E-book
23.63
drukowana A5
46.76
Tom Miniatur

Bezpłatny fragment - Tom Miniatur

Zapach_nocy


Objętość:
27 str.
ISBN:
978-83-8440-880-3
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 46.76

ZAPACH NOCY

Enter PIN

* * *

Ciche mruczenie komputera, czasem chrobot papieru, czasem stłumione stukanie do drzwi. Spojrzenie odrywa się znad monitora i na krótką chwilę zatrzymuje na wejściu, jakby właśnie tam miał stanąć ktoś wyczekiwany bardziej, niż rozsądek chciałby przyznać. W pokoju jest jasno, zwyczajnie, urzędowo niemal, a jednak wszystko drży pod cienką warstwą napięcia.

Drzwi uchylają się odrobinę i do środka wchodzi chłód. Nie człowiek — jeszcze nie — lecz obecność. Jak wspomnienie o kimś, kto potrafił jednym spojrzeniem rozproszyć cały porządek dnia. Dreszcz przebiega po plecach. Jakby niewidzialne palce musnęły kark, ramiona, linię talii. Okno pozostaje zamknięte, a jednak skóra pamięta dotyk. Serce przyspiesza zbyt nagle, zbyt posłusznie.

Nie umiesz tego nazwać. To nie jest wspomnienie, a jednak pachnie przeszłością. To nie jest sen, choć porusza się jak sen — cicho, bezszelestnie, od szyi w dół, przez ramiona, przez pierś, przez podbrzusze. Czytasz kolejne linijki na ekranie, lecz znaczenie słów rozpływa się, bo ciało słucha czegoś zupełnie innego. Wyobrażenie oplata cię powoli: oddech przy uchu, dłoń na talii, usta zatrzymane tuż przy karku. Wbrew rozsądkowi, wbrew godzinom pracy, wbrew chłodnemu światłu dnia.

Potem coś trzaska, ktoś przechodzi korytarzem, zwyczajność wraca z całym swoim hałasem. Dokumenty znów są tylko dokumentami, krzesło krzesłem, monitor monitorem. A jednak policzki wciąż płoną, bluzka zdaje się zbyt ciasna, a oddech jeszcze przez chwilę nie może znaleźć właściwego rytmu. Na ekranie, obojętny jak zawsze, mruga tylko komunikat: Enter PIN.

Wirujący kurz na słońcu

* * *

W pokoju panowała cisza, przerywana jedynie miękkim szumem maszyny i delikatnym poruszeniem firan. Słońce próbowało wedrzeć się do środka przez zasłony, lecz zamiast rozjaśnić półmrok, rozcinało go tylko na wąskie, świetliste wstęgi. W nich wirował kurz — złoty, lekki, zawieszony gdzieś pomiędzy jawą a snem. Całość miała w sobie coś nierzeczywistego, jakby czas przysiadł na parapecie i postanowił przez chwilę nigdzie się nie spieszyć.

Patrzysz na drobiny tańczące w świetle i nagle czujesz, że nie jesteś sama. Najpierw to ledwie przeczucie: czyjś oddech tuż za tobą, ciepło zbliżające się do karku, dłoń, która zatrzymuje się na biodrze z ostrożnością kogoś dobrze znanego. Dotyk jest delikatny, niemal nieśmiały, a jednak pewny. Druga ręka przesuwa się wzdłuż talii, jakby przypominała sobie drogę, której nigdy naprawdę nie zapomniała.

W tle płynie melodia stara jak tęsknota. Pocałunek spoczywa przy uchu, potem na szyi, potem jeszcze niżej, aż całe ciało zaczyna odpowiadać cichym drżeniem. Wszystko dzieje się niespiesznie: muśnięcia, oddechy, przybliżenia, ten szczególny bezruch, w którym człowiek czuje najmocniej. Z każdą chwilą masz wrażenie, że dłonie są wszędzie — na brzuchu, na ramionach, na plecach — i że otulają cię bardziej niż samo światło przeciekające przez zasłony.

Później zostaje tylko łagodne zmęczenie, smak wina na ustach i obrazy, które kołyszą się pod powiekami niczym panny z mgły i młodzieńcy z wiatru. Jedna dłoń chowa się pod poduszkę, druga szuka ciepła, jakby chciała zatrzymać coś, co już zaczyna odpływać. Za oknem nadal poruszają się kwiaty, kurz nadal wiruje w słońcu, lecz ty powoli zapadasz w sen, pewna, że ktoś jeszcze przez chwilę stoi przy twoich plecach.

Zapach nocy

* * *

Zapach nocy przychodzi wcześniej niż sama noc. Najpierw jako ledwie uchwytna nuta w powietrzu, chłodna i świeża, potem coraz bliższa, aż wypełnia pokój jak miękka muzyka. Zanim zdążysz pomyśleć o czyjejś obecności, już czujesz ją na skórze: na karku, na linii ramion, w oddechu, który nagle staje się krótszy i cieplejszy.

Wychodzę z cienia bezszelestnie, jakby ciemność oddawała mnie twojemu ciału po kawałku. Dotykam cię najpierw lekko — muśnięciem, które przypomina jedwab przesuwający się po skórze. Potem obejmuję cię w talii i przysuwam bliżej, a pocałunki schodzą z szyi na obojczyki, z obojczyków niżej, tam, gdzie drżenie jest najprawdziwsze. Twoje ciało odpowiada od razu, jakby znało ten rytm od dawna i tylko czekało, aż znów rozlegnie się w półmroku.

W tej bliskości nie ma pośpiechu. Są tylko krążące dłonie, senny żar oddechu, puls pod skórą i cisza, która wcale nie jest cicha, bo pełna jest westchnień. Kiedy przyciągam cię do siebie mocniej, świat kurczy się do kilku prostych rzeczy: zapachu, ciepła, miękkości, skóry. Reszta — ściany, okna, noc za szybą — staje się daleka i nieważna.

A potem, gdy wszystko już opadnie i ucichnie, zostaje jeszcze ten sam zapach. Na poduszce, we włosach, na dłoniach i w powietrzu, które zdaje się pamiętać więcej niż ty sama chciałabyś przyznać. Leżysz nieruchomo, rozgrzana i rozmarzona, z dziwnym wrażeniem, że noc wcale się nie skończyła — tylko na chwilę przymknęła oczy.

Wyśnione marzenie

* * *

Wyobraź sobie, że w pokoju zrobiło się odrobinę chłodniej. Nie na tyle, by zadrżeć naprawdę — tylko tyle, by skóra stała się czulsza, bardziej uważna. Zaczyna się od lekkiego mrowienia na opuszkach palców, potem oddech zwalnia, a myśl biegnie ku imieniu, które wypowiedziane w ciszy brzmi bardziej jak zaklęcie niż wspomnienie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 46.76