E-book
55.13
drukowana A5
67.53
To wszystko przez szkołę!

Bezpłatny fragment - To wszystko przez szkołę!

Prawdziwa historia rodziny, która przypadkowo trafiła na edukację domową.

Objętość:
255 str.
ISBN:
978-83-8440-192-7
E-book
za 55.13
drukowana A5
za 67.53

Wstęp: Dlaczego o tym piszę?

Nie, to nie jest poradnik. Nie znajdziesz tu listy rzeczy do zrobienia, gotowego harmonogramu dnia ani magicznej recepty na to, jak być perfekcyjnym rodzicem w edukacji domowej.

To jest nasza historia. Pełna wzlotów, upadków, momentów olśnienia i chwil totalnego zwątpienia. To opowieść o tym, jak zostaliśmy rodziną w edukacji domowej… zupełnie przez przypadek.

Bo, szczerze mówiąc, nie mieliśmy takich planów.

Nasze dzieci kochały swoją szkołę. Wcale nie chciały jej zmieniać, a już na pewno nie chciały rezygnować ze szkolnego życia. Problem w tym, że nasza sytuacja prywatna nie pozwoliła nam na dalszą edukację w tamtej alternatywnej placówce. Jednocześnie wizja powrotu do szkoły systemowej przyprawiała mnie o dreszcze — już kiedyś w panice uciekaliśmy z tego świata, machając białą flagą i ciesząc się, że udało nam się stamtąd wyrwać.

A więc edukacja domowa.

Tyle że ja, jeszcze kilka lat temu, byłam przekonana, że ED to nie dla mnie. Mówiłam to z pełnym przekonaniem, rozsiadając się wygodnie w swoim post-pandemicznym „nigdy więcej” i myśląc, że absolutnie nie nadaję się do „siedzenia” z dziećmi w domu i uczenia ich czegokolwiek.

Tymczasem los najwyraźniej ma poczucie humoru.

Dzieci urosły. Ja się zmieniłam. I nagle to, co kiedyś wydawało mi się niewyobrażalne, stało się naszą codziennością. I, co najśmieszniejsze — zaczęłam to lubić.

Nie oznacza to, że wszystko jest idealne. Oj, zdecydowanie nie.

Bo edukacja domowa to nie tylko wolność, elastyczność i podążanie za pasjami dziecka. To także dni, w których masz ochotę oddać dzieci do szkoły NA JUŻ, TERAZ, NATYCHMIAST. To momenty, gdy jedno dziecko ma egzystencjalny kryzys nad ułamkami, drugie protestuje przeciwko pisaniu czegokolwiek, a trzecie chce tylko bawić się klockami — i nie da się go przekonać, że to też może być „edukacyjne”.

Więc dlaczego piszę tę książkę?

👉 Bo chcę pokazać, jak to naprawdę wygląda. Bez lukru i przesłodzonych historyjek o dzieciach, które codziennie błagalnie proszą o więcej matematyki.

👉 Bo jeśli myślisz o edukacji domowej — chcę dać ci realistyczny obraz. Nie idealistyczne wizje, nie czarne scenariusze. Po prostu prawdę — i to w całkiem zabawnej wersji.

👉 Bo jeśli w ogóle nie planujesz edukacji domowej, ale jesteś ciekawa, jak to wygląda u innych — zapraszam. Może znajdziesz tu coś, co cię zaskoczy, może pośmiejesz się razem ze mną, a może pomyślisz: „Dobrze, że jednak moje dzieci chodzą do szkoły!”.

👉 Bo mam wrażenie, że nikt nie mówi o tym wszystkim głośno. O frustracjach, kryzysach, poczuciu winy, o tym, że nie zawsze się chce, że czasem masz ochotę wystrzelić dzieci w kosmos, ale mimo to nie zamieniłabyś tej decyzji na żadną inną.

Będzie tu dużo konserwatywnych treści, ale też kontrowersyjnych tematów, z którymi możesz się nie zgadzać. Będzie też mnóstwo życiowych tipów, które mogą przydać się każdemu — niezależnie od tego, czy edukujesz dzieci w domu, czy po prostu chcesz spojrzeć na naukę i wychowanie z innej perspektywy.

Więc jeśli masz ochotę wejść w ten świat razem ze mną — zaparz herbatę, usiądź wygodnie i zaczynamy.

A jeśli po pierwszym rozdziale poczujesz, że to totalnie nie twoja bajka — to przynajmniej możesz pomyśleć: „No dobra, ale przynajmniej było zabawnie.” 😁

Jak zbudowana jest ta książka?

Nie lubię chaosu. Okej, to żart — jeśli widziałabyś mój salon po dniu edukacji domowej, wiedziałabyś, że żyję w nieustannym organizacyjnym kryzysie. Ale przynajmniej tę książkę postanowiłam ułożyć w logiczną całość, żebyś wiedziała, czego się spodziewać.

Podzieliłam ją na trzy części:


Część 1: Pamiętnik z pierwszego roku ED — czyli jak wyglądała nasza (r)ewolucja

Niektóre książki o edukacji domowej dają ci teorię. To nie jest książka o tym, jak uczyć dzieci w ED, każdy musi wypracować swoje metody. Jasne, że na insta jest cała masa wspaniałych dziewczyn, które się tym zajmują i sama z nich czerpię, ale to nie ja. Pomyślałam, że lepiej pokażę ci to na żywym organizmie — czyli na nas.

Więc jeśli chcesz zobaczyć, jak wyglądał nasz pierwszy rok edukacji domowej — od totalnego chaosu po pierwsze sukcesy — to zapraszam do drugiej części książki.

To tam znajdziesz:


📌 Moje pierwsze dni w roli edukatora — i szok, że dzieci nie zaczęły nagle uczyć się z własnej woli.

📌 Pierwsze kryzysy, w których chciałam wysłać ich z powrotem do szkoły (i na księżyc, jeśli to byłoby możliwe).

📌 Moment, w którym przestałam się spinać i odkryłam, że ED nie musi wyglądać „szkolnie”, żeby działało.

📌 Ewolucję naszego podejścia — od podręcznikowego rygoru do luzu i edukacji przez życie.

To surowy zapis rzeczywistości. Bez filtrów, bez retuszu, bez udawania, że wszystko szło gładko.

Jeśli masz ochotę zobaczyć, jak edukacja domowa zmienia się w czasie i jak wygląda „przejście” od myślenia systemowego do edukacji na własnych zasadach — ta część jest dla ciebie.


Część 2: Odpowiedzi na pytania, które i tak ktoś ci zada

Jeśli jesteś na początku drogi, dopiero rozważasz edukację domową, albo po prostu jesteś ciekawa, jak to wygląda od kuchni, to ta część jest dla ciebie.

To tu znajdziesz odpowiedzi na pytania, które rodzice dzieci w ED słyszą na okrągło — i to od wszystkich:


👉 „A co z socjalizacją?”

👉 „Jak oni potem zdadzą maturę?”

👉 „Czy ty naprawdę sama ich uczysz?”

👉 „I co, nie mają żadnych egzaminów?!”

👉 „Nie boisz się, że nie będą mieli przyjaciół?”

Serio, można by zrobić BINGO z tych tekstów i za każdym razem mieć komplet.

W tej części znajdziesz też konkrety o realiach edukacji domowej: jak wygląda dzień, jakie są pułapki, co działa, a co jest absolutną klapą. Wszystko bez lukru, bez idealizowania, z dużą dawką humoru i autentyczności.

Bo prawda jest taka, że edukacja domowa to ani sielanka, ani dramat. To po prostu inny styl życia, który dla jednych jest zbawieniem, a dla innych drogą do szybkiego wypalenia. I warto wiedzieć, w co się pakujesz.


Część 3: Lista miejsc inspiracji i pomysłów, które warto znać — czyli gdzie się uczyć poza domem.

Edukacja domowa to nie tylko siedzenie w domu (chociaż są dni, kiedy bardzo chcemy nigdzie nie wychodzić). To także podróże, muzea, eksperymenty w terenie, wycieczki i odkrywanie świata na własnych zasadach.

W ostatniej części znajdziesz listę miejsc, które warto odwiedzić z dziećmi — nie tylko tych oczywistych, ale i tych mniej znanych. Bo nauka może być wszędzie, ale czasem trzeba wiedzieć, GDZIE TEŻ JEST CIEKAWE.

Będą tu:


📌 Miejsca edukacyjne — nie tylko muzea, ale i nietypowe wystawy, interaktywne centra nauki i zakamarki, które zaskoczyły nawet mnie.

📌 Ciekawe wycieczki, które można zrobić na własną rękę.

📌 Nieoczywiste sposoby na naukę w terenie.

📌grupy wsparcia

📌inne pomysły

Bo prawda jest taka, że edukacja domowa dzieje się wszędzie — wystarczy trochę kreatywności i gotowości do odkrywania świata.

I co dalej?

Jeśli już teraz wiesz, że ta książka cię wciągnie — super, idź w końcu po tę herbatę i zaczynamy!

A jeśli masz wątpliwości, czy to dla ciebie, czytać dalej, czy może jednak wrócić do swojego dotychczasowego życia…

To powiem ci jedno: ja też miałam wątpliwości.

Ale edukacja domowa nauczyła mnie, że najlepsze rzeczy w życiu zaczynają się tam, gdzie kończą się nasze pewne i wygodne schematy.

Więc… zobaczmy, co dalej. 😊

Część 1

1.10 — Dzień niby pierwszy, ale tak naprawdę środek całego zamieszania

Muszę Ci się przyznać, że 1 października to w mojej głowie data magiczna. Właśnie tego dnia padł pomysł, żeby nasze rodzinne przygody upamiętniać w formie zapisków (a potem — może nawet książki!). Ale tak szczerze? To wszystko zaczęło się już w maju poprzedniego roku szkolnego. Wtedy to wraz z moją drugą połówką podpisaliśmy tzw. „cyrograf rodzinny” — w wolnym tłumaczeniu: „Radzimy sobie sami z edukacją dzieci, nikt nam nie będzie w tym przeszkadzał, ale też na nikogo nie liczymy.” Pełen hardcore, ale kto nam zabroni?

Dziś rano obudziłam się wyjątkowo wyspana (nie pytaj, bo zwykle jest odwrotnie). Za oknem pizga gorzej niż w zamrażarce, ale kot paraduje po płocie, jakby był gwiazdą wybiegów mody. Jedno z dzieci już wyszło na spotkanie z przyjaciółmi, więc mam luksusową chwilę ciszy. Zaparzam herbatę z imbirem, miodem i cytryną, włączam jazz, zapalam świeczkę i udaję, że jestem w spa, a nie w domu z małymi (i nieco większymi) bombami energii. Za kwadrans drugie dziecko skończy lekcję online, więc szykuję się na misję „angielski w trybie ekspresowym”. Bo wiesz, mamy ambitny plan oblecieć cały materiał szybciej niż przewiduje ustawa, tylko że wiadomo, co innego wkuć, a co innego naprawdę gadać w tym języku. Dlatego stwierdziłam, że przez cały rok będzie jeszcze kontakt z nativem. Może się nauczy więcej niż „Hello, my name is…”.

W tym samym czasie kolejne dziecko produkuje prezentację z informatyki, jedną z pięciu prac na ten tydzień. Każde z nich ma inny styl pracy, co w sumie bywa nawet zabawne: jedno potrzebuje mojej obecności co pięć minut (bo bez tego zacznie się gapić na sufit albo szukać ciekawostek w internetach), kolejne działa tak sumiennie, że chyba klony superodpowiedzialnych ludzi je stworzyły, a jeszcze inne robi rzeczy po swojemu i nagle wyskakuje z „Mamo, już skończyłam!” w momencie, kiedy się tego najmniej spodziewam.

Plan dla „starszaków” na ogół wygląda tak: koło 10:00 startujemy z aplikacjami do nauki języków (bez wymówek, choćby się waliło i paliło, 20 minut musi być). O 11:00 lekcja online z „Nieszkołą” — to taka nasza alternatywna szkoła, w której omawiają podstawę programową. Potem między 12:00 a 14:00 mamy tzw. czas wolności twórczej: czytanie, karty pracy, projekty, a nawet naukowe eksperymenty. O 14:00 kolejne spotkanie, tym razem w klimacie psychologiczno–mastermaindowym (serio, tak to nazywają). Później obiad, krótki odpoczynek i popołudniowe zajęcia ruchowe. My mamy dwa razy w tygodniu sztuki walki i dwa razy futbol amerykański, akrobatykę i balet codziennie więc ekipa jest porządnie zmęczona, a ja mam nadzieję, że dzięki temu szybciej zasną wieczorem (haha, marzenie ściętej głowy). Na koniec dnia często siadamy razem do filmu, dokumentu, gry planszowej albo każdy czyta własną książkę na jednej kanapie. Taki nasz sposób na bycie razem, a trochę osobno.

Z kolei inne dziecko — bo w naszym domu każdy ma własną ścieżkę — chodzi dwa razy w tygodniu do miejsca, gdzie spotykają się inni uczniowie ED. Tam dostają pomoc w realizacji podstawy programowej, a w pozostałe dni pracuje w domu: karty pracy, czytanie, projekty. Do tego dorzuć 14 godzin baletu tygodniowo (tak, czternaście!), bo nasza rodzina najwyraźniej koniecznie potrzebuje primabaleriny. Jeśli mam być szczera, to tańczy tak, że sama czasem mam ochotę zrobić piruet, ale wtedy przypominam sobie, że moje zdolności kończą się na podskokach w rytmie pogo.

I tak sobie tu żyjemy — każdy robi co innego, a jednak jakoś się to wszystko kręci. Czasem mam wrażenie, że mogłabym zostać dyrektorem operacyjnym małego kombajnu edukacyjnego, ale w sumie przydaje się też dystans i humor. W końcu gdy dzieciaki pytają „Mamo, a co teraz?”, można odpowiedzieć: „Teraz to zabierzcie psa na spacer, bo sama na pewno nie dam rady obsłużyć was wszystkich!” Dobra, kończę, bo właśnie ktoś woła mnie w sprawie jakiegoś projektu. Powodzenia mi życz, bo w życiu bym się nie spodziewała, że tak się wkręcę w tę naszą domową przygodę edukacyjną. Ale wiesz co? Warto! Zapytaj mnie za rok czy nadal będę tak uważała 🙂

7.10 — Dylemat z matematyką, brak snu i… cała reszta

Słuchaj, dzisiaj rano, kiedy usiadłam z jednym z moich dzieci do matmy, okazało się, że liczy pewne rzeczy zupełnie inaczej niż ja i niż to, co znamy z tradycyjnej szkoły. A co najlepsze — wynik i tak wychodzi poprawny! Więc pytanie brzmi: czy mam wpychać go w szkolny schemat, czy pozwolić, by szedł swoją drogą? Przecież nie po to odsunęliśmy się od klasycznego systemu, żeby w domu z uporem maniaka robić to samo. Może egzamin wypadnie gorzej, bo nie wstrzeli się w ten nieszczęsny klucz, ale czy to naprawdę znaczy, że nie umie? Według mnie jedynie to, że nie wpasował się w ogólnie przyjętą „przeciętność” — a ja wcale nie chcę, żeby był przeciętny.

A teraz porozmawiajmy o seksie… bo tak się składa, że wraz ze wzrostem wieku domowników, maleją mi szanse na prywatność. Wiesz, młodsze dzieci zasypiają wcześniej, ale starsze są niczym sowy: siedzą do późna, bo rano i tak nie muszą wcześnie wstawać. I jeszcze mają tę fantastyczną nową pasję — czytanie nocą. I jak tu im kazać iść spać, skoro cieszą się książką? Zwłaszcza w świecie, gdzie skupienie to towar deficytowy? Nie mam serca tego przerywać, bo wiem, że jak zacznę ich zmuszać do czytania np. lektur, to zaraz pojawi się bariera: „O nie, czytanie jest złem!” Więc pozwalam na to nocne czytanie, a oni lektury szkolne… no cóż, przerabiają głównie przez streszczenia i opracowania. Mam z tym luz. Ważne, że czytają i to duźo. A patriotyzmu zamiast przez lektury wolę uczyć przez wycieczki na Powązki, zwiedzanie muzeów, opowiadanie historii czy nawet przez wyjście na mecz reprezentacji. Coś takiego mam w głowie, odkąd sama pisałam kiedyś w szkole wypracowanie o patriotyzmie i stwierdziłam, że chodzenie na mecze to też oznaka przywiązania do kraju. Ot, taki miks edukacyjny.

Uwielbiam mieszkać pod Warszawą. Serio, tyle tu możliwości, że czasem nie wiem, gdzie najpierw jechać. Możemy wyskoczyć do teatru, na warsztaty, do muzeum, na koncert, do lasu, nad rzekę… i to wszystko w zasięgu niecałej godziny.

Jak to dalej wygląda u nas z nauką?

— Po każdej wycieczce włączamy tryb „podsumowania” i pytam: „Co zapamiętaliście? Co było najfajniejsze? Czego nowego się dowiedzieliście?”

— Z angielskim idziemy podobnym tropem: słuchamy piosenek, oglądamy filmy z napisami, do tego aplikacje i spotkania z nativem. Codziennie coś, byle zachować rytułał i konsekwencję w działaniu

— Wybór szkoły (czy raczej „nie-szkoły”) był spory, bo dziś mamy na szczęście rozmaite placówki wspierające edukację domową, spotkania częściej albo rzadziej, a nawet czysto online. Każda ma swój program, swoją kadrę i podejście — można wybrzydzać jak w bufecie. Nam się spodobała idea większej swobody, spotkań w mniejszych grupach i tego, że dzieci robią rzeczy w swoim tempie.

I tak oto wygląda nasz 7.10. Dzień z pogranicza matematycznych rewolucji, dylematów łóżkowych i dumy z czytania wieczorami. Kto by pomyślał, że tyle się wydarzy w jednym, niby zwykłym, dniu? Ale wiesz co? Ja to uwielbiam — przynajmniej mam pewność, że nigdy nie będzie nudno.

8.10 — Tabliczka mnożenia, Titanic i… rodzicielska kreatywność na najwyższych obrotach

Dobra, przyznaję się bez bicia: tabliczka mnożenia to był mój koszmar. Do dziś na widok działania przez 8 i 9 mam delikatne drżenie powieki. Pamiętam, jak siedziałam w dzieciństwie w swoim pokoju i płakałam, bo rodzice ciągle mnie przepytywali — a jak się zacięłam, to słyszałam: „Jeszcze raz!” No i dziś spotkała mnie słodka karma: jedno z moich dzieci wylądowało w czwartej klasie i wychodzi na to, że tabliczka mnożenia kuleje. Bez niej kolejne tematy są jak wspinaczka bez liny — niby da się, ale stopy ześlizgują się co chwila.

Zastanawiałam się, co teraz zrobić, bo nerwowe powtarzanie „ile to jest 7 razy 8?!” nie przyniesie nic poza frustracją. Postanowiłam więc pójść w jego zainteresowania. A że w tym przypadku króluje komputer — zaczęłam kombinować z różnymi stronkami edukacyjnymi. Trafiłam na stronę “Matzoo” i najpierw usłyszałam: „Eee, nie chcę tego robić, bo nie ma licznika czasu!” A mój przebiegły umysł od razu zaczął szukać wersji z zegarem. Znalazłam coś, gdzie zadania rozwiązuje się na czas, a system wypluwa rankingi z najlepszymi wynikami dnia, tygodnia, miesiąca. No i się zaczęło! Rywalizacja na pełnej petardzie. Najpierw wpadł tekst: „Zrobię to tylko raz!”, ale jak się nie zapisał w tabeli, to już ambicja wciągnęła. Potem była druga, trzecia, czwarta próba, aż wreszcie nazwisko (a raczej ksywka) zamajaczyła na szarym końcu rankingu. Ale to wystarczyło, żeby zrozumiał, że jest postęp! I co najlepsze — nie było tu żadnej gadki o „nauce”. Dla niego to był wyścig.

W takich momentach zastanawiam się, czy wszyscy rodzice w edukacji domowej tak się nagimnastykują, żeby wymyślać te wszystkie triki. Ja codziennie staję na rzęsach, żeby połączyć zainteresowania dzieci z tym, co niby „muszą” ogarnąć. Najlepszy przykład? Wczoraj wypad na wystawę o Titanicu. Końcówka wystawy to wielka tablica z listą pasażerów: kto przeżył, kto niestety nie, a wszystko podzielone według klas. Patrzę, a moje dzieci już debatują, kogo było więcej, a kogo mniej, kto miał największe szanse… Nie musiałam nawet wchodzić z butami — same zaczęły liczyć, wyciągać wnioski. A kiedy zobaczyłam ten błysk w oku (wiecie, taki w stylu „Ooo, to jest ciekawe!”), podkręciłam temat, zadając dodatkowe pytania. Nawet się nie zorientowały, że robią coś w rodzaju zadań z matematyki. Sprytne? Sprytne!

I tak sobie myślę, że to właśnie sedno edukacji domowej: chwytanie momentów i przekształcanie ich w coś, co łączy naukę z zabawą. Jasne, czasem mam wrażenie, że mózg mi się przegrzewa od tych wszystkich pomysłów, ale kiedy widzę efekty, to aż mi się buzia cieszy. No i przy okazji te stresy z tabliczki mnożenia stają się jakoś mniej traumatyczne. Kto by pomyślał, że wystarczy komputerowa rywalizacja i nutka historycznej tragedii (Titanic!) żeby matematykę przekuć w coś ciekawego?

Ale cii… nie mówcie o tym moim dzieciom, bo jeszcze się zorientują, że tak naprawdę uczymy się każdego dnia, na każdym kroku. Niech dalej myślą, że to wszystko tylko zabawa. Ja tam nie mam nic przeciwko!

13.10 — Gdy wątpliwości przypuszczają atak (czyli normalka w edukacji domowej)

No więc tak: dzisiaj siedzę z nosem w książce i trochę kontempluję tę naszą rodzinną „nieszkołę”. Najmłodsze w swoim pokoju tworzy arcydzieła z klocków, starsze z koleżanką planują escape room na urodziny trzeciej (albo czwartej, już tracę rachubę), a mąż z synem szaleją na treningu. Serio, brzmi cudnie, co nie? Szkoda tylko, że wcześniej dzieciaki zaliczyły dwa długie seanse bajek i w tym momencie mam jedynie chwilę spokoju. I nagle — pyk! — z tej ciszy wyłaniają się… czarne myśli.

Znasz to uczucie? Poczucie winy, wyrzuty sumienia, ciągle niewystarczająca ja- mama. „A co, jeśli oni jednak czegoś nie ogarną? A co, jeśli wrócą do szkoły i się okaże, że są w plecy o całą wiedzę wszechświata? Co ja wtedy zrobię, ja antysystemowczyni?”

Bo wiesz, niby mamy dużo tych naszych aktywności: zwiedzamy Polskę (i czasem świat), dotykamy historii (dosłownie i w przenośni), bierzemy udział w eksperymentach z fizyki, dbamy też o języki obce, chodzimy na wystawy i do teatru, dyskutujemy o wszystkim, co się da. Ale… czy to nie jest za mało? Czy w tym wszystkim na pewno jest zawarta cała podstawa programowa? Raz mam przekonanie, że uczymy się więcej niż w niejednej szkole, a innym razem wydaje mi się, że człapiemy się bez ładu i składu.

Spytasz pewnie: „No dobra, to jak to jest naprawdę?” A ja odpowiadam: „Zapytaj mnie po pierwszych egzaminach.” Serio. Bo wtedy przekonam się, czy nasza droga ma sens, czy w ogóle dalej chcemy to ciągnąć, czy dzieciaki dalej chcą to ciągnąć i czy system nas w ogóle zaakceptuje w tej wersji odjechanego, wolnego podejścia.

Teoretycznie mój syn już „omawia” cztery z sześciu przedmiotów. Brzmi szałowo, prawda? Tylko że włącza mi się lampka: „Hello, czy my czegoś nie pomijamy?” Albo wręcz przeciwnie — może właśnie tak ma to wyglądać w edukacji domowej, że w końcu jest czas na pasje i nikt nie ciśnie, żeby gnać temat za tematem?

No i te egzaminy… Do tej pory słyszałam od innych ludzi, że są mega trudne, że trzeba być superprzygotowanym, że stres po sufit i w ogóle. A potem z drugiej strony spotykam się z opinią, że „dobra, spokojnie, na czwórkę wystarczy połowa materiału, bo tak u nas w szkole ustalili”. I teraz weź tu bądź mądry! Wychodzi na to, że jak zwykle wszystko zależy od szkoły, nauczyciela, a czasem nawet od humoru komisji egzaminacyjnej.

Tak czy siak, zamierzam dalej robić swoje. Jeśli jednego dnia moje dzieci kręcą się bez celu jak bączki, to może następnego zaskoczą mnie niezwykłą dociekliwością. A póki co — odganiam czarne myśli, zamykam książkę i idę sprawdzić, jak się ma budowa escape roomu. Bo jestem prawie pewna, że tam też da się upchnąć kawałek matematyki i logiki — o podstawie programowej nie wspominając. Taki jest właśnie mój plan: robić swoje, choćby i w nietypowy sposób, i zaufać, że finalnie, podczas egzaminów, nasze starania okażą się warte całego tego zachodu.

A jak nie? Cóż, to się wtedy będę martwić… Może założę własną szkołę marzeń, kto wie! (Okej, żartuję, bo chyba bym padła z wyczerpania). Na razie jednak wystarczy mi bycie „nieszkolną” mamą z momentami totalnej pewności i chwilami zwątpienia. Takie to moje codzienne rollercoasterowe życie.

15.10 — Gdy dziecko woła „Nic mi się nie chce!”, a ja mam plan…

No dobra, zaczynam tak: najstarsza codziennie podsyła mi na Insta linki do nowych miejscówek — escape roomy, muzea, wystawy, przedstawienia, no cuda na kiju, a ja tylko zapisuję te propozycje i zastanawiam się, kiedy znaleźć na to wszystko czas. Z jednej strony to ekstra, że sama szuka i planuje, z drugiej zastanawiam się, czy za chwilę nie zamienimy się w jakichś Edu-Podróżników z plecakami gotowymi 24/7.

I wtedy przychodzi dzień jak dziś: „Mamo, nic mi się nie chce, możemy zrobić coś innego zamiast normalnej pracy?” I wiesz co? Odpowiadam: „Jasne, możemy!”. A potem wkracza proza życia i mój plan na wieczorne ogarnięcie pracy. Bo wczoraj zaplanowałam, że jutro (tak, wiem, brzmi skomplikowanie) będzie wycieczka. No i jak teraz wyskoczę z tą wyprawą dzisiaj, to cały misterny harmonogram weźmie w łeb.

Więc poszłam na kompromis: „Może jakiś film… hmm… edukacyjny?” Oczywiście słowo „edukacyjny” to jest takie hasło wywoławcze, które w ich głowach równa się: NUDA! Dlatego staram się unikać tego terminu jak ognia. Wolę raczej: „film przygodowy z wątkami historycznymi” albo „dokumentalny z genialnymi zdjęciami natury”. Od razu inna reakcja, bo nikt nie czuje, że właśnie zaciągnęłam go do wirtualnej szkoły.

Skoro już jesteśmy przy planowaniu — muszę przyznać, że to nasz fundament. Bez planu to ja bym się chyba zajechała. Co prawda kocham spontaniczność i wierzę w wolność edukacyjną, ale prawda jest taka, że w moim domu bez rozpiski byłoby: „Kto, co, gdzie, dlaczego i o której?” non stop. A jednak, żeby iść do przodu, trzeba jakoś to wszystko zsynchronizować.

A co z pracą zawodową? No właśnie, to pytanie słyszę chyba najczęściej: „Ej, a da się w edukacji domowej jeszcze normalnie pracować?” Odpowiedź brzmi: „To zależy!” — wiem, wiem, najgorzej… Ale serio, to kwestia tylu czynników: wieku dzieci, liczby dzieci, rodzaju pracy i tak dalej. Większość rodziców z ED, jakich znam, pracuje, ale niekoniecznie na pełen etat w wymiarze „8–16”. Ja we wrześniu myślałam, że stracę rozum, bo nie byłam w stanie ogarnąć nic poza gotowaniem i sprzątaniem, a co dopiero nauką dzieci. A potem minął wrzesień, przyszła rutyna i pyk — nagle mam 2—3 godziny dziennie na moją pracę i w zupełności mi to wystarcza. Resztę załatwiam w weekendy, albo łapię momenty, gdy siedzę w szatni czekając na koniec akrobatyki czy innego treningu.

No i moje ADHD… To temat rzeka, ale napiszę tylko tyle, że tak, to bywa trudne, bo czasem moja głowa buzuje od nadmiaru bodźców. Ale jednocześnie daje mi też kopa do działania, bo jak się na czymś skupię, to idę jak taran. Wkurza mnie tylko, że wszyscy wokół wolą „naprawiać” braki, zamiast rozwijać to, co dobre. A przecież słonia nie będziesz uczyć wspinania się na drzewo, prawda? Podobno Michael Phelps został mistrzem pływania między innymi dlatego, że przy jego ADHD woda i trening okazały się idealnym ujściem energii. Czyli co? Można? Można! Wiadomo, że są trudności, ale można je obrócić w atut, jak się podejdzie z głową.

W każdym razie u nas, w tej nieszablonowej edukacji, staram się patrzeć na mocne strony dzieciaków i pozwalać im je rozwijać. Nie jest to zawsze łatwe, bo system szkolny w głowie wciąż szepcze: „Ale co z zaległościami, co z podstawą programową?!” — no ale staram się ten głos uciszać. Czas pokaże, kto miał rację. Póki co, idę sprawdzić, jaki film „przygodowo-dokumentalny” będzie dziś grany, bo obiecałam trochę luźniejszy dzień bez tradycyjnego “musisz-tu-i-teraz”. A potem? Potem pewnie pojadę na jakieś zajęcia i w szatni machnę kilkanaście maili. Ot, typowy dzień w ED!

22.10.2024 — Gdy jesień przychodzi z przytupem, a motywacja wsiąka w kanapę

Siedzę sobie pod kocem, kicham jak wariatka, głowa mi pęka, a dzieciaki mają humor taki sam jak pogoda: niby słońce świeci, ale człowiek się trzęsie z zimna i ledwo myśli. Chciałabym rzucić to wszystko i odpalić serię komedii familijnych, żeby do wieczora wylegiwać się z kubkiem gorącej herbaty i paczką chusteczek. Tyle, że w głowie dźwięczy mi alarm: „Pamiętaj, za miesiąc pierwsze egzaminy!” — i już mam wizję, jak spoglądam w oczy egzaminatorów, a oni: „To co właściwie Pani dziecko umie?”

Z reguły staram się podejść do wszystkiego na luzie, ale dzisiaj mam dzień, gdy nawet luźne podejście jest za ciężkie do uniesienia. Szczególnie, że informatyka, która miała zająć nam jeden dzień (no bo przecież niby wszyscy żyjemy w dobie komputerów, prawda?), rozciąga się jak przysłowiowa guma od majtek i nic nie chce się domknąć. Co chwilę coś nowego wychodzi, a to programowanie, a to arkusze kalkulacyjne, a to prezentacje multimedialne… Normalnie kamień u nogi.

Dzieciaki też w nastroju „meh”. Zaciągam je więc do minimalnej dawki wysiłku, a one patrzą na mnie jak na kosmitkę: „Mamo, przecież jesteś chora, Ty też powinnaś leżeć!” I myślę sobie: „Kurde, mają rację.” Ale z drugiej strony, w edukacji domowej, gdy wszyscy odpuścimy w jednym momencie, to już całkiem się rozszczelni ten nasz system.

Co zrobić? Wierzę (choć dziś z trudem), że to tylko słabszy dzień. Za tydzień może będziemy mieć przypływ energii i zrealizujemy wszystko z nawiązką, a teraz po prostu staramy się nie wypaść z toru. Trzeba odrobinę samodyscypliny, bo w przeciwnym razie rzeczywistość mnie przygniecie. Serio, bardziej niż ta zimna jesienna aura.

Patrzę za okno, słońce niby świeci, ale grzeje jakby zapomniało o swoich supermocach. Mówię więc do dzieci: „Słuchajcie, może chociaż spacer? Zanim wszyscy wybuchniemy w tych czterech ścianach.” Zobaczymy, czy się uda. A do informatyki… no cóż, wrócimy jutro. Albo pojutrze. Mamy jeszcze miesiąc do egzaminów, prawda? Niech się dzieje, co chce — oby tylko wszyscy zdrowi byli i jakoś to przetrwamy.

24.10.2024 — Gdy rodzeństwo zaskakuje, a chemia potrafi być prosta… naprawdę!

Kto by pomyślał, że edukacja domowa tak wpłynie na relacje między dziećmi? Kiedy chodziły do szkoły i każdej popołudniami ciągle gdzieś gnało — raz balet, raz piłka, raz lekcje, raz coś innego — niby się widziały, ale mam wrażenie, że wszystko działo się w biegu. Teraz, gdy mamy ED, zauważyłam, że dzieci mają po prostu… czas. Czas, żeby się razem ponudzić (co bywa cenne!), żeby wymyślać wspólne zabawy, a nawet pokłócić się o to, kto komu zabrał klocki LEGO, ale zaraz potem się przytulić. Śmiesznie to brzmi, ale serio — nawet kłótnie nabrały innego wymiaru, bo nie trzeba ich przerywać hasłem: „Dobra, koniec, wychodzimy, bo spóźnimy się na zajęcia!”

A jeśli chodzi o nas, rodziców, to nagle mamy więcej chwil, żeby przeżywać te zwykłe, codzienne momenty razem. Nie mówię, że teraz codziennie jest sielanka i że w kuchni zawsze pachnie ciastem (bo czasem nawet chleba zapominam kupić), ale wyluzowanie w grafiku zdecydowanie zrobiło swoje. Jedna wspólna kolacja, bez presji, że ktoś musi jeszcze odrabiać zadanie domowe z matematyki na rano, potrafi zdziałać cuda.

No i tak dochodzimy do egzaminów, bo już zapisałam starszaki na pierwszy w tym roku — 6 listopada, czyli tuż-tuż. Czy się boję? Jasne, że tak. Mam wrażenie, że to ja muszę wszystko ogarnąć, dopilnować, że to ode mnie zależy, czy oni wypadną dobrze. Wiem, że to jest właśnie ten moment, kiedy powinnam być totalnie „odszkolniona” i dać dzieciakom przestrzeń do własnej nauki, ale cóż… matka to matka, pewne rzeczy przychodzą z oporem. Już teraz widzę, że dużo czasu spędzamy na pokazywaniu im, jak w ogóle się uczyć i jak znajdować informacje. Bo co z tego, że wbiją do głowy parę dat czy wzorów, jeśli za chwilę o tym zapomną?

A propos wzorów i podręczników — mam wrażenie, że niektóre powinny być objęte ostrzeżeniem: „Czytasz na własną odpowiedzialność!” Serio, chemia w wydaniu szkolnym była dla mnie barierą nie do przejścia. Mąż niby ogarnia co i jak, ale też nie jest to jego pasja życia. Więc jak tu wytłumaczyć dziecku, co to są te molowe obliczenia, równania reakcji, kwasy i zasady? Zaczęłyśmy z córką od podręcznika, ale szybko spuchły nam mózgi — i wtedy wpadłam na pomysł, żeby poszukać czegoś na YouTubie. No i trafiłam na panią, która krok po kroku, w superprzystępny sposób tłumaczyła zagadnienia — niby bez fajerwerków wizualnych, a jednak wystarczająco ciekawie, żeby zapamiętać. Efekt? Po trzech dniach dziecko jest w jednej trzeciej materiału rocznego i faktycznie rozumie, co robi. Sukces totalny!

Z kolei historia — to dopiero temat rzeka. Kiedy mówię mojemu synowi: „Ej, obejrzyj jakiś film historyczny na YouTubie”, to on od razu: „Bleee, nuda!” Ale wystarczyło, że puściłam mu „Historię bez cenzury” z hasłem: „Uwaga, to może nie być odpowiednie dla dzieci” — i nagle bach, zaciekawienie w kosmos! Pierwszy odcinek obejrzał z przymusu, drugi… sam mnie prosił o pozwolenie, bo była już 22:00 i normalnie to byśmy szli spać. No ale jak tu odmawiać, kiedy dziecko błaga o kolejną dawkę wiedzy?

Tak to wygląda. Z jednej strony dzieci zbliżają się do siebie i cieszą się wolnością, z drugiej — intensywnie się uczą, choć często nie mają nawet świadomości, że to nauka. A ja siedzę cicho, radośnie obserwuję postępy i liczę, że 3 listopada na egzaminie nasza filozofia „pomyśl, poszukaj, zrozum” okaże się skuteczniejsza niż wkuwanie na pamięć. Trzymajcie kciuki, bo może to być naprawdę historyczny (nomen omen) dzień w naszej ED-przygodzie!

3.11.2024 — Uff, pierwszy egzamin za nami!

Czy tylko ja się tak stresowałam, jakby to ja sama miała go zdawać? Rano w moim brzuchu czułam wielki węzeł, a w głowie kołatała myśl: „A co, jeśli się nie uda?” Przecież egzamin to egzamin — można go poprawić, ale mimo wszystko serce waliło mi jak oszalałe. Starałam się oczywiście tego nie pokazywać dzieciom, żeby nie dokładać im stresu, a raczej nie pokazywać, że w ogóle powinny się tym stresować, bo same jakoś na to nie wpadły :) Na szczęście wszystko poszło gładko, bez wpadek, a moje wszystkie czarne scenariusze poszły do kosza. Także odetchnęłam z ulgą i pomyślałam: „No to jesteśmy już naprawdę w ED na serio!” Przez ostatnie miesiące przy każdym pytaniu o to, czy ta edukacja domowa się w ogóle sprawdza, odpowiadałam: „Poczekajmy do pierwszych egzaminów.” I proszę — właśnie mamy je za sobą!

Jestem niesamowicie dumna z dzieciaków, że dały radę, i z nas wszystkich: z męża, który zniósł te moje „eksperymenty”, a także z siebie samej — że nie zwariowałam w międzyczasie. Przez tyle czasu niemal dosłownie „kisiliśmy się” w swoim sosie, a jednak nikt nikogo nie zadusił (przynajmniej nie na śmierć!). Teraz mam ochotę na małe świętowanie. Myślę o tym, żeby gdzieś wyjechać, może nawet za granicę, albo zorganizować jakąś wymianę z inną rodziną. To oczywiście wymaga planu, logistyki i finansów, ale wierzę, że warto takie marzenia wprowadzać w życie.

Dzięki ED czuję się trochę znowu jak dziecko — w tym dobrym znaczeniu. Coraz częściej cieszą mnie drobiazgi, mam fun z codziennych zadań i projektów. I w końcu doceniam, że mogę to wszystko robić, bo to naprawdę jest wielki przywilej.

Na dodatek zauważyłam, że w tej naszej nowej rutynie mam czas, by zadbać o własne pasje, o swoje ciało (tak, abcdowanie o 5:30 rano jest ekscytujące, choć brzmi szaleńczo), o rozwój intelektualny (znów połykam 2–3 książki miesięcznie!), o wolontariat, który zawsze był mi bliski. Teraz znów angażuję się w pomaganie innym i mam nadzieję, że pewnego dnia dzieci do mnie dołączą. Póki co, tylko słyszą opowieści, co robię, i rozmawiamy o tym, dlaczego bezinteresowna pomoc jest ważna.

I tak kończę ten dzień, z poczuciem, że zrobiłam dobry krok. Pierwsze egzaminy za nami — pewnie jeszcze nie raz będzie stres i nerwy, ale dziś czuję się przede wszystkim lekka i zainspirowana. Cieszę się z tego, gdzie jesteśmy, dokąd zmierzamy i co jeszcze nas w tej przygodzie czeka.

4.11 — Dzień edukacyjny z tatą i… wielka próba ogarnięcia wszystkiego naraz

No to zapowiada się ciekawy dzień. Ja znikam na cały boży dzień, a edukacja domowa musi się kręcić. Pewnie niektórzy pomyślą: „Przecież jeden dzień to nie koniec świata, odpuść.” Ale wiesz co? U nas regularność i konsekwencja to podstawa. Kiedy dzieci łapią rytm, że codziennie mniej więcej o podobnej porze siadamy i coś robimy, to ich motywacja rośnie. A jeśli co chwilę jest przerwa, to potem zaczyna się koncert wymówek: „Mamo, dzisiaj nie, bo…(tu wstaw dowolny powód).”

Jutro przychodzą do nas goście, więc znów będzie raczej zabawowo niż edukacyjnie. I — co tu kryć — nie chcę, żebyśmy przez dwa dni z rzędu nic nie ruszyli. Postanowiłam więc opracować dzieciakom plan minimum, który tata może z nimi ogarnąć. (Tutaj uwaga do wszelkich krytycznych modnych aktualnie trendów na temat równouprawnienia: dlaczego tata to minimum, i czemu ja to przygotowałam, a nie tata? Ponieważ tak się umówiliśmy. Był to świadomy wybór i nasza wspólna decyzja. On zajmuje się pracą zawodową, a ja edukacją i domem. To tak w wielkim skrócie.) A potem? Potem niech robią, co chcą, byle kreatywnie i z sensem. Jak będą mieli ochotę zmienić kolejność albo nagle wpadną na genialny pomysł wspólnego projektu, to super. Ten plan ma raczej pomóc, a nie narzucać reżim.

Zresztą, tata dzisiaj będzie miał niezłą orkę na ugorze, bo ma swoją pracę zawodową, a w tle dzieci, które trzeba przekonać do choćby symbolicznej nauki. Ja z reguły siadam do swojej pracy wcześnie rano (tak jak teraz, kiedy wszyscy jeszcze śpią) albo wieczorem, gdy robi się ciszej. Tymczasem on musi to wszystko ogarnąć jednocześnie. No, będzie zabawnie, to pewne. Może nawet jakaś bajka poleci w ciągu dnia — i wcale nie uważam, że to źle.

A tak przy okazji — czy na ED można nie zdać? Oczywiście, że można! Tyle że paradoksalnie, chyba trzeba się bardziej „postarać”, żeby nie zdać, niż w zwykłej szkole. Bo tu nie ma weryfikacji co chwila, nikt nie „łapie” cię na tym, czego nie umiesz, nie ma randomowego odpytywania przy tablicy. Współczesne szkoły przyjazne edukacji domowej mocno odczarowują samo pojęcie egzaminu — to nie jest jakiś straszny test, który ma pokazać, że jesteś do niczego, tylko raczej okazja, by zaprezentować, co potrafisz.

Ale, ale — jutro kolejny egzamin innego dziecka. Teoretycznie powinnam mieć już mniejszy stres po pierwszym sukcesie, ale… nie, nie. Supeł w żołądku mieszka dalej. Tym razem to starsze dziecko, więc z jednej strony ma mniej wypracowanej rutyny, a z drugiej jest bardziej wrażliwe i łatwiej je zranić. Więc co robię? Wiadomo — wspieram, uśmiecham się, mówię „dasz radę”, a w głowie i tak mam tysiąc scenariuszy „co, jeśli…?” Znam siebie i wiem, że ów supeł zelżeje dopiero, jak egzamin się zakończy.

Tak czy siak, trzymam kciuki za tatę i dzieciaki dziś, a jutro pewnie znów będę stać pod salą i dramatycznie przeżuwać gumę, czekając aż potomek wyjdzie. I oby wyszedł z uśmiechem, bo wtedy i mój supeł się rozplącze.

2.12 — Gdy doba się przesuwa, a Ty czujesz się jak „kelnerka” własnych dzieci

Ostatnio jestem tak zmęczona, że mam wrażenie, jakby moja doba została przesunięta w nieprzewidywalny wymiar: kładę się późno, wstaję wcześnie, a w ciągu dnia gonitwa na pełnych obrotach. Mąż? Czasem widzę go przez chwilę wieczorem, kiedy już padam na twarz. Ale to też nie jest fajny czas, bo oboje jesteśmy zbyt styrani, żeby jeszcze dbać o wzajemne relacje. I tak lecą nam kolejne dni, a ja mam wrażenie, że żyjemy na „trybie awaryjnym”.

W edukacji domowej, oprócz nauki z dziećmi, uczę się też sporo o… sobie samej. Na przykład zauważam, że ciągle „usługuję” dzieciom. Jasne, gdy były malutkie, to było naturalne, żeby coś podać, gdzieś pomóc. Ale one już rosną! Mimo to wciąż często słyszę: „Mamo, a gdzie jest moje…?” albo „Mamo, zrób mi kanapkę!” I czasami — przyznaję bez bicia — spełniam te prośby, choć w głębi duszy wiem, że mogłyby zrobić to same. Albo najpierw się postarać poszukać.

Co jest najbardziej paradoksalne? Że kiedy akurat mnie nie ma w pobliżu, one stają się super samodzielne. Potrafią znaleźć ubrania, przygotować prosty posiłek, a nawet (o zgrozo!) włączyć w piekarniku programy, których ja się boję używać. Ale kiedy tylko wpadam w ich pole widzenia, od razu przełączają się na tryb: „Mamo, pomożesz?” — zupełnie jakby mieli wbudowany detektor mojej obecności.

Przez to wszystko czuję się momentami wypalona. Całkowite zaangażowanie w ED sprawia, że do wieczora nie mam siły dla siebie, a tym bardziej dla męża, z którym chciałabym spędzić zwykłą, spokojną chwilę… no, może nie tak zwykłą, bo marzy mi się kolacja przy świecach (realnie pewnie przy żarówce energooszczędnej), a potem jakiś film bez przerywników w stylu: „Mamo, zobacz co znalazłem!”

Wiem jednak, że wiele zależy ode mnie. Już dostrzegam, że im więcej usługuję dzieciom, tym bardziej rozleniwiam je w tych codziennych drobiazgach. Dlatego staram się powoli zmieniać podejście: zamiast biec z pomocą, pokazuję, gdzie coś jest i jak to samemu ogarnąć. Nie zawsze idzie gładko, ale krok po kroku liczę, że odzyskam choć trochę wytchnienia. Może wtedy uda mi się wygospodarować czas, żeby nie tylko być „nauczycielką, kucharką i menedżerką domu”, ale też zwyczajnie… żoną i kobietą z własnymi potrzebami. Bo w tym całym rodzicielstwie gdzieś to się czasem gubi — a ja naprawdę potrzebuję siebie odnaleźć.

3.12 — Gdzie tak naprawdę uczą się moje dzieci? (czyli YouTube i zmiana strefy czasowej)

Ostatnio wspominałam, że YouTube stał się dla nas jednym z głównych źródeł nauki. I wcale nie chodzi tylko o chemię (chociaż to był pierwszy punkt zaczepienia), ale też o historię — i to taką, której próżno szukać w szkolnych podręcznikach. Przykładowo kanały typu „Urbex History” czy „Historia bez cenzury” są dla moich dzieci tym, czym dla mnie w ich wieku były wyprawy do biblioteki. Tyle, że tu jest to jeszcze wzbogacone obrazem, opowieścią, miejscami i anegdotami. Życie codzienne, zwyczaje ludzi, ich relacje — to wszystko wchodzi do głowy przy okazji i bez żadnej spiny, że to niby „lekcja”. Ba, one nawet tego nie nazywają nauką, raczej: „Mamo, usiądź, zobacz jaki fajny film!” No i siadam, i oglądam z nimi, a potem mamy półgodzinną debatę, bo zapominamy o całym świecie i tak mija nam poranek albo popołudnie.

A propos poranków…

Od 3 miesięcy funkcjonujemy w innej strefie czasowej niż reszta kraju. Młodsze dziecko ma już 7 lat, my z mężem nie jesteśmy na etatach, więc nikt nie musi zrywać się o świcie. Okazało się, że nasz biologiczny zegar kręci się między 8:00 rano a 23:00, a dzieciaki potrafią niekiedy ciągnąć aż do północy. Z jednej strony — super. Budzimy się, kiedy jest już jasno (zimą to błogosławieństwo!), nikt nie jest wściekły i niewyspany, zawsze zdążymy spokojnie zjeść śniadanie. Mało tego, czasem wstaję minimalnie wcześniej i mam parę minut absolutnej ciszy, co uwielbiam — robię sobie kawę, przeciągam się i delektuję spokojem.

Z drugiej strony…

Cóż, wieczorami brakuje nam tego „dorosłego” czasu. Kiedy dzieciaki zasypiają koło 22:30 (albo i bliżej 23:00), sama mam już niewiele energii na randkę w domowym wydaniu czy chociażby spokojne czytanie książki. Coś za coś, prawda? W ciągu dnia funkcjonujemy świetnie, bez nerwów i budzików, ale wieczorem — no cóż, Netflix przytulnie mruga, ale ja wolę przytulić się do poduszki.

Mimo wszystko wolę taki tryb niż codzienne poranne fochy. Przynajmniej teraz, póki dzieci nie muszą punkt 7:00 być w autobusie szkolnym. Zastanawiam się, jak długo to potrwa, bo wiadomo, życie lubi zaskakiwać. Na razie działa, i to całkiem nieźle, więc korzystamy. A jeśli ktoś zapyta: „Ale kiedy znajdujecie na to wszystko czas?” — odpowiem krótko: w naszej prywatnej strefie czasowej jakoś się to magicznie układa. I to jest jedna z rzeczy, za które najbardziej kocham edukację domową.

5.12 — Wracam do gry (zwanej pracą), a dzieci do… no właśnie, do czego?

Po czterech miesiącach totalnego zanurzenia się w edukacji domowej czuję, że nadszedł moment, kiedy mogę znów zasiąść do pracy. Nie mówię tu o żadnym typowym etacie od 8:00 do 16:00, bo — umówmy się — to w mojej sytuacji raczej niemożliwe. Ale mam swoją działalność związaną ze sprzedażą internetową i w teorii powinnam móc to odpalić, jak tylko najdzie mnie ochota. Tyle, że w praktyce ostatnie cztery miesiące to było zbieranie szczęki z podłogi na zmianę z organizowaniem życia w domowej szkole, więc biznes leżał i kwiczał. Co gorsza, splot wydarzeń sprawił, że w sierpniu produkt przestał się sprzedawać, a ja wtedy jeszcze nawet nie miałam głowy, żeby się tym przejmować. Z jednej strony — fajnie, bo mogłam się poświęcić dzieciakom bez wyrzutów sumienia. Z drugiej — portfel zaczął piszczeć, a rachunki same się niestety nie zapłacą…

Jednak teraz — niespodzianka! — udało nam się wypracować taki rytm dnia, że wszyscy (łącznie ze mną) wiemy mniej więcej, co nas czeka. Dzieci mają swoje codzienne zadania (ED, zajęcia, cośtam-cośtam), a ja mam w planie wrócić do mojej sprzedaży. Już widzę, jak ktoś mówi: „Phi, wymówka, bo w sumie mogłaś wcześniej.” Pewnie tak. Ale wtedy wolałam w pełni skupić się na dostrojeniu naszego rodzinnego życia do nowej rzeczywistości, bo wychodzę z założenia, że fundamenty są najważniejsze. Teraz, kiedy mamy stabilną bazę, mogę wreszcie reanimować mój sklepik online.

Oczywiście rzeczywistość zaraz mnie pewnie zaskoczy (prawo Murphy’ego wciąż działa!), ale póki co czuję, że to dobry moment. Mam nadzieję, że znów sprawię, że produkt zacznie się sprzedawać, bo — nie oszukujmy się — na samych uśmiechach dzieci i moich kreatywnych pomysłach da się przeżyć, ale tylko do pewnego momentu. Portfel już zaczyna nerwowo do mnie wołać: „Hej, hula tu wiatr!”

Na szczęście w edukacji domowej można tak to rozplanować, by rano rozruszać dzieciaki w nauce, a potem przełączyć się w tryb „biznes” (o ile nic nie wyskoczy, a akurat zawsze coś może wyskoczyć). Najważniejsze, że po tych czterech miesiącach czuję się gotowa mentalnie, a i dzieciaki wydają się bardziej samodzielne — w końcu nie wszystko muszę nadzorować non stop. Także trzymajcie kciuki, by nasza nowa-stara rzeczywistość się sprawdziła!

9.12 — Krótko i szybko

Grudzień, czyli miesiąc, który mógłby spokojnie trwać z pół roku, a i tak byłby pełen atrakcji. Najstarsza córka ma tyle spektakli i prób, że już nawet GPS w aucie się buntuje, a zakupy świąteczne wyglądają jak maraton przeplatany sprintami. Dodaj do tego spotkania z rodziną, znajomymi i ogólne niewyspanie, a wyjdzie ci dokładny obraz naszego grudnia.

Ale to nie wszystko! Ten miesiąc to dla nas dodatkowo „sezon egzaminowy” — każde dziecko ma do zaliczenia po dwa egzaminy. I mimo całego chaosu nadal panuje u nas totalny luzik. Dlaczego? Bo wszyscy wiedzą, że te egzaminy to nie jakaś mroczna inkwizycja, której celem jest pogrążenie dzieci. A najlepsze jest to, że jedno z moich dzieci już teraz podchodzi do egzaminu z matematyki — ogromnego przedmiotu. Bo chce, bo lubi, bo czuje się pewnie. Paradoksalnie, to ja, mama wychowana na tradycyjnym systemie, mam większą tremę i obawy o ilość materiału niż moje dziecko, które podchodzi do tematu jak do zabawy. Więc trzymajcie kciuki, żebym nie zaraziła dzieci swoją niepotrzebną paniką! I może jeszcze o to, żeby grudzień jakoś nas łagodnie potraktował.

20.12 — ADHD, pierniki i porcja życiowej pokory

Grudzień w teorii miał być słodko-pachnącym miesiącem cynamonu, wieńców adwentowych i światełek rozbłyskujących magicznie w tle. A w praktyce? Czuję zmęczenie, frustrację i to znane każdej matce uczucie „robię wszystko, ale ciągle mam wrażenie, że za mało”. Mimo że edukacja domowa pozwala nam żyć wolniej, z większą intencją, to jednak… grudzień to grudzień. Miesiąc, który wymaga ode mnie więcej niż ja sama od siebie.

Potrzebuję resetu. Takiego na pełnym etacie. Marzę o kilku dniach nicnierobienia. O tym, żeby odwiedzić rodzinę, pośmiać się bez pośpiechu, na chwilę zapomnieć, że życie to obowiązki. Bo dla mnie magia świąt to właśnie ta chwila, kiedy możesz poczuć się znowu jak dziecko — nawet jeśli oznacza to lepienie pierogów po północy i opiekowanie się własnymi dziećmi w międzyczasie.

A teraz prawdziwa historia z ostatnich dni. Za nami pierwsza edukacyjna „porażka”. Choć słowo „porażka” to może za dużo powiedziane — nazwijmy to… lekcją życia. Syn zdał egzamin z jednego ze swoich ulubionych przedmiotów. Zaliczył. Jest do przodu. Tylko że — dostał trójkę. Z przedmiotu, który kocha, który jest praktyczny i który szlifuje mu umiejętności przydatne w dorosłości.

I ktoś powie: „Halo, ale przecież zdał! Co się czepiasz?”. A ja odpowiem: „Tak, oczywiście, że zaliczył. I tak — oceny nie są najważniejsze”. Tyle, że ocena nie wynikała z braku wiedzy. Ona wynikała z… ADHD. A raczej z jego supermocy, która czasem, no cóż, nieco rozrabia.

Młody wyszedł z egzaminu po 10 minutach. Zadowolony jak po najlepszym występie życia: „Było proste. Zrobiłem wszystko dobrze!”. Pytam: „Sprawdziłeś?”. Odpowiada: „Nie było potrzeby. Jest dobrze.” No cóż. Tam, gdzie miał dodać — odjął. Tam, gdzie trzeba było spojrzeć na mianownik — z rozpędu skupił się na liczniku. Klasyk. Ocena niższa niż się spodziewał.

I teraz pytanie za sto punktów: czy olać poprawkę? W końcu wiem, że to zna. Wiem, że to nie brak umiejętności. Ale z drugiej strony — czego go to nauczy? Że nie trzeba się przejmować, że nie warto sprawdzać? Że jak się nie uda, to trudno?

A ja — wbrew obecnemu trendowi usprawiedliwiania wszystkiego wszystkim — mówię: nie. W życiu chodzi o równowagę. O zdrowy rozsądek. O złoty środek. ADHD nie jest wymówką na wszystko. Tak samo jak żadna inna cecha charakteru, przypadłość czy „wyjątkowość”. To nie znaczy, że dzieci mają się bać porażek — wręcz przeciwnie! Mają się z nimi spotykać. Ale nie po to, by się załamać, tylko żeby się odbić. Z pokorą, z refleksją, z nadzieją, że da się coś poprawić.

Poprawka to nie kara. To lekcja odpowiedzialności. To dowód, że warto się starać, że można jeszcze raz, że porażka nie definiuje, tylko buduje. I to chcę pokazać mojemu synowi.

W tym roku święta przyszły do nas wcześniej… w postaci galopującego kalendarza. Gala baletowa, występ mikołajkowy z elementami akrobatyki, robienie wieńców, pierników, kalendarzy adwentowych — lista rośnie szybciej niż moja lista zakupów 23 grudnia. Do tego spotkania z bliższymi i dalszymi znajomymi, rodziną, dziecięcymi kolegami i koleżankami, oraz… cała masa umówionych aktywności „na po świętach”.

I teraz uwaga: jeśli jeszcze raz usłyszę, że „w edukacji domowej brakuje socjalizacji”, to serio — zjem ten adwentowy wieniec. Ze świecami. Ja, mając trójkę dzieci, czuję się jak zawodowy kierowca kalendarza — ciągle na trasie między jednym wydarzeniem a drugim. „Gdzie, kiedy, kto, z kim, na jak długo i czy mamy zapakowane skarpetki?” — to mój wewnętrzny dialog każdego ranka. A wieczorem tylko dodaję kolejne rzeczy do listy i modlę się o cudowne rozmnożenie energii.

To prawda, że moje dzieci nie siedzą w szkole osiem godzin dziennie z trzydziestoma przypadkowymi osobami, które poznają w wieku siedmiu lat i z którymi potem są skazane na życie przez kolejne osiem. Ale pytam — a czy w dorosłym życiu jesteś na coś takiego skazany? Pracę możesz zmienić. Zespół możesz zmienić. Nawet mieszkanie, miasto, kraj. A szkołę? Zmiana klasy czy placówki to często proces długotrwały, kosztowny emocjonalnie i nie zawsze w ogóle możliwy.

Dlaczego więc mamy przyjmować jako normę coś, co w dorosłym życiu uznalibyśmy za totalnie absurdalne?

Jest taki argument, który słyszę regularnie, niemal jak refren w nieśmiertelnym hicie:

„Ale w szkole to się dziecko nauczy życia!”.

I za każdym razem mam ochotę zapytać:

„A konkretnie jakiego życia? Bo może mówimy o dwóch różnych planetach?”

Rozszyfrujmy razem te tajemne słowa: „nauczy się życia”. Czyli co?

Że przyzwyczai się do tego, że jest oceniany nie przez pryzmat swoich mocnych stron, talentów, zainteresowań czy pasji, tylko według jednego, sztywnego, systemowego szablonu? Że „życie” to codzienne porównywanie się z innymi, rywalizacja bez sensu, byle mieć wyższą średnią?

Czy „życie” to nauka unikania odpowiedzialności, bo jak się coś schrzani, to i tak wystarczy dobrze pokombinować — ściągnąć, przeprosić, przynieść czekoladę wychowawczyni i po sprawie?

A może chodzi o to, że jak dziecko zobaczy przemoc — słowną, fizyczną, psychiczną — to zrozumie, że „takie jest życie” i trzeba się przyzwyczaić? Serio? To jest ten trening „do świata dorosłych”? Bo jeśli tak, to ja dziękuję.

A potem dziwimy się, że młodzi dorośli nie wiedzą, jak ogarnąć życie, nie potrafią zarządzać emocjami, nie mają pojęcia, jak komunikować się bez agresji albo jak w ogóle rozpoznać, czego chcą. No jak mają to wiedzieć, skoro 12 lat uczyli się głównie… przetrwania?

I oczywiście, teraz wchodzi nowy przedmiot — „o zdrowiu i bezpieczeństwie”. Brzmi pięknie. Ja jestem totalnie za! Ale zróbmy to z głową. Może zamiast wciskać dzieciakom kolejne strony z podręcznika biologii o tym, jak wyglądają mitochondria pod mikroskopem (których nie zobaczą nigdy więcej w życiu), zróbmy coś, co im się naprawdę przyda.

Na przykład obowiązkowy kurs pierwszej pomocy — taki PRAWDZIWY, z manekinem i sztucznym oddechem, a nie na papierze.

Albo podstawy zdrowia psychicznego — jak rozpoznać stres, jak reagować, jak dbać o siebie.

Bo może właśnie tego powinniśmy uczyć dzieci — jak żyć, nie jak przetrwać.

Z edukacją domową jest tak: możesz na niej przeleżeć cały rok, zepniesz się w maju, nie pośpisz kilka nocy, rzucisz wszystko na jedną kartę i zaliczysz hurtem cały materiał. Można? Można. Czy to jest podejście, które polecam? Niekoniecznie. Ale zdarza się. I właśnie dlatego powtarzam jedno: ED to nie jest droga dla każdego.

Ja akurat żyję w bańce, w której na edukację domową najczęściej decydują się dwie grupy: rodziny wielodzietne i rodziny przedsiębiorców. I nie, nie chodzi o status finansowy, tylko o mindset. To są ludzie, którym się chce. Którzy wiedzą, że żeby mieć coś innego niż wszyscy, trzeba robić coś innego niż wszyscy. Że nie będzie łatwo, ale może być warto.

W takich domach dzieci uczą się nie tylko matematyki czy języka polskiego, ale też: jak się komunikować, jak planować dzień, jak działać projektowo, jak radzić sobie z emocjami i odpowiedzialnością. Bo to nie jest tylko „domowa szkoła” — to jest szkoła życia. Taka naprawdę, nie w wersji z memów.

I teraz, zanim ktoś krzyknie: „Ależ ty jesteś dumna! Aż pyszałkowata!” — odpowiadam: tak, jestem dumna. I nie, to nie jest pycha. To jest świadomość drogi, którą wybrałam — niełatwej, wymagającej, często pod prąd. Ale prawdziwej i z wartościami, które wyznaję. I które chcę przekazać dzieciom. Tak, biorę to wszystko na klatę. Z całym dobrodziejstwem inwentarza i z pełną odpowiedzialnością.

I jeszcze jedno. Kiedy ktoś rzuca argumentem, że dzieci z ED nie poradzą sobie na studiach, to naprawdę… nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Bo moje obserwacje są zupełnie inne. Dzieci uczone w domu są lepiej przygotowane do studiów niż ich rówieśnicy z systemu. Dlaczego? Bo od małego uczą się, jak się uczyć. Jak planować. Jak ogarnąć większą partię materiału. Wiedzą, kiedy im się chce, a kiedy muszą. Znają swoje tempo. Znają siebie.

Nie boją się pytać. Nie wstydzą się robić błędów. Mają pasje, mają znajomych, mają życie — nie jako nagrodę po ośmiu godzinach szkoły, ale jako integralną część swojej codzienności.

A jak chcą wziąć sobie gap year, to go biorą — nie z lęku, tylko z przekonania, że mają prawo i pomysł, co z tym czasem zrobić. Bo wiedzą, że świat nie jest czarno-biały. Że nie ma jednej słusznej ścieżki. I że życie to nie test jednokrotnego wyboru.

Wiesz, co mnie czasem dopada w tych wszystkich rozmowach o edukacji? Refleksja, że system szkolny, który dziś mamy, to wynalazek… naprawdę dobry. Tylko że na czasy, które już dawno minęły. Bo kiedyś faktycznie trzeba było ludzi nauczyć pisać, czytać, liczyć i myć ręce. To był ogromny cywilizacyjny krok do przodu. I za to — szacunek dla historii.

Ale teraz? Teraz mamy internet, dostęp do wiedzy w telefonie, kursy online, YouTube, aplikacje, AI, podcasty i TED talki. A mimo to nasze dzieci dalej uczą się, jakby miały zostać pracownikami fabryk w 1910 roku. Posłusznie, cicho, według planu. Bierni, ale wierni. A jeśli ktoś próbuje z tego systemu wyjść — jest „dziwny”. A jak bardzo z tego systemu wyjdzie? To już nawet nie dziwny, tylko… zagrożenie.

I tu musimy wrócić do historii. W czasach przedprzemysłowych dzieci z tak zwanych „dobrych domów inteligenckich czy szlacheckich” nie chodziły do szkoły. Miały guwernantki, prywatnych nauczycieli, domowe lekcje języków, historii, etykiety i tańca. Edukacja była dopasowana do roli społecznej, jaką miały pełnić. Chłopiec miał być dziedzicem, dziewczynka miała się dobrze wydać za mąż — i wszystko działało w tym kontekście.

A szkoła? Szkoła była dla mas. Dla tych, których miała przygotować do pracy. Nie do samodzielnego myślenia. Do pracy. Prosto, skutecznie, bez zbędnych pytań. I nie ma w tym nic złego — to była ogromna zmiana na plus w tamtym czasie. Ogromny krok do przodu poprawa warunków życia wielu ludzi, mimo, że kiedy patrzymy na tamte czasy z naszej dzisiejszej perspektywy wydaje się to bardzo trudne i ciężkie. Ale czasy się zmieniły. I to bardzo.

Dziś próbujemy wychować dzieci na jednostki kreatywne, innowacyjne, samodzielne, odważne… i jednocześnie każemy im przez 12 lat siedzieć w ławce, pytać o zgodę na wyjście do toalety i uczyć się o pantofelku na pamięć. Serio?

A potem mówimy, że społeczeństwo głupieje, dzieci się nie uczą, że program się upraszcza. Tylko… jakim cudem w tym samym czasie robimy postęp technologiczny, jakiego świat nie widział? Przecież to ci młodzi, z tym „słabym” wykształceniem, tworzą aplikacje, start-upy, rozwiązania, których my nawet nie potrafimy ogarnąć.

I jeszcze ten PRL — nasz kochany, swojski PRL. Wiecie, że kiedyś na polskich stołach były homary, dziczyzna, limonki? Kapusta kiszona to była wersja zastępcza, kiedy wszystko inne się skończyło. Potem przyszła bieda, kartki, równość w szarości. I szkoła — ta sama dla wszystkich, niezależnie od talentu, predyspozycji, pasji. Równość poprzez jednolitość.

A dziś? Dziś nadal próbujemy wszystkich przycinać do jednej linijki. Najlepiej, żeby każdy miał same piątki, był równie dobry z biologii, co z plastyki, i jeszcze recytował „Rotę” z pamięci. Bo przecież… „tak trzeba”.

Tyle że ja już w to nie wierzę. Uważam, że każdy ma prawo być mistrzem w swojej dziedzinie. I jeśli moje dzieci miałyby wyrosnąć na ludzi z Matrixa — tych wybudzonych, co zobaczyli kod — to ja im w tym chętnie pomogę. I nawet im jeszcze na drogę dam termos z herbatą.

22.01 — Szach i mat, czyli jak się (nie) opieprza za szachy

Styczeń. Miesiąc, w którym jeszcze chwilę temu byliśmy w trybie „leniwiec na feriach”, a teraz wjeżdża tryb „czy my się w ogóle z tym wszystkim wyrobimy?!”. Dzień dobry, edukacjo domowa w wersji 7-klasowej — ciśniemy!

Prawda jest taka, że obecnie jestem w stanie wygospodarować średnio dwie godziny dziennie na pracę zawodową — i dodatkowe cztery na ogarnianie dziecięcej edukacji. Plan dnia się ustabilizował, każdy wie, co ma robić, a mimo to… o zwiedzaniu, wystawach czy muzeach chwilowo tylko sobie opowiadamy przy kolacji. Bo ciśnienie, moi drodzy, weszło jak noworoczne postanowienia — niespodziewanie, ale mocno.

Szczególnie 7 klasa — tu już nie ma zabawy. Zamiast dwóch godzin dziennie, aktualnie robimy cztery. Wszystko po to, by wyrobić się do końca maja, kiedy to — zgodnie z harmonogramem naszej szkoły — kończy się termin zdawania egzaminów. A jeśli uda się szybciej? To mamy nagrodę w postaci wiosny i lata pełnych podróży, wystaw, doświadczeń i życia poza kartką ćwiczeniówki.

Ale żeby nie było — edukacja domowa to nie jest tabelka w Excelu. Bo owszem, każda klasa ma swoją listę zagadnień, ale nagle okazuje się, że z jednego przedmiotu jedno zagadnienie to trzy zdania, a z innego… pięć stron i cztery podpunkty. I nie, nie mówię o polskim czy matmie, które od zawsze są ”kobyłami”. Mówię o takich zaskoczeniach jak przyroda czy historia. Więc planowanie? Planowanie jest względne. Jak w życiu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 55.13
drukowana A5
za 67.53