na pewno była bardziej straszna. W końcu każde dziecko tak mniejsze, jak i większe czuje lęk przed ciemnością. Żaden z tych odkrywców lochów pod zamkiem nie był bardziej odważny niż normalne dziecko w takim wieku.

Tomaszek zauważył jedno, co rzuciło mu się od razu. Dalej nie pójdą. Nic dalej nie ma. Nie widać było żadnych mniejszych czy większych otworów w ścianach. Ściany były wykonane z kamieni, jakie wszędzie na naszych okolicznych polach były powyorywane. Sufit betonowy, równie niski, jak ten w poprzednim miejscu. Na podłodze było czyściej. Widać było, że tamto pomieszczenie było kiedyś przynajmniej częściej wykorzystywane. Może do przechowywania czegoś. Tutaj, jeśli coś było trzymane to raczej dawno temu. Było widać kamienną posadzkę. W lewym rogu sali po skosie było parę starych, dość niedużych i zmurszałych desek.

— I co. — Powiedział zza pleców Tomaszka Krzysztofik. — Że tak powiem kupa. Siedzimy i czekamy, kiedy nas wypuści. Nie ma wyjścia.

W tym momencie zza nimi pojawił się też Maciętas. Wyjrzał zza ramienia Krzysztofika i usłyszeli, jak uchodzi z niego powietrze. Poznali, że opadły mu ręce i że też nie widzi nadziei na pozytywne załatwienie tej sytuacji. Wcisną się i usiadł przy ścianie. Krzysztofik miną go i siadł obok. Pogasili komórki. Opuścili głowy. Widać było zrezygnowanie. Tomaszek nie umiał i nie chciał się tak poddać. Jednak w zaistniałej sytuacji musiał przyznać, że dobrze nie jest. On nie chciał usiąść na gołej podłodze. Przeszedł w miejsce, gdzie leżały deski. Były może ze trzy. Poszukał najmniej zmurszałą. Wysuną ją spod pozostałych, rzucił pod ścianę i usiadł. Siadając, zwrócił uwagę, że w jednym miejscu coś się nie zgadzało. W samym rogu, gdzie siadał, ściana nie była cała z kamienia. W samym rogu, na dole, zamiast kamienia był może też kamień, ale w kolorze ceglastym. Wcześniej tego nie zauważył może dlatego, że był za daleko. Może dlatego, że wzruszył deski i odkrył nieścisłość na ścianie. Usiadł na podrzuconej przez siebie deskę i odezwał się do chłopaków, aby trochę ich rozluźnić.

— Maciętas, kiedy jak kiedy, ale teraz i tutaj to à propos twoich majtek pewnie są nie tylko ufajdane, ale i pełne.

— Tomaszek, nie bądź taki cwany. A co do moich majtek to sam jestem zdziwiony. -powiedział Maciętas. — Moja kupa jest tak zestresowana, jak ja i wcale nie garnie się, aby wyjść na zewnątrz. Może uważa, że tu wcale nie jest tak fajnie. I powiem wam chłopaki. — I tu Maciętas się uśmiechną, co było słychać w jego dalszym opowiadaniu o swoich problemach z majtkami i nie tylko. — Wcale się nie dziwię. Też najlepiej bym się schował gdzieś w jakiejś norce.

Po skończeniu usłyszał, że wszyscy się śmieją. Zrobiło się trochę mniej strasznie. Zaśmiali się strachowi prosto w nos. Poczuli, że może nie będzie tak źle. Przecież z nich jest niezła brygada.

Chwilę jeszcze się śmiali. Tomaszkowi też zrobiło się trochę lżej. Przypomniał sobie o tym dziwnym kamieniu. Siedział obok i miał go na wyciągnięcie ręki. Wysuną lewą rękę i dłonią dotkną kamienia. Był inny niż zwykłe polne kamienie. Był gładki i bardzo zimny. Pogładził go. Zimny, choć przyjemny w dotyku. Pogładził go znowu i zaczął myśleć. „A jeśli on specjalnie jest tutaj i specjalnie taki?”. Lekko nacisną. Kamień nie był sztywno umieszczony w ścianie. Ruszał się. Tomaszek poruszał go znowu, aż nacisną go mocniej. Coś chrupnęło i zgrzytnęło. Chłopaki spojrzeli na Tomaszka.

— Czego znowu grzebiesz. — Odezwał się ze strachem w głosie Maciętas. — Mało mamy jeszcze problemów?

— Poczekajcie. -powiedział Tomaszek, majstrując w rogu przy kamieniu. -Gorzej może nie będzie.

Wcisną mocniej. Zgrzytanie zrobiło się głośniejsze. Brzmiało to, jakby wolno uruchamiała się jakaś zapadnia. Taka, która była dawno nieużywana. Nacisną jeszcze raz i coś chrupnęło i usłyszeli szum powietrza. Właściwie syk, taki jaki się słyszy po otwarciu pojemnika z gazem, który chcąc nie chcąc musi z niego wyjść. Nagle wszystko ucichło. Chłopaki wstali, zobaczyć co Tomaszek zrobił i nastąpiło głuche tąpnięcie. Tak jakby zatrzęsła się ziemia. Krótko, ale intensywnie. Na tyle było to mocno odczuwalne, że usiedli z powrotem. I w tym momencie, na środku pod ścianą. Tuż obok desek zapadła się podłoga. Uniósł się tuman kurzu. Chłopaki zerwali się i pobiegli do wcześniejszego pomieszczenia. Wystraszyli się, że to wszystko się zawali.

Rozdział Piętnasty

Stali przy drzwiach wejściowych. Oparci i dyszący ze strachu. Z otworu pomiędzy pomieszczeniami wypływał jak dym z wulkanu, kurz. Całe szczęście powiew powietrza wychodzący z drzwi wejściowych wyciągał wszystko przez małe okienko umieszczone u góry. Chwilę tak musieli stać, zanim zrobiło się na tyle przejrzyście, żeby można było zobaczyć, co się stało. Tomaszek ruszył w kierunku przejścia. Poczuł jednak, że któryś z kolegów trzyma go za rękę.

— Czyś ty zwariował! -powiedział Maciętas.

— Przecież tam może wszystko się zawaliło. Może też coś jeszcze spadnie ci na głowę? -Dopowiedział Krzysztofik.

— Według mnie jak by się miało zawalić, już by się zawaliło. -Kaszląc od kurzu, powiedział Tomaszek. -Zerknę tylko, co tak trzasło.

Krzysztofik cofnął uścisk i Tomaszek podszedł z latarką do przejścia. W drugim pomieszczeniu kurz jeszcze się trochę unosił. Światło wpadające z latarki było lekko rozmyte jak we mgle. Tomaszek skierował strumień światła w miejsce, gdzie siedział i wcisną ten dziwny kamień. Jednak światło nie zdążyło dojść jeszcze w to miejsce, jak uwagę Tomaszka przykuła dziura w podłodze znajdująca się idealnie pomiędzy narożnikami ściany. Do tej dziury można było podejść z trzech stron. Jednak nie wyglądało, to jak zawalisko. Kontury dziury były idealnie kwadratowe. To jakby kwadratowy kawałek podłogi gdzieś się zapadł. Tomaszek podążył za światłem i krok za krokiem szedł w stronę zapadliska. Za nim krok w krok Krzysztofik.

— Chłopaki co tam robicie? Zza ściany usłyszeli głos Maciętasa. -Żyjecie?

— Tak. Poczekaj chwilę. Zaraz będziemy wiedzieć więcej. -Krzykną Tomaszek.

W tym momencie doszli do krawędzi. Dziura miała idealnie wycięte krawędzie. To nie wyglądało na przypadkowe zawalenie się podłogi.

— Spójrz -Powiedział Tomaszek do Krzysztofika. — Wygląda to, jakby otworzyło się jakieś przejście. Zobacz — I zaświecił latarką po krawędziach dookoła dziury. -Widzisz, tu nie ma przypadku. Tu jest jakaś specjalnie wykonana zapadająca się podłoga.

Zaświecił w dół. Zobaczyli, że część podłogi, która według nich się zapadła, po prostu jak zapadnia na zawiasach opadła równolegle do ściany. A tuż pod nimi ukazały się schody. Wąskie, bardzo strome i kręte. W świetle latarki było widać stopnie tylko do zakrętu, czyli cztery.

— Maciętas! Choć coś zobaczysz. — Z zaskoczeniem w głosie zawołał Krzysztofik.

Usłyszeli tylko szybkie kroki i już kolega był przy nich.

— O ja cię. -Krzykną Maciętas. -Co to jest? Znaleźliście ukryte przejście? Ciekawe dokąd? — Nie zamykała mu się buzia.

— I co robimy? — Zapytał Krzysztofik i położył rękę na ramieniu Tomaszka.

— Wiecie mamy dwa wyjścia. Usiądziemy i czekamy nie wiadomo na co lub coś zrobimy i zaryzykujemy choćby z nudów? — Powiedział Tomaszek i spojrzał na kolegów.

— Ja uważam, że nie mamy nad czym myśleć. -kończył wypowiedź Tomaszek i skierował wzrok z powrotem na schody schodzące w dół.

Maciętas jako człowiek najbardziej wstrzemięźliwy w wysuwaniu takich propozycji, zamilkł. Miał nadzieję, że koledzy coś postanowią, a on po prostu zrobi jak oni. Jak by co, to zawsze potem może powiedzieć, że był przeciwny, jednak nie chciał rozbijać grupy. Krzysztofik myślał. Co? Pewnie sam nie bardzo wiedział. Najprawdopodobniej był głodny.

Cała trójka stała nad schodami. Tomaszek postawił nogę na krawędzi i miał już drugą postawić na pierwszym stopniu, gdy usłyszeli walenie najprawdopodobniej pięścią w drzwi. Wzdrygnęli się, a Maciętas przez pewien czas był nawet większy od Krzysztofika, bo podskoczył ze strachu.

— Jak tam łobuzy — Usłyszeli głos zza drzwi. Był to głos człowieka, który ich zamkną. Tomaszek zareagował i szybkim krokiem wyszedł do pierwszego pomieszczenia. Wymyślił sobie, że może lepiej, gdy nie dadzą po sobie poznać co się tu dzieje. Po przejściu przez przejście odpowiedział.

— Co to pana obchodzi. Niech nas pan wypuści. Zadzwoniliśmy do mojego taty i niedługo tu będzie.

Usłyszał śmiech i po chwili głos zza drzwi.

— Nic z tego. Dzwonić to sobie możecie, ale na własnych zębach. Tam nie ma zasięgu. Lepiej powiedzcie czy już skruszeliście i co jeszcze wiecie o tym, co ja robię?

— Człowieku — odezwał się Krzysztofik, który właśnie wychylił się z drugiego pomieszczenia. — Nic nie wiemy. Rób, co chcesz, a nas wypuść. Tak czy siak, przecież nie ujdzie ci to na sucho.

— Spokojnie. Jeszcze parę godzin i mnie nie ma. -Cicho powiedział do drzwi, najprawdopodobniej przestępca jak zaczęli o nim myśleć chłopcy. — A wy wyjdziecie, jak sam was wypuszczę. Choć nie jestem pewny czy będzie mi się chciało.

Kopną w drzwi i ze śmiechem odszedł.

— I co teraz myślicie? Zostaniemy tu i pozwolimy mu zrobić to coś, co zamierza? A na pewno jest to coś złego. Czy postaramy się mu przeszkodzić? — Powiedział Tomaszek, patrząc w twarz Krzysztofika.

Rozdział Szesnasty

Chwile później całą trójką stali znowu przed schodami. Tomaszek świecił do środka na stopnie.

— Dobra idę, a wy trzymajcie się parę kroków za mną -powiedział Tomaszek i postawił stopę na pierwszym schodku. — Nie ma wyjścia, raz kozie śmierć.

— Jeśli kozie to, czemu my tam musimy wchodzić? — mruczał pod nosem Maciętas.

Tomaszek zaczął schodzić w dół. Stopnie były wąskie i było bardzo ciasno. Miejsca było tylko tyle że mogli iść pojedynczo. Oprócz tego było tak strasznie kręto, że po paru schodkach znikną im z oczu. Widzieli tylko światło wychodzące zza zakrętu. Następny wszedł Krzysztofik, a parę chwil później Maciętas, który co chwile oglądał się za siebie. Widok był straszny. Schodzili jak by do jakiejś otchłani. Najgorsze było to, że po paru stopniach byli za zakrętem i spoglądając do tyłu, już nie było widać wyjścia, a właściwie wejścia.

Przeszli już przez parę zakrętów. Tomaszek mający kłopoty z samym patrzeniem na karuzelę, tutaj zaczynało robić mu się nie dobrze. Oprócz tego ta ograniczona przestrzeń. Wszędzie ciasno i ktoś, kto miałby klaustrofobie, miałby duży kłopot. Ściany zawilgocone i śliskie. Schody nie dość, że wąskie to też jakby robiły się coraz bardziej śliskie. Może nie schodzili jeszcze długo, jednak mała przestrzeń, po jakiej się poruszali, sprawiała, że wydawało im się jakby zeszli już parę pięter. Nagle Tomaszek za zakrętem zobaczył, że schody się skończyły. Wyszedł do małego pokoiku. Może dwa na dwa metry. Chwilę później dołączyli do niego koledzy.

— Czujecie? — Powiedział Maciętas.

— Tak. Czuć rzeką. Musimy być blisko poziomu Nidy. — Odpowiedział Tomaszek.

— Zobaczcie lepiej co dalej? — Powiedział Krzysztofik i wskazał dwa wyjścia.

Robiło się coraz ciekawiej. Mieli nagle możliwość wyboru. Raczej nie spodziewali się czegoś takiego w takim miejscu. Dwoje wejść. Jedno z lewej drugie z prawej. Co wybrać?

— Poszedłbym może na lewo? Powiedział Tomaszek. — Tak bym zaczął. Może to dobry pomysł może nie, ale gdzieś trzeba, więc tak uważam.

Chłopaki przytaknęli. W końcu co za różnica? Najwyżej wrócą.

Wejścia znowu były wąskie, więc poszli w tej samej kolejności. Tomaszek pierwszy. Tutaj ściany u góry kończyły się na półokrągło. Więc uczucie było, że jest wyżej. Korytarz skręcał delikatnie w lewo i jak by trochę w górę. Po paru metrach przed końcem korytarza poczuli, że inaczej zaczyna pachnieć. Zgnilizna i starość zastąpiła zapachem zbutwiałego drewna. Korytarz się skończył i weszli do pomieszczenia. Było spore względem pozostałych, które do tej pory tu „zwiedzali”, ale sama wielkość nie była na tyle ważna jak to, co tam zobaczyli. Tomaszkowi przypomniało się jak, jego tata mówił, że to były kiedyś piwnice. Miał racje. Jednak opowieści były błędne. Nie zasypali ich przed zbudowaniem pałacu. Przynajmniej nie wszystkie. Pod jak założył Tomaszek, samym środkiem pałacu pozostała jedna. Była wypełniona drewnianymi beczkami po winie. Część była cała, część już dawno się rozleciała ze starości. Te w całości leżały na specjalnych stojakach. W rogu kiedyś były ustawione pewnie puste. W tej chwili może w całości była jedna, może dwie. Reszta to kupka zmurszałego drewna.

— Wiecie co. — odezwał się Maciętas. — Niezłe odkrycie. Jeśli wyjdziemy, to na pewno właściciel nas nagrodzi za takie znalezisko.

Tu miał racje. Koledzy też tak myśleli. To, co znaleźli, było warte tego wszystkiego, co przeżyli. Nie był to może jakiś drogocenny skarb, ale wspaniała przygoda ze znalezieniem historycznych komnat i przedmiotów. Chłopaki z włączonymi komórkami rozeszli się w celu obejrzenia komnaty na własny rachunek. Tomaszek podszedł do jednej z beczek. Oczywiście była pusta. Jego jednak zaciekawiło coś innego. Za nią była usypana hałda ziemi. Spojrzał za światłem latarki i zrozumiał, że muszą być tuż pod nowo wybudowanymi schodami. Pod tym miejscem co tata mu mówił o innym dziwnym niby wejściu do jakiegoś tunelu. Tata miał rację. Znowu. Jednak to wejście było już dawno temu zasypane.

Pochodzili jeszcze chwilę i ocenili, że trzeba wracać na rozdroże. Tym razem pójdą w inne wejście. Coraz bardziej ciekawość wzięła górę nad strachem i niepewnością.

Rozdział Siedemnasty

Ciemno. Wszędzie ciemno. Tylko cienkie światło z komórki Krzysztofika oświecające drogę powrotną. Droga powrotna w miejsce, gdzie mieli pierwszy raz wybór, w jakim kierunku pójść, była bardziej radosna. W końcu coś znaleźli. Pierwsza przygoda na taką skalę. Oprócz tego udało im się potwierdzić opowieści o jakichś korytarzach pod zamkiem. Brakowało tylko skarbu. Dla nich takim skarbem byłyby na pewno drogocenne rzeczy. Jednak to, co znaleźli, można uważać za jakiś skarb.

— „Pewnie właściciel tego zamku wykorzysta takie odkrycie do zarabiania pieniędzy”. -Pomyślał Tomaszek i mało co nie wpadł na Krzysztofika, który nagle się zatrzymał.

— Co jest? -Odezwał się idący z tyłu Maciętas. -Mam przejść po was?

Krzysztofik stał jak wryty. Tomaszek, szturchną go w plecy. Zaczynał się denerwować. Włączył latarkę, która była do tej pory wyłączona. Zaczęli oszczędzać prąd.

— Chłopaki, coś się zmieniło. -W końcu wydusił Krzysztofik.

— Jak się mogło coś zmienić? Przecież nie odeszliśmy na tyle daleko, aby zabłądzić. — Wtrącił się, obsraj majtek. — Właściwie jak można, a właściwie czy się da zabłądzić w pojedynczym tunelu.

— Chłopaki sami zobaczcie. — I Krzysztofik odsuną się w bok, aby przepuścić kolegów.

Właściwie starał się przykleić do ściany tunelu, żeby Tomaszek mógł przecisnąć się obok. To nie mogło być proste w takim miejscu i z takimi gabarytami, jakie miał Krzysztofik, więc chwilę to trwało. Musiało to śmiesznie wyglądać z boku jak jeden z chłopaków stara się przykleić do ściany tunelu, wciągając brzuch, a było co wciągać. Drugi przeciska się i nagle w pewnym momencie się zakleszczają. Następny ten trzeci, a co zabawne najmniejszy, opiera stopę na przepychającym się i z całej siły stara się go przepchnąć. Musiałoby to naprawdę śmiesznie wyglądać, jak by było coś widać w tym lichym świetle z jednej komórki. Z trzecim ruchem nogi, w końcu droga została odblokowana. Tomaszek był w tunelu jako pierwszy. I żeby było śmiesznie, znowu zapadła cisza. Po odczekaniu paru sekund Maciętas w końcu nie wytrzymał i krzykną.

— No co jest? Czyście zobaczyli ducha?

— Musiałbyś to zobaczyć. — Odezwał się będący z przodu kolega.

— Jak myślicie, że też będę się tak przepychał, to zgłupieliście. Po prostu powiedz, co tam jest.

— Więc tak. Ile pamiętasz tuneli, w miejscu skąd weszliśmy do tego?

— Głupie pytanie. Szliśmy jednym i mieliśmy możliwość pójść w lewo lub w prawo.

— Też tak pamiętam — Powiedział Krzysztofik i przytakną mu Tomaszek.

— Jednak teraz jest ich więcej. — I Tomaszek, powiedziawszy to, wszedł na owo skrzyżowanie. Za nim Krzysztofik i Maciętas. Teraz dopiero jedyny z nich, który tego nie widział powiedział — No pięknie. Porąbało nam się w głowach, może tu jest mało tlenu?

Stali w korytarzu, pośrodku krzyżówki składającej się z czterech dróg. Każdy z nich wszedł w jeden i uznali, że przyszli z pomieszczeń z góry tunelem pierwszym z prawej w tej chwili. Następny wtedy był ten, z którego przyszli teraz, czyli z odkrytej komnaty z beczkami. Wychodziło im, że następna, idąc dalej z lewej, na prawo był tunel, który wcześniej widzieli. Więc następny, czyli czwarty musieli jakimś cudem przeoczyć wcześniej. Tomaszek wszedł w tunel początkowy, aby zorientować się, jak to było możliwe. Udawał, że idzie z tego tunelu na rozdroże i nagle go olśniło. Tunel lekko skręcał w lewo w tym miejscu. I wychodząc zza zakrętu, przeoczyli tę drogę. Po prostu z tej perspektywy tunel był niewidoczny. Dopiero idąc innym i wychodząc prosto na niego, mogli go dostrzec.

— Więc — W końcu odezwał się Tomaszek. — Nagle mamy wybór. Idziemy tam, gdzie zakładaliśmy, że pójdziemy czy może w ten nowy?

— Według mnie — Pociągając nosem znawcy, wyboru dokonał Maciętas. — Ten nowy bardziej śmierdzi. Chodźmy tam, gdzie mieliśmy iść.

— Może się podzielmy? -dał propozycją Krzysztofik i popatrzył na Maciętasa.

— Tylko bez takich propozycji. Przynajmniej ja sam nigdzie nie pójdę. -Skwitował propozycję Maciętas.

— Zróbmy tak. -Zaproponował rozwiązanie Tomaszek. — Może rzeczywiście rozdzielać się to nie najlepszy pomysł. Chodzi mi o oszczędności prądu w telefonach i latarce. A co do tego, którędy iść, idźmy tam, gdzie zaplanowaliśmy od początku.

Chłopaki pokiwali głowami i poszli za Krzysztofikiem we wcześniej wybrany tunel. Tym razem za Krzysztofikiem szedł Maciętas a no końcu Tomaszek.

Rozdział Osiemnasty

Krzysztofik włączył latarkę w komórce. Usłyszeli sygnał ogłaszający rozładowaną baterię.

— Kończy się energia w mojej komórce. Dacię inną lub latarkę? — Odezwał się Krzysztofik.

— Na razie idziemy, używając twojej. Jak się rozładuje dam ci latarkę. — Uspokoił go Tomaszek.

Szli dalej. Komórka coraz częściej odzywała się i prosiła o naładowanie. Wiele światła nie było potrzeba, idąc z przodu. Korytarz tak ten ja wcześniejsze był wąski i światło dobrze odbijało się od wilgotnych kamieni na ścianach. Zauważyli za to, że zrobiło się zimniej i jakby wilgotniej. Na podłodze też jak by było bardziej grząsko. To już nie było takie miejsce jak w nowo odkrytej komnacie. Nagle komórka Krzysztofika odezwała się ostatni raz i zgasła. Zatrzymali się, ale nie dlatego, że zrobiło się ciemno. Zatrzymali się, bo zatrzymał się Krzysztofik i stał jak wmurowany. Maciętas szturchną go i nie widząc reakcji, wyjrzał zza niego, o co chodzi. Krzykną i cofnął się, wchodząc na Tomaszka.

— Co jest. -Krzykną ten ostatni odpychając Maciętasa.

Maciętas nic sobie nie zrobił z odepchnięcia. Pchał się dalej w jego stronę, a że był najmniejszy z nich wszystkich, przecisną się przy najcieńszym z nich Tomaszku i staną za nim. Tomaszek podszedł pod stojącego w bezruchu Krzysztofika. Ten nawet nie drgną od początku.

— Pokaż co tam? — Przepchną się, aby zobaczyć, o co chodzi. Następnie wsadził głowę między niego a ścianę tunelu.

To, co zobaczył, skojarzyło mu się z jednym. Z mrugającymi oczami jakiegoś wielkiego stwora. Jak raz świeciły się dwa, raz jedno, a raz ginęły, w ogóle jakby mrugał.

— Chłopaki. — Powiedział cicho Krzysztofik. -Powoli się wycofujemy. A jak myślicie inaczej, to mnie tylko przepuście a ja już pójdę z powrotem. — I zaczął się wycofywać.

Tomaszek nie chciał się przeciskać obok Krzysztofika. Groziło to utknięciem. Odwrócił się i zobaczył, że po Maciętasie już nie ma śladu. Zaczęli powoli się cofać, aby nie rozjuszyć jakiejś, może dzikiej bestii, która mogła zacząć ich gonić. Tomaszek z latarką prowadząc i Krzysztofik, obserwując oczyska dziwnego, mrugającego stwora i tak powoli i bez kłopotów dotarli na rozdroże. Tu zobaczyli Maciętasa siedzącego w ciemności i obserwującego czy koledzy idą w jego stronę. A jak nie oni to czy może ten stwór po zjedzeniu ich nie zabierze się za niego. Jak wyszli z tunelu, zobaczyli minę kolegi tak wystraszoną, jak i ulgę, że to jednak oni. Krzysztofik, odsapną i powiedział.

— Udało się. Było groźnie, ale co to było?

— Dziwne było to, że tu za nami nie przyszedł. Ani że nie wydawał żadnych dźwięków. — Powiedział Tomaszek.

— Mnie się wydawało, że syczał lub huczał. — Odezwał się Krzysztofik, a on słyszał najlepiej, bo był najbliżej.

— Spróbuję się przyjrzeć temu bliżej. Jak by co to szykujcie się do ucieczki. -odezwał się i zaświecił latarkę Tomaszek. — Jak tylko krzyknę, musimy być gotowi do zwiewania z tego tunelu na zewnątrz. Żeby nie było, że zastawicie przejście, bo nas wtedy dopadnie i nie wiadomo co zrobi. Idę

Koledzy ustawili się w tunelu prowadzącym na zewnątrz. Pierwszy Maciętas, ale nikogo to nie dziwiło. Właściwie nawet to najlepsze rozwiązanie. Podczas ucieczki, co przeżyli już podczas pierwszego wejścia na teren zamku, Maciętas był najszybszy. Oprócz tego przewrócony Krzysztofik zatarasowałby tunel i wszyscy może by zginęli.

Tomaszek wszedł w tunel, z którego uciekali. Latarka świeciła jeszcze jasno, lecz zauważył, że światło z niej drży. To ręka Tomaszka odczuwała strach. Miał nadzieję, że po pierwsze jakoś da się to wytłumaczyć, co to tak się świeciło i nie będzie to jego ostatnia przygoda w życiu. A po drugie, że jak by się okazało to niebezpieczne, nogi będą szybkie i go nie zawiodą.

Szedł powoli i nasłuchiwał. Pierwsze kroki dość spokojne, ale z każdym następnym do rozdygotanej ręki doszło drżenie kolan.

— „Jeszcze parę kroków” -pomyślał.

Szedł coraz wolniej. Krok za krokiem. W pewnym momencie usłyszał dziwny syk, czy szum, który to był mocniejszy, to cichł. Zatrzymał się, rozejrzał. Nic nie było widać w świetle latarki. Pomyślał, że może jest jeszcze za daleko. Ruszył następne parę kroków. Dźwięki były coraz głośniejsze. Zaczął się bać, że jest tu znowu jakiś ukryty tunel i z zaskoczenia wyskoczy coś, co zrobi mu krzywdę.

— Żyjesz jeszcze! — Usłyszał krzyk Maciętasa. Jednak nie odezwał się. Był za blisko tego czegoś, żeby to denerwować.

Podszedł jeszcze parę kroków. Tutaj było już słychać dość głośno. Jakby to coś było całkiem nie daleko. Coś mu zaczął ten dźwięk przypominać. Właściwie może skojarzyłoby mu się wcześniej, ale w strachu głowa przestawała myśleć racjonalnie. Zgasił latarkę i zobaczył to coś, co go straszyło.

Rozdział Dziewiętnasty

Maciętas i Krzysztofik stali na rozdrożu i czekali. Czekali po pierwsze na krzyki od kolegi, aby uciekali, a po drugie czekali, żeby jak najszybciej uciekać. Właściwie z każdą sekundą Maciętas był bliżej pomieszczenia na górze niż Krzysztofika. Systematycznie oddalał się od kolegi, choć może nawet sam tego nie zauważał. Przesuwały się jego stopy, jak by dostały malutkich nóżek i one zdecydowały o przemieszczeniu całej reszty ku bezpiecznej przyszłości.

— Wiesz co. — Odezwał się w końcu Maciętas. — Może pójdę zobaczyć czy na górze wszystko w porządku?

— Sam nie możesz. Tylko twoja komórka jeszcze świeci.

— To choć ze mną.

Krzysztofik zastanowił się nad odpowiedzią. Ocenił sytuację i powiedział.

— Właściwie chodźmy. Przecież jak zacznie krzyczeć, żebyśmy uciekali to już będziemy w trakcie, a jak wszystko będzie w porządku to i tak go usłyszymy.

Maciętas na to czekał. Odwrócił się i ruszył w stronę powrotną. Tak dobrze mu to szło, że Krzysztofik, mając większą masę ciała, miał go ciężko dogonić. Doszli do schodów. Z tej perspektywy wyglądały naprawdę stromo. Wiły się jak mocno zakręcony wąż. Maciętas zaczął już się wspinać. Za nim Krzysztofik i już po paru chwilach byli na górze. Zauważyli, że zejście było o wiele dłuższe niż powrót. Wejście było wręcz jak we frunięcie. Jak by dostali skrzydeł. Jak Krzysztofik był już na górze Maciętas był już w drugim pomieszczeniu przy drzwiach. Kolega zobaczył po wejściu do tego samego pomieszczenia, jak Maciętas stoi i patrzy w szpary w drzwiach i szarpie za klamkę.

— „Kręci się obok drzwi jak pchła szukająca żywiciela” — Pomyślał kolega.

— Spokojnie. — Odezwał się Krzysztofik uspokajającym tonem.

Bał się, żeby kolega nie zaczął panikować. Żeby nie zrobił sobie krzywdy. Maciętas zatrzymał się z ręką na klamce i okiem przy szparze w drzwiach.

— Spójrz. — Cicho odezwał się do Krzysztofika. I machną na niego ręką, aby podszedł.

Kolega zbliżył się. Wypatrzył wolną szczelinę i przystawił twarz do drzwi.

— Na co mam patrzyć?

— Poczekaj.

Chwilę tak stali aż zobaczyli, jak ich oprawca wychodzi z wiadrem i podchodzi do taczki. Wysypuje z niego coś jak ziemię. Taczka jest już pełna i zostawiając wiadro na ziemi, odjeżdża z nią na dół po drodze w ich stronę. Po chwili przejechał obok nich i pojechał dalej.

— Pewnie jedzie nad rzekę. -Powiedział Krzysztofik. -A widziałeś, co było na taczce?

— To chyba ziemia. Przynajmniej tak to wygląda. Coś kopie, ale co można znaleźć w stajni i jakim cudem w stajni jest tyle ziemi?

Odeszli od drzwi. Spojrzeli po sobie.

— Najważniejsze, że coś robi i nie chce, abyśmy mu przeszkadzali. Właściwie to chyba się boi, żeby nie poinformować właścicieli. To jest coś nielegalnego. — Podsumował Krzysztofik.

I nagle usłyszeli krzyk Tomaszka. Byli na tyle daleko, że najpierw go nie poznali. Głos był głuchy jak by z tuby. Jednak wyraźny.

— Chłopaki!

Pierwszy w stronę kolegi ruszył Krzysztofik. Będąc już pomiędzy pomieszczeniami, spojrzał czy kolega idzie za nim. Maciętas kurczowo trzymał się klamki.

— No choć! -Wrzasną na kolegę Krzysztofik i pobiegł dalej.

Po chwili był już na schodach i zaczął schodzić. Kontem oka zauważył, że Maciętas opornie, ale idzie za nim. Przez ten czas jak chłopaki przeszli przez te dwa pomieszczenia, Tomaszek zdążył już krzyknąć parę razy. On uważał, że koledzy są bliżej i będą szybciej zbliżać się do niego. Oni jednak byli na tyle daleko, że czas dojścia musiał być dłuższy. Krzysztofik biegł pierwszy, ale na schodach zauważył, że przecież on nie ma latarki i nic nie będzie widział. Cofną się i wyciągną rękę do Maciętasa.

— Dawaj latarkę, to znaczy telefon. Zanim ty dojdziesz do Tomaszka, to może być za późno.

Maciętas podbiegł i przekazał telefon.

— Masz, ale nie oddalaj się za daleko. Muszę iść zaraz za tobą. Przecież ja nic teraz nie będę widział.

Krzysztofik zaczął schodzić a tuż za nim Maciętas. Po paru chwilach byli na dole. Pobiegli wprost w kierunku kolegi. Tomaszek nawoływał ich z coraz bardziej zniecierpliwionym głosem. Maciętas starał się trzymać jak najbliżej kolegi, jednak biegnąc, trzeba było uważać, aby się nie ślizgnąć i nie przewrócić. Po chwili zobaczyli światło latarki skierowane w ich kierunku, ale na ziemię, aby ich nie oślepiać. Podbiegli do Tomaszka ciężko dysząc.

— Co jest. — Wysapał Krzysztofik i pochylił ciało, aby złapać dech.

Zza Krzysztofika wyjrzał Maciętas i zapytał.

— Co się stało? Nic cię nie zjadło?

— No przepraszam, ale nie. — Z uśmiechem odpowiedział Tomaszek.

— To, co straszyło? — Powiedział, wyprostowując się Krzysztofik.

— Zobaczcie. — Powiedział Tomaszek. Odwrócił się i zgasił latarkę.

Rozdział Dwudziesty

Zrobiło się ciemno. Poczuł, jak zbijają się w ciaśniejszą grupkę.

— I na co mamy patrzeć jak jest ciemno jak, w tyłku mrówki. — Wyszeptał Maciętas.

— Poczekajcie chwilę, akurat teraz jest chwila spokoju.- Odpowiedział Tomaszek.

Stali tak chwilę i dało się wyczuć rozluźnienie. Zaczęli się spokojniej rozglądać wokoło. Nagle tuż przed nimi z lewej przy ścianie pokazały się dwa świecące „ślepia”. Koledzy Tomaszka się cofnęli.

— Stójcie to nic strasznego. Żaden zwierz. — I podszedł do owych świecących punktów.

Zbliżył się do nich szybciej, niż przypuszczali, że to nastąpi. Złudzeniem było, że to wielkie oczy jakiegoś stwora. To były stosunkowo nieduże światełka, a mrok i ich strach spowodował, że wszystko było nie tak, jak się wydawało.

— Podejdźcie. -Zawołał ich Tomaszek. — Ale nie świećcie latarki.

Chłopaki podeszli i stanęli obok niego. Ten wyciągną rękę i zakrył wydobywające się światło, a następnie cofną i światło się pojawiło.

— Już wiem, w którym miejscu placu zamkowego jesteśmy. — Odezwał się tonem człowieka, co jest pewny siebie, Tomaszek. — Jesteśmy przy studni, a te światełka to szpary między kamieniami w niej.

Chłopaki zaczęli dotykać otworów. Rzeczywiście pod palcami wyczuli inny rodzaj kamienia niż ten pokrywający tunel przed tym miejscem. Oprócz tego kamienie były cieplejsze.

— Jeśli to studnia to czy woda nie zaleje tunelu? — Odezwał się Maciętas.

— Nie zaleje, ponieważ nie raz jak byłem w zamku, to zaglądałem do niej i wiem, że jest wyschnięta. — Odparł na to pytanie Tomaszek.

— To może damy rade wydłubać parę kamieni i wejdziemy do studni? — Zaproponował Krzysztofik.

— Możemy spróbować, ale nawet jak tam wejdziemy, to i tak jesteśmy za nisko, aby jakoś wdrapać się na górę. — Ostudził ich entuzjazm Tomaszek.

— Czyli co to nam dało? — Ze smutkiem odezwał się Maciętas.

— Po pierwsze wiemy, w którą stronę idziemy i gdzie mniej więcej idziemy. — Podsumował swoją wiedzę Tomaszek.

— Może wyjaśnij, gdzie idziemy i co nam to daje.

— Więc tak, idziemy w kierunku restauracji. Co nam to daje? Prawdę mówiąc, wiemy, chociaż w jaką stronę idziemy. Może tam, gdzie dojdziemy, coś pomoże nam poradzić sobie z tą naszą sytuacją.

— Właściwie to wiele nie wiemy. — Skwitował Krzysztofik.

— Wiecie co? — Odezwał się Maciętas. — spróbuję złapać zasięg komórką.

Wyciągną rękę z telefonem do przodu i zaczął naciskać na klawisze. Po paru kliknięciach aparat zagrał ostatnią melodyjkę i zgasł. Maciętas zaczął trząść komórką, ale nie ożywił ją w ten sposób, zabolała go tylko ręka.

— No to na tyle. — Podsumował swoją propozycję Maciętas i popatrzył na kolegów. Oni wzruszyli ramionami.

— Za długo używaliśmy jej jako latarki. — Powiedział Krzysztofik. — I co teraz?

— Idziemy dalej. -Powiedział zdecydowanym głosem Tomaszek. — Co, mamy wracać? Będziemy czekać na górze, aż nas ten gość wypuści, jeśli w ogóle wypuści?

Odwrócił się od nich i skierował latarkę w stronę nieodkrytego jeszcze tunelu.

— Idziemy. — I ruszył, a koledzy jeden za drugim za nim.

Parę metrów dalej korytarz zaczął się robić coraz niższy i to nie dlatego, że sufit się obniżał. Podłoga była coraz bardziej zasypywana ziemią. Podchodzili po prostu dzięki temu do góry. Przeszli jeszcze kawałek i znowu zaczęło się robić normalnie wysoko.

Nagle Tomaszek się zatrzymał. Chłopaki jeden na drugiego zaczęli wpadać na siebie. Po zatrzymaniu i upewnieniu, że nikt nie upadnie, wyjrzeli zza pleców Tomaszka. Spojrzeli w stronę, w którą kolega świecił latarką. Przed nimi była ściana. Ściana z kamienia.

— No pięknie i co teraz? — Odezwał się z rozżaleniem Maciętas.

Tomaszek podszedł pod mur. Dotkną go i zaczął obmacywać kamienie. Wyglądało to, jakby szukał kolejnego tajemnego wejścia.

— Weź, przestań. Myślisz, że wszędzie będą takie ukryte wejścia? — Kontynuował Maciętas swoje żale.

Krzysztofik podszedł do muru. Jednak nie szukał wyjścia. Po prostu usiadł i oparł się o niego. Wyglądało na to, że jest zrezygnowany.

— Chłopaki. — Odezwał się, siadając. — Musimy przyznać, że tutaj kończy się nasza przygoda. Musimy wrócić i mieć nadzieję, że nas wypuści. Jak nie to będzie z nami kiepsko.

— Jak by co, to musielibyśmy czekać na właścicieli jeszcze z trzy dni. — Odezwał się Tomaszek, nie przestając szukania wyjścia.

— Powiem jedno. Przygoda była przednia. Może nie odkryliśmy wielkiego skarbu, ale coś tam jednak znaleźliśmy. — Odezwał się Maciętas i tam, gdzie stał, usiadł.

Tomaszek nie umiał tak szybko się poddać, choć jak by powiedział to kolegom, nie zgodziliby się z tym, że oni to zrobili szybko. On pamiętał, co zawsze mówił mu tata. „Nigdy się nie poddawaj”. No i się nie poddawał. Szukał, macał, wciskał i przesuwał, żeby tylko coś drgnęło i jakoś rozjaśniło ich sytuację. Przeszedł chyba już od końca do końca. Dotkną chyba każdego kamienia i nic.

— Chłopaki chyba nici z innego wyjścia. — Powiedział zrezygnowany Tomaszek i usiadł w rogu pomiędzy końcem tunelu a ścianą. Wyczuł, że nie usiadł na podłodze. Uznał, że to musi być leżący kamień. Może pozostałość muru.

Coś chrupnęło. Chłopaki poderwali się z ziemi. Zaczęła się obsypywać ziemia z góry nad nimi. Nie była to ilość ziemi zagrażająca ich życiu, jednak zaczęło coś się dziać. Tomaszek też wstał. Ustało. Nacisną nogą kamień, na którym usiadł. Nic się nie stało. Wszedł drugą i znowu zaczęła się sypać ziemia. Zszedł, ale tylko po to, aby wskoczyć z rozpędu na ów kamień, który mógł być zapadnią. Metalowy trzask rozdarł ciszę, która panowała w tunelu i nagle ściana przed nimi lekko jedną stroną przesunęła się w przód. Ujrzeli, że ze szczeliny wydobywa się lekkie światło.

Rozdział Dwudziesty Pierwszy

Tomaszek zaparł się dwoma rękoma o ścianę i pchną. Ani drgnęła. Z ziemi poderwał się Maciętas i dołączył do kolegi. Ściana nie ustąpiła ani o centymetr. W czasie jak chłopaki usiłowali poszerzyć przejście, Krzysztofik był w trakcie wstawania. Trochę to trwało, ale w końcu był na nogach.

— Przesuńcie się. — Powiedział do kolegów i z rozpędu uderzył barkiem w ścianę.

Ściana zadrżała, ale nie ustąpiła.

— Stańcie za mną. — Powiedział Krzysztofik.

Odsuną się od ściany. Obok przesunęli się Tomaszek, który ustawił się za Krzysztofikiem i następnie przepuścili Maciętasa. Krzysztofik pochylił się. Na jego plecach oparł się Tomaszek, a na nim ręce położył Maciętas.

— Chłopaki na trzy. — Wykrzyczał pierwszy stojący z nich i zaczął odliczać.

— Raz. Dwa. I trzy.

Ruszył Krzysztofik, a za nim poopierani koledzy. Zrobiony z ich ciał taran uderzył w mur. Ściana z kamienia ustąpiła. Jednak nie otworzyła się jak drzwi. Szczelina nie poszerzyła się, mur po prostu runął. Widocznie mechanizm był już popsuty lub coś przeszkadzało w otwarciu. Do pomieszczenia, wpadła najpierw ściana i rozsypała się w kupę gruzu. Następnie jeden na drugiego wpadli chłopcy. Całe szczęście największy był pierwszy, a najmniejszy na końcu. Gdyby było inaczej po Maciętasie byłaby plama. W pierwszej chwili jak wpadli, kurz był tak olbrzymi, że nic nie widzieli. Pozbierali się i kaszląc, zaczęli się rozglądać. Po paru minutach kurz zaczął opadać. Zauważyli jedno. W tym pomieszczeniu było dość widno. Nie na tyle, żeby czytać książkę. Nawet na pewno i tak żaden z nich i w lepszym świetle nie wyjąłby książki. Jednak przyjemnie było stwierdzić, że sytuacja się trochę rozjaśniła. Tak przez wpadające szparą światło dnia, jak i to, że poruszali się do przodu. Tomaszek zwrócił uwagę, skąd wpada światło. Na przeciwnej ścianie była szczelina pomiędzy kamieniami. Poszedł w tym kierunku i zauważył, że w tym miejscu było okienko. Może nieduże, ale wystarczające do przeciśnięcia się kogoś takiego jak Maciętas. Tomaszek zaczął ruszać kamieniami. Okazało się, że to był nowy kawałek muru. Właściwie, to było nowo zamurowane okno, a nawet otwór jakby obronny. Może kiedyś z niego strzelano do zbliżającego się wroga? Po poruszaniu nowo zamurowanymi kamieniami, jak to zawsze okazało się, że co stare to stare. Te nowe trzymały się, ale można było je powoli wyciągać, lub po przepychać na zewnątrz.

— Chłopaki. — Krzykną na kolegów Tomaszek. -Mamy robotę. — I wytłumaczył im, co mają robić.

Sam odszedł i zastanowił się, gdzie mogą być. Wydedukował jedną możliwość. To musiała być piwnica, o której kiedyś opowiadał mu tata. Podobno pod narożną wierzą, była jakaś dziwna piwnica. Za jego czasów jak były jeszcze w tym miejscu ruiny, był w nich. Zwiedził je i opowiedział mu, jak tu to wyglądało. Wszystko zgadzało się z jego opisem. Było okienko, ale zamurowane. Z prawej strony od dziury w ścianie, przez którą weszli, były jakieś wymurowane kadzie. Czyli trzy betonowe kwadratowe dziury. A od lewej od ich wejścia były, przynajmniej kiedyś pozostałości schodów. Całe szczęście był to dawny wyrób z kamienia i w tej chwili jeszcze trochę z nich zostało. Przypomniało się Tomaszkowi, jak był w tej sali na górze. W tym rogu sali było podniesienie z drewna. „A więc w ten sposób zakryli wejście do lochów”. Pomyślał. Spróbował wejść po pozostałościach owych schodów. Powoli wdrapał się i doszedł do drewnianego dla nich sufitu a dla tych u góry podłogi. Zaczął uderzać w deski rękoma. Ani drgnęły. W tym czasie usłyszał, jak jakiś większy kamień upadł na podłogę. Odwrócił się i zobaczył, że jest dużo widniej. To już nie była szpara w ścianie. To była już niezła dziura i widać było, że chłopaki czerpią z tego dużą frajdę, a może poczuli nadzieję na pozytywne rozwiązanie. Pracowali tak na zmianę. Raz Krzysztofik dłubał w ścianie raz Maciętas. Po wyjęciu tego większego kamienia Tomaszek mógł zgasić latarkę. Było dość widno. Zszedł do nich. W tym czasie zobaczył jak Maciętas, który akurat pracował przy wydłubywaniu kamieni, popchną i mało co nie wypadł przez powstałą dziurę. Oczywiście nie mógł wypaść, ale tak to wyglądało. Ręce miał na zewnątrz, a głowa mało co mieściła się już w otworze. Jakby nie patrząc, a raczej mało było teraz widać po zasłonięciu otworu, wyglądało to śmiesznie. Krzysztofik złapał go za nogi i wyciągną. Zamienili się i teraz ten drugi powiększał otwór. Tomaszek zszedł do nich i stanął obok Maciętasa. Dało się wyczuć, a może dało się zobaczyć po jego minie, że stres związany z przebywania w tym miejscu odszedł w zapomnienie. Widać było, nawet nie ulgę, a nadzieję na jego twarzy. I tutaj widząc to na jego twarzy, skojarzyło mu się jakby upadek tego kamienia, symbolizował spadający kamień z serca Maciętasa.

W tym czasie Krzysztofik, wypchną następnych parę kamieni. Parę zagarną do środka. Nie były one na tyle duże co ten hałaśliwy, ale otwór się powiększał.

— Może teraz ja. — Zaproponował Tomaszek i podszedł bliżej.

Krzysztofik nawet nie przestał na chwilę dłubać w ścianie. Wyglądał jak dzikie zwierze, które poczuje krew i nie umie odpuścić.

— Nie, nie. Sam dokończę. Czuję, że jeszcze parę kamieni i będzie wystarczająco duża.- Z otworu wydobył się głos Krzysztofika.

— Dobra. — Odpowiedział właściwie sam do siebie Tomaszek i w następnym zdaniu odezwał się do Maciętasa.

— Jak wyjdziesz, bo oczywiście tylko ty to pewnie będziesz mógł zrobić. Idź prosto do mojego taty. Pracuje za górką w zakładzie znajdującym się w starym kamieniołomie. Wiesz gdzie, bo ci nie raz pokazywałem.

— Czemu do twojego taty? — Zdziwiony odezwał się kolega.

— Twój też jest w pracy, do Sobkowa daleko, a zakład mojego taty jest najbliżej. Oprócz tego nie będziesz musiał obchodzić dookoła zamku, tylko pójdziesz prosto wzdłuż murów aż do drogi, a potem już całkiem blisko.

Maciętas chwilę zastanowił się nad słowami kolegi, ale w końcu mu przytakną. Nagle zrobiło się jeszcze jaśniej i zrozumieli, że to już.

Rozdział Dwudziesty Drugi

Krzysztofik odwrócił się i zobaczyli na jego twarzy wyraz zadowolenia.

— Dawać tego kurdupla. — Powiedział to z uśmiechem i pokazał na Maciętasa.

— Chodź. I mam nadzieję, że załatwisz wszystko, tak jak trzeba. -Powiedział do Maciętasa Tomaszek. — Pamiętaj. Uważaj, jak dojdziesz do drogi, tu przy murze nikt cię nie zauważy. Jednak jak wyjdziesz na drogę, a przypadkowo ten świr też wyjdzie, to cię zobaczy. Wtedy będzie po tobie a przy okazji i po nas.

— Rozumiem. Rozumiem. Po prostu we mnie cała nadzieja ludzkości. -Powiedział Maciętas i się zaśmiał.

Podszedł do ściany z wybitym wyjściem „awaryjnym”.

— Może być ciasno. — Rozważył wzrokiem swoją posturę i otwór Maciętas.

— Nic się nie przejmuj, wypchniemy cię jak korek z Pikolo. — Zasugerował Krzysztofik.

Podeszli z Tomaszkiem i stanęli za nim. Maciętas wcisną głowę do dziury i pierwszy raz od może dwóch, trzech godzin zobaczył wolny świat.

— Tak nie. — Powiedział Tomaszek. — Lepiej wystaw najpierw choć rękę. Jak wypchniemy cię, to przynajmniej nie spadniesz na głowę.

Kolega cofną głowę i wsadził w otwór rękę, a za wyciągniętą ręką poszła i głowa. Sam więcej nie mógł zrobić. Musiał liczyć na kolegów. Ci podeszli. Złapali go za nogi, podnieśli i zaczęli wciskać. Parę pchnięć i posuną się do połowy ciała. Jednak nagle utkną. Próbowali mocniej pchnąć. Nic to nie dało. Z drugiej strony wyglądało to bardziej zabawnie. Połowa Maciętasa wystawał z muru. Do ziemi zostało mu jeszcze jakiś metr. Zgięty w pół zaczął machać rękoma, aby wydostać się z potrzasku. W tym czasie koledzy wymyślili, że może należy trochę go cofnąć, a następnie pchnąć go mocniej. Może wtedy uda się go wypchnąć. Zaczęli wciągać. Chwilę ciągnęli, ale bez rezultatów.

— „Utkną na stałe”. — Pomyślał Tomaszek.

Jednak ostatnim pociągnięciem udało się go trochę cofnąć. Wówczas Krzysztofik z Tomaszkiem zaparli się i z całej siły popchnęli. I rzeczywiście Maciętas wyskoczył przez otwór jak korek z butelki. Wydawało im się, że nawet usłyszeli specyficzny odgłos odkorkowywania gazowanego napoju typu Pikolo. W pomieszczeniu znowu zrobiło się widno. I nagle usłyszeli głos Maciętasa.

— O matko moja głowa. Będę miał guza jak arbuz.

— To będziesz miał dwa na jednej szyi. — Powiedział Krzysztofik i parskną śmiechem.

— Idź i postaraj się, aby nie zobaczył cię stajenny. -Powiedział do dziury Tomaszek. — Idź i postaraj się załatwić pomoc.

— Idę i zaraz wracam z twoim tatą.

Chłopaki wiedząc, że muszą poczekać dłużej niż chwilę, postanowili trochę odsapnąć i usiedli na kamieniach.

W tym czasie Maciętas gładząc się po głowie i pocierając łokieć, zaczął biec wzdłuż muru. Sam mur do drogi miał jakieś pięćdziesiąt metrów. Droga trochę pod górę. Zapomnieli, że z tej strony zamku o tej porze roku pasą się konie z zamku. Zapomnieli o tym, że stajenny wyganiał je rano i że mógł gdzieś się tu kręcić.

— „Jednak że był zajęty pewnie wywożeniem tej dziwnej ziemi, tu go nie będzie”. -pomyślał Maciętas, ale trochę zwolnił i zaczął się zachowywać ciszej i więcej się rozglądać.

Po paru minutach doszedł do końca muru. Wyjrzał zza niego i zobaczywszy, że nikogo nie ma, przeszedł jeszcze parę metrów i był na drodze. Spojrzał w prawo. Mógł iść w stronę domu, ale rzeczywiście musiałby przejść obok bramy do zamku. Co by było, jak akurat wtedy wyszedłby ten cwaniaczek, co ich zamkną? Pewnie wróciłby do kolegów nie jako bohater, ale więzień. Ruszył biegiem w lewo. To była trudniejsza droga niż w prawo. Prowadziła pod górę. Było ciężko. Pierwsze parę metrów poszło szybko. Jednak z każdym następnym było mniej powietrza w płucach i coraz bardziej bolały nogi. Musiał uważać na jeżdżące tiry. Droga była wystarczająca dla samochodów, jednak piesi mieli kłopot się zmieścić. Raz za razem musiał schodzić z asfaltu, żeby nikt go nie przejechał. Chciało już mu się pić. Po następnych paru krokach zwolnił do marszu. Szedł szybko, ale już tylko szedł, a nie biegł. Poczuł trochę ulgę. Oddalił się na tyle daleko od zamku, że poczuł się bezpieczny. Był w połowie drogi do pracy taty Tomaszka. Dwie trzecie drogi pod górę. Po przejściu tej jednej trzeciej reszta będzie z góry. Rozluźnił się i spojrzał do tyłu, aby upewnić się, że wszystko jest w porządku. Zdziwił się, bo zobaczył jak z bramy zamkowej, wychodzi jakiś facet i zobaczywszy go, zaczyna biec za nim. W pierwsze chwili pomyślał „Co za gość, uprawia jakieś biegi czy co?” Nagle go olśniło, to ten zbir co ich zamkną. Zaczął biec. Nogi były zmęczone, jednak w tej chwili miał je gdzieś. Poczuł, że musi nie zależnie od wszystkiego biec. Dla siebie, dla kolegów. Jak go złapie, będzie po nich. Był na górce. W najwyższym miejscu drogi. Odwrócił się. Chciał się upewnić, jak daleko jest pogoń. Jednak w tym miejscu był za zakrętem i widział tylko ze sto metrów do tyłu. A więc nie widział pogoni. „Z jednej strony to dobrze” — Pomyślał. — „Jest daleko”. Jednak po przebiegnięciu jeszcze paru dziesięciu metrów i obróciwszy się, zobaczył, że odległość między nimi zrobiła się bardzo mała.

Jeszcze parę metrów i wbiegł na plac, gdzie pracował tata Tomaszka. Zaraz za nim stajenny. Jeszcze parę kroków i już go trzymał za koszulkę. Maciętas zaczął krzyczeć, ale ten zastawił mu ręką buzię. „To koniec” — Pomyślał Maciętas.

Rozdział Dwudziesty Trzeci

Tomasz senior, czyli tata Tomaszka szedł ze stacji benzynowej znajdującej się trochę dalej na terenie tego samego zakładu. Podchodził pod górkę i nie widział jak Maciętas wbiegł na plac. Usłyszał jednak jego krzyki. Przyspieszył kroku. Wszedł na najwyższy punkt wzniesienia, z którego mógł zobaczyć bramę wjazdową na zakład. Nikogo nie widział. Doszedł do wózka widłowego, który zostawił obok kontenerów i odpalił go. Nie lubił po placu firmowym chodzić, wolał jeździć. Przejechał obok kontenerów i zaczął mijać bramę wjazdową. Nikogo przy niej nie było. Coś jednak nie dawało mu spokoju. W końcu słyszał jakiś krzyk dziecka. Skierował wózek w stronę bramy i po dojechaniu do niej zsiadł z niego. Wyszedł za bramę. W pierwszej chwili nikogo nie widział. Jednak jak wyszedł dalej i miną stróżówkę zobaczył jak jakiś facet, prowadzi szamoczącego się chłopaczka. Jakkolwiek by było, dziwna sytuacja. Jednak pomyślał, że „może ten ktoś wygłupia się z synem”? Jednak w tej chwili jednym mocnym szarpnięciem chłopaczek trochę uwolnił się z objęć tego jegomościa i odwrócił się w jego stronę. Tomasz senior zobaczył, że tym chłopcem jest Maciętas, kolega jego syna.

— Hej kolego, co robisz temu chłopcu? — Wykrzyczał za mężczyzną prowadzącym Maciętasa.

Gościu, nawet się nie odwrócił, szedł dalej.

— Hej co jest? — Krzykną jeszcze raz.

Maciętas odwrócił się jeszcze raz i Tomasz zauważył coś jeszcze. Miała zakryte usta. Dłużej nie czekał. Byli na tyle już daleko, że biec za nimi było bez sensu. Cofną się do bramy i pobiegł po samochód. W tym czasie z biura wyjrzała jego żona, czyli mama Tomaszka.

— Co się dzieje? — Zawołała za mężem.

— Dzwoń po policję. Ktoś stara się porwać kolegę Tomaszka, Maciętasa. — I podbiegł do samochodu. Następna chwila i już wyjeżdżał na drogę. Skręcając, zobaczył, że już są na szczycie wzniesienia. Jednak zauważył też, jak porywacz zaczął się nerwowo rozglądać i wypatrywać czy nie ma pościgu. Zobaczywszy, że tata Tomaszka wyjeżdża z bramy z piskiem opon, odepchną Maciętasa i rzucił się w samodzielną ucieczkę. Nie kierował się jednak już w stronę zamku. Biegł na drugą stronę drogi i rzucił się ślizgiem, nogami do przodu do stromego wąwozu. Tomasz senior dojechał do leżącego w rowie Maciętasa. Zatrzymał się i wyskoczył z samochodu. Podbiegł do chłopca i go podniósł.

— Co się dzieje? Czy wszystko w porządku? — Powiedział do Maciętasa.

— Już tak. Jednak ten facet ucieka.

— Nie przejmuj się. Już dzwonimy po policję.

Zaprowadził go do samochodu, a sam wyszedł poza drogę i spojrzał gdzie podział się porywacz. Ten był już na dole i biegł w stronę lasu. Tata Tomaszka obszedł samochód i wsiadł do niego.

— Uspokoiłeś się już? — Zapytał chłopca.

— Już jest OK. Jednak musi Pan wiedzieć, że w zamku są zamknięci Tomaszek i Krzysztofik. Zamkną nas ten facet w starej piwnicy.

Oczy Tomasza seniora robiły się coraz większe. Jak usłyszał, że jego syn jest zamknięty w jakimś lochu, odpalił samochód i ruszył z piskiem opon w stronę zamku. Nawet nic więcej się nie pytał. W parę chwil byli przy bramie zamkowej. Była uchylona. Wysiedli i ruszyli w jej stronę. Do bramy pierwszy doszedł tata Tomaszka. Maciętas trzymał się trochę z tyłu. Tomasz, mocno pchną bramę. Otworzyła się na roścież. Weszli do zamku. Tata Tomaszka odwrócił się do Maciętasa i zapytał.

— Gdzie ten loch?

Maciętas pokazał, w którą to stronę i Tomasz zrozumiał, o jakie pomieszczenie chodzi. Zaczęli biec. Po paru metrach zauważyli, że stajnia jest otwarta. Tomasz zatrzymał się i cicho odezwał się do kolegi syna.

— Czy jest szansa, że jest ich więcej? Czy widzieliście jeszcze kogoś?

Maciętas pokiwał głową. — Nikogo więcej nie widzieliśmy, ale to nie znaczy, że nikogo więcej nie ma.

Tomasz powoli szedł w stronę stajni, a ręką kazał Maciętasowi zostać przy ścianie. Po dojściu do bramy wejściowej do stajni zajrzał przez szparę. Ocenił, że nic mu nie grozi i powoli zaczął ją otwierać. Otwierała się cicho jak świeżo naoliwiona. Wszedł do środka. Parę metrów i musiał wyjrzeć w prawo lub w lewo, bo na wprost był boks dla konia. Wyjrzał w jedną, a potem w drugą. Było pusto. Poszedł w lewo. Zaglądał w każdy boks. Nigdzie nikogo nie było. Doszedł do miejsca, gdzie trzymano paszę dla koni. Były to ułożone w ostatnim boksie z belowane kostki siana. Wracając, oglądał każdy boks z drugiej strony. Też nikogo. Przeszedł tak też do końca w drugą stronę i z powrotem. W końcu dotarł do wyjścia. Maciętas stał bez ruchu tam, gdzie go zostawił.

— Choć uwolnimy chłopaków. — Powiedział Tomasz i pobiegł w stronę lochu.

Rozdział Dwudziesty Czwarty

Tomaszek i Krzysztofik siedzieli na kamieniach i odpoczywali po akcji odkorkowywania Maciętasa.

— Ciekawe czy ta gapa załatwi ratunek? — odezwał się w końcu Krzysztofik.

— Znając jego problem z odwagą, boję się czy aby nie poszedł do domu i nas tu nie zostawił na pastwę tego świra. — Podsumował kolegę Tomaszek.

Krzysztofik pokiwał głową. Przyznał rację Tomaszkowi. Maciętas był odważny, ale tylko wtedy, jak nie trzeba było być odważnym. Jak wszystko było w porządku, to Maciętas był bohaterem stulecia. Gdy było bardziej niebezpiecznie to jak za pierwszym razem, gdy uciekali. Maciętas był pierwszy do zwiewania. Mieli jednak nadzieję. Co jak co, ale może przemyślał, że do pracy taty Tomaszka było bliżej i tylko choćby dlatego bardziej opłacało mu się tam iść.

— Bardziej nawet interesuje mnie, czy jak zdecydował się jednak spełnić swój koleżeński obowiązek, to czy mu się to udało. — Powiedział Tomaszek.

— Dowiemy się za jakiś czas.

Posiedzieli jeszcze chwilę. Tomaszkowi skojarzyło się w końcu, że jak ma przyjść pomoc, to pewnie przyjdzie do wejścia, gdzie ich zamkną. Nie tutaj.

— Wiesz Krzysztofik. Trzeba będzie wrócić do początkowego pomieszczenia. Tam poczekamy na pomoc.

— Ty, masz racje. Raczej tam kogoś zaprowadzi.

Wstali i że Tomaszek, miał latarkę, poszedł przodem. Weszli w tunel. Latarka świeciła wyraźnie słabiej. Albo się kończyły baterie, albo przyzwyczaili się do światła dziennego. Lochy wydawały się jeszcze bardziej mroczne i mniej przyjazne. Po paru minutach przechodzenia przez wąski tunel dotarli do rozdroża. Teraz Tomaszka zastanowił ten nowo odkryty tunel.

— Wiesz co? Mamy trochę czasu. Może zajrzymy do tego nowego? — Odezwał się do Krzysztofika Tomaszek.

— Nie bardzo mi się chce, ale ty masz latarkę i ty decydujesz. Pójdę za tobą.

Tomaszek chwilę pomyślał i ruszył do nowego tunelu. Ten był szerszy, ale tylko na początku. Po paru metrach zaczęło przybywać pod nogami ziemi i tunel wyraźnie się zwęził. Po następnych paru metrach stanęli przed ścianą. Było to gruzowisko kamieni i ziemi. W tym miejscu ich odkrywanie nowego lochu było zakończone.

— Co, kopiemy czy może dajemy spokój? -Wymyślił Tomaszek.

— Chyba nic to nie da. A co gorsza jeszcze zawaliłoby się na nas. — Odpowiedział Krzysztofik.

— Chyba masz rację. To tutaj już dawno jest zasypane i może grozić tylko i wyłącznie większymi kłopotami.

— Ciekawe gdzie to prowadziło? — Zapytał się Krzysztofik.

— Może właśnie tam, gdzie jest prawdziwy skarb? — Odpowiedział Tomaszek, odwrócił się i przekazał latarkę koledze. Łatwiej było przekazać prowadzenie ich pochodu Krzysztofikowi niż przeciskanie się obok niego.

— To by było na tyle. — Podsumował ich nowe odkrycie Krzysztofik i biorąc latarkę, również odwrócił się i zaczęli iść z powrotem.

Doszli do krzyżówki i skręcili znów w lewo. Po paru następnych metrach znaleźli się pod schodami. Krzysztofik pierwszy, a za nim Tomaszek zaczęli się wdrapywać po tym stromym podejściu. Krzysztofik strasznie już sapał. Był tu już trzeci raz i miał już ich dość. Po wdrapaniu się przeszli od razu pod drzwi wejściowe. Tomaszek złapał za klamkę, ale były zamknięte.

— Też miałeś nadzieję? -Odezwał się zza jego pleców Krzysztofik.

Obaj przyłożyli twarze do drzwi i zaczęli patrzeć co dzieje się na zewnątrz. Był spokój. Po paru minutach zobaczyli, jak od strony rzeki z taczką jedzie ich oprawca. Zatrzymał się po przejechaniu ich wejścia i się wyprostował. Spojrzał w ich stronę i w paru krokach był już przy ich drzwiach. Zakopał z całej siły w drzwi i się zaśmiał. Chłopaki odskoczyli wystraszeni od huku. Może nawet dobrze, że tak zareagowali, ponieważ mieliby sińce od uderzenia drzwiami w twarze. Następnie odszedł i złapał za rączki taczki. Podjechał pod stajnię, otworzył wrota i wjechał nią do środka. Następnie wyszedł i zamkną je. Popatrzył w miejsce gdzie stali. Uśmiechną się i poszedł w kierunku bramy wejściowej na zamek.

— Wychodzi. Żeby Maciętas był już daleko, bo inaczej go zobaczy. — Cicho odezwał się Tomaszek.

— No nic nie możemy poradzić. -Podsumował Krzysztofik i jak to miał w zwyczaju, usiadł.

Rozdział Dwudziesty Piąty

Tomaszek siadł obok kolegi. Co mieli robić. Pozostało tylko czekać.

Minęło parę minut, gdy usłyszeli szelest żwirku wysypanego od bramy do stajni. Szelest był dość intensywny, jakby ktoś biegł. Poderwali się na równe nogi i zerknęli przez szczeliny w drzwiach. Szelest ustał. Nic dziwnego nie widzieli. Jeśli ktoś biegł, to zatrzymał się jeszcze, w którego miejscu oni nie mogli zobaczyć. Patrzyli. Byli ciekawi, co będzie się działo dalej. Nagle Tomaszek zauważył, że powoli i ostrożnie w stronę stajni idzie jego tata. Wyglądało, jakby chciał zachować ostrożność. Może myślał, że ktoś tam jest. Może Maciętas powiedział mu, że tam coś ten świr robił i może chciał sprawdzić, czy go tam nie ma? A może wiedział, że tam tego gościa nie ma, ale podejrzewał, że jest ich więcej. Tomaszek nie wiedział. Mógł tylko przypuszczać. Tata wszedł do stajni. Jakąś chwilę tam coś robił, a następnie wyszedł i coś powiedział w kierunku bramy. Nie widzieli, do kogo to powiedział. Ważne było to, że ruszył biegiem w ich stronę. Zaraz po tym pojawił się wybiegający od strony bramy Maciętas. Domyślili się, że kolega wezwał pomoc. Jednak ich nie zostawił. Parę susów i tata Tomaszka był przy drzwiach.

— Chłopaki jesteście? — Odezwał się w kierunku drzwi.

— Nigdzie się nie wybieramy. — Odpowiedzieli równocześnie.

— Ale tato uważaj, ten facet co nas tu zamkną, gdzieś poszedł. Może wrócić.

— Nie wróci. Widziałem, jak uciekał w stronę lasu. Na pewno jest już daleko.

Rozmawiając z synem, próbował rozwalić kłódkę. Stawiała opór.

— Odejdźcie od drzwi. Postaram się je wyważyć.

Chłopaki odsunęli się i stanęli pod ścianą. Tata Tomaszka trochę odsuną się od drzwi i z całej siły kopną w nie, blisko kłódki. Skobel, na którym była zamknięta kłódka, wyrwał się z futryny i drzwi, z hukiem się otworzyły. Zza otwartych na roścież, wychylili się chłopcy. Tomaszek wybiegł i wpadł w objęcia taty.

— No to mieliście przygodę.

— Tato, nawet nie wiesz jaką. Musiałbyś zobaczyć, co znaleźliśmy.

Tata zrobił zaskoczoną minę i odsuną od siebie syna.

— Coś znaleźliście?

— Proszę Pana, Pańska historia o tunelach i zasypanych piwnicach to prawda. — Odezwał się Krzysztofik.

— Tak. Odkryliśmy komnatę ze starymi beczkami. — Wtrącił się Maciętas.

— Pokażcie. — Powiedział zaciekawiony tata Tomaszka.

— Chodź. — Powiedział jego syn i się odwrócił. Wszedł do pomieszczenia, w którym do tej pory byli zamknięci. Za nim jego tata. Złapał go za ramię i powstrzymał.

— Poczekaj. To może być niebezpieczne. Najpierw pokaż, jak wygląda wejście.

Ominął Tomaszka. Zabrał mu latarkę i wszedł dalej. Następnie przeszedł do następnego pomieszczenia i poświecił latarką w poszukiwaniu tunelu. Chłopaki poszli za nim. Najpierw Tomaszek, potem Krzysztofik. Najdalej za nimi i z pewnymi oporami posuwał się Maciętas. Przed tatą Tomaszka ukazała się dziura w ziemi. Czarna jak wrota piekieł. Tomasz podszedł bliżej i poświecił latarką.

— O nie chłopaki. Tutaj to my już nie wejdziemy. Jest bardzo niebezpiecznie. Oprócz tego wąsko i mógłbym utknąć. Oprócz tego, czy nie widzieliście w tych tunelach zawalisk?

— Tak tato. W jednym tunelu ziemia się zawaliła i cały tunel był zasypany.

— No właśnie. Na pewno tam nie wejdziemy. Lepiej chodźcie do samochodu. Pojedziemy i dam wam coś pić i jeść. Pewnie tego potrzebujecie.

Krzysztofik pokiwał głową. Miał minę, jakby nie jadł z dwa dni.

Wyszli z lochu i ruszyli w stronę samochodu.

— Opowiedzcie czy bardzo się baliście?

— W ogóle, proszę Pana. — Szybko odpowiedział Maciętas.

— A czy ten szurnięty gość co was zamkną, coś wam oprócz tego zrobił?

— Nie. Tylko zamkną. Podobno w czymś mieliśmy mu przeszkadzać. — Wtrącił się Krzysztofik.

— W pracy? — Zapytał Tomasz i popatrzył na syna.

— Tato raczej nie. Wywoził jakby ziemię ze stajni i zawoził ją gdzieś w stronę rzeki. Gdzie? Nie wiemy, bo nie było tego widać przez szpary w drzwiach.

— Może to obornik? — Starał się rozwikłać sprawę tata.

— Co to obornik? — Zapytał Maciętas.

— Znaczy się kupy koni. — Odpowiedział mu Tomaszek. — Może i tak, ale mnie to wyglądało na ziemię.

— Ziemia w stajni? Byłoby dziwne. Pewnie, po prostu źle widzieliście, lub z tego konta patrzenia nie widzieliście dokładnie.

— Pewnie tak. — Powiedział Krzysztofik i dodał. — Chodźmy już coś zjeść. Umieram z głodu.

Dochodzili właśnie do bramy wejściowej na zamek, gdy jeszcze tata zapytał.

— Jestem ciekaw, kiedy przyjedzie policja.

I w tym czasie usłyszeli sygnał policyjnego samochodu.

Rozdział Dwudziesty Szósty

Po przyjeździe policji zostali przesłuchani. Każdy z osobna opowiedział, co się stało. Na koniec Tomasz, tata Tomaszka musiał opowiedzieć, co widział i gdzie uciekał porywacz. Policjanci wyjaśnili również że dwa kolejne radiowozy już go szukają. Następnie zabezpieczono cały teren, wejście do lochów i nowo odkrytych tuneli. Po złożeniu wyjaśnień tata odwiózł wszystkich do domów. Sam w domu razem z żoną wypytali się o szczegóły. Tatę najbardziej interesowało, co znaleźli. Mamę, dlaczego tak ryzykowali. Tak czy siak, żadnemu z rodziców nie przyszło do głowy ganić Tomaszka za samowolne wejście i przeszukiwanie ruin.

Następnego dnia Tata Tomaszka wziął sobie wolne z pracy. Chciał, żeby syn poczuł się bezpiecznie, a oprócz tego wolał go mieć na oku. Po śniadaniu podjechał policyjny samochód pod ich bramę. Wysiedli dwaj policjanci. Wyszedł do nich Tomasz senior. Tomaszek obserwował przez okno, jak rozmawiają przy bramie. Trwało to chwilę. Następnie policjanci wsiedli do radiowozu i odjechali. Tata spojrzał w okno i się uśmiechną. Widział, że stoi w nim Tomaszek. Po wejściu do domu syn od razu zapytał.

— Co nowego?

— Złapali go. Już jest w Jędrzejowie w areszcie. Na pewno posiedzi parę lat w więzieniu za porwanie dzieci.

— Super. — Ucieszył się Tomaszek.

— Jest jeszcze jedno. Przyjechali właściciele zamku i prosili, żeby was przywieść.

— Po co? Może będą źli, że plądrowaliśmy ich teren?

— Raczej wątpię, aby chodziło o to.

Chwilę później podjechali pod zamek. Tata miał wjechać jak zwykle na parking, lecz przy bramie stał jeden z pracowników, zresztą znajomy Tomasza seniora i machną ręką, że mają wjechać do środka.

Za bramą zobaczyli, że pozostali chłopcy już też są. Stali z rodzicami i właścicielami zamku. Podjechali do samochodów stojących przy restauracji i wysiedli. Nie czekając na ich wyjście z samochodu, podszedł do nich właściciel. Zaraz po otworzeniu drzwi samochodu przywitał ich, podając im rękę.

— Zapraszam. Słyszałem, że to pańska opowieść o tych ruinach skłoniły syna, aby wymyślić taką eksplorację. Jestem bardzo szczęśliwy, mogąc Panom uścisnąć ręce.

Tomaszek zaśmiał się pod nosem. Nikt jeszcze nie mówił do niego per pan

Podeszli do stojących rodziców i ich synów. Przed nimi staną właściciel zamku i zaczął przemowę. Dla chłopaków liczyło się tylko tyle, że bardzo był im wdzięczny za dokonanie odkrycia. Policji za złapanie przestępcy. A następnie zakończył wypowiedzią.

— Oprócz podziękowań mam dla państwa dwie rzeczy. Po pierwsze od dzisiaj Państwo i Państwa dzieci mają zawsze wolny wstęp na zamek. Po drugie w niedzielę urządzam huczne przyjęcie na waszą okazję, a i jeszcze jedno. Chłopcy mogą węszyć po całym kompleksie zamkowym.

— Pałacowym. — Poprawił go Tomasz senior.

— Oczywiście pałacowym. Dziękuję za poprawę. Powinniśmy wdrożyć tę nazwę, tak aby już wszyscy wiedzieli co i jak się nazywało. Żeby zacząć szanować historię.

— Wie Pan, jeszcze jedna sprawa. — Odezwał się jeszcze raz tata Tomaszka. — Nas w niedzielę po południu już nie ma. Lecimy na wakacje.

— W takim razie przełóżmy całą imprezę na wasz powrót. Może nawet lepiej. Będziemy mogli się lepiej przyszykować. Musimy też rozpowszechnić taką wspaniałą nowinę, że nasz zamek, przepraszam pałac, ma nowe atrakcje. No i oczywiście bez Pana i Pana syna nie byłoby to nic warte. To Panowie i chłopcy będą gwiazdami wieczoru.

Chłopaki stali uśmiechnięci, dumni i zadowoleni z siebie. Może było niebezpiecznie, a nawet było tak na pewno. Jednak opłacało się. Byli docenieni, a oprócz tego okazało się, że historia i słuchanie rodziców się opłaca.

— A teraz zapraszam wszystkich na lody do restauracji. — I właściciel poprowadził wszystkich jak najważniejszych ludzi w tym miejscu.

Chłopcy szli razem. Byli naprawdę z siebie zadowoleni. Przechodzą obok już dobrze im znanych drzwi do lochów i zapytali.

— A kiedy będzie można zwiedzać lochy i piwnicę po winach?

— Najpierw muszą tam wejść ludzie od zabytków i wszystko zabezpieczyć. Nie możemy dopuścić, aby było niebezpiecznie. — Wyjaśnił im całą sytuację właściciel.

Tomaszkowi przypomniało się, jak parę dni temu był tu z rodzicami i jak podszedł do owych drzwi. Pamięta, jakie miał odczucia i jak dotkną po raz pierwszy kłódki. Teraz już nie było tajemnicy. Teraz byli jak u siebie.

— Wiecie. — Odezwał się do kolegów Maciętas. — Na tej imprezie, a także przed zresztą i po będziemy sławni.

Krzysztofik, przytakną i się uśmiechną. Widać było, że również jest z tego zadowolony. Tomaszkowi podobało się jednak co innego. Cieszył się, że będzie mógł tu węszyć. Wierzył, że jest tu jeszcze coś więcej. Jednak o tym mieli się przekonać po przyjeździe z wczasów. Teraz cieszyli się chwilą.

Tomaszek Przygoda Druga

Zakynthos

Rozdział Pierwszy

— No i w końcu wczasy! — wykrzyczał Tomaszek.

— No spokojnie. Dopiero lecimy w nocy. — Uspokajał go tata.

— W nocy, w nocy. To i tak jak by już. — zareagował na słowa taty Tomaszek i resztę wypowiedzi wykrzyczał.- Na Zakynthos! Niech żyją żółwie!

Rzeczywiście. Dzisiaj po północy mieli jechać na lotnisko w Katowicach- Pyrzowicach. Wylot mieli coś koło czwartej w nocy, a mieli być na miejscu na siódmą. Podobno z lotniska do hotelu było rzut żółwiem — to znaczy beretem. Tomaszek, choć po ostatnich odkryciach w Sobkowskim pałacu, jednak cały był podminowany i przeżywał swój pierwszy lot samolotem. Nie bał się. Tata wytłumaczył mu, że wypadki lotnicze zdarzają się bardzo rzadko, a jak pokazał jeszcze na jakiejś stronie internetowej, jaki jest ruch samolotowy nad Europą, to przestał się pytać, czy jest to bezpieczny transport.

Oczywiście, żeby nie było, przeżywali całą rodziną to, co przed wyjazdem na wczasy stało się w Sobkowie. Nie można było przejść obojętnie obok tego wszystkiego. Nie co dzień odkrywa się lochy i skarby. Jednak tak à propos skarbów, Tomaszek miał nadzieję, że to nie koniec przygody. Oczywiście cieszył się z tego, co z kolegami osiągnęli. Jednak jak na dziecko przystało, zawsze jest niedosyt.

Teraz był wieczór. Siedzieli przed telewizorem i czekali. Nie mogli za wcześnie wyjechać. Przecież bez sensu jest siedzieć na lotnisku i czekać parę godzin na lot. Lepiej jest ten czas spędzić w domu. Co jakiś czas Tomaszek podpytywał to tatę, to mamę czy jest wszystko zabrane. Czy jest kamera? Czy spakowany jest aparat? A czy miś Miał jest w plecaku. Tak co jakieś pięć minut. Rodzice musieli, to pokazywać, że wszystko jest, to tłumaczyć, że pamiętali to zabrać i żeby dał już spokój.

Przed północą zaczął się pokładać i usną. Wtedy zrobiło się w domu ciszej i spokojniej. Rodzice mogli jeszcze ostatni raz wszystko przejrzeć. Tata czytał listę rzeczy, które mama uznała za najistotniejsze do wyjazdu. Takie, bez których wyjazd byłby nie do odbycia lub ciężki do zniesienia. Okazało się, że wszystko jest zabrane. Papiery potrzebne na lotnisku, jak i w hotelu były zabrane. Dowody osobiste na miejscu. Spojrzeli na zegarek. Przed pierwszą. Czas wynosić walizki. Walizki specjalnie kupione na taką okazję. W dziwnych fioletowych kolorach. Podobno łatwiej jest cudaki wypatrzeć, jak wyjeżdżają po taśmie na miejscu. Jak wszystko było już w samochodzie, obudzili Tomaszka, wsiedli i odjechali w stronę lotniska.

Całą drogę przespał. W końcu i tak nic nie widać, jak się jedzie w nocy. Rodzice się cieszyli. Jak dziecko wyspane, to szczęśliwsze. Jak dziecko szczęśliwe, to i rodzic szczęśliwy.

Dwie godziny i byli na lotnisku. Ustawili się w kolejkę do odprawy i czekali. Wszystko poszło bardzo szybko i przyjemnie. Po następnej godzinie siedzieli w samolocie i czekali na odlot.

— Tato, ale wszystko będzie ok? — zapytał się syn jeszcze przed startem.

— Oczywiście, że nie. — odpowiedział mu tata.

Syn spojrzał i zobaczył, że na twarzy ojca jest uśmiech.

— Synu, będzie lepiej niż tylko ok. — odpowiedział mu z tym uśmiechem na twarzy.

— To wcale nie było zabawne. — i szturchną tatę łokciem pod żebra.

Był to pierwszy lot samolotem, więc o spaniu w nim nie było już mowy, a że lot trwał dwie i pół godziny, na miejscu byli, zanim się obejrzeli.

Rozdział Drugi

Lotnisko na Zakynthos przywitało wczasowiczów problemem z bagażami. To znaczy, trzeba było uzbroić się w cierpliwość, żeby je odebrać. Grecy to ludzie żyjący innym tempem. Tu żyje się wolniej. Nikomu się nie spieszy.

Tata i mama Tomaszka czekali, aż uruchomiona zostanie taśma na bagaże, a Tomaszek usiadł na stojących w rzędach krzesłach i czekał.

Krzesła były w rzędach z dwóch stron. Opierały się do siebie plecami lub jak można nazwać inaczej oparciami. Za Tomaszkiem, jak się okazało, usiedli też Polacy czekający na bagaże. Niechcący usłyszał, o czym mówią.

— Wiesz co? Ciekawe czy wszystko pójdzie jak ostatnim razem. — powiedział jeden.

— Robimy to od pięciu lat. Jedyne co można powiedzieć, że zmieniamy, to wielkość przedsięwzięcia. — odezwał się drugi.

— I oto właśnie chodzi. Powiedz mi, czy współpraca z tym Ukraińcem to dobry pomysł?

— Mam nadzieję, że tak. Jak coś nie pójdzie dobrze w tym roku, to będzie to przez niego. Wtedy go odstawimy od biznesu. Jednak dzięki niemu otwieramy nowy rynek.

— Wiesz, ja to rozumiem. Tylko czy nie lepiej było jak było w trójkę z Dimitrisem (Δημήτρης). Do tej pory wszystko było dobrze?

— Jeśli chcemy więcej zarobić, to trzeba się rozwijać.

Tomaszek, słuchając tej rozmowy, w tym momencie przytakną. Rozumiał tę tezę. Tata nie raz powtarzał — „jeśli się nie rozwijasz, to się cofasz”. Jednak nie bardzo na razie rozumiał, o jaki biznes chodzi.

— Ale czy nie chcemy za dużo? — kontynuował rozmowę tej pierwszy.

— Ja chcę więcej. Jak na razie sprzedaż żółwich jaj nam się udaje.

Tomaszek otworzył szerzej oczy. Żółwie jaja?

— Jednak wiesz, że im więcej zabierzemy, tym większa szansa na wykrycie?

— Spróbujmy. Co?

Tomaszek zerwał się z krzesła i odwrócił się do dyskutujących jegomości.

— A panowie wiedzą, że żółwie są pod ochroną? — odezwał się do nich.

Jeden z nich odwrócił się i spojrzał na Tomaszka.

— Słucham?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.