E-book
13.65
drukowana A5
29.78
drukowana A5
Kolorowa
52.64
To przydarzyło się naprawdę…

Bezpłatny fragment - To przydarzyło się naprawdę…

Objętość:
94 str.
ISBN:
978-83-8221-326-3
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 29.78
drukowana A5
Kolorowa
za 52.64

Mity współczesne. Trylogia

Co zobaczył Pig?

Znany z mitologii król Cypru - Pigmalion zakochał się bez pamięci w wyrzeźbionej przez siebie kobiecie, którą zresztą szczęśliwie poślubił, po tym jak ożywiła ją Afrodyta. Odtąd pojawiający się raz na jakiś czas Pigmalionowie innych epok i miejsc próbowali powtórzyć jego sukces.


Pewien biznesmen w średnim wieku, nazwijmy go „Pig”, postąpił podobnie… Ale do rzeczy. Po pięć˗dziestce Pig zaczął żałować zbyt pochopnie zawartego w czasach studenckich małżeństwa. Nie to, żeby żona była dla niego zła. O nie! Przeciwnie była serdeczna i troskliwa, ale starzała się w oczach, podczas gdy Pig pozostawał wciąż młody i dziarski. Trudno się dziwić, że zapragnął zmian, a zaprzyjaźniony mecenas szybko mu w nich dopomógł. Pig odczuwał wprawdzie wyrzuty sumienia, w końcu wiedział, że skazuje żonę, teraz już byłą, na samotność w otoczeniu starych jak ona mebli, książek i kotów, ale szybko otrząsnął się z tych nieprzyjemnych emocji. W końcu każdy ma tylko jedno życie i tym samym obowiązek, by przeżyj je jak najszczęśliwiej.


Pig obiecywał sobie jednak, że od czasu do czasu odwiedzi i pocieszy pogrążoną w apatii eksmałżonkę. Jakże dobrym i szlachetnym był człowiekiem! Wkrótce ożenił się ponownie z wcześniej poznaną Martą. Była młodsza od niego o dwadzieścia lat i bardzo przeciętna, ale Pig oczami wyobraźni zobaczył w niej piękność. Pokochał to wyobrażenie, a wkrótce za sprawą jego pieniędzy Marta odzyskała śnieżnobiały uśmiech, wyprostowała włosy i wskoczyła, niczym we własną skórę, w najdroższe markowe ubrania i buty. Pachnący, świeży oraz pewien siebie były kopciuszek wyglądał teraz przy boku Piga jak milion dolarów. Jakże mąż czuł się dumny! On dojrzały, dystyngowany i wciąż atrakcyjny, ona młoda i prześliczna. Wiedział, że wszyscy koledzy skręcają się z zazdrości.


Pewnego dnia Pig musiał skorzystać z internetu a jego laptop ze złośliwością właściwą rzeczom martwym przestał działać. Nie namyślając się długo mąż, postanowił skorzystać z komputera Marty, Znalazł w sieci potrzebną informacje i kiedy miał już wyłączyć system, zobaczył w roku na pulpicie folder o nazwie „Przepisy kulinarne”. A więc jednak! Kochana Marta! Nie dość, że była piękna i czuła, to jeszcze postanowiła dla niego nauczyć się gotować. Biedaczka, nie miała do tego za grosz talentu, jednak, jak widać, próbowała. „Ciekawe, co planuje upichcić?” — pomyślał Pig, i choć zwykle tego nie robił, zajrzał do folderu Marty. To, co zobaczył, nie było bynajmniej tekstem kulinarnym, a zdjęcia nie przedstawiały wykwintnych dań, chyba że ktoś zechce nazwać „ciachem” młodego mężczyznę w czarnej skórzanej kurtce zarzuconej na goły tors! Co za brak klasy! Były też i inne zdjęcia… Pig nie miał wątpliwości. Mała zdzira zdradzała go!


I znów znajomy mecenas musiał zająć się rozwodem Piga. Temu rozstaniu towarzyszyły zgoła inne emocje — ból, urażona ambicja, wstyd, poczucie klęski. W przypływie empatii Pig pomyślał, że tak w chwili rozstania czuła się pewnie jego pierwsza żona. Serdeczna, dobra i czuła Maria. Pójdzie do niej, pogada, przeprosi… może naprawi błąd… Kupił kwiaty.

Marii nie zastał w ich dawnym domu. Na szczęście nie zmieniła jeszcze zamków! Otworzył więc sobie sam i co tchu popędził na górę do jej pokoju. Zostawi tam kwiaty i list, a Maria na pewno mu wybaczy. Żona jednak była i spała. Wydawała się tak piękna i świeża, że Pig nagle pożałował tak pochopnie podjętej decyzji o rozwodzie. Jego rozmyślania przerwał jakiś trzask. Ktoś tu był? Złodziej? A może tylko kot? Po chwili jednak drzwi prowadzące do łazienki otwarły się, a wtedy Pig ujrzał…


Zresztą zobaczcie zdjęcie…

Zdjęcie do tekstu  Co zobaczył Pig? — model: Dawid Anioł. Autorka posiada zgodę na wykorzystanie wizerunku.

Prometeusz z miasta N.

Prometeusz był jednym z tytanów, i jak można dowiedzieć się z mitów, bywał krnąbrny wobec bogów, za co został zresztą surowo ukarany. Potem zaczęły na tę okoliczność powstawać dramaty, malowidła tudzież terminy takie jak: „postawa prometejska”, o których całe wieki uczono w szkołach.


Prometeusz z miasta N. niewiele wprawdzie pamiętał ze szkoły, ale miał swój rozum i co ważniejsze duszę, którą powierzył Bogu jednoosobowemu. Prometeusz z miasta N. często słyszał porzekadła o dobru, które wraca do człowieka jako nagroda … i o złu również. Wkrótce zorientował się jednak, że dobro nigdy do niego nie wraca, ale za to, jeśli już przypadkiem uczyni coś niegodziwego, powrót zła, bombardujący jego osobę, ma zagwarantowany jak w szwajcarskim banku.


Tymczasem wokół niego czyste zło nie tylko nie malało, nie tylko nie zostawało w fazie constans, przeciwnie z każdym dniem gęstniało, ale za to nigdy nie wracało do złoczyńców.

Niegodziwość rozbuchała się, a Prometeusz z miasta N. czuł, że staje się w jej obliczu zupełnie bezbronny.


Toteż na początku Prometeusz z miasta N. pogniewał się z Kościołem jako instytucją. Za dużo było w nim polityki, a za mało samego Boga. Ulubiony ksiądz Prometeusza — szanowany przez wiernych, serdeczny, a także otwarty na korzystne zmiany, został odsunięty. Jako emeryt nadal bardzo dobrze wypełniał posługę spowiednika, lecz na inne kwestie nie miał wpływu.


Prometeusz z miasta N. zaniechał regularnego uczestniczenia w coniedzielnych spotkaniach z Bogiem instytucjonalnym, ale nadal z dużą częstotliwością pomagał staruszkom wrzucać węgiel do piwnicy i przynosić zakupy. Naprawiał im za darmo skazane na śmierć radia i telewizory, a także dokarmiał bezdomne koty i psy. Nadal był życzliwy dla ludzi, a ludzie za to dla niego…. niekoniecznie. Dobro jakoś nadal nie powracało do Prometeusza… Popadł więc w depresję i czekał.

Słowa:

«Gdy ci smutno gdy ci źle/

he, he, he, he, he, he…»

potwierdziły się stuprocentowo w przypadku Prometeusza z miasta N.

Wyglądało na to, że za ludźmi powtarza je także sam Wszechmogący.

Prometeusz postanowił zatem zbuntować się nie na żarty, ale nawet i to wypadło mizernie jego wykonaniu. Na skuteczny rodzaj buntu nasz bohater nie miał ani pomysłu, ani siły.

A jednak pewnego dnia Bóg spojrzał na N. i w końcu zauważył, ile w tym mieście jest niegodziwości. Widział duchownych udających polityków i polityków udających duchownych, widział innych dostojników, którzy nie lubili tych dwóch pierwszych grup, ale wcale nie postępowali lepiej; widział ludzi ustawionych na stanowiskach po to, by gnębili obywateli bez stanowisk. Ci zaś wracali do domów i odreagowywali swoje frustracje na rodzinach. Widział też właścicieli porzucających swoje psy w lesie i spadkobierców zmarłych krewnych wyrzucających ich koty na mróz. A to był tylko wierzchołek góry lodowej.

Bóg zdenerwował się nie na żarty. Kazał Dzeusowi wyjąć z kabury piorun i zdzielić nim mieszkańców N.

Gdy Dzeus włożył okulary, żeby dokładnie trafić, dostrzegł w ponurym tłumie Prometeusza i opowiedział o nim Bogu.

«A zatem nie zniszczę N. przez wzgląd na tego jednego sprawiedliwego» - powiedział Bóg do Dzeusa i kazał mu schować piorun. Gromowładny uczynił to, a następnie zdjął okulary i poszedł grać w squasha.

W taki oto sposób dobro wróciło do Prometeusza z miasta N., tylko że on sam się chyba nigdy się o tym nie dowiedział.

Nartek

Współczesną kulturę nierzadko określa się mianem kultury narcyzmu. Wszyscy jesteśmy w mniejszym lub większym stopniu narcyzami, z czego doskonale zdawał sobie sprawę choćby Mark Zuckerberg. Jako syn psycholożki doskonale wiedział, że ze wszystkich rzeczy na świecie ludzie są najbardziej zainteresowani sobą, następnie tym, w jaki sposób postrzegają ich inni, a wreszcie na samym końcu i w niewielkim stopniu tymi innymi. Mark wykorzystał tę wiedzę i został najmłodszym miliarderem świata.


Artur był synem prawnika i lekarki. Rodzice kochali go bardzo, co wyrażało się, niestety, spełnianiem wszystkich zachcianek jedynaka. Jeśli chodzi o sprzęt komputerowy oraz wszelkie inne nowinki techniczne, Artek, jak go czasem nazywano, zawsze był na bieżąco i dysponował niemal najlepszymi wersjami urządzeń.


Młodzieniec był piękny tudzież sympatyczny, i choć nie mógł narzekać na brak towarzystwa w realu, stał się przede wszystkim królem portali społecznościowych, na których, prawie bez przerwy, pojawiały się coraz to nowe odsłony Artura. Wpisy pod selfie: „Ja w nowej fryzurze”, „Ja jedzący marchewkę” czy „Ja w drodze do kina” nie należały może dla najbardziej wyrafinowanych, ale pozwalały zebrać ukochane przez Artka lajki. Na widok polubień, serduszek czy komentarzy zawierających komplementy, Artur popadał w euforię, która jednak szybko mijała. Chłopak uruchamiał więc machinę od nowa, okraszając Facebook, Instagram, Twitter czy Snapchat kolejnymi fociami.


Pewnego dnia w końcu przesadził i zupełnie utracił kontakt z rzeczywistością. Nie będę budowała dramatyzmu, pisząc, że przyjechało po niego czterech dobrze zbudowanych sanitariuszy w białych kitlach, którzy przywieźli sweterek z długim rękawkiem i zabrali Artka nie wiadomo dokąd. Nie, nie. Ale diagnoza była nie do podważania, a leczenie uzależnienia należało połączyć wpierw z ograniczeniem, a potem z pełną abstynencją.

Artur umarł dla wirtualnego świata. Jego profile na portalach społecznościowych również przestały żyć, a odejście młodzieńca odbiło się smutnym echem w całej krainie internetu. Nic nie mogło wypełnić pustki po nieszczęśniku.


I wtedy to, nie wiedzieć czemu. Czy to za sprawą wirtualnych bogów, czy może profilu, który zaczął żyć swoim życiem, pojawił się na tablicy Artura nowy wpis ze zdjęciem. Usuwany nieustannie powracał, aż w końcu został na stałe…, a nawet zainstalował się sam jako tapeta. Być może ku przestrodze.


Zresztą zobaczcie zdjęcie...

To przydarzyło się naprawdę… Tryptyk plotkarski

Wiele lat temu, oglądając animowane historyjki Freaky Stories (Niesamowite opowiastki), doszłam do wniosku, że już dawno nie miałam do czynienia z tak zajmującymi kreskówkami o fabule oscylującej między thrillerem, horrorem, weryzmem i skatologią. W dodatku to wszystko przydarzyło się naprawdę, jak zapowiadał narrator na początku każdego odcinka. Pod wpływem tej oraz innej kreskówki Oto Szadoki, kończącej się niezmiennie tą samą frazą: „I to by było na tyle”, postanowiłam spróbować swoich sił w tworzeniu opowiastek, może i trochę niesamowitych, ale jednak zakorzenionych w życiu, a konkretnie w życiu moich krewnych i przyjaciół. Cierpliwych zapraszam do lektury.

Kto zapłodnił listonoszkę?

To wydarzyło się naprawdę, a przynajmniej tak utrzymywała sąsiadka mojej koleżanki, z którą dawno temu chodziłam do szkoły. Pewna listonoszka z małej miejscowości Niwki zabiła swojego męża. Nikt nie wie, w jaki sposób pozbawiła go życia i dlaczego to umknęło uwadze organów ścigania, ale zamordowała biedaka z zimną krwią i odcięła mu… przyrodzenie. Co zrobiła z resztą, też nie ustalono.

Nie była to bynajmniej krwawa zemsta za lata małżeńskich upokorzeń, lecz niczym niewytłumaczalna chęć obcowania z mężem (a właściwie jego częścią) bez udziału zainteresowanego. Nie wiem, skąd o tym wiedziała sąsiadka mojej koleżanki, ale listonoszka codziennie podobno odbywała swoisty akt płciowy z członkiem nieżyjącego współmałżonka i trwało to jakiś czas. Moim skromnym zdaniem ˗ zbyt długi, niż by na to pozwoliły prawa natury odpowiedzialne za rozkład martwego ciała.

Pewnego dnia okazało się, że listonoszka zaszła w ciążę. Sąsiadka koleżanki twierdziła, że ojcem dziecka jest pewien podglądacz, który, obserwując z ukrycia poczynania listonoszki, podłożył pewnego dnia swojego „ptaszka” w miejsce tego martwego i zapłodnił niczego nieświadomą kobietę. Jako to zrobił? Próbowano ustalić. Zdaje się, że w stosownym momencie położył się pod łóżkiem, na którym listonoszka uprawiała swój zdrożny proceder. To więc przydarzyło się naprawdę… Sąsiadka koleżanki była przekonana w stu procentach.


Według mnie prawdopodobieństwo zdarzenia w skali 1 do 10 wynosi 0


A mogło to wyglądać tak:


Krystyna pracowała jako listonoszka w małej wiosce w województwie kaliskim, obecnie wielkopolskim. Codziennie sumiennie roznosiła listy i lubiano ją, jak to ludzi, którym się w życiu nie powiodło. Krystyna bowiem była kobietą samotną — nie panną, nie wdową i bardzo długo nawet nie rozwódką. Mąż Krystyny — murarz lekkoduch wyjechał pod koniec lat osiemdziesiątych do Niemiec, gdzie miał przysłowiowe większe szanse w dorobieniu się mimo pracy na czarno i podłych warunków chwilowej egzystencji w Reichu. Niestety, robiąc zakupy w jednym z niemieckich dyskontów, poznał samotną acz ponętną kasjerkę, wprowadził się do niej, a po pewnym czasie przysłał Krystynie papiery rozwodowe i to był koniec ich małżeństwa.

Oczywiście listonoszka nie chwaliła się na prawo i lewo swoją sytuacją, znosiła godnie status kobiety porzuconej bez informowania nikogo, dlaczego jej mąż nie wrócił z Niemiec do małego wielkopolskiego sioła. Może nie chciała być jeszcze bardziej lubiana. Miejscowa ludność, żyjąc w dręczącej do granic wytrzymałości niewiedzy, spekulowała na temat rzekomego losu męża Krystyny. Podobno Wojtek Podeszwiak, wychodząc wieczorem od swojego szwagra, widział jak dawniejszy gastarbeiter wracał z wielką walizą do domu, w którym musiał zostać niechybnie zgładzony i pozbawiony walizkowych dóbr. W świetle innych lokalnych plotek mąż Krystyny umarł na polu szparagów w wyniku zawału serca, a że sprowadzenie ciała do Polski jest zbyt kosztowne, po prostu został pochowany bez zbędnych ceregieli w przygranicznym niemieckim miasteczku. Starsze panie zaczęły nawet spoglądać ze zgorszeniem na listonoszkę, jednak później wszystko wróciło do normy, a Krystyna zainstalowała się w miejscowej społeczności jako ni to panna, ni to wdowa.

Skandal wybuchł, gdy okazało się, że listonoszce rośnie brzuch ˗ i nie były to zwały tłuszczu przybywające na skutek jedzenia zbyt dużej ilości crossiantów. To dopiero!!!


W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, droga Felu, spadło na mnie wielkie nieszczęście z powodu mojego syna Marysia. Po śmierci swojej zachowywał się przecież po bożemu, dbał o gospodarkę, do kościoła chodził, raz po raz popił sobie z chłopami, ale to wszystko. A teraz co, chce się żenić. Nie chodzi mi o to, że chce mieć nową kobietę, ale myślałam, że to będzie ktoś od nas, na przykład Mania Kubalowa, co to jej chłop dwa lata temu wpadł pod samochód. Dziecków nie ma swoich, ładna, rarytna i z gospodarką, którą by można przyłączyć do naszej. A tak się kielcała do Marysia, to sobie myślałam, że już niedługo coś będzie. A tu, Felu, okazuje się, że Maryś chce się żenić z inną i to z tą listonoszką z Niwek. O niej to różnie powiedają, że męża zabiła. Ślubu w kościele nie będzie, bo pono jednak rozwódka. Tak coś czułam po kościach, jak Maryś zapisał się na tę gazetę o gospodarstwie. Nie wiem, jak ona się nazywa, ale zamiast kupować w mieście postanowił zrobić tak, żeby mu co miesiąc przynosiła poczta do domu. Potem widziałam, że kupił sobie perfum, taki dla mężczyzn, i że z tą listonoszką coś zbyt długo zagadywał przy płocie. Gdybym ja wtedy wiedziała.., a teraz co… Od mała do wiela i trzeba wesela. Tak to, moja Felu, jest. Cała radość z tego, że będzie dziecko, a i może z niej, to znaczy z Krysi listonoszki, nie taki diabeł straszny, no i skoro pierwszego chłopa ma za granicą, to tak jakby krewnego (…)

*

W sobotę 25 stycznia 1992 roku odbył się w USC, przy urzędzie gminy w Sośniach, ślub Krystyny Nowaczyk z Niwek Książęcych i Mariana Kubicy z Chojnika. Panna młoda była już bardzo gruba.

Ale, tak naprawdę, nie wiem, czy mogłoby to tak wyglądać, bo jak wspomniałam wcześniej sąsiadka mojej koleżanki twierdziła, że sprawa wyglądała zupełnie inaczej…

Mów mi, wuju!

To zdarzyło się naprawdę, jak powiedziała mi babcia, której przyjaciółka Janka Owczarkówna zrobiła nietypową karierę małżeńską. Imiona i nazwiska zmieniam, ale nie one przecież są w tym przypadku najważniejsze.


Józef Badziak z Klonowej był dość zamożnym gospodarzem. Znał się na murarce i stolarce, toteż i dom niezły sobie sprawił. Nie wiodło mu się w życiu źle, jednak nie zaznał zbytnio szczęścia osobistego. Jeszcze przed wielką wojną żona go obumarła, a że dzieci nie mieli, żył Badziak sam jak ten palec. Około 1937 roku Józek dobiegał sześćdziesiątki i bardzo mu się ckniło samemu w wielkim solidnie zbudowanym domu. Postanowił w końcu się ożenić. Wybór padł na młodą dziewczynę Jankę, która, jak zwykło się mówić, nie miała grosza przy duszy. A pamiętać trzeba, że wielu ludzi wówczas żyło na wsi w wielkiej nędzy. Janka po śmierci ojca klepała wraz z matką i siostrą straszną biedę, a inna dziewczynka — moja babcia — straciwszy rodziców i stabilizację finansową, musiała już jako dziecko pójść na służbę i pracować u bogatszych gospodarzy.

— Idę za mąż, Zosiu — powiedziała kiedyś do mojej wówczas siedemnastoletniej babci jej koleżanka.

— Za kogo?

— A za Badziaka z Klonowej.

— Badziaka? Ale on jest ze czterdzieści lat od ciebie starszy.

— Prawda, ale gospodarny, dobry i…

— Duże pieniądze ma — dopowiedziała moja babcia, która, od kiedy pamiętam, lubiła nazywać rzeczy po imieniu. –Ano, niech ci się szczęści. Ale nie zapomnisz o mnie, Janka?

— No co ty, Zosia… Ja wciąż pamiętam, jaka ty dla mnie dobra byłaś, gdy tata pomarł…

Nie wiem, o czym jeszcze wtedy rozmawiały, ale rzeczywiście wkrótce Janka poślubiła Badziaka i zamieszkała w Klonowej, a moja babcia została w Leliwie.

Minął jakiś czas i babcia odwiedziła Jankę. Koleżanka była szczęśliwa, dom zadbany i tak obszerny, że nastolatki mogły biegać po nim jak małe dziewczynki, co też zresztą czyniły. Biegały, śmiały się, bawiły w chowanego… Moja babcia właśnie tę zabawę wspominała całe życie. Zupełnie nie wyglądało na to, że jedna z nich jest już żoną statecznego mężczyzny. Wieczorem Józef wrócił do domu, zjadł kolację, a że zmęczony był po pracy, udał się na spoczynek. Zanim jednak to nastąpiło, Janka w obecności mojej babci zadała mu pytanie.

— Wuja, mogę ci dziś pościelić na górze? A ja tu zostanę z Zosią, dobrze?

Badziak kiwnął głową na zgodę, a Janka poszła przygotować mu posłanie.

Dopiero gdy kobiety zostały same w pokoju, babcia ośmieliła się zapytać:

— Janka, dlaczego ty mówisz do swojego męża „wuja”?

Wtedy Janka wyjaśniła przyjaciółce całą sytuację. Otóż zaraz po ślubie Badziak usłyszawszy, iż Janka nazywa go ze zbyt dużą swobodą „Józkiem”, zasępił się i rzekł:

— Ty nie możesz do mnie się tak zwracać, Janka. Jestem od ciebie sporo starszy i to po prostu nie wypada.

— To jak mam mówić do męża? — zmartwiła się Badziakowa.

Myśleli długo oboje i uradzili, że Janka będzie mówić do Badziaka „wuju”, czy jak to jest częściej spotykane w Wielkopolsce „wuja”.

To wydarzyło się naprawdę, tak przynajmniej utrzymywała moja babcia i dodam, że małżeństwo Janki z Badziakiem uważano za bardzo zgodne i szczęśliwe. Po jego śmierci wdowa nie wyszła już powtórnie za mąż.


Prawdopodobieństwo wydarzenia w skali 1 do 10 wynosi 9.


A gdyby było tak?


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 29.78
drukowana A5
Kolorowa
za 52.64