E-book
6.83
drukowana A5
28.95
To jest miłość…

Bezpłatny fragment - To jest miłość…

czyli 50 opowieści o uczuciach, dla każdego i dla wszystkich

Objętość:
209 str.
ISBN:
978-83-8189-641-2
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 28.95

Zamiast spieszyć się kochać ludzi,
może po prostu kochajmy…

Alternatywa

Mam mądre koleżanki. One często powtarzały mi:

— Nie bądź głupia, nie ufaj facetom! Jeśli któryś mówi ci to czy tamto, to wcale nie musi być prawda… A ty, jak tylko usłyszysz to, co chcesz, to od razu jesteś gotowa… uwierzyć.

W życiu nie ma tak.

Często mi tak mówiły, a ja, niczym ofiara babskiej propagandy, by nie powiedzieć prania mózgu, zaczęłam im ulegać. Kiedyś nieopatrznie ujawniłam im, że między mną a moim wybranym nie układa się tak, jak bym chciała. Triumfowały, jedna przez drugą prześcigały się z tymi swoimi „a widzisz, widzisz, a nie mówiłam!”.

Po jakimś czasie przeszły do kolejnego etapu:

— Musisz mieć alternatywę.

Próbowałam bronić się:

— Jak to? To byłoby nie fair, tak nie można.

Ponownie usłyszałam, że jestem głupia, że nic w tym złego, że to od razu nie musi oznaczać trójkąta.

Uległam. Złożyły się na to dwa czynniki. Pierwszym był Jacek, gdy powiedział, że byłam jego niespełnioną, szkolną miłością, która przez tyle lat jest obecna w jego sercu. Która kobieta by nie uwierzyła. Wprawdzie miał za sobą nieudany związek, ale od razu dodawał: „Formalnie jestem wolny. Dorosły syn też marzy o szczęściu ojca”…

Jedna kawa, druga… Nie był natarczywy, przeciwnie, podkreślał, że nauczony smutnym doświadczeniem, nie pali się do nowego związku. Był wyrozumiały i delikatny: „Nie będę na ciebie naciskał, nie spiesz się”. Nawet nie wiem, kiedy powiedziałam mu o swoich problemach, jaka jestem zaangażowana i jak jest mi źle, że nie dostaję tego, co bym chciała. Czułam, jak świetnie mnie rozumie.

Nie wiem, co byłoby dalej, bo musiał wypłynąć. Może to lepiej, zresztą, czy to ma jakieś znaczenie? Mamy XXI wiek; wiek komórek, e-maili, Skype’ów, jak tylko chcemy, to kontakt możemy mieć bardzo ścisły. Chcieliśmy. Nasze relacje zacieśniały się. Aha, jeszcze był drugi czynnik, ale on przestał mieć znaczenie, bo zdominował go ten pierwszy.

Jak się poczułam? Świetnie! Znalazłam swoją alternatywę. Moje notowania u koleżanek wzrosły. A czy miałam jakieś wyrzuty sumienia? No, bez przesady! A niby czemu? Mój ukochany, dla ułatwienia tak będę nazywała mego wybranego, tego pierwszego, potrafił być cudowny. Działał na mnie tak, że wydawało mi się, iż jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie. Ale potrafił też boleśnie ranić. Początkowo wierzyłam, że nieświadomie, ale to chyba naturalne, że z czasem pojawiły się momenty zwątpienia. Skoro się kocha, a tak twierdził, to nie robi się nic przeciw tej ukochanej osobie, prawda? Ja to co innego.

Jacuś, tak od pewnego czasu zwracałam się do niego, on też pieszczotliwie zdrabniał moje imię, był taki dobry, serdeczny. Musiał domyślać się, skąd biorą się moje zmienne mailowe nastroje, bo zauważał je, ale wytykał delikatnie, ze zrozumieniem. Nie muszę mówić, jak bardzo mi to pasowało.

Nawet nie wiem, jak to się stało, ale zauważyłam, że coraz częściej o nim myślę. Odpowiadało mi to, że jest daleko, a jednocześnie coraz bliżej. Maile mają to do siebie, że można je wielokrotnie czytać, odnajdując coraz to nowe treści.

Mój — już nie tak jednoznacznie — ukochany nie domyślał się niczego. Ciągle zapracowany, zalatany. Niby wiedziałam, co robi, ale nawet nie próbowałam cokolwiek zmienić w jego życiu. Ot, będzie, co będzie.

Kumpelki regularnie organizowały babskie posiedzenia. Zwykle w nich nie uczestniczyłam, ale ostatnio coraz trudniej przychodziło mi wykręcać się. Zresztą powiem wprost, ich namowy też robiły swoje. No i tyle zaczynało dziać się w moim życiu… Zaczęłam bywać.

Te posiedzenia są bardzo przyjemne, gospodyni wspina się na wyżyny sztuki kulinarnej, to znaczy upichci coś pysznego, drinki są rewelacyjne i atmosfera szybciutko staje się coraz frywolniejsza.

— Ja wczoraj zrobiłam temu swojemu tak dobrze, że jutro idziemy na zakupy.

— A ja mojemu tak dogodziłam, że w weekend lecimy do Paryża…

— A ty co? tak zamilkłaś nagle — wyrwały mnie z chwilowego odrętwienia.

— Co z twoim ukochanym?

— Którym? — spytałam odruchowo.

Spojrzały na siebie porozumiewawczo, a potem na mnie z politowaniem. Gocha nie wytrzymała:

— Ty jednak głupia jesteś!

Jolka od razu stanęła w mojej obronie: — Nie obrażaj jej, ona jest po prostu… niereformowalna. Ona już nie ma alternatywy…

Babuleńka

Od zawsze byłam ukochaną babcią Filipa. Jak chodziliśmy na plac zabaw, w trójkę, z jego mamą, to najpierw przybiegał do mnie, by pokazać mi, co zbudował w piaskownicy. Dopiero później zwracał się do matki:

— Babcia, chodź zobacz!

— Babciu — strofowała go moja córka. A on, jakby nic nie słyszał, powtarzał w kółko:

— Ale babcia, proszę!

Albo jak upadł i nabił sobie guza, to leciał do mnie:

— Babcia, podmuchaj, to nie będzie bolało — dmuchałam i ból znikał natychmiast.

Gdy szłam do piaskownicy podziwiać jego zamek, to serce pękało mi z dumy, że to ja jestem tą pierwszą… Ale nie przesadzałam. Jak córka zwracała mi uwagę, że ona jest tą ważniejszą, to odpowiadałam jej zdecydowanym tonem:

— Matka jest tylko jedna, nie pamiętasz?

Czasem próbowała być zazdrosną i też w żartach dąsała się:

— Ja nie miałam takiej babci.

— Co nie jest twoją winą — zamykałam temat. Nie byłabym też sobą, gdybym nie dodawała:

— Tamta babcia też miała szansę…

— To prawda, ale wiesz, że Filip zraził się do niej…

— Bo kto to widział, żeby od małego dziecka tylko wymagać. Jemu trzeba pokazać, zachęcić go, a dopiero potem… a najlepiej razem…

— Oj, mamo. Mówisz tak do mnie, jakbym nie wiedziała. A kiedy mam to robić, jak ciągle pracuję…

— Wiem, córeczko: od tego są babcie — Nie dodawałyśmy, że nie wszystkie, ale każda z nas wiedziała swoje.

Któregoś dnia córka wróciła z pracy bardzo podekscytowana:

— Mamo, życiowa szansa, proponują nam wyjazd do Holandii, najpierw na szkolenie, a potem wybiorą najlepszych i zaproponują im kontrakt.

— A co z Filipem?

— Zostanie z tobą.

— Pytałaś go?

— Ależ mamo, on poza tobą świata nie widzi! Będzie nam lżej i nie będę musiała nikogo błagać o alimenty. Mam swoje ambicje.

— To pięknie, ale alimenty są dla dziecka…

— Wiem, ale co z tego, jak jego ojciec ciągle narzeka, że nie ma pieniędzy… Dziecko rośnie i jego wymagania też…

— Myślisz, że on tego nie widzi?

— Pewnie widzi, ale ma nową rodzinę i ona jest mu bliższa.

Ciężka była rozmowa z moją córką. Ona wiedziała swoje i jak się uparła, to trudno było ją przekonać.

— To co, mamo? Bo jutro ostateczna decyzja…

— Co ci mam powiedzieć? Czy ja kiedykolwiek chciałam źle dla mojej córki albo wnuka?

— W końcu masz jego jednego.

— To nie zamierzasz mieć więcej dzieci?

Córka zasępiła się, ale nie trwało to długo. Zaraz dodała ze śmiechem:

— A co byś powiedziała na takiego małego Holendra? Biegałby za tobą w drewniakach.

— Z jednym sobie nie mogę poradzić.

— No, nie przesadzaj! Filip mówi, że jesteś najlepszą babcią na świecie i najukochańszą…

— Tak? A wiesz, że kiedyś chciał się ze mną żenić?

— Tego mi nie mówiłaś.

— Nie mówiłam, bo to miała być nasza tajemnica… A tobie mogłoby być przykro.

— Ach tak, rozumiem… A dużo ich macie?

Nie zliczyłabym, ale nie mówiłam o tym córce. Wyjechała, a jej pobyt w Holandii przedłużał się. Z początku bardzo tęskniła i dopytywała się o synka, interesowała każdym szczegółem naszego życia. Z czasem przyzwyczaiła się, że nieźle sobie radzimy. Mniej wypytywała o to, co u nas, a częściej opowiadała o tym, co u niej. Urządziła się, pozawierała nowe znajomości, ale o małym Holenderku nawet nie wspominała…

Z Filipem rzeczywiście radziliśmy sobie świetnie. Był naprawdę zdolnym dzieckiem, więc dodatkowych zajęć mu przybywało, a matka finansowała je bez problemów.

— Widzisz, stać nas teraz na więcej. Warto było, prawda?

— Prawda — myślałam sobie. Tylko ja jestem coraz słabsza.

Pierwszy szok przeżyłam, gdy Filip stanął kiedyś przy mnie i krótko stwierdził:

— Ja idę w górę, a ty w dół! — wsparł się lekko na palce. — Ja już jestem prawie tak duży jak ty!

— Bo ja jestem babuleńką. Będę coraz mniejsza, aż skurczę się zupełnie…

— Co to, to nie! — zaprotestował energicznie. — Babuleńką możesz być, ale na skurczoną się nie zgadzam!

Od tego dnia zostałam jego babuleńką i tylko tak się do mnie zwracał. Czasem dodawał „moja”, czasem „kochana”, ale to rozumiało się samo przez się.

Córka regularnie przyjeżdżała na święta, które przygotowywaliśmy razem z Filipem. Chwaliła go, że świetnie gotuje i mówiła, że udał jej się syn i da sobie radę w życiu.

Zgadzałam się z nią.

Nie wspominała nic o powrocie, a ja też nie dopytywałam się, kiedy zamierza wracać. Kupiła nowy samochód i częściej mowa była o prawie jazdy Filipa, niż scaleniu naszej rodziny.

Jak już wspominałam, mój wnuk piął się w górę, podczas gdy ja powolutku zmierzałam w przeciwnym kierunku. Ani spostrzegłam się, kiedy Filip wrócił do domu i zapytał mnie z tajemniczą miną:

— Mogę ci kogoś przedstawić?

— Naturalnie!

Następnego dnia przyszli razem. Filip przedstawił nas sobie:

— Moja dziewczyna, moja babuleńka!

Zosia miała ujmujący uśmiech, a gdy powiedziała mi, że nigdy nie miała prawdziwej babci, tylko takie przyszywane, zawojowała mnie kompletnie:

— W moim sercu jest miejsce i dla wnuczki! — uścisnęłyśmy się serdecznie.

Drugi szok przeżyłam, gdy Filip oznajmił mi:

— Zosia wyjeżdża do Holandii, mama znalazła jej tam pracę…

— Czyja mama?

— Jak to: czyja? Nasza! To znaczy: moja — poprawił się.

— A ty?

— Dojadę do niej tak szybko, jak to będzie możliwe.

— A ja? — wyrwało mi się.

— Ciebie też tam ściągniemy.

— Filipku, starych drzew… — Filip stanął przede mną jak kiedyś, gdy sprawdzaliśmy, kto z nas jest wyższy. Stanęłam i ja, i spojrzałam w górę: był wyższy ode mnie o głowę. Tak jakoś przytulił mnie do siebie i wyszeptał do czubka mojej głowy:

— To co ja mam zrobić? Moja babuleńko…

Bibliotekarka

Rząd Polski ogłosił mobilizację. Komunikat był jasny i klarowny: wszyscy mężczyźni zdolni… A my niespełna dwa miesiące wcześniej poznaliśmy się. Nie był to przypadek. Mirek przyszedł do mnie, do pracy, w zastępstwie matki. Była ona moją czytelniczką i regularnie odwiedzała mnie w bibliotece. Raz w tygodniu przychodziła po nową książkę i często korzystała z moich sugestii i podpowiedzi. Zwykle zaczynała standardowo:

— A co dzisiaj by pani mi poleciła?

Zazwyczaj wcześniej dopytywałam się o zainteresowania czy chociaż ulubioną tematykę. W jej przypadku od początku było inaczej. Zanim o cokolwiek zdążyłam zapytać, usłyszałam:

— Zdaję się na panią całkowicie, to znaczy na pani gust.

Nie ukrywam, że zaimponowało mi to. Wyglądała na inteligentną kobietę, a tu taka deklaracja! Nie wytrzymałam i zapytałam:

— A skąd takie zaufanie? A jak nie trafię z wyborem?

Takiej odpowiedzi nie spodziewałabym się nigdy:

— Dobrze pani z oczu patrzy…

Gdy wróciłam do domu, to najpierw podeszłam do lustra, a potem zwróciłam się do mamy:

— Jak mi „z oczu patrzy”?

Mama nie zdziwiła się, tylko uśmiechnęła promiennie:

— Córeczko, w końcu jakiś chłopak! Ty masz już dwadzieścia cztery lata!

— Mamo, żaden chłopak. To jakaś pani…

Mama zaniepokoiła się:

— Młoda?

— W twoim wieku.

— To może matka?

— Czyja?

— To ty powinnaś wiedzieć!

Coś chyba w tym było, bo pani Stefania zagadnęła mnie przy następnym spotkaniu:

— A pani jak ma na imię?

— Jestem pani imienniczką.

— Mój syn lubi to imię. Zawsze na drugiego września przygotowuje mi…

— W dniu naszych imienin?

— Tak, w dniu naszych imienin — powtórzyła odruchowo.

— A syn chyba nie czyta. Nie przypominam go sobie…

— My czytamy razem, to znaczy: ja w ciągu dnia, mam więcej czasu…

— To pani nie pracuje? Przepraszam, że się tak wypytuję, jak jakaś ciekawska…

— Mnie to nie przeszkadza. Ja więcej czytam, niż rozmawiam z ludźmi…

— Przepraszam, ale znowu zapytam: a mąż, a inne dzieci?

— Męża zabili bolszewicy, jak szli na Warszawę. Gdyby nie Mirek, to załamałabym się kompletnie…

Chwilę milczałyśmy.

— Oboje byliśmy młodzi i nie zdążyliśmy. Mąż był wojskowym i nie chciał, żebym ja… Mirek był bardzo mały, jak zostaliśmy we dwójkę… A pani ma rodzeństwo?

— Pięcioro.

— Szczęśliwa pani matka…

— Sama nas wychowuje, tata też zginął, jak pani mąż…

— Zabili go, dranie!

— Nie wrócił z wojny, nie mogliśmy nawet pochować go.

— To może żyje?

— Mama szukała go, nawet przez Czerwony Krzyż… Powiedzieli jej oficjalnie, że zaginął, a w praktyce, żeby sobie nie robiła nadziei, że gdyby chciała sobie ułożyć życie, to może nawet dostać dokumenty…

— Nie chciała?

— Ona bardzo kochała swojego Stasia. Stanisław to mój tata. Słabo go pamiętam…

— Mój mąż też tak miała na imię! Ale mamy ze sobą dużo wspólnego!

— Przepraszam, że paniom przeszkadzam… — starszy pan przerwał nam rozmowę. — Czy jak nie ma tytułu w katalogu, to znaczy, że nie ma go w bibliotece? Nie ma co szukać?

— Nie, my na bieżąco aktualizujemy spis.

— Szukam pewnego utworu Goethego…

— Proszę dokładnie napisać, którego. Może znajdę w innej bibliotece albo czasem któryś z czytelników…

— Dziękuję, bardzo pani łaskawa i życzliwa…

— A przy tym bardzo miła — pani Stefania włączyła się do rozmowy. Starszy pan uśmiechnął się szelmowsko:

— To widać, ale ja za stary jestem…

Obie parsknęłyśmy śmiechem, a starszy pan dodał tylko:

— Rzeczywiście, obie panie jesteście miłe i ładnie się uśmiechacie…

Ukłonił się i wyszedł. Pani Stefania zauważyła rezolutnie:

— Ale swoje dane to mógłby zostawić.

— Ja go znam, jest moim stałym czytelnikiem.

— Nie pomyślałam o tym.

— Ja naprawdę spróbuję mu pomóc.

— A wie pani, mój syn do późna pracuje, tak jak pani… ale tu, niedaleko… — nie zdążyłam nic powiedzieć, gdy dodała:

— Może panią odprowadzić do domu?

— Zazwyczaj przychodzi po mnie któryś z braci…

— Ach tak, to ja teraz wszystko rozumiem… Mówił mi kiedyś, że widział panią, ale nie wyglądaliście na zakochanych…

— Naprawdę? Uwielbiam swoich braci, jestem najmłodsza…

— A ja mam tylko jednego…

Powtórzyłam całą rozmowę mojej mamie, a ona, jak się później okazało, moim braciom. Uzgodnili, że będą nade mną czuwać z daleka. Z Mirkiem, jak już wspomniałam, nie poznaliśmy się przypadkiem. Przyszedł drugi lipca pod koniec mojej pracy. Wziął książkę dla mamy, ale wyszliśmy już razem. Z początku był trochę nieśmiały, ale nie jakiś wypieszczony maminsynek, jak obawiali się moi bracia. Wysoki, wysportowany, bez wątpienia przystojny. Po drodze do domu zagadywał mnie:

— Pomoże mi pani nadrobić zaległości?

— W czym?

— W lekturach i w ogóle…

— Tak w ogóle, to ja wybieram się, na studia jesienią…

— Ja też chciałem, ale mówią, że będzie…

— Jedni mówią tak, a inni inaczej…

— Ale sama pani przyzna, że czasy są niepewne…

— To prawda, ale snuć plany możemy?!

— Możemy!

Podchwycił to i wtedy pierwszy raz wziął mnie pod rękę. Pamiętam tamtą rozmowę, bo wtedy zaczęła się nasza znajomość. Odprowadzał mnie po pracy do domu, a że na Ochotę ze Starówki jest kawałek, to trochę to trwało. Po miesiącu zaproponował mi niedzielny spacer do Łazienek:

— Ale ma tempo… — żartowali moi bracia, aż mama musiała ich strofować:

— Dajcie jej spokój, chyba lepiej że jest tak, niż miałby dziewczynie… Przecież to wasza siostra!

— Ależ oczywiście, że lepiej! Pewnie, że tak! — mówili jeden przez drugiego, a mama tylko uśmiechała się dobrotliwie:

— Wygląda na porządnego, a to się chyba liczy.

— Mamo, a skąd wiesz, jak wygląda? — zaniepokoiłam się.

— A ty myślisz, córeczko, że twoja matka pozwoliłaby ci…

— A kiedy nas widziałaś?

— Ostatnio, czy po raz pierwszy? — bracia wybuchli śmiechem i z uznaniem spojrzeli na naszą matkę.

Po tym niedzielnym spacerze przyszła kolej na lody i dłuższe przebywanie ze sobą. Pani Stefania wyglądała na bardzo zadowoloną:

— Odmieniła mi pani syna, nie wiem, co pani z nim robi, ale jest inny, stara się być lepszym i mówi, że ta politechnika to nie jest zły pomysł… Tylko mniej czyta. Śmieje się, że już nie musi!

— Ach tak? Ładnych rzeczy się dowiaduję… — udawałam nadąsaną.

— A tak! Mówi też, że ma pani duże poczucie humoru! — obie się roześmiałyśmy i czułam, że się naprawdę lubimy.

Sierpień dobiegał końca i chyba razem z Mirkiem chcieliśmy zaklinać rzeczywistość, by była dla nas łaskawa i dostarczała nadziei.

Pierwszy września nadszedł planowo. Tego komunikatu o mobilizacji wysłuchaliśmy oddzielnie. Jak tylko przyszłam do pracy, zjawił się Mirek:

— Już wiesz?

— Tak.

— Ja muszę…

— Wiem.

— Jak nasi ojcowie…

— Tak.

Rozmowa nie kleiła się. Trzymaliśmy się za ręce:

— Martwisz się o mamę?

— To zrozumiałe.

— Będę jej pomagać.

— Ale ona jest… — ścisnął mnie mocniej za rękę.

— Nas jest więcej. Mam jeszcze dwie siostry. To nie potrwa długo. Anglia i Francja…

— Najważniejsze, żebyś był zdrowy.

— Ty też.

— A będziesz czekała?

— A ty?

— Co: ja?

— Czy wrócisz do mnie?

— Jak teraz sobie obiecamy, to choćby nie wiem co…

— To ja ci obiecuję.

— A ja tobie.

Tak wyglądała nasza ostatnia rozmowa. Każde jej słowo zachowałam w pamięci i w sercu. Nie było w niej żadnych wyznań, nie padały w niej żadne patetyczne słowa, a czułam, że to, co tworzyło się między nami, to jest więź, którą tylko nieszczęście może przerwać…

Pierwszą wiadomość dostałam po czterech tygodniach… Sąsiad przyniósł informację: „Żyje, jest w Ostaszkowie. Ma szczęście, że nie jest oficerem”. Pobiegłam zaraz do pani Stefanii. Pomodliłyśmy się i popłakałyśmy ze wzruszenia…

Najgorsze było to późniejsze milczenie, ta niepewność, która nie chciała nas opuścić. Minęły długie miesiące, gdy odezwał się z Persji: „Dbaj o siebie. Pamiętam”. Żadnych czułości, żadnych serdeczności. Mój starszy brat jakby wyczuł mój nastrój:

— Wojna zmienia człowieka, ale najważniejsze, co on ma w sercu…

— Tobie dobrze mówić, bo twoja żona ma dwójkę dzieci.

— A co ty myślisz?! — naskoczył na mnie. — Im ojciec nie jest potrzebny?!

Ten jego wybuch otrzeźwił mnie momentalnie:

— No, tak. Mirek ma matkę, a ona poza nim nikogo…

Wzruszył ramionami:

— Tobie naprawdę na mózg padło… — i w najmniej oczekiwanym momencie przytulił mnie mocno.

— Wiem, co czujesz… My tutaj też nie próżnujemy…

Jak Mirek trafił do Anglii, wiadomości docierały do nas przez Czerwony Krzyż. Po powstaniu trafiłam do Ravensbrück. Po wyzwoleniu obozu trafiłam pierwszym transportem do Szwecji. Do dzisiaj przechowuję jak najcenniejszą pamiątkę rodzinną kalendarz Mirka z 1946 roku, a w nim numer służbowego roweru i przypisane konkretnym datom lakoniczne słowa: „od Stefy, do Stefy…” z przerwami kilkunastodniowymi. Nigdy nie dopytywałem której, nie analizowałam. Zapiski kończyły się w maju tamtego roku. Mirek wrócił do Polski, a drugiego lipca wzięliśmy ślub. Obrączki miał pożyczyć nam szwagier, ale okazało się, że to był prezent od całej mojej rodziny. Mirek miał tylko plecak. Nasze domy były zburzone. Wyjechaliśmy na Ziemie Odzyskane nie tylko dlatego… Mama Mirka pojechała z nami, moja mama i siostra zostały w Ravensbrück.

W Szczecinku czekało na nas mieszkanie. Podjęłam pracę w PUR-ze, Mirek zaczął uczyć w szkole, angielskiego…

Czasem pytały mnie dorosłe dzieci:

— Skąd wiedziałaś? Przecież to trwało tyle lat. To nie do uwierzenia! Gdyby ktoś obcy o tym mówił…

Ja niezmiennie odpowiadałam im:

— W co nie chcecie wierzyć? W miłość? Czy w przeznaczenie?

Brydż

Tamten dzień i to, co było później, pamiętam z takimi szczegółami, jakby rzeczywiście wydarzyło się to wczoraj. Pamiętam, co mówiłem, co słyszałem. Pamiętam to, czego nie pamiętam:

— Mogę o tym wszystkim?

— Proszę.

— A więc…

— Tak nie powinno się zaczynać…

A zatem, obudziłem się w późnowrześniowy ranek. Właściwie to obudziło mnie ciche chrapanie. Żaden traktor, żadna wiertarka, ale miarowe, rytmiczne, zgodne z oddechem chrapanie… Nie otwierałem oczu, usiłując przypomnieć sobie wczorajszy wieczór. Udawało mi się to z dużym trudem i z lękiem czekałem na to, co będzie, nie otwierając oczu. Dźwięk chrapania nie ustępował i naraz otrzymałem otwarty cios w twarz, z otwartej dłoni. Poczułem kawałek czegoś twardego w okolicy nosa. Otworzyłem oczy i spostrzegłem na własnej twarzy polakierowane na czerwono paznokcie, a na trzech palcach pierścionki z masywnymi oczkami. Lekko odsunąłem cudzą dłoń z własnej twarzy i rozbudziłem się na dobre.

Pod jednym kocem leżałem z obcą kobietą, która przez sen walnęła mnie prosto w nos. Czarne, potargane włosy zasłaniały pół jej twarzy. Spała mocno, z lekko rozchylonymi ustami. Przesunąłem koc i odsłoniłem jej obfite, nagie piersi. Co ona tu robi? Co ja tu robię? Byłem naprawdę przerażony, szukając własnych majtek i koszulki. Spodnie znalazłem pod łóżkiem, buty w końcu pokoju. Skarpety były na swoim miejscu, czyli na nogach. Kobieta spała spokojnie, a koło łóżka, od jej strony, leżały części jej ubrania, jakby ktoś je zdejmował w pośpiechu i rozrzucał po podłodze.

Wyszedłem z pokoju. Pierwsze, co zobaczyłem, to duży napis na drzwiach naprzeciwko „WC”, a pod nim duże plastikowe naklejki: jedna przedstawiała z profilu siusiającego chłopczyka, druga dziewczynkę patrzącą z pewnym zakłopotaniem — jak mi się wydawało — na niego. Wszedłem do toalety, starannie zamykając za sobą drzwi.

Siusianie zajęło mi więcej czasu niż zazwyczaj, a może tylko tak mi się wydawało… Jeszcze nie skończyłem, gdy ktoś zaczął dobijać się do drzwi:

— Zajęte!

Natarczywe pukanie nie ustępowało. Uchyliłem lekko drzwi i zobaczyłem Grzegorza:

— Co tak się bunkrujesz? Widziałem cię, jak wchodziłeś. Mnie też się chce…

Paplał jak nakręcony:

— Chyba możemy razem sikać, prawda? A bo to pierwszy raz? Posuń się wreszcie.

Oczywiście puściłem kumpla i w tej niecodziennej scenerii zadałem mu najgłupsze pytanie na świecie:

— Pamiętasz coś?

— Niewiele!

— Ale jak żeśmy wychodzili, a właściwie, jak nas wyganiałeś?

— To wyście zostali…

— Nie, bo koniecznie chciałeś powtórzyć…

— Co?

— No, nie wygłupiaj się!

— Kiedy ja serio…

— Daj spokój, upierałeś się jak nigdy!

— Ale na co?

— No dobra… Elka wstała?

— Jaka Elka?

— Masz rację, ona może się nazywać, jak chce, ale przestawiała się jako Elżbieta.

W drzwiach stanął Waldek:

— A wy co? Nie zamykacie się, czy to zaproszenie dla mnie?

— Wchodź! — Grzegorz był bardzo gościnny.

— My już wychodzimy.

— To chodźcie do nas. Rysiek jeszcze śpi, to nas nie wyrzuci.

I tu się pomylił. Ryszard nie spał już i próbował uładzić łóżko. Rzucił krótko w naszą stronę:

— Wykorzystałem umywalkę, ale jest OK. Spłukałem porządnie i nie cuchnie.

Wrócił Grzegorz i zaczęli jeden przez drugiego:

— I jak było?

— Dałeś radę?

— Ale w sumie niezła, co?

Nie odzywałem się ani słowem i dopiero wtedy przestali. Grzegorz popatrzył na Waldemara i klepnął w plecy Ryszarda:

— On chyba naprawdę nic nie pamięta.

— Czekajcie! Spokojnie, zaraz sobie przypomnę. Mieliśmy grać w brydża, tak? — potakiwali ochoczo. — Wzięliśmy po dwa piwa na głowę.

— I tu się mylisz! — Rysiek nie wytrzymał. — Po dwa, ale do pierwszego roberka, a potem, graliśmy jeszcze kilka…

— No tak, coś sobie… — jakieś mgliste obrazki zaczęły przebiegać mi przez głowę. Waldek zwrócił się do mnie:

— A pamiętasz, jak zamawiałeś kolejne sławetne Szampanskoje? A pani Ela nie chciała już otwierać następnego? Stała za barem i mówiła, że kolega panów ma już dosyć i że powinien się położyć. Uparłeś się, że zostajesz, a jeśli wyjdziesz, to tylko z nią. Jej szef powiedział, żeby poszła, bo inaczej nigdy nie zamkną…

Grzegorz był bardziej konkretny:

— Poszliśmy wszyscy razem do jej pokoju… I wiesz, po kolei, każdy z nas… Elka mówiła, że dla takich ogierów to może i gratis, ale my solidarnie zrobiliśmy zrzutkę. Oczywiście, bez ciebie. Nie chciałeś i coś tam bajdurzyłeś jej, że możesz tylko z miłości. Nie pamiętasz? Śmiała się i w końcu wyrzuciła nas z pokoju…

Byłem naprawdę przerażony tym wszystkim i chłopacy zauważyli to. Ryszard pragmatycznie rzucił komendę:

— Zmywamy się na autobus!

Wychodząc, spotkaliśmy na korytarzu starą góralkę, która widząc nas, zapytała uprzejmie:

— A za to pobite szkło to kto zapłaci?

— Ile? — spytał konkretnie Ryszard.

— Dopytajcie w barze…

Barmanka też nie wiedziała:

— Elka nic mi nie mówiła, od rana nie ma z nią kontaktu…

Sensowną propozycję złożył Waldemar:

— To może my zostawimy jakąś kasę, a jak będzie trzeba, to dacie nam znać i dopłacimy. Nasze telefony zostawialiśmy przy meldunku.

Razem wyszliśmy, ale nie odzywaliśmy się do siebie. Kończyły się nasze ostatnie studenckie wakacje.

Jakoś tak przed Gwiazdką znowu spotkaliśmy się we czwórkę. Ryszard lekko zdenerwowany zagadnął Waldemara:

— Dostałeś list?

— Tak.

— I co? — ciągnął Ryszard.

— Było, minęło. Nie ma co o tym mówić — Ryszard odparł bez chwili zastanowienia i tym samym krótko uciął dyskusję.

Rzeczywiście zmieniliśmy temat; nasze prace dyplomowe, rozważania o tym co dalej. Było tego trochę. Zaraz po ostatniej sesji znowu pojechałem w góry. Tym razem bez chłopaków, tylko na parę dni. Coś mnie ciągnęło do tego pensjonatu.

Góralka, która podawała mi herbatę, dziwnie mi się przyglądała. W końcu nie wytrzymała i podeszła znowu:

— Czy my się już nie spotkaliśmy? Wcześniej…

— Byłem tu kiedyś…

— Tak myślałam, to wtedy Agnieszka…

— Jaka Agnieszka?

— Ona wolała, by na nią mówić Elka… Nieważne. Zaciążyła…

— Co zrobiła?

— No, zaszła…

— A czemu pani mi to mówi?

— Bo sobie coś przypominam… Ona nie mówiła z kim…

— Ale co ja mam z tym wspólnego?

— Pewnie nic… tak tylko rozmawiamy… Powiedziała, że jak urodzi, to odda ciotce, a ona je wychowa jak swoje… Ciotka zgodziła się, ale postawiła warunek: co miesiąc dutki, regularnie. Agnieszka zgodziła się i teraz jest w Austrii. Pracuje na wyprawkę…

— Czemu mi to mówicie?

— Bo tak trzeba. Dziecko nie jest temu winne…

Dopiłem herbatę i wyszedłem. Ona nie zwracała na mnie żadnej uwagi. Długo myślałem o tym i doszedłem do wniosku, że ma rację.

Latem opowiedziałem o wszystkim Krystynie. Uznałem, że skoro mamy się pobrać, to powinna znać wszystkie strony mojego życia. Te ciemne też. Po paru dniach Krystyna zakomunikowała mi:

— To wszystko prawda. Agnieszka urodziła córkę, wychowuje ją jej ciotka. To biedni i porządni ludzie. Nie będą jej mówić ani o matce, ani o ojcu…

— Którym?

— Jak to? Ma się tylko jednego.

— I myślisz, że to ja?

— A ty?

— Chcesz, abym zrobił badania?

— Nie wiem.

— To daj spokój.

Nie wracaliśmy do tej rozmowy. Dopiero po kilku dniach zupełnie przypadkiem, zauważyła, że z mojego konta wychodzą regularnie przelewy do nieznanego odbiorcy. Chyba się domyśliła, bo tylko spytała:

— Zrobiłeś badania?

Zgodnie z prawdą zaprzeczyłem:

— To dlaczego?

— Bo przecież dziecko nie jest temu winne…

Chrzciny

Z facetami nigdy mi nie wychodziło. Jak już któryś poczuł się zbyt pewnie, to zaraz pozwalał sobie na zbyt dużo. Chciał to albo tamto. Owszem, czasem było to powiedziane wprost, ale czasem tak zakręcone, że gdyby nie moja czujność, to w życiu nie połapałabym się, o co w tym wszystkim chodzi.

A sprawa jest prosta: faceci są wygodni. Oczekują obsługi, zaspokajania rozmaitych fantazji, fanaberii. Czasem są użyteczni, nie powiem, ale generalnie, to więcej z nimi kłopotów niż pożytku. Nieraz sobie myślałam, że może ja mam pecha, że to może ze mną jest coś nie tak, ale jak zorientowałam się w temacie, to okazało się, że jednak nie. Nie jestem w tym odosobniona.

Wolę jednak o innych nie mówić. Każda ma swoje racje. Mnie z facetami nie wychodziło i to jest dla mnie najważniejsze. Odkąd sięgam pamięcią… Powiem krótko: starałam się. Bardzo się starałam. Robiłam więcej, niż było to możliwe. Na pewno więcej, niż niejedna, w mojej sytuacji.

Jak byłam ze Zbyszkiem, to kumpele mówiły, że mam świętą cierpliwość. Świętą? Bez przesady, ale żadne jego zachcianki, żadne zachciewajki, nie były dla mnie problemem albo zadaniem nie do wykonania. Cierpliwie spełniałam wszystko, co tylko wymyślił. Za to od niego nic: zero wymagań, żadnych próśb czy — nie daj Boże — poleceń. Życzysz sobie tak? Proszę bardzo. Chcesz inaczej? Nie ma sprawy. Myślałam wtedy, że doceni jaka jestem bezkonfliktowa, jaki mam charakter, wręcz anielski, chciałoby się powiedzieć.

Nie wytrzymałam dopiero wtedy, gdy pojawiła się mamusia. Rozpoczęła niewinnie, ale szybko zaczęła się wtrącać do wszystkiego, wchodzić w całe nasze życie, krytykować mnie nieustannie. To jeszcze bym wytrzymała, ale jak doszło do tego, że dowiedziała się, co Zbyszek robi i jak w strefach łóżkowych, to nie zdzierżyłam. Znosiłam wszystko do czasu, ale miarka się przebrała. Powiedziałam krótko: basta! Na więc sobie nie pozwolę. Znaczy: nie sobie, ale jej.

Początkowo próbowałam łagodnie. Mówiłam Zbyszkowi, że chłopcy długo są mali, ale w końcu dojrzewają, wyrastając z krótkich spodenek. On odpowiedział:

— Mnie nie przeszkadzają krótkie spodnie u faceta. Wszystko zależy od temperatury i czy są markowe.

— Ale ja tak w przenośni. Tak ogólnie…

— Tak ogólnie, to taka gadka o niczym. Facet jest konkretny i zawsze wie, czego chce.

— A czego ty chcesz?

— Żebyś słuchała się mamusi, mojej mamusi.

— Ale przecież ja mam swoją i ona nie wtrąca się do naszego życia.

— Jeszcze by tego brakowało, żeby się wtrącała.

— Ale ja nie chcę twojej mamy w pakiecie. Ty się dla mnie liczysz, przede wszystkim ty!

No wiem. Trochę przegięłam wtedy, ale zaraz potem usłyszałam:

— Cały czas mnie ostrzegała, że chcesz ze mnie zrobić pantoflarza! I proszę, jak zwykle się nie myliła!

Pożegnaliśmy się bez żalu, przynajmniej z mojej strony, a właściwe to rozstaliśmy się bez specjalnych pożegnań.

Długo byłam sama — całe dwa miesiące. Właśnie wtedy postanowiłam sobie, że z facetami to będę krótko… Bo jak już się taki wprowadzi, to już go nie wyprowadzisz. Rozumiem: noc, dwie — najlepiej zresztą na neutralnym gruncie. Na przykład jakiś wyjazd, nawet wyjazd za miasto, na krótko właśnie, na krótko i bez zobowiązań…

Całkiem nieźle mi to wychodziło. Robiłam, co chciałam, z kim chciałam i kiedy chciałam. Ciężko pracowałam, więc miałam za co. Zresztą tatuś powtarzał, ciągle dając mi kasę: „masz, żebyś nie była zależna od faceta… Inaczej, to już koniec”. Dobrze to zapamiętałam, przyjmując ją. A jak jeszcze powtarzał: „masz i pamiętaj, mam ciebie jedną i to co moje, to i twoje”, to już zupełnie pozbyłam się wszelkich wątpliwości.

Matka zawsze zgadzała się z ojcem, więc byliśmy naprawdę zgodną rodziną. Na przykład jak szliśmy na wesele, to wszyscy nas podziwiali. Słyszałam tylko: „niezła rodzinka, nie ma co…”. Bawiliśmy się wtedy znakomicie, a tatuś rzadko przesadzał z alkoholem. Jeśli nawet się zdarzyło, to mama nie miała mu tego za złe. Mówiła wtedy: „wesela to nie niedziela, są nawet rzadziej niż święta”.

Tak się złożyło, że w ostatnie Boże Narodzenie byliśmy zaproszeni na chrzciny. Ale takie chrzciny jak małe wesele, na kilkadziesiąt osób. Zjechały się rodziny, przyszli znajomi. Pod koniec imprezy ojciec trochę zmarkotniał i normalnie zrobiło mi się żal staruszka. Spytałam:

— A tobie co? Nie podoba ci się impreza? Nie jest fajnie?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 28.95