Dla każdego, kto ma odwagę postawić pierwszy krok na drodze do zmiany. Niech to, co dziś Cię zatrzymuje, będzie tylko krótkim przystankiem, a nie końcem podróży.
Dziękuję, że chcesz zmienić swój świat — bo zmieniając siebie, tworzymy lepszą przyszłość dla naszych dzieci i kolejnych pokoleń.
Beata L. Wasilewicz
Dlaczego powstała ta książka?
Nie napisałam tej książki z perspektywy kogoś, u kogo wszystko układało się idealnie. Napisałam ją w momencie głębokiego przełomu — kiedy zrozumiałam, że to, co tak bardzo mnie przytłaczało, wcale nie należało do mnie. Bo moje życie było pełne przekonań, które dźwigałam jak własne, choć nigdy nimi nie były.
„Muszę starać się bardziej”
„Nie mogę zawieść”
„Pieniądze przychodzą z trudem”
„Najpierw inni, potem ja”
„Co ludzie powiedzą?”
Znasz to?
Ja też znałam to aż za dobrze.
Przez długi czas myślałam, że tak po prostu wygląda życie.
Że to nieustanny wysiłek, że trzeba ciągle się spinać, zasługiwać i udowadniać swoją wartość.
Aż w końcu dostrzegłam coś, co wcześniej mi umykało:
większość tych przekonań po prostu nam przekazano poprzez rodzinę, system, trudne doświadczenia i lęki innych ludzi.
A my… po prostu je przejęliśmy.
Bez pytań.
Bez zgody.
Bez świadomości.
Ta książka powstała, bo widzę to każdego dnia w ludziach.
W ich zmęczeniu.
W ich blokadach.
W potencjale ukrytym za ścianą jednego zdania w głowie.
Jednej myśli, która szepcze: „nie dasz rady”.
A ja wiem, że dasz.
Masz w sobie tę moc.
To nie jest książka do zwykłego przeczytania.
To jest książka do przejścia.
52 tygodnie.
52 przekonania.
52 momenty prawdy.
I najważniejszej decyzji.
Bo zmiana nie zachodzi wtedy, gdy coś tylko rozumiesz.
Zmiana zaczyna się w chwili, kiedy zaczynasz wybierać inaczej.
Nie obiecuję Ci, że ta droga będzie zawsze wygodna.
Gdy zaczynasz widzieć, co nie jest Twoje, trzeba umieć to puścić.
Stary schemat.
Niewspierającą relację.
Dawny sposób myślenia o sobie.
Obiecuję Ci jednak jednak, że jeśli przejdziesz tę drogę w zgodzie ze sobą, wrócisz do własnej prawdy.
Do miejsca, w którym nie musisz już z niczym walczyć, by poczuć, że jesteś wystarczająca.
Ta książka narodziła się z jednej myśli, która pojawiła się we mnie niezwykle wyraźnie:
To nie należy do Ciebie.
I jeśli coś w Tobie właśnie zareagowało —
to znak, że jesteś dokładnie tam, gdzie powinieneś być.
Jak pracować z tą książką
To nie jest książka do „czytania”. To jest narzędzie do zmiany.
Jeśli podejdziesz do niej jak do zwykłej lektury — nic się nie wydarzy. Jeśli wejdziesz w nią świadomie — zacznie pracować razem z Tobą.
Jak z nią pracować, żeby naprawdę zadziałała?
Możesz iść po kolei — tydzień po tygodniu, przekonanie po przekonaniu. To droga uporządkowana, która buduje w Tobie stabilność i poczucie prowadzenia.
Ale możesz też otworzyć ją intuicyjnie — na tym miejscu, które Cię woła. To droga serca. I ona zawsze wie, od czego zacząć.
Obie są dobre. Wybierz tę, która na ten moment jest Twoja.
Przygotuj swoją przestrzeń.
Weź zeszyt. Nie byle jaki. Taki, do którego chcesz wracać.
Weź długopis, który dobrze leży w dłoni. Możesz dodać zakreślacze, kredki — cokolwiek sprawi, że ten proces stanie się Twój.
To ważne, bo ta książka nie kończy się na czytaniu. Ona zaczyna się wtedy, kiedy Ty zaczynasz pisać.
Nie dziel się tym z innymi.
To, co tu odkryjesz, jest surowe. Prawdziwe. Czasem niewygodne.
Twoje przekonania są Twoje. Powstały z Twojej historii, Twoich doświadczeń, Twoich emocji.
Daj im bezpieczną przestrzeń. Zeszyt jest Twoim lustrem — tam możesz być w pełni szczera.
Jeśli poczujesz potrzebę podzielenia się — zrób to świadomie, ale nie oddawaj tego procesu na zewnątrz zbyt szybko. Najpierw pozwól mu się wydarzyć w Tobie.
Dlaczego ta książka ma konkretny schemat?
Bo transformacja potrzebuje struktury.
Każdy rozdział jest zaprojektowany jak proces:
To jest całość. Nie pomijaj elementów.
Jeśli poczujesz potrzebę podzielenia się — zrób to świadomie, ale nie oddawaj tego procesu na zewnątrz zbyt szybko. Najpierw pozwól mu się wydarzyć w Tobie.
Dlaczego ta książka ma konkretny schemat?
Bo transformacja potrzebuje struktury.
Każdy rozdział jest zaprojektowany jak proces:
Motto — otwiera pole. To zdanie, które ustawia Twoją uwagę i kierunek.
Tekst — pomaga Ci zobaczyć przekonanie. Nazwać je. Zrozumieć, skąd jest i jak działa.
Afirmacje — to nowe kody. Wprowadzasz nimi inną informację do swojego systemu.
Ćwiczenie — tu zaczyna się prawdziwa zmiana. To moment, w którym wychodzisz z głowy i wchodzisz w doświadczenie.
Mandala — to nie jest ozdoba. To praca z ciałem i układem nerwowym. Kolorując, regulujesz się, integrujesz i pozwalasz, żeby zmiana zeszła głębiej.
To jest całość. Nie pomijaj elementów. Cudownego życia i zmian.
Tydzień 1. „Jest za dobrze… zaraz coś się wydarzy”
„Największym podstępem Twojego układu nerwowego nie jest to, że ostrzega Cię przed prawdziwym niebezpieczeństwem. Największym podstępem jest wmawianie Ci, że spokój to cisza przed burzą.”
Znasz ten moment?
Jest spokojnie. Sobota, kawa smakuje doskonale, w relacji bez dramatu, na koncie się zgadza, nic nie płonie, nikt niczego od Ciebie nie chce. Jest lekko… może nawet naprawdę dobrze. I nagle — bęc! Znikąd odpala się w środku dziwne, gęste napięcie. Ściska żołądek, kark twardnieje, a w głowie rusza znany, złowrogi cichy lektor: „Podejrzane to…” „Nie ciesz się tak, bo zapeszysz.” „Nie może być tak dobrze. Za chwilę stanie się coś złego.”
I zanim się zorientujesz, zamiast rozgościć się w tym pięknym stanie, Twoje ciało wrzuca pełny bieg bojowy i zaczyna przygotowywać się na katastrofę. Znasz to? To nie jest żadna Twoja „magiczna intuicja”. To jest po prostu wyuczony, przestarzały alarm. Ten program rodzi się z kilku przyczyn:
Jeśli w Twoim rodzinnym domu spokój był tylko krótkim zawieszeniem broni przed kolejną kłótnią, cichymi dniami albo wybuchem napięcia, Twój układ nerwowy zapamiętał równanie: Spokój = cisza przed burzą.
Strach jako nasze „Dobro Narodowe: Przejrzałaś nasz narodowy zestaw przestróg? „Jak się za dużo śmiejesz, to będziesz płakać”, „Los bywa przewrotny”, „Jak jest dobrze, to długo nie potrwa”. To echo pokoleń, które nie miały prawa do stabilności, więc szlifowały czujność jak oręż przetrwania.
Przekonania, że ludziom to nie należy ufać: Jeśli w głębi duszy wciąż wierzysz, że wartość człowieka mierzy się ciężkim trudem, to czyste dobro i bezwysiłkowość zaczynają być… podejrzane. Bo nie pasują do znanego schematu.
I tu dochodzimy do sedna: Twoje ciało po prostu nie ufa spokojowi. Zostałaś wręcz uzależniona od napięcia. Napięcie jest znajome, bezpieczne w swej przewidywalności, znane na wylot. A spokój? Spokój jest obcy, nieznany, a więc w oczach Twojego mózgu — skrajnie niebezpieczny. Dlatego kiedy w Twoim życiu pojawia się dobro, z automatu zaczynasz szukać dziury w całym, wyprzedzać katastrofę albo podświadomie ją kreować (poprzez wywołanie sporu, wzięcie na siebie za dużo pracy czy podjęcie decyzji z lęku). Prawdziwe ukryte przekonanie, które Ci towarzyszy, brzmi: „Nie jestem bezpieczna, kiedy jest dobrze.”
I to jest moment, który zmienia wszystko: To nie rzeczywistość szykuje na Ciebie pułapkę. To Twój układ nerwowy odgrywa stary, wyuczony skrypt. Dobro nie jest zagrożeniem. Lekkość nie oznacza, że za sekundę zawali się świat. Mamy czas na nowy kod: „Mogę mieć dobrze i to może trwać.”
Afirmacje:
Jestem bezpieczna, kiedy w moim życiu jest spokojnie.
Pozwalam sobie przyjmować i czuć dobro bez poszukiwania napięcia.
Nie muszę ciągle czekać na katastrofę, by czuć, że żyję.
Moje ciało powoli, w swoim tempie, uczy się spokoju.
Dobro może być moim stałym stanem, a nie tylko chwilową przerwą od trudu.
Wybieram głębokie zaufanie zamiast ciągłej, wycieńczającej czujności.
Ćwiczenie na ten tydzień: Oswajanie „za dobrze”
To nie jest ćwiczenie na walkę ze sobą. To jest ćwiczenie na rozszerzanie Twojej pojemności na przyjmowanie dobra.
Krok 1: Złap moment dobra Gdy poczujesz chwile spokoju, radości lub lekkości — zatrzymaj się na sekundę.
Krok 2: Nazwij automatyczną reakcję Gdy złapiesz myśl: „zaraz coś się pociągnie w dół” albo „to się nie utrzyma”, nie walcz z nią. Uśmiechnij się do niej w duchu i powiedz sobie łagodnie: „To jest tylko stary program przetrwania. To nie jestem ja.”
Krok 3: Zostań w dobru (kluczowy moment) Zamiast uciekać w zadania, telefon czy generowanie problemów — zostań w tym przyjemnym stanie przez 30 sekund. Potem przez minutę. Oddychaj wolno i powtarzaj w duchu: „Mogę tu bezpiecznie zostać.”
Krok 4: Zmień sygnał w ciele Połóż dłoń na klatce piersiowej lub brzuchu. Początkowe napięcie w ciele to znak, że stary program się rozbraja. Zrób powolny wydech i powiedz do siebie: „Bezpiecznie jest, kiedy jest po prostu dobrze.”
Mini-przełamanie schematu (na dziś): Zrób dziś jedną drobną rzecz, która jest dla Ciebie wyłącznie przyjemna — i obiecaj sobie, że nie będziesz jej psuć analizowaniem. Nie szukaj ukrytego „ale”. Po prostu w tym bądź.
Tydzień 2. „To tylko przypadek”
„Dopóki twierdzisz, że Ci się „udało” nie musisz brać odpowiedzialności za to, jak bardzo jesteś zdolna, wykształcona i wybitna w tym, co robisz.”
Przez długi czas żyłam w przekonaniu, że wszystko, co dobre w moim życiu… po prostu mi się udało.
Że to fart. Szczęście. Splot okoliczności.
Bo przecież to niemożliwe, żeby mi — takiej zwykłej Beatce — naprawdę się coś udało.
I tak właśnie działa to przekonanie.
Cokolwiek osiągasz, nie przypisujesz tego sobie. Odbierasz sobie sprawczość. Odbierasz sobie moc.
Mówisz: „udało się”.
A w tym jednym zdaniu chowasz całą swoją pracę, wysiłek, łzy, decyzje, odwagę i wytrwałość.
„Udało się” brzmi niewinnie. Ale tak naprawdę jest jednym z najcichszych sposobów, w jaki umniejszamy sobie.
Bo kiedy coś się „udaje” — to znaczy, że nie masz z tym nic wspólnego. Że to nie Twoja zasługa. Że to mogło się wydarzyć komukolwiek.
A to nie jest prawda.
Pamiętam moment, który bardzo mną wstrząsnął.
Moja koleżanka kiedyś chciała spotkać się ze mną na kawę. Nie miałam wtedy czasu. Byłam w środku pracy, szkoleń, zobowiązań. Budowałam swoje życie kawałek po kawałku.
Minęły trzy lata.
Zobaczyła moje zdjęcie na Facebooku i powiedziała: „Ale ci się udało. Też bym tak chciała.”
I przez chwilę… uwierzyłam.
Pomyślałam: „Wow. Udało mi się.”
Ale to nie była prawda. To mi się nie udało. Ja to stworzyłam.
Wszystko, co mam w swoim życiu, jest efektem moich decyzji. Mojej pracy. Mojej energii. Moich wyborów, kiedy było trudno. Moich kroków, nawet wtedy, kiedy się bałam.
To nie był przypadek. To byłam ja.
I dokładnie tak samo jest z Tobą.
Jeśli jesteś dobrą mamą — to nie dlatego, że „ci się udało”. To dlatego, że każdego dnia wybierasz obecność, cierpliwość i miłość.
Jeśli budujesz relację — to nie dlatego, że masz szczęście. To dlatego, że wkładasz w nią uwagę, serce i gotowość do wzrastania.
Jeśli coś osiągnęłaś — to nie wydarzyło się samo.
To wydarzyło się przez Ciebie.
To przekonanie odbiera nam prawo do bycia dumą z siebie. Do uznania swojej drogi. Do zobaczenia własnej wartości.
A bez tego… zawsze będziemy się czuły „trochę za małe” na własne życie.
Dlatego dziś zapraszam Cię do zatrzymania się i zobaczenia prawdy. To nie był przypadek. To nie był fart. To nie był splot zdarzeń. To byłaś Ty.
Afirmacje:
To, co tworzę w swoim życiu, jest wynikiem moich decyzji i mojej energii.
Uznaję swoją pracę, swój wysiłek i swoją drogę.
Pozwalam sobie widzieć swoją wartość i swoje osiągnięcia.
Nie umniejszam sobie — stoję w prawdzie o sobie.
Jestem twórczynią swojego życia.
Ćwiczenie — odzyskanie sprawczości
Weź zeszyt i odpowiedz na pytania:
1.W jakich sytuacjach mówię „udało mi się”?
2.Co tak naprawdę zrobiłam, żeby to się wydarzyło? (konkrety)
3.Jakie decyzje podjęłam, które mnie do tego doprowadziły?
4.Ile pracy, energii i odwagi w to włożyłam?
Na koniec napisz jedno zdanie:
To nie był przypadek. To było moje.
Poczuj to.
Nie w głowie. W ciele.
I zobacz, jak zmienia się Twoja energia.
Tydzień 3. „Nieszczęścia chodzą parami”
To, na czym skupiam uwagę, rośnie. Wybieram widzieć więcej światła niż strachu.
Jest takie zdanie, które wielu z nas nosi w sobie jak cichy, zakodowany w tle program: „Nieszczęścia chodzą parami.”
Niby zwykłe przysłowie. Niby ludowa mądrość rzucona od niechcenia przy kawie. A jednak to jedno zdanie potrafi całkowicie przestawić optykę, przez którą Twój mózg filtrować będzie całą otaczającą Cię rzeczywistość.
Bo kiedy wydarzy się coś trudnego, nieprzyjemnego albo wybijającego z rytmu — stłuczona szklanka, spóźniony pociąg, chłodniejsza wiadomość od kogoś bliskiego — Twój umysł nie traktuje tego jako odosobnionego incydentu. Nie mówi: „Cóż, wydarzenia mają charakter losowy, to po prostu pojedyncza sytuacja”.
Twój układ nerwowy odpalając ten stary skrypt, natychmiast wyje alarmem: „Uważaj. To dopiero początek. Przygotuj się, zaraz pociągnie za sobą resztę.”
I nagle zaczynasz czekać. Stan czujności opanowuje całe Twoje ciało. Zastygasz w napiętym oczekiwaniu na drugie „nieszczęście”, na kolejny cios, który dostarczy Ci ostatecznego dowodu na to, że świat faktycznie działa według tej czarnej reguły.
Znasz to? Ja znam to aż za dobrze.
Kiedy mój mąż wyjeżdżał w delegację, w moim ciele natychmiast odpalał się dokładnie ten sam schemat przetrwania. Zamiast ulgi, spokoju czy przestrzeni dla siebie — pojawiało się sztywne napięcie w klatce piersiowej. Zamiast zaufania do świata — hiperneurotyczna czujność.
„Ciekawe, co się teraz wydarzy…” — szeptał cichy głos w mojej głowie.
Jakby mój układ nerwowy był uzależniony od mikrodawki kortyzolu i uważał, że skoro jest „luźniej” lub bezpieczniej, to absolutnie nie wolno mi się rozluźnić. Jakby cisza nie była stanem naturalnym, a jedynie podstępną pauzą przed zbliżającym się kataklizmem.
I wiesz co? Mój mózg był w kreowaniu tego scenariusza porażająco skuteczny.
Ale to nie jest kwestia „pecha” ani „przeznaczenia”. To jest czysta neuronauka.
W Twoim mózgu działa potężna struktura zwana Siatkowatym Układem Aktywującym (RAS — Reticular Activating System). To biologiczny filtr informacyjny. Co sekundę do Twojego mózgu docierają miliony bodźców, a RAS decyduje, które z nich przepuścić do Twojej świadomości, a które całkowicie zignorować. A czym kieruje się RAS? Przepuszcza to, co uzna za ważne dla Twojego przetrwania oraz to, w co głęboko wierzysz.
Jeśli Twój umysł dostał polecenie: „Nieszczęścia chodzą parami, wypatruj drugiego”, Twój RAS staje się wyspecjalizowanym detektywem porażek.
Przestajesz zauważać, że kawa dzisiaj smakowała wyjątkowo dobrze.
Przestajesz rejestrować, że ktoś uśmiechnął się do Ciebie w sklepie.
Ignorujesz fakt, że dziesięć innych spraw poszło gładko i bez przeszkód.
Twoja uwaga włącza laserowy celownik na wszystko, co potwierdzi Twoją tezę: czerwone światło na skrzyżowaniu, rozładowana bateria w telefonie, zgubiony klucz. Mózg łączy kropki tam, gdzie nie ma żadnego obrazka, ulegając tzw. efektowi potwierdzenia. Zaczynasz zbierać dowody, budować teorie i dopisywać dramatyczne historie do zwykłego przypadkowego ciągu zdarzeń.
Co więcej, gdy tkwisz w tym stanie oczekiwania, Twój układ współczulny (odpowiedzialny za reakcję walcz lub uciekaj) nieustannie pompuje do Twojej krwi hormony stresu. Stajesz się poirytowana, zmęczona i spięta — co sprawia, że sama (często nieświadomie) zaczynasz prowokować trudne sytuacje: łatwiej wchodzisz w konflikt, podejmujesz pochopne decyzje, upuszczasz rzeczy z rąk przez spięte mięśnie. A potem mówisz z gorzką satysfakcją: „A nie mówiłam? Nieszczęścia chodzą parami!”.
To nie świat zawziął się na Ciebie. To Twój własny układ nerwowy utknął w wyuczonym pętleniu lęku, w którym przewidywanie najgorszego daje iluzję kontroli. Bo w podświadomości krąży myśl: „Jeśli pierwsza przewidzę katastrofę, to mniej zaboli, gdy nadejdzie”.
Ale jest też druga strona tego mechanizmu — i to jest najważniejsza wiadomość z obszaru neuroplastyczności mózgu: Twoje ścieżki neuronalne można wydeptać na nowo.
Ten sam RAS, który tak precyzyjnie szukał dowodów na „drugie nieszczęście”, może z równą precyzją zacząć szukać dowodów na to, że świat jest sprzyjający, a sytuacje trudne są po prostu pojedynczymi zdarzeniami, które przychodzą i odchodzą.
Spokój nie polega na tym, że trudne rzeczy przestaną się dziać. Spokój polega na wyłączeniu wewnętrznego radaru, który w każdej ciszy dopatruje się zapowiedzi burzy.
Afirmacje:
Nie muszę oczekiwać najgorszego, żeby być bezpieczna.
Moje ciało może się rozluźnić.
Wybieram widzieć więcej dobra w moim życiu.
Pozwalam sobie zauważać to, co wspierające i lekkie.
Nie wszystko, co się dzieje, jest zapowiedzią czegoś złego.
Jestem bezpieczna tu i teraz.
Otwieram się na to, że może być dobrze.
Ćwiczenie: Złapanie schematu „zaraz coś się wydarzy”
Przez najbliższe 7 dni obserwuj jedną rzecz:
Kiedy tylko złapiesz się na myśli: „zaraz coś się wydarzy”, „pewnie zaraz się posypie”, „za dobrze jest, coś się stanie” — zatrzymaj się.
1. Zapisz sytuację.
2. Zapisz pierwszą myśl, która się pojawiła.
3. Zauważ, co poczuło ciało (napięcie, ścisk, przyspieszone tętno).
4. Weź 3 spokojne oddechy i powiedz do siebie:
„To stary schemat. Teraz wybieram inaczej.”
Na koniec dnia zapisz: Czy naprawdę wydarzyło się coś złego? Czy to był tylko lęk?
To ćwiczenie nie ma zmienić Cię od razu. Ma pokazać Ci prawdę.
A prawda daje wolność.
Tydzień 4. „Musisz się starać bardziej”
„Czasem problemem nie jest to, że robisz za mało. Problemem jest to, że od lat robisz za dużo, żeby zasłużyć na miłość.”
„Musisz się bardziej postarać.”
No klasyk.
Jedno zdanie, a potrafi człowieka ustawić na całe życie.
Bo niby motywujące. Niby „dla Twojego dobra”. Niby żebyś osiągnęła więcej.
Tylko że w głowie dziecka to nie brzmi:
„wierzę w Twój potencjał”
To brzmi:
„taka, jaka jesteś teraz, nie wystarczasz.”
I zaczyna się wyścig.
O uwagę. O uznanie. O miłość. O to jedno cholerne:
„jestem z Ciebie dumna.”
Tylko że ono często nigdy nie przychodzi.
Więc starasz się bardziej.
Bardziej pomagasz. Bardziej ogarniasz. Bardziej się poświęcasz. Bardziej udowadniasz.
I nawet odpoczywać nie umiesz, bo w głowie od razu:
„mogłabyś zrobić więcej”
Znasz to?
Siedzisz wieczorem i zamiast być z siebie dumna, myślisz: — mogłam lepiej — mogłam szybciej — mogłam więcej — inni dają radę
No jasne. Bo przecież od dziecka uczono Cię, że wartość = wysiłek.
A najlepiej jeszcze cierpienie.
Jak zmęczona, to dobra. Jak zajechana to pracowita. Jak padniesz na twarz, to znaczy, że się starałaś.
No świetny system.
I potem dziwisz się, że:
— nie umiesz odpuszczać
— ciągle jesteś spięta
— masz poczucie winy, kiedy odpoczywasz
— nie potrafisz po prostu być i cieszyć się chwilą
Bo w Tobie siedzi mała dziewczynka, która ciągle próbuje zasłużyć.
Na uwagę. Na miłość. Na pochwałę. I wiesz, co jest najbardziej smutne?
Że nawet kiedy już coś osiągasz… to nie umiesz się tym nacieszyć.
Bo zaraz pojawia się:
„okej, ale co dalej?”
Nigdy dość. Nigdy wystarczająco.
Nigdy nie można usiąść i powiedzieć:
„dobra, zrobiłam kawał roboty.”
Ja bardzo długo żyłam dokładnie tak.
Ciągle coś udowadniałam.
Że dam radę. Że jestem mądra. Że jestem silna. Że zasługuję.
I wiesz, co odkryłam po latach?
Że człowiek zmęczony ciągłym udowadnianiem…
w pewnym momencie już nawet nie wie, kim jest naprawdę.
Wie tylko, jak działać.
A przecież Ty nie przyszłaś tu tylko po to, żeby całe życie zasługiwać.
Nie jesteś koniem w wyścigu.
Nie musisz ciągle biec.
I teraz powiem Ci coś, czego być może nigdy nie usłyszałaś:
Nie musisz się bardziej starać, żeby być wartościowa.
Naprawdę.
Możesz:
— odpocząć
— czegoś nie wiedzieć
— zrobić coś niedoskonale
— odpuścić
— powiedzieć „nie mam siły”
I świat się nie zawali.
Bo Twoja wartość nie rośnie od ilości zmęczenia. Nikt Ci nie da medalu za padnięcie na twarz. A dlaczego? Bo nie ma takich zawodów. I nikt Cię o to nie prosił.
Afirmacje:
Nie muszę zasługiwać na swoją wartość.
Pozwalam sobie być wystarczającą bez ciągłego udowadniania.
Mogę odpoczywać bez poczucia winy.
Nie muszę być perfekcyjna, aby być kochana.
Moja wartość nie zależy od osiągnięć.
Pozwalam sobie odpuścić presję.
Jestem ważna także wtedy, gdy niczego nie udowadniam.
Ćwiczenie:
Dzisiaj zatrzymaj się choć na chwilę i zauważ:
W którym momencie automatycznie myślisz:
„muszę bardziej się postarać”?
Może: — przy pracy — przy dzieciach — w związku — podczas odpoczynku — kiedy prosisz o pomoc
Zapisz to.
A potem zrób coś bardzo niewygodnego.
Nie poprawiaj czegoś po raz dziesiąty. Nie bierz kolejnego obowiązku. Nie udowadniaj.
I obserwuj, co się dzieje w ciele.
Czy pojawia się napięcie?
Lęk?
Poczucie winy?
To właśnie ten stary program.
Oddychaj do niego i powiedz:
„Nie muszę już walczyć o swoją wartość.”
Na koniec dnia zapisz:
— gdzie dziś odpuściłaś — co poczułaś — co się wydarzyło, kiedy nie próbowałaś być „bardziej”
I może pierwszy raz od dawna zobaczysz, że nie musisz ciągle biec, żeby zasługiwać na miejsce w tym świecie.
Tydzień 5. „Nie potrafię podjąć decyzji”
„Kiedy całe życie uczą Cię słuchać innych, przestajesz słyszeć siebie.”
„Nie wiem.” „Jak uważasz?”„Wybierz Ty.” „Mi obojętnie.”
Brzmi znajomo?
Bo ja przez pół życia myślałam, że po prostu jestem niezdecydowana.
A prawda była dużo głębsza.
Ja nie byłam niezdecydowana. Ja byłam odłączona od siebie.
Bo kiedy od dziecka słyszysz: — „nie przesadzaj” — „ja wiem lepiej” — „daj, ja to zrobię” — „nie wymyślaj” — „zostaw, źle wybierzesz” to po jakimś czasie przestajesz sobie ufać.
I zaczynasz oddawać decyzje innym.
Grzecznie. Po cichu. Żeby nie popełnić błędu.
Bo przecież:
„jak wybiorę źle, to będzie moja wina.”
A tego lęku było za dużo.
Więc łatwiej było pytać innych: — co zrobić — co wybrać — co wypada — co będzie „lepsze”
I wiesz, co jest najgorsze?
Że człowiek tak bardzo przyzwyczaja się do życia pod cudze decyzje, że po czasie już nawet nie wie:
„a czego JA właściwie chcę?”
Nagle wybór restauracji urasta do rangi egzaminu państwowego.
Kupienie butów? Godzina analiz.
Wysłanie wiadomości? Piętnaście razy przeczytane (i odłożone na dwa dni, a potem jeszcze „a może źle?”)
No witamy w piekle nadmiernego analizowania.
I teraz ważna rzecz.
To nie jest brak inteligencji. To często jest efekt życia w ciągłym ocenianiu.
Bo kiedy za błędy była kara, wstyd albo krytyka… to decyzja przestaje być czymś naturalnym. Staje się zagrożeniem.
Ja długo żyłam w przekonaniu, że inni wiedzą lepiej ode mnie.
Serio.
Pytałam ludzi o zdanie w sprawach, które moje ciało znało od razu.
Tylko że głowa była głośniejsza: „a co jeśli się pomylisz?”
I powiem Ci coś ważnego: Pomyłka to nie tragedia.
To doświadczenie.
Ale jeśli nigdy nie podejmujesz decyzji sama to nigdy naprawdę nie budujesz siebie.
Bo każda decyzja, nawet zła, mówi Twojemu układowi nerwowemu: „hej, poradzisz sobie.”
I jeszcze jedno.
Często osoby, które mają ogromny problem z decyzjami, były „grzecznymi dziećmi”.
Takimi, które: nie chciały robić problemu; dostosowywały się; zgadzały się na wszystko; były chwalone za bycie wygodnymi.
Tylko że grzeczność bardzo często była po prostu: strachem przed odrzuceniem.
I nagle dorosła kobieta stoi w sklepie i nie wie, jaki jogurt kupić…
a pod spodem siedzi mała dziewczynka, która panicznie boi się wybrać źle.
Brzmi absurdalnie? Może trochę. Ale właśnie tak działają przekonania.
Dlatego dzisiaj chcę Ci powiedzieć coś, czego może nikt wcześniej Ci nie powiedział:
Masz prawo wybierać. Nawet jeśli czasem się pomylisz. Nawet jeśli ktoś się z Tobą nie zgodzi. Nawet jeśli nie wszystkim będzie wygodnie.
Bo życie pod cudze decyzje jest dużo bardziej bolesne niż własna pomyłka.
Afirmacje:
Ufam sobie i swoim decyzjom.
Mam prawo wybierać po swojemu.
Moje potrzeby i zdanie są ważne.
Nie muszę być perfekcyjna, aby podejmować dobre decyzje.
Pozwalam sobie uczyć się poprzez doświadczenie.
Jestem bezpieczna, nawet kiedy popełniam błędy.
Słyszę siebie coraz wyraźniej.
Ćwiczenie
Dzisiaj podejmij jedną małą decyzję całkowicie sama.
Bez pytania innych. Bez ankiety w głowie. Bez analizowania przez trzy godziny.
Może: — wybierzesz coś do ubrania — zdecydujesz, gdzie zjeść — odmówisz czegoś — kupisz coś, co naprawdę Ci się podoba — powiesz, czego chcesz
I obserwuj ciało.
Czy pojawia się: — napięcie? — lęk? — potrzeba upewnienia się? — chęć zapytania kogoś o zgodę?
To stary program.
Oddychaj i powiedz sobie:
„Mogę wybierać. Uczę się ufać sobie.”
Na koniec dnia zapisz:
— jaką decyzję podjęłaś — co czułaś przed — co wydarzyło się po
I zobaczysz coś ważnego.
Bardzo możliwe, że świat się nie zawalił.
A Ty zrobiłaś pierwszy krok do życia po swojemu.
Tydzień 6. „Trzeba ciężko pracować, żeby zarabiać pieniądze”
„Czasem najtrudniejszą pracą, jaką masz do wykonania, nie jest zarabianie pieniędzy. Najtrudniejsze jest uwierzenie, że możesz mieć w życiu lżej i wciąż zasługiwać na dobre życie.”
„Trzeba ciężko pracować, żeby do czegoś dojść.” No klasyk. Druga święta zasada naszych domów. Wydrukowana w nas tak głęboko, że niemal czujemy ją w kościach.
Bo przecież od dziecka widziałaś ten wzorzec. Rodziców wracających z pracy z ołowianymi stopami. Męczeństwo na twarzach. I to dumne, choć wycieńczone westchnienie: „Narobiłam się dzisiaj”.
Więc w Twojej głowie powstało proste równanie: Wartość pieniądza = Rozmiar Twojego cierpienia.
Zaczęłaś wierzyć, że tylko te pieniądze, które okupisz potem, łzami i skrajnym wyczerpaniem, są „uczciwe”. Że na nie naprawdę „zapracowałaś”.
A te, które mogłyby przyjść łatwo? Z lekkością? Z pasji? Ooo, nie. Tu od razu włącza się czerwona lampka. „To podejrzane.” „Za piękne, żeby było prawdziwe.” „Pewnie zaraz się skończy.”
Więc co robisz? Podświadomie sabotujesz każdy przejaw lekkości. Wybierasz najtrudniejszą drogę. Dokładasz sobie obowiązków. Sama tworzysz problemy tam, gdzie ich nie ma, żeby tylko móc na koniec dnia powiedzieć: „Uff, ale jestem zmęczona. Teraz mogę przyjąć zapłatę”.
Znasz to? Dostajesz przelew za coś, co przyszło Ci bez trudu, a w brzuchu zamiast radości pojawia się dziwne ściśnięcie? Poczucie winy, jakbyś kogoś oszukała? No jasne. Bo przecież „nie cierpiałaś wystarczająco”.
I potem dziwisz się, że: — ciągle brakuje Ci sił — Twoje finanse stoją w miejscu, choć pracujesz ponad siły — czujesz złość na ludzi, którzy zarabiają „lekko” — każda zarobiona złotówka kojarzy Ci się z ciężarem
Bo w Tobie wciąż działa lojalność wobec pokoleń, które musiały walczyć o przetrwanie. Nosisz w sobie przekonanie swoich przodków, że życie to orka. Tylko że ich czasy minęły. A Ty nie musisz powtarzać ich historii, żeby ich szanować.
I teraz powiem Ci coś, co może wywrócić Twój świat do góry nogami: Twoje zajechanie nie jest walutą.
Świat nie płaci Ci za to, jak bardzo cierpisz podczas pracy. Płaci Ci za Twoją wartość, Twoje talenty i Twoją unikalną energię. A zmęczona, sfrustrowana i wypalona kobieta ma tej energii bardzo mało.
Możesz:
— zarabiać na tym, co sprawia Ci czystą radość
— upraszczać swoje procedury zamiast je komplikować
— delegować zadania i pozwalać sobie pomóc
— pracować mniej godzin, a zarabiać więcej
— przyjmować obfitość z wdzięcznością, a nie z poczuciem winy
Świat naprawdę się nie zawali, jeśli odepniesz pieniądze od cierpienia.
Afirmacje:
Moje zajechanie nie jest walutą, którą płacę za prawo do godnego życia.
Pozwalam sobie zarabiać pieniądze z lekkością i radością.
Zasługuję na obfitość bez konieczności cierpienia i ciągłej walki. Otwieram się na nowe, łatwe sposoby przyjmowania wsparcia finansowego.
Moja praca może być lekka, przyjemna i wysoko płatna.
Uwalniam rodowy ciężar harówki i wybieram swoją własną drogę przepływu.
Ćwiczenie:
Dzisiaj przyjrzyj się swoim codziennym finansom i działaniom zawodowym. Zauważ: W którym momencie automatycznie wybierasz trudniejszą, bardziej wyczerpującą drogę tylko po to, by poczuć, że „naprawdę pracujesz”?
Zapisz to.
A teraz zrób coś bardzo niewygodnego: Wybierz jedno zadanie w swojej pracy, które zwykle zajmuje Ci mnóstwo czasu, bo robisz je „pod górkę”. Zadaj sobie pytanie: „Jak mogłabym to zrobić na 50% dotychczasowego wysiłku, żeby efekt wciąż był dobry?” Zrób to prościej. Szybciej. Albo poproś kogoś o pomoc.
I obserwuj, co dzieje się w ciele, kiedy odpuszczasz ten ciężar. Czy czujesz niepokój w klatce piersiowej? Natrętne myśli, że „odwalasz pańszczyznę”? To jest właśnie ten stary program lojalności wobec ciężkiej pracy.
Weź głęboki oddech, połóż dłoń na sercu i powiedz na głos: „Nie muszę cierpieć, żeby zasługiwać na bezpieczne i dostatnie życie. To nie jest moje.”
Na koniec dnia zapisz: — gdzie dzisiaj celowo wybrałaś lekkość zamiast oporu — jak zareagowało Twoje ciało na mniejszy wysiłek — co się wydarzyło, gdy pozwoliłaś sobie zrobić coś prościej (i czy świat naprawdę się przez to zawalił?)
Tydzień 7. „Odpoczynek to lenistwo, a ja nie mam czasu dla siebie”
„Najtrudniejszym sportem ekstremalnym świata nie jest skok ze spadochronem ani wspinaczka bez zabezpieczeń. Jest nim leżenie na kanapie bez telefonu w ręku i bez planowania w głowie obiadów na kolejne trzy dni.”
„Nie mam czasu dla siebie.” I zaraz obok: „Odpocznę, jak już wszystko ogarnę”. Czyli, matematycznie rzecz biorąc — w okolicach emerytury. Albo w trumnie. Choć i tam pewnie będziesz się zastanawiać, czy na pewno dobrze zamknęłaś mieszkanie i czy pranie nie skwaśnieje w pralce.
No powiedz to głośno: „Nie mam czasu”. Brzmi dumnie, prawda? Taka zapracowana, taka potrzebna, taka niezastąpiona. Gwiazda wieczornego show pod tytułem: „Gdyby nie ja, to wszystko by tu zatonęło”. Wydaje nam się, że brak czasu to kwestia złej organizacji pracy. Więc kupujesz trzeci planer, instalujesz czwartą aplikację do zarządzania czasem i planujesz swój relaks z precyzją chirurga: 21:45 — 22:00: Relaks (nakazane ustawowo wąchanie świeczki i szybkie oddychanie do brzucha). A potem i tak o 21:46 przypominasz sobie, że nie odpisałaś na maila i całe wąchanie świeczki trafia szlag.
Bo prawda jest taka, że Ty czas masz. Tylko panicznie boisz się go użyć na coś tak „bezużytecznego” jak po prostu bycie.
W Twojej głowie od dziecka miga neon z napisem: LEŻENIE = LENISTWO = BRAK WARTOŚCI.
Więc nawet jak już „odpoczywasz”, to robisz to w sposób produktywny. Znasz ten uroczy paradoks? Idziesz na spacer, ale z podcastem o rozwoju osobistym (bo przecież nie można marnować czasu na słuchanie ptaków, trzeba się edukować!). Kładziesz się do wanny, ale z maseczką na twarzy, peelingiem na stopach i w międzyczasie odpisujesz na Instagramie (bo multitasking to Twoje drugie imię). Jedziesz na urlop, ale z planem zwiedzania tak napiętym, że wracasz z niego bardziej zmęczona, niż wyjechałaś, ale za to z poczuciem, że „odhaczyłaś” wszystkie zabytki.
Byle tylko nie usiąść i nie popatrzeć w ścianę. Bo wiesz, co się dzieje, kiedy siadasz i patrzysz w ścianę? Wtedy Twój wewnętrzny Kapral przejmuje mikrofon.
I zaczyna się pokaz slajdów: — „Oho, leży. Piętnaście minut już leży.” — „A naczynia w zlewie same się zmyją?” — „A ten raport na wtorek? Mogłabyś chociaż zerknąć.” — „Inne kobiety w Twoim wieku mają już firmy, trójkę dzieci, czysty dom i robią własny zakwas na chleb, a Ty co? Leżysz i generujesz CO2.”
I tak bardzo boisz się tego głosu, że wolisz wstać i zacząć wycierać kurze na szafie, których nikt nie widział od 2012 roku, żeby tylko uciszyć tego cholernego prokuratora w swojej głowie.
Moja droga, powiedzmy to sobie wprost: Nie jesteś telefonem komórkowym, żeby rozładowywać się do 1% zanim uznasz, że masz prawo podłączyć się do ładowarki.
I nie musisz najpierw „zasłużyć” na to, żeby po prostu poleżeć plackiem. Świat naprawdę przeżyje, jeśli przez dwie godziny będziesz kompletnie bezużyteczna dla gospodarki, rodziny i społeczeństwa. Serio. Nie runie. Sprawdzałam.
Możesz:
— mieć w nosie niepozmywane gary i iść spać
— spędzić sobotnie popołudnie na gapieniu się w sufit i jedzeniu chipsów prosto z paczki
— powiedzieć bliskim: „przez najbliższą godzinę mnie nie ma, radźcie sobie sami”
— odpoczywać PRZED tym, jak będziesz skrajnie zmęczona, a nie dopiero wtedy, gdy Twoje ciało odmówi posłuszeństwa i odetnie Ci zasilanie.
Zdejmij ten order za całodobową produktywność. I tak nikt nie wymieni go na darmową kawę w Żabce. Bo Twoje ciało nie wyśle Ci wcześniej SMSa z info: "Koleżanko daję Ci 3 minuty i odłączam zasilanie".
Afirmacje:
Odpoczynek to moje podstawowe prawo, a nie nagroda, na którą muszę ciężko pracować.
Pozwalam sobie na bezużyteczność.
Świat doskonale poradzi sobie przez chwilę beze mnie.
Moja wartość nie spada, gdy nic nie robię. Jestem wystarczająca, kiedy leżę na kanapie.
Uwalniam poczucie winy związane z nicnierobieniem — mój układ nerwowy potrzebuje ciszy.
Wybieram święty spokój zamiast wiecznego sprzątania, nadrabiania i ogarniania.
Ćwiczenie:
Dzisiaj zrobimy coś, co dla Twojego wewnętrznego Stachanowca będzie gorsze niż wejście boso na Mount Everest. Zrobimy Trening Kontrolowanej Bezużyteczności.
Wybierz dzisiaj dowolną porę dnia i ustaw budzik na 10 minut. Przez te 10 minut masz zakaz: — dotykania telefonu — czytania książki / słuchania czegokolwiek — sprzątania, układania, planowania w głowie zakupów — robienia czegokolwiek pożytecznego.
Masz po prostu leżeć. Albo siedzieć i patrzeć przez okno. Jak kot. Koty nie mają poczucia winy, że nie generują PKB.
I teraz najważniejsze: Kiedy (a nie „jeśli”) w Twojej głowie zacznie się ten niesamowity cyrk myśli, panika, że marnujesz czas i wyrzuty sumienia — nie walcz z tym. Popatrz na to z boku z lekkim uśmiechem i pomyśl: „O, patrzcie, jak mój stary program lojalności wobec zapracowania właśnie miota się w konwulsjach. Śliczne.”
Po prostu oddychaj. Wytrzymaj te 10 minut w tym „dyskomforcie” nicnierobienia.
Na koniec dnia odpowiedz sobie szczerze: — jak bardzo bolało Cię te 10 minut bezużyteczności? — jakie absurdalne pomysły podsuwał Ci mózg, żebyś tylko wstała i coś zrobiła? — czy po tych 10 minutach świat rzeczywiście się zawalił, czy może słońce dalej wzeszło, a Ty poczułaś chociaż minimalny powiew wolności?
Kolejnego dnia możesz zwiększyć ten czas o 5 minut. Sprawdź, po jakim czasie nie dasz już totalnie rady wytrzymać z nicnierobieniem.
Tydzień 8. „Jak cię widzą, tak cię piszą”
„Możesz być najpyszniejszą, idealnie doprawioną zupą pomidorową na świecie, a i tak znajdzie się ktoś, kto ma akurat ochotę na flaki. I wiesz co? To jest jego problem, nie Twojej pomidorówki.”
Mój tata miał w kieszeni kilka takich życiowych mądrości, które odpalał przy niedzielnym obiedzie z siłą rażenia małego ładunku wybuchowego.
Zestaw obowiązkowy brzmiał mniej więcej tak:
„W życiu, córuś, jest jak w pokerze” (czyli: blefuj, trzymaj twarz sfinksa i broń Boże nie pokazuj kart, bo cię ograją do suchej nitki).
„Chuje muje, dzikie węże” (klasyk, wiadomo — wszechobecny chaos i absurd życia, z którym jakoś tam przez lata nauczyłam się tańczyć).
I wreszcie on. Król programów mentalnych, imperator mojego dzieciństwa: „Jak cię widzą, tak cię piszą”.
O ile z dzikimi wężami jakoś sobie poradziłam (nawet je polubiłam, całkiem nieźle pełzają), o tyle to trzecie zdanie wbiło mi się w mózg na blisko czterdzieści lat. Czterdzieści lat noszenia na plecach niewidzialnego jury, które bez przerwy oceniało moją sylwetkę, mój uśmiech, ton mojego głosu i to, czy aby na pewno wyglądam na kobietę sukcesu, dobrą matkę, idealną córkę i świętą męczenniczkę w jednym.
Bo co właściwie oznacza to urocze hasełko? W głowie małej dziewczynki koduje się prosta instrukcja obsługi świata: „To, co myślą o tobie inni, jest ważniejsze niż to, kim naprawdę jesteś. Twoje być albo nie być zależy od cudzego wzroku. Jeśli ktoś spojrzy na ciebie krzywo, to znaczy, że nie istniejesz.”
I tak oto, zamiast po prostu żyć, zatrudniasz się na pełen etat jako Dyrektor ds. Cudzego Samopoczucia i Wizerunku. Przez dekady Twoim głównym zadaniem jest zarządzanie spojrzeniami innych ludzi. Idziesz na spotkanie? Zakładasz maskę „jestem silna, mądra i ułożona”. Ktoś cię krytykuje? Umierasz w środku, bo przecież „źle cię napisali”, więc natychmiast musisz napisać sprostowanie, przeprosić, dopasować się i wejść głębiej w czyjś tyłek, żeby tylko zmienił o tobie zdanie.
Chodzisz po świecie spięta jak struna, sprawdzając w każdym napotkanym lustrze i w każdych cudzych oczach: „I jak? Dobrze wypadłam? Podobałam się?”.
Aż nagle, po czterdziestce, dostajesz olśnienia. Takiego, po którym masz ochotę usiąść i głośno się zaśmiać ze swojej dotychczasowej naiwności.
Dociera do Ciebie brutalna, ale jakże uwalniająca prawda: Choćbyś stanęła na rzęsach, choćbyś tańczyła na rurze, recytując Pana Tadeusza od tyłu i jednocześnie piekąc idealny chleb na zakwasie — i tak nie zadowolisz każdego.
Serio. Nie ma takiej opcji fizycznej. Słyszałaś na pewno to modne, instagramowe powiedzenie: „Nie jestem zupą pomidorową, żeby wszyscy mnie lubili”. (Swoją drogą — zatrzymajmy się tu na sekundę. Kto, do jasnej anielki, nie lubi pomidorówki?! Przecież to jest kulinarny cud świata, z makaronem czy z ryżem, zawsze wchodzi jak złoto. Nielubienie pomidorówki powinno być wpisane do rejestru zaburzeń behawioralnych. No ale dobra… Załóżmy czysto hipotetycznie, że na tej planecie żyją tacy heretycy).
Skoro nawet pomidorówka — królowa polskich stołów — ma swoich hejterów, to jakim cudem Ty chcesz przejść przez życie bez ani jednej negatywnej recenzji?
Prawda jest taka, że ludzie nie widzą Ciebie. Oni widzą swoje własne projekcje, swoje kompleksy, swoje lęki, swoje niespełnione marzenia i to, co akurat dzisiaj zjedli na śniadanie. Jeśli ktoś ma zły dzień i patrzy na Ciebie z ukosa, to nie pisze prawdy o Tobie. On pisze raport o stanie własnego żołądka i nieszczęśliwego życia.
Więc po co masz brać za to odpowiedzialność?
Możesz: — być dla kogoś „za głośna”, „za cicha”, „za gruba”, „za chuda” albo „zbyt ambitna” i mieć na to totalnie wywalone — pozwolić ludziom mieć o Tobie ich własne, błędne opinie (nie musisz wysyłać pism procesowych do każdego, kto cię nie zrozumiał) — przestać grać w tego życiowego pokera, rzucić karty na stół i powiedzieć: „Pasuję, gram w zupełnie inną grę. Nazywa się: Bycie Sobą”.
Zdejmij ten kostium sceniczny. Scena jest pusta, widzowie dawno poszli do domu zajmować się swoimi sprawami, a Ty nadal stoisz w świetle jupiterów i układasz usta w idealny dzióbek.
Odpuść. Świat naprawdę przeżyje to, że komuś nie smakujesz.
Afirmacje:
Nie jestem zupą pomidorową — pozwalam sobie na to, by nie każdy mnie lubił.
Oddaję innym ludziom prawo do ich własnych opinii na mój temat. To nie są moje opinie.
Moje poczucie wartości nie mieszka w cudzych oczach ani w cudzych głowach.
Uwalniam potrzebę kontrolowania tego, jak widzą mnie inni. Jestem bezpieczna będąc sobą.
Moje życie to nie jest partia pokera — nie muszę niczego blefować ani udawać.
Ćwiczenie:
Dzisiaj zrobimy mały test odporności na cudze „pisanie”. Nazwijmy to Dniem Radosnego Rozczarowywania Ludzkości.
Wybierz dzisiaj jedną sytuację, w której zazwyczaj robisz coś tylko po to, żeby „dobrze wypaść” albo „nie wyjść na nieuprzejmą”. I zrób dokładnie odwrotnie. Ale z pełnym luzem i uśmiechem na twarzy.
Na przykład: — Powiedz „nie, nie mam dzisiaj na to przestrzeni” bez dodawania piętnastostronicowego uzasadnienia, dlaczego nie możesz (niech sobie pomyślą, że jesteś asertywna albo… fochowata. Ich sprawa). — Idź do sklepu w dresie, bez makijażu i z fryzurą „na kloszarda”, jeśli akurat tak Ci wygodnie. — Wyraź swoje zdanie, nawet jeśli wiesz, że ktoś przy stole pokręci nosem.
I teraz najważniejsze: Kiedy zobaczysz to spojrzenie — to słynne, oceniające spojrzenie, przed którym uciekałaś przez 40 lat — nie odwracaj wzroku i nie próbuj się tłumaczyć. Połóż rękę na brzuchu, weź głęboki oddech i powiedz sobie w duchu z lekkim, ironicznym uśmiechem: „O, patrzcie. Właśnie piszą o mnie książkę fantasy w swojej głowie. Niech piszą, i tak nie dostaną autografu.”
Na koniec dnia zapisz: — kogo dzisiaj (potencjalnie) rozczarowałaś lub nie zadowoliłaś? — jak bardzo bolało Cię to w ciele (czy żołądek próbował uciekać do gardła)? — czy po tym, jak nie byłaś idealną pomidorówką, ziemia nagle przestała kręcić się wokół własnej osi?
Tydzień 9. „Najpierw obowiązki, potem przyjemność”
„Marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia. Bo jak będziesz tylko marzyć o marzeniach, to na łożu śmierci pomyślisz najwyżej: „O rany, ale ładnie sobie wyobrażałam to życie. Szkoda, że nie wzięłam w nim udziału”
„Najpierw obowiązki, potem przyjemność.” Klasyczny hit przedszkolnej i szkolnej tresury, który zrujnował nam więcej weekendów niż deszczowa pogoda.
Wydrukowano nam w mózgach prosty schemat: życie to jest pasmo niekończących się zadań do odhaczenia, a na samym końcu — gdzieś w niedzielę o 19:30, tuż przed poniedziałkowym pędem — czeka na Ciebie mały, wyschnięty ochłap radości. Piętnaście minut z książką albo ciepła herbata wypita w biegu. O ile wcześniej nie przypomnisz sobie, że trzeba jeszcze uprasować koszule.
I tak oto stajesz się mistrzynią w odkładaniu życia na mityczne „później”. „Kupię tę sukienkę, jak schudnę.” „Pojadę w podróż życia, jak spłacę kredyt.” „Zapiszę się na ten kurs tańca, jak dzieci podrosną.” „Zacznę żyć, jak ogarnę ten cały życiowy burdel.”
A wieści z frontu są bezlitosne: jutra może nie być.
Możesz dziś wyjść z domu, z głową pełną planów na kolejną pięciolatkę, i nagle — dokładnie tak, jak śpiewał Stefan Friedmann w swoim genialnym utworze o Batmanie — poślizgnąć się i upaść pomimo poprzeczki. No po prostu. Zdarzają się nieszczęścia, latające fortepiany i skórki od bananów. Życie nie ma dla nas taryfy ulgowej tylko dlatego, że w Twoim kalendarzu wszystko było idealnie rozplanowane do 2035 roku.
Więc jaki jest plan? Będziesz dbać o to, żeby Twój nagrobek miał idealnie starte kurze, czy wolisz wreszcie zacząć z tego życia korzystać?
Ja mam jedno, żelazne założenie na ten cały ziemski teatrzyk. Kiedy przyjdzie mój czas i będę umierać, ostatnie, co chcę pomyśleć, brzmi dokładnie tak: „Było zajebiście!”
Nie chcę leżeć i zastanawiać się, czy na pewno wyłączyłam żelazko. Chcę mieć pewność, że nie zmarnowałam tej jednorazowej wejściówki na marzenia o marzeniach. Chcę wiedzieć, że robiłam wszystko, absolutnie wszystko, żeby moje pragnienia stały się rzeczywistością.
Bo powiedzmy to sobie raz a dobrze, głośno i z pełnym przekonaniem: Marzenia się nie spełniają. Marzenia się SPEŁNIA.
One nie mają nóżek, żeby do Ciebie przyjść. Nie mają skrzydełek, żeby wlecieć przez okno, kiedy Ty po raz trzydziesty siódmy przecierasz blat w kuchni. To Ty jesteś tą siłą, która musi wziąć je za fraki i wbić w rzeczywistość.
Więc zdejmij z siebie ten wieczny hamulec bezpieczeństwa. Dość czekania na idealny moment, na lepszą pogodę, na aprobatę ciotki i na to, aż „wszystko będzie ogarnięte”. Nigdy nie będzie.
Dzisiaj odpalamy ogień.
Możesz: — zjeść deser przed obiadem (serio, niebo nie runie) — ubrać tę najdroższą, „wyjściową” sukienkę do sprzątania albo na spacer po bułki — wydać pieniądze na coś absolutnie niepraktycznego, co po prostu sprawia, że Twoje serce bije szybciej — rzucić wszystko w cholerę i wyjechać na weekend, zostawiając stertę prania, niech sobie radzi samo.
Czas ucieka, Batmanie. Twoja poprzeczka czeka.
Afirmacje:
Marzenia się nie spełniają — to ja je spełniam.
Dzisiaj robię krok w ich stronę.
Moje życie dzieje się TU i TERAZ.
Nie odkładam swojej radości na mityczne „później”.
Moje szczęście nie potrzebuje idealnych warunków.
Pozwalam sobie na przyjemność bez poczucia winy i bez wcześniejszego „zasługiwania”.
Ćwiczenie:
Dzisiaj zrobimy Dzień Bezwstydnego Spełniania. Koniec z marzeniem o marzeniach. Czas na czyste, fizyczne działanie.
Weź kartkę papieru i napisz „Listę Zajebistości” — 3 rzeczy, które odkładałaś na „lepsze czasy”, na „jak schudnę”, na „jak będę miała więcej pieniędzy” albo „jak skończę projekt”. To mogą być małe rzeczy (jak te drogie perfumy ukryte w szafce) albo duże (rezerwacja lotu).
Wybierz z tej listy jedną rzecz i zrób ją dzisiaj. Nie jutro. Dzisiaj. Kup ten bilet, załóż tę sukienkę, zjedz to ciastko ze złotym posypem, zadzwoń tam, gdzie bałaś się zadzwonić.
Kiedy Twój wewnętrzny Stachanowiec zacznie panikować i krzyczeć: „Ale jak to? Przecież najpierw pranie, raport i zakupy!”, uśmiechnij się do niego szeroko, puść sobie w tle piosenkę Friedmanna i powiedz w duchu: „Sorki, kochanie. Batman właśnie leci spełniać marzenia. Obowiązki mogą chwilę poczekać na dole.”
Na koniec dnia zapisz: — co dzisiaj zrobiłaś tylko i wyłącznie dla czystej, dzikiej przyjemności? — jak bardzo Twój mózg próbował Ci wmówić, że robisz coś niedozwolonego? — o ile bliżej jesteś tego upragnionego: „Było zajebiście!”?
Tydzień 10. „Jak trochę pomilczę, to on się wreszcie domyśli”
„Foch to nie jest bezprzewodowy transfer danych. Twój partner nie ma wbudowanego odbiornika Wi-Fi, żeby automatycznie pobrać z chmury plik pod tytułem: „O co mi dzisiaj chodzi i dlaczego ma natychmiast przeprosić.”
„Jak trochę pomilczę, to on się domyśli.” No jasne. Słodki, relacyjny klasyk.
Znasz tę scenę? On robi lub mówi coś, co odpala w Tobie mały ładunek wybuchowy. Co robisz Ty? Zamiast powiedzieć o co chodzi, natychmiast zaciągasz hamulec ręczny. Zapada grobowa cisza. Wjeżdża foch — ten z gatunku tych ciężkich, zawiesistych, które można kroić nożem.
Zaczynasz poruszać się po domu z godnością królowej na wygnaniu. Głośniej odkładasz kubek. Drzwi od lodówki zamykasz z taką siłą, żeby lodówka poczuła Twój ból. Chodzisz i oddychasz tak ciężko, jakbyś właśnie wnosiła pianino na dziesiąte piętro. Wszystko po to, żeby on ZAUWAŻYŁ. Żeby zapytał. Żeby zrozumiał swój błąd, padł na kolana i błagał o wybaczenie.
A on? On przechodzi obok, patrzy na Ciebie i z pełnym, rozbrajającym luzem pyta: — O, a co dzisiaj na kolację? Albo: — Widziałaś gdzieś moje czarne skarpetki?
I w tym momencie w Twojej głowie następuje zwarcie instalacji elektrycznej. Jak on może?! Przecież widać, że cierpię! Przecież to ewidentne, że jestem wściekła! Czy on jest ślepy?!
No to mam dla Ciebie brutalną wiadomość z frontu: nie domyśli się. Nie domyśli się dzisiaj, nie domyśli się jutro i nie domyśli się za dwadzieścia lat.
I to nie dlatego, że jest złośliwym trollem, który chce doprowadzić Cię do szału (choć czasem tak to wygląda). On się nie domyśli, ponieważ… nie jest jasnowidzem. Nikt nie jest.
Druga osoba nie siedzi w Twojej głowie. Nie ma Twoich doświadczeń, Twoich zranień, Twoich filtrów ani Twoich przekonań. Kiedy Ty milczysz i trzaskasz szafkami, on nie widzi Twojej zranionej małej dziewczynki. On widzi po prostu kobietę, która głośno zamyka meble kuchenne i prawdopodobnie ma gorszy dzień w pracy albo po prostu lubi tak zamykać szafki.
My, kobiety, ulegamy magicznemu myśleniu: „Gdyby mnie kochał, to by wiedział, o co mi chodzi”. To jest największa bzdura, jaką wstrzyknięto nam do głów w komediach romantycznych. Miłość to nie telepatia. Miłość to nie czytanie w myślach.
Mój dziadek, ten od zupy, miał na to proste określenie: „Wnusia, jak chcesz konia, to nie stój w stajni i nie rżyj, tylko powiedz: kup mi konia”.
I coś w tym jest!
Rozmowa to podstawa, ale — uwaga — kij ma dwa końce. Bo kiedy w końcu pękamy i zaczynamy mówić, to najczęściej odpalamy tryb bojowy. Zamiast rozmawiać, rzucamy granatami: — Bo Ty zawsze! — Bo Ty nigdy! — Bo jesteś bezczelny i w ogóle mnie nie szanujesz!
A wtedy druga strona natychmiast zakłada pancerz, wyciąga tarczę i zaczyna się regularna wojna domowa, z której nikt nie wychodzi żywy.
Jeśli masz wrażenie, że ktoś „powinien wiedzieć”, jak Ty widzisz dane zdarzenie — zatrzymaj się. Nie wie. Ty też nie wiesz, jak on to widzi, dopóki go nie zapytasz.
Trzeba mówić jasno, wyraźnie i — co najważniejsze — o sobie, a nie o nim. Bez atakowania, bez oskarżeń, bez roli ofiary. Po prostu: „Słuchaj, kiedy powiedziałeś to i to, poczułam się nieważna i zrobiło mi się cholernie przykro. Chciałabym, żebyśmy następnym razem zrobili to inaczej.”
Serio. Ziemia się nie rozstąpi, kiedy powiesz prawdę bez owijania jej w fochogenny celofan. Zaoszczędzisz sobie i jemu trzech dni cichych dni i tej bezsensownej straty energii.
Afirmacje:
Rezygnuję z oczekiwania, że inni będą czytać w moich myślach.
Mam prawo mówić o swoich potrzebach jasno i wprost, bez poczucia winy.
Moje emocje są ważne — wyrażam je słowami, a nie milczeniem. Uwalniam potrzebę karania innych moim fochem.
Wybieram dorosłą komunikację. Pozwalam sobie na szczerość, która buduje mosty, zamiast stawiać mury.
Ćwiczenie:
Dzisiaj zrobimy Dzień Otwartego Nadawania. Koniec z telepatycznym fochem.
Złap się dzisiaj na tym momencie, w którym czujesz, że zaczynasz „zaciskać usta” i przechodzisz w tryb cichego cierpienia (bo mąż nie schował masła, bo koleżanka nie odpisała na maila w pięć minut, bo dziecko znowu rzuciło plecak w przejściu).
Zamiast czekać, aż oni „sami zauważą i naprawią swój błąd”, weź głęboki oddech i powiedz o co chodzi w maksymalnie trzech zdaniach.
Zastosuj prosty wzór (bez ataku!): „Kiedy robisz [konkretne zachowanie], ja czuję się [Twoje emocje] i potrzebuję [Twoja prośba]”. Na przykład: „Kochanie, kiedy zostawiasz masło na stole, ja mam poczucie, że tylko ja tu sprzątam i czuję złość. Proszę, schowaj je do lodówki.”
Obserwuj reakcję. Bez fochów, bez przewracania oczami. Po prostu powiedz to i idź zająć się swoim życiem.
Na koniec dnia zapisz: — ile razy miałaś ochotę uciec w bezpieczne, fochowate milczenie? — jak to było powiedzieć wprost, o co Ci chodzi, bez rzucania granatami? — czy świat się zawalił, czy może masło w końcu trafiło do lodówki bez trzaskania drzwiami?
Tydzień 11. „Sama zrobię to lepiej i szybciej”
„Jeśli chcesz, żeby coś było zrobione dobrze, zrób to sama. A potem przez trzy dni chodź naburmuszona i trzaskaj drzwiami od szafek, żeby wszyscy domownicy poczuli odpowiedni poziom winy za to, że w tym domu nikt Ci nie pomaga.”
„Sama zrobię to lepiej i szybciej.” Klasyczna mantra Zosi Samosi, która na etacie męczeństwa wyrobiła już tyle nadgodzin, że mogłaby przejść na wcześniejszą emeryturę.
Znasz ten schemat? Zamiast poprosić o pomoc, wolisz zrobić wszystko sama. A potem? Potem wjeżdża foch wielkości Pałacu Kultury, że nikt się nie domyślił, nikt nie pomógł, a Ty znowu musisz dźwigać ten cały domowy czy firmowy majdan na swoich kruchych barkach.
Sama sobie gotujesz ten los. I to dosłownie.
Mój dziadek miał na to genialną, życiową radę. Prawdziwy traktat filozoficzny o przetrwaniu w związku. Pewnego dnia zapytałam go: — Dziadek, dlaczego nie ugotowałeś zupy? Przecież potrafisz. Dziadek popatrzył na mnie z tym swoim nieskończonym spokojem i odpowiedział: — Wnusia, ja wiem, że potrafię. Ale znasz babcię. Ona zawsze wszystko zrobi lepiej. A jak ja zrobię, to się tylko narobię, a potem i tak dostanę opierdziel, że nie tak ukroiłem, nie tak przyprawiłem i ogólnie wszystko źle. Więc to ja wolę nic nie robić, poleżeć sobie spokojnie i też dostać opierdziel, że nie ugotowałem. Na jedno wychodzi, a przynajmniej kręgosłup mnie nie boli. Jej po prostu nie dogodzisz, od zawsze wszystko sama wie najlepiej.
No i powiedz szczerze: czy dziadek nie miał racji? Przecież to jest czysta logika!
My, kobiety, mamy niesamowity talent do kastrowania naszych facetów i otoczenia z jakiejkolwiek inicjatywy. A potem — wielkie zdziwienie.
Pamiętam, jak zaraz po ślubie, z samego rana wpada do nas moja babcia. Rozgląda się czujnie po kątach i pyta mnie z troską godną ministra zdrowia: — A co, Twój mąż jadł już śniadanie? Ja na to z pełnym luzem: — Nie, nie jadł. I ja też jeszcze nie jadłam. Babcia aż zamarła: — No to zrób mu! A ja na to: — Babciu, ale on nie jest sparaliżowany. Sam może sobie zrobić śniadanie. A przy okazji, jak już będzie robił, to ja też chętnie zjem.
I wiesz co? Ziemia się nie rozstąpiła. Babcia nie zemdlała (choć była blisko), a mój mąż ma się świetnie, ma sprawne obie rączki i potrafi obsłużyć lodówkę bez asysty ratownika medycznego.
Ale większość z nas woli iść ścieżką mojej babci. My wszystko zrobimy lepiej. Lepiej powiesimy pranie (bo on wiesza „krzywo”), lepiej włożymy naczynia do zmywarki (bo on nie stosuje się do tajnego algorytmu układania talerzy), lepiej zrobimy zakupy, lepiej wychowamy dzieci i lepiej napiszemy ten raport w pracy.
Tylko potem nie miej pretensji, że nikt Ci nie pomaga. Po co mąż, dziecko czy pracownik ma wyciągać rękę, skoro wie, że jak tylko skończy, to Ty podejdziesz, westchniesz ciężko i zaczniesz po nim poprawiać? Twoje poprawianie to jest najskuteczniejszy repelent na jakąkolwiek pomoc.
Więc przestań zgrywać jednoosobową ekipę ratunkową. Zezwól na to, żeby rzeczy były robione inaczej niż w Twojej instrukcji obsługi świata.
Możesz: — zjeść zupę, która nie jest idealnie doprawiona, ale ugotował ją ktoś inny — pozwolić partnerowi ubrać dziecko w niedopasowane skarpetki i nie umrzeć z tego powodu — pozwolić ludziom w pracy popełnić błąd i ponieść jego konsekwencje — przestać poprawiać poduszki na kanapie po tym, jak ktoś na nich usiadł.
Daj innym żyć. A sobie — daj wreszcie odpocząć.
Afirmacje:
Pozwalam rzeczom być zrobionymi inaczej.
Nie muszę robić wszystkiego sama, żeby udowodnić swoją wartość. Przyjmuję pomoc z wdzięcznością, nawet jeśli nie jest idealna.
Wybieram święty spokój zamiast idealnie powieszonego prania.
Ćwiczenie:
Dzisiaj zrobimy Tydzień Niedoskonałego Odpuszczenia. Czas sprawdzić, czy potrafisz przeżyć bez poprawiania wszechświata.
Wybierz jedną rzecz, którą zazwyczaj robisz sama, bo „on/oni zrobią to źle” (np. zrobienie kolacji, zapakowanie zmywarki, posegregowanie dokumentów, poskładanie ubrań).
Oddeleguj to. Poproś o pomoc bez przepraszania i bez tłumaczenia się. Po prostu: „Kochanie, czy możesz dzisiaj poukładać naczynia w zmywarce?” albo „Krzysztof, przygotuj proszę ten raport na jutro”.
I teraz najtrudniejsze: Kiedy ta osoba skończy… MASZ ZAKAZ POPRAWIANIA. Choćby talerze stały do góry dnem, choćby raport miał inną czcionkę niż Twoja ulubiona (no chyba, że to totalny babol i wywalą Cię z pracy za taką manianę). Nie podchodź, nie poprawiaj, nie wzdychaj, nie przewracaj oczami.
Powiedz po prostu „dziękuję” i zajmij się leżeniem na kanapie. Dokładnie tak, jak radził dziadek.
Na koniec dnia zapisz: — co dzisiaj odpuściłaś i pozwoliłaś zrobić komuś innemu? — ile razy miałaś ochotę podejść i poprawić po cichu? (Bądź ze sobą szczera!) — czy od tego, że praca została wykonana inaczej, świat chociaż na sekundę zatrzymał się w posadach?
Tydzień 12. „Jak masz dobre serce, to musisz mieć twardy tyłek”
„Bycie dobrym człowiekiem to nie jest zaproszenie do darmowego szwedzkiego stołu, na którym każdy może się pożywić Twoim kosztem. Możesz mieć wielkie serce, ale zawsze miej pod ręką ostre zęby.”
„Jak masz dobre serce, to musisz mieć twardy tyłek.” I zaraz za tym klasyczne, matczyne westchnienie pełne autentycznego lęku: — Córuś, ty jesteś taka dobra… Ludzie cię po prostu zjedzą.
Moja mama całe życie się o mnie martwiła dokładnie w ten sposób. Chodziła, biadoliła i widziała we mnie bezbronną sarenkę na polanie pełnej wygłodniałych wilków.
No i powiedzmy to sobie szczerze: serio? Z tego co ostatnio sprawdzałam, kanibalizm w Polsce jest wciąż surowo zakazany prawem. A nawet gdyby jakimś cudem trafił się tu jakiś zbłąkany amator ludzkiego mięsa, to mam dla niego krótką instrukcję obsługi: kto mnie spróbuje nadgryźć, ten padnie na miejscu. Mój wewnętrzny jad żmii zabija w 5 sekund, zanim przeciwnik zdąży w ogóle poprosić o dokładkę.
Więc bez obaw. Sarenka ma w szafie pancerz i całkiem nieźle posługuje się kłami, kiedy trzeba.
Ale pod tym całym pancerzem i żartami kryje się ważna prawda. Bo ten strach przed „byciem zjedzonym” bardzo często sprawia, że kobiety całkowicie zamykają swoje serca. Zakładają gruby, metalowy pancerz, robią się chłodne, niedostępne i podejrzliwe, bo przecież „ludzie to egoiści i tylko czekają, żeby mnie wykorzystać”.
A to jest ślepa uliczka.
Ja w swoim życiu kieruję się jedną, świętą zasadą: nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe. I głęboko, całym sercem wierzę, że warto być dobrym. Trzeba pomagać. Trzeba dawać z siebie światło, uśmiech i wsparcie, bo dobro przyciąga dobro. To, co wysyłasz w przestrzeń, wraca do Ciebie. Może nie tego samego dnia, może nie przez te same drzwi, którymi wyszło, ale wraca na 100%. To jest czysta, kosmiczna matematyka.
Tylko że życie to nie jest bajka Disneya. To jest prawdziwy świat, w którym obowiązuje zasada Yin i Yang.
Obok jasności zawsze istnieje jakiś cień. I tak — na Twojej drodze na pewno znajdą się ludzie, którzy spróbują wykorzystać Twoją dobrą stronę. Zobaczą Twoją empatię i pomyślą: „O, świetnie, darmowa terapeutka, sponsorka i ratowniczka w jednym!”.
Co wtedy robisz? Zamykasz się w sobie i płaczesz w poduszkę, obwiniając cały świat? No nie.
Jeśli ktoś bezczelnie wykorzysta Twoje dobre serce, przekroczy granice i nabałagani w Twoim życiu — masz pełne prawo oczekiwać zadośćuczynienia. Nie bój się go zażądać. Powiedz wprost: „To, co zrobiłeś, było niefajne. Oczekuję, że to naprawisz”.
A jeśli ta osoba ucieka, udaje głupka albo próbuje zrobić z Ciebie wariatkę? Wtedy ze spokojem odsuwasz się na bezpieczną odległość i pozwalasz działać uniwersum. Bo karma to nie jest puste słowo. Karma to najskuteczniejszy system windykacyjny we wszechświecie. Dopadnie każdego, kto gra nieczysto. Prędzej czy później, ale na sto procent.
Nie musisz biegać z mieczem i mścić się na własną rękę. Szkoda Twojej energii, Twój jad żmii jest zbyt cenny, żeby marnować go na drobne potyczki. Robienie porządku zostaw kosmosowi.
Bądź dobra. Świeć jasnym światłem. Pomagaj. Ale nigdy nie pozwól, żeby Twoja dobroć była mylona ze słabością czy naiwnością. Możesz kochać ludzi i jednocześnie trzymać w ręku tarczę ochronną.
Niech Moc będzie z Tobą. I pamiętaj o tych pięciu sekundach!
Afirmacje:
Wybieram dobroć jako moją siłę, a nie słabość.
Moje granice są święte — mam prawo chronić swoje dobre serce.
Pomagam z radością i wiem, że dobro wraca do mnie ze zdwojoną mocą.
Odpuszczam potrzebę wymierzania sprawiedliwości.
Ufam, że karma doskonale wie, co robi. Jestem bezpieczna w swojej łagodności i silna w swojej prawdzie.
Ćwiczenie:
Dzisiaj zrobimy Audyt Szwedzkiego Stołu. Czas sprawdzić, czy ktoś nie podjada z Twojego talerza bez pytania.
Zrób szybką listę osób w swoim otoczeniu, którym ostatnio bardzo pomagasz, wspierasz je, poświęcasz swój czas i energię.
Przy każdym nazwisku odpowiedz sobie szczerze na jedno pytanie: Czy w tej relacji panuje równowaga (Yin i Yang)? Czy czujesz, że to co dajesz, w jakiejś formie do Ciebie wraca (choćby w postaci uwagi, wdzięczności, wsparcia), czy może to jest ruch tylko w jedną stronę?
Jeśli odkryjesz relację, w której ktoś po prostu bezczelnie „karmi się” Twoim dobrym sercem, a w zamian zostawia tylko bałagan — czas na mały test jadu żmii. Przy najbliższej okazji, gdy ta osoba poprosi o kolejną przysługę, powiedz z pełnym uśmiechem i spokojem: „Bardzo cię lubię, ale tym razem nie mam na to przestrzeni. Musisz poradzić sobie sama.”
Obserwuj reakcję. Bez poczucia winy. Poczuj, jak to jest mieć dobre serce i jednocześnie twarde, nieprzemakalne granice.
Na koniec dnia zapisz: — jak to było powiedzieć „nie” komuś, kto przywykł do Twojego „tak”? — czy poczułaś to przyjemne, stabilne spięcie w brzuchu, które oznacza, że właśnie obroniłaś siebie? — czy świat się zawalił, czy może karma już zaczęła powoli układać klocki na nowo?
Tydzień 13. „Dobra matka całkowicie poświęca się dla rodziny”
„Twoje dzieci i tak kiedyś pójdą na terapię i zwalą wszystko na Ciebie — bo w psychologii to zawsze jest wina matki. Więc zamiast składać swoje życie na ołtarzu poświęcenia, idź na ten kolejny kurs, kup sobie te drogie studia i wróć do domu szczęśliwa.”
„Dobra matka i partnerka całkowicie poświęca się dla rodziny.” No jak ja to uwielbiam! Moje absolutnie ulubione hasło z kategorii „Jak zepsuć życie sobie i wszystkim dookoła”.
Moje życie to ciągły ruch. Dużo wyjazdów, szkolenia, kolejne studia, wieczne zmiany. I ile to ja razy słyszałam te zatroskane, pełne ukrytego jadu pytania od „życzliwego” otoczenia: — A co na to mąż, że znowu gdzieś jedziesz? — A co na to dzieci, że zapisałaś się na kolejny kurs? Co oni na to?
No i co oni na to? Są, do jasnej anielki, szczęśliwi! Bo ich mama jest szczęśliwa. Wraca do domu uśmiechnięta, naładowana dobrą energią i nie wywala na nich swojej frustracji, że jej życie nie wygląda tak, jak by tego potrzebowała.
Bo umówmy się: najgorsze, co może spotkać rodzinę, to matka-męczennica. Ta, która zrezygnowała ze wszystkiego — z pasji, marzeń, pracy i marzeń o sobie — a teraz chodzi po domu z miną ofiary i cicho sapie, oczekując, że wszyscy będą ją nosić na rękach za to jej wielkie poświęcenie.
Ja w tę grę nie gram.
Może moje własne dzieciństwo było takie sobie (żeby nie napisać: totalnie kiepskie). Może jako dziecko byłam wiecznie poświęcona dla rodziców — robiłam wszystko, żeby ich zadowolić, żeby wreszcie byli ze mnie dumni (spoiler: i tak nigdy nie poczułam, że są).
I właśnie dlatego teraz, jako dorosła kobieta, nie mam zamiaru poświęcać się za bardzo dla moich własnych dzieci. Nie mam zamiaru stawiać się w roli ofiary i oczekiwać od nich braw oraz szklanki wody na starość.
I tak będą chodzić do psychologa. To jest klasyk! Zawsze znajdzie się coś, co jako matka „zepsułaś”. Trudno, taki mamy klimat. Ja chcę żyć po swojemu i cieszyć się moim „tu i teraz”.
Oczywiście, łatwo mi to pisać, bo mam u boku wspaniałego męża i cudowne dzieci, które są ze mnie niesamowicie dumne. Ale to nie wzięło się z kosmosu. To efekt jednej, prostej prawdy: w życiu nie liczy się ilość spędzonego czasu, ale jego jakość.
To jakość buduje prawdziwe, głębokie relacje. Kiedy jestem z nimi — jestem na 100% Kiedy realizuję swoje marzenia — też robię to na 100%, bez poczucia winy i bez pretensji do całego wszechświata.
A że moje córki i tak znajdą w przyszłości coś, do czego będą mogły się przyczepić? Wiadomo! Przecież to ich święte, nastoletnie prawo. Przecież wiadomix: „Winna jest zawsze matka”
Ostatnio jedziemy samochodem. Gadamy jak zwykle o wszystkim i o niczym, atmosfera luźna, miła, więc odpala mi się tryb czułości. Mówię do nich: — Dziewczyny, tak sobie myślę… dziękuję wam, że jesteście takie wspaniałe. Tak dobrze mi z wami. I wiecie co? Dobrze was wychowałam.
Na co moja starsza córka odwraca się, patrzy na mnie tym swoim bezczelnym wzrokiem i rzuca z pełnym luzem: — Jak ty nas wychowałaś, mamo, jak ciebie w ogóle w domu nie było?
No powiem Ci, że zatkało mnie totalnie. Na całe dwie sekundy! Gdyby w mojej głowie siedział stary program „Matki Polki”, pewnie pękłoby mi serce, wjechałby foch, faza obronna, łzy w oczach i tyraza o tym, jak bardzo jestem niewdzięczna.
Ale nie ze mną te numery. Spojrzałam na nią i mówię: — No i widzisz, córeczko, jaka twoja mamusia jest genialna? Wychowałam was online i przez wi-fi. Jeszcze przed Covidem online to robiłam! Jestem prawdziwą Królową Onlinów. Szacunek dla madki!
I skończyło się na głośnym śmiechu, puszczeniu oka i wspólnej radości. A mogło być przecież tak tragicznie i z fochem, prawda?
Wybieraj radość. Wybieraj swoje marzenia. I daj dzieciom wolność od Twojego poświęcenia.
Afirmacje:
Szczęśliwa mama to szczęśliwy dom — dbając o siebie, dbam o moich bliskich.
Odpuszczam rolę męczennicy i uwalniam potrzebę zasługiwania na miano „idealnej matki”.
Moje marzenia, wyjazdy i pasje są ważne.
Mam prawo żyć w pełni.
Wybieram jakość kontaktu z moją rodziną zamiast ilości wysiedzianych godzin.
Pozwalam moim dzieciom na ich własne zdanie i uwalniam się od poczucia winy. Szacunek dla mnie!
Ćwiczenie:
Dzisiaj zrobimy Dzień Królowej Onlinów. Czas na odcięcie pępowiny od poczucia winy.
Złap się dzisiaj na każdym momencie, w którym chcesz zrezygnować ze swojego planu (pójścia na spacer, poczytania książki, wyjścia na kawę czy zapisania się na kurs), bo w głowie pojawia się myśl: „Powinnam w tym czasie ugotować obiad / posiedzieć z dziećmi / ogarnąć dom”.
Zrób to, co zaplanowałaś dla siebie. Bez przepraszania domowników, bez tłumaczenia się i bez robienia z tego wielkiego wydarzenia. Po prostu: „Idę na jogę/kurs, będę za dwie godziny”.
Kiedy wrócisz, zamiast wchodzić do domu z miną winowajcy, wejdź z energią kobiety, która właśnie zrobiła coś super. Przynieś im swój uśmiech, a nie swoje zmęczenie.
Zadanie specjalne: Jeśli usłyszysz od bliskich jakąś drobną, ironiczną uwagę na temat Twojej nieobecności — nie broń się. Zastosuj metodę „Królowej Onlinów”. Zaśmiej się, przytul ich i powiedz: „No widzisz, jak genialnie to ogarniam? Szacunek dla mnie!”.
Na koniec dnia zapisz: — co dzisiaj zrobiłaś tylko dla siebie i swojego rozwoju? — jak bardzo Twój wewnętrzny „krytyk macierzyński” próbował Cię wpędzić w poczucie winy? — czy dom spłonął, czy może wszyscy przeżyli Twoją nieobecność w doskonałych humorach?
Tydzień 14. „Pieniądze dają mężczyźni”
„Partnerski związek to nie jest gra w rzutki, w której celujesz do tarczy portfela swojego faceta. Jeśli chcesz pachnieć na kanapie, super — ale miej odwagę pozwolić, by on też miał czasem na to ochotę, zamiast robić za Twój jednoosobowy, wiecznie spięty bankomat.”
„Pieniądze dają mężczyźni. Prawdziwy facet musi zarabiać więcej.” O rany, jak ja tego głęboko, szczerze i z całego serca nie znoszę!
To jest jeden z tych programów, który psuje w relacjach absolutnie wszystko. Tworzy toksyczną presję, kastruje facetów z prawa do słabości, a kobiety zamyka w złotej (albo częściej — mosiężnej i dość ciasnej) klatce zależności.
Kiedyś odbyłam genialną rozmowę ze znajomą. Siedzimy, pijemy kawę, gadamy o życiu i ona nagle, z rozmarzonym wzrokiem, rzuca: — Wiesz, ja to bym bardzo chciała, żeby mój mąż zarabiał ode mnie dużo więcej… Patrzę na nią, unoszę brew i pytam z ciekawością: — Tak? A ty co byś wtedy robiła? Na co ona macha ręką, śmieje się i mówi z pełnym luzem: — No nie wiem, wydawała jego pieniądze, hehe!
Powiem Ci, że aż mnie zatkało. Odpaliło mnie to totalnie. Pomyślałam sobie wtedy: no fajnie, słodko. Ale do jasnej anielki, zdecydujmy się na coś! Albo mamy prawdziwe równouprawnienie, o które tak głośno krzyczymy na manifestacjach, albo to równouprawnienie dotyczy tylko naszych bieżących widzimisię i kończy się tam, gdzie trzeba zapłacić rachunek za gaz.
A dlaczego — przepraszam bardzo — to tylko mąż ma tyrać na trzy etaty? Może to on, dla odmiany, też chciałby czasem poleżeć, popachnieć w domu, zająć się ogrodem i nie budzić się o 3:00 rano z lękiem, że jak mu się noga powinie, to cała rodzina pójdzie z torbami? Dlaczego odmawiamy facetom prawa do tego, by po prostu odpuścili ten wieczny wyścig zbrojeń?
Ale ten medal ma też drugą stronę. I ona jest jeszcze bardziej smutna.
Masz talenty. Masz genialne pomysły, zasoby, możliwości. Mogłabyś rozwinąć skrzydła, zacząć zarabiać świetne pieniądze i wejść na finansowy szczyt. Ale… nie robisz tego. Hamujesz się na starcie. Dlaczego? Bo w Twojej głowie świeci się czerwona lampka ostrzegawcza: „Jak zacznę zarabiać więcej od mojego męża, to on poczuje się gorszy. Pęknie mu ego. Przestanie czuć się facetem.”
Serio?! Mam dla Ciebie krótką, darmową radę psychologiczną: to jest jego problem, nie Twój.
Jeśli Twój partner czuje się „mniej męski” tylko dlatego, że jego kobieta odnosi sukcesy i przynosi do domu większy kawałek mamuta, to on pilnie potrzebuje przepracować coś w sobie, a nie Ty potrzebujesz chować swoje talenty do szuflady.
Dobra, zdrowa relacja polega na dmuchaniu sobie nawzajem w skrzydła, a nie na oczekiwaniu, że ktoś nas utrzyma, albo na podcinaniu własnych skrzydeł, żeby tylko partner nie poczuł lęku wysokości!
Kobieta powinna dbać o siebie i swoją niezależność. Nikt Ci nigdy nie podziękuje za to, że zrezygnowałaś ze swojego potencjału, żeby on mógł czuć się „samcem alfa”. Odgrywanie roli finansowej cierpiętnicy, która pyta o zgodę na zakup nowych butów, nie przyniesie Ci medalu za zasługi małżeńskie. Zostawi Cię tylko z frustracją i poczuciem niewykorzystanego życia.
Oczywiście — jeśli świadomie umawiacie się na układ, w którym jedno zarabia, a drugie ogarnia dom i obojgu wam z tym super — klasa! Wszystko jest w porządku. Ale jeśli masz możliwości, chcesz działać, a hamujesz się tylko z obawy, że wyjdziesz wyżej w domowej hierarchii finansowej… to znaczy, że w waszym związku coś mocno nie gra.
I pamiętaj: relacja to nie jest gra w rzutki, w której wygrywa ten, kto celniej wbije szpilę w drugą stronę. Gramy w jednej drużynie. A w dobrej drużynie sukces jednego gracza to powód do otwierania szampana, a nie do cichych dni i fochów.
Dbaj o siebie. Zarabiaj. I leć tak wysoko, jak tylko masz ochotę. Wasze skrzydła uniosą was oboje, jeśli tylko przestaniecie się nawzajem ściągać na ziemię.
Afirmacje:
Moje zarobki nie określają męskości mojego partnera ani mojej kobiecości.
Dmucham w skrzydła mojego partnera, a on dmucha w moje — gramy w jednej drużynie.
Mam pełne prawo zarabiać duże pieniądze, korzystając z moich talentów i zasobów.
Uwalniam lęk przed byciem niezależną finansowo.
Moje bezpieczeństwo jest moją siłą.
Zdejmuję z siebie rolę finansowej cierpiętnicy. Wybieram wolność i równe partnerstwo.
Ćwiczenie:
Dzisiaj zrobimy Audyt Skrzydeł i Rzutek. Czas przyjrzeć się finansowym tabu w Twoim domu.