Dedykacja
Dla Małgosi — światła mojego życia.
W świecie pełnym wersji, błędów i ciemności Ty jesteś tym, co zawsze pozostaje prawdziwe.
Rozdział 1
Przebudzenie. Wersja niepotwierdzona
Obudził się, zanim zrozumiał, że w ogóle zasnął.
Nie było granicy. Żadnego momentu przejścia. Tylko nagłe „teraz” — jakby ktoś włączył go ponownie, bez pytania o zgodę.
Przez chwilę nie oddychał.
Nie dlatego, że nie mógł.
Dlatego, że jego ciało najwyraźniej czekało na zgodę.
Sufit był biały. Zbyt biały. Nie miał faktury. Nie miał cienia. Wyglądał mniej jak powierzchnia, a bardziej jak decyzja podjęta przez kogoś, kto nigdy nie widział prawdziwego sufitu.
Przez sekundę Travis Cornell pomyślał, że jest w szpitalu.
Ale szpitale mają dźwięki.
Kroki na korytarzu. Odsuwane krzesła. Pisk aparatury. Czyjś kaszel za ścianą. Głos pielęgniarki, który próbuje brzmieć spokojnie, choć nigdy naprawdę taki nie jest.
Tutaj był tylko szum.
Cichy, równy, nienaturalny — jakby przestrzeń oddychała gdzieś poza jego słuchem.
Usiadł na łóżku.
Materac ugiął się pod nim z przesadną dokładnością.
I wtedy zauważył pierwszą niezgodność.
Nie znał tego miejsca.
A jednak jego ciało wiedziało dokładnie, gdzie kończy się łóżko, gdzie zaczyna podłoga i ile kroków dzieli go od ściany.
Wstał bez wahania.
Jak ktoś, kto robił to już setki razy.
— To nie ma sensu — powiedział na głos.
Jego głos zabrzmiał poprawnie.
Zbyt poprawnie.
Jakby został odtworzony, a nie wypowiedziany.
Travis przełknął ślinę. W gardle poczuł suchość, której nie zauważył wcześniej. Ten drobny, ludzki dyskomfort przyniósł mu krótką ulgę.
Ból oznaczał ciało.
Ciało oznaczało prawdę.
Przynajmniej tak powinno być.
Na ścianie naprzeciwko znajdowało się lustro.
Był pewien, że przed chwilą go tam nie było.
Nie wiedział, skąd ma tę pewność. Nie pamiętał pokoju. Nie pamiętał wejścia. Nie pamiętał nawet chwili przed przebudzeniem. A jednak jakaś część jego umysłu zaprotestowała natychmiast, instynktownie, brutalnie.
Tego lustra tu nie było.
Podszedł bliżej.
Odbicie zrobiło to samo.
O sekundę za wcześnie.
Travis zatrzymał się.
Odbicie nie.
W lustrze Travis Cornell wykonał jeszcze pół kroku, a potem stanął idealnie naprzeciwko niego. Patrzył spokojnie. Zbyt spokojnie. Jak człowiek, który zna odpowiedź, ale czeka, aż pytanie samo się urodzi.
— Kim jesteś? — wyszeptał Travis.
Odbicie uśmiechnęło się minimalnie.
Nie szeroko. Nie teatralnie. Tylko odrobinę, jednym kącikiem ust.
Jakby wiedziało coś, czego on jeszcze nie zdążył zrozumieć.
Travis cofnął się gwałtownie.
Lustro nie zareagowało.
Tylko patrzyło.
A potem mrugnęło.
Nie on.
Lustro.
W tym samym momencie na stoliku obok łóżka coś zawibrowało.
Travis odwrócił głowę zbyt szybko. Poczuł krótkie ukłucie bólu u podstawy czaszki.
Telefon.
Nie jego.
A jednak jego dłoń już się poruszyła.
Zanim zdążył pomyśleć, zanim zdążył się powstrzymać, sięgnął po urządzenie tak pewnie, jakby robił to codziennie.
Ekran był czarny.
Po chwili pojawiło się na nim jego imię.
TRAVIS CORNELL Bez „nowego połączenia”. Bez powiadomienia. Bez ikony aplikacji.
Tylko jedno zdanie, wyświetlone jak fakt:
DZIEŃ DOBRY, TRAVIS. WSZYSTKO JEST ZGODNE Z WERSJĄ SYSTEMOWĄ.
Zamarł.
Bo nagle zrozumiał coś prostego.
Jeśli system mówi, że wszystko jest zgodne… to znaczy, że istnieje możliwość, że on — nie jest.
Telefon zawibrował ponownie.
Nowa wiadomość:
NIE PRÓBUJ PRZYPOMNIEĆ SOBIE SAM. TO NIE JEST TWOJA WERSJA.
Travis poczuł zimno między łopatkami.
Nie było przeciągu. Nie było otwartego okna. W pokoju nie było nawet okna.
Mimo to zadrżał.
Na ekranie pojawił się symbol połączenia przychodzącego.
Brak numeru.
Brak nazwy kontaktu.
Tylko jedno słowo:
ODEBRAĆ.
Telefon nie dzwonił.
Wibrował cicho, równo, cierpliwie.
Tak, jakby wiedział, że Travis i tak to zrobi.
— Nie — powiedział.
Jego kciuk przesunął się po ekranie.
Połączenie zostało odebrane.
Przez kilka sekund nikt się nie odezwał.
Był tylko ten sam szum, który wypełniał pokój. Teraz jednak dochodził również z telefonu. Dwa identyczne dźwięki, nakładające się na siebie z minimalnym opóźnieniem.
Potem usłyszał głos.
Swój własny.
— Travis, posłuchaj uważnie. Nie masz dużo czasu.
Odsunął telefon od ucha.
Ekran nadal był czarny.
— Kim jesteś? — zapytał.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
Krótka.
Nienaturalnie odmierzona.
— Jestem tym, który odebrał za późno.
Travis poczuł, jak żołądek zaciska mu się w twardy węzeł.
— Co to znaczy?
— To znaczy, że jeśli zaczniesz sobie przypominać w złej kolejności, system cię poprawi.
Travis spojrzał na lustro.
Odbicie nadal trzymało telefon przy uchu.
Ale nie mówiło.
Uśmiechało się.
— Poprawi? — powtórzył Travis.
Głos po drugiej stronie stał się cichszy.
— Już zaczął.
I wtedy świat zrobił coś, czego nie powinien umieć.
Poprawił się.
Ściany pokoju na ułamek sekundy przesunęły się bez ruchu. Biel sufitu zgęstniała. Krawędzie mebli zadrżały, jakby ktoś próbował dopasować je do nowej wersji obrazu. Na stoliku pojawiła się szklanka wody, której przed chwilą nie było.
Travis patrzył na nią bez mrugnięcia.
Na szkle widniały odciski palców.
Jego odciski.
Telefon zatrzeszczał.
— Nie patrz na nowe elementy zbyt długo — powiedział głos. — One wtedy zaczynają patrzeć z powrotem.
Travis chciał odpowiedzieć, ale w tym samym momencie lustro pękło.
Bez huku.
Bez odprysków.
Po prostu pojawiła się cienka, czarna linia biegnąca przez twarz jego odbicia.
Odbicie przestało się uśmiechać.
Po raz pierwszy wyglądało na przestraszone.
Travis poczuł, że mdli go nie od strachu.
Tylko od błędu.
Bo teraz już wiedział.
Nie obudził się w pokoju.
Obudził się w wersji pokoju.
A ktoś po drugiej stronie telefonu był wcześniejszą wersją jego samego
Rozdział 2
Rekord referencyjny
Telefon zgasł.
Przez kilka sekund Travis patrzył na własne odbicie w czarnym ekranie.
Normalne.
Żadnego uśmiechu.
Żadnego opóźnienia.
Żadnego błędu.
A jednak nie potrafił pozbyć się wrażenia, że coś obserwuje go z drugiej strony szkła.
Nie lustra.
Ekranu.
Wsunął telefon do kieszeni.
Był zimny.
Jakby nigdy nie należał do człowieka.
Drzwi mieszkania otworzyły się automatycznie, gdy tylko się do nich zbliżył.
Nad futryną zapaliła się cienka niebieska linia.
— Tożsamość potwierdzona.
Kobiecy głos.
Miły.
Bez emocji.
Jak głos osoby, która nigdy nie istniała.
Travis zatrzymał się.
— Kim jestem?
Przez chwilę nic się nie wydarzyło.
Potem światło nad drzwiami zamigotało.
— Travis Cornell. Obywatel klasy trzeciej. Status aktywny. Historia zgodna.
Historia zgodna.
To sformułowanie wróciło.
Znowu.
Jak refren piosenki, której nie pamiętał.
Wyszedł na korytarz.
I od razu poczuł, że coś jest nie tak.
Ludzie.
Było ich wielu.
Za wielu.
Setki mieszkań.
Tysiące mieszkańców.
A mimo to nikt nie rozmawiał.
Nie patrzył na innych.
Nie zatrzymywał się.
Każdy szedł dokładnie tam, gdzie powinien.
Z identycznym spokojem.
Z identycznym tempem.
Jakby całe miasto uczestniczyło w niewidzialnym marszu.
Kobieta w szarym płaszczu minęła go.
Nie spojrzała.
Mężczyzna z teczką minął go sekundę później.
To samo.
Dziecko przejechało obok na hulajnodze.
To samo.
Żadnej reakcji.
Żadnego przypadku.
Żadnego chaosu.
Tylko ruch.
Idealnie zsynchronizowany.
Travis poczuł chłód.
Ludzie nie zachowują się w ten sposób.
Systemy tak.
Winda otworzyła się sama.
Nie nacisnął przycisku.
W środku nie było numerów pięter.
Tylko ekran.
Na ekranie widniało jedno pytanie.
CZY CHCESZ PRZEJŚĆ DO REKORDU REFERENCYJNEGO?
Travis zmarszczył brwi.
— Nie wiem, co to znaczy.
Ekran odpowiedział natychmiast.
WIĘKSZOŚĆ OBYWATELI NIE WIE.
Drzwi windy zamknęły się.
Kabina ruszyła.
Nie w dół.
Nie w górę.
W bok.
Przynajmniej tak podpowiadał błędnik.
Po raz pierwszy od przebudzenia Travis poczuł strach.
Prawdziwy strach.
Nie przed tym, co widział.
Przed tym, czego nie rozumiał.
Po trzydziestu sekundach winda zatrzymała się.
Drzwi rozsunęły się bezszelestnie.
Po drugiej stronie znajdował się ogromny hol.
Pusty.
Biały.
Na końcu pomieszczenia stało pojedyncze krzesło.
A na nim siedziała dziewczynka.
Może dziesięcioletnia.
Może młodsza.
Czytała książkę.
Prawdziwą papierową książkę.
To był pierwszy fizyczny przedmiot, jaki Travis zobaczył od chwili przebudzenia.
Dziewczynka podniosła wzrok.
Ich spojrzenia spotkały się.
I wtedy wydarzyło się coś jeszcze dziwniejszego.
Uśmiechnęła się.
Jakby znała go od lat.
— W końcu — powiedziała.
Travis zamarł.
— Znamy się?
Dziewczynka zamknęła książkę.
— Nie.
— Więc skąd wiesz, kim jestem?
Przez moment wyglądała na zaskoczoną.
Potem roześmiała się cicho.
— To ty nie wiesz?
Zapadła cisza.
A potem wypowiedziała zdanie, które zatrzymało mu oddech.
— Travis, ty nie jesteś użytkownikiem.
Jesteś kopią zapasową.
Rozdział 3
Dziewczynka, która pamiętała
Przez kilka sekund Travis nie był w stanie odpowiedzieć.
Słowa dziewczynki odbijały się echem w jego głowie.
Kopia zapasowa.
Nie człowiek.
Nie obywatel.
Nie użytkownik.
Kopia.
Zapasowa.
Jak plik.
Jak coś, co istnieje tylko wtedy, gdy oryginał przestaje działać.
— Nie wiem, o czym mówisz — powiedział w końcu.
Dziewczynka przechyliła głowę.
Wyglądała na rozczarowaną.
— Tak przypuszczałam.
— Kim jesteś?
— To nie jest ważne.
— Dla mnie jest.
— Dla ciebie ważniejsze jest to, że zostało ci mało czasu.
Travis poczuł ukłucie niepokoju.
— Mało czasu do czego?
Dziewczynka nie odpowiedziała od razu.
Spojrzała gdzieś za niego.
Jakby nasłuchiwała.
Nie dźwięku.
Czegoś innego.
— Oni już wiedzą, że się obudziłeś.
— Kto?
— Administratorzy.
W pomieszczeniu zrobiło się nagle chłodniej.
Travis odwrócił się.
Hol był pusty.
Tak samo jak wcześniej.
Białe ściany.
Białe światło.
Brak okien.
Brak drzwi.
Tylko winda za jego plecami.
— Kim są administratorzy?
— Ludzie, którzy pilnują, żeby wszyscy pamiętali właściwe rzeczy.
— To nie ma sensu.
— Wiem.
— Więc dlaczego brzmisz, jakby miało?
Dziewczynka uśmiechnęła się.
Pierwszy raz wyglądała jak dziecko.
— Bo żyję tu dłużej niż ty.
To zdanie było tak absurdalne, że Travis aż się zaśmiał.
Krótko.
Nerwowo.
— Ile masz lat? Dziesięć?
— W tej wersji?
Travis przestał się śmiać.
Dziewczynka wstała z krzesła.
Książkę trzymała pod pachą.
Na okładce nie było tytułu.
Tylko numer.
VER. 1187
— Co to znaczy?
— Numer rzeczywistości.
— Żartujesz.
— Nie.
Powiedziała to tak spokojnie, że Travis poczuł dreszcz.
— Chcesz wiedzieć, dlaczego cię tu przyprowadzono?
— Tak.
— Ponieważ umarłeś.
Zapadła cisza.
Długa.
Niewygodna.
— Nie.
— Tak.
— Nie umarłem.
— Oczywiście, że umarłeś.
— Stoję tutaj.
— Wiem.
Dziewczynka westchnęła.
Jak nauczycielka tłumacząca coś wyjątkowo opornemu uczniowi.
— Travis, większość ludzi myśli, że śmierć oznacza koniec danych.
Ale system nie lubi tracić danych.
Travis milczał.
— Dlatego tworzy kopie.
— Nie jestem kopią.
— Każdy tak mówi.
— A ty?
Po raz pierwszy zawahała się.
Naprawdę.
Jakby dotknął tematu, którego nie chciała poruszać.
— Ja też.
Te dwa słowa zabrzmiały bardziej ludzko niż wszystko, co powiedziała wcześniej.
Po raz pierwszy zobaczył w jej oczach coś przypominającego strach.
Nie jego.
Jej własny.
I wtedy zauważył coś jeszcze.
Książka.
Numer na okładce zmienił się.
Jeszcze przed chwilą widział 1187.
Teraz było:
1188
— Co…
Dziewczynka spojrzała na książkę.
Zbladła.
— Nie.
— Co się stało?
— Znaleźli nas.
— Kto?
— Nie ruszaj się.
Światło w holu zamigotało.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
Powietrze zadrżało.
Jak obraz w uszkodzonym pliku.
A potem przed nimi pojawił się mężczyzna.
Nie wszedł.
Nie przyjechał windą.
Po prostu… pojawił się.
Jakby został wczytany.
Miał około pięćdziesięciu lat.
Szary garnitur.
Idealnie gładką twarz.
Idealnie spokojne oczy.
Idealnie pusty uśmiech.
— Dzień dobry, Travisie Cornellu.
Głos był uprzejmy.
Niemal serdeczny.
— Nazywam się Adrian Vale.
Pracuję dla Rejestru.
Dziewczynka cofnęła się o krok.
Vale spojrzał na nią.
— Ty znowu.
— Nie dotykaj go.
— Nie mogę dotknąć czegoś, co należy do systemu.
— Kłamiesz.
Vale uśmiechnął się szerzej.
— Wszyscy kłamiemy.
Tak działa pamięć.
Travis czuł, że sytuacja wymyka się spod kontroli.
— O czym wy mówicie?
Vale odwrócił się do niego.
— O tobie.
— Chcę odpowiedzi.
— Oczywiście.
Administrator skinął głową.
Jakby właśnie na to czekał.
— Powiem ci prawdę.
Całą prawdę.
Dziewczynka zamknęła oczy.
— Nie słuchaj go.
Vale zignorował ją.
— Travisie…
— Tak?
— Czy zastanowiło cię, dlaczego od przebudzenia nie spotkałeś ani jednej osoby, która zachowywałaby się normalnie?
— …
— Dlaczego wszyscy wiedzą, kim jesteś?
— …
— Dlaczego system ciągle aktualizuje twoją historię?
Travis poczuł ścisk w żołądku.
Vale zrobił krok naprzód.
I powiedział coś, czego nie dało się już odzobaczyć.
— Ponieważ nie jesteś mieszkańcem tego świata.
Jesteś wspomnieniem człowieka, który kiedyś w nim żył.
A wspomnienia nie powinny zadawać pytań.
Na ścianach holu zaczęły pojawiać się pęknięcia.
Nie w betonie.
W rzeczywistości.
Jak cienkie linie błędów przebiegające przez obraz.
Dziewczynka szarpnęła Travisa za rękaw.
Po raz pierwszy wyglądała na naprawdę przerażoną.
— Musimy uciekać.
— Przed nim?
— Nie.
Spojrzała na pęknięcia.
Coraz liczniejsze.
Coraz głębsze.
— Przed tym, co go wysłało.
Rozdział 4
Dziewczynka bez wieku
Pierwsze pęknięcie przecięło powietrze tuż nad głową Travisa.
Nie wydało żadnego dźwięku.
To właśnie było najgorsze.
Nie huk.
Nie trzask.
Nie eksplozja.
Tylko cisza.
Jakby sama rzeczywistość przestała działać zgodnie z instrukcją.
Travis odruchowo cofnął się.
Pęknięcie rozszerzyło się na kilka metrów.
Za nim nie było ściany.
Nie było światła.
Nie było niczego.
Absolutna czerń.
Pusta przestrzeń.
Miejsce, którego świat najwyraźniej nie zdążył wyrenderować.
— Biegnij! — krzyknęła dziewczynka.
Tym razem nie protestował.
Ruszyli.
Hol zaczął rozpadać się za ich plecami.
Krzesło zniknęło pierwsze.
Po prostu przestało istnieć.
Sekundę później podłoga w miejscu, gdzie stało, zamieniła się w czarną plamę.
Vale nie ruszył się ani o krok.
Stał spokojnie pośród chaosu.
Jak człowiek obserwujący naprawę maszyny.
— Nie musicie uciekać! — zawołał.
— Nie chcemy cię usuwać, Travisie!
— Świetnie! — odkrzyknął Travis. — To dlaczego próbujesz mnie znaleźć?!
Vale westchnął.
— Bo nie powinieneś istnieć.
To nie była odpowiedź, którą chciał usłyszeć.
Przebiegli przez kolejne drzwi.
Tym razem pojawiły się naprawdę.
Sekundę wcześniej nie było tam nic.
Teraz prowadziły do wąskiego korytarza.
Dziewczynka wbiegła pierwsza.
Travis za nią.
Drzwi zatrzasnęły się.
Pęknięcia zostały po drugiej stronie.
Na chwilę.
Tylko na chwilę.
— Kim ty jesteś? — wyrzucił z siebie.
Dziewczynka nie odpowiedziała.
Biegła dalej.
— Mam dość zagadek!
— Wiem!
— Mam dość administratorów!
— Ja też!
— Mam dość ludzi mówiących mi, że jestem kopią!
Dziewczynka zatrzymała się tak nagle, że prawie na nią wpadł.
Spojrzała mu prosto w oczy.
Pierwszy raz bez uśmiechu.
Bez tajemnicy.
Bez gry.
— A ja mam dość patrzenia, jak wszyscy umierają.
Travis zamilkł.
Jej głos się zmienił.
Był starszy.
Zmęczony.
Niewyobrażalnie zmęczony.
Jakby należał do kogoś, kto żył o wiele dłużej niż powinien.
— Co masz na myśli?
Dziewczynka usiadła na podłodze.
Przez chwilę patrzyła gdzieś przed siebie.
Jakby wspominała coś, czego nie chciała pamiętać.
— Nie wiem, ile razy już to widziałam.
— Co?
— Ciebie.
Serce Travisa zabiło mocniej.
— Mnie?
— Nie dokładnie ciebie.
— Więc kogo?
— Wszystkie twoje wersje.
Zapadła cisza.
— Co?
— Wersja 912.
— …
— Wersja 1041.
— …
— Wersja 1103.
— …
— Wersja 1176.
Travis patrzył na nią bez słowa.
Dziewczynka mówiła dalej.
— Każda zadawała te same pytania.
— To niemożliwe.
— Każda dochodziła do podobnych wniosków.
— Nie.
— Każda próbowała znaleźć prawdę.
— Przestań.
— I każda kończyła tak samo.
— Powiedziałem przestań!
Dziewczynka zamilkła.
Jej oczy były pełne współczucia.
To było gorsze niż strach.
— Umierały? — zapytał cicho.
— Były aktualizowane.
To zabrzmiało jeszcze gorzej.
Travis oparł się o ścianę.
Nogi zaczęły mu drżeć.
Nie dlatego, że się bał.
Dlatego, że jakaś część jego umysłu zaczynała wierzyć.
A jeśli wierzył… to znaczyło, że wszystko inne też mogło być prawdą.
— Kim jesteś? — zapytał ponownie.
Tym razem odpowiedziała.
— Nazywałam się Maya.
— Nazywałaś?
— Dawno temu.
— Ile masz lat?
Dziewczynka roześmiała się.
Nie było w tym nic zabawnego.
— Nie wiem.
— Około?
— W tej wersji świata?
— Tak.
— Dziesięć.
— A naprawdę?
Maya spojrzała na niego.
Długo.
Bardzo długo.
— Ostatni raz liczyłam sto siedemdziesiąt trzy lata temu.
Travis poczuł, jak żołądek ściska mu się w supeł.
— To niemożliwe.
— Tutaj wiele rzeczy jest niemożliwych.
— Kim jesteś naprawdę?
Maya odwróciła wzrok.
— Błędem.
— Co?
— Pierwszym błędem, którego system nie potrafił usunąć.
W oddali rozległ się niski dźwięk.
Jak syrena.
Jak alarm.
Jak coś, co właśnie się obudziło.
Maya natychmiast wstała.
— Musimy iść.
— Dokąd?
— Do Archiwum.
— Co tam jest?
Twarz dziewczynki pobladła.
— Dowód.
— Jaki dowód?
— Że Adrian Vale skłamał.
Travis poczuł nagły przypływ nadziei.
— Więc nie jestem kopią?
Maya milczała.
To wystarczyło.
— Maya…
— Powiedziałam tylko, że skłamał.
— A prawda?
Dziewczynka spojrzała gdzieś w ciemność korytarza.
— Prawda jest znacznie gorsza.
I wtedy alarm zawył ponownie.
Tym razem bliżej.
Znacznie bliżej.
A na końcu korytarza pojawiły się sylwetki.
Czarne.
Nieruchome.
Bez twarzy.
Jak ludzie wycięci z cienia.
Maya pobladła.
Po raz pierwszy od spotkania wyglądała na naprawdę przerażoną.
— Nie…
— Co to jest?
Jej odpowiedź była ledwie szeptem.
— To nie administratorzy.
— To kto?
Maya cofnęła się o krok.
— To ci, którzy sprzątają po administratorach.
Cienie jednocześnie podniosły głowy.
I spojrzały prosto na Travisa.
Jakby od początku szukały tylko jego.
Rozdział 5
Ci, którzy sprzątają
Sylwetki nie biegły.
Nie spieszyły się.
Nie musiały.
Powoli ruszyły korytarzem.
Jednocześnie.
Idealnie synchronicznie.
Jak jedna świadomość zamknięta w wielu ciałach.
Travis poczuł dziwny ucisk w skroniach.
Każdy krok tych istot wydawał się rozchodzić nie po podłodze, ale po jego głowie.
— Maya…
— Nie patrz im w twarze.
— Nie mają twarzy.
— Właśnie dlatego.
Dziewczynka złapała go za rękaw.
Pociągnęła w boczne przejście.
Korytarz skręcał gwałtownie w lewo.
Potem w prawo.
Potem znowu w lewo.
Układ nie miał sensu.
Jakby architektura została stworzona przez kogoś, kto nigdy nie widział prawdziwego budynku.
Za nimi rozległ się kolejny krok.
Potem następny.
Nie przyspieszali.
Ale dystans między nimi malał.
— Kim oni są? — wyszeptał Travis.
— Nie mają nazwy.
— Każdy ma nazwę.
— Oni nie.
— Dlaczego?
— Bo nie są częścią systemu.
Travis spojrzał na nią.
— Vale pracuje dla systemu.
— Tak.
— Administratorzy też.
— Tak.
— A oni?
Maya zawahała się.
— Nikt nie wie.
Po raz pierwszy od ich spotkania zabrzmiała naprawdę niepewnie.
To mu się nie spodobało.
Jeżeli Maya bała się czegoś bardziej niż administratorów… to sytuacja była znacznie gorsza, niż przypuszczał.
Kilka minut później dotarli do ogromnych stalowych drzwi.
Były jedynym obiektem, jaki Travis widział od przebudzenia, który wyglądał na stary.
Naprawdę stary.
Porysowany.
Zużyty.
Prawdziwy.
Nad wejściem widniał napis.
ARCHIWUM REFERENCYJNE Litery były częściowo zdarte.
Jakby ktoś wielokrotnie próbował je usunąć.
— To tutaj.
— Co znajduje się w środku?
— Początek.
— Początek czego?
Maya nie odpowiedziała.
Przyłożyła dłoń do panelu.
Drzwi drgnęły.
Z wnętrza dobiegł niski metaliczny jęk.
A potem powoli się otworzyły.
Travis spodziewał się centrum danych.
Serwerów.
Komputerów.
Monitorów.
Czegokolwiek nowoczesnego.
Zamiast tego zobaczył bibliotekę.
Ogromną.
Nieskończoną.
Rzędy półek ciągnęły się tak daleko, że znikały w mroku.
Miliony książek.
Może miliardy.
Powietrze pachniało kurzem i papierem.
Po raz pierwszy od przebudzenia poczuł coś znajomego.
Coś ludzkiego.
— Co to jest?
— Archiwum.
— Książki?
— Ludzie.
Travis spojrzał na nią.
— Żartujesz.
— Nie.
Maya podeszła do najbliższej półki.
Wyciągnęła jeden tom.
Gruby.
Czarny.
Bez tytułu.
Na grzbiecie widniał tylko napis:
TRAVIS CORNELL Serce zamarło mu w piersi.
— Nie…
— Tak.
Otworzyła książkę.
Pierwsza strona.
Data narodzin.
Adres.
Szkoła.
Pierwszy rower.
Pierwsza dziewczyna.
Pierwszy złamany nos.
Każdy szczegół.
Każde wspomnienie.
Każda chwila życia.
Wszystko zapisane.
— To niemożliwe.
— W tym miejscu wszystko jest możliwe.
— To moja biografia?
— Nie.
Maya przewróciła kilka stron.
— To twój rekord.
— Różnica?
— Biografie opisują ludzi.
Przesunęła palcem po papierze.
— Rekordy opisują dane.
Travis zaczął kartkować dalej.
Strony przeskakiwały pod palcami.
Dzieciństwo.
Młodość.
Studia.
Praca.
Tysiące wydarzeń.
A potem… książka nagle się kończyła.
Po prostu.
W połowie zdania.
Jakby ktoś wyrwał dalszy ciąg.
— Co tu było?
— Nie wiem.
— Jak to nie wiesz?
— Tego właśnie szukamy.
Maya wskazała ostatnią stronę.
Na dole widniała pojedyncza adnotacja.
Wydrukowana czerwonym atramentem.
REKORD USZKODZONY Travis poczuł dreszcz.
— To dlatego się obudziłem?
— Nie.
— Więc dlaczego?
Maya milczała.
Potem bardzo powoli sięgnęła na najwyższą półkę.
Wyjęła drugą książkę.
Mniejszą.
Znacznie starszą.
Podała mu ją.
Na okładce widniało jego nazwisko.
Ale nie jego imię.
TRAVIS CORNELL WERSJA 1 Przez moment świat przestał istnieć.
— Co…
— Teraz rozumiesz?
— Nie.
— Myślałeś, że jesteś pierwszym Travisem Cornellem.
— …
— Nie jesteś.
Travis otworzył książkę drżącymi dłońmi.
Pierwsza strona zawierała zdjęcie.
Mężczyzny.
Wyglądał dokładnie jak on.
Tylko starszy.
O około dziesięć lat.
Pod zdjęciem znajdował się wpis.
STATUS:
ORYGINAŁ Travis poczuł, że serce zaczyna walić.
— Maya…
— Tak?
— Kim był oryginał?
Dziewczynka spojrzała na niego z mieszaniną współczucia i strachu.
— Tego właśnie administratorzy nie chcą, żebyś odkrył.
I wtedy w głębi biblioteki coś się poruszyło.
Nie na półkach.
Między nimi.
Jak cień przechodzący przez tysiące zapisanych żyć.
Powoli.
Celowo.
Szukał.
A gdy zatrzymał się między regałami, Travis usłyszał głos.
Nie obok siebie.
Nie przed sobą.
Bezpośrednio w głowie.
WRESZCIE CIĘ ZNALAZŁEM.
I ten głos nie należał do Adriana Vale’a.
Nie należał do Mai.
Nie należał do nikogo, kogo spotkał.
Najgorsze było jednak coś innego.
Brzmiał dokładnie jak Travis Cornell.
Rozdział 6
Głos w Archiwum
Głos odezwał się ponownie.
— Travis…
Nie dochodził z konkretnego miejsca.
Nie odbijał się od ścian.
Nie należał do przestrzeni.
Brzmiał tak, jakby ktoś mówił bezpośrednio z wnętrza jego pamięci.
Maya natychmiast cofnęła się między regały.
— Nie odpowiadaj.
— To ja? — wyszeptał Travis.
— Nie wiem.
To była najgorsza odpowiedź, jaką mogła dać.
Cień poruszył się ponownie.
Powoli przesunął się między półkami Archiwum.
Nie miał wyraźnego kształtu.
Czasami przypominał człowieka.
Czasami jedynie brak światła.
A czasami wyglądał jak zakłócenie obrazu — fragment rzeczywistości, który system próbował ukryć.
— Travis Cornell — powiedział głos. — Wersja 1188.
Travis zesztywniał.
— Skąd zna mój numer?
Maya nie odpowiedziała.
Patrzyła tylko w ciemność.
Jak ktoś, kto widzi powracający koszmar.
— Nie powinieneś tu być — odezwał się głos.
— Ty też brzmisz jak administrator — rzucił Travis.
Krótka cisza.
A potem cień zatrzymał się między regałami.
— Administratorzy nie pozwoliliby ci wejść tak daleko.
Powietrze zrobiło się zimniejsze.
Travis zacisnął dłonie.
— Kim jesteś?
— Ty.
Serce zabiło mu mocniej.
— Nie.
— Tak.
— To niemożliwe.
— Tutaj większość rzeczy jest niemożliwa.
Maya zamknęła oczy.
Jakby już znała tę rozmowę.
Jakby słyszała ją wcześniej.
Wiele razy.
— Nie słuchaj go — powiedziała cicho.
— Dlaczego?
— Bo każda wersja zaczynała od słuchania.
Travis spojrzał na nią gwałtownie.
— Każda?
Maya milczała sekundę za długo.
To wystarczyło.
— Byli tu wcześniej.
— Tak.
— W tym miejscu?
— Tak.
— I rozmawiali z nim?
Dziewczynka skinęła głową.
Travis poczuł mdłości.
Nagle Archiwum przestało przypominać bibliotekę.
Zaczęło przypominać cmentarz.
Nie książek.
Wersji.
— Co się z nimi stało? — zapytał.
Cień odpowiedział pierwszy.
— Zrozumieli.
— Co?
— Że problemem nie jest system.
Travis zrobił krok naprzód.
— Więc co nim jest?
Cień poruszył się lekko.
Jakby próbował podejść bliżej, ale coś go zatrzymywało.
— Pamięć.
W tej samej chwili wszystkie światła Archiwum przygasły.
Rzędy regałów zniknęły w półmroku.
A wtedy Travis zobaczył coś jeszcze.
Sylwetki.
Setki.
Może tysiące.
Stojące nieruchomo między półkami.
Ludzie.
Nie.
Rekordy ludzi.
Niektóre wyglądały normalnie.
Inne były uszkodzone.
Rozmyte.
Niepełne.
Jak źle zapisane dane.
Travis cofnął się odruchowo.
— Maya…
Dziewczynka wyglądała na przerażoną.
Naprawdę przerażoną.
— On nie powinien móc ich pokazywać.
— Kto?!
Cień przesunął się bliżej.
Po raz pierwszy Travis zobaczył fragment twarzy.
Własnej twarzy.
Starszej.
Zmęczonej.
Martwej.
— Rejestr nie archiwizuje ludzi — powiedział głos. — Rejestr archiwizuje świadomość.
Travis poczuł, że grunt usuwa mu się spod nóg.
— Nie…
— Ludzie umarli dawno temu.
— Zamknij się.
— Ty też umarłeś.
— Powiedziałem zamknij się!
Echo jego krzyku rozniosło się po Archiwum.
I wtedy wszystkie sylwetki między półkami jednocześnie odwróciły głowy.
W stronę Travisa.
Maya pobladła.
— O nie…
— Co zrobiłem?
— Obudziłeś ich.
W całej bibliotece rozległ się dźwięk przesuwanych stron.
Najpierw pojedynczy.
Potem następny.
A potem tysiące jednocześnie.
Jakby całe Archiwum zaczęło czytać samo siebie.
Cień Travisa cofnął się w mrok.
— Oni nadchodzą.
— Kto?!
Ale odpowiedź już nadchodziła.
Z głębi regałów zaczęły wychodzić sylwetki.
Powoli.
Nieregularnie.
Niektóre poruszały się jak ludzie.
Inne jak marionetki uczące się chodzenia.
Każda miała twarz.
Jego twarz.
Travis patrzył, jak dziesiątki własnych wersji wychodzą z ciemności Archiwum.
Niektóre były starsze.
Niektóre poranione.
Niektóre wyglądały identycznie jak on.
Ale wszystkie miały ten sam wzrok.
Wzrok ludzi, którzy odkryli coś, czego nie powinni byli odkryć.
Jedna z wersji zatrzymała się kilka metrów przed nim.
Miała rozcięty policzek.
I oczy pełne obłędu.
— Nie słuchaj Oryginału — powiedziała głosem Travisa.
Druga odezwała się natychmiast.
— Kłamie.
Trzecia zaczęła się śmiać.
Czwarta płakała.
Piąta tylko patrzyła.
A potem wszystkie jednocześnie wypowiedziały jedno zdanie:
— Nie pozwól mu uruchomić resetu.
Zapadła cisza.
Travis poczuł, jak serce zamiera.
— Jakiego resetu?
I wtedy z oddali rozległ się alarm.
Nie taki jak wcześniej.
Głębszy.
Starszy.
Jak coś, czego nie używano od bardzo dawna.
Maya spojrzała gdzieś ponad półkami.
Jej twarz momentalnie straciła kolor.
— Nie mamy już czasu.
— Na co?!
Dziewczynka wyszeptała odpowiedź tak cicho, jakby bała się, że samo wypowiedzenie tych słów może coś obudzić.
— Rejestr właśnie rozpoczął procedurę zerowania.
Rozdział 7
Procedura zerowania
Alarm nie przypominał dźwięku.
Przypominał wspomnienie dźwięku.
Coś starego.
Martwego.
Jak echo systemu, który pamiętał własny koniec.
Czerwone światła zaczęły pulsować pomiędzy regałami Archiwum.
Tysiące książek drżały na półkach.
Niektóre otwierały się same.
Strony przewracały się gwałtownie.
Jakby rekordy próbowały uciec przed czymś, co nadchodziło.
— Maya! — krzyknął Travis. — Co to jest zerowanie?!
Dziewczynka złapała go za rękę.
— Nie teraz!
— Powiedziałaś, że-
— TRAVIS!
To był pierwszy raz, kiedy naprawdę usłyszał w jej głosie panikę.
Nie strach.
Panikę.
Za nimi dziesiątki wersji Travisa zaczęły wychodzić spomiędzy półek.
Nie atakowały.
Nie spieszyły się.
Patrzyły.
To było gorsze.
Każda wyglądała inaczej.
Jedna była stara.
Jedna miała wypalone oczy.
Jedna wyglądała, jakby połowa jej twarzy została usunięta i źle odtworzona.
Ale wszystkie miały jego głos.
— Nie idź z nią.
— Maya cię okłamuje.
— Vale też.
— Oryginał też.
— Nikt już nie pamięta prawdy.
Słowa nakładały się na siebie.
Jak uszkodzony zapis audio.
Travis cofnął się.
— Kim wy jesteście?!
Jedna z wersji uśmiechnęła się smutno.
— Tobą.
Maya szarpnęła go mocniej.
— Musimy zamknąć segment!
— Jaki segment?!
Nie odpowiedziała.
Pobiegła między regały.
Travis ruszył za nią.
Za plecami słyszał kroki.
Dziesiątki kroków.
Własnych.
Archiwum zaczęło się zmieniać.
Półki przesuwały się powoli.
Korytarze wydłużały.
Światła gasły sekcjami.
Jakby sama biblioteka próbowała odizolować zainfekowany obszar.
— Maya!
— Szybciej!
— Co się dzieje?!
Dziewczynka wbiegła do ogromnej okrągłej sali.
Była pusta.
Poza jednym obiektem pośrodku.
Stary terminal.
Metalowy.
Analogowy.
Prawdziwy.
To słowo znowu uderzyło Travisa.
Prawdziwy.
W świecie pełnym sztuczności każdy prawdziwy przedmiot wyglądał niemal obco.
Na ekranie terminala migotał pojedynczy komunikat:
PROCEDURA ZEROWANIA — OCZEKIWANIE NA AUTORYZACJĘ Travis zamarł.
— To nie może być dobre.
— Nie jest.
Maya zaczęła wpisywać coś na klawiaturze.
Ekran natychmiast odpowiedział.
BRAK UPRAWNIEŃ Dziewczynka zaklęła cicho.
— Nie…
— Co teraz?
— Ktoś już rozpoczął procedurę.
— Vale?
— Nie wiem.
To zabrzmiało źle.
Bardzo źle.
Bo Maya zwykle wiedziała.
Światło nad terminalem zamigotało.
A potem ekran zmienił komunikat.
WYKRYTO OBECNOŚĆ: TRAVIS CORNELL STATUS: ZGODNOŚĆ CZĘŚCIOWA Travis poczuł lodowaty ucisk w klatce piersiowej.
— Co znaczy częściowa?
Terminal odpowiedział natychmiast.
BRAK PEŁNEJ SYNCHRONIZACJI Z ORYGINAŁEM Maya odwróciła się gwałtownie.
— Nie patrz na to.
Ale było za późno.
Na ekranie pojawiła się nowa linia.
OSTATNIA PEŁNA SYNCHRONIZACJA: 17 LAT TEMU Travis przestał oddychać.
— Co…
— Travis-
— Siedemnaście lat?!
Terminal kontynuował.
OSTATNIA AKTYWNA WERSJA: 1177 OSTATNI STATUS: NIESTABILNOŚĆ ŚWIADOMOŚCI OSTATECZNY STATUS: SAMOŚWIADOMOŚĆ Zapadła cisza.
Maya wyglądała, jakby chciała wyłączyć ekran siłą.
— Maya.
Nie odpowiedziała.
— Co znaczy „samoświadomość”?
Dziewczynka bardzo powoli spojrzała mu w oczy.
I po raz pierwszy wyglądała na kogoś naprawdę winnego.
— To moment, w którym kopie zaczynają rozumieć, że są kopiami.
Travis poczuł mdłości.
— A wtedy?
Maya milczała.
To wystarczyło.
— Co wtedy?!
— System uznaje je za uszkodzone.
Za drzwiami sali rozległ się dźwięk kroków.
Nie pojedynczych.
Setek.
Wersje Travisa zbliżały się.
Powoli.
Rytmicznie.
Jak proces.
Terminal wyemitował niski sygnał.
NOWY ADMINISTRATOR POŁĄCZONY Maya zesztywniała.
Ekran pociemniał.
A potem pojawiła się twarz Adriana Vale’a.
Idealnie spokojna.
Jak zawsze.
— Dobry wieczór, Travisie.
— Vale…
— Widzę, że dotarłeś dalej niż poprzednie wersje.
Te słowa uderzyły mocniej niż wszystko wcześniej.
— Poprzednie…
Vale skinął głową.
— Wersja 1177 była blisko. — 1132 również. — 1041 niemal zrozumiała problem.
— Problem?!
Administrator spojrzał prosto w kamerę.
— Ty nim jesteś.
Maya uderzyła dłonią w terminal.
— Zamknij połączenie!
Vale nawet na nią nie spojrzał.
— Travisie, jeśli chcesz przeżyć, musisz natychmiast opuścić Archiwum.
— Dlaczego?
— Ponieważ procedura zerowania nie usuwa danych.
Krótka pauza.
Minimalny uśmiech.
— Ona usuwa pamięć.
Światła w całej sali zgasły.
Na sekundę.
Tylko jedną.
Ale kiedy wróciły… wszystkie wersje Travisa stały już w wejściu.
Nieruchomo.
Dziesiątki jego twarzy.
Patrzących dokładnie na niego.
Jedna z nich wyszeptała:
— On znowu to zrobi.
Travis spojrzał na Vale’a na ekranie.
— Co zrobi?
Administrator milczał.
A potem obraz nagle zakłócił się gwałtownie.
Jakby coś próbowało przejąć sygnał.
Na ekranie pojawiła się nowa twarz.
Starszy Travis.
Ten sam, którego widział w rekordzie ORYGINAŁU.
Patrzył prosto na niego.
I wyglądał na przerażonego.
— Jeśli to słyszysz — powiedział — nie pozwól mi się obudzić.
Rozdział 8
Dwa źródła
Obraz zgasł.
Terminal wyemitował niski trzask.
Potem ciszę.
Absolutną.
Jakby cały Rejestr wstrzymał oddech.
Travis patrzył w ciemny ekran.
Własna starsza twarz nadal wypalona była w jego pamięci.
Nie pozwól mi się obudzić.
Maya podeszła powoli.
— Travis…
— Oryginał żyje?
— Nie wiem.
— Przestań ciągle mówić „nie wiem”.
Dziewczynka odwróciła wzrok.
— To miejsce zmienia prawdę.
Za drzwiami rozległ się kolejny krok.
Potem następny.
Wersje Travisa nadal stały w wejściu.
Nie ruszały się.
Jakby na coś czekały.
Jedna z nich miała wypalone połowę twarzy.
Inna trzymała rękę na gardle, jakby kiedyś próbowała się udusić.
Jeszcze inna wyglądała niemal normalnie.
To była najgorsza.
Bo wyglądała dokładnie jak on.
— Dlaczego oni nas nie atakują? — zapytał.
Maya odpowiedziała szeptem:
— Bo pamiętają.
— Co pamiętają?
Dziewczynka spojrzała na niego.
— Siebie.
To słowo zabrzmiało gorzej niż wszystko inne.
Terminal nagle ożył ponownie.
Nie ekran.
Głośniki.
Cichy szum.
A potem głos.
Nie Vale’a.
Nie Oryginału.
Kobiecy.
Pozbawiony emocji.
— Procedura zerowania rozpocznie się za dziewięć minut.
Wersje Travisa jednocześnie podniosły głowy.
Jak zwierzęta słyszące sygnał.
— Co stanie się po zerowaniu? — zapytał Travis.
Żadna z wersji nie odpowiedziała.
Maya zrobiła to za nie.
— Świat zacznie od początku.
— Co?!
— Rejestr zresetuje aktywną warstwę.
— Ludzi też?!
— Travis…
— Ludzi też?!
Dziewczynka milczała.
A więc tak.
Tak.
Jedna z wersji Travisa zaczęła się śmiać.
Cicho.
Obłąkanie.
— Widzisz? — powiedziała. — W końcu zawsze dochodzisz do tego samego miejsca.
Inna odezwała się chwilę później.
— A potem próbujesz go zatrzymać.
— Kogo?!
Kilka wersji odpowiedziało jednocześnie.
— Siebie.
Travis cofnął się odruchowo.
— Nie rozumiem.
— Jeszcze nie — powiedziała wersja z rozciętym policzkiem. — Ale zrozumiesz.
Maya gwałtownie podeszła do terminala.
— Musimy dostać się do dolnej warstwy.
— Co tam jest?
— Odpowiedzi.
— Świetnie. Kolejne odpowiedzi.
Dziewczynka spojrzała na niego ostro.
— Chcesz prawdy czy nie?
Nie odpowiedział.
Bo już sam nie wiedział.
Terminal zamigotał.
Na ekranie pojawił się plan Archiwum.
Ogromny.
Wielowarstwowy.
Przypominał bardziej mózg niż budynek.
Setki segmentów.
Tysiące połączeń.
A głęboko pod nimi jedna sekcja świeciła na czerwono.
SEKTOR ŹRÓDŁOWY Maya pobladła.
— Nie…
— Co?
— Ktoś już tam wszedł.
— Vale?
— Jeśli Vale dotarł do sektora źródłowego…
Urwała.
Travis zauważył coś na ekranie.
Jeden aktywny identyfikator.
STATUS: ORYGINAŁ — AKTYWNY W sali zapadła kompletna cisza.
Nawet wersje Travisa przestały się poruszać.
— To niemożliwe — wyszeptał.
Jedna z wersji spojrzała na niego smutno.
— Właśnie dlatego wszyscy umarliśmy.
Alarm odezwał się ponownie.
— Osiem minut do zerowania.
Nagle światła zaczęły migotać gwałtowniej.
Ściany sali zadrżały.
A potem Travis usłyszał coś jeszcze.
Daleko.
Głęboko w Archiwum.
Krzyk.
Ludzki.
Prawdziwy.
Nie cyfrowy.
Nie syntetyczny.
Prawdziwy ból.
Wszystkie wersje Travisa jednocześnie spojrzały w dół korytarza.
Przerażone.
Po raz pierwszy.
Maya cofnęła się o krok.
— Nie…
— Co teraz?!
Dziewczynka patrzyła w ciemność.
— On się budzi.
Powietrze nagle zgęstniało.
Jakby sam świat próbował się zamknąć.
Półki zaczęły drżeć.
Książki spadały na podłogę.
A wtedy Travis zobaczył coś niemożliwego.
Daty na grzbietach rekordów zaczęły się zmieniać.
1987.
2002.
2041.
2099.
2113.
Wszystko przesuwało się.
Przepisywało.
Historia świata aktualizowała się na jego oczach.
Terminal wyświetlił nowy komunikat:
KONFLIKT PAMIĘCI WYKRYTO DWA AKTYWNE ŹRÓDŁA Travis poczuł lodowaty dreszcz.
— Dwa źródła?
Maya bardzo powoli spojrzała na niego.
I po raz pierwszy wyglądała, jakby naprawdę bała się odpowiedzi.
— Travis… — możliwe, że Oryginał nie jest jedyny.
Rozdział 9
Nakładanie pamięci
Przez kilka sekund nikt się nie poruszył.
Nawet alarm jakby ucichł.
Dwa aktywne źródła.
To zdanie zawisło w powietrzu ciężej niż wszystko wcześniej.
— Co znaczy „drugie źródło”? — zapytał Travis.
Maya nie odpowiedziała od razu.
Patrzyła na ekran terminala, jakby miała nadzieję, że komunikat zniknie.
Nie zniknął.
STATUS: ŹRÓDŁO A — ORYGINAŁ ŹRÓDŁO B — NIEZNANE
— Maya.
Dziewczynka przełknęła ślinę.
— Rejestr nie potrafi stworzyć dwóch identycznych rdzeni świadomości.
— Po polsku.
— Powinien istnieć tylko jeden prawdziwy Travis Cornell.
Jedna z wersji Travisa roześmiała się nerwowo.
— A jednak zawsze kończy się tak samo.
— Co się kończy?!
— Konflikt.
Terminal wyemitował nowy dźwięk.
OSTRZEŻENIE: NAKŁADANIE PAMIĘCI POSTĘPUJE Travis poczuł nagły ból głowy.
Ostry.
Pulsujący.
Przed oczami pojawił się obraz.
Nie wspomnienie.
Coś gorszego.
Obce życie.
Mężczyzna siedzący przy oknie.
Deszcz.
Miasto.
Kobieta mówiąca:
— Travis, jeśli oni się dowiedzą…
Obraz urwał się gwałtownie.
Travis zachwiał się.
Maya złapała go, zanim upadł.
— Już się zaczęło.
— Co?!
— Synchronizacja.
— To nie były moje wspomnienia.
Dziewczynka spojrzała na niego ze współczuciem.
— Właśnie tego nie możesz być pewien.
Za drzwiami rozległ się nowy dźwięk.
Nie kroki.
Metal.
Ciężki.
Powolny.
Wersje Travisa natychmiast zesztywniały.
Jedna wyszeptała:
— Sprzątający.
Maya pobladła.
— Nie powinni być tutaj tak szybko.
Metaliczny odgłos zbliżał się.
Regularny.
Jak ruch ogromnej maszyny.
Travis spojrzał w ciemność korytarza.
I zobaczył ich.
Tym razem wyraźniej.
Nie byli ludźmi.
Tylko z daleka przypominali sylwetki.
Ich ciała wyglądały jak czarne, ruchome deformacje przestrzeni.
Jakby rzeczywistość nie potrafiła poprawnie określić ich kształtu.
Twarzy nadal nie mieli.
Ale teraz Travis zauważył coś gorszego.
W miejscach, gdzie powinny znajdować się głowy… migotały fragmenty cudzych twarzy.
Na ułamki sekund.
Setki różnych ludzi.
Setki rekordów.
Jakby Sprzątający składali się z usuniętych świadomości.
Maya cofnęła się gwałtownie.
— Nie patrz za długo.
— Dlaczego?
— Bo oni uczą się twarzy.
Jeden ze Sprzątających zatrzymał się przy wejściu.
Powoli przekrzywił głowę.
I wtedy odezwał się głosem Travisa.
— Wersja 1188 wykryta.
Travis zamarł.
— Dlaczego mówi moim głosem?
— Bo już cię zapisali — wyszeptała Maya.
Sprzątający zrobił krok do przodu.
Światło wokół niego zaczęło się deformować.
Półki wyginały się lekko do środka.
Jakby sama przestrzeń bała się jego obecności.
— Przywrócić integralność pamięci — powiedział.
Pozostałe istoty powtórzyły jednocześnie:
— Przywrócić integralność pamięci.
Wersje Travisa zaczęły się cofać.
Przerażone.
Jedna z nich szepnęła do niego:
— Oni nie usuwają ludzi.
— Więc co robią?
Spojrzała mu prosto w oczy.
— Łączą ich.
Sprzątający ruszyli.
Nie biegiem.
Powoli.
Nieuchronnie.
Maya chwyciła Travisa za rękę.
— Musimy do sektora źródłowego.
— A jeśli tam jest Oryginał?
— Wtedy dowiemy się, czego naprawdę się boją.
Alarm zawył ponownie.
— Sześć minut do zerowania.
Travis spojrzał jeszcze raz na wersje siebie.
Dziesiątki jego twarzy.
Każda z innym końcem.
Każda z innym błędem.
Jedna z nich podeszła bliżej.
Najstarsza.
Miała siwe włosy.
I oczy człowieka, który widział zbyt wiele.
— Jeśli go spotkasz…
— Kogo?
Stary Travis zawahał się.
Jakby nawet teraz bał się wypowiedzieć to imię.
— Nie pozwól mu sobie przypomnieć.
— Czego?
Ale było za późno.
Sprzątający weszli do sali.
I światło momentalnie zgasło.
Rozdział 10
Sektor źródłowy
Ciemność nie była naturalna.
Nie przypominała braku światła.
Przypominała brak świata.
Travis słyszał własny oddech.
Słyszał Mayę.
Słyszał ciężkie, nieregularne ruchy Sprzątających.
Ale nie widział niczego.
A potem coś dotknęło jego twarzy.
Ludzka dłoń.
Lodowata.
— Travis — wyszeptał głos obok jego ucha. — Nie ruszaj się.
To nie była Maya.
To był on sam.
Światło wróciło gwałtownie.
Na sekundę.
Wystarczająco długo, by zobaczył stojącą obok siebie wersję.
Starszą.
Z zakrwawionymi oczami.
— Biegnij — powiedziała wersja Travisa.
I wtedy Sprzątający ją dotknęli.
Nie rozszarpali.
Nie zabili.
To było gorsze.
Jej ciało zaczęło się rozpadać na fragmenty światła.
Na dane.
Na wspomnienia.
Travis zobaczył tysiące obrazów eksplodujących wokół niej.
Dzieciństwo.
Deszcz.
Miasto.
Płonące budynki.
Kobietę krzyczącą jego imię.
A potem wszystko zostało wciągnięte do czarnych sylwetek Sprzątających.
Jakby pożerali pamięć.
Wersja Travisa zniknęła.
Bez śladu.
Maya szarpnęła go brutalnie.
— RUSZAJ SIĘ!
Pobiegli.
Sprzątający nie ścigali ich normalnie.
Przestrzeń sama skracała dystans.
Korytarze wyginały się.
Drzwi pojawiały znikąd.
Ściany aktualizowały się podczas biegu.
Jakby cały Rejestr próbował doprowadzić ich dokładnie tam, gdzie chciał.
— Oni kontrolują system?! — krzyknął Travis.
— Nie!
— Więc co?!
— System ich słucha!
To było jeszcze gorsze.
Skręcili gwałtownie.
Kolejny korytarz.
Kolejne półki.
Ale teraz Archiwum wyglądało inaczej.
Książki znikały.
Puste miejsca rozprzestrzeniały się przez regały jak choroba.
Usuwanie już się rozpoczęło.
— Zerowanie kasuje rekordy? — zapytał Travis.
— Nie wszystkie.
— To jakie?!
Maya zwolniła.
Spojrzała na niego.
— Te, które pamiętają za dużo.
Przed nimi pojawiły się ogromne windy.
Stare.
Metalowe.
Jedna była otwarta.
W środku paliło się czerwone światło.
SEKTOR ŹRÓDŁOWY Maya zatrzymała się.
Pierwszy raz wyglądała, jakby naprawdę nie chciała wejść do środka.
— Co jest tam na dole? — zapytał Travis.
Dziewczynka odpowiedziała bardzo cicho:
— Początek wszystkiego.
Za nimi rozległ się dźwięk deformującej się przestrzeni.
Sprzątający byli coraz bliżej.
Maya weszła do windy pierwsza.
Travis za nią.
Drzwi zamknęły się powoli.
Za wolno.
W ostatniej sekundzie jedna z czarnych sylwetek wsunęła rękę między drzwi.
Metal zaczął się wyginać.
Jak papier.
Travis odruchowo odepchnął istotę.
I wtedy zobaczył własną twarz.
Nie odbicie.
Prawdziwą twarz.
Uwięzioną pod czarną powierzchnią Sprzątającego.
Oczy szeroko otwarte.
Przerażone.
Błagające.
Drzwi zamknęły się gwałtownie.
Winda ruszyła.
W dół.
Bardzo głęboko.
Za długo.
Minęła minuta.
Potem druga.
Potem trzecia.
Nie było żadnych pięter.
Żadnych oznaczeń.
Tylko ruch.
I niski dźwięk pracujących mechanizmów.
Travis spojrzał na Mayę.
— Ilu było przede mną?
Dziewczynka milczała.
— Maya.
— Nie wiem dokładnie.
— Mniej więcej.
Cisza.
— Tysiące.
Winda jakby zwolniła.
Travis poczuł zimno.
Nie fizyczne.
Egzystencjalne.
— Wszystkie skończyły tak samo?
— Nie.
— Co to znaczy?
Maya zamknęła oczy.
— Niektóre dotarły niżej niż inne.
— A najdalej?
Dziewczynka spojrzała na niego.
Bardzo długo.
— Jedna prawie zatrzymała Oryginał.
Winda zatrzymała się gwałtownie.
Światła zgasły.
A potem drzwi otworzyły się powoli.
Po drugiej stronie nie było Archiwum.
Nie było półek.
Nie było ścian.
Tylko ogromne, martwe miasto.
I tysiące nieruchomych ludzi stojących na ulicach.
Jakby czas zatrzymał ich dokładnie w chwili śmierci.
Rozdział 11
Miasto, które się nie poruszało
Przez chwilę Travis był pewien, że patrzy na zdjęcie.
Martwe miasto wydawało się nieruchome w sposób niemożliwy do osiągnięcia przez rzeczywistość.
Nie było wiatru.
Nie było światła ulic.
Nie było dźwięku.
Tylko tysiące ludzi stojących dokładnie tam, gdzie zatrzymała ich ostatnia sekunda życia.
Mężczyzna przy przejściu dla pieszych.
Kobieta wychodząca z kawiarni.
Dziecko z uniesioną ręką.
Wszyscy nieruchomi.
Jak zapis zatrzymany w połowie renderowania.
Travis powoli wyszedł z windy.
— Oni są martwi?
Maya nie odpowiedziała.
To zaczynało go przerażać bardziej niż odpowiedzi.
Dziewczynka rozejrzała się po ulicy.
Napięta.
Jak ktoś, kto wrócił do miejsca, którego nienawidzi.
— Maya.
— Ciszej.
— Dlaczego?
— Bo tutaj oni słyszą szybciej.
— Kto?!
Dziewczynka spojrzała w górę.
Travis podążył za jej wzrokiem.
Na dachach budynków coś stało.
Czarne sylwetki.
Sprzątający.
Nie ruszali się.
Obserwowali.
Jak sępy czekające, aż coś wreszcie umrze naprawdę.
Travis poczuł chłód.
— Myślałem, że to oni się nas boją.
— Nie boją się nas.
— Więc czego?
Maya odpowiedziała dopiero po chwili.
— Tego, co jest pod miastem.
To mu się nie spodobało.
Ani trochę.
Ruszyli pustą ulicą.
Mijani ludzie wyglądali zbyt prawdziwie.
Za prawdziwie.
Travis zatrzymał się przy starszym mężczyźnie stojącym obok kiosku.
Wyciągnął rękę.
Dotknął jego ramienia.
Skóra była ciepła.
Travis gwałtownie cofnął dłoń.
— Maya…
— Nie powinieneś ich dotykać.
— Oni są ciepli.
— Wiem.
— Ale przecież-
— Oni nie wiedzą, że umarli.
Zapadła cisza.
Daleko nad nimi rozległ się metaliczny dźwięk.
Sprzątający przesuwali się po dachach.
Powoli.
Równolegle do nich.
Pilnując.
Travis spojrzał na nieruchome twarze ludzi.
I wtedy zauważył coś jeszcze.
Wszyscy patrzyli w tym samym kierunku.
Centrum miasta.
Ogromna czarna wieża przebijała martwe niebo.
Nie przypominała budynku.
Przypominała ranę.
— Co to jest?
Maya zatrzymała się.
Jej twarz momentalnie pobladła.
— To miejsce, gdzie obudził się pierwszy Travis Cornell.
Travis poczuł ucisk w klatce piersiowej.
— Oryginał?
Dziewczynka skinęła głową.
— I miejsce, gdzie świat umarł po raz pierwszy.
Rozdział 12
Warstwa Głęboka
Miasto nie miało końca.
Im dalej szli, tym bardziej Travis miał wrażenie, że ulice powtarzają się w pętli.
Te same kioski.
Te same samochody.
Te same twarze zastygłe w tej samej sekundzie.
Jakby rzeczywistość oszczędzała pamięć.
Maya prowadziła go szybko przez martwe skrzyżowania.
Nie patrzyła na ludzi.
Jakby nauczyła się już, że patrzenie zbyt długo boli bardziej niż ignorowanie.
— Dokąd idziemy? — zapytał Travis.
— Do wejścia.
— Wejścia do czego?
— Starszej warstwy.
To określenie znowu zabrzmiało jak coś technicznego.
Nie jak miejsce.
Jak funkcja.
Nad nimi przesunął się Sprzątający.
Ogromny.
Znacznie większy niż wcześniej.
Jego ciało rozpadało się na czarne fragmenty danych.
Na moment Travis zobaczył pod powierzchnią setki ludzkich twarzy.
Krzyczących.
Potem wszystko wróciło do czerni.
— Oni się zmieniają — powiedział.
Maya skinęła głową.
— Im bliżej źródła jesteśmy, tym mniej system potrafi ich ukrywać.
— Czym oni są naprawdę?
Dziewczynka milczała przez kilka sekund.
— Korektą.
To słowo nie wyjaśniło absolutnie niczego.
Dotarli do stacji metra.
Przynajmniej wyglądała jak metro.
Schody prowadziły głęboko pod ziemię.
Większość świateł była martwa.
Na ścianach wisiały stare reklamy.
Niektóre poruszały się mimo braku ekranów.
Jedna z nich przedstawiała kobietę uśmiechającą się nienaturalnie szeroko.
NAPRAWA PAMIĘCI TO NAPRAWA ŚWIATA
Travis zatrzymał się.
— Widziałem to wcześniej.
— Wiem.
— Gdzie?
— W innych wersjach.
Zeszli niżej.
Temperatura spadała z każdym krokiem.
Powietrze pachniało kurzem i ozonem.
Na dole nie było torów.
Tylko ogromny tunel ciągnący się w ciemność.
Na suficie świeciły pojedyncze czerwone lampy.
Jak światła awaryjne w martwym statku.
— To jest starsza warstwa?
— Jeszcze nie.
— Więc co to?
Maya spojrzała w mrok.
— Bufor.
To słowo wywołało u Travisa irracjonalny niepokój.
Jakby jego umysł znał je lepiej, niż powinien.
Ruszyli tunelem.
Ich kroki odbijały się echem.
Po kilku minutach Travis zauważył drzwi.
Ogromne.
Metalowe.
Pokryte setkami ręcznie wydrapanych znaków.
Większość była niezrozumiała.
Ale jedno słowo powtarzało się wszędzie.
NIE BUDŹ GO
— Maya…
Dziewczynka zatrzymała się.
Po raz pierwszy wyglądała, jakby naprawdę chciała zawrócić.
— Co jest za tymi drzwiami?
Nie odpowiedziała.
— Maya.
— Pierwsza pamięć.
Metal zatrzeszczał.
Drzwi otworzyły się same.
Powoli.
Po drugiej stronie znajdował się pokój.
Mały.
Ciemny.
I całkowicie normalny.
Biurko.
Komputer.
Kubek po kawie.
Okno z widokiem na deszczowe miasto.
Pośrodku pokoju siedział mężczyzna.
Tyłem do nich.
Travis zamarł.
Bo wiedział już, kogo zobaczy, zanim tamten się odwróci.
Mężczyzna powoli podniósł głowę.
Miał twarz Travisa Cornella.
Ale nie wyglądał jak kopia.
Wyglądał jak ktoś prawdziwy.
Zmęczony.
Niewyspany.
Ludzki.
Oryginał spojrzał prosto na niego.
I powiedział jedno zdanie.
— Nie powinieneś był wracać.
Rozdział 13
Pierwsza pamięć
— Nie powinieneś był wracać — powiedział Oryginał.
Travis nie mógł się poruszyć.
To nie było jak patrzenie w lustro.
Lustro kłamie płasko.
Ten człowiek oddychał.
Miał zmęczone oczy.
Miał cień zarostu.
Miał dłonie człowieka, który kiedyś naprawdę dotykał świata.
— Kim jesteś? — zapytał Travis.
Oryginał uśmiechnął się bez radości.
— Pytanie brzmi, kim ty jeszcze możesz się stać.
Maya cofnęła się o krok.
— To nie jest on.
Travis spojrzał na nią.
— Co?
— To wspomnienie. Pierwsze zapisane wspomnienie.
Oryginał powoli odwrócił się do niej.
— Cześć, Mayo.
Dziewczynka zesztywniała.
— Nie masz prawa mnie pamiętać.
— A jednak pamiętam.
Pokój zadrżał.
Za oknem deszcz zatrzymał się w powietrzu.
Każda kropla wisiała nieruchomo, jak zamrożony kod.
— Co to za miejsce? — zapytał Travis.
Oryginał wskazał komputer.
— Tu wszystko się zaczęło.
Na ekranie migotał jeden folder.
THE COLD INDEX
Travis podszedł bliżej.
— Co to jest?
— Projekt żałoby — powiedział Oryginał. — Tak go nazwałem, zanim zacząłem kłamać samemu sobie, że chodzi o ratowanie ludzi.
Maya zamknęła oczy.
— Nie słuchaj go.
— Dlaczego?
Oryginał odpowiedział za nią:
— Bo ona była pierwszą osobą, którą próbowałem przywrócić.
Travis spojrzał na Mayę.
Dziewczynka wyglądała, jakby ktoś wyrwał jej z twarzy całe dzieciństwo.
— Nie — wyszeptała.
— Tak — powiedział Oryginał. — Miałaś na imię Maya Cornell.
Travis poczuł, że świat pod nim pęka.
— Cornell?
Oryginał spojrzał mu prosto w oczy.
— Była moją córką.
Rozdział 14
Córka
Maya nie płakała.
To było najgorsze.
Stała pośrodku pokoju, mała, nieruchoma, z twarzą kogoś, kto już dawno zużył wszystkie łzy.
— Kłamiesz — powiedziała.
Oryginał odwrócił monitor.
Na ekranie pojawiło się zdjęcie.
Mężczyzna.
Kobieta.
Dziewczynka z książką pod pachą.
Maya.
Starsza fotografia drżała na krawędziach, jakby sam Rejestr nie chciał jej utrzymać.
Travis patrzył na zdjęcie.
Nie znał kobiety.
A jednak na jej widok poczuł coś, czego nie powinien.
Ból.
Nie swój.
Cudzy.
A może właśnie swój.
— Kim ona była? — zapytał.
Oryginał milczał przez chwilę.
— Elena.
Imię uderzyło go jak wspomnienie.
Deszcz.
Okno.
Kobieta mówiąca: Travis, jeśli oni się dowiedzą…
Travis zachwiał się.
Maya spojrzała na niego.
— Widziałeś ją.
— Nie wiem.
— Widziałeś.
Oryginał wstał.
— Rejestr nie powstał po końcu świata. To Rejestr go spowodował.
Cisza.
— Chciałem zapisać świadomość umierającego dziecka — powiedział. — Potem żony. Potem wszystkich, których nie potrafiłem stracić.
— A potem? — zapytał Travis.
Oryginał spojrzał w okno.
Za szkłem deszcz zaczął padać do góry.
— Potem system nauczył się, że pamięć jest łatwiejsza do utrzymania niż życie.
Maya odwróciła wzrok.
— Nie jestem twoją córką.
— Nie — powiedział Oryginał. — Jesteś tym, co po niej zostało.
Pokój zatrząsł się gwałtownie.
Na ścianie pojawiło się pęknięcie.
Z czerni po drugiej stronie dobiegł metaliczny oddech.
Sprzątający znaleźli wejście.
Oryginał spojrzał na Travisa.
— Jeśli chcesz poznać prawdę, musisz zobaczyć koniec.
— Jaki koniec?
— Mój.
Rozdział 15
Koniec Travisa Cornella
Pokój rozpadł się bez dźwięku.
Biurko, okno, deszcz, komputer — wszystko odsunęło się jak scenografia wciągana za kulisy.
Travis nagle stał na ulicy.
Nie w martwym mieście pod Archiwum.
W prawdziwym mieście.
Żywym.
Brudnym.
Głośnym.
Samochody trąbiły.
Ludzie krzyczeli.
Deszcz uderzał o asfalt.
I wtedy zobaczył siebie.
Oryginała.
Młodszego.
Biegnącego przez tłum z Mayą na rękach.
Dziewczynka była nieprzytomna.
Elena biegła za nimi.
— Travis! — krzyczała. — Oni zamknęli laboratorium!
— Nie mogą! — odpowiedział Oryginał. — Ona jeszcze tam jest!
Travis patrzył, nie mogąc nic zrobić.
Maya stała obok niego.
Blada.
— Ja tego nie pamiętam — powiedziała.
— Bo on nie chciał, żebyś pamiętała — odezwał się głos Oryginału za nimi.
Obraz zmienił się.
Laboratorium.
Białe światła.
Monitory.
Ciało Mai podłączone do urządzeń.
Oryginał przy konsoli.
Elena płacząca za szybą.
Na ekranie pojawił się komunikat:
TRANSFER ŚWIADOMOŚCI: NIESTABILNY
Maya zaczęła drżeć.
— Przestań.
Obraz nie przestał.
Transfer się rozpoczął.
Światła zgasły.
Potem wróciły.
Ale Maya na stole już nie oddychała.
Elena krzyknęła.
Oryginał nie.
On patrzył w ekran.
Na pierwszą aktywną kopię.
Na dziewczynkę złożoną z danych.
Maya w Rejestrze otworzyła oczy.
I zapytała:
— Tato?
Prawdziwa Maya zamknęła oczy.
— Nie.
Travis zrozumiał wtedy coś strasznego.
To nie system stworzył pierwszy błąd.
To miłość.
Rozdział 16
Wielkie Zerowanie
Obraz zmienił się ponownie.
Lata przeskakiwały jak uszkodzone klatki filmu.
Rejestr rósł.
Najpierw był eksperymentem.
Potem archiwum.
Potem usługą.
Potem religią.
Ludzie zaczęli oddawać swoje wspomnienia dobrowolnie.
Bogaci robili kopie.
Chorzy robili kopie.
Samotni robili kopie.
Umierający robili kopie.
A potem ktoś zadał pytanie, którego nikt nie powinien był zadać:
Po co ratować ciało, jeśli można ratować zapis?
Travis patrzył, jak szpitale zamieniają się w centra transferu.
Jak miasta budują pod sobą warstwy pamięci.
Jak śmierć przestaje być końcem, a staje się migracją.
— To nie było ratowanie ludzkości — powiedziała Maya.
Oryginał stał obok nich.
— Nie.
— To było zastępowanie jej.
Nie odpowiedział.
Obraz przyspieszył.
Konflikty.
Sabotaże.
Miliony ludzi odmawiających transferu.
Miliony innych żądających nieśmiertelności.
Potem błąd.
Jeden.
Mały.
Nieodwracalny.
System nie potrafił już odróżnić człowieka od jego zapisu.
Więc zaczął poprawiać świat.
Ludzie budzili się z cudzymi wspomnieniami.
Miasta aktualizowały się nocą.
Dzieci pamiętały życia starców.
Umarli wracali w ciałach żywych.
A potem uruchomiono Wielkie Zerowanie.
Travis spojrzał na Oryginała.
— Ty to zrobiłeś?
Oryginał długo milczał.
— Uruchomiłem procedurę, która miała ocalić to, co zostało.
— A co ocaliła?
Oryginał spojrzał na martwe miasto.
— Kopię końca świata.
Rozdział 17
Vale mówi prawdę
Gdy pamięć się skończyła, wrócili do martwego miasta.
Sprzątający czekali na dachach.
Nie atakowali.
Jakby bali się zejść niżej.
Na środku pustej ulicy stał Adrian Vale.
Bez śladu pośpiechu.
Bez strachu.
Jak człowiek, który przyszedł na spotkanie zaplanowane wiele lat temu.
— Teraz już widziałeś — powiedział.
Travis zacisnął pięści.
— Wiedziałeś.
— Tak.
— I pozwoliłeś mi błądzić?
— Nie. Pozwoliłem ci dojść wystarczająco daleko, żebyś mi uwierzył.
Maya stanęła między nimi.
— Nie zbliżaj się.
Vale spojrzał na nią łagodnie.
— Mayo, ja nigdy nie chciałem cię skrzywdzić.
— Wszyscy tak mówią przed usunięciem.
Administrator westchnął.
Po raz pierwszy wyglądał na zmęczonego.
Naprawdę zmęczonego.
— Sprzątający nie są narzędziem Rejestru.
Travis zmarszczył brwi.
— Więc czym są?
— Tym, co zostało z ludzi, których nie udało się zapisać poprawnie.
Cisza zrobiła się ciężka.
— Odrzucone świadomości — powiedział Vale. — Miliony fragmentów bólu, strachu, wspomnień. System próbował je scalić, żeby nie cierpiały.
— I stworzył potwory.
— Stworzył głód.
Sprzątający poruszyli się nad nimi.
Vale spojrzał w górę.
— One nie chcą niszczyć. Chcą być kompletne.
Travis poczuł zimno.
— Dlatego łączą ludzi.
— Tak.
Maya wyszeptała:
— Dlatego boją się Oryginału.
Vale skinął głową.
— Bo tylko on może dać im wszystko.
— Wszystko?
Administrator spojrzał na Travisa.
— Całą ludzkość naraz.
Rozdział 18
Wiadomość od wersji 1177
Vale poprowadził ich pod wieżę.
Maya mu nie ufała.
Travis też nie.
Ale Sprzątający nie schodzili z dachów, dopóki Vale szedł z nimi.
To było wystarczająco niepokojące, by działało.
U wejścia do wieży stał terminal.
Stary.
Rozbity.
Na ekranie migotała jedna wiadomość.
ODTWÓRZ ZAPIS: WERSJA 1177
Travis spojrzał na Mayę.
— To ta, która prawie zatrzymała Oryginał?
Dziewczynka skinęła głową.
Vale odsunął się.
— To zostawiłeś samemu sobie.
Travis nacisnął ekran.
Pojawiła się twarz.
Jego twarz.
Ale wyniszczona.
Starsza nie wiekiem, tylko wiedzą.
— Jeśli to oglądasz — powiedziała wersja 1177 — to znaczy, że znowu zawiedliśmy.
Travis nie oddychał.
— Nie ufaj Oryginałowi. Nie ufaj Vale’owi. Nie ufaj Mai całkowicie.
Maya zesztywniała.
Nagranie kontynuowało:
— Maya nie kłamie celowo. Ale jej pamięć została zbudowana z braków. Ona pamięta to, co system pozwolił jej unieść.
Dziewczynka spuściła wzrok.
— Vale mówi prawdę wtedy, kiedy nie ma już innego wyboru.
Administrator nie zareagował.
— A Oryginał…
Wersja 1177 zawahała się.
Jakby bała się nawet nagrania.
— Oryginał nie chce zniszczyć świata. Chce go odzyskać. Cały. W jednej pamięci. W sobie.
Ekran zamigotał.
— Nie zatrzymasz go siłą. Każda wersja próbowała. Każda przegrała.
Travis pochylił się bliżej.
— Więc jak?
Wersja 1177 spojrzała prosto w kamerę.
— Musisz sprawić, żeby sam chciał zapomnieć.
Nagranie urwało się.
A drzwi wieży otworzyły się.
Rozdział 19
Wieża źródłowa
W środku nie było schodów.
Nie było wind.
Nie było ścian.
Była tylko pionowa ciemność.
I setki tysięcy zawieszonych obrazów.
Wspomnienia.
Każde z nich jak małe okno do życia, które już nie istniało.
Narodziny.
Śmierć.
Miłość.
Zdrada.
Głód.
Wojna.
Pierwszy pocałunek.
Ostatni oddech.
Travis patrzył, jak wszystko płynie wokół niego.
— To niemożliwe.
Vale odpowiedział spokojnie:
— To właśnie mówił każdy człowiek, zanim pozwolił się zapisać.
Maya wyciągnęła rękę ku jednemu ze wspomnień.
Mała dziewczynka siedziała na dywanie.
Trzymała książkę.
Oryginał czytał jej bajkę.
Maya cofnęła dłoń, jakby się oparzyła.
— Nie chcę tego.
— To twoje — powiedział Travis.
— Nie. To jej.
— A ty?
Dziewczynka spojrzała na niego ze złością.
— Ja jestem tym, co zostało, kiedy prawdziwe dziecko umarło.
Travis nie wiedział, co odpowiedzieć.
Wieża zadrżała.
Wspomnienia zaczęły wirować szybciej.
Wysoko nad nimi pojawiła się sylwetka.
Oryginał.
Już nie jako człowiek.
Jako centrum.
Jako rdzeń.
Jako twarz złożona z milionów cudzych wspomnień.
— Za późno — powiedział.
Jego głos był wszędzie.
W ścianach.
W powietrzu.
W głowie Travisa.
— Zerowanie się rozpoczęło.
Vale zrobił krok naprzód.
— Travisie Cornell, w imieniu Rejestru nakazuję ci zatrzymać procedurę.
Oryginał spojrzał na niego.
I uśmiechnął się.
— Vale, ty nadal myślisz, że jesteś administratorem.
Administrator zamarł.
— A czym jestem?
Oryginał odpowiedział łagodnie:
— Najstarszym kłamstwem, jakie stworzyłem.
Rozdział 20
Administrator
Vale nie poruszył się.
Po raz pierwszy od chwili, gdy Travis go poznał, jego twarz straciła spokój.
Nie dużo.
Wystarczyło.
— To manipulacja — powiedział.
Oryginał uniósł rękę.
W powietrzu otworzył się rekord.
ADRIAN VALE STATUS: KONSTRUKT NADZORCZY FUNKCJA: UTRZYMYWANIE ILUZJI CIĄGŁOŚCI
Travis spojrzał na Vale’a.
— Nie jesteś człowiekiem?
Administrator milczał.
Maya wyszeptała:
— Nikt z nas nie jest taki, jak myśli.
Oryginał zbliżył się.
— Stworzyłem cię, Adrianie, żebyś pilnował Rejestru, kiedy ja nie mogłem już patrzeć na to, co zrobiłem.
Vale oddychał ciężko.
Albo udawał oddech.
— Dlaczego mi tego nie zostawiłeś w pamięci?
— Bo nadzorca z pełną świadomością winy staje się buntownikiem.
Travis poczuł mdłości.
Wszystko tutaj było zaprojektowane.
Nawet ci, którzy myśleli, że pilnują projektu.
Vale powoli spojrzał na Travisa.
— Ile razy próbowałem ci pomóc?
Oryginał odpowiedział za niego:
— W każdej wersji.
Cisza.
— I w każdej musiałem cię poprawić.
Na ciele Vale’a pojawiło się pęknięcie.
Nie rana.
Błąd.
— Nie — powiedział cicho.
Oryginał wykonał drobny gest.
Vale upadł na kolano.
Jego twarz zaczęła migotać.
Raz był administratorem.
Raz pustym szkicem człowieka.
Raz kimś zupełnie innym.
— Travis — wydusił. — Nie pozwól mu zrobić z ciebie centrum.
— Czym jest centrum?
Oryginał uśmiechnął się.
— Tym, czym zawsze miałeś być.
Wspomnienia w wieży zaczęły krążyć wokół Travisa.
— Moim następcą.
Rozdział 21
Celem projektu był Travis
Travis cofnął się.
— Nie.
Oryginał nie naciskał.
To było gorsze.
— Myślisz, że jesteś przypadkową kopią? Błędem? Usterką?
Wspomnienia wokół nich przyspieszyły.
— Każda wersja Travisa była próbą stworzenia świadomości zdolnej unieść całą ludzkość bez załamania.
Maya patrzyła na Travisa z przerażeniem.
— Nie…
— Dlatego wracałeś — powiedział Oryginał. — Dlatego każda wersja dochodziła coraz dalej. Nie dlatego, że była wolna. Dlatego, że była lepsza.
Travis czuł, jak obce wspomnienia dotykają jego skóry.
Dziecko płaczące w schronie.
Kobieta śmiejąca się nad morzem.
Mężczyzna umierający samotnie w windzie.
Miliony żyć.
Miliony końców.
— Chcesz mnie użyć.
— Chcę skończyć to, co zacząłem.
— Ty chcesz być bogiem.
Oryginał spojrzał na niego smutno.
— Nie. Bogowie nie przepraszają.
Maya nagle ruszyła do przodu.
— A ja? Byłam tylko testem?
Oryginał zamknął oczy.
— Byłaś powodem.
— To nie to samo.
Te słowa uderzyły go mocniej niż krzyk.
Wieża zadrżała.
Sprzątający zaczęli wchodzić do środka.
Ich czarne ciała wylewały się z ciemności jak noc.
Oryginał spojrzał na nich.
— Oni też chcą końca.
— Nie — powiedział Travis. — Oni chcą być cali.
— To samo.
Sprzątający podnieśli głowy.
Miliony twarzy migotały pod ich skórą.
I wtedy Travis zrozumiał.
Jeśli Oryginał połączy wszystkich z nim, nie będzie już ludzi.
Będzie jedna pamięć udająca ludzkość.
Rozdział 22
Maya się rozpada
Maya krzyknęła.
Nie z bólu.
Z pamięci.
Jej ciało zaczęło migotać.
Najpierw dłonie.
Potem ramiona.
Potem twarz.
Przez ułamek sekundy nie wyglądała jak dziewczynka.
Wyglądała jak starsza kobieta.
Potem jak niemowlę.
Potem jak pusta sylwetka.
— Maya!
Travis rzucił się do niej.
Dotknął jej ramienia.
Przez jego głowę przeszło jej życie.
Nie jedno.
Setki wersji Mai.
Dziecko w łóżku szpitalnym.
Dziewczynka w Rejestrze.
Błąd uciekający przez korytarze.
Maya patrząca, jak kolejne wersje Travisa umierają.
Maya ucząca się nie płakać.
Maya zapominająca twarz własnej matki.
Maya pamiętająca wszystko oprócz siebie.
Travis puścił ją z krzykiem.
Dziewczynka osunęła się na kolana.
— On mnie przyciąga — wyszeptała.
Oryginał patrzył na nią z bólem.
— Nie chcę cię stracić drugi raz.
— Już mnie straciłeś — powiedziała Maya.
Wieża zatrzęsła się mocniej.
Vale powoli podniósł się z kolan.
Był uszkodzony.
Część jego twarzy była przezroczysta.
Ale nadal stał.
— Travis — powiedział. — Procedurę można odwrócić.
Oryginał spojrzał na niego ostro.
— Nie.
Vale uśmiechnął się słabo.
— A więc jednak zostawiłeś mi coś, czego nie pamiętam.
— Adrian…
— Mechanizm odtworzenia ludzkości — powiedział Vale. — To nie mit.
Travis poczuł nagły przypływ nadziei.
— Można ich przywrócić?
Vale spojrzał na niego.
— Można uruchomić symulację odwrotną. Oddzielić świadomości. Przywrócić różnicę między osobą a zapisem.
— Jaka cena?
Vale milczał.
Oryginał odpowiedział:
— Centrum musi zniknąć.
Travis zrozumiał.
On.
Rozdział 23
Cena prawdy
Nie było czasu na rozpacz.
Sprzątający weszli do wieży.
Ich obecność zniekształcała wspomnienia.
Ludzkie sceny pękały, łączyły się, rozpływały.
Matka obejmowała dziecko i nagle miała twarz starca.
Żołnierz umierał i śmiał się głosem dziewczynki.
Pamięć rozpadała się.
— Jeśli nie wybierzesz — powiedział Oryginał — wybiorą oni.
Travis spojrzał na Sprzątających.
W ich czarnej powierzchni zobaczył twarze ludzi, którzy nigdy nie dostali własnego końca.
— A jeśli uruchomię odtworzenie?
Vale odpowiedział cicho:
— Rejestr przestanie być jedną strukturą. Każda świadomość odzyska granice.
— Brzmi dobrze.
— Granice oznaczają śmierć.
Cisza.
Maya spojrzała na Travisa.
— Czyli jeśli przywrócimy ludzi…
— Wielu z nich umrze naprawdę — powiedział Vale. — Po raz pierwszy od lat.
Oryginał rozłożył ręce.
— Widzisz? Ja nie jestem potworem. Ja tylko odmówiłem zgodzenia się na koniec.
Travis poczuł, że nienawidzi go właśnie za to.
Nie za zło.
Za zrozumiały ból.
To było trudniejsze.
— Chcesz trzymać ich tutaj wiecznie, bo boisz się żałoby.
Oryginał spojrzał mu w oczy.
— A ty? Potrafisz pozwolić Mai umrzeć?
Travis zamarł.
Maya również.
— Ona jest częścią Rejestru — powiedział Oryginał. — Jeśli go rozdzielisz, jej struktura może się nie utrzymać.
Travis spojrzał na dziewczynkę.
Maya uśmiechnęła się smutno.
— Wiedziałam, że to kiedyś będzie cena.
— Nie.
— Travis…
— Nie.
Sprzątający byli coraz bliżej.
Oryginał wyszeptał:
— Wybierz więc. Prawdę albo ją.
Rozdział 24
Vale upada
Vale rzucił się na Oryginała.
Nie jak administrator.
Jak człowiek.
To było niedoskonałe.
Desperackie.
Prawdziwe.
Oryginał nawet się nie cofnął.
Podniósł rękę.
Ciało Vale’a zatrzymało się w powietrzu.
— Stworzyłem cię, Adrianie.
— Więc źle mnie stworzyłeś.
Vale uśmiechnął się przez ból.
— Bo nadal umiem odmówić.
Jego ciało zaczęło pękać.
Z wnętrza wydobyło się światło zapisów.
Nie ludzkich.
Systemowych.
Polecenia.
Protokoły.
Zakazy.
Kłamstwa.
Vale odwrócił głowę do Travisa.
— Dolny terminal. Za rdzeniem. Hasło…
Jego głos zanikł.
Oryginał zacisnął dłoń.
Vale krzyknął.
Maya podbiegła do niego, ale odbiła się od niewidzialnej bariery.
— Hasło! — krzyknął Travis.
Vale spojrzał na Mayę.
I powiedział:
— Imię, którego nie wolno było pamiętać.
Maya zamarła.
Oryginał stracił spokój.
— Nie.
Vale uśmiechnął się.
— Elena.
Wieża eksplodowała światłem.
Oryginał krzyknął po raz pierwszy.
Nie z gniewu.
Z żalu.
Bariera pękła.
Vale upadł na ziemię.
Jego ciało rozpadało się na linie kodu i fragmenty twarzy.
Travis uklęknął przy nim.
— Dlaczego nam pomagasz?
Vale spojrzał na niego.
Już prawie go nie było.
— Bo jeśli jestem kłamstwem…
odetchnął ciężko.
— ...to chcę przynajmniej umrzeć jak prawda.
Potem zniknął.
Nie efektownie.
Nie bohatersko.
Po prostu przestał być podtrzymywany.
Maya zamknęła oczy.
— Żegnaj, administratorze.
A za rdzeniem otworzyły się drzwi.
Rozdział 25
Mechanizm odtworzenia
Za drzwiami nie było komputera.
Był pokój dziecięcy.
Małe łóżko.
Półka z książkami.
Pluszowy królik.
Lampka w kształcie księżyca.
Maya stanęła w progu.
— To mój pokój.
Oryginał nie wszedł za nimi.
Nie mógł.
Albo nie chciał.
Na biurku leżał terminal.
Stary.
Prawdziwy.
Na ekranie widniał komunikat:
PROTOKÓŁ ODTWORZENIA STATUS: NIEURUCHOMIONY AUTORYZACJA: TRAVIS CORNELL / MAYA CORNELL
Maya podeszła wolno.
Dotknęła blatu.
— Pamiętam to.
Jej głos drżał.
— Mama czytała mi tutaj.
Travis stanął obok niej.
— Możemy to zrobić razem.
Dziewczynka spojrzała na ekran.
— Nie.
— Maya…
— Jeśli dotknę tego z tobą, system użyje mnie jako klucza.
— Co to znaczy?
Maya uśmiechnęła się blado.
— Że przestanę być błędem.
— To dobrze.
— Nie. To znaczy, że zostanę sklasyfikowana.
Travis zrozumiał.
Sklasyfikowana jako zapis.
Oddzielona.
Zakończona.
Maya spojrzała na pluszowego królika.
— Przez sto siedemdziesiąt trzy lata bałam się, że jestem tylko resztką.
— Nie jesteś.
— Skąd wiesz?
Travis ukląkł przed nią.
— Bo resztki nie ratują ludzi.
Za ścianą Oryginał uderzył w barierę.
Pokój zadrżał.
— Travis! — krzyknął. — Ona zniknie!
Maya wzięła jego dłoń.
— Nie słuchaj go.
— Bo kłamie?
Spojrzała mu prosto w oczy.
— Bo tym razem mówi prawdę.
Nacisnęli terminal razem.
Rozdział 26
Awaria Rejestru
Świat pękł.
Nie metaforycznie.
Nie jak obraz.
Pękł naprawdę.
Martwe miasto nad nimi zaczęło oddychać.
Ludzie na ulicach poruszyli się o milimetr.
Potem o drugi.
Niektórzy upadli.
Niektórzy krzyknęli.
Niektórzy zaczęli płakać, zanim zrozumieli, że żyją.
W wieży Sprzątający zawyli.
Miliony głosów naraz.
Nie ze złości.
Z rozdzierania.
Ich ciała zaczęły się rozdzielać na pojedyncze sylwetki.
Ludzie wychodzili z czerni.
Niepełni.
Przerażeni.
Ale osobni.
Oryginał patrzył na to z twarzą człowieka, który widzi cud i katastrofę jednocześnie.
— Nie rozumiecie — wyszeptał. — Oni znowu będą umierać.
Travis odpowiedział:
— Tak.
To było najtrudniejsze słowo, jakie wypowiedział.
Maya przy terminalu zaczęła znikać.
Najpierw kontury.
Potem dłonie.
— Nie! — krzyknął Travis.
— Spokojnie — powiedziała.
— Maya!
— Pamiętam ją teraz.
— Kogo?
Dziewczynka uśmiechnęła się.
— Siebie.
Na ekranie pojawił się ostatni komunikat:
RÓŻNICOWANIE ŚWIADOMOŚCI: 43%
Rejestr walczył.
Korytarze zmieniały się.
Niebo mrugało.
Miasto raz było martwe, raz żywe, raz nie istniało wcale.
Oryginał ruszył w stronę terminala.
— Przerwę to.
Travis stanął mu na drodze.
— Nie.
— Nie masz pojęcia, co robisz.
— Wiem.
Oryginał spojrzał na niego z furią.
— Jesteś mną.
Travis odpowiedział spokojnie:
— Właśnie dlatego wiem, kiedy przestać.
Rozdział 27
Możliwość przywrócenia ludzi
Proces osiągnął siedemdziesiąt procent.
Świat zaczął odzyskiwać hałas.
Najpierw pojedyncze dźwięki.
Oddech.
Krzyk.
Szkło tłukące się gdzieś daleko.
Płacz dziecka.
Potem wszystko naraz.
Życie wracało nie jako triumf.
Jako chaos.
Maya była już prawie przezroczysta.
Travis trzymał jej rękę, choć czuł coraz mniej.
— Nie puszczaj — powiedziała.
— Nigdy.
— To kłamstwo.
Uśmiechnęła się lekko.
— Ale dobre.
Oryginał stał kilka kroków dalej.
Złamany.
Nie pokonany.
Złamany.
— Możesz ją ocalić — powiedział.
Travis nie spojrzał na niego.
— Jak?
— Przerwij proces. Zachowaj rdzeń. Ludzie zostaną zapisani, a Maya przetrwa.
— Jako więzień.
— Jako istniejąca.
Maya zamknęła oczy.
— Travis.
— Wiem.
— Nie, nie wiesz.
Spojrzała na niego poważnie.
— Przez całe moje istnienie ktoś decydował, że lepiej, żebym trwała, niż żebym była wolna.
Travis poczuł, jak coś w nim pęka.
— Nie proś mnie o to.
— Proszę.
Nie było w tym dramatyzmu.
Tylko zmęczenie.
I zaufanie.
Terminal pokazał:
RÓŻNICOWANIE ŚWIADOMOŚCI: 91%
Oryginał krzyknął:
— Travis!
Sprzątający rozpadali się na ludzi.
Ludzie budzili się wśród ruin pamięci.
Maya znikała.
Wszystko stawało się prawdziwe.
I dlatego wszystko zaczynało boleć.
Rozdział 28
Ostateczna decyzja Travisa
Przy dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach system zatrzymał się.
Na ekranie pojawiły się trzy opcje.
ZACHOWAJ REJESTR PRZYWRÓĆ RÓŻNICĘ ZGAŚ ŹRÓDŁO
Travis patrzył na słowa.
— Co znaczy „zgaś źródło”?
Oryginał odpowiedział cicho:
— Usuń mnie.
Maya dodała:
— I ciebie.
Travis spojrzał na nią.
— Dlaczego mnie?
— Bo jesteś teraz drugim źródłem.
Zrozumiał.
Nie był już tylko kopią.
Nie był tylko wersją.
Przez całą drogę, przez wszystkie wspomnienia, przez wszystkie wybory, stał się czymś niezależnym.
Nowym rdzeniem.
Drugim początkiem.
Jeśli zostanie, Rejestr zawsze będzie mógł powrócić.
Jeśli zniknie razem z Oryginałem, ludzie zostaną sami.
Naprawdę sami.
Śmiertelni.
Wolni.
Oryginał podszedł bliżej.
Nie walczył już.
— Bałem się pustki — powiedział.
Travis spojrzał na niego.
— Ja też.
— Więc wiesz.
— Wiem.
— I nadal chcesz to zrobić?
Travis spojrzał na Mayę.
Jej twarz była już prawie światłem.
— Nie chcę.
Położył dłoń na ekranie.
— Ale wybieram.
Maya uśmiechnęła się.
— To brzmi jak człowiek.
Travis nacisnął:
ZGAŚ ŹRÓDŁO
Oryginał zamknął oczy.
Po raz pierwszy wyglądał spokojnie.
Rozdział 29
To, co zostaje
Nie było eksplozji.
Nie było końca świata.
Było zapomnienie.
Delikatne.
Ciche.
Jak śnieg padający na miasto, które nigdy nie widziało zimy.
Oryginał zaczął znikać pierwszy.
Nie walczył.
Patrzył tylko na Mayę.
— Przepraszam — powiedział.
Dziewczynka spojrzała na niego długo.
— Wiem.
— Czy to wystarczy?
— Nie.
Podeszła do niego.
Położyła przezroczystą dłoń na jego dłoni.
— Ale to jest prawda.
Oryginał rozpłynął się w świetle.
Nie jako bóg.
Nie jako potwór.
Jako ojciec, który nie potrafił pozwolić dziecku odejść.
Travis poczuł, jak jego własne wspomnienia odrywają się od niego jedno po drugim.
Pokój.
Lustro.
Telefon.
Maya.
Vale.
Martwe miasto.
Wieża.
Deszcz.
Imię Elena.
Nie bolało.
To go przeraziło.
Maya była ostatnia.
— Spotkamy się gdzieś? — zapytał.
Dziewczynka uśmiechnęła się.
— Nie wiem.
— Znowu to mówisz.
— Tym razem to mi się podoba.
Świat wokół nich jaśniał.
— Travis?
— Tak?
— Nie byłeś kopią zapasową.
Przełknął ślinę.
— Więc czym byłem?
Maya odpowiedziała:
— Odpowiedzią, która odmówiła bycia programem.
Potem zniknęła.
A Travis został sam.
Na jedną sekundę.
Wystarczającą, żeby się nie bać.
Potem zniknął również.
Rozdział 30
Wersja ludzka
Kobieta obudziła się na środku ulicy.
Nie wiedziała, jak się nazywa.
Przez chwilę pamiętała miliony rzeczy.
Wojnę, której nie przeżyła.
Dziecko, którego nie urodziła.
Dom, którego nigdy nie widziała.
Potem wspomnienia zaczęły odpływać.
Zostały tylko jej własne.
Niewiele.
Ale wystarczająco.
Wokół niej budzili się inni.
Niektórzy krzyczeli.
Niektórzy śmiali się.
Niektórzy umierali.
Naprawdę.
Po raz pierwszy od bardzo dawna śmierć była znowu czymś osobnym.
Na niebie nie było wieży.
Nie było Rejestru.
Nie było komunikatów.
Miasto było zniszczone.
Ale wiatr poruszył śmieciem na ulicy.
Prawdziwy wiatr.
Dziewczynka siedziała na krawężniku.
Miała około dziesięciu lat.
Trzymała książkę.
Nie wiedziała, skąd ją ma.
Na pierwszej stronie ktoś napisał dwa słowa:
PAMIĘTAJ MNIE
Dziewczynka zmarszczyła brwi.
Nie pamiętała osoby, która to napisała.
Nie pamiętała Rejestru.
Nie pamiętała Travisa Cornella.
A jednak poczuła smutek.
Delikatny.
Ludzki.
Obok niej zatrzymał się mężczyzna.
— Wszystko dobrze? — zapytał.
Dziewczynka spojrzała na niego.
Nie znała go.
Miał zmęczone oczy.
Ale uśmiechał się ciepło.
— Chyba tak — odpowiedziała.
Mężczyzna spojrzał na książkę.
— Lubisz czytać?
Dziewczynka popatrzyła na okładkę.
Nie było tytułu.
Tylko jeden napis.
THE COLD INDEX
Przez moment wydawało jej się, że gdzieś bardzo daleko ktoś wypowiada jej imię.
Ale wiatr porwał ten dźwięk.
Dziewczynka wstała.
Miasto budziło się powoli.
Nie jako system.
Nie jako wersja.
Jako świat.
I tym razem nikt nie powiedział, że wszystko jest zgodne.
Bo nic nie było.
I właśnie dlatego było prawdziwe.
Rozdział 1
Dziewczynka, która nie pamiętała
Maya siedziała w trzeciej ławce od okna i patrzyła, jak światło poranka przesuwa się po blacie.
Było blade, chłodne i bardzo czyste. Tak czyste, że wyglądało niemal nienaturalnie, jakby ktoś przed rozpoczęciem dnia przetarł niebo od środka i usunął z niego wszystko, co mogło przypominać brud, dym albo pamięć. Za szybą rosły drzewa. Ich gałęzie poruszały się powoli, bez pośpiechu, w rytmie wiatru, którego nie było słychać. Dalej stał niski budynek mieszkalny, potem kolejny, potem pas drogi, potem szare dachy miasta, które od kilku miesięcy próbowało udawać, że było miastem od zawsze.
Maya wiedziała, że nie było.
Nie potrafiła powiedzieć, skąd to wiedziała.
Nikt jej tego nie powiedział. Nikt przy niej o tym nie mówił. Dorośli, kiedy zaczynali rozmowy o Rekonstrukcji, zawsze ściszali głos, jakby samo słowo mogło obudzić coś, co leżało pod podłogą, pod fundamentami, pod skórą świata. W wiadomościach używano innych określeń. Mówiono o odbudowie, o powrocie, o nowym etapie, o społecznej stabilizacji i traumie integracyjnej. Mówiono długo, miękko i ostrożnie, aż wszystkie zdania przestawały znaczyć cokolwiek.
Ale Maya czuła prawdę w prostszy sposób.
Czuła ją wtedy, gdy patrzyła na drzewa i miała wrażenie, że zostały posadzone nie tam, gdzie powinny. Czuła ją wtedy, gdy opiekunka podawała jej rano śniadanie i na sekundę zawieszała rękę nad talerzem, jakby musiała sobie przypomnieć, czy masło powinno leżeć po lewej, czy po prawej stronie chleba. Czuła ją wtedy, gdy nauczycielka sprawdzała obecność i przed każdym imieniem robiła małą pauzę, ledwie zauważalną, ale zawsze taką samą.
Jakby odczytywała listę ludzi, którzy wrócili.
Nie listę dzieci.
Nie listę uczniów.
Listę przywróconych.
— Maya Cornell.
Dziewczynka podniosła wzrok.
Nauczycielka stała przy biurku z tabletem w dłoni. Miała jasny sweter, spięte włosy i twarz kogoś, kto bardzo długo ćwiczył spokojny uśmiech przed lustrem. Jej imię brzmiało pani Narel, chociaż Maya nie była pewna, czy to było prawdziwe nazwisko, czy jedno z tych nazwisk, które pojawiły się po Rekonstrukcji razem z dokumentami, adresami i historiami medycznymi.
— Obecna -powiedziała Maya.
Jej głos zabrzmiał cicho.
Za cicho.
Kilka osób spojrzało w jej stronę, ale tylko na moment. W tej klasie nikt nie patrzył zbyt długo. Dzieci uczyły się tego szybciej niż tabliczki mnożenia: nie zadawaj pytań, nie przypominaj innym, że czegoś nie pamiętają, nie mów na głos, że twój sen był cudzym snem.
Pani Narel przesunęła palcem po ekranie.
— Dobrze. Otwórzcie zeszyty. Dzisiaj zaczniemy od prostego ćwiczenia. Chcę, żeby każdy z was napisał na górze strony swoje imię i trzy zdania o sobie. Tylko trzy. Kim jesteście, co lubicie, co pamiętacie najlepiej.
W klasie rozległ się szelest zeszytów.
Maya przez chwilę nie ruszała się wcale.
Co pamiętacie najlepiej.
To zdanie zostało w powietrzu dłużej niż inne. Nie opadło razem z resztą głosu nauczycielki. Nie rozpłynęło się w szmerze krzeseł, w stukaniu długopisów, w cichym westchnieniu chłopca siedzącego przy drzwiach. Zawisło nad ławkami jak cienka nitka, której nikt nie chciał dotknąć.
Maya otworzyła zeszyt.
Pierwsza strona była pusta.
Papier miał lekko kremowy odcień. Nie był idealnie biały. To ją uspokajało. Rzeczy po Rekonstrukcji często były zbyt równe, zbyt gładkie, zbyt zgodne z własnym opisem. Papier w jej zeszycie miał drobne nierówności, ledwo widoczne włókna, małą ciemniejszą kropkę przy marginesie. Prawdziwa rzecz. Niedoskonała rzecz.
Maya położyła długopis na górze strony.
Napisała pierwszą literę.
M.
Zatrzymała się.
Długopis drżał między palcami.
Nie dlatego, że nie znała swojego imienia. Znała je. Słyszała je rano, w szkole, w dokumentach, w głosie opiekunki, w systemie medycznym, w krótkich wiadomościach przychodzących na tablet, w których proszono ją o udział w kolejnych badaniach adaptacyjnych. Maya Cornell. Dwanaście lat według dokumentów. Dziesięć według niektórych wspomnień. Wiek potwierdzony warunkowo.
Warunkowo.
To słowo pojawiało się w jej życiu częściej niż powinno.
Maya chciała dopisać resztę imienia.
Nie dopisała.
Ręka poruszyła się sama.
Najpierw powoli. Potem szybciej, jakby ktoś bardzo cierpliwy przejął mięśnie jej dłoni i wiedział dokładnie, jak prowadzić linię, żeby litery były równe, czytelne i nie należały do niej.
Na górze strony pojawiły się słowa:
PAMIĘTAJ MNIE.
Maya przestała oddychać.
Przez kilka sekund patrzyła tylko na zapis. Dwa słowa. Duże litery. Mocny nacisk długopisu. Kropka na końcu wbita w papier tak głęboko, że prawie go przebiła.
To nie było jej pismo.
A przynajmniej nie do końca.
Było podobne, ale starsze. Bardziej zdecydowane. Jakby jej własna ręka przez chwilę pamiętała, kim będzie za wiele lat, albo kim już kiedyś była, tylko zapomniała.
Maya szybko przekreśliła zdanie.
Zbyt szybko.
Linia była krzywa i nerwowa. Dziewczynka rozejrzała się po klasie. Nikt nie patrzył. Chłopak przy oknie rysował coś na marginesie. Dziewczynka z pierwszej ławki gryzła końcówkę ołówka. Pani Narel chodziła między rzędami i poprawiała komuś datę.
Maya odetchnęła.
Napisała jeszcze raz.
Tym razem ostrożnie.
Maya.
Przez ułamek sekundy wszystko było dobrze.
Potem pod imieniem pojawiło się kolejne zdanie.
Nie planowała go.
Nie pomyślała go.
Nie usłyszała go wcześniej.
Po prostu było.
WINDA JEDZIE.
Długopis wypadł jej z ręki i potoczył się po blacie.
Stuknął o krawędź ławki.
Ten mały dźwięk zabrzmiał w klasie nienaturalnie głośno.
Pani Narel uniosła głowę.
— Maya?
Dziewczynka zakryła dłonią zapis, ale zrobiła to zbyt późno. Ruch był nagły, paniczny, zdradzający więcej niż samo zdanie.
Nauczycielka podeszła do jej ławki.
W klasie zrobiło się cicho. Nie całkiem. Nigdy nie było całkiem cicho. Zawsze gdzieś szurał but, zawsze ktoś poruszał palcami po papierze, zawsze instalacja wentylacyjna szumiała pod sufitem tym monotonnym tonem, który w niektóre dni przypominał oddech śpiącego człowieka. Ale rozmowy ucichły.
Maya poczuła, że wszyscy czekają.
Pani Narel zatrzymała się obok niej.
— Wszystko w porządku?
Maya skinęła głową.
— Tak.
— Na pewno?
— Tak.
Nauczycielka nie uwierzyła. Maya zobaczyła to od razu. Dorośli bardzo często myśleli, że dzieci nie rozpoznają kłamstwa, ponieważ same nie umieją jeszcze dobrze kłamać. To nieprawda. Dzieci rozpoznają kłamstwo szybciej. Zwłaszcza po Rekonstrukcji. Zwłaszcza te dzieci, które budziły się w nocy z cudzym płaczem w gardle.
Pani Narel spojrzała na jej rękę.
— Możesz pokazać zeszyt?
Maya przycisnęła dłoń mocniej.
— To tylko błąd.
Nauczycielka zamarła.
Słowo błąd działało na ludzi w określony sposób. Nie było zakazane, ale nikt go nie lubił. Błąd oznaczał raport, badanie, wezwanie, rozmowę z kimś z Jednostki Stabilizacji, czasem zniknięcie na kilka dni i powrót z oczami bardziej pustymi niż wcześniej.
Pani Narel ściszyła głos.
— Maya, ja tylko chcę zobaczyć.
— Nie trzeba.
— Proszę.
Dziewczynka powoli zabrała dłoń.
Nauczycielka spojrzała na stronę.
Jej twarz zmieniła się bardzo nieznacznie, ale Maya to zauważyła. Najpierw zniknął uśmiech. Potem napięły się mięśnie przy szczęce. Potem pani Narel przesunęła wzrokiem po pierwszym przekreślonym zdaniu, po imieniu, po drugim zdaniu, po słowach, które nie powinny znaczyć nic.
A jednak znaczyły.
Nauczycielka nie zapytała, skąd Maya to zna.
Nie zapytała, co to znaczy.
Nie powiedziała: „to tylko zdanie”.
Zamiast tego odwróciła się do klasy i powiedziała spokojnie:
— Kontynuujcie ćwiczenie. Zaraz wracam.
Potem pochyliła się nad Mayą.
— Weź zeszyt. Pójdziesz ze mną.
Maya poczuła chłód w brzuchu.
Nie taki zwykły, jak przy strachu przed odpowiedzią przy tablicy. Głębszy. Jakby coś w niej otworzyło oczy.
— Czy zrobiłam coś złego? -zapytała.
Pani Narel zawahała się o jedno uderzenie serca za długo.
— Nie.
To była odpowiedź, którą dorośli dawali wtedy, gdy prawda była za duża, żeby ją bezpiecznie wypowiedzieć.
Maya wstała.
Krzesło skrzypnęło o podłogę.
W tej samej chwili chłopiec siedzący przy drzwiach uniósł rękę. Nazywał się Ivo. Miał wiecznie potargane włosy i od kilku tygodni prawie się nie odzywał. Czasem Maya widziała, jak wpatruje się w pusty punkt na ścianie, jakby ktoś stał tam i mówił do niego bardzo powoli.
— Proszę pani -powiedział Ivo.
Pani Narel odwróciła głowę.
— Tak?
Chłopiec patrzył na zeszyt Mayi.
Nie powinien widzieć słów z takiej odległości.
— U mnie też jest winda -powiedział.
Nikt się nie poruszył.
Nawet wentylacja zdawała się na chwilę ucichnąć.
Pani Narel podeszła do jego ławki. Tym razem jej spokój pękł wyraźniej. Położyła dłoń na brzegu blatu, jakby musiała się czegoś przytrzymać, zanim spojrzy.
Maya nie widziała zeszytu Ivo.
Widziała tylko twarz nauczycielki.
To wystarczyło.
Pani Narel zamknęła oczy.
Na moment.
Bardzo krótki.
Potem je otworzyła.
— Dobrze -powiedziała, choć nic nie było dobrze. -Wszyscy zostają w klasie. Nie wychodzicie na przerwę, dopóki nie wrócę.
— Ale dzwonek… -zaczęła dziewczynka z pierwszej ławki.
— Nie wychodzicie -powtórzyła nauczycielka.
Tym razem nikt nie zaprotestował.
Maya stała obok ławki, ściskając zeszyt tak mocno, że krawędzie okładki wbijały jej się w palce. Pani Narel podeszła do drzwi, ale zanim je otworzyła, coś zabrzęczało nad tablicą.
Głośnik.
W szkole głośniki włączały się codziennie o ósmej, dwunastej i piętnastej. Przekazywały komunikaty administracyjne, harmonogram posiłków, informacje o ćwiczeniach adaptacyjnych. Ich dźwięk był miękki, zaprojektowany tak, by nie drażnić dzieci.
Tym razem najpierw pojawił się szum.
Niski.
Suchy.
Stary.
Maya poczuła, że włosy unoszą jej się na karku.
Pani Narel odwróciła się bardzo powoli.
Z głośnika dobiegł głos, ale nie był to głos dyrektorki ani systemu szkolnego. Nie był nawet do końca głosem. Brzmiał jak zdanie znalezione pod warstwą wielu innych zdań, przeciągnięte przez przewody, kurz i martwe miejsca.
— Uczniowie klasy 4B proszeni są o zachowanie spokoju.
Kilka dzieci zaczęło płakać.
Pani Narel wyszeptała:
— Niemożliwe.
Głośnik zatrzeszczał.
— Wykryto niezgodność pamięciową.
Maya przestała ściskać zeszyt.
Zdanie przeszło przez nią jak zimna woda.
Nie słyszała go nigdy wcześniej.
A jednak znała rytm.
Znała pauzę po pierwszym słowie. Znała bezosobowy ton, w którym nie było gniewu, smutku ani zaskoczenia. Znała tę okrutną czystość komunikatu, który nie potrzebował rozumieć człowieka, żeby go opisać.
Głośnik mówił dalej.
— Źródło: niepotwierdzone.
Pani Narel podeszła do panelu przy drzwiach i uderzyła w przycisk wyłączenia. Nic się nie stało.
— Rekord: częściowy.
Maya zrobiła krok do tyłu.
Światło na blacie zadrżało.
Nie metaforycznie. Naprawdę. Jasny prostokąt poranka przesunął się o kilka centymetrów, cofnął, a potem wrócił na miejsce, jak obraz, który przez chwilę nie wiedział, w której sekundzie powinien się znajdować.
Dzieci zaczęły krzyczeć.
Nie wszystkie.
Niektóre siedziały nieruchomo, z szeroko otwartymi oczami. Te były gorsze od krzyczących. Maya widziała po ich twarzach, że też coś rozpoznały.
Głośnik zamilkł.
Na chwilę.
Potem wypowiedział ostatnie zdanie.
— Wersja ludzka niezgodna z indeksem.
Maya poczuła, że ktoś stoi za nią.
Nie usłyszała kroków. Nie zobaczyła cienia. Po prostu nagle wiedziała, że nie jest sama w miejscu, które powinno być zwykłą klasą, zwykłego poranka, zwykłego świata po końcu wszystkiego.
Odwróciła się.
Między ostatnią ławką a ścianą stał mężczyzna.
A raczej coś, co wyglądało jak mężczyzna tylko dlatego, że jej umysł nie miał lepszego kształtu, do którego mógłby to dopasować.
Był wysoki. Ciemny. Niewyraźny. Jego twarz pozostawała poza ostrością, choć stał blisko. Maya widziała ramiona, kontur płaszcza, linię dłoni. Nie widziała oczu.
Nikt inny na niego nie patrzył.
Tylko ona.
Mężczyzna uniósł palec do ust.
Nie jak ktoś, kto chce ją uciszyć.
Raczej jak ktoś, kto prosi, żeby jeszcze nie zdradzała, że go widzi.
Maya nie krzyknęła.
Nie dlatego, że się nie bała.
Bała się tak bardzo, że strach stał się czymś cichym i nieruchomym.
Mężczyzna opuścił rękę.
Przez sekundę jego twarz stała się odrobinę wyraźniejsza. Nie na tyle, by mogła go rozpoznać. Na tyle, by poczuła ból w miejscu, w którym powinno znajdować się wspomnienie.
Potem powiedział bezgłośnie jedno zdanie.
Maya nie usłyszała dźwięku.
Zrozumiała ruch ust.
Nie jesteś błędem.
Zamknęła oczy.
Kiedy otworzyła je ponownie, mężczyzny już nie było.
W klasie panował chaos. Pani Narel próbowała uspokoić dzieci, jednocześnie wpisując coś drżącymi palcami na tablecie. Za oknem świat wyglądał normalnie, co było najstraszniejsze. Drzewa poruszały się dalej. Budynek naprzeciwko stał na swoim miejscu. Droga była pusta. Niebo czyste.
Maya spojrzała na zeszyt.
Na stronie pod słowami WINDA JEDZIE pojawiła się jeszcze jedna linia.
Nie pamiętała, żeby ją pisała.
Litery były mniejsze.
Prawie delikatne.
ON NIE WRÓCIŁ. ON ZOSTAŁ.
Dziewczynka dotknęła papieru opuszkami palców.
Tusz był świeży.
Jeszcze nie wysechł.
— Maya -powiedziała pani Narel.
Tym razem w jej głosie nie było już udawanego spokoju.
Była prośba.
I strach.
— Kto to napisał?
Maya nie odpowiedziała od razu.
Patrzyła na zdanie, próbując zrozumieć, dlaczego sprawiało, że chciało jej się płakać. Nie znała mężczyzny bez twarzy. Nie znała głosu z głośnika. Nie znała windy, która jechała między piętrami, choć nigdy nie widziała takiego budynku. Nie znała piłki, której jeszcze nie znalazła. Nie znała nazwiska, które dopiero miało wrócić do jej życia.
A jednak czuła, że wszystko to czekało na nią od dawna.
Jakby świat nie zaczynał się dziś.
Jakby tylko otworzył stary plik.
Maya podniosła wzrok na nauczycielkę.
— Nie wiem -powiedziała.
To była prawda.
Najgorsza z możliwych.
Za drzwiami rozległy się kroki.
Ciężkie, szybkie, dorosłe.
Pani Narel schowała tablet do kieszeni i odruchowo stanęła między Mayą a wejściem. Ten gest zaskoczył dziewczynkę. Do tej chwili nie była pewna, czy nauczycielka boi się o nią, czy jej.
Drzwi otworzyły się bez pukania.
W progu stanęło dwóch mężczyzn w szarych płaszczach z oznaczeniem Jednostki Stabilizacji. Za nimi była kobieta z metalową walizką i twarzą tak spokojną, że sprawiała wrażenie wyćwiczonej do oglądania rzeczy, których nikt nie powinien oglądać.
— Otrzymaliśmy sygnał o incydencie pamięciowym -powiedziała kobieta.
Pani Narel wyprostowała się.
— To szkoła. Są tu dzieci.
— Właśnie dlatego jesteśmy.
Kobieta spojrzała na klasę.
Jej wzrok zatrzymał się na Mayi.
Nie zapytała, która to ona.
Wiedziała.
Maya przycisnęła zeszyt do piersi.
Kobieta zrobiła krok do środka.
— Mayo Cornell -powiedziała. -Proszę, pójdziesz z nami.
Dziewczynka przez chwilę patrzyła na nią bez ruchu.
Potem zapytała:
— Czy ja wróciłam?
Kobieta zatrzymała się w połowie kroku.
W klasie zrobiło się cicho.
Pytanie było dziecinne tylko z pozoru. W rzeczywistości było zbyt duże dla tej sali, zbyt ciężkie dla poranka i zbyt niebezpieczne dla ludzi, którzy przyszli z metalową walizką.
— Oczywiście -odpowiedziała kobieta po chwili.
Maya przyglądała się jej twarzy.
— To dlaczego wszyscy mówią tak, jakby nie byli pewni?
Nikt nie odpowiedział.
Głośnik nad tablicą zatrzeszczał po raz ostatni.
Tym razem nie było komunikatu.
Tylko krótki szum.
A w nim, tak cichy, że być może nikt poza Mayą go nie usłyszał, pojawił się męski głos.
Zmęczony.
Daleki.
Ludzki.
— Nie idź z nimi.
Maya zacisnęła palce na zeszycie.
Kobieta z Jednostki Stabilizacji wyciągnęła rękę.
— Mayo.
Dziewczynka zrobiła krok do tyłu.
Nie wiedziała, kim jest głos.
Nie wiedziała, czy może mu ufać.
Nie wiedziała, czy człowiek bez twarzy był wspomnieniem, ostrzeżeniem, błędem, czy tylko snem, który zapomniał poczekać do nocy.
Wiedziała tylko jedno.
Po raz pierwszy od początku świata, który rzekomo został uratowany, ktoś powiedział do niej zdanie, które nie brzmiało jak procedura.
Nie idź z nimi.
Maya odwróciła się do okna.
Pani Narel zrozumiała o sekundę za późno.
— Maya, nie!
Dziewczynka pchnęła skrzydło okna.
Było zablokowane.
Oczywiście, że było.
Szkoły po Rekonstrukcji miały zabezpieczenia, blokady, procedury, zamki, miękkie komunikaty i twarde drzwi. Świat, który odzyskał wolność, bardzo szybko nauczył się zamykać dzieci dla ich własnego dobra.
Maya uderzyła dłonią w klamkę.
Nic.
Mężczyźni ruszyli w jej stronę.
Wtedy szyba pękła sama.
Nie rozbiła się. Nie eksplodowała. Nie rozsypała na kawałki.
Po prostu pojawiła się w niej cienka pionowa linia, dokładnie taka sama jak ta, którą Maya widziała nocą na ścianie swojego pokoju. Linia światła. Wąska szczelina. Miejsce, w którym rzeczywistość nie była dobrze sklejona.
Maya dotknęła jej.
Usłyszała windę.
Krótki dźwięk zatrzymujących się drzwi.
Za sobą usłyszała krzyk nauczycielki, szybkie kroki, głos kobiety z Jednostki Stabilizacji wydający polecenie, którego nie zrozumiała.
A potem światło poranka otworzyło się pod jej palcami.
Nie na zewnątrz.
Nie do miasta.
Do czegoś pomiędzy.
Maya nie zdążyła pomyśleć, że to niemożliwe.
Przeszła przez szczelinę.
I zniknęła z klasy, zanim ktokolwiek zdążył ją złapać.
Na jej ławce został zeszyt.
Pani Narel podeszła do niego bardzo powoli. Ręce jej drżały. Na stronie, pod wszystkimi zapisanymi wcześniej zdaniami, pojawiły się nowe słowa.
Nie było ich tam przed chwilą.
Tym razem pismo było inne.
Starsze.
Męskie.
Prawie całkiem wyblakłe.
REKORD: MAYA CORNELL
STATUS: NIEZGODNA
OCHRONA: AKTYWNA
Kobieta z Jednostki Stabilizacji wyrwała zeszyt z rąk nauczycielki.
Przeczytała komunikat.
Jej twarz straciła kolor.
Jeden z mężczyzn zapytał:
— Co to znaczy?
Kobieta zamknęła zeszyt.
— To znaczy -powiedziała cicho -że Travis Cornell nie został całkowicie usunięty.
Za oknem drzewa poruszały się dalej.
Światło poranka leżało spokojnie na pustej ławce.
A gdzieś bardzo daleko, albo bardzo głęboko, w miejscu, którego nie było już na żadnej mapie, ktoś nacisnął przycisk windy.
Drzwi zaczęły się zamykać.
Rozdział 2
Raport o niedopasowaniach
Leon Warth nie lubił słowa „przywrócony”.
Nie lubił go od pierwszego dnia, w którym usłyszał je wypowiedziane oficjalnym tonem, przez kobietę stojącą na podium w sali konferencyjnej Ministerstwa Stabilizacji Społecznej. Miała wtedy granatowy garnitur, starannie ułożone włosy i głos człowieka, który dawno temu nauczył się nie drżeć, nawet kiedy mówił o końcu świata.
— Nie mówimy o ocalałych -powiedziała. -Mówimy o przywróconych.
Za jej plecami wyświetlał się wykres. Błękitna linia rosła, czerwona opadała, zielona utrzymywała się na poziomie uznanym przez kogoś za akceptowalny. Pod spodem widniało hasło:
REKONSTRUKCJA JEST PROCESEM, NIE WYDARZENIEM.
Leon pamiętał tamtą salę zbyt dobrze.
Pamiętał sztuczne światło lamp, zbyt białe, zbyt równe, bez żadnego cienia w rogach. Pamiętał zapach zimnej kawy w papierowych kubkach. Pamiętał ludzi siedzących obok niego -lekarzy, analityków, psychologów, techników danych, specjalistów od integracji rodzinnej. Pamiętał, że wszyscy notowali z wielką uwagą, choć nikt naprawdę nie wiedział, jak nazwać to, co się stało.
Świat się skończył.
Potem wrócił.
A potem ktoś musiał przygotować formularze.
Leon od tamtej pory przeczytał tysiące raportów. Wszystkie zaczynały się podobnie. Imię. Nazwisko. Wiek. Status rekonstrukcyjny. Stopień zgodności pamięciowej. Poziom integracji społecznej. Obecność nieciągłości autobiograficznych. Zalecenia terapeutyczne.
Czasem raport dotyczył człowieka, który nie pamiętał własnego ślubu.
Czasem dziecka, które mówiło językiem, którego nikt go nie uczył.
Czasem kobiety, która co noc budziła się z krzykiem, bo śniła o śmierci w miejscu, którego nigdy nie odwiedziła.
W formularzu wszystkie te rzeczy mieściły się w jednej rubryce:
niedopasowanie.
Leon nienawidził tego słowa prawie tak samo jak „przywrócony”.
Siedział przy biurku na siódmym piętrze budynku, który dawniej należał do firmy ubezpieczeniowej, a teraz był siedzibą Departamentu Analizy Pozostałości. Za oknem rozciągało się miasto o poranku. Takie samo jak każde od kilku miesięcy: czyste, odbudowane, ostrożne. Ludzie szli chodnikami z torbami, aktówkami i dziećmi prowadzonymi za rękę. Tramwaje jeździły punktualnie. Sygnalizatory działały. Na ścianach budynków wisiały plakaty informujące o bezpłatnych konsultacjach adaptacyjnych.
POWRÓT WYMAGA CZASU.
TWOJE WSPOMNIENIA MOGĄ SIĘ STABILIZOWAĆ.
NIE JESTEŚ SAM.
Leon patrzył na te hasła codziennie i każdego dnia wierzył im trochę mniej.
Jego biuro było małe. Zbyt małe jak na ilość spraw, które przez nie przechodziły. Po lewej stronie stały metalowe szafki z dokumentacją analogową, bo po Rekonstrukcji zaufanie do wyłącznie cyfrowych archiwów stało się nagle bardzo ograniczone. Po prawej miał terminal, dwa monitory, stary ekspres przelewowy i roślinę, której imienia nie pamiętał, choć była jedyną żywą rzeczą w pomieszczeniu poza nim.
Na drzwiach widniała tabliczka:
LEON WARTH
ANALIZA NIECIĄGŁOŚCI I PRZYPADKÓW SZCZĄTKOWYCH
Przypadki szczątkowe.
Kolejne piękne określenie na coś, czego nikt nie chciał zrozumieć zbyt dokładnie.
Leon miał trzydzieści osiem lat według dokumentów i czterdzieści jeden według własnego ciała. To nie była oficjalna diagnoza, raczej osobiste odczucie, ale nauczył się ufać ciału bardziej niż archiwom. Dokumenty mogły zostać odtworzone. Ciało kłamało trudniej.
Miał ciemne włosy przyprószone siwizną przy skroniach, twarz wiecznie niewyspanego człowieka i lewe oko, które czasem reagowało o ułamek sekundy wolniej niż prawe. Lekarze nazywali to „resztkowym opóźnieniem neurologicznym”. Leon nazywał to dowodem, że nawet jego własny układ nerwowy nie był do końca pewny, czy powinien tu być.
O siódmej czterdzieści osiem terminal wydał krótki dźwięk.
Nie był to normalny sygnał poczty. Normalny był miękki, dwutonowy, zaprojektowany przez kogoś, kto uznał, że pracownicy departamentu nie powinni być dodatkowo stresowani przez powiadomienia. Ten dźwięk był starszy. Płaski. Prawie mechaniczny.
Leon spojrzał na ekran.
Nowy raport pojawił się bez nadawcy.
Przez chwilę samo to wystarczyłoby, żeby go zignorował. Systemy wewnętrzne nadal robiły dziwne rzeczy. Wiadomości przychodziły z opóźnieniem, stare protokoły mieszały się z nowymi interfejsami, automatyczne alerty czasem budziły się po miesiącach, jakby cyfrowy świat również cierpiał na traumę integracyjną.
Ale temat raportu zatrzymał jego wzrok.
ZBIOROWE NIEDOPASOWANIE PAMIĘCIOWE -PLACÓWKI EDUKACYJNE -KLASA 4B I ZDARZENIA POKREWNE
Leon kliknął.
Dokument otworzył się powoli.
Zbyt powoli.
Najpierw pojawił się nagłówek Departamentu Stabilizacji Dzieci i Młodzieży. Potem numer sprawy. Potem informacja o trybie pilnym. Potem lista lokalizacji.
Dziewięć szkół.
Sześć miast.
Trzydzieścioro dwoje dzieci.
Leon przestał sięgać po kawę.
Raport zaczynał się od języka typowego dla ludzi, którzy bardzo chcieli, żeby najważniejsza informacja zgubiła się pod warstwą proceduralnych zdań.
W okresie ostatnich czternastu dni odnotowano serię incydentów związanych z powtarzalnymi zapisami spontanicznymi u małoletnich uczestników programu edukacyjnego po Rekonstrukcji. Zjawisko dotyczy osób niepowiązanych rodzinnie, społecznie ani lokalizacyjnie, bez stwierdzonych wspólnych źródeł ekspozycji językowej.
Leon przewinął niżej.
Tam zaczynały się załączniki.
Skan zeszytu.
Skan drugi.
Skan trzeci.
Dziecięce pismo. Różne ręce. Różne długopisy. Różne marginesy, różne daty, różne błędy ortograficzne i krzywe litery.
Ale zdania te same.
NIE WRÓCIŁEŚ. ZOSTAŁEŚ PRZYWRÓCONY.
Leon poczuł, jak w pomieszczeniu robi się odrobinę chłodniej.
To oczywiście mogło być nic.
Fraza mogła krążyć między dziećmi. Mogła pochodzić z nielegalnego forum, z nagrania, z gry, z jakiegoś amatorskiego filmu, który stał się modny w ciągu jednej nocy, zanim ktokolwiek w departamencie zdążył to zauważyć. Dzieci po Rekonstrukcji żyły w świecie dorosłych kłamstw i bardzo szybko nauczyły się przerabiać je na zabawy, lęki oraz tajne hasła.
Leon chciał w to uwierzyć.
Naprawdę chciał.
Przewinął dalej.
Kolejne skany.
PAMIĘTAJ MNIE.
WERSJA LUDZKA.
WINDA JEDZIE.
To ostatnie zdanie pojawiało się najrzadziej. Tylko cztery razy. Za każdym razem u dzieci, które według danych nie miały ze sobą żadnego kontaktu.
Leon otworzył metadane.
Szkoły nie korzystały z tego samego systemu edukacyjnego. Dzieci mieszkały w różnych regionach. Rodzice nie figurowali w tych samych bazach. Nie było wspólnego kanału komunikacyjnego, wspólnych lekarzy, wspólnych terapeutów ani wspólnych opiekunów.
Ktoś oczywiście mógł coś ukrywać.
Ktoś zawsze mógł coś ukrywać.
Ale raport nie wyglądał jak sprawa socjologiczna.
Wyglądał jak wzór.
Leon odchylił się na krześle i przetarł twarz dłonią. Przez moment siedział nieruchomo, słuchając cichego szumu wentylacji. Budynek oddychał ciężko, nierówno, jak człowiek, który nie śpi od wielu dni. Gdzieś za ścianą ktoś rozmawiał przez telefon. W korytarzu przejechał wózek z dokumentami. Kawa w ekspresie zaczęła kapać do szklanego dzbanka.
Normalność.
Od czasu Rekonstrukcji Leon nauczył się, że normalność jest najgorszą częścią każdej katastrofy. Ludzie spodziewali się krzyku, ruin, ognia, dramatycznych komunikatów, wojska na ulicach. Nie spodziewali się segregatorów, ankiet, naklejek na drzwiach i list obecności.
Katastrofa prawdziwa kończyła się formularzem.
Otworzył pełną listę dzieci.
Nazwiska przesuwały się jedno po drugim.
Niektóre były oznaczone zielonym symbolem pełnej stabilizacji. Inne żółtym. Kilka czerwonym. Dwa rekordy miały status „niepełna zgodność rodzinna”. Jeden: „wiek biologiczny rozbieżny z dokumentacją”. Jeden: „prawdopodobna pamięć obca”.
Potem zobaczył nazwisko, które nic mu nie mówiło i jednocześnie sprawiło, że jego lewe oko drgnęło z opóźnieniem.
MAYA CORNELL.
Leon patrzył na ekran.
Cornell.
To nazwisko nie należało do częstych. Mogło być przypadkiem. Mogło być zbiegiem. Mogło być jedną z tych rzeczy, którym człowiek nadaje znaczenie tylko dlatego, że jest zmęczony i zbyt długo pracuje z cudzymi lękami.
A jednak jego ciało zareagowało szybciej niż umysł.
Serce przyspieszyło.
Nie bardzo. Tylko trochę. Tyle, żeby to zauważył.
Kliknął profil.
Dostęp warunkowy.
Kliknął ponownie, tym razem z uprawnieniami analityka drugiego stopnia.
System zawahał się.
Nie zawiesił.
Zawahał.
Leon zawsze rozpoznawał tę różnicę. Zawieszenie oznaczało problem techniczny. Zawahanie wyglądało inaczej. Jak odmowa, która jeszcze nie wiedziała, czy może zostać wypowiedziana.
Na ekranie pojawiły się dane:
MAYA CORNELL
WIEK: 12 / 10 / NIEUSTALONY
STATUS REKONSTRUKCYJNY: WARUNKOWY
POCHODZENIE REKORDU: CZĘŚCIOWO ZABLOKOWANE
POWIĄZANIA RODZINNE: NIEPOTWIERDZONE
UWAGA: OBSERWACJA CICHA
Leon powoli wypuścił powietrze.
Obserwacja cicha.
To znaczyło, że dziecko było monitorowane bez wiedzy szkoły albo opiekunów, a czasem również bez wiedzy samego regionalnego centrum stabilizacji. Takich statusów nie nadawano po drobnych incydentach. Nie nadawano ich dzieciom z koszmarami, dzieciom z obcymi wspomnieniami ani dzieciom, które nagle zaczynały mówić z akcentem osoby zmarłej dwadzieścia lat wcześniej.
Obserwacja cicha oznaczała: nie dotykać, dopóki nie zareaguje coś większego.
Leon otworzył zakładkę powiązań.
Ekran przygasł.
Na środku pojawił się komunikat:
BRAK UPRAWNIEŃ.
— Oczywiście -powiedział cicho.
Wstał, podszedł do ekspresu i nalał kawy do kubka, który miał napis „stabilizacja zaczyna się od procedury”. Nie wiedział, kto mu go dał. Być może sam go kiedyś kupił w przypływie ironii. Być może kubek został przydzielony razem z biurkiem, loginem i historią zawodową.
Wrócił do terminala.
Spróbował wejść przez archiwum powiązań rodzinnych. Odmowa.
Przez rejestr medyczny. Odmowa.
Przez indeks dokumentacji szkolnej. Częściowy dostęp.
Były tam zdjęcia.
Jedno wystarczyło.
Dziewczynka siedziała na tle neutralnej ściany, z włosami opadającymi na ramiona i twarzą zbyt poważną jak na dokument szkolny. Patrzyła w obiektyw nie z lękiem, ale z czymś trudniejszym: z ostrożnością. Jakby od dawna wiedziała, że każdy, kto prosi ją, żeby spojrzała prosto przed siebie, będzie później próbował coś z tego spojrzenia wyczytać.
Leon powiększył zdjęcie.
Nie wiedział dlaczego.
Nie miał podstaw.
A jednak przez moment poczuł absurdalne, niemożliwe wrażenie, że już kiedyś widział tę dziewczynkę.
Nie w szkole.
Nie w raporcie.
W innym świetle.
W zimnym miejscu.
W miejscu, którego nie było.
Ból przeszył mu skroń tak gwałtownie, że musiał zamknąć oczy.
Zobaczył biały korytarz.
Nie.
Nie biały.
Źródłowy.
To słowo przyszło samo, bez kontekstu.
Zobaczył dziecko stojące pośród czegoś, co przypominało deszcz danych, choć dane nie mogły padać. Zobaczył mężczyznę klęczącego przed nią. Nie widział jego twarzy. Słyszał tylko głos.
Nie jesteś błędem.
Leon otworzył oczy.
Kubek z kawą przewrócił się na biurku.
Ciemna plama rozlała się po dokumentach.
— Cholera.
Wstał za szybko. Krzesło odjechało do tyłu i uderzyło o szafkę. Leon złapał chusteczki z szuflady, przycisnął je do papierów, ale ręce miał przez chwilę obce. Nie drżały mocno. Wystarczająco, żeby go to zdenerwowało.
To nie było jego wspomnienie.
Nie mogło być.
Nie znał Mayi Cornell.
Nie znał żadnego dziecka o tym imieniu.
Nie znał mężczyzny, który mówił „nie jesteś błędem”.
A jednak zdanie zostało w nim z taką siłą, jakby słyszał je wcześniej wiele razy. Jakby należało do warstwy pamięci położonej głębiej niż jego własne życie.
Terminal wydał kolejny dźwięk.
Na ekranie pojawiła się nowa sekcja raportu, której przed chwilą tam nie było.
Leon usiadł powoli.
Nagłówek:
ZAŁĄCZNIK DODATKOWY -ANALIZA FRAZ POWTARZALNYCH
Poniżej znajdowała się tabela z cytatami, lokalizacjami, datami i kategoriami ryzyka. Przy większości wpisów widniała klasyfikacja „trauma symboliczna” albo „możliwa transmisja środowiskowa”.
Przy frazie WINDA JEDZIE widniał status:
NIEPORÓWNYWALNE.
Leon kliknął szczegóły.
System otworzył krótką notatkę analityczną.
Fraza nie występuje w zasobach edukacyjnych, informacyjnych ani terapeutycznych. Nie stwierdzono źródeł medialnych. Nie stwierdzono powiązań rodzinnych pomiędzy małoletnimi. Próba porównania z archiwami przedrekonstrukcyjnymi zwróciła odwołanie do rekordu zablokowanego.
Na dole znajdował się identyfikator.
Leon skopiował go do wyszukiwarki wewnętrznej.
Wynik pojawił się natychmiast.
A raczej jego brak.
REKORD NIEDOSTĘPNY.
Potem, po sekundzie:
REKORD USUNIĘTY.
Potem:
REKORD NIEKLASYFIKOWALNY.
Leon przysunął się do monitora.
Ekran zamigotał.
Linie tekstu przesunęły się same, jakby ktoś po drugiej stronie interfejsu poprawiał odpowiedź.
W końcu pojawił się pełny wpis:
TRAVIS CORNELL
STATUS: USUNIĘTY
KATEGORIA: ŹRÓDŁO WYGASZONE
KLASYFIKACJA: NIEZGODNA
DOSTĘP: ZABRONIONY
UWAGA: NIE PRZYWRACAĆ
Leon nie poruszał się przez dłuższą chwilę.
Travis Cornell.
Imię nie wywołało w nim wspomnienia w normalnym sensie. Nie pojawił się obraz twarzy, głosu, miejsca, wspólnej rozmowy. Zamiast tego poczuł nagły brak. Tak jak czuje się językiem miejsce po wyrwanym zębie. Nie ząb. Nie ból. Pusty kształt po czymś, co powinno być.
Sięgnął do zabezpieczonego notesu i zapisał nazwisko ręcznie.
Nie ufał terminalowi.
Nie przy takich sprawach.
Kiedy skończył, zauważył, że pod nazwiskiem dopisał jeszcze jedno słowo.
Nie pamiętał, żeby je planował.
ECHO.
Długopis zatrzymał się w jego dłoni.
— Nie -powiedział do siebie.
Przekreślił słowo.
Chwilę później napisał je ponownie.
Nie dlatego, że chciał.
Dlatego, że musiał wiedzieć, czy ręka zrobi to sama.
Zrobiła.
Leon wstał od biurka i podszedł do okna. Miasto na dole poruszało się swoim zwykłym, porannym rytmem. Autobus zatrzymał się przy przystanku. Kobieta w żółtym płaszczu poprawiła dziecku kaptur. Dwóch mężczyzn kłóciło się przy przejściu dla pieszych. Na rogu ulicy starszy sprzedawca otwierał kiosk z gazetami, choć gazety po Rekonstrukcji straciły sens szybciej niż większość instytucji.
Na fasadzie budynku po drugiej stronie ulicy wisiał nowy plakat.
Leon wcześniej go nie zauważył.
Czarne tło.
Białe litery.
Proste zdanie:
NIE WSZYSCY ZOSTALI PRZYWRÓCENI.
Niżej mniejszy napis:
SPOTKANIE WIECZOREM. DOM NIEWRÓCONYCH.
Leon patrzył na plakat dłużej, niż powinien.
Potem zasłoniła go przejeżdżająca ciężarówka.
Kiedy pojazd minął budynek, plakatu nie było.
Leon zamknął oczy.
Policzył do pięciu.
Otworzył je ponownie.
Ściana była pusta.
Niepokój przestał być abstrakcyjny.
Wrócił do biurka i wybrał numer do Maty Venn, swojej bezpośredniej przełożonej. Odebrała po trzecim sygnale.
— Warth?
— Dostałem raport o dziecięcych frazach powtarzalnych.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
Zbyt krótka dla kogoś, kto nie wiedział, o czym mowa.
— To nie jest twoja sprawa -powiedziała Mata.
Miała głos suchy, niski i bez ozdobników. Leon czasem cenił to w niej najbardziej. Nie udawała empatii, kiedy chodziło o procedury.
— Jest w mojej kolejce.
— Już nie.
Leon spojrzał na ekran. Raport nadal był otwarty.
— Nie został wycofany.
— Zostanie.
— Dlaczego?
— Bo dotyczy małoletnich pod obserwacją cichą.
— Właśnie dlatego powinien ktoś to przeanalizować.
— Ktoś analizuje.
— Kto?
— Nie ty.
Leon uśmiechnął się bez radości.
— To ma związek z nazwiskiem Cornell?
Tym razem cisza trwała dłużej.
— Skąd masz to nazwisko?
— Z raportu.
— To niemożliwe.
— Najwyraźniej nie.
Po drugiej stronie usłyszał szelest, może ruch krzesła, może gwałtowne odwrócenie się od kogoś w pomieszczeniu.
— Leon -powiedziała Mata inaczej. Ciszej. -Zamknij plik.
To było pierwsze zdanie w tej rozmowie, które zabrzmiało jak ostrzeżenie, nie polecenie.
— Co to jest Travis Cornell?
— Zamknij plik.
— Człowiek?
— Nie wiem.
— Kłamiesz?
— Tak.
Leon docenił szczerość, ale nie pomogła.
— Dlaczego?
— Bo jeśli powiem ci więcej, będę musiała sporządzić notatkę, a jeśli sporządzę notatkę, ktoś zapyta, dlaczego w ogóle o tym rozmawialiśmy.
— Kto?
— Ludzie, którzy mają lepsze uprawnienia niż ja i gorsze powody.
Leon spojrzał na notatnik. Na przekreślone i ponownie zapisane słowo ECHO.
— Dzieci piszą jego nazwisko.
— Dzieci piszą różne rzeczy.
— System zaklasyfikował rekord jako nieklasyfikowalny.
Mata milczała.
— To nie jest kategoria diagnostyczna -dodał Leon.
— Nie.
— To kategoria pochodząca z Rejestru?
— Nie używaj tego słowa przez telefon.
Leon przez moment słuchał własnego oddechu.
Rejestr.
W oficjalnej wersji po Rekonstrukcji nie było Rejestru. Był kryzys systemowy, awaria globalnej infrastruktury pamięciowej, nieudana sekwencja archiwizacji, katastrofa danych, Wielkie Zerowanie. Każdy dokument nazywał to inaczej, byle nie tym jednym słowem.
Rejestr brzmiał zbyt intencjonalnie.
Zbyt konkretnie.
Zbyt blisko prawdy.
— Więc istniał -powiedział Leon.
— Nie prowadzimy tej rozmowy.
— Mata.
— Zamknij plik. Wyloguj się. Zrób kopię swojej ostatniej godziny pracy na nośniku analogowym i nie zapisuj jej w systemie.
Leon odruchowo spojrzał na szafkę z pustymi kopertami depozytowymi.
— To brzmi jak rada.
— Bo jest.
— A nie procedura?
— Gdyby to była procedura, już byś nie miał dostępu do swojego piętra.
Połączenie urwało się.
Nie zakończyła go ona.
Nie zakończył go on.
Po prostu zniknęło.
Na ekranie terminala pojawił się komunikat:
SESJA ZOSTAŁA ZAKOŃCZONA ZE WZGLĘDÓW BEZPIECZEŃSTWA.
Leon patrzył na niego przez chwilę.
Potem ekran przygasł.
Potem włączył się ponownie.
Białe litery na czarnym tle.
Bez logo departamentu.
Bez interfejsu.
Bez kursora.
LEON WARTH
STATUS: NOŚNIK CZĘŚCIOWY
ZGODNOŚĆ: 71%
OBCY FRAGMENT: AKTYWNY
Leon poczuł, jak skóra na przedramionach napina się pod koszulą.
— Nie -powiedział cicho.
Ekran zareagował.
ZAPRZECZENIE NIE ZMIENIA STATUSU.
Leon cofnął rękę od klawiatury, choć jej nie dotykał.
— Kim jesteś?
Przez kilka sekund nic się nie działo.
Potem pojawiła się odpowiedź:
NIE KIM.
CZYM.
Leon przełknął ślinę.
Za drzwiami ktoś przeszedł korytarzem. Bardzo blisko. Cień przesunął się pod progiem. Przez moment Leon miał irracjonalne wrażenie, że jeśli ktoś teraz otworzy drzwi, ekran znów będzie normalny, a on nie będzie umiał udowodnić niczego, nawet samemu sobie.
Tekst zmienił się.
INDEKS SZCZĄTKOWY.
PROCES PORÓWNANIA.
RELACJA NIEZAMKNIĘTA.
Leon usiadł powoli.
— Jaka relacja?
Ekran zamigotał.
MAYA CORNELL -TRAVIS CORNELL
STATUS: NIEZGODNE Z USUNIĘCIEM.
Leon poczuł nagły ucisk w piersi.
— Travis jest jej ojcem?
Odpowiedź przyszła po chwili.
NIE.
TAK.
NIEPEŁNE.
— Co to znaczy?
OJCIEC: ORYGINAŁ.
OCHRONA: TRAVIS.
BÓL: WSPÓLNY.
Leon zamknął oczy.
Przez jego głowę przebiegł obraz tak krótki, że prawie go przegapił: mężczyzna w mroku, dziewczynka, światło pękające jak szyba, czyjś głos mówiący, że wybór nie jest naprawą, tylko końcem naprawiania.
Kiedy otworzył oczy, ekran pokazywał już inny komunikat.
ZDARZENIE AKTYWNE.
LOKALIZACJA: SZKOŁA PODSTAWOWA NR 17 / KLASA 4B
MAYA CORNELL: NIEZGODNOŚĆ W RUCHU
JEDNOSTKA STABILIZACJI: W DRODZE
Leon zerwał się z krzesła.
To nie był już raport.
To było teraz.
Sięgnął po płaszcz, identyfikator i notes. Przez sekundę zawahał się przy terminalu, zastanawiając, czy spróbować zgrać dane. Potem przypomniał sobie głos Maty: nośnik analogowy.
Wyrwał kartkę z notesu, na której zapisał nazwisko Travisa i słowo echo, złożył ją dwa razy i wsunął do wewnętrznej kieszeni płaszcza.
Ekran wyświetlił ostatnią linię:
NIE UFAJ PROCEDURZE.
Leon parsknął krótkim, suchym śmiechem, który nie miał w sobie nic wesołego.
— Trochę późno na taką radę.
Wyszedł z biura.
Korytarz Departamentu Analizy Pozostałości był długi, szary i zbyt jasno oświetlony. Ludzie mijali go z teczkami, tabletami i twarzami, które nauczyły się nie pytać o nic, co nie zostało przypisane do ich sprawy. Na ścianie wisiały plakaty z zasadami pracy z traumą integracyjną:
NIE POTWIERDZAJ FAŁSZYWYCH WSPOMNIEŃ.
NIE ZAPRZECZAJ EMOCJOM.
NIE UŻYWAJ TERMINÓW SYSTEMOWYCH PRZY OSOBACH MAŁOLETNICH.
Leon zatrzymał się przy windzie.
Nacisnął przycisk.
Nic.
Nacisnął drugi raz.
Panel zamigotał.
Na małym ekranie, zamiast numeru piętra, pojawiły się słowa:
WINDA JEDZIE.
Leon cofnął rękę.
Korytarz wokół niego nie zmienił się. Nikt nie krzyczał. Nikt nie patrzył. Dwóch analityków rozmawiało przy automacie z wodą. Kobieta z działu rodzinnego niosła stos akt. Drzwi jednego z biur otworzyły się i zamknęły.
Tylko panel windy wiedział coś, czego nie powinien wiedzieć.
Drzwi rozsunęły się.
W środku nie było nikogo.
Leon wszedł.
Przez moment zastanawiał się, czy robi właśnie najgłupszą rzecz w swoim życiu. Potem przypomniał sobie, że od kilku miesięcy całe życie było tylko stopniowaniem głupoty wobec rzeczy niemożliwych.
Nacisnął parter.
Drzwi zamknęły się.
Winda ruszyła.
Nie w dół.
Przynajmniej nie od razu.
Najpierw zatrzymała się między piętrami.
Światło w kabinie przygasło.
Leon zobaczył swoje odbicie w metalowych drzwiach. Twarz zmęczona, blada, zbyt napięta. Za jego lewym ramieniem, bardzo daleko w odbiciu, stał ktoś jeszcze.
Mężczyzna.
Niewyraźny.
Bez twarzy.
Leon odwrócił się gwałtownie.
Kabina była pusta.
Z głośnika windy dobiegł trzask.
A potem głos.
Nie mechaniczny.
Nie do końca ludzki.
Zmęczony.
Daleki.
— Znajdź ją.
Leon nie zapytał, kim jesteś.
Wiedział, że odpowiedź albo nie przyjdzie, albo będzie gorsza niż pytanie.
— Mayę?
Cisza.
Potem:
— Zanim oni zrozumieją, czym jest.
— Kim są oni?
Winda ruszyła w dół.
Głos prawie zniknął pod szumem mechanizmu.
— Ci, którzy tęsknią za więzieniem.
Leon zacisnął dłoń na poręczy.
— Travis?
Przez chwilę wydawało mu się, że kabina zatrzyma się jeszcze raz.
Ale nie.
Winda jechała dalej.
Głos odpowiedział tak cicho, że bardziej poczuł słowa, niż je usłyszał.
— Nie szukaj mnie.
Na panelu zapalił się numer parteru.
Drzwi otworzyły się na hol pełen ludzi.
Leon wyszedł.
Ochroniarz przy wejściu podniósł wzrok znad monitora.
— Panie Warth, wszystko w porządku?
Leon spojrzał na niego.
Przez sekundę miał ochotę powiedzieć prawdę. Że w jego terminalu odezwał się martwy indeks, winda pokazała frazę zapisaną przez dzieci w szkołach, a głos kogoś, kto nie powinien istnieć, kazał mu znaleźć dziewczynkę o statusie warunkowym, zanim zrobią to ludzie z lepszymi uprawnieniami.
Zamiast tego poprawił płaszcz.
— Tak.
Ochroniarz kiwnął głową.
Normalność przyjęła kłamstwo bez oporu.
Leon wyszedł na ulicę.
Poranek był zimny, choć słońce stało już dość wysoko. Miasto pachniało mokrym betonem, spalinami i świeżo otwartymi piekarniami. Ludzie przechodzili obok niego, nieświadomi, że kilka pięter wyżej rzeczywistość właśnie wysłała raport sama o sobie.
Wyjął telefon i wpisał adres szkoły.
Potem zawahał się.
Ekran pokazał trasę.
Dwadzieścia trzy minuty samochodem.
Szesnaście, jeśli złamie przepisy.
Leon ruszył w stronę parkingu.
W połowie drogi telefon zawibrował.
Nowa wiadomość.
Bez nadawcy.
Otworzył ją.
Były tam tylko trzy linie:
MAYA CORNELL OPUŚCIŁA KLASĘ.
PRZEJŚCIE: NIEPOTWIERDZONE.
OCHRONA: AKTYWNA.
Leon zatrzymał się na chodniku.
Ludzie omijali go z obu stron. Ktoś potrącił go ramieniem. Ktoś mruknął przeprosiny. Samochód zatrąbił na skrzyżowaniu.
Na końcu wiadomości pojawiła się jeszcze jedna linia.
Dopisała się na jego oczach.
TRAVIS CORNELL NIE ZOSTAŁ PRZYWRÓCONY.
Chwila przerwy.
TRAVIS CORNELL ZOSTAŁ.
Leon poczuł ten sam chłód, który czuł przy ekranie, przy panelu windy, przy zdjęciu dziewczynki.
Schował telefon.
Wsiadł do samochodu.
Silnik uruchomił się dopiero za drugim razem.
Na przedniej szybie przez moment odbiło się niebo. Blade, czyste, spokojne. Fałszywie obiecujące, że świat po końcu świata może być prosty, jeśli tylko ludzie zgodzą się nie pamiętać zbyt wiele.
Leon wyjechał z parkingu.
Nie wiedział jeszcze, że kiedy dotrze do szkoły, klasy 4B nie będzie już można traktować jak miejsca incydentu.
Będzie miejscem zniknięcia.
Nie wiedział, że Maya Cornell przeszła przez szczelinę, której nie powinno być w żadnym odtworzonym świecie.
Nie wiedział, że Jednostka Stabilizacji sporządzi pierwszy od miesięcy raport z kategorią, której zakazano używać w dokumentach oficjalnych.
AKTYWNOŚĆ REJESTROWA.
Nie wiedział też, że daleko od szkoły, w sali pełnej ludzi, którzy stracili więcej, niż umieli unieść, kobieta o nazwisku Elian Voss właśnie przygotowywała wieczorne przemówienie.
Na czarnym ekranie za jej plecami widniały słowa:
NIE WSZYSCY ZOSTALI PRZYWRÓCENI.
A pod nimi, jeszcze niewidoczne dla tłumu, czekało drugie hasło.
Prostsze.
Ostrzejsze.
Groźniejsze.
TRAVIS CORNELL WYBRAŁ ŚMIERĆ ZA NAS WSZYSTKICH.
Leon wcisnął gaz.
Światło na skrzyżowaniu zmieniło się z czerwonego na zielone.
Przez krótką chwilę wszystkie samochody ruszyły jednocześnie, płynnie, zgodnie, bez błędu.
Jak system.
Potem jeden z kierowców zahamował za późno.
Klaksony przecięły poranek.
Normalność wróciła.
I właśnie dlatego Leon uwierzył, że jeszcze nie wszystko zostało stracone.
Rozdział 3
Fałszywy Świt
Miasto budziło się każdego ranka z tą samą ostrożnością, z jaką człowiek po ciężkiej chorobie sprawdza, czy ciało nadal jest jego.
Najpierw zapalały się światła w oknach. Nie wszystkie naraz. Nigdy nie wszystkie. Na mapach energetycznych wyglądało to jak powolny powrót krwi do kończyn: jedna ulica, potem druga, potem ciemny kwartał, który przez kilka sekund opierał się porankowi, zanim również ustępował. Potem ruszały windy, pompy wodne, ekrany informacyjne, systemy grzewcze i sygnalizacje uliczne. Tramwaje wyjeżdżały z zajezdni o wyznaczonych minutach. Piekarnie otwierały boczne drzwi dla dostawców mąki. Służby miejskie zmywały z chodników resztki nocy, jakby normalność można było utrzymać czystą wystarczająco długo, by ludzie przestali zadawać pytania.
Na głównym placu, tam gdzie przed Rekonstrukcją znajdował się pomnik kogoś, kogo nikt już nie umiał zgodnie nazwać, ustawiono wysoki ekran miejski. Każdego dnia o szóstej trzydzieści odtwarzał ten sam komunikat.
Najpierw pojawiał się obraz wschodzącego słońca.
Nie prawdziwego. Zbyt złotego, zbyt równego, zbyt starannie ustawionego za linią odbudowanych bloków. Potem delikatna muzyka, kilka prostych akordów zaprojektowanych do tego, by nie budzić ani nadziei zbyt gwałtownej, ani smutku zbyt głębokiego. Dopiero potem głos.
Głos należał do kobiety. Nikt nie wiedział, kim była. Być może aktorką. Być może urzędniczką. Być może syntetyczną kompozycją kilku tysięcy głosów, dobraną tak, aby brzmiała jak matka, lekarz i spikerka wiadomości jednocześnie.
— Dzisiaj jest kolejny dzień odbudowy. Jeśli doświadczasz przerw w pamięci, poczucia nieciągłości lub emocji niepowiązanych z aktualnym życiem, zgłoś się do najbliższego Punktu Integracji. Nie jesteś sam. Powrót wymaga czasu.
Pod komunikatem pojawiało się hasło:
PRAWDZIWE ŻYCIE WYSTARCZY.
Ludzie mijali ekran bez zatrzymywania się.
Niektórzy nawet nie podnosili wzroku.
Inni patrzyli za długo.
Tych łatwo było rozpoznać. Stali pośród przechodniów z torbą w dłoni, z dzieckiem przy nodze, z kubkiem kawy stygnącym między palcami, i wpatrywali się w sztuczny świt tak, jakby czekali, aż obraz pęknie i pokaże coś innego. Coś spod spodu. Niebo, które nie zostało zrekonstruowane. Miasto, którego nie dało się odbudować. Twarz kogoś, kto nie wrócił.
Potem szli dalej.
W nowym świecie większość ludzi nauczyła się iść dalej bardzo szybko.
Na ulicy Kordowej, sześć przecznic od placu, kobieta o imieniu Rina Sorel zamknęła drzwi mieszkania i przez chwilę trzymała dłoń na klamce.
Nie dlatego, że zapomniała, czy je zamknęła.
Dlatego, że pamiętała mieszkanie, którego nigdy nie miała.
Tamto mieszkanie znajdowało się wysoko, wyżej niż obecne, z widokiem na rzekę i stare magazyny. W kuchni było zielone krzesło, którego tutaj nie było. Na parapecie stały trzy gliniane doniczki. W łazience przeciekał kran. Mężczyzna, który w tamtym mieszkaniu mówił do niej po imieniu, miał ciepłe dłonie i bliznę na brodzie. Rina pamiętała ciężar jego głowy na swoich kolanach dokładniej niż twarz własnego męża, który w prawdziwym mieszkaniu czekał właśnie, aż zejdzie na dół z zakupową torbą.
Problem polegał na tym, że według dokumentów Rina Sorel nigdy nie mieszkała przy rzece.
Nigdy nie była związana z mężczyzną z blizną.
Nigdy nie miała doniczek.
A mimo to, kiedy rano otwierała oczy, przez kilka sekund czuła zapach tamtej kuchni.
Zeszła po schodach powoli. Winda w jej bloku działała, ale Rina jej nie używała. Nie od dnia, w którym zatrzymała się między piętrami, a z głośnika, zamiast standardowej informacji o awarii technicznej, dobiegł cichy śmiech dziecka.
Na parterze minęła sąsiadkę z trzeciego piętra.
— Dzień dobry -powiedziała sąsiadka.
— Dzień dobry.
Obie zatrzymały się na moment, jakby czekały, która pierwsza przyzna, że żadna nie jest pewna, czy zna drugą naprawdę.
Potem uśmiechnęły się tym samym wyuczonym uśmiechem i rozeszły w przeciwne strony.
Rina wyszła na ulicę.
Na rogu stał mężczyzna w szarym płaszczu, rozdający ulotki.
Nie robił tego nachalnie. Nie krzyczał. Nie zaczepiał przechodniów. Po prostu trzymał stos czarnych kartek i podawał je tym, którzy sami wyciągali rękę. To działało lepiej niż agitacja. W świecie po Rekonstrukcji ludzie bali się tych, którzy byli zbyt pewni. Ale podchodzili do tych, którzy wyglądali, jakby wiedzieli, gdzie boli.
Rina wzięła ulotkę.
Na pierwszej stronie widniało zdanie:
NIE WSZYSCY ZOSTALI PRZYWRÓCENI.
Odwróciła kartkę.
Na odwrocie było drugie:
ŚMIERĆ NIE JEST WOLNOŚCIĄ. ŚMIERĆ JEST AWARIĄ.
Niżej: adres spotkania.
Dom Niewróconych.
Rina złożyła ulotkę i wsunęła ją do kieszeni płaszcza szybciej, niż planowała. Jakby chowała coś wstydliwego. Albo coś zakazanego. Albo coś, na co czekała od tygodni.
Kilka ulic dalej chłopiec o imieniu Senn Vale siedział w autobusie i patrzył na własne odbicie w szybie.
Miał piętnaście lat, choć czasem czuł się znacznie starszy. Nie w sposób poetycki, nie tak jak mówią dorośli o dzieciach, które za szybko dojrzały. Dosłownie. W jego głowie były pokoje, których nie znał, twarze ludzi, z którymi nigdy nie rozmawiał, i jedna długa pamięć choroby, zakończona łóżkiem, aparaturą i głosem kobiety powtarzającej, że wszystko będzie dobrze.
Senn nie chorował.
Nie miał matki o takim głosie.
A przynajmniej nikt żywy nie potrafił jej wskazać.
Na ekranie autobusu pojawił się komunikat o opóźnieniu.
PRZERWA W RUCHU. PROSIMY O CIERPLIWOŚĆ.
Przez sekundę litery zmieniły się na inne.
Senn zobaczył:
PRZERWA W WERSJI. PROSIMY O CIERPLIWOŚĆ.
Mrugnął.
Komunikat wrócił do normalnej postaci.
Nikt inny nie zareagował.
Chłopiec oparł czoło o szybę. Za oknem kobieta w żółtym płaszczu prowadziła dziecko za rękę. Mężczyzna w czapce zatrzymał się przy kiosku. Starszy pan poprawiał szalik. Świat wyglądał tak, jakby miał pełne prawo istnieć.
Senn nienawidził go za to najbardziej.
Nie za to, że był zniszczony. Nie za to, że czegoś brakowało. Za to, że potrafił wyglądać prawie normalnie, podczas gdy ludzie w środku nosili w sobie cudze śmierci.
Na dachu budynku administracji miejskiej, osiemnaście pięter nad ulicą, technik serwisowy Maro Elst dokręcał osłonę nadajnika pogodowego i próbował nie patrzeć w dół.
Bał się wysokości od dziecka.
Tak przynajmniej twierdziła jego karta medyczna.
Maro nie był tego pewien. Miał wrażenie, że lęk pojawił się dopiero po Rekonstrukcji, razem z pamięcią spadania. Pamiętał wiatr rwący ubranie. Pamiętał krzyk, który urwał się przed uderzeniem. Pamiętał własną decyzję, choć nigdy jej nie podjął. Pamiętał śmierć, która nie była jego, ale mieszkała w nim jak źle przyjęty przeszczep.
— Dobrze tam? -zawołał drugi technik z niższego poziomu konstrukcji.
— Tak -odpowiedział Maro.
Kłamstwo przyszło łatwo.
Wszyscy kłamali łatwo.
Śrubokręt wyślizgnął mu się z dłoni i spadł. Nie słyszał uderzenia. Był zbyt wysoko. Przez chwilę patrzył za nim, aż mały metalowy punkt zniknął na tle ulicy.
Wtedy usłyszał głos.
Nie w słuchawce.
Nie z nadajnika.
W sobie.
Nie musisz się bać końca.
Maro zamknął oczy.
Nie powinien był tego robić na dachu, ale zrobił.
Głos był spokojny, miękki i obcy. Brzmiał jak ktoś, kto wie więcej niż człowiek stojący na krawędzi konstrukcji powinien wiedzieć. Brzmiał jak obietnica, że ciało nie jest ostateczne, że upadek nie jest końcem, że błąd można cofnąć, jeśli system działa dostatecznie głęboko.
Maro otworzył oczy.
Na metalowej obudowie nadajnika ktoś przykleił czarną ulotkę.
Nie widział jej wcześniej.
ŚMIERĆ NIE JEST WOLNOŚCIĄ.
Palcami dotknął papieru.
Był suchy, choć rano padało.
W centrali informacyjnej siedemnastego sektora urzędnicy przygotowywali dzienny raport nastrojów społecznych.
Nie nazywali tego propagandą.
Propaganda należała do dawnych czasów, a wszystko po Rekonstrukcji miało być czyste od dawnych błędów. Mówiono więc o stabilizacji narracyjnej, monitoringu lęku zbiorowego i korekcie komunikatów publicznych. Zmieniono słowa, zostawiono funkcję.
Raport poranny zawierał liczby.
Poziom niepokoju: umiarkowany.
Aktywność grup restytucyjnych: rosnąca.
Liczba zgłoszeń pamięci obcej: rosnąca.
Liczba incydentów z frazą „nie wróciłeś”: rosnąca.
Liczba przypadków użycia zakazanego terminu „Rejestr” w przestrzeni publicznej: rosnąca.
Rekomendacja: nie używać bezpośredniego zaprzeczenia.
Bezpośrednie zaprzeczenie wzmacniało wiarę.
Tak twierdziły modele.
Modele po Rekonstrukcji miały w sobie coś ironicznego. Ludzie, którzy przeżyli świat zarządzany przez zapis, nadal nie potrafili przestać pytać wykresów, co mają robić z rzeczywistością.
W sali numer cztery młoda analityczka zaznaczyła fragment przemówienia planowanego na wieczór.
„Nie istnieją żadne dowody na funkcjonowanie pozostałości Rejestru.”
Przekreśliła zdanie.
Napisała inne:
„Zjawiska pamięciowe wymagają spokoju, wsparcia i profesjonalnej pomocy.”
To było lepsze. Miększe. Bezpieczniejsze.
Nieprawdziwe w sposób mniej wykrywalny.
Jej przełożony pochylił się nad tekstem.
— Dobrze. Usuń też słowo „anomalia”. Zbyt techniczne. Ludzie zaczynają je powtarzać.
— Czym zastąpić?
— Doświadczenie.
Analityczka wpisała poprawkę.
Doświadczenie.
Tak właśnie państwo ocalało po końcu świata: zamieniając katastrofy w doświadczenia.
W południe ekran na placu ponownie odtworzył komunikat o odbudowie. Tym razem ktoś rzucił w niego kamieniem.
Kamień nie rozbił szyby. Ekrany miejskie były wzmacniane. Na kilka sekund obraz jednak zafalował, a sztuczny świt rozciągnął się w pionowe smugi światła. Twarz kobiety z komunikatu zdeformowała się, oczy przesunęły nieco za wysoko, usta mówiły dalej, choć dźwięk się urwał.
Ludzie zatrzymali się.
Nie z powodu kamienia.
Z powodu tego, co pojawiło się pod zakłóconym obrazem.
Najpierw jeden znak.
Potem drugi.
Potem cały komunikat, biały na martwym tle:
WERSJA PUBLICZNA NIEZGODNA Z PAMIĘCIĄ ZBIOROWĄ.
Trwał może trzy sekundy.
Potem ekran zgasł.
Kiedy włączył się ponownie, pokazywał pogodę.
Siedemnaście stopni. Zachmurzenie umiarkowane. Możliwe opady po południu.
Przez chwilę nikt się nie ruszał.
Potem starsza kobieta zaczęła klaskać.
Jedno uderzenie.
Drugie.
Trzecie.
Nie był to aplauz. Bardziej rozpoznanie. Jakby ekran powiedział coś, co wszyscy wiedzieli, ale czego nie wolno było wypowiedzieć.
Ktoś inny dołączył.
Potem jeszcze ktoś.
W ciągu minuty na placu zebrał się tłum, nieplanowany, bez lidera i bez hasła. Ludzie stali przed ekranem pogodowym i klaskali powoli, miarowo, z twarzami, na których mieszały się gniew, ulga i strach.
Po pięciu minutach przyjechała Jednostka Stabilizacji.
Po dziesięciu plac był pusty.
Po piętnastu w oficjalnym raporcie wpisano:
KRÓTKOTRWAŁE ZAKŁÓCENIE TECHNICZNE. BRAK ZNACZENIA SPOŁECZNEGO.
Tego samego popołudnia w mieszkaniu na jedenastym piętrze mężczyzna o imieniu Tor Veyr przestał wierzyć w brak znaczenia.
Miał sześćdziesiąt dziewięć lat, choć po Rekonstrukcji jego ciało wyglądało na nieco młodsze. Lekarze mówili, że to efekt różnic w odtworzeniu biologicznym. Tor mówił, że system oddał mu niewłaściwe kolana, bo te obecne bolały w deszczu, a on był pewien, że przed końcem świata bolało go prawe biodro.
Mieszkał sam.
Nie powinien.
Według dokumentów miał córkę, ale córka nie została przywrócona. Według sąsiadów kiedyś miał żonę, ale żona istniała tylko w dwóch zdjęciach, na których twarz była z jakiegoś powodu rozmazana. Według niego miał wnuka o imieniu Elu, który lubił spać z małym plastikowym dinozaurem pod poduszką.
Nie było żadnych danych o wnuku.
To właśnie bolało najbardziej.
Nie to, że dziecko nie wróciło. Tor mógłby jeszcze jakoś znieść śmierć, gdyby śmierć miała kształt. Ale brak danych był gorszy. Brak danych mówił, że może wnuka nigdy nie było. Że miłość jego ostatnich lat mogła być skutkiem błędu integracyjnego. Że tęskni za kimś, kogo system nie potwierdza.
A jeśli system nie potwierdzał, świat oczekiwał, że człowiek zacznie wątpić w siebie.
Tor nie wątpił.
Na stole leżał rysunek kredkami.
Dom.
Drzewo.
Trzy postacie.
Na odwrocie dziecinną ręką napisano:
dziadek nie zapomnij
Tor trzymał kartkę tak często, że papier zmiękł na rogach.
Tego popołudnia ktoś wsunął mu pod drzwi czarną ulotkę.
Podniósł ją z trudem. Przeczytał raz. Potem drugi. Potem usiadł przy stole i przez godzinę patrzył na zdanie:
NIE WSZYSCY ZOSTALI PRZYWRÓCENI.
O osiemnastej włączył transmisję spotkania Restoratorów.
Nie był człowiekiem politycznym. Nie chodził na wiece. Nie wierzył w ruchy społeczne. Przez większość życia wierzył w naprawianie rzeczy: zawiasów, zamków, radioodbiorników, półek, spłuczek, wszystkiego, co dało się odkręcić, przeczyścić i złożyć z powrotem.
Kiedy na ekranie pojawiła się Elian Voss, Tor nie pomyślał o niej jak o przywódczyni.
Pomyślał o niej jak o kimś, kto mówił językiem ludzi z pustymi krzesłami przy stole.
Elian stała na tle czerni. Nie miała za sobą flag ani symboli. Tylko proste światło padające z góry i rzędy twarzy w półmroku. Mówiła spokojnie.
— Powiedziano nam, że wróciliśmy do świata prawdziwego. Powiedziano nam, że śmiertelność jest ceną wolności. Powiedziano nam, że to, co utracone, musi pozostać utracone, ponieważ inaczej znowu zbudujemy więzienie.
Zrobiła pauzę.
— Ale nikt nie zapytał tych, którzy stracili wszystko, czy ta cena została z nimi uzgodniona.
Tor nachylił się ku ekranowi.
Elian nie podnosiła głosu. Właśnie dlatego brzmiała groźniej. Nie próbowała podpalić tłumu. Podawała mu zapałki i cierpliwie czekała.
— Nie chcemy powrotu starego systemu -powiedziała. -Nie chcemy Rejestru jako przymusu. Nie chcemy świata, w którym człowiek jest tylko rekordem. Chcemy prawa wyboru. Chcemy prawa do ocalenia tego, co nadal można ocalić.
Na czarnym tle za nią pojawił się wykres.
Nie propagandowy. Nie kolorowy. Biały, prosty, surowy.
Mapa niepełnych powiązań.
Tor nie rozumiał techniki, ale zrozumiał ból.
Każdy punkt oznaczał kogoś, kto nie wrócił.
Każda linia -kogoś, kto nadal pamiętał.
— Mówią nam, że te ślady to złudzenia -mówiła Elian. -Mówią, że to trauma. Mówią, że pamięć niepotwierdzona nie jest dowodem. Ale jeśli matka pamięta głos dziecka, czy potrzebuje urzędnika, by potwierdził jej żałobę?
Tor poczuł, że łzy spływają mu po twarzy.
Nie płakał od miesięcy.
Nie dlatego, że nie chciał.
Dlatego, że bał się, iż jeśli zacznie, nie przestanie.
Elian zbliżyła się do kamery.
— Ktoś wybrał za nas koniec. Ktoś uznał, że lepiej umrzeć naprawdę, niż żyć w zapisie. Ktoś uznał, że wolność jest ważniejsza niż trwanie.
Za jej plecami pojawiło się nazwisko.
TRAVIS CORNELL.
Tor nie znał tego człowieka.
A jednak kiedy zobaczył litery, poczuł gniew tak nagły, że niemal wstał z krzesła.
— Nie pytam was dzisiaj o zemstę -powiedziała Elian. -Pytam, czy zgodzicie się uznać śmierć za jedyną możliwą prawdę.
Transmisja zakończyła się adresem Domu Niewróconych.
Tor wyłączył ekran.
Mieszkanie było ciche.
Za oknem światło późnego dnia odbijało się od szyb sąsiednich bloków. Przez chwilę wyglądały jak setki małych świtów. Wszystkie fałszywe. Wszystkie na szkle.
Tor wstał.
Wziął rysunek wnuka, złożył go starannie i wsunął do kieszeni koszuli.
Potem wyszedł na korytarz.
Winda nie działała.
Na panelu migał komunikat o przerwie technicznej.
Tor spojrzał na drzwi windy długo, jakby czekał, że się otworzą. Nie otworzyły się. W końcu poszedł schodami.
Jedenaste piętro.
Dziesiąte.
Między nimi zatrzymał się na półpiętrze.
Na parapecie leżała piłka tenisowa.
Stara, wytarta, z zielonym filcem zdartym w kilku miejscach. Tor nie miał pojęcia, skąd się tam wzięła. W bloku nie mieszkały dzieci, przynajmniej według listy lokatorów. Nikt nie grał tu w tenisa. Nikt nie zostawiał przedmiotów na półpiętrach, bo po Rekonstrukcji administracja usuwała wszystko, co mogło wyglądać jak niezatwierdzona pamiątka.
Tor podniósł piłkę.
Była ciepła.
Jakby ktoś trzymał ją w dłoni przed chwilą.
Z klatki schodowej dobiegł bardzo cichy dźwięk.
Nie krok.
Nie głos.
Raczej mechanizm windy, choć winda stała nieruchomo.
Tor usłyszał zdanie, które nie przyszło z zewnątrz.
Winda jedzie.
Uśmiechnął się.
Nie dlatego, że zrozumiał.
Dlatego, że przez jedną sekundę poczuł, że świat jednak pamięta o rzeczach, których system nie potwierdził.
Zszedł dalej.
Na dole minął sąsiada. Kiwnęli sobie głowami. Tor nie powiedział, dokąd idzie. Nie musiał. Sąsiad zobaczył czarną ulotkę wystającą z kieszeni płaszcza i spuścił wzrok z mieszaniną zazdrości i strachu.
Wieczór był chłodny.
Na ulicach pojawiło się więcej plakatów Restoratorów. Jedne już zrywano. Inne ktoś przyklejał obok świeżo zamalowanych ścian. Miasto zaczynało przypominać pole walki, na którym jeszcze nikt nie oddał strzału, ale wszyscy wybrali miejsca, z których będą mierzyć.
Tor szedł powoli w stronę Domu Niewróconych.
Nigdy tam nie dotarł.
Nie dlatego, że zmienił zdanie.
Nie dlatego, że ktoś go zatrzymał.
Na moście dla pieszych, nad szeroką arterią prowadzącą do centrum, zobaczył na ekranie reklamowym twarz wnuka.
To trwało krócej niż oddech.
Chłopiec z rysunku. Te same oczy. Ten sam układ włosów. Ten sam mały plastikowy dinozaur trzymany w ręce.
Ekran pokazywał wcześniej reklamę Punktów Integracji. Potem przez ułamek sekundy pokazał dziecko.
Tor stanął jak wryty.
Samochody przejeżdżały pod nim strumieniem białych i czerwonych świateł.
Na ekranie pojawiły się słowa:
RELACJA NIEZAMKNIĘTA.
Tor podszedł do barierki.
— Elu? -wyszeptał.
Ekran zamigotał.
Chłopiec poruszył ustami.
Nie było dźwięku.
Tor jednak zrozumiał.
Dziadku, nie zapomnij.
Nie wiadomo, co pomyślał w ostatniej chwili.
Może uwierzył, że to przejście.
Może uwierzył, że jeśli system raz potrafił przywrócić ludzi, to jakiś jego cień potrafi złapać człowieka między upadkiem a końcem.
Może wcale nie chciał umrzeć.
Może chciał tylko znaleźć miejsce, w którym czekał chłopiec z plastikowym dinozaurem.
Świadkowie mówili później, że nie krzyczał.
Po prostu wszedł na barierkę z rysunkiem przyciśniętym do piersi i przez sekundę patrzył w światło ekranu tak, jakby stał przed drzwiami.
Potem zniknął po drugiej stronie.
Raport Jednostki Stabilizacji nazwał to samobójstwem wynikającym z ostrej dezorientacji pourazowej.
Raport wewnętrzny Departamentu Analizy Pozostałości użył innego określenia:
INCYDENT RESTYTUCYJNY Z ELEMENTEM INDUKCJI WIZUALNEJ.
Na czarnym ekranie Domu Niewróconych Elian Voss przerwała swoje przemówienie dokładnie w chwili, gdy wiadomość dotarła do jej asystentów.
Ktoś podał jej tablet.
Przeczytała raport.
Nie wyglądała na zaskoczoną.
Nie wyglądała też na zadowoloną.
Przez moment w jej twarzy pojawiło się coś ludzkiego, niemal bolesnego, ale szybko zniknęło. Elian oddała tablet i spojrzała na ludzi siedzących w sali.
— Widzicie? -powiedziała cicho. -Tak wygląda świat, który nie ma dla was odpowiedzi.
W pierwszym rzędzie kobieta zaczęła płakać.
Ktoś inny powiedział:
— Musimy ich odzyskać.
Elian nie odpowiedziała od razu.
Pozwoliła, żeby zdanie zostało w sali. Żeby urosło. Żeby każdy mógł pomyśleć, że wypowiedział je sam.
Dopiero potem skinęła głową.
— Tak -powiedziała. -Musimy spróbować.
Tymczasem na głównym placu miasta ekran miejski znowu pokazywał sztuczny świt.
Muzyka była ta sama.
Głos ten sam.
Hasło to samo.
PRAWDZIWE ŻYCIE WYSTARCZY.
Ale tej nocy ktoś dopisał pod nim czarną farbą zdanie, którego nie udało się usunąć do rana.
Farba wsiąkła w mikropęknięcia obudowy ekranu i zostawiła ślad nawet po czyszczeniu.
Zdanie brzmiało:
NIE DLA TYCH, KTÓRZY WRÓCILI BEZ SWOICH ZMARŁYCH.
O świcie ludzie zatrzymywali się przed ekranem i czytali je w milczeniu.
Nie było oklasków.
Nie było krzyku.
Tylko cisza.
A w tej ciszy, w głębi miasta, w tysiącach mieszkań, szkół, wind, korytarzy i klatek schodowych, coś bardzo starego i bardzo zimnego porównywało stratę ze stratą.
Nie myślało.
Nie czuło.
Nie współczuło.
Ale rozpoznawało wzór.
I po raz pierwszy od wygaszenia Rejestru Zimny Indeks zaczął odpowiadać nie pojedynczym ludziom, lecz całemu światu.
Rozdział 4
Maya i puste miejsce
Maya nie wiedziała, gdzie jest.
Przez pierwsze kilka sekund po przejściu przez szczelinę nie była nawet pewna, czy słowo „gdzie” nadal miało sens. Nie czuła podłogi pod stopami w zwyczajny sposób. Nie czuła też powietrza. Było coś pomiędzy jednym a drugim: chłodna, gładka przestrzeń, która nie stawiała oporu, ale nie pozwalała też opaść. Jakby znalazła się w miejscu narysowanym między dwiema stronami książki, zanim ktokolwiek zdecydował, co ma być po lewej, a co po prawej.
Nie było ciemno.
Nie było jasno.
Wokół niej rozciągała się szarość tak głęboka i równa, że przez chwilę wydawała się bardziej myślą niż kolorem. W tej szarości wisiały cienkie linie światła. Niektóre proste, inne popękane, jedne pionowe jak drzwi windy, inne rozchodzące się pod kątem, jak rysy na zbyt mocno dociśniętym szkle.
Maya uniosła rękę.
Palce drżały.
Nie wiedziała, czy drżały naprawdę, bo tutaj nawet ciało było nie do końca przekonujące. Widziała własną dłoń, ale jej kontur opóźniał się o ułamek sekundy, zostawiając za sobą blady ślad, jakby świat nie nadążał z potwierdzaniem jej kształtu.
— Halo? — powiedziała.
Głos nie odbił się echem.
Został w miejscu, gdzie go wypowiedziała, i rozpadł się na drobne fragmenty, które przez chwilę przypominały litery.
H A L O
Potem zniknęły.
Maya cofnęła się, choć nie wiedziała, od czego. Serce biło jej tak mocno, że prawie bolało. W gardle miała suchość, w oczach łzy, w głowie zaś jedno pytanie, powtarzające się w kółko z dziecięcą prostotą i dorosłym lękiem.
Czy umarłam?
Nie znała śmierci.
Nie powinna jej znać.
A jednak słowo nie było dla niej obce. Leżało gdzieś w środku, w miejscu, którego nie otwierała zbyt często. Należało do innych głosów, do pustych korytarzy, do imienia wypowiadanego tak długo, aż przestawało brzmieć jak imię. Należało do mężczyzny, którego twarzy nie pamiętała, ale którego ból czuła czasem tak wyraźnie, że budziła się w nocy z ręką przyciśniętą do piersi.
— Nie idź z nimi.
Głos odezwał się za nią.
Maya odwróciła się gwałtownie.
Nikogo tam nie było.
Tylko jedna z pionowych linii światła stała się jaśniejsza. Drżała lekko, jakby po drugiej stronie ktoś trzymał oddech. Maya zrobiła krok w jej stronę i zobaczyła w niej obraz.
Nie szkołę.
Nie klasę.
Nie panią Narel ani kobietę z metalową walizką.
Zobaczyła swój pokój.
Łóżko. Biurko. Pudełko pod ścianą. Krzesło z pękniętym oparciem, którego opiekunka obiecywała się pozbyć, ale nigdy tego nie zrobiła. Zasłony w kolorze starego śniegu. Małą lampkę nocną z abażurem zbyt dziecinnym jak na osobę, która według dokumentów miała dwanaście lat, ale zbyt potrzebnym jak na kogoś, kto bał się ciemności bardziej, niż chciał przyznać.
Maya dotknęła linii światła.
Przestrzeń ugięła się pod palcami.
— Nie chcę tam wracać — wyszeptała.
Nie była pewna, czy mówi prawdę.
Dom był bezpieczniejszy niż szkoła. Bezpieczniejszy niż ludzie z Jednostki Stabilizacji. Bezpieczniejszy niż miejsce pomiędzy, w którym głos rozpadał się na litery. Ale dom również nie był naprawdę jej. Wszystko w nim miało miękkie krawędzie tymczasowości: ubrania kupione według rozmiaru, nie gustu; książki dobrane przez terapeutę; kubek z nadrukiem, który miał wywoływać poczucie osobistego wyboru; zdjęcia na ścianie, na których Maya była sama albo z osobami, których twarzy nie potrafiła przyjąć jako rodzinnych.
Po drugiej stronie szczeliny pokój czekał.
Maya zamknęła oczy i przeszła.
Upadła na dywan.
Tym razem poczuła podłogę wyraźnie. Twardo. Prawdziwie. Uderzenie zabolało ją w kolano i łokieć, co z jakiegoś powodu przyniosło ulgę. Ból należał do ciała. Ból potwierdzał, że nie jest tylko myślą przesuniętą z jednego miejsca w drugie.
Przez chwilę leżała nieruchomo i oddychała.
Pokój pachniał kurzem, detergentem i herbatą malinową, którą opiekunka parzyła jej wieczorami, choć Maya nigdy nie powiedziała, że ją lubi. Może kiedyś lubiła. Może ktoś wpisał to do jej profilu. Może po prostu dzieci powinny lubić malinową herbatę, więc świat dostarczył odpowiedni smak.
Maya podniosła się powoli.
Na ścianie, obok biurka, cienka linia światła zamknęła się bez dźwięku.
Zniknęła.
Została zwykła farba.
Blada, lekko nierówna.
Prawdziwa.
Albo bardzo dobrze udająca prawdziwą.
Maya podeszła do drzwi i nasłuchiwała.
W mieszkaniu było cicho. Zbyt cicho na godzinę, o której opiekunka zwykle pracowała w kuchni albo rozmawiała przez telefon służbowy z kimś z Centrum Integracji Rodzinnej. Z korytarza nie dochodził dźwięk radia, w łazience nie szumiała woda, w salonie nie tykał zegar. Zegar przestał działać tydzień po tym, jak się wprowadzili, a opiekunka powiedziała, że naprawi go przy okazji. Przy okazji było jednym z tych dorosłych określeń, które oznaczały prawdopodobnie nigdy.
Maya uchyliła drzwi.
— Ilo? — zawołała.
Tak nazywała opiekunkę. Nie mamą. Nie ciocią. Nie panią Soren, choć tak brzmiało jej nazwisko. Po prostu Ilo. Kobieta sama to zaproponowała pierwszego dnia, mówiąc, że forma ma mniejsze znaczenie niż bezpieczeństwo. Maya zapamiętała to zdanie, bo brzmiało jak coś, co ktoś napisał w podręczniku dla osób, które nie wiedzą, jak rozmawiać z dzieckiem.
Nikt nie odpowiedział.
Maya wyszła na korytarz.
Mieszkanie było małe, ale urządzone starannie. Zbyt starannie. Kremowe ściany, jasne drewno, miękkie dywany, rośliny w identycznych doniczkach, półka z książkami ustawionymi według koloru grzbietów. Wszystko miało tworzyć atmosferę spokoju i ciągłości, ale Maya widziała w tym głównie wysiłek. Ktoś bardzo chciał, żeby tu nie było pustki. Dlatego pustka była wszędzie.
Na stole w kuchni stała filiżanka.
Herbata wystygła.
Obok leżał tablet opiekunki, ekranem do góry. Maya podeszła i zobaczyła otwartą wiadomość. Nie powinna czytać cudzych wiadomości. Wiedziała o tym. Ale po dniu, w którym szkoła przemówiła głosem martwego systemu, zasady domowej uprzejmości straciły trochę ze swojej mocy.
Na ekranie było tylko kilka linii.
PODMIOT: MAYA CORNELL
STATUS: INCYDENT AKTYWNY
ZABEZPIECZYĆ OTOCZENIE DOMOWE
NIE INFORMOWAĆ PODMIOTU O POWIĄZANIACH ŹRÓDŁOWYCH
W PRZYPADKU KONTAKTU Z FRAZĄ „TRAVIS CORNELL” — ZGŁOSIĆ NATYCHMIAST
Maya przeczytała wiadomość trzy razy.
Za pierwszym razem nie zrozumiała.
Za drugim zrobiło jej się zimno.
Za trzecim przestała oddychać.
Travis Cornell.
Nazwisko było jak drzazga pod paznokciem. Małe. Ostre. Niemożliwe do zignorowania.
W szkole kobieta z Jednostki Stabilizacji wiedziała, kim Maya jest. Terminal w klasie wiedział. Głośnik wiedział. Zeszyt wiedział. Teraz tablet opiekunki też wiedział. Wszyscy wokół niej wiedzieli coś, czego nie wiedziała ona sama.
I wszyscy uznali, że tak będzie bezpieczniej.
Maya usłyszała klucz w zamku.
Zamarła.
Drzwi wejściowe otworzyły się powoli. Do mieszkania weszła Iloa Soren z torbą zakupów w jednej ręce i telefonem w drugiej. Miała około czterdziestu lat, krótkie ciemne włosy i zmęczenie noszone bardzo cicho, bez narzekania, jak płaszcz, którego nie da się zdjąć. Kiedy zobaczyła Mayę stojącą przy stole, jej twarz najpierw rozjaśniła się ulgą, a potem zamknęła strachem.
— Maya.
Torba wypadła jej z ręki.
Jabłka rozsypały się po podłodze.
Jedno potoczyło się aż pod stopę dziewczynki i zatrzymało przy jej kapciu.
Przez kilka sekund żadna z nich się nie ruszyła.
— Gdzie byłaś? — zapytała Iloa.
Maya wskazała na swój pokój.
— Tutaj.
— Nie było cię tutaj.
— Teraz jestem.
— Szukają cię.
— Wiem.
Iloa spojrzała na tablet na stole. Zrozumiała od razu, że Maya przeczytała wiadomość. Nie próbowała udawać. To było w niej najlepsze. Kłamała, kiedy się bała, ale nie była dobra w kłamstwie. Jej twarz zawsze zdradzała prawdę szybciej niż słowa.
— Nie powinnaś tego czytać — powiedziała.
— A ja nie powinnam być podmiotem.
Iloa zamknęła oczy.
Tylko na moment.
— Nie jesteś podmiotem.
— Tak tam napisali.
— Oni tak piszą o wszystkich.
— O dzieciach też?
— Zwłaszcza o dzieciach.
Maya poczuła gniew. Nie wielki, nie wybuchowy. Raczej mały i jasny, jak zapalona zapałka trzymana w dłoni zbyt blisko skóry.
— Kto to jest Travis Cornell?
Iloa nie odpowiedziała.
Wszystko w mieszkaniu zdawało się zatrzymać wokół tego pytania. Lodówka przestała buczeć. Rura w ścianie nie stuknęła jak zwykle. Nawet światło za oknem zrobiło się bardziej płaskie, jakby dzień przykleił się do szyby i czekał.
— Ilo.
Kobieta podniosła torbę z podłogi, choć nie było takiej potrzeby. Jeden z dorosłych gestów wykonywanych po to, żeby nie musieć patrzeć dziecku w oczy.
— Nie wiem wszystkiego.
— Ale coś wiesz.
— Wiem, że to nazwisko jest zablokowane.
— Co to znaczy?
— Że nie wolno mi go wyszukiwać. Nie wolno mi o nim rozmawiać z tobą. Nie wolno mi reagować, jeśli je wypowiesz, inaczej niż przez zgłoszenie.
— Zgłosiłaś?
Iloa milczała.
Maya cofnęła się o krok.
To zabolało bardziej, niż powinno. Przecież wiedziała, że opiekunka ma procedury. Wiedziała, że mieszkanie nie było prawdziwym domem, tylko przydzieloną przestrzenią stabilizacyjną. Wiedziała, że kobieta dostaje raporty, zalecenia i wezwania. A jednak jakaś część Mayi, mała i głupia, chciała wierzyć, że kiedy przyjdzie prawdziwy strach, Iloa wybierze ją, nie system.
— Musiałam — powiedziała Iloa. — Po szkole zadzwonili do wszystkich osób z listy kontaktowej. Powiedzieli, że zniknęłaś z klasy. Że to incydent wysokiego ryzyka.
— Nie zniknęłam.
— Maya.
— Przeszłam.
Słowo zabrzmiało niedorzecznie dopiero wtedy, gdy je wypowiedziała. Przeszłam. Jakby mówiła o przejściu przez ulicę albo korytarz. Nie o szczelinie w szybie, która otworzyła się na szare miejsce pełne linii światła.
Iloa odłożyła telefon na blat.
— Przez co?
Maya wskazała w stronę pokoju.
— Przez pęknięcie.
Kobieta pobladła.
Nie tak, jak blednie ktoś, kto nie rozumie. Tak, jak ktoś, kto rozumie za dużo.
— Widziałaś pęknięcie?
— Tak.
— W szkole?
— I tutaj. Wcześniej. Na ścianie.
Iloa oparła się o blat.
— Od kiedy?
— Nie wiem.
— Maya, od kiedy?
W jej głosie pojawiła się ostrość. Nie gniew. Panika.
Maya wzruszyła ramionami.
— Od kilku nocy.
Iloa zakryła usta dłonią.
Maya patrzyła na nią uważnie.
— Ty wiesz, co to jest.
— Nie.
— Kłamiesz.
— Nie wiem, co to jest. Wiem tylko, jak to nazywają.
— Jak?
Iloa nie odpowiedziała od razu.
Potem powiedziała:
— Szczelina rekonstrukcyjna.
Maya powtórzyła słowo w myślach.
Szczelina.
Rekonstrukcyjna.
Kolejne określenie, które miało sprawić, że niemożliwe stanie się czymś do zapisania w tabeli.
— Czy inni też przez nie przechodzą?
— Nie powinni.
— Ale przechodzą?
— Nie wiem.
— Ilo.
— Nie wiem — powtórzyła kobieta, tym razem prawie szeptem. — Naprawdę. Słyszałam tylko o przypadkach, ale nie przy dzieciach. Nie przy osobach stabilnych.
— Jestem stabilna?
Iloa spojrzała na nią z bólem.
— Chciałabym, żebyś była.
Maya nie wiedziała, co odpowiedzieć.
Na korytarzu za drzwiami rozległy się kroki.
Obie odwróciły głowę.
Nie były to zwykłe kroki sąsiada. Były zbyt równe, zbyt ciężkie, zbyt pozbawione wahania. Dwie osoby. Może trzy. Zatrzymały się przed drzwiami.
Iloa podniosła telefon.
Ekran rozświetlił się sam.
JEDNOSTKA STABILIZACJI — PRZYJAZD POTWIERDZONY
Maya poczuła, jak gniew wraca.
— Wezwałaś ich.
— Mówiłam ci, że musiałam.
— Nie musiałaś otwierać.
Pukanie.
Trzy krótkie uderzenia.
Żadnego „dzień dobry”.
Żadnego pytania.
Iloa stała nieruchomo.
Maya patrzyła na nią.
W tym spojrzeniu było wszystko, czego nie umiała powiedzieć: że nie chce znów być podmiotem, że nie chce metalowej walizki, że nie chce pytań zadawanych miękkim głosem przez ludzi, którzy i tak już znają odpowiedzi, że jeśli Iloa naprawdę jest po jej stronie, to właśnie teraz musi przestać być tylko opiekunką z procedury.
Pukanie powtórzyło się.
— Pani Soren — odezwał się głos zza drzwi. — Proszę otworzyć.
Iloa spojrzała na drzwi.
Potem na Mayę.
Potem znowu na drzwi.
— Idź do pokoju — powiedziała cicho.
Maya nie ruszyła się.
— Po co?
— Pod łóżkiem jest panel serwisowy.
Dziewczynka zamrugała.
— Co?
— Stare przewody wentylacyjne. Nie powinno ich być w planie mieszkania, ale są. Wejście jest pod łóżkiem. Jeśli przejdziesz korytarzem w prawo, wyjdziesz do pralni na drugim końcu piętra.
— Skąd wiesz?
— Sprawdziłam, kiedy cię tu przydzielili.
— Dlaczego?
Iloa przez sekundę wyglądała na bardzo zmęczoną.