E-book
5.46
To ja, Aleks

Bezpłatny fragment - To ja, Aleks

Nie ma jak u mamy. Tom 1

Objętość:
159 str.
ISBN:
978-83-8221-638-7

Dla N. i K — kochacie mnie mocniej, a ja was dłużej.

Prolog

„- Za nas! — wykrzyknął gromko nestor rodu. — Za to, żebyśmy chcieli i mogli, a nie musieli! — powiedział donośnym głosem kierując kieliszek najpierw w kierunku kobiet i mężczyzn siedzących przy jego stole, a następnie skinął głową w stronę stolików, przy których zasiedli pracownicy jego hotelu.

— Za nas — odpowiedzieli mu wszyscy zebrani na sali podnosząc kieliszki na wysokość twarzy.

Sędziwy mężczyzna wychylił duszkiem alkohol i usiadł spełniony.

— Za nowego szefa! — kontynuowali toast pracownicy.

— Postaram się was nie zawieść — odpowiedział elegancki mężczyzna powstając na chwilę.

Po spełnieniu toastu, najstarszy z rodu, porozumiewawczo skinął na syna.

— Potem idziemy na nocne łowy?

— Nie wiem, co powie na to mama, a i przyszła matka może mieć obiekcje… — cicho odpowiedział syn.

— Co tam szepczecie? — zainteresowały się kobiety. — Jakie łowy? Nie macie sprzętu!

— Patrz, wiedzą o nas wszystko — powiedział ze śmiechem syn obejmując ramieniem ojca.

— Teraz już macie — powiedziała przyszła mama kładąc na stole dwa starannie zapakowane prezenty. — Tylko błagam, złapcie coś i nie przynieście mrożonek z supermarketu…”

— To dobry tekst Aleksandro — nauczycielka ściągnęła okulary patrząc się prosto w oczy nastolatki. — To fragment? — zapytała odkładając plik kartek na stół.

— Tak — potwierdziła szybko Aleks. — To środek końca.

— Hmm — zamyśliła się nauczycielka. — Język jest trochę… — wymachiwała w powietrzu okularami szukając odpowiednich słów. — Trochę zbyt dorosły. Jak na twój wiek — dodała. — Dzieci tak nie mówią. Musisz trochę nad nim popracować.

— Mówią — powiedziała sięgając po rękopis. — Mówią — powtórzyła zasłaniając się papierem jak tarczą. — To ja tak mówię… — powiedziała cicho i następnie powtórzyła głośniej — To ja, Aleks.

Azyl

Mroźna i długa zima od razu zmieniła się w lato, zostawiając wiosnę, młodszą siostrę, gdzieś po drodze. Nie było już nieśmiałych promieni słońca muskających spragnioną ciepła skórę. Wczorajsze grube swetry zostały zastąpione kusymi koszulkami. Wiosennym upałem stało się to jesienne, chłodne „naście stopni”. To, że nie wychodziła w zimie na dwór, było dla niej zrozumiałe. Mama zawsze twierdziła, że jest chorowita i lepiej nie prowokować infekcji. Kochała mamę za to, że ją chroniła. Czasem zbyt mocno. A teraz nawet nie usłyszała drobnego sprzeciwu, gdy założyła sukienkę i półbuty. Najwyraźniej nie tylko aura na zewnątrz się zmieniła.

— Tom — wyszeptała Aleks tuląc psa jak pluszową maskotkę. Ciepło się zrobiło. Pójdziemy na wiosenny obchód?

Pies nie zareagował na głos swojej pani mrużąc oczy w blasku ostrego majowego słońca.

— Wiesz, że już wkrótce wakacje? — Al położyła się na łóżku opierając nogi o ścianę. Nie lubię upału — szepnęła zła na liżące ją promienie słońca — będę cała czerwona. Jak burak albo raczek. Mama też tak ma. Robi się czerwona, a tata piegowaty.

Tom w przeciwieństwie do swojej właścicieli przesunął się w centrum złotej plamy.

— Tylko miesiąc i będą wakacje. Nie lubię wakacji, wiesz? A właściwie to lubię i nie lubię. Dwa tygodnie z mamą i dwa tygodnie z tatą. Dwa tygodnie kolonii i dwa w podróży. Będzie padać albo nie będzie. Może będzie słońce. Ciekawe czy będziemy się nudzić — zastanawiała się muskając dłonią brzuch psa. Ty się nigdy nie nudzisz. A ja mam książki.

Tom zmienił bok, by promienie padły na zimniejszą stronę.

— I ciebie też mam — dodała kładąc głowę na jego gorącym brzuchu.

Poranne słońce leniwie schowało się za framugę okna. Dziewczynka zeszła z łóżka i założyła wczorajsze ubranie.

— Tom — wybudziła szarpnięciem zaspanego psa. Tom, no chodź, rower czeka.

Pies w niezadowoleniu mruknął.

— Spacer! Chodź się poruszać tłuściochu!

Pies na dźwięk słowa „spacer” zeskoczył z łóżka gotowy do wyprawy. Ziewną przeciągle i sekundę później dobiegł do swojej pani zaczynając taniec radości czekając, aż założy mu obrożę.

Zbiegli po schodach do piwnicy. Aleks otworzyła stalową kratę i wyciągnęła z ciemnej czeluści przedmiot swojego pożądania. Z namaszczeniem, wilgotną szmatką umyła dokładnie czerwone cudo, pieszcząc każdy z jego srebrzystych elementów. Poprawiła wstążki. Napompowała opony. Jej ukochany pojazd stał się gotowy do jazdy.

Tom obserwował, jak jego pani mocuje się z mechanicznym smokiem. Obwąchał go i stwierdził, że musi być chory, bo pachnie stęchlizną i rdzą. Poobgryzał wstążki i obsikał tylne koło pozostawiając swój znak dezaprobaty.

— Tom! No co ty! Niegrzeczny! — skarciła go jednocześnie klepiąc go pieszczotliwie po zadku. Obrażony tym gestem, poszedł obwąchiwać wszystkie mysie dziury i perfumować ślady po kotach.

Złapała mocno za kierownicę i usiadła na czerwonym siodełku, przymierzając się do jazdy. Zeszła z roweru niezadowolona.

— Patrz Tom, rower się skurczył — powiedziała z niemałym zdziwieniem.

Odpięła szybko zamykacz i podniosła siodełko, prawie wychodząc za linię bezpieczeństwa. Usiadła jeszcze raz. Wszystko nie tak. Kierownica za blisko, pedały za wysoko, a biały koszyk zrobił się za ciasny dla Toma.

— Będę musiała o tym opowiedzieć mamie. Śmieszna historia.

Wniosła rower na parter bloku, prawie nie odczuwając jego ciężaru. Zdziwiła się ponownie. Zrobił się taki lekki. Pamiętała, że w zeszłym roku zawsze miała problem z wciągnięciem go samej. Schodziła wtedy z mamą i razem wynosiły go na zewnątrz. Raz nawet, kiedy mama była już zniecierpliwiona nieustannymi prośbami, poprosiła o pomoc sąsiada.

Podniosła Toma i włożyła go ostrożnie do koszyka. Wypełnił go niemal całkowicie.

— Przytyło ci się. Coś na to zaradzimy. Zamiast kiełbasek będziesz dostawał marchewki — powiedziała rezolutnie. Prawda? Prawda? Będzie psina marchewki jadła? Będzie?! I będzie taaaka chudziutka?!

Mówiła to tak przekonująco, że pies z pewnością uwierzył. Oblizał się na myśl o jedzeniu. Nigdy nie odmawiał, wręcz przeciwnie — to jemu odmawiano.


Podwinęła nogawkę. Widziała, że kolarze tak robią. Wskoczyła na siodełko. Pierwsze odbicie i wystartowała. Najpierw powoli, trochę niepewnie, by po chwili ruszyć z impetem. Przejechała przez wiadukt i zjechała z asfaltowej drogi wprost na kocie łby. Ciągle pod górę, po wirażach, wśród obrośniętych bluszczem domów. Uwielbiała tędy jeździć, chociaż pod stromiznę jechało się dość ciężko, czasem musiała zejść z roweru i pchać go pod górę. Dojechała na skraj miejscowości, zostawiając za sobą ostatnie zabudowania. Jeszcze parę metrów polną drogą i dotrze na szczyt.

— Jestem — zadzwoniła do mamy i po tym jednym słowie zakończyła rozmowę.

Jej ogród znajdował się w najwyższym punkcie miasta. Miasto — to za dużo powiedziane. Miasteczko to właściwe określenie. Ogród — to też za dużo powiedziane.

— A wiesz piesku, że miał tutaj powstać dom moich pradziadków? — Al uniosła dłoń i wskazała na zarośnięty chwastami plac na którym wśród drzew stała stara altana.

Kiedyś w rozmowie rodziców słyszała, że dom nie powstał, bo wojna pokrzyżowała plany. Dziadkowie cenili sobie życie w bloku i nie lubili grzebać w ziemi, więc hektar gruntu zarósł bujnie i dziko. Usłyszała też, że tuż po zaręczynach, mama pokazała ojcu ten skrawek nieba, a on zachwycił się nim od pierwszego wejrzenia. Pamięta jak dużo serca i wysiłku włożył jej tata, by zrobić z niego miejsce, które przyciągnie wzrok każdego przechodnia. Pamięta też tą kłótnię, gdy Agaton zapytał raz żony, czy może jednak nie warto wybudować w tym miejscu domu. Jej odpowiedź przyszła szybko i głośno. Nie! Ona nie będzie tam mieszkać. Blok jest najbezpieczniejszy i do tego komfortowy. W sam raz by wychować dziecko.

Zaraz po ślubie pojawiła się na świecie córka. Wraz z nią altanka, piaskownica i huśtawka. A na czwarte urodziny domek na drzewie. Aleks często brakuje tych chwil, gdy przychodzili tutaj wszyscy razem, spędzając na świeżym powietrzu całe dnie. Czy w lecie, czy w zimie, zawsze zatrzymywał się dla nich czas. To miejsce chętnie odwiedzali też znajomi. Ogród tętnił życiem, śmiechem, wybuchał radością i koił chłodnym cieniem. Do momentu, gdy przyszedł czas, gdy nikt na świecie nie mógł zmusić rodziców, aby przebywali ze sobą w jednym miejscu dłużej niż parę minut.

— Ech… — westchnęła naciskając mocniej na pedały, a smutek przywołany wspomnieniami zasłonił ciepło słońca.

Na pewien czas ogród przestał być ważny. Życie stało się dziwnie nieznośne i nikt nie już marzył o kojącej zieleni ogrodu. Ojcu zabroniono. A mama przychodziła tu rzadko, tylko po to, żeby sprawdzić „czy wszystko stoi”. Zza płotu patrzyła na miejsce, które kiedyś mogła nazwać oazą spokoju. Przywoływała do porządku córkę, która miała ochotę przekroczyć furtkę. Wtedy córka skracała smycz psa tłumacząc mu, że tam już nie wolno wchodzić. Mama z chęcią sprzedałaby to miejsce, gdyby nie to, że jej babcia przepisała nieruchomość na wnuczkę. Ojciec mimo próśb i gróźb, nie zgodził się na sprzedaż własności córki, chciał żeby miała coś swojego. Coś, czego nikt jej nie zabierze, a ziemia przecież zawsze będzie w cenie. Nie dalej jak rok temu zaczęła przyjeżdżać tutaj sama. Długo zajęło jej przekonanie mamy, że nic jej się nie stanie. Musiała zawsze zadzwonić po dotarciu na miejsce, a potem wyjeżdżając do domu. Mama patrzyła na te wyprawy niechętnie, lepsze to jednak niż wałęsanie się z jakimiś koleżankami, czy „niedajboże” kolegami

Aleks zatrzymała się z piskiem hamulców trących o metalowe obręcze. Uśmiechnęła się na widok lekko zazielenionych gałęzi dębu. Tom wyskoczył niezgrabnie z koszyka wywracając się na ubitej drodze.

— Poczekaj wariacie — rzuciła za ganiającym wiatr towarzyszem.

Zdjęła kłódkę i otworzyła skrzypiącą bramę. Wprowadziła rower do środka. Tom w tym czasie zdążył sprawdzić wszystkie rewiry. Obwąchał każdy zakątek ogrodu i gdzie mógł, tam zaznaczał swoją obecność. Rozejrzała się okiem gospodarza. Zima przygniotła trawę, urwało trochę dachu, brakowało paru sztachet w płocie. Czasami po tygodniowej nieobecności znajdowała ślady ogniska, rozrzucone butelki, czy wrzucone za płot śmieci. Raz znalazła kotka. Ale uciekł.

Dziewczynka usiadła przed altanką chłonąc zapachy tego miejsca. Jej ogród pachniał zawsze inaczej. Nawet pora dnia przynosiła nowe zapachy. Lubiła wymykać się tutaj wieczorem. Czasem się to udawało, kiedy mama zasypiała po tabletkach. Wtedy mogła robić co chciała, bo jedyne, co mamę budziło to wyłączenie telewizora. Wymykali się razem z Tomem do swojego świętego miejsca. Tylko on mógł je oznaczać, więc zapachem przypominało mu dom; tak przynajmniej lubiła myśleć.

Ponad światłami miasta górowało czarne gwieździste niebo rozświetlone blaskiem dalekich galaktyk. Kiedy Tom obiegł już całe swoje terytorium, siadał przy altance i wpatrywał się tęskno w gwiazdy swojego dawnego świata. Wiedziała, że światło gwiazdy ogrzewającej jego świat dawno zgasło. To co widział, to tylko promyk historii swojego smoczego ludu.

Na nogawkę dziewczynki wspięła się mrówka. Al pozwoliła by owad przeszedł na jej dłoń.

— Dzień dobry Stefanie — przywitała się ładnie. — Miło pana widzieć. Jak miewa się pana rodzina? — zapytała kurtuazyjnie odnosząc mrówkę w stronę kopca.

Tu, w ogrodzie, mrówki pozostały jedynymi prawowitymi mieszkańcami. Królestwo Stefanów, bo tak je nazwali z tatą, ulokowało się w cieniu drzewa. Tom siadał czasami przy domu Stefanów i rozmawiał z nimi. Pozwalał aby chodziły mu po łapach, dzielił się z nimi smakołykami. Napawała go duma, że zaprzyjaźnił się z królową stając ich obrońcą. Raz zdarzyło mu się nasikać na kopiec, ale to stało się przez przypadek i mrówki mu wybaczyły, albo zapomniały. Nigdy się tego nie dowiedziała.


Otworzyła altanę i sprawdziła stan posiadania. O dziwo, wszystko znajdowało się na swoim miejscu, dokładnie tak, jak to zostawiła w zeszłym roku. Trochę zabawek, za mała hulajnoga, trójkołowy rowerek, kanapa, szafka, stół i narzędzia. Dbała aby narzędzia leżały równo ułożone obok siebie gotowe do pracy. Nie używała ich jednak, gdyż mama zabroniła. Mogła przecież zrobić sobie krzywdę.

Usiadła na ławce i otworzyła butelkę soku. Jak zwykle odwróciła kapsel, by przeczytać wróżbę.

— „Czytaj uważnie znaki”. Co to może znaczyć? — zamyśliła się.

Jadąc rowerem będzie czytać uważnie znaki, postanowiła. Odstawiła butelkę. Złapała dłońmi za siedzisko ławki wystawiając twarz do ciepłych promieni. Słońce musnęło swoją dłonią dziewczynkę po twarzy, zostawiając na jej bladej cerze setki złotych piegów. Odpoczywała, leniwa jak kotka, straciwszy poczucie czasu.


Telefon zawibrował niczym leniwy trzmiel. Przyszła przypominająca wiadomość od mamy. Jej czas minął. Musiała wracać do domu, odrobić lekcje na jutro.

— Głupia szkoła.

Odesłała wiadomość: „jade”.

Pozamykała altankę, a potem ogrodzenie dwa razy upewniając się, że kłódki są właściwie zatrzaśnięte. Zajrzała w głąb ogrodu, patrząc tęskno na miejsce, gdzie zostawia swój cały spokój. Nikt jej go nie zabierze. To miejsce jest magiczne. Jej własne. Babcia mówiła, że to dobra lokata, by zaraz zmienić zdanie, że to nic nie warta działka na piasku z dala od ludzi i sklepów. Chyba jednak w głębi duszy marzyła, aby jej wnuczka postawiła tam kiedyś dom i wychowała swoje dzieci. Na to jednak była jeszcze za mała. Trzynaście lat bez dwóch miesięcy to nie czas na budowanie domu. Tym bardziej jeszcze nie czas na rodzenie dzieci. Z myśli wyrwało ją krótkie szczeknięcie psa czekającego na komendę.

— Do domu — bezszelestnie wypłynęły słowa z jej ust.

Tom przekrzywił głowę

— Wracamy — powiedziała bez entuzjazmu wsiadając na rower.

Przed końcem ubitej drogi przywołała psa i wsadziła go do koszyka. Odepchnęła się mocno od ziemi i zaczęła coraz szybciej pedałować, tak, by wiatr mógł rozwiewać jej czerwone włosy, a Tom łapać pyskiem powietrze. Prawie frunęła. Opony grały na kocich łbach, od czasu do czasu wtórowały im skrzypiące hamulce.

Aleks zahamowała gwałtownie, przepuszczając samochód na rondzie. Wjechała na nie, ale nie zamierzała jechać dalej. Wprowadziła rower na środek wysepki i postawiła go pod metalowym pomnikiem zardzewiałego smoka-strażaka. Miała jeszcze czas zanim wróci do domu bez spóźnienia. Ukradła go szaleńczą jazdą. Tom znał rytuał wycieczki do i z ogrodu. Wyskoczył z koszyka i usiadł na ławce. Oparła rower o rzeźbę i zajęła miejsce obok Toma. Przyglądali się jeżdżącym samochodom. Oparła się dłońmi o deski ławki, wystawiając twarz ponownie do słońca. Pod palcami wyczuła skrawek papieru. Złapała w dłoń zmiętą kulkę. Rozwinęła zaciekawiona i przeczytała zapisane na nim słowa.

— „Z gurki na pazurki, czekają cię dzisiaj chmurki. W domu nikt nie czeka, omijaj go z daleka”.

— Kto pisze takie zakręcone rady — pomyślała. — I to z błędami. Powinni się ogarnąć…

Spojrzała w niebo. Ani jednej chmury. Idealnie czyste.

Zmięła papier i wyrzuciła za siebie. Rozejrzała się niepewnie, czy nikt nie zauważył. Nie wolno jej śmiecić. Tak wszyscy mówią. Ma być dobrze wychowaną dziewczynką. Ciągle to słyszy.

Podniosła psa i wcisnęła go do koszyka. Zapiszczał urażony brutalnością swojej pani.

— Oj Tom, nie przesadzaj — sapnęła zirytowana.

Wskoczyła na pedały swojej damki i ruszyła w dół w kierunku domu. To znaczy, tam, gdzie mieszkała z mamą. Serce zostawiła w poprzednim — rodzinnym domu.


Spóźniła się tylko minutę. Może parę. Mama by tego nie zauważyła, gdyby umoralniający wykład cioci na temat niewychowanych dzieci, które nie szanują rodziców, był wypowiedziany o dwa tony ciszej. Słowo do słowa i usłyszała, że kiedyś skończy w rynsztoku. Już nie słuchała tych wywodów. Zawsze ten sam schemat. Al słuchając tych słów wyobrażała sobie, że się ciotki nie boi i ma jej słowa gdzieś. Bo jak ktoś może mówić o wychowaniu dzieci, jak nie ma swoich. To jak opowieści świni o gwiazdach. Prawda była jednak inna.

— Tom? Tom… — przerażone dziecko próbowało wywołać psa spod łóżka. — Chodź do mnie. Proszę… Tom… — szeptało przez łzy.

Koń wodny

Następnego dnia udało się jej ponownie odwiedzić ogród. Znów przez chwilę była szczęśliwa i spokojna. Po powrocie dokończyła lekcje na poniedziałek, zajęła się psem, poukładała książki na półce. Wszystko odhaczone. Do snu zostało jej nie więcej niż dwie godziny.

— Mogę? — zapytała mamy niepewnie chowając się za framugą drzwi.

— Jestem zmęczona, idź się już wreszcie wykąpać — odpowiedział jej głos ze srebrnej jaskini.

— Mogę? Będę cicho. Usiądę sobie z boku — starała się przekonać mamę.

Odpowiedziała jej cisza. Aleks zerknęła w głąb pokoju. Mama była wpatrzona w migający telewizor. Nie słysząc odpowiedzi stała przez chwilę wpatrując się w ekran jednym okiem śledząc przygody pary bohaterów. Czasami oglądała ten serial z mamą. Nie lubiła kryminałów. Nie ze względu na to, że giną ludzie. Powodem do płaczu było zabójstwo psa. Zawsze wtedy płakała.

— Mamo? — wypowiedziała słowo prawie bezgłośnie przesuwając się krok do przodu.

Mama ani drgnęła.

Oglądanie przewidywalnych historii kryminalnych w sumie nie przeszkadzało jej, pod warunkiem, że mama zechciała ją przytulać. Wtedy nawet nudna historia i trupy jej nie przeszkadzały. Oglądała parę minut i wystarczyło to jej, aby wiedzieć, kto jest złoczyńcą. Kiedyś podzieliła się tą nowiną z mamą, ale doprowadziło to do awantury, więc wiedziała już, że taką informację trzeba zatrzymać dla siebie. Nikt nie lubi, gdy zakończenie jest opowiedziane przed końcem historii. Gorzej, gdy miała oglądać romanse. Nie rozumiała, po co tyle hałasu by dostać na koniec buziaka i przytulić się w pięknych okolicznościach przyrody. Kiedy film jej nie interesował, wciskała się pod koc mamy i przytulała do niej mocno.

— Mamo? — szepnęła równie cicho jak poprzednio i posunęła się o pół kroku w głąb pokoju.

Ostatnio jednak ani mama, ani ona nie miały na to ochoty. To znaczy Al miała ochotę, ale szybko jej przechodziło, gdy słyszała: „zabierz te zimne nogi” albo „jesteś już za duża na siedzenie na mamie, dzidzia się znalazła”, albo zwykłe „jestem zmęczona, idź się już wreszcie wykąpać”.

— Mamo? — szept nie wyszedł jej z ust, lecz zdradziło nadepnięcie na pudełko po lekach.

— Powiedziałam, że masz się wykąpać! — głos nieruchomej mamy wpatrzonej przed siebie rozdał przestrzeń.

Aleks wybiegła wprost do łazienki. Włączyła wodę i bezwiednie dodała płyn do kąpieli. Ze złością ścisnęła plastikową butelkę, a płyn rozlał się po jej dłoniach.

— Brawo Al. Brawo — mówiła przez zaciśnięte zęby patrząc na swoje odbicie w lustrze.

Zrzuciła ubranie, złapała książkę ze sprayem na okładce i zanurzyła się po szyję

Woda wystygła niespodziewanie szybko, gdzieś w trakcie przelotu do Szwajcarii. Al stopą podniosła uchwyt baterii. Gorąca woda chowała się pomiędzy góry piany. Rzeczywistość powróciła do łazienki razem z rodzicielką.

— Ty znowu marnujesz wodę? — zapytała mama z wyrzutem.

— Przepraszam — wybąknęła Al odkładając książkę na pralkę.

— Podnieś się — powiedziała stanowczo mama.

Aleks poczuła dłonie mamy na swoich plecach, zimny dotyk był szokujący. Wzdrygnęła się więc i próbowała odsunąć

— Nie ruszaj się! — mama wydała suche polecenie.

Aleksandra posłuchała. Mama pochyliła się nad nią i dłonią odgarnęła resztki piany. Al czuła szczupłe palce przesuwające się po jej plecach. Palce zatrzymały się gdzieś pomiędzy łopatkami. Aleks nie widziała twarzy mamy, lecz czuła, że wzrok skupiła na jednym punkcie.

— Co się dzieje? — zapytała podkurczając nogi.

— Szukam raka.

— A mam? — zapytała wystraszona.

Mama jeszcze raz uważnie obejrzała plecy, tors i szyję dokonując badania jak certyfikowany personel medyczny.

— Jeszcze nie… — mama wstała i popatrzyła prosto w oczy Aleks. — Ale możesz mieć. Twój dziadek zmarł na raka.

— No tak. Ale babcia mówiła, że on pił jak marynarz i palił jak kolejarz. A ja jeszcze nie.

— Jeszcze nie! Toś dowcipna jest — w głosie matki usłyszała irytację.

— Przepraszam, mamo — powiedziała na wszelki wypadek, chcąc uniknąć ciosania kołków na głowie za nieudany żart.

— Spróbuj tylko, to na pewno będziesz chora — warknęła — a ja nie będę cię wtedy leczyć. Wychodź już!

— Przepraszam — wyjąkała Al stając całkowicie naga przed mamą.

— Twoje przeprosiny na nic. Ubieraj się i idź spać — słowa i ręcznik zostały rzucone by zabolało. Przez niedomknięte drzwi wdarł się chłód.


Dziecko posłuszne woli matki poszło szybko do łóżka. Zgasło światło. Próbowała trzymać oczy zamknięte. Jednak jak można spać, gdy wyobraźnia podpowiada czarne jak czerniak i złośliwe jak on scenariusze. Choroba i śmierć na dobranoc. Nie takie ukojenie powinna mieć przed snem. Lubiła dotyk mamy, lubiła jej głos i przytulanie. Niby wszystko dzisiaj było, ale jakieś inne. Na opak. Dłoń Aleks wędrowała po futrze psa. Nieświadomie szukała zaburzeń na fakturze skóry. Palec zatrzymał się na małym kroście na brzuchu Toma. Świadomość wróciła błyskawicznie.

— A! — odsapnęła. — To tylko cycuszek.

Psychologia niestosowna

— Tom! Spacer — Al zawołała Toma na poranną przechadzkę.

Stanęła przed bramą kuląc się przed chłodem budzącego się dnia. Tom radośnie wskoczył w trawę zbierając całą rosę na swoją sierść.

Al westchnęła i mocniej wbiła ręce w kieszenie spodni. Życie z mamą, pod wspólnym dachem, stawało się coraz bardziej nieznośne. Nie potrafiła nazwać zmian, ale coraz częściej przybywało dni, gdy nie rozmawiały ze sobą, częściej dostawała reprymendę. Zastanawiała się, czy mamy ktoś nie podmienił. Jednak doszła do wniosku, że ona coś robi nie tak. Na pewno ona. Mama ją bardzo kocha, nie pozwoliłaby, by była smuta. Tak powiedziała po tym, gdy ojciec przegrał walkę o opiekę. Że wszystko będzie dobrze i ona o nią zadba. I dbała. Było dobrze, do czasu, gdy mama miała dni pełne smutku i siadała przed telewizorem.

— Tom wracamy — przywołała psa. Tom podbiegł karnie, lecz w ostatniej chwili zrobił unik i radośnie szczekając pobiegł w kierunku śmietnika.

Aleks miała wrażenie, że ostatnio nawet mama omija szerokim łukiem. Widziały się tylko, gdy ciocia podawała obiad. Krzesła w nim obrosły ubraniami, a pod łóżkiem panował taki bałagan, że nawet już miejsca na potwory nie było. Trochę się zdziwiła, że przedmioty same nie znikają i w cudowny sposób nie układają się w szafie. Nie myślała jednak o tym zbyt intensywnie, miała inne problemy.

— Tom. No błagam cię — krzyknęła Aleks, gdy pies pojawił się u jej nóg ze zdechłym szczurem w pysku.


Po powrocie ze szkoły postanowiła posprzątać pokój. Wykonując mechanicznie czynności miała dużo czasu na myślenie. Więc pomyślała: że zimno bijące od mamy przecież może być przez to, że przestała ją ostatnio przytulać, że do snu czytała sobie sama i mama zostawała w drugim pokoju, że nie było pocałunku na dobranoc. Może to był problem.

— To moja skarpetka! Oddawaj zbóju — nakrzyczała na psa, który wyjął z koszyka zwitek i zaczął go obgryzać.

Nigdy jednak nie odmówiła mamie przytulenia… Mama nie pozwalała już jej wchodzić rano do jej łóżka. Tłumaczyła, że Al brudne nogi, bo idzie z pokoju bez kapci. To mogła zrozumieć. Ale kiedy wracała ze szkoły, to też nie mogła usiąść na jej łóżku, bo była brudna i ponoć tarzała się po podłodze w szkole. Tego nie mogła zrozumieć. Nie tarzała się nigdzie; no i co mama robi po południu w łóżku? Jakby siedziała na kanapie, albo była w kuchni, to przecież przytulanie byłoby łatwiejsze.

— Ty tak na poważnie? — Al złapała się pod boki patrząc jak pies układa się w koszu na brudną bieliznę.

Ufne wielkie oczy psa prosiły, aby go nie ruszać z pojemnika.

— Chyba potrzebujesz przytulenia — zawyrokowała. — Tak jak i ja.


Dzisiaj był dzień, gdy zakończyć się miał eksperyment przytulankowy. Przez parę dni nie prosiła mamy o przytulenie pierwsza. Czekała na to, co zrobi ona. I nic. Nie działo się nic. Omijały się szerokim łukiem. A mimo to nikt nie zgłaszał pretensji. Mama wygrywała, a Aleks chciała przegrać i to już, w tej chwili. Była tak bardzo stęskniona za bliskością i czułością, że mogłaby kogoś zamordować. Przytulanie ma różny smak. Mogła się przytulić do brata, ale to nie to samo. Poza tym mama jej nie lizała, tylko fajnie cmokała. Przytulanie ojca raz na dwa tygodnie, albo nawet rzadziej, tylko podsycało jej pragnienie bliskości. Mały Książę to miał dobrze. Jak już oswoił lisa, to był dla niego na zawsze. Aż do śmierci. A ona miała różę.

Popłakała się cichutko. Wtuliła w psa i wytarła o niego twarz. Przetarła oczy i zdecydowała, że ten właściwy moment już nadszedł. Nie mogła dłużej czekać. Potrzebowała bliskość mamy tu i teraz.

— Tom! Zostań — wskazała psu na posłanie. — Zostań! Tak. Grzeczny piesek.

Wyszła z pokoju cichutko i stanęła za progiem. Pokój stołowy jak zwykle rozświetlała srebrzysta poświata telewizora. Dźwięk wypełniał ciche mieszkanie. Stała i czekała na właściwy moment. Obserwowała mamę siedzącą w bezruchu. Dla niej była najpiękniejszą kobietą na świecie. Szczupła, wysoka, z pięknymi blond włosami. Tylko twarz w magicznym świetle srebrnego ekranu wyglądała na zmęczoną. Srebro zmieniło się w tęczowe kolory pulsując żwawo po ścianach. Muzyka i głosy rozbrzmiały donośniej i pogodniej. Al oderwała się od framugi. Teraz nadszedł ten właściwy moment. Wskoczyła radośnie na kanapę, jak zwykła to robić przez lata, i z całej siły objęła mamę. Zasypała ją gradem pocałunków. Mama odepchnęła ją jednym ruchem ręki. Aleks spadła plecami na podłogę. Straciła na chwilę możliwość oddychania, zdziwiona tak, że nie poczuła bólu w plecach. Złapała łapczywie powietrze i otworzyła oczy. Matka wykonała gest, jakby chciała ją zaprosić na kanapę. Dziewczynka wstała z podłogi i zaczęła wdrapywać się jak kot wyginając grzbiet i przesadnie stawiając kroki rękoma.

Źle zinterpretowała ten sygnał. W ramionach mamy nie było dla niej miejsca. Kobieta wyciągnęła rękę przed siebie by podnieść pilota z ławy i położyć go na piersi.

— Nie widzisz, że jestem zajęta? — z wyrzutem wskazała dłonią na telewizor.

Chwilę temu przerwano serial i nadawano reklamy. Córka czekała przez kwadrans na ten moment. Dziwne, że nie był właściwy. Usiadła na rękach i obserwowała mamę bez słowa. Na ekran wróciły cudowne klify, na których rozgrywała się wspaniała historia zakochanej pary z morderstwem w tle. Niebieskie oczy wlepione w jeden punkt pozostawały nieruchome. Umysł mamy lewitował gdzieś poza tym pokojem, gdzieś nad nierealną scenerią, chłonąc opary cudzej fałszywej szczęśliwości. Pojawił się nawet uśmiech. Czas płynął wolniej i spokojniej. Cudze szczęście smakuje jak bita śmietana. Nawet jeśli ktoś nie ma naturalnych składników pod ręką, to zawsze może raczyć się szczęściem z puszki.


Al siedziała jeszcze chwilę, czekając, aż mama zmieni zdanie i wpuści ją na swoje kolana. Mogła usiąść obok niej i zanurzyć się w emocje sztucznych ludzi. Nie tego jednak potrzebowała. Potrzebowała realnej bliskości. Tak mocno, że aż bolało. Przesunęła się w bok, tak, aby wstając, nie zasłonić mamie ekranu. Pomyślała, jakie to było niepotrzebne — ten cały eksperyment z przytulaniem. Chciała nawet zhańbić dobre imię nauki i zafałszować wyniki, byleby tylko wyszło, że nie ma racji. Obserwator eksperymentu, jeśli jest jego uczestnikiem, ma zawsze wpływ na wynik. Chyba. Bo tym razem nie miała.

Bez słowa wróciła do pokoju. Cokolwiek by powiedziała, cokolwiek chciałaby na głos wyrazić, doprowadziłoby do awantury. Nie dlatego, że spodziewała się takiego scenariusza, ale dlatego, że powtórne przerwanie programu wprowadziłoby nieoczekiwane skutki. Przepraszamy za usterki. To Al musiałaby przepraszać.

Upadła ciężko na łóżko i zawinęła się kocem. To tyle na dzisiaj. Już na nic nie ma ochoty. Wyciągnęła rękę i w ciemnościach wymacała głowę brata. On nie musiał robić testu przytulania. Dotyk potraktował jako zaproszenie i wskoczył na łóżko. Całym ciężarem uwalił się na dziewczynce. Rozwinęła koc i objęła go jak pluszaka. Mokrą twarz wtuliła w ciepłą sierść. On nigdy nie odmawiał pieszczot. Ona też.

Szczur

Wróciła ze szkoły później niż zazwyczaj. Po drodze do domu wstąpiła do biblioteki, bo zbliżał się weekend i po prostu musiała mieć więcej książek. Wysłała wiadomość mamie, gdzie jest, i o której wróci. Nie musiała się śpieszyć. Obiad zawsze jadła w szkole, a do kolacji miała sporo czasu. Lekcje odrobiła wcześniej, podczas wolnej godziny. Z przyjemnością spędziła więc sporo czasu w dziale z nowościami i na pogawędce z bibliotekarką. Pani ją bardzo lubiła, jako stałą „klientkę”, zwłaszcza taką, która nie zagina stron i nie je nad książkami. Pożegnały się serdecznie, zanim poszła raźno do domu.

— Już jestem! — krzyknęła od progu Al. Co nowego?

— Pies szczekał. Pewnie chciał wyjść — zakomunikowała mama.

— Nie mogłaś go wyprowadzić?

— Nie mogłaś. To twój pies. Twój obowiązek.

Nie było sensu dalej dyskutować. Złapała za smycz i poszła z pupilem na spacer.

Gdy wróciła, kolacja była prawie gotowa. Nic wymyślnego. Ale była szynka. Szynka zawsze pachnie i woła z całej mocy psa do kuchni. Usiadły przy stole. Tom usadowił się przy nich i oczami żebraka prosił o datki.

— A poszedł mi stąd! Już! — Mama krzyknęła na psa, gdy stanął na tylnych łapach zobaczyć, co się dzieje na stole.

Strzeliła mu ścierką po nosie. Pies zaskowytał i uciekł do pokoju. Aleks popatrzyła na mamę z wyrzutem

— Też chcesz? — zapytała córki niby żartobliwie i podniosła ścierkę ponad stół.

— Dziękuję, nie — powiedziała i wepchnęła resztkę bułki do buzi.

Al poszła do pokoju. Wywołała brata spod łóżka. Tom tulił się do niej, lekko oddychając. Miała już dość tej sytuacji. Najpierw przegoniono go z sypialni mamy. To jeszcze mogła zrozumieć. Potem z salonu. Przecież tam nie przeszkadzał, leżąc pod stołem. A teraz z kuchni. Może miski z karmą wstawi do jej pokoju? Żeby się uspokoić, przypomniała sobie, kiedy Tom po raz pierwszy zostawił odcisk swojej łapy na jej sercu. To było jeszcze wtedy, gdy rodzice się kochali. Wtedy było jakoś łatwiej. Miała koleżanki, bardzo dobre oceny i rodzinę.

Pamiętała, że tamten dzień nie zaczął się dobrze. Najpierw dostała jedynkę. Za nic. Za to, że poprawiła panią, kiedy ta powiedziała, że na długo przed potopem dinozaury były władcami ziemi. Trzeba było trzymać język za zębami, a nie wdawać się w awanturę z katechetką. Pokonana siłą, a nie słowem. Przed eskalacją konfliktu uratował ją dzwonek. Jedynkę przeżyje, gorzej, gdyby miała iść na dywanik. Wyszła jako ostatnia z klasy. Sale i korytarze opustoszały.

Miała jeszcze chwilę do przyjazdu szkolnego autobusu. Powoli szła wzdłuż żywopłotu na przystanek. Zdjęła ciężki plecak i z prawdziwą ulgą położyła przy krawężniku. Nosiła w nim tyle książek, że aż rozpruła się duża kieszeń. Już dawno mówiła mamie, że musi dostać nowy, ale usłyszała, że ma poczekać do końca semestru. Z drugiej strony, było to nawet wygodne: nie musiała otwierać zamka, żeby wyciągnąć czapkę i rękawiczki. Chłodno. Gdzieniegdzie leżały plamy śniegu, pobliski ostrokrzew był nim cały oprószony. Złapała za gałązkę i zrzuciła śnieg z zielonych listków. W środku coś się poruszyło. Odskoczyła wystraszona. Zaczęła powoli odchylać gałęzie, kiedy przerwał jej głos koleżanki.

— A co ty tutaj robisz? — spytała Ela nachylając się z ciekawością nad nią.

— Nic! Strzepuję śnieg — odpowiedziała szybko, jakby przyłapana na czymś niegodziwym.

Odwróciła się na pięcie i podniosła plecak, z którego wypadła niedojedzona kanapka. Ela spojrzała na nią, potem na oddalającą się Aleks.

Już miała sięgnąć po srebrny pakunek i pobiec za koleżanką, aby oddać zgubę, ale gdy spojrzała ponownie na ziemię, kanapki tam już nie było. Ze zdziwieniem ogarnęła wzrokiem krzaki, odwróciła się i w popłochu uciekła w stronę przystanku, gdzie stała Aleks. Autobus się spóźniał, pewnie przez opady śniegu, więc pod przystankiem rozgrywała się regularna bitwa na śnieżki. W końcu przyjechał i cała czereda wpakowała się do środka.

Aleks wysiadła pod domem i pomachała koleżankom na pożegnanie. Przy furtce, jak zwykle, musiała przeszukać kieszenie spodni i kurtki, bo nie pamiętała, do której z nich włożyła klucze. Ostatecznie znalazły się w przedniej kieszeni spodni. Chociaż pamiętała, że sprawdziła tą kieszeń jako pierwszą.

Z pęku wybrała największy i otworzyła furtkę. Potem mniejszy, aby otworzyć drzwi domu. Zamknęła je za sobą z głośnym trzaskiem oznajmującym: jestem już i jestem głodna. Byle jak zrzuciła buty, i ciągnąc za sobą plecak poszła do kuchni.

— Co tam córeczko? — zapytała obejmując ją mama.

— Nic takiego — odpowiedziała Aleks. — Dostałam jedynkę.

— Zapomniałaś zadania?

— Nieee. Pokłóciłam się z nauczycielką.

— To nic — uspokoiła ją. — Porozmawiamy po obiedzie.

— Dobrze mamo. Kocham cię. Jest tata?

— Podsypia na kanapie.

W kuchni coś zapiszczało.

— Ściągnij buty — poprosiła mama.

— Ale ja jestem w skarpetkach — pokazała na dowód prawą stopę.

Znów ten sam cichy dźwięk. Spojrzały na plecak.

— Co tam masz? — zapytała mama z zaciekawieniem.

Aleks wzruszyła ramionami.

— Tam w plecaku — ponowiła pytanie mama.

— Nic- odparła zdziwieniem Aleks.

Plecak zaczął się ruszać. Cofnęły się o krok.

— Tata. Pomocy. Tu się coś rusza!!!

Pomoc nie nadeszła. Z pokoju ciągle słychać było dźwięk regularnego chrapania.

Plecak ponownie się poruszył, potem przewrócił. Wypadła z niego mała brązowa kulka. Kulka miała nosek i oczka i nie wyglądała jak szczur. Raczej jak słodki szczeniaczek.

Aleks zrobiła maślane oczy.

— On jest mój! — krzyknęła.

— Skąd go masz? — zapytała mama.

— Nie wiem. Ale on jest mój. Jest taaaki piękny. No spójrz w jego czarne oczka. Zobacz na to klapnięte uszko. No nie jest cudny?

Aleks kontynuowała nie pozwalając mamie dojść do słowa. Kobieta tylko stała, zacisnęła usta i uniosła ręce w geście dezaprobaty.

— Nawet wiem jak go nazwiemy — mówiła podekscytowanym głosem. Tom! I on tutaj zostaje.

— Tato zadecyduje! — zakończyła rozmowę mama.

— Taaato, tato, chodź no. No chodźźź! Potrzebujemy pomocy!

Tato zerwał się z kanapy, przeskoczył w pędzie fotel i wywracając filiżankę stojącą na ławie, przybiegł do kuchni.

— Co się stało?! — spytał zaskoczony, omiatając zaspanym wzrokiem pomieszczenie.

Pomiędzy ludźmi, na podłodze, siedziało małe coś. Tato złapał gazetę i krzyknął:

— Szczur, skąd on się tu wziął? — Zamachnął się ręką i chciał z całej siły walnąć stworzenie leżące bezbronnie na podłodze.

Aleks miała przerażone oczy i bała się poruszyć. Mama nie protestowała.

Tom ziewnął pokazując różowy języczek i słodko spojrzał na to ogromne włochate stworzenie ponad nim. Córka i ojciec wydali z siebie ciche:

— Ooooo…

Gazeta wypadła z rąk taty, a on sam runął na kolana biorąc na ręce pieska. Podniósł go na wysokość twarzy i powiedział zdecydowanie.

— Nie wiem skąd go masz, ale on zostaje. To Tom.

— Ja też tak powiedziałam, to Tom. On tutaj zostaje. Kocham cię tato! — wykrzykiwała Aleks, która tańcząc wokół niego próbowała odebrać mu z rąk szczeniaczka.

Tato przekazał córce psa, który zwinął się w kłębek w jej ramionach i rzucając głośne „jaaah” zasnął na dobre. Aleks ściągnęła czerwoną, kowbojską chustę z szyi i przykryła nią swojego nowego brata. Zamyśliła się na krótką chwilę. Zmarszczyła brwi i zapytała ojca.

— Ciekawe jak on mnie nazwał?

— Z pewnością mama.

— Nie. Nie. Jestem za młoda na bycie matką — wyrzuciła z siebie z powagą, głaszcząc małe futerkowe stworzenie po grzbiecie.

— To może nazywa cię siostrą?

— Hmm. To bardzo rozsądne.

Aleks spodobał się ten pomysł.

— To jest mój brat. A wy jesteście jego rodzicami.

— Zgoda — zaaprobował pomysł tata- ale opiekujesz się nim ty.

— Jaaaha! — Krzyknęła Aleks.

Brat się poruszył na rękach przestraszony głośnym dźwiękiem.

— Jaha — powiedziała cicho.

— Widzę, że już zdecydowaliście beze mnie — powiedziała mama.

— A ty go nie chcesz?

— W tym domu są zasady. Jeśli chcecie psa to się nim opiekujcie.

— Ja będę — krzyknęła entuzjastycznie Al.

— I ja- przyrzekł solennie pan domu.


Aleks uśmiechnęła się do siebie, wspominając. Cud czasami się zdarza. Uśmiech jednak zamarł, gdy inne wspomnienie wyparło magię tamtego dnia.

Przypomniała sobie rozmowę między rodzicami, gdy kłócili się przed rozwodem. Nie słyszała wszystkiego. Gdy się zaczęła burza, uciekała do swojego pokoju. Jednak to, co usłyszała, wystarczyło.

— …I psa mamy też podzielić? Ja wezmę uszy, a ty ogon? — wykrzyczał ojciec.

— Psa i jego pchły sobie zabierz. Dziecko zostaje przy mnie.

— Bo na psa trzeba wydawać pieniądze, a za dziecko dostaniesz alimenty?

— Bo kocham ją!

— Siebie samej nie kochasz, a dziecko kochasz?

— Weź psa.

— To nie mój pies. To Al. Przyjdzie czas, gdy sami przyjdą do mnie. Ty zostaniesz sama. Jak pies…

Wspomnienia miały jej przynieść ukojenie. Nie chciała wracać do złych dni, jednak myśli same wcisnęły się do głowy i niszczyły spokój

— Smutne mamy życie — powiedziała do Toma wyciągając go spod łóżka.

Pies żałośnie popatrzył jej prosto w oczy i polizał po dłoni. Brat i siostra muszą się trzymać razem.

Latający potwór spaghetti

Poranny rytuał: ubieranie, krótki spacer z psem, zęby, zabrać kanapki, złapać szkolny autobus, przeżyć lekcje. Południowy rytuał: zjeść obiad, przeżyć resztę lekcji i zdążyć na autobus. Popołudniowy rytuał: wyprowadzić psa i obiadokolacja. I już. Późne popołudnie i wieczór same się układały. Nie było stałych planów. Wracała do domu i w zależności od humoru mamy, dzień płynął albo stawał kołkiem w gardle. Pamiętała jeszcze swoje szczęśliwe dni. Nie miała czasu się nudzić. Ciągle w ruchu, ciągle coś się działo. Pamiętała, że gdy było ciepło, chodziły do parku. Mama siadała na ławce wystawiając buzię do słońca, a ona mogła pohasać do woli. A teraz? Teraz, od kilku miesięcy, nie chodzą razem nawet na zakupy. Właściwie nie chodzą nigdzie, nie licząc wyjść do lekarza i cioci.

Od świąt mama znacznie się zmieniła. Aleksandra dobrze zapamiętała moment, w którym mama otworzyła prezent od siostry. Zmarszczyła czoło i cisnęła w połowie rozwiniętą paczką prosto w twarz Dżesiki. Nigdy nie dowiedziała się co tam było, ale dzięki temu „czemuś” została sama na święta. Wściekła mama trzasnęła drzwiami do sypialni i schowała się przed światem. Obrażona siostra wyszła trzaskając drzwiami wyjściowymi. Obu nie było przez dwa dni. Dobrze, że jedzenie było przygotowane i nie głodowała. To był ten dzień, gdy wszystko się zawaliło.

Stosunki matki z córką pogarszały się systematycznie. Niby było wszystko w porządku. Zadbane dziecko z dobrej rodziny. Tylko jakby miłości coraz mniej było. I rodzina była nie pełna.

Za to siostrzane relacje poprawiły się bardzo szybko. Zaczęły spędzać więcej czasu ze sobą. Rozmawiały godzinami. Były prawie nierozłączne. Odkąd się tutaj przeprowadziły, siostra została mamy jedyną przyjaciółka. Al spytała kiedyś ciotki o to, ale usłyszała tylko śmiech i krótkie „chyba opiekunką”. Od świąt nikt inny nie przychodził do mamy. Wcześniej był taki pan, który odwiedził mamę parę razy na jesieni. Ale po wspólnym obiedzie już nie wrócił. Mama powiedziała, że to jej wina, bo była naburmuszona i kopnęła go pod stołem. A ona wiedziała swoje. Nie lubił kuchni mamy. Bo kto ją lubi? A jak się nie ma to co się lubi, to się lubi to co się ma. On widocznie nie chciał iść na kompromisy.

Wrzuciła plecak pod stół. Wyszła na krótki spacer z Tomem. Miała jeszcze trochę czasu do obiadu. Zabrała książkę z pokoju i usadowiła się na taborecie po oknem. Mama krzątała się po kuchni. Al zupełnie odpłynęła tropiąc Yeti. Nie zauważyła, że stół się zapełnił i mama usiadła, z wyrzutem patrząc ponad parującymi potrawami na córkę. Nie odzywała się. Tylko patrzyła. Al zakończyła rozdział i przeniosła wzrok na stół.

— Ooo, to co zwykle! — skomentowała pojawianie się potraw na stole. — Jak wybornie!

Menu nie zmieniało się od dawna. Gotowany kurczak, spaghetti, rosół, pomidorowa, pierogi i gotowane warzywa. Czasami przynosiła posiłki dla Al od cioci. A wtedy, pomimo że jedzenia było dość i tak dla siebie przygotowywała ten sam zestaw dietetyczny zestaw.

Dziewczynka złapała z werwą za widelec. Nakręcała makaron i wijące się nitki wciskała do ust. Drugą ręką trzymała książkę i pochłaniała słowa w zamyśleniu. Fascynujące były przygody Tomka. Też by tak chciała.

Mama siedziała na przeciwnej stronie stołu, powoli podnosząc widelec do ust. Patrzyła na jedzenie z takim samym wyrzutem, z jakim patrzyła na Aleks. Odłożyła widelec układając go wzdłuż talerza i poprawiając parę razy, aż uzyskał idealnie położenie. W milczeniu przypatrywała się córce, która zaczytana, lewą ręką ponad książką, przenosiła ogromne sploty makaronu wprost do ust. Mama obserwowała każdy jej ruch siedząc z zaciśniętymi wargami, które zniknęły prawie całkowicie z twarzy pozostawiając jedynie wąską kreskę. Ręce miała oparte na kolanach, miętoszące serwetę. Al nie odrywając wzroku, sięgała kolejno po makaron, systematycznie opróżniając talerz. Widelec przesuwał się po nim wydając wysoki pisk. Usta mamy schowały się całkowicie, a oczy zmrużyły. Słowa pojawiły się nad zastawą niemal mechanicznie

— Czemu nie jesz normalnie? — syknęła.

— Przecież jem — powiedziała Aleks, unosząc oczy sponad książki i zastanawiając, co się musiało zadziać, że twarz mamy stała się tak mocno spięta.

— Nie jesz. Tylko czytasz. Dlaczego czytasz przy stole? — słowa wysączyła pojedynczo.

— Nigdy ci to nie przeszkadzało.

— Teraz przeszkadza.

Dziewczynka widząc, że atmosfera robi się nieznośna, chciała przerwać dalszą słowną potyczkę żartem.

— To też strawa, tylko duchowa.

Zamknęła książkę, wtykając zakładkę. Podniosła ją na wysokość swojego noska i powąchała tak, jakby wąchała danie przygotowane przez najlepszego kucharza.

— Pachnie przewybornie. Chcesz spróbować? No powąchaj moją strawę — rzuciła Aleks, wysilając się na miły ton.

Mama odebrała to jako atak na siebie. Już niewiele było potrzeba, by sprowokować wybuch. Wstała gwałtownie od stołu odrzucając krzesło do tyłu, wyrzuciła ręce do przodu i wyrwała córce książkę. Cofnęła się z całą gwałtownością i prawie tracąc równowagę, oparła się na stole trzymając oburącz zdobycz. Aleks patrzyła na nią nic nie rozumiejąc.

— Uważasz mnie za wariatkę? Mówisz, że jem nienormalnie, a to ty tak jesz. Jak jakieś dziwadło — wysyczała mama.

Książka z impetem poleciała przez całe mieszkanie lądując w stołowym.

— Sama wąchaj. I posprzątaj jak skończysz. Ja już skończyłam.

Wstała i poszła do pokoju. Po drodze kopnęła leżącą książkę. Odbiła się od meblościanki i zatrzymała pod stołem. Mama włączyła telewizor, położyła się i przykryła kocem. Po czym zrzuciła koc i gwałtownie wróciła do kuchni. Otworzyła jedną z szuflad i spośród pudełek z makaronem wyciągnęła czekoladę. Wróciła przed szklany ekran i pokruszyła starannie tabliczkę. Przełożyła kostka za kostką na talerz. Z równą starannością wpakowała sobie wszystkie kawałki jeden za drugim do ust.


Aleks z bratem patrzyli w jej stronę zdziwieni. Nie rozumieli tej agresji. Dlaczego mama powiedziała, że uważa ją za wariatkę?! Przecież nie krytykowała jej, jak ciotka, za monotonne jedzenie. Była głodna. Jedzenie dobre. Książka też dobra.

Posprzątała rozrzucone jedzenie i włożyła brudne talerze do zmywarki. Ubrała się i przywołała psa. Złapała za smycz, ale obroża zaczepiła się na haku.

— Dlaczego mamuś zawsze zostawia obrożę spiętą ze smyczą, to takie denerwujące. Muszę zawsze ją poprawiać — sapnęła poirytowana.

Zabrała klucz od piwnicy i nie niepokojona uciekła na resztę dnia do ogrodu.

„Jestem”.

„Wracam”.

Jej wiadomości trafiły w próżnię.

Czarny muffin

— Wstawaj, wstawaj, wstawaj — wyszczekiwał budząc swoją panią.

Tom biegał po pokoju, obijając gumową kurą szafę i biurko

— Cześć, imprezowy psie. Chcesz jedzenia?

Tom zaczął ze zdwojoną siłą ganiać po pokoju niczym wulkan radości szaleniec, łapiąc do pyska różne przedmioty i znosząc je w okolice łóżka.

— No nie ma rady. Trzeba wstawać. Sobotnia impreza od rana.

Poranek wstał radosnym. Wczoraj zmęczyła się wycinając chwasty. Potem udało się jej naprawić huśtawkę. Zamiast siedziska użyła oponę, którą ktoś wrzucił za płot. Była bardzo zadowolona, bo rezultat przerósł nawet jej oczekiwania. Opuściła ogród chwilę przed zachodem słońca. Jazda w czerwonych promieniach nastroiła ją bardzo pozytywnie. Czuła się jak kwiat, który żywił się słońcem. Pełna dobrej energii i nadziei.

Teraz, rankiem, szybko włożyła ubranie i pobiegła z Tomem obwąchać zakamarki podwórka.

W sobotę przed śniadaniem nie myła zębów. Nie lubiła mieszać smaku soku pomarańczowego ze smakiem miętowej pasty. Dopiero, gdy zjadła płatki wypucowała dokładnie swoje „wielkie kły”, jak lubiła o nich myśleć.

Dzisiaj, jak nigdy, plan dnia był ustalony. Po zimie trzeba było zrobić przegląd szafy i dokupić parę ubrań. Rosła ostatnio szybko. Ubrania, które nosiła jeszcze na jesieni stały się już za małe. Nie tylko za krótkie, ale także nie przykrywały jej pojawiających się krągłości.


Cieszyła się na myśl o wyjeździe do dużego miasta. Setki ludzi mijających się na ulicach. Neony. Sklepy. Cukiernie. Ciocia już przyszła i poganiała je, by się pośpieszyły. Wsiadły do samochodu i pojechały na zakupy. Podróż minęła szybko. Zaparkowały na parkingu nad galerią handlową. Wszystko w tym centrum było zrobione tak, aby osoba, która przychodziła na zakupy czuła się jak milion dolarów. Otoczona pięknym wystrojem, szklanymi windami i ruchomymi schodami. Schody, to coś, co tygrysy lubią najbardziej. Obie kobiety: mama i ciotka, elegancko wystrojone, zjeżdżały w dół robiąc przy tym wielkie wejście. Dziecko zaś ganiało po schodach tam i z powrotem, dublując je parokrotnie.

— Uspokoisz się wreszcie? — skarciła ją Dżesika.

Złapała za rękę i przytrzymała przy sobie. Już się najeździła. Może uspokoić się trochę.

— My idziemy do swoich sklepów. Ty idź do swoich. Za dwie godziny spotkamy się tutaj. Potem kupimy coś dla ciebie.

Mama wydała instrukcje, które ją ucieszyły. Mogła przez dwie godziny zając się swoimi sprawami i nikt jej nie przeszkadzał. Kiedy odeszły, patrzyła jeszcze chwilę za nimi. Zdziwiła się, gdy zauważyła, że mężczyźni zawieszają na nich wzrok i odprowadzają je przez chwilę. Że patrzą za mamą to jeszcze może zrozumieć. Zawsze elegancka i zadbana. Ale za ciotką? Stwierdziła, że w sumie to jak jest ktoś brzydki obok, to ładna pani wygląda jeszcze lepiej. A brzydka tak samo.

W głowie miała już ustalony plan. Sklep zabawkowy, potem sportowy, a na końcu księgarnia. Chciała odwiedzić jeszcze elektroniczny, ale nie miała pieniędzy na telefon. Gdzieś się zagubiły. Wczoraj szukały razem z mamą, ale nie znalazły. Mówiła, że pewnie się znajdą, trzeba tylko przejrzeć książki, albo odsunąć łóżko. Na pewno się znajdą.

W zabawkowym była nowa kolekcja szopopów. W jej miejscowości nigdy nie można było ich dostać. A mama nie zgadzała się na zakupy przez Internet, mówiąc, że tam tylko oszuści handlują. Weszła do środka i skierowała się w kierunku regałów z małymi figurkami. Miała najnowszy katalog ze sobą. Oznaczyła w nim swoje zbiory. W sumie to brakowało jej zaledwie z pięciu sztuk, z dwustu figurek. Niestety, nie było nic ze starej serii. Wzięła nową mapę dla tegorocznej kolekcji. Miała swoje kieszonkowe i nikt nie czepiał się, na co je wydaje. Może dlatego, że pieniądze pochodziły z kieszonkowego od taty. Mama rzadko się jej dorzucała. A na pewno nie wydałaby ani grosza na te plastikowe barachło, jak zwykła o szopopach mówić.

Przeglądała figurkę, po figurce. Dziwne jakieś. Nie kręcą głowami. Nie mają magnesów. Takie… Hmmm… Zrobione po taniości. Nie podobały się jej. Jakby były z innej bajki. Akcesoria słabe. Jej ekspercka wiedza podpowiadała, że nawet zestaw redtail i softtail był skopiowany z poprzedniej kolekcji. Straciła przekonanie, że warto w nie inwestować. Czasem myślała o swoim zbiorku, jak o inwestycji, bo widziała na portalu, że za niektóre z jej okazów trzeba było zapłacić dziesięciokrotność ceny nowego szopopa. Wyszła ze sklepu bardzo zawiedziona.

W sportowym nie miała zamiaru nic kupować, choć wiele rzeczy by się jej przydało. Przymierzała kaski, zakładała rękawiczki rowerowe, patrzyła nawet na nowy koszyk dla Toma. Swój czerwony bolid miała już parę lat. Kiedy go dostała, to był za duży. Pomimo że siodełko było zamocowane na najniższym możliwym położeniu, to i tak wolała jeździć stojąc na pedałach. Teraz miała wrażenie, że obija sobie kolana o kierownicę.

W sklepie było kilkadziesiąt modeli rowerów, ale tylko trzy przypadły jej do gustu. Każdy z nich obowiązkowo z koszykiem. Przymierzała się do nich i każdy z nich pasował. Z trzech wybrała jeden. Oczywiście czerwony. Czarny był za ciężki. Biały miał zbyt fikuśną ramę i za mały koszyk. Jak głosił napis, to był rower damski, nie dziecięcy. Z prawdziwymi dwudziesto-ośmio calowymi kołami. Z siedmioma przełożeniami. Dwa hamulce. Oświetlenie. Pełna opcja. Taki chciałaby dostać na urodziny. Musi rzucić temat mamie lub tacie. Ale chyba lepiej tacie, bo mama to zawsze jej ubrania daje. To może w tym roku zmieni zdanie i kask kupi.

Zrobiła zdjęcie roweru i specyfikacji. Cena nie była jakaś zabójcza, ale i tak na niej robiła kolosalne wrażenie. Tyle to ona miała uskładane na koncie u taty. Może trzeba będzie się dołożyć.

Spojrzała na godzinę. Zostało jej trzydzieści minut. Długo tutaj zabawiła. Wbiegła po ruchomych schodach na ostatnie piętro. Do swojego ostatniego celu. Księgarnia. Sklep jawił się niczym raj. Brakowało tylko fanfar i śpiewu chórów anielskich. Wszędzie książki, o wszystkim, dla każdego. Po środku sklepu fotele i kanapy. Wszystkie zajęte. Ludzie przychodzili tutaj poczytać i nikt ich nie gonił. U nich nie było księgarni z prawdziwego zdarzenia. Książki sprzedawał tylko jeden sklep, a i tak robił to niejako przy okazji, handlując podręcznikami szkolnymi i artykułami biurowymi. Żeby zobaczyć książkę, trzeba było poprosić sprzedawcę. Ten niechętnie podawał je do ręki potencjalnemu nabywcy. Jeśli nawet dał, to szybko chciał zabrać, bo następny klient już czekał.

W tym miejscu nie czuło się pośpiechu. Zapach świeżego druku rozchodził się jak tysiące nut perfum w drogerii.

Przyszła tutaj w konkretnym celu. Wyszła nowa powieść o tygrysie i morzu, i chciała ją mieć. Lubiła pozytywne historie. Nie miała problemu ze znalezieniem właściwego regału i półki z książką. Wszystko było tutaj logicznie poukładane. Jak w bibliotece. Według gatunku, a potem według alfabetu. Złapała książkę i przycisnęła do siebie. Otworzyła pierwszą stronę i powąchała druk. Tak, to był zapach marzeń. Obiecała sobie, że przeczyta ją później od deski do deski, ale nie umiała się oprzeć. Zapach, miejsce i przyjemność z odkrywania nowej historii wciągnęły ją bez reszty. Zaczęła czytać. Zgubiła czas.

Spóźnienie zostało jej szybko wypomniane telefonicznie. Odłożyła książkę i pobiegła do mamy. Była na siebie zła, bo zamiast ją kupić od razu, zaczytała się w pierwszych stronach. Kto wie czy później wróci do księgarni? Trudno, po zakupach będzie błagać o to mamę.

Wybiegła ze sklepu pod czujnym okiem strażnika. Bramki się nie odezwały więc zajął się swoimi sprawami odwracając od niej podejrzliwy wzrok. Zbiegła po schodach prawie przewracając się na dole.

— Jak zwykle spóźniona — wypomniała Dżesika.

Spojrzała na telefon.

— Tylko pięć minut — próbowała się wytłumaczyć.

— O pięć minut za późno na tłumaczenie, młoda damo!

— Jakbym była tutaj pięć minut wcześniej to nie musiałabym się tłumaczyć — odparła w rzeczy samej bardzo logicznie.

— I jeszcze pyskuje — zwróciła się do mamy.

— Chodźmy. Nie mamy całego dnia na kłótnie — przerwała spór mama.

Udały się w kierunku sklepów z ubraniami dla dzieci. Ciotka zatrzymała się i złapała za rękę siostrę

— Patrz — wskazała na torebkę. Takiej szukałam.

— Aleksandro, idź do tamtego sklepu. My zaraz wrócimy. Możesz już coś wybierać.

Podekscytowane weszły do skórzanego świata mody.

Aleks popatrzyła się w kierunku wskazanym przez mamę. Tam były trzy sklepy. Dla dzieci, dla młodzieży i dla dorosłych. Pewnie jej chodziło o ten dla młodzieży, doszła do tego drogą eliminacji. Przecież śliniaczków nie będą kupować. Ubrań dla dorosłych też nie.

Pewnie weszła do sklepu. Przeleciała przez wieszaki i wybrała ubrania. Zamknęła drzwi przebieralni. Zdjęła sukienkę w różowe kwiaty i balerinki, rozbierając się do majteczek. Popatrzyła w lustra na swoje ciało. Z trzech stron otaczała ją zwielokrotniona ona sama. Wyprostowała się i zaczęła przybierać różne pozy i robić miny. Nie była brzydka. To wiedziała. Przeszkadzały jej tylko pieprzyki i takie długie ręce i wielkie stopy, no i w ogóle cała była obsypana piegami.

W przebieralni zadzwonił telefon.

— Gdzie jesteś?

— W przebieralni.

— Już idziemy.

Założyła czarne spodnie rurki, trampki i poszarpaną koszulkę z napisem „lol suckers”. Obracała się dookoła, zadowolona z wyboru jakiego dokonała.

Telefon zadzwonił powtórnie.

— Gdzie jesteś? Nie możemy cię znaleźć. Na którym dziale.

— Dla młodzieży. Na końcu.

— Ok.

Założyła bluzę w szaroczarny wzór, imitujący umaszczenie pantery.

— Bosko — szepnęła uśmiechając się do siebie.

Nałożyła kaptur z uszkami zakrywając niemal oczy.

— Cudownie. Pierwszy wybór i już trafione.

Telefon zadzwonił ponownie. Tym razem dzwoniła ciocia.

— Gdzie jesteś? Szukamy cię już od dziesięciu minut. Mama stoi już przy kasie.

— W sklepie młodzieżowym.

— Miałaś być w dziecięcym! — rzuciła z wyrzutem. — Czekaj tam. Już idziemy.

— Okay, okay.

Ciekawe, czy będzie mogła zerwać metki i pójść w tych ubraniach do domu?

— Aleksandra?

To wołała mama..

— Tadam! — wyszła z przebieralni prezentując się niczym modelka na wybiegu.

— Rany boskie! Jak ty wyglądasz dziecko!

— Ładnie? Prawda? — zapytała okręcając się.

— Ona tak na poważnie? — z ironią w głosie zwróciła się do mamy jej siostra.

— Co ty masz na sobie? Wyglądasz… Wyglądasz jak biedne dziecko!

— Mamo, przecież to jest ładne!

— Wstydziłabyś się!

— Niech się wstydzi ten co widzi — powiedziała zbyt głośno.

Nie wiedziała skąd przyszły jej do głowy te słowa, ale uważała je za odpowiednie na tą okazję.

— Ściągaj to natychmiast! — wykrzyknęła mama zwracając na siebie uwagę innych ludzi znajdujących się w przebieralni.

Nie protestowała. Widziała ten błysk złości. Iskierkę w oczach, która powoduję eksplozję mózgu.

Zamknęła drzwi i przebrała się ponownie w swoje rzeczy. W ciągu sekund straciła znów trzy lata.

Złożyła ubrania w kostkę. Wyszła z przebieralni i podała je mamie.

— Po co mi to dajesz? Możesz sama odłożyć

— Nie kupisz mi?

— Wychodzi na to, że ciągle jeszcze nie masz gustu. Dobrze, że ci już coś wybrałam.

Aleks odłożyła na regale ubrania. Podeszła do mamy i odebrała od niej dużą torbę. Położyła na stoliku i sięgnęła do środka.

Wyjmowała rzeczy, jedną po drugiej. Nie musiała nawet wyjmować ich wszystkich. Gdy wzięła do ręki pierwsze spodnie, to tak, jakby widziała wszystkie ubrania. Różowe. Zaprojektowane jak dla siedmiolatki.

— Nie będę ich nosiła. To dla dzieci!

— Jak nie będziesz? Będziesz! Innych nie dostaniesz.

— Wolę swoje stare rzeczy.

— Nie ma szans. Już je obiecałam kuzynce. Wiesz, ile ubrania kosztują?

— Przecież można je zwrócić — odparła rozsądnie Aleks.

— Ty chyba nie masz boga w sercu!

— Proszę mamo. Ja chcę te. Te bardzo!

— Nie ma mowy. To dla dzieci śmieci. A te ubrania są drogie i ładne!

Podsunęła jej torbę i rachunek pod nos dla uwiarygodnienia swoich słów.

— Popatrz na mnie.

Spojrzała od stóp do głów na córkę.

— Mój pies wygląda lepiej niż ja.

Nie wytrzymała po tym komentarzu.

— Zostaw wszystko. Wychodzimy, ty niewdzięcznico. Nie chcesz ubrań to nie. Pies ci mordę lizał.

Po tych słowach wiedziała, że może się pożegnać z wybranymi przez siebie ubraniami. Mogła się też pożegnać z książką. Przez parę minut zrobiły jej wykład jaka jest dziecinna. Zostawiły ją na ławce przy fontannie, a same poszły dokończyć zakupy.

Usiadła sama, strapiona, wśród ludzi schowanych w światach swoich telefonów. Nie miała im nic do powiedzenia i nie chciała ich towarzystwa. Wyciągnęła książkę i uciekła. Magia drzewa przeniosła ukojenie. Dopiero głośniejsza rozmowa wyrwała ją z powieści. Zaznaczyła zakładką miejsce w którym zakończyła i rozejrzała się po nieprzyjaznym otoczeniu.

Oglądała przechodzących ludzi. Wyglądali na szczęśliwych. Rodziny z dziećmi, pary, samotni ludzie. Zakupy wywoływały uśmiech. Zobaczyła niepasującą do tego miejsca osobę, która wbiegła na chwilę do sklepu i wyszła z niezadowoloną miną. Była bardzo ciekawie ubrana. Jak z katalogu z nowoczesną modą. Dosłownie przebiegała przez sklep i szybko selekcjonowała jego zawartość. Miały coś wspólnego. Obie były blade i piegowate. Tylko ona była blondynką. Jak dorośnie chciała wyglądać jak ta pani. Tylko uśmiechać się więcej. Ich oczy się spotkały. Wymieniły się serdecznym uśmiechem. Kobieta usiadła parę metrów dalej. Zamówiła kawę i ciastko. Wyciągnęła telefon i zaczęła rozmowę. Jednak się uśmiechała. I to serdecznie, od ucha do ucha. Musiała z kimś miłym rozmawiać. Ludzie przechodzili koło niej, a ona im machała. Chyba znała tutaj wszystkich. Zapłaciła rachunek i podeszła do Aleks.

— Ej. No nie smuć się. Masz ciacho!

Wręczyła jej czekoladową babeczkę. Złapała ją jak wygłodniałe zwierzę i od razu wbiła w nie zęby.

— Życie jest na to za krótkie, dziewczyno! Głowa do góry.

Nie spodziewała się takiego wylewu pozytywnej energii od nieznajomej osoby.

— Ej, no! Patrząc na ciebie, jak czytasz książkę pośród ludzi z tabletami i telefonami, odzyskałam wiarę w ludzkość. Nie wszystko jednak jest stracone.

Z pełną buzią trudno się rozmawia. Odpowiedziała tylko czekoladowym uśmiechem pokazując czarne zęby.

— Tak lepiej. Trzymaj się! Ciao.

Pomachała jej na odchodne i zajęła się wyjadaniem okruszków z serwetki. Jednak ludzie nie są wszyscy tacy źli. Ciekawe czy ma dzieci? Jeśli nie, to powinna. Bo ładnie się uśmiechała.

Wieczorem czekała na nią niespodzianka. Mama znalazła pieniądze. Ponoć spadły za biurko. Na blacie leżała koperta, w której ostatnio dostała pieniądze od taty. W środku cała suma. Co do grosza. Tylko były w innych nominałach. Pamięta każdy banknot, który tam wkładała. Była z tych oszczędnych, co wiele razy przeliczają zawartość swojej skarpety i prawie pamiętają numery seryjne banknotów. Nie trzeba było być detektywem by wyciągnąć właściwe wnioski.

Geneza Aleksandrii

Aleks cichutko otworzyła drzwi. Miała nadzieję, że uda się jej wejść niepostrzeżenie do domu. Wyszła tylko na chwilę wyprowadzić psa, a wracają upstrzeni jak choinka pokryci kolorowymi kleksami. Od strzałów bolało ciało i dusza. Widziała ich, jak się bawią w paintball przed śmietnikiem. Ganiali kryjąc się za samochodami i drzewami. Dziwna zabawa. Strzelać do siebie i mieć z tego ubaw. No, ubaw po pachy. Skręciła szybko za budynek i poszła mostem w kierunku rzeki. Spuściła Toma ze smyczy i rzucała mu patyk. Walczył z nim, gryzł i szarpał, aby za chwilę odnieść, i z przechyloną głową czekać na następny rzut. I następny. I następny. Następny rzut trafił chłopca ubranego w upaćkane moro. Uderzony patykiem padł na ziemię zawodząc strasznie. Podbiegła do niego chcąc mu pomóc. Pojawiła się reszta bandy. Chłopiec odrzucił podaną dłoń i wspierając się na karabinku wstał. Broń nie wytrzymała ciężaru i złamała się w pół. Upadł na kolana. Ściągną gogle i z nienawiścią wrzasnął na dziewczynkę:

— Patrz idiotko, co zrobiłaś!

W rękach trzymał osobno lufę i korpus. Wstał i podszedł parę kroków.

— Zapłać za to!

— Przepraszam. Nie mam pieniędzy — powiedziała przestraszona.

— Zapłać, bo jak nie… — zamachnął się lufą.

Al odsunęła się odruchowo do tyłu, zasłaniając ręką twarz. Z zarośli wyskoczył Tom. Warknął i zagrodził swoim ciałem dostęp do pani. Oparł się na tylnych łapach gotowy do skoku. Obnażył białe kły.

Chłopak włożył lufę w zatrzask kolby i zaśmiał się nieprzyjemnie.

— Zaiście, milordzie, idiotka — zwrócił się do kolegi. — Nie wie, że się składa. Ha ha ha.

Grupa zawtórowała mu śmiechem.

Pierwsze trzy strzały nie były celne. Pozostałe kilkanaście trafiło w ciało psa. Zaskowyczał i skulił się. Aleks pochyliła się nad nim zasłaniając go przed napastnikami. Tym razem wszystkie wystrzelone tęczowe pociski trafiły do celu. To była egzekucja.

— Byłoby zabawniej, jakbyś uciekała, krowo — wysyczał ten chłopak.

Podszedł i uderzył ją delikatnie lufą w głowę.

— Bang. Nie żyjesz.

Odsunął się wznosząc ręce w geście zwycięstwa. Obrócił i wycelował ponownie w głowę Aleks. Położył rękę na spuście.

— Chodź — jeden z chłopców złapał za lufę kierując jej wylot w powietrze.- Starczy już.

Padł strzał. Suche plumknięcie. Pocisk przeleciał kilka metrów obok, rozbijając się na szybie jadącego samochodu. Kierowca przystanął i wysiadł z pojazdu, szacując szkody.

— Chodźmy, zanim tatusia zawoła. — Ten chłopak wydał grupie polecenie, przykrywając złość śmiechem.

Schowali się w wysokiej, wysuszonej trawie zostawiając Al płaczącą nad swoim psem.

Wstała i na skróty pobiegła do domu niosąc Toma na rękach. Stojąc w przedpokoju ciągle trzymała na rękach trzęsącego się brata.

— Kto to był w takim razie?

— Marcin, Robert, Kamil, A trzech to nie znam.

— Przestań, bo niedobrze mi się robi. To przecież chłopcy z dobrego domu. Mogłabyś inną historię wymyślić.

— Nie. Nie kłamię. Nie zrobiłam tego specjalnie. To ci chłopcy.

Położyła Toma na ziemi. Pies zataczając się wszedł do pokoju Al i schował się pod łóżkiem.

— Pewnie ich zaczepiałaś, albo prowokowałaś! Znów ich poszczułaś psem?

— Nigdy nikogo nie szczułam Tomem.

— Tak, jak nigdy nie kłamiesz!

— Nie kłamię!

— Patrz mi się prosto w oczy!

Podniosła spuszczony wzrok i wykonała polecenie w oczy. Niespodziewanie cały gniew matki przerodził się w troskę. Złapała jej głowę w obie ręce i spojrzała głęboko w oczy.

— Ty masz fioletowe oczy.

— Nieee. Niebieskie — rzekła zbita z tropu.

— Fioletowe. I jesteś rozgrzana. Masz czerwone policzki i szybkie tętno. Masz gorączkę? Ty jesteś chora!

Rozebrała szybko córkę i nakazała położyć się w łóżku.

Sama zaś poszła do pokoju i otworzyła laptopa. Wpisała symptomy do wyszukiwarki. Szybko znalazła to, czego szukała. Filetowe oczy. Oprócz paru sugestywnych fotografii ludzi z fioletowymi oczami wyświetliły się linki do choroby zwanej Alexandria Genesis:


„Ludzie urodzeni z Alexandria’s Genesis najpierw mają niebieską lub szarą barwę oczu. Po sześciu miesiącach ich oczy zaczynają się zmieniać z oryginalnego koloru na fiolet. Proces ten trwa do sześciu miesięcy. Podczas dojrzewania kolor może się pogłębić do ciemnego, głębokiego lub niebiesko-fioletowego koloru. Potem pozostaje niezmienny przez parę lat do śmierci. Ta mutacja nie dotyka zmysłu wzroku. Niszczy jednak mózg degenerując istotę szarą. Osobom z tą śmiertelną chorobą nigdy nie wyrosną żadne włosy na twarzy, ciele, ani w miejscach intymnych.”


Wstukała jeszcze: „Choroba Aleksandra” po polsku, przeleciała wzrokiem po nagłówkach i przeczytała pobieżnie informacje:


„… choroba może prowadzić w ciągu kilku miesięcy do śmierci, większość dzieci umiera w stanie wegetatywnym…”


— Niedziela. Co robić? Jechać od razu na pogotowie? — miała mętlik w głowie.

Dobro dziecka było najważniejsze. To przecież śmiertelna choroba! Zadzwoniła do zaprzyjaźnionego lekarza homeopaty. Cud, że odebrał. Krótko opowiedziała, że jej dziecko ma Chorobę Aleksandra i nie wie co robić. Powiedział, że oddzwoni, gdy zasięgnie opinii innego lekarza.

Mama patrzyła na przerażoną córkę. Sama też była przerażona. Jej dziecko umiera. Jeszcze wczoraj wszystko było dobrze, a dzisiaj umiera.

Ze złych myśli wyrwał ją telefon. Wstała i poszła do kuchni, by spokojnie porozmawiać i przy okazji zrobić sobie ziółek na uspokojenie.

Odebrała rozmowę.

— Umówiłem was na wtorek do najlepszego neurologa w mieście. Jeśli potwierdzi się to, co mówisz, to i tak trzy dni jej nie zbawi. O dziewiątej masz wizytę.

— Coś można jej podać?

— Belladonna 9CH będzie odpowiednie.

— Ale nie ma rozszerzonych źrenic.

— A miała zaczerwienione policzki?

— Tak.

— Sanguinaria canadensis 9CH pomoże, tylko dawkuj zgodnie z zasadą, w potencjach D30.

— Mam. Dziękuję.

— Oddzwoń, jak już coś będziesz wiedzieć.

— Tak. Jeszcze raz dziękuję.

— Doliczę przy następnej wizycie.

— Tak. Jeszcze raz dziękuję. Do widzenia.

Odłożyła słuchawkę.

Potrzebowała czegoś na uspokojenie. Zagotowała wodę i zalała zioła. Usiadła przy stole wpatrując się tak długo w szklankę, aż napar nabrał ciemnobrunatnego koloru. Przelała napój przez sitko. Wyciągnęła Xanax i popiła ziołami.

Wróciła do pokoju dziecka. Podała leki i przygotowała następne granulki zgodnie z zaleceniami lekarza. Siadła na łóżku i wzięła rękę córki wspierając ją swoim ciepłem.

Tom schował się pod łóżkiem, bojąc się wyjść. Wylizywał swoje rany i farbę z sierści.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.