E-book
13.65
drukowana A5
38.7
Tomaszek Przygoda Pierwsza

Bezpłatny fragment - Tomaszek Przygoda Pierwsza


Objętość:
175 str.
ISBN:
978-83-8245-546-5
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 38.7

Tomaszek Przygoda Pierwsza

Część pierwsza

Rozdział Pierwszy

Rok 1864. Sobków. Przez Polskę przetoczyło się powstanie styczniowe. Walki toczyły się również niedaleko Sobkowa. W owym czasie Sobków to nie wieś ani osada. To miasto. Na dworze Sobkowskim raczej rzadko był właściciel. Całym majątkiem, a wówczas już był lekko podupadły, zarządzał posesor. Najemca, czyli zarządca.

Rankiem 12 września 1864 roku przed bramę wjazdową podjechały wozy zaprzężone po cztery konie. Zaczęto walić w bramę zamkniętą na noc. Obudzony sługa przy bramie wyjrzał zza muru i zobaczywszy Polskich powstańców na wozach, otworzył bramę. Następnie pobiegł do zarządcy.

Wozy wjechały, a bramę zamknięto. Po chwili przybiegł i obudzony posesor.

— Co jest mości Panowie? Co wieziecie i czego potrzebujecie? — Odezwał się do pierwszego z brzegu woźnicy.

— Panie gonią nas Ruscy moskale. Całe powstanie upada. Pozostały dwa wozy drogocennych przedmiotów, które miało po sprzedaży iść na wyposażenie powstańców. Teraz wywozimy, aby Ruskim w ręce nie wpadły. Ukryć trzeba.

— Jest takie miejsce, gdzie można to ukryć. — Pokazał ręką i powiedział jeszcze. — Spieszcie się, trzeba tam wnieść i zakopać. Może przy następnym powstaniu się przyda.

Po zasypaniu wozy odjechały w dalszą drogę, aby zmylić pościg. Za dwie godziny podjechała cała kawaleria moskali. Jednak nikt ani im, ani nikomu nie wyjawił tajemnicy. Skarb leżał w zasypanym lochu jeszcze ładnych parę lat. Czekano, kiedy owo dobro mogłoby być w dobrej wierze wykorzystane. Jednak powoli ludzie odchodzili z tego świata, a Polska była pod niewolą zaborcy. W roku 1915, podczas pierwszej wojny światowej prawie cały zespół pałacowy, spłoną i pamięć o skarbie zastała zasypana w ruinach. Już nikt nie żyje i nikt nie pamięta gdzie i czy w ogóle takie coś miało miejsce.

Rozdział Drugi

Tomaszek to dziwne dziecko. Na pewno lubi pluć. Śmieją się rodzice, a on sam się denerwuje, choć to prawda. Ponieważ podczas zabawy z reguły we wszelakiego typu wojny, dużo jest odgłosów strzelania i wybuchów do złudzenia przypominające plucie przez szeleszczenie. To dzieciak mądry, ale ma swoje dziwactwa. W szkole jest grupka chłopaków z klasy, z którymi rusza na odkrycia i przygody.

A więc jest Tomaszek — inteligentny, nieraz wręcz przemądrzały. Krzysztofik — większy i lubiący udowadniać swoją większą siłę, którą z reguły po prostu jest waga. No i Maciętas. Mały, hałaśliwy i uważający się za super gościa.

Po szkole rozchodzą się do domów i walczą z lekcjami zadanymi na pracę domową. Tak by było i teraz, gdyby nie właśnie nowo zadana praca domowa.

— Tato. Wiesz mamy narysować jakieś drzewo. — odzywa się, oderwawszy się od plucia Tomaszek. Po tym, jak po chwilowej przerwie po szkole, ojciec zapytuje się co tam zadane.

— To macie plastykę w szkole? Pierwsze słyszę?

— Nie mamy. To jest jakieś takie o ludziach? Dziadkach? Jakieś genelogiczne.

— Genealogiczne synku. To jest takie o twoich przodkach. To znaczy, kto był przed tobą na świecie i dzięki nim jest cała masa ludzi. Rodzina.

— Czyli o dziadkach. Nudy.

— Ale lekcje przecież musisz odrobić. A tu akurat mogę ci pomóc i pokazać czym tata zajmuje się w wolnych chwilach.

— Dobrze, ale na końcu, jak już inne odrobię, żebym nie usną — i się zaśmiał.

Po trzydziestu minutach cichutko Tomaszek wymyka się z pokoju i szur na dywan do klocków. Tata, siedząc przy komputerze, odwraca głowę i pyta — Co już po lekcjach?

— Nie — i mina na kwintę — jeszcze do lasu po drzewo.

— Jak coś to po drewno. Choć siądź obok i zobacz, o co chodzi w genealogii. — tata, klepną ręką na taboret stojący obok jego fotela.

Syn wstaje i siada na taborecie.

— Zobacz, drzewo genealogiczne można rozumieć dwojako. Właściwie na początek, dlaczego taka nazwa. Dawno temu żyli jacyś twoi przodkowie, np. pradziadkowie. Ich umieszczamy na dole. — tu tata rysuje myszką na ekranie prostokąt.

— Tu wpisalibyśmy imiona pradziadków. Oni mieli dzieci, powiedzmy troje. Od tego prostokąta rysujemy trzy linie rozchodzące się promieniście. Na końcu rysujemy miejsca na imiona ich dzieci, czyli między innymi twój dziadek. — tłumaczy tata.

— Dziadek, poznawszy babcię, ma następnych dwoje dzieci.

— I tu tato jesteś ty?

— No właśnie tak. Jednym z tej dwójki jestem ja, czyli twój tata. Oczywiście dalej rozumiesz, jesteś ty.

— A to stąd nazwa drzewo, tak to wygląda.

— No właśnie, ale można narysować je inaczej. Ja to nazywam szukaniem korzeni. Ty jesteś na górze kartki jak wsadzone w ziemię nasionko, a poniżej są rysowani twoi przodkowie. Więc od ciebie dwie kreski, to rodzice. Następnie od twoich rodziców po dwie kreski, to ich rodzice. No i tak dalej i dalej, bo każdy ma dwoje rodziców.

— Fajne tata. Rzeczywiście to bardziej wygląda jak korzenie, tylko jeszcze nie ma roślinki.

— Tak, ale wyobraź sobie, że od tego miejsca dopisujesz swoją przyszłą żonę i masz dzieci. I zaczyna rosnąć twoje drzewko genealogiczne. Na razie będzie małe, a oprócz tego to też dopiero za ładnych parę lat. Jednak kiedyś za sto, dwieście lat, twoje drzewo będzie dębem Bartkiem.

— No, przyznaję fajne. Znasz może tato jakiegoś ciekawego naszego przodka?

— Wiesz, ciekawy to może znaczyć wszystko. Na przykład nasz jeden z przodków był posesorem w zamku tu u nas. Posesorem, czyli dzierżawcą i zarządcą.

— U to był szycha.

— Na pewno nie był zwykłym chłopem ze wsi. Umiał pisać.

— To dopiero umiejętności posiadał. -śmiech Tomaszka odbił się od monitora, a z drugiej strony poszła pryta. -ups przepraszam.

— Tak to jest rozśmieszyć syna po obiedzie, kiedy brzuszek pełen — tata też się uśmiechną.

— à propos pisania. Kiedyś nie wszyscy ludzie umieli się podpisać. Ksiądz wtedy w aktach kościelnych pisał, że na przykład rodzice nowo narodzonego dziecka pisać nie umieją. A nasz przodek pisał pięknie.

— Tato, a jakiejś historii nie znasz z dawnych czasów. Powiedzmy o zamku?

— Wiesz co, podobno pod zamkiem jest przejście lub jakiś tunel. Za dawnych lat znaleźliśmy z kolegami takie wejście, lecz w tej chwili już jest zakryte.

— Może tato, tam są jakieś skarby? — oczy syna się rozszerzyły.

— Wiesz może i tak, kto to może wiedzieć.

Nazajutrz Tomaszek, idąc do szkoły, nie mógł się skupić nad lekcjami. Siedział w ławce na przerwie i rysował na kartce plan zamku, jaki pamięta ze spacerów. „Muszę się taty spytać, w którym miejscu było to dziwne wejście do podziemi” -pomyślał.

Rozdział Trzeci

Mijały dni, w szkole w ostatnim miesiącu nauki już żadnej. Więc zajęty zabawami i w szkole i w domu, Tomaszek zapomniał o skarbach i tajemnicy. Przyszło lato. Zawsze na początek lata rodzice organizowali Tomaszkowi ognisko na działce. Był piękny letni dzień. Do wieczora jeszcze daleko więc razem z rodzicami idą na spacer, a że działka gdzie miało być ognisko była w kierunku zamku, zdecydowali się iść obejrzeć co nowego po zimie, w owym zamku się pojawiło. Wchodząc przez główną, bramę Tomaszkowi przypomniało się, o co miał się spytać taty już parę tygodni temu.

— Tato, tak mi się przypomniało. Czy pamiętasz, gdzie było wejście do tego dziwnego tunelu?

— Tak oczywiście może jestem stary i bez zębny — tu śmiech taty, choć i mama się uśmiechnęła, ale dostała kuksańca od taty. — ale jeszcze pamięć mam.

— Widzisz tak dokładnie to w tej chwili na wprost od nas. — i pokazał palcem na pagórek przed północno- zachodnią basztą. — ale widzisz, jeszcze było jedno dziwne wejście. Musimy przejść trochę dalej.

Poszli prosto na pagórek przed basztą i skręcili w lewo. Tomaszek cały czas wpatrywał się w owo wzniesienie. Był, prawdę powiedziawszy dziwnie ukształtowany. Zaczynał się nagle, a następnie łagodnie się uspokajał, aż przechodził w prostą drogę prowadzącą do baszty.

— Synek, jak tak będziesz chodził, to sam będziesz sobie dzisiaj czyścił buty -odezwała się mama i pokazała synowi na owe buty.

Syn spojrzał i zobaczył, że wdepną w końską kupę.

— No pięknie — powiedział tata i z uśmiechem zaczął odpychać syna od siebie, udając, że strasznie śmierdzi.

— Tato. To była sucha kupa, nic nie śmierdzi. — syn nie był dłużny tacie w przepychankach, więc jakąś chwilę tak się przepychali. Na koniec tata złapał syna i poczochrał po czuprynie.

— Możesz śmierdzieć i tak będziesz moim kochanym synem. — powiedział tata i z głową syna pod swoją pachą poszli w stronę, w którą poszła mama.

— Wiecie co — odezwała się mama — może zjemy po lodzie w pucharku?

— Fajnie, w końcu jakiś treściwy pomysł od mamy — odpowiedział Tomaszek.

Idąc w kierunku restauracji, nagle odezwał się tata.

— Synu spójrz. — i pokazał zamknięte drzwi pod ruinami pałacu. — tu za młodych lat weszliśmy i widzieliśmy jakiejś przejście.

— Mogę zajrzeć? — podsuną pomysł syn.

— Teraz na drzwiach jest kłódka i najwyżej pocałujesz klamkę.

— Nic nie będę całował. — oburzył się Tomaszek.

— Tak się mówi, jak gdzieś idziesz i nie możesz wejść, bo na przykład jest zamknięte. — powiedziała mama i poszła po lody do restauracji. — kupię lody i wyniosę je na dwór, a wy usiądźcie przy jakimś stoliku.

Syn spojrzał na tatę — tato, ale mogę podejść i zobaczyć?

— Oczywiście tylko nic nie kombinuj przy kłódce.

Tomaszek odszedł w lewo i zszedł lekko w dół, ponieważ wejście było trochę niżej podłoża, jak wejście do piwnicy. Trzy kroki dalej w prawo były drewniane drzwi. Wysokości jakieś 150 cm. Stara klamka i starzej wyglądająca niż drzwi.

— „Widocznie zrobiono je później” — pomyślał Tomaszek.

Następnie spojrzał za rodzicami i jak uznał, że są wystarczająco daleko, wyciągną rękę i dotkną kłódki. Jak na letni dzień chłodna, metalowa, masywna. Poruszał dla upewnienia czy aby nieotwarta. Zadyndała. Chwila nie pewności.

— „Jednak nic z tego. Byłoby za prosto” — pomyślał i machną ręką.

Odwrócił się i zaczął odchodzić. Nagle. „Szczęk”. Usłyszał i się odwrócił. Kłódka wisiała, ale już widać było, że jakoś inaczej. Przechyliła się i wyglądało, że jest otwarta. Tomaszek ruszył w jej kierunku i usłyszał.

— Synu, no chodź? Lody się roztopią. — zobaczył siedzących rodziców i jak tata w wyciągniętej ręce trzyma puchar lodów.

Syn oprzytomniał i zrozumiał. Może lepiej nie ruszać kłódki nawet otwartej. Jest za widno. Za dużo ludzi i oczywiście co powie rodzicom? „Tato idę eksplorować podziemia. Może zginę lub zeżre mnie jakieś licho?”. Trzeba zebrać paczkę swoich kolegów i przyjść tu innym razem.

Po zjedzeniu lub może zlizaniu lodów zeszli niżej w stronę świeżo zrobionego stawu. Po stawie pływały łabędzie tak zwykłe, jak i czarne. Usiedli na ławce znajdującej się przy stawie. Tomaszek chwilę tak siedział, jednak łabędzie łabędziami, ale zamek ciekawszy. Odwrócił się i myślał jak wejść za bramę z grupą odkrywców, aby nikt im nie przeszkadzał. Od strony północnej, to jest tędy, co wchodzili, była brama, jednak na noc zamykana. Od strony wschodniej było wejście. Jednak z tej strony było z reguły zamknięte. Zachodnia część fortalicji była szczelnie zabudowana bez możliwości jakiekolwiek szansy wejścia do środka.

— „No może tylko na skrzydłach łabędzia” -pomyślał Tomaszek.

No i mamy stronę południową. Jest brama, ale jest też płot, oddzielający staw od rzeki. Może samemu ciężko byłoby go sforsować, jednak w trójkę możliwe do wykonania.

Tata zauważył poważnie zamyśloną minę syna i pyta.

— Co tam?

Przez chwilę syn nie zareagował. Rozmyślanie na tak poważnym planem zajęło jego całą uwagę. Tata, szturchną go i Tomaszek mało co nie spadł z ławki.

— Co jest tato?

— Co tak myślisz.

— Zastanawiam się, czy to możliwe, że tu kiedyś normalnie żyli ludzie?

— Gwarantuję, że tak. Świat się szybko zmienia. Teraz pałac wygląda tak. — i wskazał w kierunku ruin. — jednak tak jak widzisz, pod kolumnami są schody. Za moich czasów. To znaczy, jak byłem taki jak ty. Ich tam nie było, a pałac był w rozsypce razem z tymi zabudowaniami dookoła. W tej chwili odrestaurowanymi gdzie jest restauracja na przykład. O i widzisz, przypomniało mi się jeszcze jedno. W miejscu tych schodów było małe zapadlisko. Tam uznaliśmy, że też było wejście do jakichś lochów czy czegoś takiego.

Syn spojrzał na tatę i pokiwał głową.

— Tato, tu wszędzie były jakieś lochy i tunele?

— Wiesz, co ci powiem. Nie wiem. Ostatnio wyczytałem, że przed pałacem była tu inna budowla. Aby wybudować ten pałac, zasypano piwnice, które były tam wcześniej. To jest fakt. Czy było tyle wejść, czy jedno? Nie wiem. Coś tam kiedyś było.

Rozdział Czwarty

Po zjedzeniu lodów i posiedzeniu sobie przy stawie cała trójka postanowiła, że już pora zacząć przygotowania do ogniska. Wstali z ławki i przeszli przez pięknie obsadzony bukszpanami plac przed pałacowymi kolumnami. Tomaszek spojrzał na schody przy kolumnach i pomyślał, że gdzie jak gdzie, ale tutaj to niczego nie znajdą. Nawet jak kiedyś byłoby tu jakieś wejście, w tej chwili gruba warstwa betonu przykryła to szczelnie. Przebiegł się w górę i w dół po schodach. Następnie poszedł za oddalającymi się rodzicami, którzy kierowali się w stronę bramy wyjściowej. Przed wyjściem zobaczył wywieszkę na bramie. Napisane było, że przez tydzień wejście na zamek, jak i restauracja jest zamknięta z powodu wyjazdu właścicieli. Czyli jest szansa na ciche przeszukanie ruin. Trzeba tylko zebrać kolegów i ustalić co i jak.

— „Gorzej, jeśli nie uda mi się ich przekonać do takich działań. Może nawet nie uwierzą w opowieści o jakichś tajnych komnatach”. -pomyślał.

Dochodząc do działki, na której ma być ognisko, zobaczył już z oddali jakieś zamieszanie w pobliżu domku na drzewie.

— Tato pobiegnę zobaczyć co się tam dzieje.

— Oczywiście.

Ruszył pędem po wzniesieniu w stronę domku. Będąc już wystarczająco blisko, zobaczył, że to jego dwaj koledzy kotłują się to jeden to drugi, będąc na górze.

— Hej, co was opętało świry. — krzykną w stronę szamoczących się chłopców.

Zobaczył jednak miny chłopców i przekonał się, że to jakieś wygłupy, a nie walka na poważnie. Jak zwykle łobuzerski Maciętas był na dole, a siedzący na nim w tej chwili Krzysztofik śmiał się, aż trząsł mu się brzuch. Tomaszek zaśmiał się i ruszył na nich. Skoczył na silniejszego z kolegów i udało mu się go przewrócić. Uwolniony Maciętas podniósł się i ruszył na pomoc koledze. Za nim rodzice Tomaszka doszli na miejsce ogniska, Maciętas i ich syn zasiedli na Krzysztofiku i śmiali się do rozpuku.

— Może starczy wygłupów? — powiedziała mama. — Czas rozpalić ognisko.

Ogień płonął. Zrobiło się ciemno i przy ognisku zasiadła trójka kolegów. Rodzice troszkę dalej na ławce zatopili się w rozmowie. Chłopaki po wygłupach przed rozpaleniem ogniska, w końcu mogli spokojnie porozmawiać.

— Wiecie co, słyszałem ciekawą historię. -zaczął Tomaszek.

— Ty i te twoje opowieści. Czego jak czego, ale wyobraźni to ci nigdy nie brakowało. -odezwał się Maciętas.

Krzysztofik położył się na plecach i oglądał gwiazdy.

— Ale posłuchajcie. Dowiedziałem się, że na naszym zamku może być ukryta jakaś stara piwnica. Może lochy. -kontynuował Tomaszek. — Były takie historie, ale i też faktyczne dziwne miejsca opisane mi przez tatę.

— Weź się uspokój — wtrącił Krzysztofik — Maciętas nigdzie nie pójdzie. Jeszcze ktoś by zdemaskował jego odwagę — i parskną śmiechem.

— Oż ty baryło. Chciałbyś mieć taką odwagę, jakiej ja nawet nie mam, nie mówiąc o tej, jaką mam. -krzykną Maciętas i ruszył na Krzysztofika.

— Chłopaki — odezwała się mama. — Może tak spokojniej, a przynajmniej ciszej. Dziękuję.

Maciętas przysiadł na trawie i tylko pogroził koledze.

— Wiecie, jak się boicie, to przecież nie nalegam. -powiedział Tomaszek.

Krzysztofik, sapiąc, podniósł się z pleców i usiadł. Spojrzał na kolegę, potem na Maciętasa.

— Ty koleżko mojej odwagi nie drażnij. Jednak wytłumacz Maciętasowi, żeby zabrał drugie majtki na zmianę. Ja nie będę z nim chodził po lochach, jak będzie się, za nim ciągną smród ufajdanych majtek.

Maciętas zacisną zęby, ale spojrzał na rodziców Tomaszka i wypuścił powietrze z płuc. Spojrzeli po sobie i wybuchnęli śmiechem. Nie znali się od miesiąca czy dwóch. Znali się od przedszkola. Wiedzieli, że to tylko żarty. Tak szamotanina na trawie, jak i pyskówki słowne nic nie znaczyły w ich znajomości. Wiedzieli, że zawsze mogą na sobie polegać. Przynajmniej tak było do tej pory. Do tej przygody, którą mieli zacząć przeżywać już nie długo.

— Mam jedno pytanie. Kiedy to miałoby się odbyć. Chodzi mi o eksplorację ruin. -powiedział jeszcze z uśmiechem na twarzy Krzysztofik. — Przecież tam są ludzie. Tak w dzień, jak jest otwarte, jak i w nocy. Przecież tam mieszkają właściciele.

— Tak jest z reguły. Jednak dzisiaj byliśmy na zamku i na bramie jest kartka z ogłoszeniem, że zamek przez tydzień jest zamknięty. Więc teraz albo nigdy, a przynajmniej teraz może być łatwiej.

Maciętas siedział chwilę cicho. Co u niego to raczej nie jest takie częste. Zastanawiał się. Rozważał. Może myślał o ryzyku odkrycia, że jest odważny tylko w paszczy. Może po prostu myślał, czy to ma jakiś sens. A może myślał o tym, kiedy w końcu będzie rozdana kiełbasa do smażenia na patyku. W końcu odezwał się Krzysztofik.

— Chłopaki ja mówię tak. Spróbujmy. Pójdziemy, rozejrzymy się i ocenimy, co robimy dalej. Ocenimy czy jest w ogóle jakaś możliwość czegoś odkrycia, a przynajmniej przeżycia czegoś ciekawego. Może być?

— Ja jestem za. -powiedział Tomaszek, grzebiąc patykiem w ognisku.

— A ty? Maciętas, nie śpij. Na majtki ci się złożymy a jak nie to chociaż na pampersa.

Maciętas zamyślony siedział wpatrzony w ognisko. Nawet nie drgnęła mu powieka po powiedzeniu o pampersie.

— Dobra. — odezwał się Maciętas, a następnie poderwał się na równe nogi, podniósł rękę do góry i powiedział — Albowiem powiadam wam, tam dowiecie się co znaczy Maciętas.

Rozdział Piąty

O poranku, jak nigdy, Tomaszek wstał z łóżka i poszedł się ubrać. Rodzice jeszcze spali. „Do pracy idą na ósmą, więc jeszcze chwilę poleżą”. Ubrał się, włączył telewizor i czekał, aż mama zrobi śniadanie. Spokojnie musiał poczekać, żeby rodzice wyszli do pracy, wtedy pójdzie do parku, gdzie ma się spotkać z kolegami. Rodzice wstali, wyszykowali się do pracy. Zrobili śniadanie. Tata poszedł odpalić samochód. Mama po zamienieniu paru zdań z synem przy śniadaniu, teraz szybko zebrała się i wychodząc do pracy, odezwała się do syna tylko po to, aby mu życzyć miłego dnia.

— Pamiętaj, że tata jak zwykle przyjedzie około dwunastej. Żebyś był w domu, bo będzie obiad. — przez zamknięte już drzwi krzyknęła mama.

— Wiem, pamiętam. Przecież już mówiliśmy o tym. -odkrzykną Tomaszek.

Samochód zatrzymał się przed furtką. Tata wyszedł zamknąć garaż. Mama w tym czasie doszła już do samochodu i odwróciła głowę w stronę okna, gdzie stał syn i mu pomachała. Syn odmachał. Zobaczył tylko jeszcze, jak tata po zamknięciu garażu wchodząc do samochodu i robi to samo. Tomaszek odwrócił się, włożył buty i pobiegł do parku. Droga na miejsce spotkania przebiegła na rozmyślaniach a miał o czym. W tym małym łebku kotłowało się co i jak zrobić po udanej próbie wejścia do zamku. Przede wszystkim nie zakładał, że takiej trójce jak ich, może nie udać się cokolwiek. Co dopiero to, co zaplanowali na dzisiaj. Przecież musieli tylko wejść, rozejrzeć się i wyjść. Co do dalszych planów, wszystko miało się odbyć w parku po obiedzie.

Krzysztofik i Maciętas już siedzieli na starych oponach i czekali na Tomaszka, gdy go zobaczyli. Zaczęli machać, aby wiedział gdzie iść. Posiadali i teraz mogli pogadać, jak każdy z nich widzi to, co mają dzisiaj robić.

— Ja uważam tak. -odezwał się Krzysztofik. -Pomysł, aby tam iść i się zorientować. W porządku. Co dalej nie jestem pewien. Uważam, że historia twojego taty jest naciągana, ale nawet jeśli tak jest, nie przeszkadza to temu, aby przeżyć przygodę i w tajemnicy pokręcić się po zamku.

— A ty Maciętas? Co myślisz. — Powiedział Tomaszek.

Wspólnie z Krzysztofikiem popatrzyli na kolegę. Zauważyli już wczoraj, że jeśli chodziło o wygłupy w parku lub gdzieś w szkole. Nie było większego prowodyra rozrabiaki niż Maciętas. Jednak pierwszy raz widzieli go w takiej sytuacji. Niewiadomego. Wyglądało to, jakby rozważał dezercję. Przynajmniej zaczęło to tak wyglądać już wczoraj na ognisku. Maciętasa takiego nie znali. Zawsze był tym, co prowokował do ciekawych zajęć, a nie je torpedował.

W końcu odezwał się i Maciętas. — W porządku. Zobaczmy. Tylko tak myślę, że do zamku kawałek drogi. Może by tak coś wziąć do picia.

Pogrzebali po kieszeniach. Te parę złotych co mieli, wyjęli na ławkę. Ocenili, że można kupić trzy Playe i udali się w kierunku sklepu.

Do zamku jest z kilometr, więc po drodze mogli spokojnie się powygłupiać. To się szturchali, to udawali, że jeden drugiego goni, aby mu naprawdę coś zrobić. Po trzydziestu minutach mogli zobaczyć zamek. Przed nim zrobiono drogę prowadzącą w lewo i tak też mogliby pójść, aby zajść zamek z drugiej strony. Właśnie od tej bezpiecznej, mniej widocznej lub wręcz nawet niewidocznej dla ludzi. Ocenili jednak, że dzisiaj będzie lepiej, jeśli zorientują się, jak cała sprawa wygląda, obchodząc go od strony północnej. Czyli od głównej drogi dojazdowej. Chodnik skończył się z prawej strony drogi i musieli przejść na drugą stronę, czyli właściwą, aby dojść do bramy. Przechodząc obok bramy, zobaczyli, że rzeczywiście jest zamknięta a na niej przybita wywieszka o nieobecności właścicieli. Poszli dalej. Wiedzieli nie od dziś, że zamek można obejść z drugiej strony, przechodząc przez parking i kierując się nad rzekę. Parking był pusty. Ujeżdżona dróżka prowadząca do rzeki była zajęta przez stojący samochód przywożący kajaki. Samochód stał pusty. Kierowca gdzieś poszedł, może za potrzebą. Przeszli obok i skręcając w lewo, zobaczyli zamkniętą drugą bramę prowadzącą z zamku do rzeki. Tutaj mur z kamienia się kończył, a w prawo od bramy zaczynał się płot. Pomiędzy płotem a rzeką była droga polna, którą mogli pójść, omijając zamek przed dojściem do bramy głównej. Z drugiej strony płotu właśnie był staw, przy którym wczoraj Tomaszek siedział z rodzicami. Przymierzyli się do płotu. Był za wysoki, aby tak po prostu mogli przejść. Rozglądali się co by wykorzystać do pomocy. Wszędzie pusto. Jednak zobaczyli nadzieję.

— Popatrzcie tam dalej jest drzewo — odezwał się Tomaszek. — Może jest na tyle blisko, że będąc już na nim, przeskoczymy przez płot.

Przeszli kawałek i coś Tomaszka tknęło.

— Wiecie co? Może i da się w ten sposób wejść, ale jak wtedy wyjdziemy?

Zatrzymali się. O tym nie pomyśleli. Byli już na tyle blisko miejsca, gdzie rosło drzewo, że zobaczyli inną ciekawą opcję. W płocie obok drzewa był naderwany u dołu jeden kołek. Tak to wyglądało przynajmniej z tego miejsca.

— Popatrzcie. — Pokazał ręką Maciętas w tym kierunku. — Może tamtędy?

Ruszyli biegiem.

Po paru krokach, jak byli już na miejscu, zobaczyli, że to nie oberwany koniec kołka. To kołek był oderwany na dole od poprzeczki i trzymał się na jednym gwoździu u góry. Z miejsca skąd szli, wyglądało to inaczej. Na miejscu okazało się jeszcze ciekawiej. Płot był z dużych i grubych bali. W dziurę po odchyleniu tego rozluzowanego spokojnie mogli pojedynczo się prześlizgnąć. Spokojnie to może nie tyczyło się wszystkich. Krzysztofik przebrną przez tę próbę z trochę większym trudem niż pozostali dwaj koledzy.

Rozdział Szósty

No i byli w środku. Łabędzie patrzyły się dziwnie na intruzów. Zamek był opustoszały. Cisza i spokój. Na wprost od nich były ruiny z kolumnami, pod którymi były wybetonowane schody.

— Dobra chłopaki. Pod tymi schodami co widzicie, podobno było coś ciekawego. — zaczął Tomaszek — Jednak jak widać nici ze sprawdzenie tej możliwości.

— Nie no nie mów. Przecież możemy zębami skruszyć betony. -zaśmiał się Maciętas. Widać było, że jest trochę speszony byciem w takim miejscu potajemnie.

— Nie rób żartów i zachowujmy się cicho. W końcu jesteśmy tu nieproszeni. — sykną Tomaszek.

Krzysztofik widać było, że jako wychowaniec starszych kuzynów, podchodzi do sprawy na chłodno. Przeszli przez bukszpanowy ogród i zbliżyli się do schodów. Maciętas wbiegł na nie, jak Tomaszek poprzedniego dnia będąc tu z rodzicami.

— „Coś w tych schodach musi takiego być, że ciężko się im oprzeć” -pomyślał Tomaszek.

Razem z trzecim kolegą wspięli się na nie i w trójkę spojrzeli na ruiny. Nagle usłyszeli dziwny dźwięk, dochodzący od bramy głównej. Taki rodzaj szczęknięcia zamku w drzwiach. Może tylko, że większe drzwi to i hałas bardziej donośny. Schowali się za kolumny. Brama się otworzyła. Wiedzieli to po odgłosie skrzypienia. Tomaszek, z bijącym szybciej niż zwykle sercem, wyjrzał zza swojej zasłony. Zobaczył jak starszy pan, kieruje się w stronę stajni.

— Chłopaki cicho, może nas nie zobaczy. — odezwał się Krzysztofik.

Teraz Tomaszkowi skojarzyło się, że w zamku są konie i ktoś je musi oporządzić nawet pod nieobecność właścicieli. Co teraz zrobić. Niby ich za kolumnami nie widać. Jednak jak długo tak można się ukrywać.

Stajenny wszedł do zagrody z końmi i zamknął za sobą wrota. Chłopaki popatrzyli na siebie.

— I co robimy? — Zapytał Tomaszek. — Może trzeba się wycofać?

— Wiecie co, ja głosuje za opuszczeniem tego miejsca. — Odezwał się Maciętas.

— Poczekajmy może chwilę i zobaczymy, ile mu zajmie oporządzanie koni. Jeśli na tyle długo, że nam się znudzi. To następnym razem musimy przyjść po jego wizycie. — Powiedział Krzysztofik.

Tomaszek pokiwał głową. Wiedział, że tak czy siak, początek przygody nie zaczął się najlepiej. Podeszli do niej z marszu, bez przygotowania. Bez obserwacji. Dobrze, że jest jeszcze jeden dzień. Jutro będą mądrzejsi.

Siedli na stopniach. Uznali, że i tak nie będą widoczni po wyjściu stajennego. Siedzieli może już z piętnaście minut. Zerknęli na siebie. Maciętas skończył rysować patykiem tajne znaki na piasku.

— Dobra, powoli jestem za cichutkim wyślizgnięciu się z tej sytuacji. — szepną Tomaszek.

Chłopaki kiwnęli głowami. Wstali i lekko zgarbieni pobiegli do palisady, przez którą weszli. Odcinek drogi między miejscem, gdzie siedzieli, a wyjściem awaryjnym był spory. Szczególnie teraz jak wiedzieli, że będą odkryci. Za bukszpanami ciężko się będzie w razie czego ukryć. Nagle usłyszeli za sobą.

— Hej, a wy tu co robicie.

Tomaszek odwrócił się i zobaczył pana od koni stojącego na schodach przy kolumnach. Teraz chłopaki wiedzieli, że już nie muszą być schyleni. Wyprostowali się i ruszyli z całą możliwą prędkością. Tomaszek na przodzie, ale już Maciętas zaczął go wyprzedzać. Po chwili już był przed nim. Pruł, aż się kurzyło. Tomaszek zerka na jego spodnie. Coś kazało mu sprawdzić jak tam jego majtki. Pruł, jak by był lżejszy od powietrza. Spojrzał na nie, bo jednak biec wprost w takie dziwne zapachy byłoby niezbyt pomagającym czynnikiem. Nie dość, że się za nim kurzyło i to mocno to jeszcze mogło nie najlepiej pachnieć. Krótkie nóżki, ale szybko się poruszające. Maciętas już był przy odchylonej belce. Tomaszek przestał słyszeć za sobą oddech Krzysztofika. Biegnąc, odwrócił głowę. W tym samym momencie kolega wyrżną jak długi. Uniósł się tuman kurzu. Upłynęła mini sekunda a najpierw na czworaka, następnie już stojąc normalnie, Krzysztofik biegł dalej. Człowiek, który ich tak wystraszył, stał dalej na schodach i w najlepsze się śmiał. Nawet nie myślał ich gonić. Chłopaki jednak siłą strachu biegli dalej. Jak Tomaszek był już w połowie przepychania swojego ciała przez dziurę w płocie, dopadł do dziury Krzysztofik i krzykną.

— Szybciej. — Sapał tak, że ciężko go było zrozumieć.

Tomaszek był za płotem. Krzysztofik tuż za nim. Spojrzeli w dziurę. Mężczyzny nie było na schodach, ale za kolumnami widać było, jak się oddala. Szedł do bramy wyjściowej. Chłopaki usiedli i oparli się plecami o drewniane bale. Głośno dyszeli. Zauważyli, że obok nich nie ma Maciętasa. Popatrzyli w lewo, a kolega był już trzydzieści metrów dalej i biegł tak samo szybko, jak przez plac zamkowy.

— Maciętas! — wrzasnęli za nim. — Maciętas stój!.

Kolega zwolnił. W końcu zatrzymał się i odwrócił. Chłopaki pomachali mu. Odmachał i usiadł. Tomaszek z Krzysztofikiem wstali i wolnym krokiem poszli w jego stronę.

— Wiesz co? — zaczął Krzysztofik. — Powiem jedno, szybki jest.

Parsknęli śmiechem. Teraz się śmiali, ale chwilę temu naprawdę się bali. Właściwie nie wiedzieli czego. Przecież by ich nie pozabijał. Najwyżej nakrzyczałby i wygonił, ale teraz, to wszyscy byli mądrzy.

— Chłopaki, ledwo żyję — Odezwał się Maciętas jak doszli do niego koledzy. — Ale przygoda. Jutro nogi będą mnie boleć jak po maratonie. — i się uśmiechną.

Wstał i już w trójkę poszli dalej.

— Wiecie co. Następnym razem musimy się lepiej przyszykować. Nie możemy tak z marszu. — powiedział Tomaszek. — Potrzebny będzie plan działania.

— To my tam pójdziemy jeszcze raz? — Powiedział zdziwiony Maciętas. Miał oczy wielkości pięciozłotówek.

— Musimy zastanowić się co mamy z tym zrobić dalej. -Podsumował Krzysztofik.

— Chłopaki. Nie możemy stchórzyć. Czy pamiętacie lepszą przygodę na początek wakacji?. — Nie odpuszczał Tomaszek. — Może nie udało się, najlepiej jak mogło. Jednak musicie przyznać, że szliśmy tylko zorientować się, co da się zrobić. Chciałem wam przecież tylko pokazać, o co chodzi i mieliśmy zobaczyć czy da się wejść. Wszystko, no może prawie wszystko się udało. Wejść, weszliśmy. Coś widzieliśmy. Może nie wszystko, ale jednak jesteśmy teraz mądrzejsi niż przed wyprawą.

— Weszliśmy. Jednak wyjście było spektakularne. — wtrącił się Krzysztofik i zaśmiali się wszyscy. — Na pewno to będziemy długo pamiętać.

— Chłopaki. Ja jestem za tym, aby jutrzejszy dzień, spędzić na normalnych rzeczach, takie, jakie się ma w wakacje. — powiedział Maciętas. — Jak będzie ciepło, spotkajmy się w parku i porozmawiamy co dalej. Jak nogi mi pozwolą, to przyjdę.

— Raczej jak znajdziesz nowe majtasy — powiedział swoje trzy grosze Krzysztofik.

— Bardzo śmieszne. A zresztą zaglądałem, są czyste. Choć sam jestem zaskoczony.

Cała droga powrotna upłynęła na śmiechach i przeżywaniu tego, jak każdy z nich zapamiętał ucieczkę.

Rozdział Siódmy

Tomaszek wieczorem siedział jak zwykle u siebie w pokoju. Zajmował się „pluciem”, jak to nazywał tata. Rodzice byli zajęci swoimi sprawami. Mama jak zwykle robiła coś w kuchni, a tata siedział przy komputerze i klepał na klawiaturze. Stwierdzenie wklepywał, utkwiło synowi już jakiś czas temu, jako określenie zajęcia taty. Tata siedział tak z reguły parę dni w tygodniu. Właściwie w większość wieczorów słyszał klikanie w klawiaturę. Tomaszek pamięta, że tak już jest parę lat. Odkąd tata zainteresował się genealogią, całymi godzinami przesiadywał i wklepywał dane osób, tak z najbliższej rodziny, jak i dalszej. Syn na chwilę przestał się bawić i wytężył słuch. Tak, tata palcuje klawiaturę.

— „Może by tak dowiedzieć się czegoś więcej?”” — pomyślał Tomaszek.

W tej chwili, jak by tata usłyszał myśli syna.

— Tomaszek, jak masz chwilę, to podejdź. Pokażę ci coś ciekawego.

Tomaszek, się uśmiechną. Więź z tatą musiała być spora, skoro słyszą swoje myśli. Wstał i wyszedł z pokoju. Przechodząc przez korytarz, zobaczył, jak mama robi kolację i podszedł do taty siedzącego w pokoju przy komputerze.

— Co tam? -odezwał się do taty

— Zobacz, znalazłem coś ciekawego. -Tu tata wskazał palcem na monitor. — Zobacz, robiąc zdjęcia księgom parafialnym, zapomniałem, że zrobiłem parę zdjęć jakimś starym papierom u księdza. Tutaj jest jakaś notatka o ucieczce wozów z zapasami po powstaniu. Napisane jest, że wozy wjechały do pałacu tuż przed przybyciem wojsk carskich. Później wieść o nich zaginęła.

Tomaszek zrobił wielkie oczy — To znaczy tato, że tam może być skarb?

— To świadczy tylko o tym, że takie zdarzenie miało miejsce. Nic nie pisze o żadnych skarbach. Jednak widzisz. Coś pewnie wieźli ważnego, skoro uciekali przed zaborcami.

— Tato, przypomniało mi się, co miałem się ciebie zapytać -wtrącił się Tomaszek -Widzisz tato, wszyscy mówią, że u nas na wsi jest zamek. Ty mówisz pałac. Jak to jest?

— Tomaszek, to jest tak. W Sobkowie nigdy nie było zamku. Zamek to jest z reguły rycerski. U nas nie było żadnych rycerzy. W Sobkowie a właściwie we wsi Nida Sobkowska był pałac. Od razu odpowiem, bo widzę po minie, że będzie pytanie. Nida Sobkowska to nazwa właśnie zabudowań pałacowych z zabudowaniami rolników wokoło pałacu. Kiedyś przeprawa przez Nidę, naszą rzekę była właśnie przy pałacu i tutaj prowadziła główna droga. Wiesz, jak teraz wygląda tak zwany zamek. To są odrestaurowane budynki otaczające i ogradzające najważniejszą budowlę. Właśnie ten pałac. Pałac to w tej chwili ruiny na środku placu pomiędzy właśnie zabudowaniami, w których jest restauracja, pokoje do wynajęcia i na przykład stajnia.

Tomaszek kiwną głową, zgadzając się z tatą a właściwie z zarysowanym przez niego wyglądem zamko-pałacu. Oprócz tego teraz też dobrze kojarzył stajnie.

— Jeszcze jedno — kończył tata — Pałac stoi w miejscu, gdzie kiedyś stała inna zabudowa właścicieli. Jak właściciele byli majętniejsi i bardziej znaczący. Zechcieli tę swoją przynależność, do ludzi bogatszych zaznaczyć budując pałac, a właściwie zespół pałacowy. Najpierw podobno zasypano piwnice, które tam były, a potem powstała właśnie ta budowla z kolumnami. Według mnie, jeśli pod pałacem znajdowałyby się jeszcze jakieś piwnice, to w nich najwyżej będzie coś z życia gospodarczego. Czyli coś, co trzyma się w piwnicy. Choć wiesz, że to tylko, tylko przypuszczenia i wyobrażenia.

— Tato, przypomnij mi, kto tam był z naszej rodziny.

— Synku, tam pracował nasz prapradziadek. Wydzierżawił zabudowania od właścicieli i zarządzał nimi.

— Czyli jak by pomyśleć, powinien wiedzieć, jak coś wjeżdża czy wyjeżdża z pałacu? -podpytywał syn.

— Raczej tak. No, chyba że by go akurat nie było na miejscu. -Odpowiedział tata.

Syn wstał i poszedł do swojego pokoju. Zabawa mu troszkę wywietrzała z głowy. Rozmyślał czy to może być możliwe, że tam coś jest.

Rozdział Ósmy

Następnego dnia jak się umówił z kolegami, tak zrobił. Poszedł do parku, ale inaczej niż zwykle. To znaczy niezwykłą najkrótszą drogą. Postanowił przejść się dookoła, przechodząc przez cmentarz. Pomyślał, że może znajdzie tak grób swojego pradziadka, tego pracującego w zamku, znaczy się w pałacu. Od jego domu do cmentarza było blisko. Musiał iść tylko na początku w przeciwną stronę niż normalnie kierując się do parku. Następnie trzeba skręcić na krzyżówce w lewo i prosto drogą na cmentarz. Przypomniało mu się, że idąc tędy, musi przejść obok cmentarza żydowskiego. Od małego go interesował. Chodził tu kiedyś często. Tata parę lat temu robił zdjęcia starym nagrobkom. Były inne niż nasze. Wyglądały jak wbite kamienne płyty, u góry niektóre zaokrąglone. Ciekawiły go, ponieważ tata pokazywał mu jakieś dziwne wyryte rysunki na nich. Opowiadał przy tym różne historie z jego dzieciństwa. Opowiadał między innymi, że kiedyś uważał, że w miejscu nagrobku z wyrytymi dwoma dłońmi i książkami musiał być skarb. Przypomniało się Tomaszkowi, jak z wypiekami na twarzy słuchał tych opowieści. Teraz się uśmiechną, zauważył, że tak jak on teraz, tata też myślał i może szukał skarbów.

Dzisiaj nie wchodził na ten cmentarz, może kiedyś znowu go odwiedzi. Może nawet postara się rozwikłać i tą, taty zagadkę z tego cmentarza.

Od tego miejsca do naszego, katolików cmentarza było już parę metrów. Brama, a właściwie, trochę większa podwójna furtka była otwarta. Z tego, co pamięta, tak było prawie zawsze, jak tędy przechodził z rodzicami. Wszedł na cmentarz. Poszedł prosto po chodniku i rozglądał się po nagrobkach. Nigdy nie zwrócił uwagi, ile jest małych grobów. Grobów dzieci. „Przykre” -pomyślał. Poszedł prosto w kierunku drugiej bramy i rozglądał się po nagrobkach. Zauważył, że z reguły były nowe lub prawie nowe. Oprócz tego nagle przekonał się, ilu mieszkańców już nie żyje. Ciężko będzie znaleźć jeden konkretny. Ten jego przodka.

Przed samym wyjście zobaczył, że ktoś wychyla się parę, alejek dalej.

— Cześć Tomaszek. -powiedział ten ktoś.

— Cześć. -odpowiedział i zobaczył, że tym kimś jest jego znajomy, bo nie można powiedzieć kolega, Kacperski. -Co ty tu robisz? — zapytał.

— Jestem z mamą na grobie dziadka. -odpowiedział mu. -A czemu się dziwisz?

— Myślałem, że to cmentarz Sobkowian? Ty mieszkasz na Wierzbicy.

— Mamy ten sam cmentarz, głąbie. Nigdy nie pomyślałeś, że chodzimy do tego samego kościoła? -wyraźnie zdenerwował się Kacperski.

— Jakoś o tym nie pomyślałem. Uznałem, że skoro chodzimy do tej samej szkoły, a dom masz gdzie indziej, to tak samo jest z kościołem i cmentarzem. A może inaczej. Nie zastanawiałem się nad tym. -Odwrócił się i zaczął iść w stronę bramy.

— Poczekaj. -krzykną Kacperski. -co porabiasz w pierwszych dniach wakacji?

Tomaszek chwilę się zastanowił. Mówić mu o wspólnym wyzwaniu, jakie ma z kolegami? Nie miał zamiaru, ale mógł się trochę pochwalić.

— Z kolegami załatwiamy sobie przygody. -Odpowiedział i wyszedł z cmentarza.

Kacperski spuścił głowę i podszedł do grobu, widocznie swojego jakiegoś przodka.

— „Ciężko się wbić w tę paczkę kolegów” -pomyślał.

Tomaszek, idąc już teraz prosto w stronę parku, musiał przejść koło kościoła i za jakieś sto metrów był park. Usiadł sobie na starych oponach i czekał na kolegów.

Park to był duży plac, przy którym były sklepy, kiedyś szkoła i budynek gminy z biblioteką. Sam park podzielony był ścieżkami. Wszystkie prowadziły między wejściami znajdującymi się na środku boków. Te proste, północ — południe, wschód — zachód krzyżowały się w środku. Oprócz nich były prowadzące po skosie, pomiędzy wejściami. Sam park był zarośnięty drzewami. Posiadał plac zabaw i boisko do tenisa, które mogło też być boiskiem do siatki, jak i koszykówki.

Tomaszek siedział tak już z piętnaście minut, gdy zobaczył jak Maciętas wychodzi z biblioteki. Przeskoczył przez murek ogrodzeniowy i po paru krokach już siedział z kolegą.

— Cześć Maciętas, jak majty? -zapytał Tomaszek.

— No boki zrywać. Nie ma to, jak fajnie przywitać kolegę, zresztą najlepszego na świecie. -Tym stwierdzeniem, jak i kuksańcem odpowiedział Maciętas. -Wiesz, widziałem się już z Krzysztofikiem. Mama kazała mu zostać w domu. Za pół godziny jedzie do Kielc na zakupy. -I tu Maciętas machną ręką. Wszyscy wiedzieli, że jak rodzice a szczególnie mama mówi o zakupach, to na pewno będzie to kupowanie ubrań. Czyli największa kara. Porównywalna do odrabiania lekcji.

— Ale mam mu przekazać później, czy chcesz się spotkać wieczorem. — dorzucił Maciętas.

Tomaszek, machną ręką. Coś dzisiaj się nie układa.

— Dobra niech będzie, Teraz pójdę do babci i zajrzę do pszczół.

— Fajnie, że się zgadzasz. Mama mnie też zadała czytanie książki. A wiesz, będzie mnie przepytywać. Pani musiała jej nagadać na zakończenie roku, nie wiem co na pewno, ale podobno dukam, a nie czytam.

Wstali z opon. Przybili piątkę i się rozeszli. Tomaszkowi było szkoda Maciętasa, choć Krzysztofika chyba bardziej.

Rozdział Dziewiąty

Wieczorem, a była to już dziewiętnasta, po zebraniu w parku poszli nad rzekę. Dni nie był na tyle gorące, żeby móc się w niej kąpać. Postanowili, że tam trochę posiedzą i pogadają w przyjemnych okolicznościach przyrody. Nad rzeką w miejscu, gdzie normalnie ludzie rozkładają koce i leżakują, było parę osób. Nie chcieli, aby ktoś podsłuchiwał, jak rozmawiają o wejściu na zamek, więc poszli trochę w ustronniejsze miejsce.

— Chłopaki ustalmy w końcu coś. Bo albo zrobimy to jutro lub pojutrze, albo pozamiatane. -powiedział Tomaszek.

Widać było po minach kolegów, że ma racje. Jeśli nie zrobią tego teraz, następna taka okazja może się długo nie powtórzyć.

— Dobra. -Zaczął Krzysztofik. -Jutro rano spotykamy się jak zwykle w parku. Proponowałbym zebrać się na rowerach. Po wczorajszym biegu, a potem „spacerze” do domu bolały mnie nogi.

— I chyba brzuch -cichutko odezwał się Maciętas i uśmiechną się pod nosem.

— Czy coś majtas mówiłeś? — Powiedział Krzysztofik, odwracając głowę w jego kierunku. Udawał, że się złości i tym wywołał wybuch śmiechu kolegów.

— Nie nic. -Kończył Maciętas. -Tylko od biegu, jaki uprawiałeś wczoraj, może cię boleć brzuch i zęby.

Tu pozostali chłopcy popatrzyli na siebie. Nie bardzo zrozumieli. Spojrzeli na Maciętasa z pytaniem na twarzach. Wyglądali, jak by mieli zapytać — ale o co chodzi?

— Jak biegłeś. -kończył wypowiedź Maciętas z uśmiechem na twarzy. -Tak podskakiwał ci brzuch, góra dół, że mógł ci wybić zęby. — I po tym zdaniu, parskną śmiechem.

Krzysztofik też się uśmiechał, jednak rzucił się i powalił Maciętasa na ziemię. Tomaszek skoczył koledze z pomocą i skończyło się to stosikiem kolegów.

Poturlali się, że raz jeden, to raz inny był to na górze to na dole. Mało nie wpadli do rzeki. Jak zwykle śmiechy były do utraty tchu. Po wszystkim leżeli plecami na trawie. Umęczeni, ale uśmiechnięci i zadowoleni z dobrze zagospodarowanej chwili. Zaczęło się robić ciemno. Wstali i zobaczyli, że nie daleko obok nich siedzi starszy facet. Nie był na tyle blisko, żeby ich dobrze słyszeć, ale też nie na tyle daleko, aby mogli pomyśleć, że ich nie widzi. Rozejrzeli się. Plaża opustoszała. Byli tylko oni i on. Kto to był i czemu się przyglądał? Po chwili siedzący człowiek odezwał się do nich.

— Jak tam chłopaki. Nóżki nie bolą?

Zapadła niezdrowa cisza. Nawet jakby drzewa nie poruszały się na wietrze.

— Nie poznajecie mnie? Cóż jest już trochę ciemniej, a po drugie tak zwiewaliście, to mogliście mnie nie zapamiętać.

Chłopaki popatrzyli po sobie i zrozumieli, że to ten „stajenny”.

— O co panu chodzi? — odezwał się Tomaszek.

— Jeśli jeszcze chcecie kiedyś wywinąć taki numer i chodzić po cudzym terenie, to musicie poćwiczyć. Właścicieli nie ma, a ja jak was złapię na gorącym uczynku, to nogi powyrywam. Rozumiemy się? — I po tym wstał. Odwrócił się i odszedł.

Chłopakom serca waliły jak wtedy gdy uciekali przed nim. Usiedli, aby ochłonąć. Parę chwil później odezwał się Tomaszek.

— Wiecie co, dziwna sprawa. Mógł po prostu powiedzieć, że wie, kim jesteśmy i abyśmy nie wchodzili na nie swój teren. Po co nas straszy?

— Coś w tym dziwnego? -Powiedział Krzysztofik. — Przecież kazał po prostu trzymać się z daleka od zamku.

Maciętas pokiwał głową, że zgadza się z kolegą. Tomaszka jednak to nie uspokoiło.

— Dla mnie to dziwne. Po co to straszenie? Mógłby dać znać na policję? Mógł. Było wtargnięcie? Było. To po co straszy i chce wyrywać nogi? Proponuję jutro, pójdziemy i przyjrzymy się co tak naprawdę dzieje się na zamku. Zobaczymy co tak naprawdę, on robi, jak nie ma właścicieli.

Pokiwali głowami i udali się w stronę domów.

— Wiecie i tak miałem zaproponować, aby przed wejściem jak ostatnio upewnić się, że ten świr wyjdzie. Teraz jednak uważam, żeby to rozwinąć o obserwację, co on tam robi. -powiedział Tomaszek.

— Pomysł OK. Jednak powiem wam, że przygoda robi się nie na dwie a trzy pary nowych majtek. -skwitował Maciętas i tą wypowiedzią rozweselił trochę spięte towarzystwo.

Rozdział Dziesiąty

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 38.7