E-book
12.29
To ja, Aleks

Bezpłatny fragment - To ja, Aleks

Miłość nigdy nie wybacza. Tom 2

Objętość:
312 str.
ISBN:
978-83-8221-660-8

Leniwe truskawki

Nie posiadała wspomnienia, w którym by się rozbierała, a właśnie teraz leżała w samej bieliźnie starannie okryta kołdrą. Spojrzała na ubrania poskładane na krześle. Sięgnęła w ich stronę, a jej palce bezwiednie wyciągnęły telefon z kieszeni spodni. Jedenasta. Wczorajszy humor, ulotnił się. Zaspana, ale wypoczęta, podniosła się na łóżku rozglądając się po pokoju. Uderzyła piętami w bok łóżka. Ból zmusił ją do podkurczenia nóg i objęcia ciepłymi dłońmi swoich pięt. Położyła nogi delikatnie na podłogę szukając podparcia. Wstała za szybko. Straciła równowagę. Złapała za oparcie krzesła, omiatając wzrokiem pokój.

— Tata się postarał — pomyślała Aleks rozglądając się.

Nowe meble, nowa drewniana podłoga, nowe okna. Wszystko nowe. Nawet parę nowych książek. Była ciekawa, kto mu w tym pomagał. Na pewno sam tego nie wymyślił, gdyż każdy centymetr pomieszczenia był spełnieniem jej marzeń i wyglądał jak przeniesiony z designerskich katalogów dla zamożnych ludzi.

— Pewnie Nastka — wymamrotała pod nosem. — Ona ma dużo czasu i dobry smak — zwróciła się do brata, który przyjął słowa z pełną aprobatą machając ogonem.

Nie zdziwiłoby jej to zbytnio, bowiem babcia zanim przeszła na emeryturę była wziętym architektem i uwielbiała łączyć nowoczesność z tradycją. Lekkie, białe meble, zwiewne firany, granatowy dywan z gwiazdozbiorem smoka, to wszystko robiło na niej niemałe wrażenie. Ale największe wywarła na niej wnęka przy oknie. Wykończona białymi, lakierowanymi deskami do których przytwierdzono półki na książki i siedzisko również z białymi poduszkami, sprawiała wrażenie nierealnej fotografii z pisma typu: tego nie będziesz miała, tam nie będziesz, tych ludzi nie spotkasz. To miejsce znalazło już swoje zastosowanie. Ułoży je tam i ochroni je przed zębami Toma.

Usiadła niepewnie we wnęce. kilkakrotnie układając się, jakby szukając odpowiedniej pozycji. Parokrotnie poprawiła poduszkę pod plecami. Sięgnęła po pierwszą z brzegu książkę, podnosząc ją na wysokość nosa. Upajała się zapachem równym boskim nutom. Otworzyła ją i dalej z zamkniętymi oczami chłonęła zapach świeżego druku i niekalanego dotykiem człowieka papieru. Odsuwając ją od twarzy rozmyte litery złożyły się w jedno słowo „Pinokio”.

Chyba żarty się go trzymają. Ja to czytałam w trzeciej klasie — wybuchnęła gromkim śmiechem. Książka wróciła z trzaskiem na swoje miejsce. Spojrzała na przeciwległą stronę pokoju. Ło — wyrwało się jej z jej gardła na widok najnowszego sprzętu grającego ustawionego na szafce.

Z zapartym tchem nacisnęła przycisk zasilania. Pokój wypełnił się muzyką. Pstryk, klik, klik postukała w czarne przyciski czerwonej wieży, dopasowując barwę dźwięku do swojego gustu.

W rogu koło wnęki przykuł jej uwagę swoją czerwienią inny przedmiot. Oooo — wydała z siebie radośnie. — Nawet trendy lampkę mam!

Usiadła ponownie na poduszkach podkurczając nogi. Przysunęła do siebie teleskopową lampę i przez dłuższą chwilę bawiła się jej włącznikiem w rytm sączącej się muzyki. Pstryk, klik, pstryk, klik. Gdy się jej znudziło wyjrzała przez okno dostrzegając za ogrodzeniem kobietę o paniusiowatym wyglądzie, kierującej w jej stronę nieme słowa i gestykulującą złowrogo. Zza zamkniętego okna Al nie słyszała co mogła mówić, lecz gesty nie pozostawiały żadnych złudzeń. Omiotła ogród spojrzeniem. Nie zobaczyła nic, co mogłoby wprawić panią w zły nastrój. Tom grzecznie siedział pod kosztelą, hipnotycznie wpatrując się w jej koronę. Na drzewie chowały się zwierzęta, które mogły być kotami. Otworzyła okno wystawiając głowę na dwór.

— Tom — pies obrócił się na głos swojej pani. — Co robisz piesku?

Tom szczeknął raz i oparł się o pień starej jabłoni. Na najniższej gałęzi przycupnął gruby, czarno-biały kocur. Drugi zaś, o filigranowej budowie, wspiął się na sam szczyt, bujając się niepewnie prawie na czubku drzewa chowając się wśród liści. Gwizdnęła na psa przywołując go do siebie. Tom niechętnie odszedł od swoich nowych kolegów przerywając zabawę. Może i jej się poszczęści i w ciągu następnych dwóch tygodni znajdzie nowych znajomych. To tylko na czternaście dni, gdyż potem wyjadą do wymarzonej Gruzji. Resztę wakacji zaplanuje jej mama.

Tom podbiegł do okna balkonu, prosząc drapaniem o wpuszczenie. Dziewczynka po schodach zeszła na parter, ostrożnie trzymając się poręczy. W domu oprócz muzyki nie było słychać żadnych dźwięków. Nawet skrzypienia stopni pod jej stopami. Idealna cisza przetykana sekcją rytmiczną. Zatrzymała się w przedpokoju zaglądając do kuchni, a następnie do salonu szukając śladów życia. Nikogo nie było. Rozejrzała się po salonie. Był większy niż jej mieszkanie. Zgrabnie dopasowane meble i kompletnie niepasująca do stylu ludwikowska witrynka z dziesiątkami kufli w jej wnętrzu. Sięgnęła ręką by ją otworzyć, lecz drzwi balkonowa rozsunęły się i do domu wpadł Tom odstawiając dziki taniec radości. Nie widziałem cię pięć minut! Myślałem, że już nie wrócisz. Cieszę się, że jesteś. Kocham cię. Kocham. Hau — zdawał się wyszczekiwać pod nosem. Mordko, ty moja ty! — mówiła do brata drapiąc go gdzie tylko można.

Zasunęła drzwi mocując się z nimi trochę. Po chwili znalazła logikę zamknięcia. Sprytne. Klamka do góry docisnąć i zamknięte. Klamka na dół, potem do siebie i się odsuwają bez użycia siły. Dla pewności poćwiczyła jeszcze parokrotnie.

Kątem oka Al zauważyła ruch w ogrodzie. Tom zesztywniał i wystawił coś na podwórku, prostując swój spiczasty ogon jak szpadę. Aleks spojrzała na brata, a potem podążyła za jego wzrokiem. Po ich ogrodzie przechadzał się jeszcze jeden kot. I na dodatek strasznie paskudny. Łysy kocur z błyszczącą srebrną obrożą. Tom szczeknął groźnie, stojąc za zamkniętymi drzwiami. Kot nawet nie oglądał się, gdzie jest zagrożenie wdrapując się na jabłoń. Po ich ogrodzie… — pomyślała przepełniona dumą. Ale go nie zjesz? — zapytała się brata śmiejąc się serdecznie.

Tom przechylał głowę nadstawiając raz lewe, raz prawe ucho patrząc mądrymi oczami na swoją panią. Wskoczył z rozpędem na kanapę i ściągnął swojego kurczaka na ziemię. Przytrzymał go łapą zatapiając w nim zęby.

— Biedne kotangi — rzuciła w kierunku koszteli, która tego lata pięknie obrodziła kotami.

Tom podrapał szybę drzwi pokazując, że chce wyjść. Ty jednak posiedź w domu ze mną. Pójdziemy zaraz na spacer — słowami wzbudziła szczerą radość psa.

Wróciła do swojego pokoju chcąc dokończyć jego inspekcję. Usiadła przy biurku, obracając się na obrotowym krześle. Po każdym obrocie otwierała jedną z szuflad. Pusta, pusta i… następna też była pusta. Okręciła się jeszcze parę razy. Zatrzymała się, gdy w głowie jej lekko zaszumiało. Odczekała chwilę i usiadła na gwieździstym dywanie. Spod ściany przyciągnęła do siebie walizkę. Otworzyła zamek, następnie drzwi szafy i zaczęła układać swoje ubrania. Na półce nad biurkiem ustawiła w rzędzie swoje szopopy układając je w grupach zgodnie z ich rodzajem. Książki znalazły swoje miejsce na półkach pod wnęką. Pokój zaczął się nią wypełniać, tak jak dywan sierścią jej brata.

Gdy rozpakowała cały swój dobytek, schowała walizki na dole szafy. Wprawdzie na górnych półkach było jeszcze dużo miejsca. Były jakby specjalnie wielkością przygotowane do tego celu. Nikt jednak nie przewidział, że Aleks nie sięgnie do nich, nawet stojąc na krześle. Tom nie mógł pomóc. Miał cztery łapy i do tego wszystkie lewe. On mógł jedynie przeszkodzić, na przykład, jeśli wpadłoby mu do głowy złapać za kółko krzesła akurat w tym momencie, gdy Aleks stojąc na nim będzie miała walizkę nad głową. A czasami mu się zdarzało nabroić próbując pomóc swojej pani w swój pokrętny, kochany sposób. Tym razem wolała nie ryzykować.

Stanęła na środku pokoju obracając się wokół własnej osi, nie potrafiąc zatrzymać wzroku na żadnym punkcie. Na śnieżnobiałych połaciach nie było żadnego obrazka. Nie wisiało też żadne zdjęcie. Sterylnie jak w szpitalu. Za wezgłowiem łóżka stały antyramy ze standardowymi fotografiami. W gustownie wyposażonym pokoju czuła pustkę, jakby ktoś przeniósł do rzeczywistości zdjęcie z katalogu dla projektantów i na drzwiach umieścił napis — „nie używać”.

Gdy uporała się z rozpakowywaniem, wyruszyła na zwiedzanie domu. Rozpoczęła dziewiczą podróż odkrywcy stawiającym swoją stopę na nieznanym lądzie. W Aleksandrii znała tylko jeden dom. I to nie ten, w którym była obecnie. Nigdy nie poznała też mieszania, w którym ojciec mieszkał przez po rozwodzie. Teraz miał dom. W sumie domek, ale za to z garażem. Nawet dwoma. A co najważniejsze — z ogrodem. Zawsze chciała mieszkać w domu z ogrodem. Takim, o jakim ciągle mówił tata gdy przekonywał ją do budowy. A szczytem jej marzeń było wybudowanie domu w jej magicznym ogrodzie. Tam, gdzie było jego miejsce. Jej brat pewnie też o tym śnił. Rano mógłby wyjść sam do ogrodu i przegonić nieproszonych lokatorów. A potem, jak pańcia się wyśpi, to może pójść z nim na dłuższy spacer. Mimo całej miłości do swojego brata, zwłaszcza w weekend czuła uciążliwość opiekowania się nim. Tom nie respektował tego, że weekend między innymi służy do tego, aby się wyspać. Siódma godzina była dla niego porą, w której musiał obwąchać i przywitać świat. Wyjątkiem była zima. Bowiem wtedy wychodził tylko na chwilę za potrzebą i szybko uciekał do ciepłego mieszkania. Aleks wówczas nigdy nie protestowała. Zostawało jej więc więcej czasu przed szkołą i mogła w ubraniu wejść na chwilę do łózka. Czasami musiała stoczyć z nim wojnę, kiedy umorusany błotem stwierdzał, że też chce się ogrzać razem z nią. Jednak mając ogród, te problemy wydawały się być śmieszne. Musi namówić tatę, by zamontował drzwiczki dla psa, najlepiej w drzwiach do ogrodu. Wtedy to już będzie mogła spać do woli. Tylko, czy opłaci się zamontować drzwiczki na dwa tygodnie — przemknęło jej przez myśl.


Na piętrze świeżo wyremontowanego domu przewidziano dwie sypialnie ułożone obok siebie. Na przeciwległej urządzono toaletę oraz łazienkę. Na końcu korytarza znajdowało się trzecie pomieszczenie. Od niego zaczęła zwiedzanie. Otworzyła drzwi wkładając z ciekawością głowę do środka. Z widocznym na twarzy wyrazem rozczarowania zamknęła za sobą drzwi. Nic w nim nie było ciekawego, oprócz paru pudeł pozostałych po przeprowadzce, resztek przyborów malarskich i jej małego czerwonego trójkołowego rowerka. Stojąc na korytarzu zastanowiła chwilę, po co go trzyma, ale przykuła jej uwagę czerwona gitara stojąca w sypialni ojca, pomiędzy garderobą a szerokim łóżkiem. Gitara? Nie wiedziałam, że gra — powiedziała, przesuwając palce po strunach, jakby sprawdzała, czy jest nastrojona. Mógłby posłać łóżko — rzuciła skacząc po nim jednocześnie patrząc przez okno na dachy magazynów.

Znudziła się wygłupami, poprawiła pościel i ponownie szarpnęła za struny rozstrojonej gitary.

Weszła do białej, wykończonej drewnem łazienki. Przez otwarte okno zaglądał na chwilę wiaterek. Rozsiadła się wygodnie w wiklinowym fotelu rozglądając się po łazience. Wanna, toaleta, prysznic, umywalka i ten nieużyteczny pisuar.

Na strych nie wchodziła.

Tam mieszkają pająki, więc lepiej im nie przeszkadzać. Chyba że chce się zejść śmiercią bolesną, albo gwałtowną — pomyślała patrząc na otwór klapy odcinający się prostokątem od sufitu.

Zeszła z piętra, kierując swoje kroki do kuchni. Za nią poczłapał pies. Zatrzymała się przy drzwiach pod schodami. Złapała za klamkę próbując je otworzyć, lecz przeszkodził jej dzwonek do drzwi. Zawahała się nie wiedząc, czy może je otworzyć, czy też nie. Nie była w swoim domu. Podeszła ostrożnie do drzwi wejściowych.

— Kto tam? — zapytała nie otwierając.

— Listonosz — usłyszała stłumiony głos, tak ciepły jak dzień — polecony mam.

— Taty nie ma — podniosła głos prawie krzycząc.

— To otwórz. Wypiszę awizo — powiedział listonosz, tym razem beznamiętnym tonem.

Spojrzała przez wizjer. Za drzwiami stał sympatyczny pan w niebieskim uniformie, sprawnie żonglując kopertą, długopisem i kartką szukał czegoś w wielkiej, skórzanej torbie. Otworzyła drzwi chowając się za skrzydłem.

— Dzień dobry. Widzę, że dom znalazł nowych mieszkańców — zaczął rozmowę trzymając w ręku listy.

— Jestem tutaj pierwszy dzień.

— Wiem. Ja wszystko wiem i wszystko widzę. Poprzednicy wyjechali.

— Wie pan wszystko?

— Tak!

— Dwa razy dwa.

— Cztery.

— Za dokładnie.

— A teraz.

— Coś szumi. Zna pan ten skecz?

— Tak. I tutaj się też podpisz.

— Wie pan, że jest pan pierwszą osobą, którą tutaj poznałam? — wyznała otwierając drzwi na całą szerokość

— Ła. Śliczna dziewczynka, a do tego taka dowcipna — uśmiechnął się szeroko.

— Dopiero co przyjechałam. Wczoraj — dodała, chcąc być precyzyjna.

— To miasto potrzebuje takich ludzi jak ty.

— Ale ja tutaj tylko przyjechałam na wakacje — zdziwiła się.

— Ja kiedyś też. I nie mogę stąd wyjechać — oparł się o futrynę.

— A co, ścigają pana w innym mieście? — uśmiechając się wyszczerzyła równe, białe zęby.

— Nie mam całego dnia niestety — wyprostował się i przybrał służbowy ton i podsunął jej do podpisu listę awizacji. — Podpisz tutaj i tutaj. Czytelnie.

Tom widząc zagrożenie pokazał zęby i zawarczał groźnie.

— Czemu on warczy na mnie? — listonosz odsunął się na krok.

— On mówi, nie dotykaj mnie, jam jest ogniem, jam jest twoją smoczą śmiercią — wyrecytowała zdanie, które wszystkich zawsze rozśmieszało.

— Ha. Ha. Ha — zaśmiał się beznamiętnie. — Lepiej zabierz go ode mnie. Psy nie lubią listonoszy. I ze wzajemnością — dodał rzucając psu nienawistne spojrzenie.

Al złapała psa za obroże i przy jego lekkim oporze wyprowadziła go do przedpokoju.

— Siad! Czekaj! — wydała komendy.

Odebrała listy i odmachała listonoszowi na pożegnanie.

W drzwiach garażu pojawił się umorusany Agaton zwabiony trzaskiem furtki.

— O wstało moje maleństwo — powiedział usuwając szmatką smar z rąk.

— O wstało!

— Jadło?

— Nie jadło.

— A chce?

— Chce.

— Masz pieniądze — wygrzebał banknot z kieszeni. — Na dole — wskazał kierunek — jest sklep. Kup co potrzeba — wydał polecenie. — Potem pojedziemy na zakupy.

— Mama nie pozwala mi samej chodzić do sklepu — nie przyjęła pieniędzy patrząc się zdziwiona.

— Widzisz tutaj mamę?

— Nie.

— Dla mnie kup rogaliki i śmietankę do kawy.

— To za mało.

— Za mało?

— Muszę jedzenie kupić dla psa.

Wyciągnął jeszcze jeden banknot.

— Tylko kup mu coś na śniadanie, a nie na cały rok — uśmiechnął się. Weź telefon. W razie czego dzwoń.

— A ty co robisz?

— Potem ci pokażę — powiedział uciekając w ciemność.

— Listonosz był. Zostawił awizo.

— Trzeba było mnie zawołać.

— Nie wiedziałam, że jesteś w domu.

— Byłem… Jestem w garażu. Przecież cię nie zostawię samą — głos załamał się przerwany głośnym sapnięciem.

— Gdzie ten sklep? — rzuciła wychylając się maksymalnie ponad poręczą schodów próbując zajrzeć do wnętrza garażu.

— Na dole — wyszedł ponownie z ciemnego wnętrza. — Tam — wskazał ponownie kierunek jakby oganiał się od much. — Psa zostaw. Dobrze się bawi z kotami. W końcu ktoś pogoni te szkodniki.


Otworzyła furtkę pozwalając, by sprężyna zamknęła ją z głośnym trzaskiem. Gdy uderzyła o słupki ściągnęła ramiona zaciskając usta. Spojrzała w kierunku garażu, lecz nikt z niego nie wyszedł. Ruszyła żwawym krokiem kierując się w dół drogi. Po lewej stronie fabryka, po prawej blok. Dalej parking i następne zabudowania fabryki. Gdy minęła park zatrzymała się przed przejściem dla pieszych. Samochody usłużnie zwolniły. Gestem wskazała, że powinny jechać dalej i wycofała się parę kroków zatrzymując się przy kiosku.

— Tata? — zapytała, gdy nawiązała połączenie.

— Zgubiłaś się? — przywitał ją pytaniem odbierając telefon.

— Nie. Tu są po prostu dwa sklepy. Do którego mam iść?

— Do „Zosi”.

— Okey. To ja idę iść ci po zakupy.

— Szeła zatem i jak doszeła to pozdrów…

— Nie nabijaj się ze mnie. To nie jest zabawne.

— Luzik, Lisku — rozłączył się.

Auta zatrzymały się ponownie czekając aż łaskawie przejdzie. Podziękowała skinieniem głowy i przeszła bezpiecznie na drugą stronę. Pokonała jednym susem parę schodów. Otwierając drzwi odezwał się dzwonek jak w sklepie na dzikim zachodzie. Pomyszkowała pomiędzy regałami wybierając dokładnie produkty na śniadanie.

— Psze pani — zaczepiła sprzedawczynię, gdy stanęła przed trudnym wyborem.

— Tak? — podeszła do niej pani w białym fartuchu.

— Potrzebuję śmietanki do kawy.

— Za tobą dziecko — wskazała na półkę z produktami mlecznymi i zajęła się innym klientem, którego musiała bardzo dobrze znać obgadując niejaką Krystynę.

— A która jest dobra? — oderwała sprzedawczynię od rozmowy

— W słoiczku, w plastiku, mała, duża… — zaczęła wymieniać.

Al przerwała jej gestem prosząc o moment do zastanowienia się.

— Tataś?

— Zgubiłaś się? — przywitał ją ponownie pytaniem odbierając telefon.

— Nie. Czemu pytasz się czy się zgubiłam?

— Bo jesteś tutaj jakby pierwszy raz — stwierdzenie brzmiało jak pytanie.

— Tutaj nie można się zgubić. Nawet auta przepuszczają pieszych.

— Fakt. Troszkę większa wioska. Co jest?

— Tu jest z pięć rodzajów śmietanek. Jaką kupić?

— Do kawy? — znów stwierdził, albo zapytał.

— Pani mówi: w słoiczku, w plastiku, mała, duża… A może ona sama powie.

Przekazała słuchawkę wysokiej brunetce o mocno wymalowanych oczach. Pani przez dłuższą chwilę wymieniała rodzaje śmietanki przesuwając palcem po pudełkach ułożonych na regale, by przypadkiem którejś nie pominąć.

— Nie macie innych? — zapytał, gdy skończyła.

— Nie. To jaką śmietankę podać? — jej głos wskazywał na zniecierpliwienie.

— Tą co zwykle. Do kawy.

— Agaton?

— Tak, Zosia.

— To twoja córka? — pani Zosia wyraźnie ożywiona odeszła dwa kroki od dziewczynki zabierając ze sobą jej telefon, jakby szukała prywatności.

— Tak, a zaskoczona?

— Nie. Ty zawsze mnie zadziwiasz… — zaczęła kokietować mężczyznę przez telefon.

Aleks wyrwała jej telefon z ręki kończąc połączenie.

— Słyszała pani. Śmietankę do kawy! Proszę.

— Cały Agaton! — sprzedawczyni razem z klientką wybuchnęły śmiechem. — Weź tę. To wszystko?

Aleks kompletnie nie zrozumiała co było śmiesznego w tej sytuacji. Naburmuszona podała pieniądze i szybko spakowała produkty do torby.


Poczucie czasu jest względne. Gdy się już raz pozna drogę, to powrót jest szybszy. Gdy wpadła do kuchni z zakupami, tato zaczytany w gazecie siedział na wysokim krześle nad świeżo zaparzoną filiżanką kawy. Stary kombinezon zamienił na czarny garnitur i białą krótką koszulę z włoskim kołnierzem.

— O! Śmietanka przyszła — zrobił przytyk do bladej cery swojej córki. — Moja crème de la crème.

Podała pojemniczek obserwując jego reakcję.

— Coś nie tak? — podniósł głowę.

— Dlaczego jest tyle różnych śmietanek do kawy?

— Bo jest.

— A czemu?

— Bo tak.

— To nie jest odpowiedź — rzekła trochę zezłoszczona, że ją zbywa.

— Lepiej pokaż co kupiłaś dla siebie.

Wyciągnęła na stół płatki czekoladowe i mleko. Bardzo ostatnio za nimi tęskniła. Tak jak i za tym batonikiem, którego zjadła po drodze.

Nasypała karmę Tomowi i uzupełniła wodę. Usiadła z przy stole szukając podparcia na nogi. Zerknęła pod siedzisko i usiadła wygodnie. Do miski wlała mleko, a następnie wsypała płatki.

— Ja to robię inaczej — powiedział Agaton, zawzięcie mieszając cukier w filiżance.

— Przepraszam — na wszelki wypadek przeprosiła. — Coś źle zrobiłam?

— Nie dlaczego? Ja po prostu wsypuję najpierw płatki, a potem zalewam mlekiem.

Al odprężyła się. Wpakowała łyżkę do buzi i z błoga miną rozglądnęła się po pomieszczeniu.

— Bardzo tu ładnie. Sam to robiłeś?

— Oczywiście — potwierdził szczerząc kły tato. — Ale szczerze?

— Szczerze.

— Naczelna emerytowana architektka.

— Wiedziałam!

— Nie potrafiłem odmówić — zaczął się usprawiedliwiać. — Odkąd przeszła na emeryturę ma za dużo czasu. A ja go mam ciągle za mało.

— To idź na emeryturę.

— O nie! — stanowczo zaoponował. Najpierw mi wnuki urodzisz.

Zakrztusiła się płatkami a mleko wylało się z buzi spływając po brodzie.

— Tato! — wykrzyknęła, gdy udało się jej przełknąć.

— Co?!

— Nie żartuj tak!

— Jak?

— To nie jest zabawne.

— To poważnie teraz — zmienił ton głosu. — Ja muszę na cztery godzinki wskoczyć do pracy. Potem siadamy i planujemy wakacje. Okey?

— Nigdy nie zostawałam sama. Jak mamy nie było, to ciocia była.

— Zawsze musi być ten pierwszy raz.

— Okey — odpowiedziała z pełnymi ustami uznając jego argument za słuszny.

— Widziałaś dom?

— Tak.

— Nigdzie nie wychodź. Jutro dorobię ci klucze.

Ponownie prawie się zadławiła.

— Klucze? Dla mnie?

— Tak. A dla kogo?

— Masz tylko jedną parę?

— Nie. Trzy. Dwa klucze oddałem.

— Komu?

— Komu, komu. Wszystko musisz wiedzieć.

— Jestem twoją córką.

— Z grzeczności nie zaprzeczę.

— Tataś!

Wstał, dopił ostatni łyk kawy i poprawił krawat.

— To nara!

— To ty znasz takie słowa? — zatrzymała go w pół kroku.

— Właśnie. Skąd je znam? — Zastanowił się. Jak będziesz się nudzić, to na dwudziestym trzecim kanale są kreskówki.

Nudzić? Ona nudzić? Rano widziała hamak w ogrodzie. Miała już plany na dzisiejszy dzień.


Do czwartej czekała na tatę czytając książki pod kosztelą. Potem zasnęła ukojona cieniem drzewa nie odnotowawszy jego spóźnienia.

Odłożył kosz z truskawkami i rozbujał lekko hamak. Al otworzyła oczy mrużąc je przed słońcem.

— Nie śpij bo cię ukradną.

Agaton z ulgą ściągnął marynarkę i krawat. Zawiesił je na oparciu leżaka i usiadł przy córce, delikatnie bujając hamak.

— Jak ty możesz w tym chodzić, w taki upał — było to raczej stwierdzenie niż pytanie..

— Taka praca — westchnął ciężko. — Co robiłaś?

Podniosła książkę i pokazała na okładkę.

— „Pinokio”? Myślałem, że już jesteś na to za mała. To znaczy za duża.

— To nie ty kupiłeś?

— Nie. Babcia. Wiesz jaka ona jest. Zawsze będziesz dla niej małą dziewczynką.

— Tak chyba mnie widzą wszyscy.

— Ja nie.

— Przestań. Miś, za mała koszulka — zaczęła wyliczać. — Brakowało tylko malowanek. No błagam cię!

— Okay, okay. Moja wina — powiedział zaskoczony wybuchem. — Poprawię się

— Okay, okay. Zobaczymy — papugowała ojca. — To jaki plan?

— Na dziś? Zrobię obiad — spojrzał na zegarek i poprawił swoją wypowiedź. — Kolację.

— Nie. Na wakacje!

— Zgodnie z planem. Dwa tygodnie tutaj, a potem jedziemy za granicę. Trzeba odpocząć od Polandii.

— Norwegia? — zapytała z entuzjazmem.

— Zgodnie z planem. Musimy poszukać biletów. Zgodę na wyjazd już mam.

— Jupi. Zobaczymy czarne delfiny i zjemy kachapuri!

— Pomyliłaś kraje. To Gruzja — uśmiechnął się.

— A ja myślałem cały czas, że jedziemy do Gruzji.

— Tam też jest morze i góry. I czeka tam na ciebie fajna niespodzianka.

— Czyli?

— Jak ci powiem, to nie będzie niespodzianka.

Zamknął na zamek usta. Córka skinęła głową na potwierdzenie.

— A tutaj co będziemy robić?

— Ja pracuję. Zajmie się tobą moja mama.

Zwiesiła nos na kwintę. Widziała dokładnie, że tak będzie.

— Ale będę po pracy i w weekendy. Musimy zaplanować szczegóły do końca tego tygodnia. Bilety jeszcze są. Nie wiem jak długo będą w normalnej cenie.

Rozpiął koszulę. Było kilkanaście minut po siódmej, a żar dalej lał się z nieba.

— Babcia przyjdzie po dwunastej. Narysuj jej coś. Ucieszy się. Dla mnie też. Nie mam żadnych obrazów obrazów. Jeszcze.

— Mam tylko kredki.

— Może być. Jutro wskoczymy na zakupy to wybierzesz co chcesz.

— Olejne? — zapytała przymilnie.

— Olejne.

— I podkłady i sztalugę?

— Co tam będzie ci potrzebne.

— Wspaniale! — ucieszyła się skacząc z radości. — Słyszysz Tom! Będę cię malowała na płótnie.

Pies ignorował ją zupełnie. Schowany w cieniu leżaka — dogorywał.

Ojciec zniknął w chłodzie domu. Wrócił w krótkich spodenkach, niosąc parującą michę klusek z truskawkami. Tom obrócił się leniwie na bok, głęboko wciągając zapachy z powietrza. Trudno ocenić, kto szybciej dotarł do stołu: brat czy siostra.

Czerwony jak czereśnia

Jej plan na wakacje wypełniał się tak, jak sobie go ustaliła. Nadrzędnym celem było nicnierobienie. Będzie szła spać, gdy tylko przyjdzie jej na to ochota. Nie wstanie z łóżka zanim się nie wyśpi. Nikt jej w tym nie przeszkodzi. Ojciec w pracy. Pies rozkopuje ogród. A ona kołdrę, gdy za gorąco. Nie miała ochoty nigdzie wychodzić, spotykać ludzi i cokolwiek musieć. Zostaną jej tylko przyjemności, takie jak czytanie i zabawa z psem.

Ostatnia książka dalej siedziała jej w głowie i szukała ujścia poprzez poplątane myśli. Pinokio był niezamierzonym horrorem dla dzieci. Dziś w nocy śniło się jej, że Gepetto wystrugał dziewczynkę. Bardzo nieszczęśliwą dziewczynkę, gdyż nie miała psa. Potem dostała łysego kota, który owinął ją wokół palca. Na koniec spaliła się w domu.

Przykryła się prześcieradłem leżąc na białym materacu wpatrując się w sufit i starając się przełamać zły sen odpowiednią jego interpretacją. W myślach dopowiedziała sobie, że tato ją uratuje i znajdzie dla niej psa. Gdy uporała się z natarczywymi myślami westchnęła głęboko i odrzuciła prześcieradło na ziemię. Na zewnątrz było za gorąco jak dla jej gatunku, a mury starego domu pilnowały, aby żyło się jej komfortowo. Jednakże siły starczało mu zaledwie, aby utrzymać sprzyjający klimat tylko na parterze.

Ubrana w cienką piżamę poszła do kuchni. Otworzyła lodówkę w poszukiwania strawy, lecz chłód bijący z wnętrza zabrał wszystkie myśli o jedzeniu. Im bardziej wpatrywała się w jej wnętrze, tym bardziej nie miała ochotę na spałaszowanie jej zawartości. Kombinowała jak wejść do środka i ułożyć się w pomiędzy jogurtami a serami. Szybka decyzja, zamknięcie drzwi od środka i będzie mogła tam zostać do wieczora, aż upał zelżeje. Może by coś przekąsiła, ale stanowczo nie to, co znajdowało się w mroźnej grocie. Chyba nie. Czerwień wiśni stojących na dolnej półce przykuła jej uwagę.

— Zaiście strawa godna bogini — szepnęła z zachwytem. Takiej jak ja!

Złapała garść owoców i zamknęła z impetem lodówkę ciesząc się zdobyczą.

Nie bądź minimalistką, Al! — szepnęło jej coś w głowie. Pociągnęła do siebie drzwi i ukradła z wnętrza całą miskę owoców, trzymając ją jak Zgredek pierścień. Moje ci one — szepnęła cicho, rozglądając się podejrzliwie chociaż była sama w domu.

Do ust powędrował pierwszy owoc. Stanęła przy oknie, stawiając miskę obok siebie. Przeżuła czereśnię powoli, tak, aby na pestce nie pozostał nawet najmniejszy ślad owocu. Wypluła ją na dłoń i zacisnęła w pięść. Wkładała do ust owoce jeden za drugim kolekcjonując w garści pestki. Tom siedział pod oknem obserwując bacznie Aleks. Wsadziła pestkę między palce i strzeliła nią na podjazd prowadzący do garażu, gdzie Tom w determinacji spróbował ją złapać i zagryźć na śmierć. Chwyciła misę z owocami i jak zwinny rabuś wskoczyła na kuchenne okno. Usiadła na parapecie i zaczęła dokładnie przyglądać się czerwonym rubinom stłoczonym w krysztale. Nie mogła się przez chwilę zdecydować, który z owoców jest największy, najpiękniejszy i najsmaczniejszy. Musiała je zjeść wszystkie, a Tom je zagryźć.

Już dłuższy czas siedziała na oknie z nogami wywieszonymi na zewnątrz patrząc się na drogę. Na drogę, którą codziennie setki ludzi chodziło do pracy. Do tej samej fabryki, w której pracował jej ojciec. Druga zmiana objedzona wczesnym obiadem — pomyślała. Idą jeden za drugim. W kolorowych ubraniach. Roześmiani. Smutni. W parach. W grupach. Samemu. To, co ich łączyło, to to, że podążają w tym samym kierunku do tego samego celu, do którego woleliby dzisiaj nie dotrzeć. Kiedyś tato jej wytłumaczył, że to jest jak u niej w szkole. Odpowiedziała mu, że lubi szkołę, ale nie lubi ludzi, którzy w niej są. Dlatego pewnie ludzie chcą pracować na trzy zmiany. Zawsze wtedy mogą zmienić kolegów.

Sięgnęła po następnego rubinu szukając go bezowocnie na dnie. Eeee… — mruknęła Aleks, spoglądając za siebie w głąb kuchni. Lodówka za daleko. Nie ma szans. Nie idę — pomarudziła w garści zaciskając ostatnią pestkę.

Spojrzała beznamiętnie na ulicę, wpatrując się w tłum ludzi, których nie zapamięta. Jej uwagę przykuła czerwień, coraz ostrzejsza czerwień koszuli młodego chłopca. Aleks wystrzeliła palcami pestkę czereśni, ale ta zamiast polecieć w kierunku Toma, zwróciła się przeciwko niej, uderzając ją prosto w oko. Na chwilę zakryła je dłonią. Przetarła powiekę i otworzyła oczy szukając czerwonego punktu. Tuż przed jej ogrodzeniem stał wysoki chłopiec patrząc się nią w bezczelny sposób. Widziała w nim kogoś znajomego lecz nie mogła go umiejscowić w swojej pamięci, która twarzy nie lubiła zapamiętywać. Bardziej pamiętała zdarzenia. Dokładnie ich chronologię oraz emocje, jakie im towarzyszyły. A jego nie potrafiła w żadnym z nich umieścić.

Tłum zgęstniał, zakrywając swoją szarością postać, która jeszcze przed chwilą tam stała. Pojawił się znów na chodniku, po drugiej stronie ulicy, by zaraz zniknąć. W tłumie czerwień koszulki pulsowała, gdy poszczególni ludzie przechodzili koło niego ukrywając na chwilę, a potem by ujawnić na sekundy. Szybciej i szybciej. Jak w starym kalejdoskopie, gdzie klatki filmu zmieniały się na tyle wolno, że widać było przerwy ramek. Chłopiec odwrócił się i popatrzył na Aleks. Jej oczy zrobiły się większe, kiedy odkryła jego tożsamość. Chciała podnieść rękę w geście powitania, lecz pęd tłumu wciągnął go w bramę fabryki.

W miseczce została jedna samotna czereśnia, która przyciągnęła uwagę dziewczynki. Z czerwonej rany wyzierała pestka. Tej nie zjem — odsunęła miseczkę z obrzydzeniem. Jednak ona ciągle się na nią patrzyła z wyrzutem, jakby mówiła: „zjedz mnie, przecież nie możesz mnie zostawić, bo jestem inna niż wszystkie”. Nie miała sumienia. Musiała się jej pozbyć. Bez świadków. Wychyliła się tak mocno, że prawie by spadła z parapetu na kafelki w kuchni. Jedną ręką trzymała się futryny, a drugą odstawiła miseczkę na stół. Co było do przewidzenia zachwiała się i straciła równowagę. Zeskoczyła z okna wprost na podwórko przewracając się na ziemi. O mało nie nadepnęła na Toma, który spod okna z impetem ruszył do furtki.

— Co tak ujadasz? Kota zobaczyłeś, czy co? — skarciła psa próbując podnieść się z ziemi.

Czerwona koszulka stała oparta o bramę, jakby wpadła na pogaduszki do starej znajomej.

— Mówiłem ci, że się spotkamy — usłyszała Aleks, przenosząc wzrok na twarz chłopca.

— Arrr — głos uwiązł jej w gardle, gdy przed sobą zobaczyła Kota.

Pomógł jej wstać i pomógł otrzepać szorty, choć nie potrzebowała jego pomocy. Była cała czerwona. To drugi raz, gdy pomaga się jej podnieść. To drugi raz, gdy nie może oderwać wzroku od jego zielonych oczu okolonych gęstymi brwiami. Zatrzepotał długimi rzęsami, poprawiając niesforne brwi.

— Byłem na ogródkach, a potem u mamy — zaczął jakby przerwał rozmowę pięć minut temu. — Przyniosłem ci coś.

Zza pazuchy wyciągnął białą torebkę po cukrze upstrzoną czerwonymi plamami zgniecionych owoców.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.