E-book
20.48
drukowana A5
34.07
Toksyczna religia.

Bezpłatny fragment - Toksyczna religia.

Jak opuścić więzienie?


Objętość:
133 str.
ISBN:
978-83-8155-852-5
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 34.07

Kościół rzymskokatolicki jako instytucja publiczna jest doszczętnie skompromitowany. Przez całe średniowiecze, czyli dziesięć wieków, budował swą ziemską potęgę, nazywając się bezczelnie “tryumfującym”, przez system zniewolenia ludzi w feudalnych strukturach zależności między panami, klasą próżniczą a niewolnikami, pracującymi na te bogactwa, jakimi dziś dysponuje Watykan. Afery pedofilskie całkowicie dyskredytują teraz KK jako instytucję, dążącą do zawładnięcia całą ludzkością pod pretekstem “cywilizowania”, “krzewienia wiar i obyczajów” przez sformułowaną na I Soborze Watykańskim regułę “papieskiej nieomylności”.

Wykorzystując naiwną wiarę prostych ludzi w objawienia i cuda, cynicznie obiecuje wiernym zbawienie “na tamtym świecie”, jednocześnie hamując postęp naukowy i techniczny oraz wszechstronny rozwój ludzkiego potencjału. Zarządzając naturalnym strachem ludzi przed atawistycznymi “diabłami” i ogólnie “złem”, buduje dalej swą potęgę na ignoracji, niewiedzy, strachu, poczuciu wierności i przeciwnym przeczuciu zdrady. KK jest potęgą czysto ziemską, nie stoją za nim ani złe ani dobre moce nadprzyrodzone.

Jeszcze kilka lat wstecz próbowałem temu wszystkiemu wewnętrznie zaprzeczać, bojąc się głównie gniewu Boga, sądząc, że przecież KK czyni wiele dobra, że pieniędzmi dzieli się z biednymi, jeszcze próbowałem ratować swoje “przekonania” twierdząc, że to nie tak, że te wszystkie antykościelne i antyklerykalne książki są pisane z kłamstwem na ustach, że filmiki w sieci są manipulacją i tak dalej. Bawiłem się w adwokata diabła: jak obronić pozornie dobrą instytucję, kiedy ona dobra nie jest, a nawet nie chce być. Innymi słowy pytanie brzmi: “jak nawrócić diabła?”

Tak, mocne, a to dopiero początek. Czy zastanawialiście się kiedyś Państwo, dlaczego tylu ludzi odeszło w ciągu powiedzmy kilkuset lat od Kościoła? Czyżby wszyscy niezależnie od siebie poszli na zatracenie? A jeśli oni niezależnie od siebie, bez żadnej zmowy, odkryli, że Kościół kłamie? Jeszcze próbowałem bronić ludzi Kościoła, sądząc, że “może Kościół się myli?” Myli? No, wszak błądzenie jest rzeczą ludzką, więc winy tutaj by nie było.

A jednak przerażająca prawda jest taka, że gdyby teraz wszyscy ludzie “pokapowali”, jak są sterowani i manipulowani przez hierarchię, więcej — gdyby wszyscy ludzie na świecie zrobili to razem w każdej religii — wszelkie religie, wierzenia i zabobonne przesądy znikłyby jak kamfora. Przestałyby istnieć iluzje i urojenia, a pacjenci szpitali psychiatrycznych musieliby być natychmiast wypisani ze szpitala jako zdrowi na umyśle, więc świat straciłby mnóstwo pieniędzy, władzy — swoich dwóch największych bożków.


Wiesz, masz wybór: żyć w wolności lub umrzeć jak niewolnik.


Jeśli jesteś osobą, która znajduje się w bardzo trudnej sytuacji życiowej związanej ze sferą różnie pojmowanej religii, wiary czy duchowości, albo wręcz czujesz, że sięgnąłeś jakiegoś duchowego dna — ten krótki, ale intensywny poradnik jest dla ciebie.

Uzależnienie od religii — bo o tym chcę napisać — nie jest tematem powszechnie podejmowanym z powodu autorytetu, jakim jest nadal KK w Polsce. Psychiatrzy ze strachu przed księżmi i w obawie o utratę reputacji nie chcą rozmawiać z pacjentami o religii, nawet gdy urojenia pacjentów czy ich obsesje są ewidentnie na tle religijnym. Postaram się tutaj opisać mechanizm, który polega na tym, że co prawda sporo zaburzeń psychicznych ma korzenie religijne, ale nie duchowe. Inaczej mówiąc, trzeba skończyć z teoriami, które w kulturowej psychiatrii stały się modne — jak “trans” i “opętanie” w najnowszym wydaniu DSM, a które tylko dodatkowo stygmatyzują pacjentów. Przyczyny mieszczą się w samej religii i jej kulturowym otoczeniu, ale mówimy wyłącznie o zjawisku czysto ludzkim.

Pojmuję religię jako tylko i aż wytwór kulturowy i ewolucyjny, a nie zjawisko, które rzekomo przyszło z nieba. Pochodzenie religii nie jest zaświatowe — mieści się całkowicie w obrębie naszego, a więc tego — a nie “tamtego” — świata. Nawet, jeśliby istniały inne oprócz naszego “światy”, czy “wieloświaty”, nie miałyby one żadnego udziału w powstawaniu i ewolucji wierzeń religijnych. Psychiatrzy dobrze wiedzą, że religijne obsesje i urojenia pochodzą z działalności KK, ale kryją się ze swoją wiedzą, bojąc się reakcji hierarchii katolickiej.

Mnóstwo pacjentów przejawia urojenia, czasem co prawda zwiewne, natury religijnej, co nie oznacza, że są to “głosy demoniczne”. Odrzucam jako racjonalnie i logicznie myślący człowiek, w dodatku były pacjent psychiatryczny, możliwość, aby w życie człowieka na Ziemi ingerowały jakieś “złe moce”. Być może zdarzają się ingerencje “dobrych mocy”, ale jeden tylko raz byłem postawiony w takiej sytuacji, gdy zostałem uzdrowiony z ciężkiej choroby oczu. Opisłem to w innym miejscu.

Bóg prawdziwy — będę posługiwał się tym określeniem, ma ono w dzisiejszej sytuacji religijnej spory sens — szanuje moją i Twoją wolność. Nie zmusza do chodzenia do kościoła. Nie zmusza zresztą do niczego. Dostajesz życie, być może tylko raz, być może więcej razy i to, co z nim zrobisz zależy całkowicie od Ciebie, twoich genów i środowiska, które na Ciebie wpływa.

Trzy podstawowe środowiska — rodzina generacyjna, szkoła i KK — w Polsce stanowią trzy główne zatrute obszary naszego żywota. Toksyczność rodziny i szkoły tutaj pominę, choć to również ważne tematy. Zajmujemy się tym razem wyłącznie toksyczną religijnością, a więc nie samą trującą własnością jednej religii, tylko budujemy pewien wzorzec czy model toksycznego uzależnienia, który można by pokazać być może na przykładzie także innych niż religia katolicka przykładach. Z racji tego jednak, że znam najlepiej swoją macierzystą tradycję religijną, więc katolicyzm, to nie będę tym razem wykraczał poza ten obszar. Zajmiemy się tedy religijnym uzależnieniem od toksycznej wersji katolicyzmu.

Zakładam, że istnieje potencjalnie ‘dobry model religijności’, którym warto by się osobno zająć. Dobra wiara, dobra duchowość niewątpliwie istnieją, ale mają swoją mroczną, ciemną stronę — religijność obsesyjną, toksyczną, urojoną. Zakładając, że istnieje inny niż nasz świat, do którego trafiamy po śmierci, musimy jednak zrozumieć, że jego istnienie w żaden sposób się nie manifestuje dosłownie. Religia powstaje niezależnie od tamtych światów możliwych. Cuda i objawienia naruszają ten autonomiczny status naszej rzeczywistości, są czynione z miłości do cierpiących ludzi, ale zarazem niszczą wolność człowieka. Ktoś, kto całe życie był niewierzący i nagle zostaje uzdrowiony albo przeżyje coś “nie z tego świata” może poczuwać się do obowiązku wierzenia, a nawet odczuwać przymus wiary. “No, tak, czyli zostałem uzdrowiony. Teraz nic nie mogę robić, tylko muszę iść i głosić Ewangelię”. Takie postawy są częstsze niż myślimy.

Tymczasem uzdrowienie jest darem bezwarunkowej Miłości, która wcale nie wymaga, abyśmy nawet byli wdzięczni, co pokazuje historia uzdrowionych dziesięciu trędowatych w Ewangelii (tylko jeden przyszedł podziękować), a co dopiero, abyśmy ze źle pojmowanej wdzięczności szli do zakonu i na całe życie zamykali się w obrębie tak przecież chorej polskiej religijności.

Toksyczna religia istnieje. Uzależnienie od praktyk i przekonań religijnych również. Spędziłem ćwierć wieku na jałowych rozmyślaniach na tematy religijne, jak Bóg, szatan, piekło, czyściec, niebo, sąd, zmartwychwstanie i nie doszedłem do niczego tą drogą. Próbowałem stosować zasady wiary w życiu z różnym skutkiem. Teraz po odstawieniu religii czuję spory dyskomfort — każde uzależnienie polega na przyjemności, kiedy więc odstawiamy substancję albo zachowanie — religia może uzależniać podatne osoby behawioralnie — cierpimy.

Ktoś, kto wierzy w Boga i chce odzyskać czystą wiarę, a jednocześnie wie, że religia zatruwa wszystko, może czuć się niemal rozdwojony i rozbity. Tym, co każe ludziom wierzyć w Boga i praktykować swoje religie jest tylko strach. Gdyby ludzie przestali się bać Boga, który przecież ma być ponoć bezwarunkową Miłością, zaraz upadłyby wszystkie religie, a wraz z nimi instytucje na nich zbudowane i żyjące tylko z wiary. Wiara i religia mogą bowiem stanowić świetny, doczesny biznes. Nawet na “tamtym” świecie i śmierci oraz lęku przed nią można dobrze zarobić.

Religia to nie tylko samo dobro, jak nas nauczono. Pragnę w tym poradniku ukazać, że problem wiary religijnej jest bardziej skomplikowany niż sądzimy. Że religia to nie tylko pobożne, nieznaczące gadanie o świętych, aniołach i łąkach niebieskich. Że dla bardzo wielu tysięcy Polaków religia dziś stanowi niemały problem i że to się nasila z dnia na dzień. Do tego stopnia, że wielu z nas trafia do zakładu dla obłąkanych, gdzie faszeruje się nas lekami i stosuje inne terapie z różnym skutkiem.

Wielu, którzy zaufali Kościołowi, dziś czuje się mocno zawiedzionych. Niektórzy wręcz całe życie poświęcili, jak sądzili, Bogu, który jednak nie pomógł im w ich najgorszym momencie. Kiedy przyszły do mnie myśli samobójcze i rezygnacyjne, nie Bóg mi pomagał, ale ludzie — lekarze, rodzice i znajomi. Trzeba powiedzieć jedno: Bóg nie zbudował ani jednego budynku, ani jednego samochodu ani nie podał nam przepisu, jak zrobić procesor, o leku na raka nie wspominając. Mówienie, że “Bóg pomaga” jest więc wierutnym kłamstwem, bo jeśli nawet — jak chce Kościół — cuda i objawienia mają miejsce, co jest bardzo mało prawdopodobne, to nie dotyczą nawet połowy wierzących.


A co z niewierzącymi? Żyją wśród wierzących, muszą wysłuchiwać ich egzystencjalnych kłopotów z istnieniem, potwierdzać ewidentne urojenia, tak z dobrego serca potwierdzać wiarę, której w świetle nowszej nauki po prostu dalej wyznawać się nie da. Nie znaczy to, że porzucimy religię z dnia na dzień, jej wiążąca i więżąca moc jest bowiem zbyt duża. Musimy nabrać pewnej świeckiej, agnostycznej odwagi i zacząć podważać kolejne struktury urojone Kościoła. Noszą one wszelkie znamiona “matriksu” — tak zawiła budowla intelektualna nie runie od razu.

Trzeba tedy rozpocząć od początku, czyli od słynnej pary pierwszych ludzi. KK zdaje sobie sprawę, że konkurencyjna wobec wiary teoria pochodzenia człowieka nie może wyjść poza pracownie biologów ewolucyjnych, bo na wierze w Adama i Ewę opiera się cała struktura religijna chrześcijaństwa i judaizmu. Im mniej ludzi nie będzie wiedziało, że nie było pary pierwszych ludzi, że Adam i Ewa to tylko prawdopodobnie metonimie, oznaczające ludzkie plemiona i to nie wszystkie i nie pierwsze, lecz późniejsze, żyjące już po opuszczeniu Afryki na terenach Babilonii i Mezopotamii — tym dla KK lepiej.

Z jednego organizmu nie mogło wyewoluować dziś tak rozpowszechnione życie na całym globie. Z jednej pary nie mogła powstać obecna ludzkość. Opowieść z Genesis jest wyłącznie mitem i to bardzo niebezpiecznym, bo Adam i Ewa są ukazywani w ikonografii jako osoby o białym kolorze skóry. Ale większość malarzy popełniła jeden, ale znaczący lapsus — na obrazach pierwsi rodzice nie są pozbawieni pępków. I o tym niewielu myśli właściwie. Teoria ewolucji została zepchnięta do zbiorowej nieświadomości po sukcesach, jakie święciła w II poł. XIX i I poł. XX wieku, ponieważ narusza nasze kulturowe uprzedzenia. Tymczasem jeśli jakaś teoria jest prawdziwa z dotychczas zaproponowanych, to będzie nią unowocześniona teoria Darwina, którą tak wielu internautów miesza z błotem. Niesłusznie.


Mit adamicki — jak było naprawdę?


Wiara w pierwszą parę doskonałych, niemal boskich ludzi, jest dość powszechną mitologią w pierwotnych kulturach, podobnie jak mit o katastrofie (najczęściej potop), która położyła kres rozwiniętym, lecz owładniętym przez moralne zło, cywilizacjom. Mit adamicki jest całkowicie sprzeczny z wynikami badań naukowych, które położyły kres dosłownej wierze w pierwszą parę prarodziców.

Człowiek nie został stworzony od razu w postaci dorosłej, lecz rozwinął się stopniowo z niższych istot, nazywanych hominidami, albo pra-ludźmi. Nauka stanowczo zaprzecza, jakoby istnieli mityczni pra-rodzice. Nie można dłużej jednocześnie wierzyć w ewolucję z niższych form i w stworzenie w sześć dni przez doskonałego Boga, najwyższą z możliwych istot. Inaczej mówiąc, nie jest prawdą, że nauka i religia mówią o czym innym, że ich “magisteria” się nie nakładają. Zarówno religie, jak i nauka mówią o tym samym kosmosie, człowieku i świecie. Religie wyznają wiarę w rzeczy nadnaturalne, nauka je neguje, a przynajmniej nie wypowiada się co do możliwości ich istnienia. Jednak tylko nauka dysponuje dowodami na poparcie tego, co ukazuje.

Teoria ewolucji nie jest w żaden sposób do pogodzenia z jakąkolwiek postacią wiary religijnej czy filozoficznej. Nauka twierdzi, że ludzie wyłonili się nie w mitycznej Mezopotamii, skąd mieli pochodzić Adam i Ewa, lecz w Afryce, gdzie doszło do rozdzielenia linii ewolucyjnej naczelnych i odtąd drogi ludzkie zaczęły podążać w innym kierunku niż linie człekokształtnych.

Ewolucja, czyli powolny, ukierunkowany w przyszłość postęp w budowie oraz funkcjach organizmów żywych, w Kościele stanowi temat tabu. Nie wolno księżom ani zająknąć się w tej materii, chyba, że mają pozwolenie na badania naukowe. Jednak księża-naukowcy to niewielki fragment Kościoła i ich głos nie jest słyszalny, poza tym wybierają raczej dziedziny takie, jak kosmologia, która daje jeszcze możliwość rozważania o tym, co spowodowało wielki wybuch na początku czasów i co zdeterminowało ewolucję całego kosmosu.

Poetyckie wizje Teilharda de Chardin, jezuity, który jako jedyny z katolików, próbował dość sprytnie pogodzić ewolucję ze stworzeniem, są tylko pięknymi, ale nieudowodnionymi wizjami, nie są więc brane przez naukę pod uwagę, a w Kościele są traktowanie nieufnie. Nie ma możliwości, aby Kościół zrezygnował z mitu adamickiego, bo na nim opiera się cały Stary Testament, a co za tym idzie i Ewangelie, gdzie Jezus z Nazaretu wyraźnie mówi, że “od początku tak nie było”, gdy tłumaczy faryzeuszom, dlaczego rozwody są złe i dlaczego Mojżesz mimo to je dopuścił.

Jezus mówi, że “opuści człowiek ojca i matkę i złączy się z drugim i będą oboje jednym ciałem”. Tym samym pokazuje, że uznaje pierwszą parę ludzi za doskonały przykład małżeństwa. Ponieważ Jezus wedle Kościoła jest Bogiem, a Bóg musi być nieomylny, więc mit adamicki jest nadal traktowany dosłownie. Inaczej mówiąc, skoro Jezus uznaje Adama i Ewę, to i Kościół musi nadal trwać w podstawowym błędzie. Człowiek nie został bowiem ani ulepiony z gliny, ani ukształtowany z żebra, jak chcą piękne, ale nieprawdziwe opisy z Genesis. Jeśli zaś księga Rodzaju się myli co do pochodzenia ludzi, to pozostałe księgi również się mylą co do istnienia Boga.

Nie da się bowiem uznać, że Genesis się myli, ale reszta Biblii jest nieomylna, oznaczałoby to bowiem logiczną sprzeczność. Jeśli istnieje Bóg, to mógł On stworzyć od razu dorosłych ludzi. Ale tego — co pokazuje nauka — nie zrobił i powstaje pytanie dlaczego? Czy nie byłby to dowód, że ludzie wcale nie są dziećmi Boga, jak uczy katechizm? Czy ewolucja jest lepszym wyjściem zaprojektowanym przez Boga czy po prostu argumentem za tym, że ewolucja dokonuje się samoistnie i nie musi mieć żadnego czynnika spoza świata? Ewolucja samoistna jest w świetle nauki możliwa, tym samym hipoteza Stwórcy staje się, co dowodził sam Darwin, zbędna. Jeśli można i daje się świat i pochodzenie ludzi wyjaśnić na drodze samoistnej ewolucji, a wszystko na to wskazuje, to nie ma potrzeby dłużej utrzymywać, że ludzie zostali stworzeni, czyli zaprojektowani przez Boga. Raczej prawdą będzie twierdzenie, że zostali mozolnie wyrzeźbieni, jak kamień jest rzeźbiony przez omywającą go przez wieki wieków rzekę… Tyle, że tutaj rzeką jest sam Czas.


Lęk przed zmianami…


Jest to naturalny mechanizm, odziedziczony od przodków, który ma za zadanie zachować twoje dotychczasowe trwanie, to, do czego doszedłeś, i co jest dla ciebie ważne. Ten lęk sprawia, że stoisz w miejscu albo kręcisz się w kółko. Nie pozwala ci na żadną zmianę, bo nie chcesz, aby było gorzej. Teraz panuje wysyp różnych specjalistów od dobrego życia, którzy ledwo przekroczyli dwudziesty rok życia. Raczej słuchanie ich nie prowadzi do celu, jakim jest nie tylko dobre, ale i pożyteczne i szczęśliwe życie. Autor w odróżnieniu od nich ma spore doświadczenie, pobyty w szpitalach dla nerwowo chorych, setki rozmów z podobnymi sobie życiowymi rozbitkami, którzy najbardziej boją się jednego — zmiany. Nie chcą bowiem, żeby było gorzej, choć przyznają czasem, że gorzej już być nie może.

Zmiana kojarzy się nam z pogorszeniem. Tak jest na przykład z podstawowym lękiem — strachem przed śmiercią. Boimy się zarówno cierpienia agonii, samego momentu utraty wszelkiej kontroli, jak i tego, co będzie — albo właśnie czego już nie będzie — dalej. Przyszłe życie, wbrew opiniom świętych ksiąg i nie mniej świętych ludzi różnych czasów i regionów, jawi się nam jako ilościowo uboższe i jakościowo gorsze i nie chodzi tu od razu o modne lęki przed potępieniem, ale o wizje nieba — jakie ono ubogie w porównaniu z tymi ziemskimi krajobrazami, łąkami i polami, lasami i jeziorami, pięknymi miastami i pięknymi kobietami. Islam czy judaizm mają bardziej przyziemne, związane z naszymi ziemskimi pragnieniami wizje zaświatów, do których jeszcze wrócimy.


Nie każdy ma problemy religijne, o których wie w sposób świadomy. Każdy jednak ma podświadomość, w której istnieje atawistyczna religijność, odziedziczona od przodków. W Kościele mówi się o “wierze przodków”, albo “wierze ojców”. To oznacza, że religia przychodzi z odległej, głębokiej przeszłości naszego gatunku i kieruje nas w stronę, z której nadchodzi. Prezentuje się jako projekt toźsamościowy i dąży do zagarnięcia wszystkiego. Totalny charakter każdej religii monoteistycznej nie budzi już wątpliwości, gdy patrzymy codziennie na nadchodzące wiadomości o działaniach islamskich terrorystów.

Istnieje też terror duchowy, bardziej subtelny i mniej rzucający się w oczy i wyznacza on zasady zachowania się chrześcijan. Również Żydzi ortodoksyjni dążą do nawrócenia świata na swoją religię. “Catolicus” z łaciny znaczy “powszechny”. Katolicy wyznają w Credo w każdą niedzielę, że “wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”. Oznacza to, że dalekosiężne plany Watykanu nie ograniczą się do Europy i Ameryki Północnej, ale ogarną Chiny, gdzie Kościół jest o krok od konkordatu i potem pozostałe kontynenty. Służą temu misje, które faktycznie pomagają, ale za jaką cenę?

Ceną tą są dusze tych, którym Kościół pomaga. I nie chodzi o mistyczne ratowanie dusz od potępienia, tylko o ich związanie z Kościołem. Ten nie ustanie w wysiłkach, aby pewnego dnia każdy, kto się obudzi stwierdził, że jest już katolikiem. Opresyjny charakter katolicyzmu podnoszony był przez wielu komentatorów i analityków i nie jest to tylko wydumany, antyklerykalny problem.

Szkopuł w tym, że Kościół nie da rady logistycznie wchłonąć wszystkiego. Kultury obce mają swoje mechanizmy obronne i je stosują. Agresywna chrystianizacja i ewangelizacja należą do przeszłości, ale czasem demony stamtąd się pojawiają. Są kraje, gdzie Kościół musi — jak twierdzi — walczyć z zabobonami i przesądami, ale po ich wykorzenieniu wprowadza swoje własne. Nie da się już dłużej rozsądnie mówić o Bogu-Stwórcy, bo nauka pokazuje nieustannie, że w świetle praw rządzących całym kosmosem “badalnym”, hipoteza siły pozaświatowej, jakiegoś stwórcy staje się zbędna.

Nie stworzył nas Starzec z wielką, długą, białą brodą — stworzył nas kosmos, który ewoluuje samoistnie w kierunku prawdopodobnie najwyższej możliwej świadomości. Ale czy projekt ten się uda, zależy tylko od nas. Przedwcześnie zakończona ewolucja nie sprawi, że staniemy się wszechświadomi i pogodzeni ze swym losem. Hipoteza “Boga” jest więc prawdopodobnie zbędna — prawa natury, które już znamy plus te nieznane, które pewnego dnia poznamy każą zmienić myślenie o Bogu, wyobrażanie sobie Boga i obrazy Boga, które funkcjonują w naszej zbiorowej skarbnicy mądrości, naszej nieświadomej, wspólnej psyche.

Bo Bóg nie tyle był czy jest, ale stanowi ów punkt Omega, do jakiego zmierza cały wszechświat. Nie musimy szukać więc “boga” w przeszłości, im wcześniej, tym lepiej. Przeciwnie — Bóg będzie na końcu kosmicznego procesu wszechewolucji, która ciągla trwa i której kres jest poza naszym pojęciowym zasięgiem. Ale to nie znaczy, że nie nadejdzie punkt Omega — nadejdzie, jeśli każdy z nas zmieni swoją mentalność. Bo o nią właściwie chodzi — o to, czy będziemy nadal mieli zaściankowe poglądy, mądrość z zakrystii i plebanii, czy nabędziemy kosmicznej mądrości, dążąc do ideału osobowościowego, czyli mówiąc językiem tradycyjnym, “świętości”.

Jeśli zaczniemy zmianę od siebie, jest duża szansa na zmianę globalną jeszcze w tym pokoleniu. Rok Jubileuszu, 2033 ma szansę nauczyć nas niezależności w myśleniu, krytycyzmu i sceptycyzmu wobec tradycyjnych wiar i pobożności i otworzyć przed nami nowe perspektywy. Czy jesteśmy gotowi? Otóż częściowo tak, ale nie do końca. Co należy więc zrobić?

Po pierwsze porzucić schematyzmy religijne, co bywa trudne. Robienie jednak tylko trudnych rzeczy niesie sukces. Jeśli pójdziesz na łatwiznę i po przeczytaniu tych paru stron stwierdzisz, że “nie, ja zostaję w mojej strefie religijnego komfortu”, to stracisz szansę na poważną zmianę. Nie twierdzę, że wszyscy mają kiepską mentalność religijną, ale większość tak. Może okazać się, że na końcu tego poradnika, czeka wolność. Ale wolność od musi zmienić się w wolność do, więc nie skończymy na krytyce religii, choćby najbardziej sprawiedliwej. Poszukamy wiary duchowej, takiej, która nie będzie hamowała rozwoju jednostki i narodu, lecz wręcz inicjowała zmiany i postęp ku lepszej przyszłości. Jesteśmy w takim punkcie, gdzie panuje zamieszanie i chaos. Trzeba nieco porządku zaprowadzić w tych sferach, o jakich mówimy.


Religijność ludzka to temat w wielu kulturach, także naszej, tabu. Temat, za podjęcie którego grożą najsurowsze sankcje, jakie wypracowało społeczeństwo jako “młot na niepokornych”. Pokorę rozumiem jako mechanizm ujarzmiania społecznego libido, które w sytuacji braku ram instytucjonalnych wybuchnęłoby w niekontrolowany sposób i którego ekspresja zagroziłaby status quo wszystkich tych, którym zależy, aby nic się w religijności polskiej nie zmieniło i żeby “było jak dawniej.”

Jestem przekonany, że nie ma powrotu do żadnej przeszłości. Rozpaczliwe próby restytuowania na przykład “trydenckiej mszy”, to inicjatywy skazane na dalekosiężne niepowodzenie. W XXIII wieku nie będzie śladu po religiach, bo one żerują na kryzysach ekonomicznych, a te ludzkość pokona tak, jak już pokonała niejeden. Kiedy nadchodzi jakikolwiek społeczny kryzys, szczególnie gospodarczy, tak jak to było w wiekach średnich, religie rosną w siłę. W średniowieczu w ogólnym zastoju ekonomicznym to religia katolicka nadawała ton. Jednak, gdy na skutek odkryć geograficznych, wynalazku druku i działalności reformatorów kryzys gospodarczy znikł, katolicyzm sam wszedł w fazę kryzysową. Stracił monopol na budowanie kulturowej fasady. Okazało się, że Kościół chciał nadal podtrzymywać stare, feudalne i średniowieczne struktury, ale było to już niemożliwe. Protestantyzm jak szeroka, długo tłumiona fala, rozlał się po zachodniej Europie i dotarł do Polski, czego dowodem polscy pierwsi pisarze i poeci, jak Mikołaj Rej czy Jan Kochanowski.

Kościół musiał zewrzeć szeregi i zwołał szybko sobór. Wtedy odległość stu lat to było bardzo szybko, bo struktury grawitowały coraz bardziej ku ziemi i nie dawało się już dłużej udawać, że nic się nie dzieje. Sobór przeciw reformacji, czyli trydencki, nadał na kilkaset lat charakter Kościołowi. Ponownie sformułowano Credo, usankcjonowano przekłady Biblii na języki narodowe, choć nadal panował zakaz ich prywatnej lektury. Ponownie ustalono prawdy wiary, powstawać zaczęły szybko drukowane i rozpowszechniane katechizmy, śpiewniki i podręczniki teologii. Ponownie zbudowano schemat Mszy świętej, wtedy bardzo nowoczesnej, dziś — anachronicznej, co przyznawali nawet niektórzy papieże. Łacina brzmi dostojnie, ale w zestawieniu z greką, hebrajskim czy aramejskim jest to język ludowy, przeznaczony do użytku codziennego, a nie czynności liturgicznych. Nastrój kościołów potrydenckich, bujnie rozwijająca się sztuka kościelna, malarstwo, które robi wrażenie nawet dziś czy muzyka organowa — wszystko to miało trafiać przez oczy do duszy. Kościół postanowił zaatakować zmysły ludzkie, skoro nie mógł trafić przez subtelne, wielkie traktaty teologiczne, których nikt poza samymi autorami nie rozumiał, podobnie jak komentarzy do komentarzy, pisanych wtedy na potęgę.


Podobnie, kiedy setki lat wcześniej zaczął działać Jezus z Nazaretu, kryzys dotykał całego basenu Morza Śródziemnego i trawił wewnętrznie judaizm, który skostniał i wymagał solidnej odnowy. Tak rozumiał swoją rolę prorok z Nazaretu — tchnąć nowego, że tak powiem, ducha w stare bukłaki. Nie mogło się to udać bez schizmy — i tak powstało chrześcijaństwo jako niewielka początkowo sekta w łonie tradycyjnego judaizmu. Kryzys ekonomiczny, jaki trawił ówczesne społeczeństwo był niejako paliwem, a problemy religijne — tematem zastępczym. I ten schemat powstawania nowych ruchów religijnych zaczął się powtarzać.

W początkach XVI stulecia oderwało się zachodnie chrześcijaństwo, które poszło drogą odnowy — przynajmniej w założeniu — religijnej, ale przede wszystkim duchowej. Kryzys, jaki trwał wtedy w Kościele, niejako sam wymusił wystąpienie reformatorów. Gdyby tego nie zrobił Luter, zrobiłby ktoś inny. Prorok z Wittembergi wiedział jedno — że Kościół jest tak przeżarty, że nie ma mowy o żadnych kompromisach. I poszedł swoją drogą, odważnie, a za nim poszły miliony. I kiedy katolicy w histerycznych wypowiedzich rzekomych demonów w czasie odprawianych egzorcyzmów twierdzą, że Luter i pozostali reformatorzy palą się w ogniu piekielnym, wyrażają bardziej swój własny stan psychiczny niż obiektywny stan rzeczy. Pomijając fakt, że obrzęd egzorcyzmów wywodzi się z czarnej magii i rytów satanistycznych, trzeba jasno rzec — w Ewangelii tylko Jezus ma moc wypędzania zła z człowieka. “Wiedział bowiem, co jest w człowieku”. Ale wróćmy do historii Kościoła.

Kiedy papież Pius IX formułował przysięgę antymodernistyczną, obowiązkową wtedy dla każdego katolika, nie przypuszczał, że za kilkadziesiąt lat zwołany zostanie Sobór, który dokona pozornego przynajmniej “aggiornamento” i pójdzie drogą otwarcia się na świat współczesny. Oczywiście, Sobór zrozumiało zaledwie kilku, ale ważnych teologów, potem zakrzyczanych i skazanych na niebyt kościelny. Jak zwykle grawitacja i inercja struktur kościelnych okazała się większa niż siły postępu. Ale nie na długo wystarczy paliwa inercji. Oto Kościół trawi kryzys, który może oznaczać jego koniec. Po tylu przypadkach pedofilii, ukrywanych przez dekady i ujawnianych ostatnio, także dzięki nowym multimediom, Kościół stracił moralne prawo do reprezentowania na Ziemi jednego z największych ludzi, jacy w ogóle istnieli w historii ludzkości.

Postać Jezusa z Nazaretu, tak perfidnie wykorzystywana przez Kościół katolicki i inne nawiedzone wyznania chrześcijańskie, z mormonami włącznie, jest tak idealna, tak krystalicznie czysta, że pomysł, aby to właśnie religia katolicka była “jedynie słuszna” i “prawdziwa”, wydaje się niedorzeczny. Jezus nie ma nic wspólnego z Kościołem. Pobożne gadanie o sakramentach, o spowiedzi i komunii, częstej lekturze Pisma świętego, medytacji chrześcijańskiej czy regularnej modltwie — nie mają mocy, nie działają.

Okazuje się, że na fali ogólnego kryzysu światowego, który działa globalnie w globalnej wiosce, Kościół znowu zbija profity. Kto się przyłączy, będzie zbawiony. Kto się odłączy i pójdzie własną drogą, ten będzie potępiony. Ja się odłączam i ruszam dziś własną drogą, wiedząc, że mogę — według Kościoła — skończyć w piekle. Wolę jednak pokazać, że jestem wolną osobą. Nie interesuje mnie chodzenie z tłumem, tam, gdzie akurat nowe objawienie na szybie, na drzewie, na kominie — na czym się tylko da. Jeszcze nie było objawienia na Górze Tabor, i w ogóle jakoś dziwnie objawienia katolickie omijają Jerozolimę i całą ziemię świętą. Idę własną drogą. Nie chcę już chodzić do żadnej comiesięcznej, ani cotygodniowej spowiedzi, nie muszę przyjmować komunii świętej ani regularnie, czyli codziennie się modlić na różańcu, co najwyżej może prowadzić do nerwicy natręctw i nasilonych obsesji religijnych niż do wiecznego szczęścia.

Podczas, gdy inne kraje mają to już za sobą, my tkwimy mentalnie w średniowieczu. Gdy inne kraje szykują się do stworzenia sztucznej inteligencji, my gadamy do świętych obrazów, a one raczej nam nie pomogą. Podczas gdy inne, bogatsze kraje dawno porzuciły urojenia zbiorowej religijności, my tkwimy po uszy w tym sosie, którym się nas karmi od dziecka po późną starość. Musimy powiedzieć Kościołowi “non possumus”, jak on mówił światu wiele razy. Reakcja taka jest czymś naturalnym.

Po wiekach omamiania ludzi wizjami nie z tej ziemi, wpajaniem bredni o pochodzeniu ludzi i fałszowania historii Kościoła, nadchodzi czas uwolnienia ze “słodkiego jarzma i lekkiego brzemienia”, które jako żywo takimi wcale nie są. Obserowałem religijność wielu znajomych oraz członków rodziny i żaden nie został uszczęśliwiony, co nie znaczy, że przestali praktykować. Przeciwnie — im bardziej wierzą, że “nareszcie” nadejdzie pomoc z nieba, tym więcej praktykują i ciągle się łudzą, że stanie się “coś”, najlepiej magicznego, żeby ich problemy nagle znikły w niebycie.


Choć biorę na warsztat tylko religię katolicką, można wnioski i proponowane terapie odnieść zasadniczo do każdej religii światowej, nie tylko chrześcijańskiej. Tak się składa, że religia towarzyszyła mi co najmniej od liceum jako nadzieja, przekleństwo, zabobon, przesąd i niewola duchowa. Przedstawiała się jako rzecznika mojego życia wiecznego, zbawienia duszy, a nawet — szczęścia tu i tam.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 34.07