Rozdział 1
Wuj Sam
Pandemia roku 2020 skończyła się szybko, lecz zebrała obfite żniwo. Po pandemii nastał kryzys gospodarczy i zerwanie dotychczasowych szlaków handlowych prezydent Donald Trump sprawujący władzę od 2017 coraz bardziej przedstawiał się jako,,trybun ludowy” John Miller, pułkownik w Wielkiej Czerwonej Jedynce obserwował politykę z dystansem nie interesowało go to co nakaże Pentagon czy Waszyngton, dla niego ważne było wykonanie zadania. A było ono następujące:
,,Wycofać się z Afganistanu”.
— Panie pułkowniku wszystko gotowe. — powiedział jeden z żołnierzy.
— Dobrze, zabierajmy się stąd.
— Tak teraz sobie myślę, po cholerę walczyliśmy 20 lat w Afganistanie. Rosjanie byli tu 10 lat i nic nie wskórali. — powiedział żołnierz.
Miller popatrzył na niego miał może z 19 lat widział już takich, coraz bardziej kwestionujących sensowność dalszej obecności Amerykanów w Afganistanie, coraz bardziej nastawionych antywojennie młodych chłopaków.
— Jesteście już wychowani na Tik Toku, Facebooku i innych mediach społecznościowych. — skomentował.
— Coś w tym złego?
— Nadalibyście się na cyberżołnierzy nasz rząd jednak chyba za dużo naoglądał się Gwiezdnych Wojen. — Miller uśmiechnął się była to bowiem aluzja do nowych Kosmicznych Marines. Pentagon najwyraźniej nie przejmował się brakiem technologii pozwalającej na toczenie walki w kosmosie. — Jak masz na imię?
— Peter Skyway proszę pana.
— Dobrze Peter, zabierajmy się stąd.
…
Dotarłszy do amerykańskiej bazy na Puerto Rico poszli do koszar, zdali broń i wrócili do swoich domów. Horn widząc powiewającą flagę Stanów Zjednoczonych Ameryki zaczął się zastanawiać nad sensownością niektórych posunięć w kwestiach wojskowych wojna od początku XXI wieku się zmieniła pojawiły się drony, cyberwojsko i prywatne firmy wojskowe posiadające duże zasoby zarówno finansowe, jak i ludzkie, mogące wystawić duże wojska na wypadek kryzysu najsłynniejsza z nich w Ameryce, Blackwater była bardzo potężna, lecz nie jedyna Rosjanie mieli swoją Grupę Wagnera a Europa Asgard.
…
Lot powrotny do Stanów był cichy. Nikt nie żartował, nikt nie śpiewał. Żołnierze patrzyli w okna transportowca na bezkresny ocean.
— To koniec? — zapytał Peter.
— Nie — odpowiedział Miller po chwili. — To tylko zmiana frontu.
— Jakiego?
— Jeszcze nie wiem.
…
Kilka dni później Miller stał na tarasie domu w Teksasie. Flaga na maszcie przed budynkiem sąsiedniego urzędu wyglądała inaczej niż ją zapamiętał. Gwiazdy były większe. Pojawił się nowy pas z napisem:
UNITED STATES OF NORTH AMERICA
W telewizorze trwało przemówienie prezydenta.
— Amerykanie! — mówił Trump z charakterystyczną gestykulacją. — Pandemia pokazała nam jedno: świat jest słaby. Europa jest słaba. Chiny są nieuczciwe. My musimy być silni. Musimy wrócić do wielkości.
Na ekranie pojawiła się mapa. Kanada i Grenlandia były zaznaczone tym samym kolorem co USA.
— To nie aneksja. To zjednoczenie wolnych narodów pod wspólną ochroną. Nowa Ameryka Północna będzie bastionem demokracji.
Miller wyłączył telewizor.
— Bastion… — mruknął. — Już to słyszałem.
…
Tydzień później otrzymał nowy rozkaz.
„Stawić się w bazie Fort Bragg. Pilne.”
W sali odpraw było kilkunastu oficerów. Na ścianie wisiała nowa mapa świata. Podzielona na kolorowe bloki.
— Panowie — zaczął generał Hargreeve. — Świat się zmienia. Nie ma już jednego ładu. Jest heptarchia.
Na ekranie pojawiły się nazwy:
— Stany Zjednoczone
— Unia Europejska
— Chińska Republika Ludowa
— Związek Radziecki
— Cztery centra władzy. Cztery ideologie. Cztery armie. A między nimi Afryka, Arktyka i Bliski Wschód — nowe pola bitwy.
— Wojna? — zapytał ktoś z sali.
— Nie. Rywalizacja. Przynajmniej na razie.
Generał kliknął pilotem. Na mapie zapaliły się czerwone punkty na Kubie.
— Operacja „Liberty Shield”. Kuba wraca pod amerykańską administrację stabilizacyjną.
— Administrację? — zapytał Miller.
— Tak to teraz nazywamy.
…
Wieczorem Miller siedział sam w kantynie. Dołączył do niego Peter Skyway.
— Panie pułkowniku… mówił pan, że Afganistan to koniec.
— Myliłem się.
— To co teraz robimy?
Miller spojrzał na mapę wiszącą nad barem.
— Budujemy imperium.
— Ale przecież jesteśmy demokracją.
— Imperia też tak o sobie mówią.
Peter milczał.
— A jeśli ktoś się sprzeciwi? — zapytał po chwili.
— Wtedy powiemy, że bronimy wolności.
Za oknem przeleciały samoloty transportowe. Na ich kadłubach widniał nowy znak: trzy gwiazdy w jednym kręgu.
Symbol jedności Ameryki Północnej.
Symbol nowego świata.
Miller pomyślał o Afganistanie. O chłopakach, którzy tam zginęli. O tym, że historia zatacza koło.
— Tetrarchia… — wyszeptał. — Cztery imperia. I ani jednego niewinnego.
…
Nazajutrz w ONZ doszło do nadzwyczajnego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa. Przedstawiciel Europy przemawiał w imieniu całej Unii.
— Europa nie uzna żadnej jednostronnej zmiany granic — powiedział chłodno.
Chiński ambasador tylko się uśmiechnął.
— Zjednoczenie jest prawem historii.
Rosjanin uderzył dłonią w pulpit.
— Świat wraca do stref wpływów.
A przedstawiciel Imperium Amerykańskiego rzekł:
— My tylko porządkujemy chaos.
Miller oglądał transmisję w milczeniu.
Wiedział już jedno:
nie będzie wielkiej wojny od razu.
Będzie coś gorszego.
Świat nauczył się żyć na krawędzi.
Rozdział 2
Europa
Kazimierz skinął głową, choć w środku czuł narastający niepokój.
— Rozkaz to rozkaz. — odpowiedział krótko.
Kilka godzin później sala konferencyjna w dawnym gmachu Rady Europejskiej wypełniła się oficerami Europejskich Sił Obronnych. Na ścianie wisiała nowa flaga Unii: błękitna, przecięta złotymi promieniami symbolizującymi jedność kontynentu.
Drzwi otworzyły się ciężko. Do środka weszła delegacja z Moskwy — trzech mężczyzn w ciemnych mundurach, z czerwonymi naszywkami Związku Suwerennych Republik Radzieckich. Na ich czele szedł generał w podeszłym wieku, o twarzy pooranej zmarszczkami.
— Generał Orłow. — przedstawił się chłodno. — Przybywam z polecenia Prezydium.
Kazimierz wstał.
— Porucznik Studnicki, Europejskie Siły Obronne. Reprezentuję dziś Brukselę.
Orłow uniósł brew.
— Polska? Ciekawe. Kiedyś bywaliśmy tu częściej, ale w innych rolach.
W sali zapadła cisza.
— Przejdźmy do rzeczy. — wtrącił oficer UE. — W jakim celu wasza delegacja przybyła do Europy?
Orłow rozłożył dokumenty na stole.
— Świat się zmienia. Amerykanie tworzą swoje imperium na północy. Chiny połykają Tajwan. A Europa… Europa się zbroi.
Spojrzał wprost na Kazimierza.
— Moskwa proponuje nowy układ bezpieczeństwa. Strefy wpływów. Bez niepotrzebnych wojen.
Kazimierz poczuł, jak dłonie same zaciskają się w pięści.
— Innymi słowy, chcecie podzielić świat jak w Jałcie?
Generał uśmiechnął się krzywo.
— Historia lubi się powtarzać, poruczniku. Tylko dekoracje są inne.
— Europa nie jest już czyimś buforem. — odpowiedział twardo Kazimierz. — Mamy własne siły, własną konstytucję i własną wolę.
Orłow wstał powoli.
— Wola jest dobra, ale bez siły bywa krucha.
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Dwa światy. Dwie pamięci historii.
Kazimierz pomyślał o słowach swojego ojca:
„Najgroźniejsze wojny zaczynają się przy stołach konferencyjnych.”
— Przekażemy waszą propozycję Radzie Europy. — powiedział w końcu. — Ale nie liczcie na szybkie odpowiedzi.
Generał skinął głową.
— My mamy czas. Europa zawsze potrzebuje go więcej.
Gdy delegacja wyszła, Kazimierz został sam przy stole. Spojrzał na mapę kontynentu wiszącą na ścianie.
Granice były te same.
Ale świat wokół nich już nie.
I po raz pierwszy zrozumiał, że Europa znalazła się między trzema imperiami — Ameryką, Chinami i odrodzonym Związkiem — a jej przyszłość zależy od tego, czy potrafi być czymś więcej niż tylko polem negocjacji cudzych potęg.
…
— Odważnie postąpiłeś. — powiedział starszy oficer.
Kazimierz nie odpowiedział.
— Wydajesz się być zdenerwowany.
— To wasza wina. — powiedział w końcu Kazimierz.
— Że co proszę?
— Europa karmi Rosję technologią, a oni nas gazem.
Starszy oficer zmrużył oczy.
— Uważaj na słowa, poruczniku.
— Uważam od dawna. — odparł Kazimierz chłodno. — Tylko nikt w Brukseli nie chce słuchać. Mówicie o wartościach, o jedności, a handlujecie z tymi, którzy marzą o nowej Jałcie.
Zapadła cisza. Za oknem widać było dachy Brukseli i powiewającą flagę Unii.
— Polityka to sztuka kompromisu. — powiedział oficer spokojniej. — Bez gazu ich gospodarka by upadła, ale bez naszych technologii oni też nie ruszą do przodu. To równowaga.
Kazimierz parsknął śmiechem.
— Równowaga? To uzależnienie. Dajemy im narzędzia, żeby mogli być silniejsi, a potem dziwimy się, że przychodzą tu z mapą stref wpływów.
Starszy oficer wstał i podszedł do okna.
— Myślisz, że Europa jest gotowa na wojnę?
— Myślę, że Europa udaje, że jej nie będzie. — odpowiedział Kazimierz. — A Rosja, Chiny i Ameryka już ją planują.
Oficer odwrócił się powoli.
— Jesteś młody, Studnicki. Widzisz świat w czerni i bieli.
— Nie. Widzę go w historii. — powiedział cicho Kazimierz. — A historia uczy, że kiedy Europa wierzy w handel zamiast w siłę, kończy się to czołgami na granicach.
Starszy oficer długo na niego patrzył. Wreszcie westchnął.
— Dlatego Bruksela potrzebuje takich jak ty. Nie dyplomatów, tylko żołnierzy, którzy jeszcze pamiętają, czym jest strach przed imperium.
Kazimierz spuścił wzrok.
— Ja pamiętam opowieści dziadka o 1939 roku. O tym, że wszyscy wierzyli w traktaty.
— I dlatego dziś mamy Europejskie Siły Obronne — odpowiedział oficer. — Żeby nie powtarzać tamtych błędów.
Na stole zawibrował komunikator. Starszy oficer spojrzał na ekran.
— Rozkaz z Brukseli. Delegacja z Moskwy zostaje zaproszona na kolejne rozmowy. A ty, poruczniku, masz być obecny.
Kazimierz uniósł głowę.
— Ja?
— Tak. Bo powiedziałeś im prawdę w oczy. A to czasem więcej znaczy niż tysiąc dyplomatycznych formułek.
Kazimierz poczuł ciężar odpowiedzialności. Wiedział, że od takich rozmów zaczynają się albo sojusze… albo wojny.
Spojrzał jeszcze raz na flagę Unii.
— Europa musi w końcu zdecydować, kim jest. — powiedział cicho. — Partnerem imperiów czy własnym imperium.
Starszy oficer skinął głową.
— I właśnie od takich decyzji zaczyna się nowa historia kontynentu.
…
Delegacja miała inny skład niż poprzednio.
Składała się z wojskowych oraz oficerów KGB.
Przewodziła jej młoda dziewczyna, wiekiem zbliżona do Kazimierza.
— Przejdźmy do rzeczy. — powiedziała Nadieżda patrząc na niego. — My nie proponujemy,,nowej Jałty” my chcemy po prostu ustabilizować sytuację w Europie.
— Aneksja Krymu w 2014 i sprowokowanie wojny w Donbasie to też stabilizacja? — spytał Kazimierz.
Nadieżda nie spuściła z niego wzroku.
— Krym był historycznie rosyjski. — odpowiedziała spokojnie. — A Donbas… Donbas był wojną domową, którą Zachód postanowił nazwać agresją.
Kazimierz uśmiechnął się gorzko.
— Zawsze podziwiałem waszą zdolność do zmiany definicji słów.
Jeden z oficerów KGB poruszył się niespokojnie, ale Nadieżda uniosła dłoń, uciszając go gestem.
— Poruczniku Studnicki, Europa lubi mówić o wartościach, ale żyje z rosyjskiego gazu i chińskich fabryk. My przynajmniej nie udajemy idealistów.
— A wy udajecie, że jesteście ofiarą. — odparł Kazimierz. — To wygodne.
Zapadła chwila ciszy. Za oknami sali konferencyjnej Brukseli przejechał konwój wojskowy Europejskich Sił Obronnych.
— Powiedz mi szczerze. — odezwała się Nadieżda ciszej. — Wierzysz, że Europa jest gotowa walczyć?
Kazimierz zawahał się.
— Wierzę, że Europa jest zmęczona ucieczką.
Nadieżda zmrużyła oczy.
— My też jesteśmy zmęczeni. Trzydzieści lat po rozpadzie starego świata nadal traktujecie nas jak wroga.
— Bo wasze czołgi nigdy nie przestały stać przy naszych granicach. — powiedział Kazimierz.
Kobieta westchnęła.
— Ty widzisz imperium. Ja widzę państwo, które boi się chaosu.
— A ja widzę państwo, które tworzy chaos, żeby potem go „porządkować” — odpowiedział.
Oficer KGB nachylił się do Nadieżdy i coś szepnął. Skinęła głową.
— Dobrze. Skoro mówimy otwarcie, to powiem wprost: Moskwa chce gwarancji, że Europejskie Siły Obronne nie zostaną użyte przeciw nam.
Kazimierz uniósł brew.
— A my chcemy gwarancji, że wasze wojska nie przekroczą kolejnej granicy.
Nadieżda spojrzała mu prosto w oczy.
— W takim razie stoimy po dwóch stronach tej samej mapy.
— Nie. — poprawił ją Kazimierz. — Stoimy po dwóch stronach tej samej historii.
Na moment ich spojrzenia się spotkały. Nie było w nich wrogości, raczej zmęczenie i świadomość, że oboje są tylko trybikami większej maszyny.
— Wiesz, co jest w tym najgorsze? — powiedziała Nadieżda ciszej. — Że ja jestem w twoim wieku, a już uczę się mówić jak generałowie sprzed pięćdziesięciu lat.
Kazimierz skinął powoli głową.
— A ja uczę się słuchać, jakby jutro miała zacząć się wojna.
Drzwi sali otworzyły się i wszedł europejski oficer dyżurny.
— Czas minął. Rada czeka na raport.
Nadieżda wstała.
— To nie była ostatnia rozmowa, poruczniku Studnicki.
— Oby była jedną z tych, które coś zmieniają. — odpowiedział.
Gdy wychodzili z sali, Kazimierz spojrzał na mapę Europy wiszącą na ścianie.
Granice były cienkie jak linie ołówka.
A mimo to wystarczyły, by dzielić świat na obozy.
I po raz pierwszy pomyślał, że prawdziwa wojna nie zacznie się od strzału.
Zacznie się od słów.
Rozdział 3
Radziecki Niedźwiedź
Nadieżda stała w swoim pokoju.
Cała delegacja radziecka była rozlokowana niedaleko miejsca spotkania.
— Nie rozumiem. — powiedziała do siebie. — Czemu Polacy tak bardzo są wpatrzeni w Zachód. On ich zdradzał, wykorzystywał a mimo to ciągle chcą do niego należeć.
Pomyślała nad swoimi słowami.
— Może gdybyśmy nie rozebrali im państwa i nie byłoby 17 września, może.
Nadieżda usiadła na łóżku i oparła łokcie na kolanach. Za oknem widać było nocną Brukselę — spokojną, jasną, zupełnie inną niż Moskwa.
— A może to my nauczyliśmy ich nienawiści… — wyszeptała.
Wyjęła z kieszeni telefon. Na ekranie pojawiło się zdjęcie rodzinne: ona, matka i ojciec na tle czerwonej flagi sprzed lat. Pamiętała opowieści o wojnie, o chaosie po upadku starego Związku, o strachu przed rozpadem wszystkiego, co znali.
— Europa widzi w nas imperium. — powiedziała sama do siebie. — A my widzimy w Europie słabość.
Przypomniała sobie spojrzenie Kazimierza. Nie było w nim nienawiści. Była pamięć.
— Oni pamiętają czołgi. My pamiętamy rozpad. — dodała cicho.
Drzwi skrzypnęły. Do pokoju wszedł pułkownik Sokołow.
— Towarzyszko Nadieżdo, raport z Moskwy.
Podał jej tablet. Na ekranie widniał krótki komunikat:
„Europa przyspiesza integrację wojskową. USA wzmacniają obecność w Arktyce. Chiny zwiększają presję na Azję Centralną.”
— Świat się zacieśnia. — mruknęła. — Każdy buduje swoje mury.
— Dlatego tu jesteś. — odpowiedział Sokołow. — Masz mówić językiem nowego pokolenia. Nie językiem Jałty.
Nadieżda spojrzała na niego.
— A jeśli nowe pokolenie nie chce już imperiów?
Pułkownik uśmiechnął się krótko.
— Imperia nie pytają o zgodę. One tylko zmieniają nazwę.
Została znów sama. Położyła się, ale sen nie przychodził. Przed oczami wciąż miała twarz Kazimierza.
— On myśli, że broni Europy przed nami… a ja myślę, że bronię Rosji przed chaosem. — wyszeptała.
Wstała i podeszła do okna.
— Może prawda jest pośrodku.
Na biurku leżała mapa Europy. Nadieżda zaznaczyła palcem Polskę.
— Między Wschodem a Zachodem… zawsze pomiędzy.
Po raz pierwszy poczuła coś, czego nie uczono jej na szkoleniach politycznych: wątpliwość.
— Jeśli dojdzie do wojny. — powiedziała cicho — To nie generałowie będą za nią płacić. Tylko tacy jak on. I tacy jak ja.
Odwróciła się od okna i zgasiła światło.
W korytarzu rozlegały się kroki ochrony. Delegacja spała. Europa spała.
A świat szykował się do nowego rozdania.
…
Na kolejnej rozmowie ustalono wstępne warunki.
Krym miał być rosyjski a Ukraina, w przypadku naruszenia nowych granic, miała być izolowana.
Po wszystkim oboje przypadkowo zostali w sali.
Kamery były wyłączone.
Zapadła cisza.
W sali konferencyjnej zostały tylko dwie osoby: Kazimierz i Nadieżda. Wielki stół z mapami Europy wyglądał teraz jak pole po bitwie — porozrzucane dokumenty, puste kubki po kawie, czerwone linie granic.
Nadieżda zamknęła teczkę i westchnęła.
— Wiesz, jak to się będzie nazywać w Moskwie? „Zwycięstwo dyplomacji”.
Kazimierz oparł się o krzesło.
— A w Warszawie: „zdrada Ukrainy”.
Spojrzeli na siebie. Już nie jak delegaci, lecz jak ludzie w tym samym wieku, którzy nagle znaleźli się po przeciwnych stronach historii.
— Ty naprawdę wierzysz, że to zatrzyma wojnę? — spytał Kazimierz.
Nadieżda zawahała się.
— Wierzę, że ją odsunie.
— Tak samo mówiono w Monachium w 1938. — odparł cicho.
Jej twarz drgnęła.
— Zawsze wracacie do Hitlera. Jakby Rosja była wiecznie Niemcami sprzed wojny.
— A wy zawsze wracacie do chaosu lat dziewięćdziesiątych. — odpowiedział. — Jakby każdy wasz sąsiad był zagrożeniem.
Nadieżda podeszła do mapy i dotknęła Krymu.
— Ten półwysep jest dla nas symbolem. Floty, historii, dumy.
— A dla Ukraińców domem. — powiedział Kazimierz. — I właśnie uznaliśmy, że ich dom można wymienić na „stabilność”.
Zamilkli.
— Wiesz, czego najbardziej się boję? — odezwała się nagle Nadieżda.
— Czego?
— Że za dwadzieścia lat ktoś napisze książkę o tym dniu. I nazwie go początkiem końca Europy.
Kazimierz uśmiechnął się smutno.
— Albo początkiem nowej zimnej wojny.
Nadieżda spojrzała na niego poważnie.
— A ty? Wierzysz w to, co dziś podpisałeś?
Kazimierz długo milczał.
— Wierzę, że nie miałem wyboru.
— To najgorsza odpowiedź świata. — powiedziała cicho. — Bo każdy zbrodniarz w historii tak mówił.
Zrobiło się ciężko od niewypowiedzianych myśli.
— Gdybyśmy byli zwykłymi ludźmi. — odezwała się Nadieżda — może rozmawialibyśmy o studiach, pracy, podróżach.
— A nie o granicach i czołgach. — dodał Kazimierz.
Uśmiechnęli się krótko.
Z korytarza dobiegł dźwięk kroków. Kamery miały zaraz zostać włączone.
— Następnym razem nie będziemy już sami. — powiedziała Nadieżda.
— Następnym razem będziemy już po przeciwnych stronach nowej linii. — odparł Kazimierz.
Nadieżda wzięła teczkę.
— Historia znów została napisana przez kompromis.
— I znów zapłacą za nią inni. — odpowiedział.
Drzwi się otworzyły. Do sali weszli oficerowie i dyplomaci.
Kamery znów zaczęły nagrywać.
Na ekranach świata pojawił się obraz „porozumienia”.
A w rzeczywistości właśnie narodziła się nowa epoka strachu.
…
Kazimierz nie do końca wiedział co myśleć.
Przypomniał sobie rok 2012.
Żołnierzy strzelających do protestujących ludzi.
— W tamtych czasach wszystko było prostsze.
Wyjął z szuflady swoją książkę.
— ,,Tetrarchia”. — przeczytał. — Przewidziałem to, co się stanie. — dodał po cichu.
Za oknem było widać radziecką ambasadę.
— Dlaczego odwołują się do Stalina, a nie do cara? — spytał sam siebie.
,,Oni są naszymi braćmi” pomyślał.
— Ale w każdej rodzinie jest czarna owca. — odparł sam sobie.
Wstał i podszedł do okna.
— Bo car to imperium bez ideologii. Stalin to imperium z misją.
Uśmiechnął się gorzko.
— A misja zawsze usprawiedliwia wszystko.
Na biurku zawibrował komunikator. Wiadomość z Brukseli:
„Rada przyjęła warunki porozumienia. Prosimy o raport osobisty.”
Kazimierz nie odpowiedział od razu.
— Oni są naszymi braćmi… — powtórzył w myślach. — Ale bracia potrafią się bić najokrutniej.
Przypomniał sobie twarz Nadieżdy. Jej wątpliwości. Jej zmęczenie.
— Może ona też to widzi. — powiedział sam do siebie. — Może po drugiej stronie granicy ktoś też boi się jutra.
Założył płaszcz i sięgnął po książkę „Tetrarchia”. Wsunął ją do torby.
— Jeśli przewidziałem to, co się stanie… — szepnął — to może przewidziałem też, jak to się skończy.
Zanim wyszedł, spojrzał jeszcze raz na ambasadę.
— Historia znów wraca do imperiów. — powiedział cicho. — A Europa musi zdecydować, czy chce być jednym z nich… czy tylko ich polem bitwy.
Zgasił światło i zamknął drzwi.
Na ulicach Brukseli panował spokój.
Ale Kazimierz wiedział, że był to spokój przed burzą.
Rozdział 4
Chiński Smok
Li Wei przebywał w Korei Północnej
Kraj ten nie znał postępu.
Czas się tu zatrzymał.
Sięgnął po telefon.
Na tapecie była Cixi.
Byli tylko trybikiem w maszynie.
Niczym więcej.
— Jesteśmy tylko trybikami… — powtórzył jej słowa w myślach. — Ale trybiki też mogą się zatrzeć.
Usłyszał kroki. Dołączył do niego chiński oficer.
— Towarzyszu Li, jutro jedziecie na granicę z Rosją. Wspólne ćwiczenia.
— Z Rosjanami? — zdziwił się.
— Nowa oś stabilności Azji. — odpowiedział oficer tonem, jakby czytał z podręcznika.
Li skinął głową, ale w środku poczuł chłód.
— Jeszcze wczoraj uczyliśmy Koreańczyków, jak trzymać karabin… a dziś mamy ćwiczyć z imperium.
Oficer spojrzał na niego podejrzliwie.
— Uważaj na słowa, towarzyszu. Historia nie lubi wątpliwości.
Gdy został sam, Li spojrzał w niebo. Nie było tam gwiazd — tylko dym z elektrowni i reflektory strażnic.
— Tajwan… — wyszeptał. — Morze, światła, wolne rozmowy.
Przypomniał sobie rozkaz sprzed miesięcy: „zjednoczenie ojczyzny”. Tak to nazwano. A on widział czołgi, wozy desantowe i ludzi, którzy nagle musieli zapomnieć kim byli.
— Chiński smok pożera własny ogon — powiedział cicho.
Telefon znów zawibrował. Wiadomość od Cixi:
„Nie ufaj mapom. One nie pokazują ludzi.”
Uśmiechnął się słabo.
— A ludzie nie pokazują prawdy. — odparł w myślach.
Wstał i ruszył w stronę baraku. Jutro miał być kolejnym elementem wielkiej gry: Chiny, Rosja, Europa, Ameryka. Cztery siły. Jedna planeta.
— Jeśli zacznie się wojna… — pomyślał — …to nie zacznie się w salach konferencyjnych. Zacznie się w takich miejscach jak to.
Spojrzał jeszcze raz na plakat z uśmiechniętym przywódcą Korei Północnej.
— Smoki, niedźwiedzie i orły — szepnął. — A pod nimi mrówki.
I po raz pierwszy poczuł, że jego historia nie jest już tajwańska ani chińska.
Była historią świata, który znów uczył się żyć w cieniu imperiów.
…
Cixi była politrukiem.
Nie żołnierzem frontowym, nie strategiem, lecz strażnikiem idei. To ona miała pilnować, by słowa były równie posłuszne jak karabiny.
Li Wei wiedział o tym od dawna, ale dopiero teraz w pełni to rozumiał. Każda jej wiadomość była krótka, wyważona, bez emocji. Jakby ktoś redagował jej myśli, zanim dotarły do palców.
„Pamiętaj, Li. Jedność jest ważniejsza niż pamięć.”
Przeczytał to zdanie kilka razy.
— A jeśli pamięć jest wszystkim, co nam zostało? — wyszeptał.
Następnego dnia ustawiono ich w szeregu. Po jednej stronie Chińczycy, po drugiej Koreańczycy z Północy. Nad nimi powiewały trzy flagi: Chin, Korei Północnej i nowej Azjatyckiej Wspólnoty Bezpieczeństwa.
Cixi stała na podium. W mundurze politycznego komisarza wyglądała obco. Jak ktoś, kto przestał być człowiekiem, a stał się symbolem.
— Towarzysze. — zaczęła. — Historia uczy nas, że narody Azji muszą być wolne od zachodniego imperializmu. Chiny są gwarantem tej wolności.
Li patrzył na nią z dołu.
— Kiedyś mówiłaś, że wolność to wybór. — pomyślał. — Teraz mówisz, że to rozkaz.
Jej wzrok na moment zatrzymał się na nim. Tylko na sekundę. Ale wystarczyło, by zobaczyła w nim dawne Tajpej, ich rozmowy, herbatę pita w ciszy.
— Każdy z was jest częścią smoka. — ciągnęła. — Smok nie pyta, dokąd leci. Smok wykonuje swą historyczną misję.
Oklaski były mechaniczne.
Po ceremonii Li znalazł ją przy baraku sztabowym.
— Cixi… — powiedział cicho.
Spojrzała na niego jak politruk, nie jak przyjaciółka.
— Towarzyszu Li Wei, proszę zachować oficjalną formę.
— Od kiedy jesteśmy tylko „towarzyszami”?
Zawahała się. Na ułamek sekundy maska pękła.
— Od kiedy świat się podzielił na bloki. — odparła. — A my musimy wybrać stronę.
— Ty wybrałaś Partię.
— A ty wciąż wybierasz przeszłość. — powiedziała. — To niebezpieczne.
Li zacisnął pięści.
— Nie jestem wrogiem Chin. Jestem człowiekiem z Tajwanu.
— Tajwan już nie istnieje. — odparła chłodno. — Jest prowincją.
Te słowa bolały bardziej niż groźba.
— Wiesz, czym się różnimy od Korei Północnej? — zapytał.
— Tym, że jesteśmy silniejsi. — odpowiedziała automatycznie.
— Nie. Tym, że oni wierzą w swoich bogów, a my udajemy, że nimi nie jesteśmy.
Zapadła cisza.
— Uważaj, Li. — powiedziała w końcu. — Jesteś obserwowany. Ja też.
— Więc to już nie my mówimy?
— Nie. — wyszeptała. — Teraz mówi przez nas smok.
Odeszła pierwsza.
Li został sam, patrząc na betonowy plac i czerwone flagi.
— Smoku. — pomyślał — …czy wiesz, ilu ludzi zgubisz, lecąc dalej?
I po raz pierwszy zrozumiał, że Cixi nie była już tylko politrukiem.
Była twarzą nowego imperium.
A on — jednym z tych, którzy mieli zdecydować, czy będą jego głosem…
czy jego sumieniem.
…
Spojrzeli na siebie po jednym ze spotkań sojuszu.
— Nie chciałam cię urazić.
— Nie uraziłaś. — odparł. — I masz rację jesteśmy już częścią Smoka.
Uśmiechnęła się.
— Dobrze, Li. — powiedziała wyuczonym głosem politruka.
Przez chwilę stali w milczeniu na korytarzu sztabu. Za zamkniętymi drzwiami wciąż było słychać głosy generałów i tłumaczy, mieszające się w jeden monotonny szum imperium.
Li Wei spojrzał na nią uważniej.
— Kiedy mówisz takim głosem… — powiedział cicho — nie wiem już, czy rozmawiam z Cixi, czy z Partią.
Jej uśmiech zadrżał.
— To jest teraz to samo.
— Nie wierzę w to.
Odwróciła wzrok.
— Musisz. Inaczej cię złamią.
Przeszli kilka kroków w stronę wyjścia. Na ścianie wisiał ogromny plakat: smok oplatający glob ziemski, pod nim napis:
„Jedność Azji — przyszłość świata.”
— Wiesz, co mnie najbardziej przeraża? — zapytał Li. — Że zaczynam rozumieć, dlaczego ludzie w to wierzą.
— Bo daje im sens — odparła Cixi. — A sens jest ważniejszy niż prawda.
Zatrzymała się.
— Dziś w Pekinie zapadła decyzja.
— Jaka?
— Sojusz z Rosją zostaje rozszerzony. Wspólne manewry na Syberii. Potem… Morze Południowochińskie.
Li westchnął.
— Cztery imperia. Orzeł, Niedźwiedź, Smok i Europa.
— Tetrarchia. — poprawiła go automatycznie. — Cztery filary świata.
— A ludzie?
— Są fundamentem. — odpowiedziała. — Fundament się nie pyta.
Li uśmiechnął się smutno.
— Kiedyś marzyliśmy o studiach w Tokio albo Paryżu.
— Teraz marzymy o stabilności — odparła. — To bardziej realistyczne.
Znów spojrzeli sobie w oczy. Tym razem dłużej.
— Jeśli kiedyś przyjdzie rozkaz… — zaczął Li — …żeby strzelać do takich jak ja z Tajwanu?
Cixi pobladła.
— Nie mów tak.
— Odpowiedz.
Zawahała się.
— Wykonałabym rozkaz.
Po chwili dodała ciszej:
— Ale nie wiem, czy przeżyłabym z tym do końca życia.
Li skinął głową.
— To znaczy, że jeszcze jesteś człowiekiem.
Strażnik zbliżał się korytarzem. Cixi znów przybrała maskę politruka.
— Towarzyszu Li Wei. — powiedziała oficjalnym tonem — Jutro zostaniesz przeniesiony do jednostki obserwacyjnej na granicy rosyjskiej.
— Rozkaz Smoka?
— Rozkaz historii.
Odwróciła się i odeszła, zostawiając go samego pod plakatem.
Li Wei spojrzał na czerwonego smoka wijącego się nad mapą świata.
— Jeśli jesteśmy jego częścią… — pomyślał — …to ktoś musi pamiętać, że kiedyś byliśmy ludźmi, nie legendą.
I wtedy po raz pierwszy poczuł, że jego największą walką nie będzie wojna z innymi imperiami.
Lecz wojna o własną pamięć.
Rozdział 5
Specjalna Operacja Wojskowa
Pierwsze wiadomości dotarły o świcie.
Li Wei zobaczył je na ekranie telefonu jeszcze zanim zabrzmiał alarm: nagłówki, mapy z czerwonymi strzałkami, zdjęcia kolumn pancernych.
„Operacja stabilizacyjna na Ukrainie.”
Tak to nazwały wszystkie agencje sprzymierzone z Pekinem i Moskwą.
— Wojna. — powiedział cicho. — Po prostu wojna.
Na placu apelowym panował nienaturalny spokój. Żołnierze stali w równych szeregach, jakby historia była tylko kolejnym rozkazem do wykonania. Nad nimi powiewały flagi: rosyjska, chińska i symbol nowego bloku wschodniego.
Cixi stała na podium. Jej głos był pewny, czysty, pozbawiony wahań.
— Towarzysze. Ukraina stała się polem walki między starym Zachodem a nowym światem. Naszym zadaniem jest zachować równowagę. Chronić stabilność Eurazji.
Li słuchał jej słów i miał wrażenie, że słucha kogoś obcego.
— Jeszcze wczoraj mówiłaś o jedności Azji. — pomyślał. — Dziś mówisz o Europie. Smok wyciąga skrzydła dalej.
Po odprawie znalazł ją przy mapie operacyjnej.
— Czy wiesz, ilu ludzi tam zginie? — zapytał bez wstępu.
— W każdej wojnie giną ludzie. — odpowiedziała. — To cena historii.
— A jeśli historia się myli?
Spojrzała na niego długo.
— Historia nigdy się nie myli. My tylko źle ją rozumiemy.
Na ekranach w sali sztabowej pojawiały się obrazy z Kijowa, Charkowa, Odessy. Dym, uciekinierzy, kolejki do pociągów.
Li przypomniał sobie Tajpej.
— Tak samo wyglądało „zjednoczenie”. — pomyślał. — Najpierw słowa. Potem wozy opancerzone.
Wieczorem napisał krótką wiadomość do Cixi:
„Czy Ukraina to też prowincja?”
Odpisała po godzinie:
„Ukraina to linia frontu nowego świata.”
Usiadł na łóżku w baraku.
— A my? — szepnął. — Kim jesteśmy?
Następnego dnia ich jednostkę postawiono w stan gotowości bojowej. Nie mieli jechać na Ukrainę, lecz obserwować granicę rosyjsko-chińską i chronić logistykę sojuszu.
— Wojna zaczyna się daleko. — pomyślał — ale jej echo dociera wszędzie.
W nocy znów spojrzał na tapetę w telefonie. Twarz Cixi była nieruchoma, jakby już należała do propagandowego plakatu.
— Jesteśmy tylko trybikami w maszynie. — powtórzył jej dawne słowa. — Ale trybiki mogą się zatrzymać.
Za oknem przejechała kolumna ciężarówek wojskowych.
Na niebie nie było gwiazd. Tylko reflektory i chmury.
Li Wei zrozumiał, że wojna na Ukrainie nie była tylko wojną Rosji z Ukrainą.
Była pierwszą bitwą nowej epoki:
Orzeł patrzył z Zachodu.
Niedźwiedź uderzał ze Wschodu.
Smok czekał w cieniu.
Europa drżała pośrodku.
A on, syn Tajwanu, żołnierz Chin, stał między nimi wszystkimi.
— Jeśli świat ma się podzielić na imperia. — pomyślał — …to ktoś musi zapisać, co czuli ludzie, gdy to się zaczęło.
I tej nocy po raz pierwszy nie bał się wojny.
Bał się tego, że stanie się ona normalnością.
…
Nadieżda wypadła z okopu.
Ukraińcy nie spodziewali się ataku.
W kilka godzin jej oddział znalazł się pod Kijowem.
— Bagnet na broń! — usłyszała.
Jej ręce zadziałały mechanicznie. Metal zgrzytnął o lufę.
— To niemożliwe… Kijów… już? — przemknęło jej przez głowę.
Wpadli między zabudowania podmiejskiej wsi. Domy wyglądały jak te z Krymu, jak te z rosyjskich prowincji. Te same płoty. Te same ogrody. Tylko ludzie inni.
Pierwszy strzał padł gdzieś z okna.
Potem drugi.
— Do przodu! — krzyczał dowódca. — Nie zatrzymywać się!
Biegła.
Nie wiedziała dokąd.
Nie wiedziała po co.
Zobaczyła ukraińskiego żołnierza wybiegającego zza muru. Był młody. Może młodszy od niej.
Zatrzymali się na sekundę.
Patrzyli na siebie.
On pierwszy opuścił broń.
— Nie strzelaj… — powiedział po rosyjsku z akcentem.
Nadieżda poczuła, jak coś w niej pęka.
To nie był „nazista”.
Nie był „faszystą”.
Był chłopakiem w mundurze.
Ktoś z tyłu krzyknął:
— Ogień!
Padł strzał.
Nie jej.
Chłopak upadł na ziemię.
Nadieżda cofnęła się o krok.
Ręce zaczęły jej drżeć.
— Wpieriod! — wrzasnął dowódca. — Nie patrzeć!
Ruszyli dalej.
Kilka godzin później siedziała w zdobytym budynku. Na ścianie wisiał dziecięcy rysunek: dom, słońce i niebiesko-żółta flaga.
Zdjęła hełm.
— „To będzie krótkie”. — przypomniała sobie własne myśli sprzed dni.
Teraz wiedziała, że się myliła.
Wieczorem włączyli radio.
Propaganda mówiła o „wyzwalaniu”.
O „ochronie rosyjskiej ludności”.
O „operacji pokojowej”.
Nadieżda patrzyła na zakrwawione rękawice.
— Jeśli to jest pokój… — wyszeptała — …to jak wygląda wojna?
Wyszła na zewnątrz. Nad Kijowem widać było łunę pożarów.
Wtedy po raz pierwszy pomyślała o domu.
O matce.
O Irinie.
O ojcu, który mówił: „To tylko ćwiczenia”.
— Okłamali nas. — powiedziała do pustej ulicy.
Z daleka słychać było artylerię.
Nadieżda zrozumiała, że nie jest już studentką, córką ani obywatelką.
Była częścią armii, która przekroczyła granicę.
I wiedziała jedno:
z tej wojny nie wróci już taka sama.
…
W Brukseli grzmiano.
— To złamanie prawa międzynarodowych!
— Naruszenie prawa ONZ!
— Neoimperializm.
— Proszę o spokój! — krzyczał przewodniczący Europarlamentu.
Sala plenarna wrzała jak ul.
— To jawna agresja! — krzyczał deputowany z Hiszpanii.
— Rosja przekroczyła każdą możliwą czerwoną linię! — wtórował mu Niemiec.
— A gdzie byliście w 2014?! — odezwał się głos z ław Europy Środkowej.
Przewodniczący uderzył młotkiem.
— Proszę o spokój! To jest nadzwyczajne posiedzenie Parlamentu Europejskiego!
Na wielkim ekranie za jego plecami wyświetlono mapę Ukrainy z zaznaczonymi czerwonymi strzałkami.
— Mamy do czynienia z próbą odbudowy imperium. — powiedziała francuska europosłanka. — Jeśli teraz ustąpimy, jutro przyjdzie kolej na Mołdawię. A pojutrze na państwa bałtyckie.
— Sankcje nie wystarczą. — rzucił ktoś z sali. — Potrzeba europejskiej odpowiedzi wojskowej.
Zapadła cisza.
Słowo „wojskowej” zawisło w powietrzu jak wyrok.
Kazimierz Studnicki siedział w ostatnim rzędzie dla delegatów wojskowych. Patrzył na to wszystko z chłodnym dystansem.
— Znowu słowa. — pomyślał. — Zawsze zaczyna się od słów.
Przewodniczący odczytał projekt rezolucji:
— „Unia Europejska uznaje działania Federacji Rosyjskiej za akt agresji i zobowiązuje się do wzmocnienia wspólnej polityki obronnej.”
— Czyli Euroarmia? — spytał ktoś półgłosem.
— Europejskie Siły Obronne. — poprawił go inny.
Kazimierz przypomniał sobie rozmowę z Nadieżdą.
„My nie proponujemy nowej Jałty.”
— A jednak ją tworzycie. — mruknął.
Na mównicę wszedł przedstawiciel Komisji.
— Europa nie może już dłużej polegać wyłącznie na Ameryce. Musimy stać się czwartym filarem świata.
Z sali rozległy się oklaski.
Kazimierz spojrzał na flagę Unii wiszącą nad mównicą. Dwanaście gwiazd wyglądało jak zamknięty krąg.
— Imperia wróciły. — pomyślał. — Tylko teraz noszą inne symbole.
Za oknami Brukseli ludzie zbierali się na placach. Jedni z ukraińskimi flagami, inni z transparentami:
„Nie nasza wojna”
„Europa musi działać”
W budynku Parlamentu zapadła decyzja:
rozpocząć mobilizację Europejskich Sił Szybkiego Reagowania.
To nie była jeszcze wojna.
Ale nie był to już pokój.
Kazimierz wstał ze swojego miejsca.
— Historia właśnie skręciła. — powiedział cicho do siebie. — I nie wiem, dokąd jedziemy.
A gdzieś daleko, pod Kijowem, Nadieżda zakładała hełm.
W Pekinie Cixi pisała nowy komunikat propagandowy.
W Waszyngtonie generałowie patrzyli na mapy.
Świat pękł na bloki.
I nikt nie wiedział, czy to jeszcze zimna wojna…
czy już początek wielkiej.
…
Irina odebrała telefon od córki.
— Tak Nadia?
— Mamo… zabijałam dzieci.
Irina zamarła.
— Co… co powiedziałaś? — wyszeptała, ściskając telefon tak mocno, że aż pobielały jej knykcie.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Słychać było tylko oddech Nadieżdy, urywany, niespokojny.
— Mamo… tam były dzieci. — powtórzyła. — One… biegły. Był chaos. Krzyki. Ja… nie wiem, kto strzelał. Ale byłam tam.
Irina osunęła się na krzesło.
— Nadia… ty nie jesteś potworem. Rozumiesz? Wojna… ona niszczy wszystkich.
— Kłamiesz. — głos córki drżał. — Zawsze mówiłaś, że armia broni ludzi. Że jesteśmy wyzwolicielami.
— Bo tak chciałam wierzyć… — odpowiedziała cicho Irina. — Tak nas uczono wierzyć.
— Ja już nie wierzę w nic. — szepnęła Nadieżda. — W telewizji mówią, że ratujemy Ukrainę. A ja widziałam matkę, która trzymała martwe dziecko i krzyczała na nas po rosyjsku.
Irina zamknęła oczy.
Przypomniała sobie własne dzieciństwo. Afganistan. Trumny wracające do ZSRR nocą.
— Córeczko… wróć. Jeśli możesz, wróć.
— Nie mogę. — odpowiedziała Nadieżda. — Tu nie ma „powrotu”. Jest tylko rozkaz.
Chwila ciszy.
— Mamo… czy ja jeszcze jestem twoją córką?
Irina przełknęła łzy.
— Zawsze. Nawet jeśli świat oszaleje, ty jesteś moim dzieckiem.
Po drugiej stronie ktoś krzyknął rozkaz.
Nadieżda szybko dodała:
— Muszę iść.
— Nadia… —
Połączenie się urwało.
Irina została sama w kuchni. Radio mówiło o „bohaterskich działaniach armii”. Telewizor pokazywał mapy z czerwonymi strzałkami.
Wyłączyła oba urządzenia.
— Jeśli to jest wielkość imperium. — powiedziała do pustego pokoju — …to jest zbudowana na krzyku dzieci.
Spojrzała na zdjęcie Nadieżdy w mundurze, zrobione jeszcze przed wyjazdem.
Uśmiechnięta. Dumna.
— Wojna zabrała mi córkę, zanim ją zabiła — wyszeptała.
Za oknem Moskwa żyła normalnie.
Sklepy były otwarte. Autobusy jeździły.
A gdzieś pod Kijowem jej córka uczyła się, że historia nie jest napisana bohaterami…
tylko ofiarami.
Aleksiej wrócił do domu.
— Co się stało? — spytał widząc zapłakaną żonę.
— Nadia… — Irina spojrzała na niego.
— To miały być tylko ćwiczenia. — powiedział.
— To jest wojna. — Irina spojrzała na niego. — A najgorsze jest nie to, co to jest, tylko co nasza córeczka robi.
Aleksiej usiadł ciężko przy stole. Mundur jeszcze pachniał zimnym powietrzem i metalem klatki schodowej.
— Co dokładnie powiedziała? — zapytał po chwili.
Irina długo milczała.
— Że… że tam są dzieci. Że nie wie, kto strzelał, ale była częścią tego.
Aleksiej zacisnął pięści.
— Kłamstwo. Propaganda Zachodu. Chcą ją złamać psychicznie.
— To był jej własny głos, nie Zachód. — odpowiedziała ostro Irina. — Słyszałam jej głos. To nie był głos bohaterki. To był głos przerażonego dziecka.
Zapadła cisza.
— Pamiętasz Afganistan? — zapytała nagle. — Twojego brata?
Aleksiej spuścił wzrok.
— Nie mieszaj tego do tego.
— To jest to samo. — powiedziała cicho. — Wtedy mówili: „internacjonalna pomoc”. Teraz mówią: „operacja specjalna”. Zawsze inne słowa, a trumny te same.
Aleksiej wstał i podszedł do okna.
Na podwórku dzieci grały w piłkę. Śmiały się.
— Ona miała być urzędniczką. — powiedział nagle. — Miała pracować w delegacji, w dokumentach. Nie z karabinem.
— Wojna nie pyta, kim chciałeś być. — odpowiedziała Irina. — Wojna robi z ludzi narzędzia.
Odwrócił się do niej.
— Co mamy zrobić?
Irina spojrzała mu w oczy.
— Przestać wierzyć w telewizor. I modlić się, żeby wróciła żywa… i jeszcze sobą.
Aleksiej usiadł obok niej. Po raz pierwszy od lat objął ją tak mocno.
— Jeśli wróci… — powiedział — …to już nie będzie ta sama Nadia.
— Ale nadal będzie naszą córką. — odpowiedziała Irina.
Włączył radio. Spiker mówił o „zwycięskich postępach”.
Aleksiej wyłączył je jednym ruchem.
— Kiedyś myślałem, że imperium daje bezpieczeństwo. — powiedział cicho. — Teraz widzę, że zabiera dzieci.
Irina spojrzała na zdjęcie Nadieżdy stojące na półce.
— Historia zawsze zaczyna się od flag… a kończy w kuchniach takich jak ta.
Za oknem Moskwa była spokojna.
Ale w tym mieszkaniu wojna już się zaczęła.
…
Kazimierz nie wiedział jak to się stało, że został dowódcą Europejskiego Korpusu Ochotniczego. Jednostka została wysłana do Kijowa.
Gdy zabił Rosjanina w jakieś uliczce usłyszał znajomy głos.
— Dokonaliście wyboru, Lachu.
— Chyba mnie nie zabijesz, Rusko?
Nadieżda trzymała karabin wycelowany w jego plecy.
Kazimierz zamarł.
— Nie odwracaj się. — powiedziała Nadieżda chłodno. — Rzuć broń.
Karabin wypadł mu z rąk i uderzył o bruk. Dźwięk odbił się echem między wypalonymi kamienicami.
— Ciekawe… — powiedział po chwili. — Spotykamy się znowu. Tym razem bez kamer i protokołów.
— Wolałabym, żeby to było w Brukseli. — odparła. — Przy stole. Nie nad trupem.
Kazimierz spojrzał na leżącego żołnierza.
— To była wojna.
— Nie. — odpowiedziała Nadieżda. — To była decyzja. Tak samo jak moja.
Zapadła cisza. Słychać było tylko daleką artylerię.
— Wiesz, co jest najgorsze? — powiedziała nagle. — Że mówili mi, iż Europa to wróg. Że jesteście marionetkami Ameryki.
— A mnie mówili, że Rosja to imperium bez sumienia. — odpowiedział. — I chyba oboje dostaliśmy to samo kłamstwo w innych barwach.
Nadieżda zadrżała.
— Dziś rano moja matka powiedziała, że zabiłam dzieci.
Kazimierz odwrócił się powoli.
Karabin nadal był skierowany w jego stronę, ale jej ręce drżały.
— Nie jesteś potworem. — powiedział. — Jesteś żołnierzem w cudzej historii.
— A ty? — zapytała. — Kim ty jesteś? Europejskim wyzwolicielem?
— Nie. — odpowiedział po chwili. — Jestem człowiekiem, który nie chce, żeby ta wojna była nową Jałtą.
Nadieżda opuściła broń o kilka centymetrów.
— Jeśli cię zabiję, będą mnie nazywać bohaterką.
— A jeśli mnie puścisz?
— Będę zdrajczynią.
Znów cisza.
W oddali rozległ się wybuch. Szyby w oknach zadzwoniły.
— Uciekaj. — powiedziała nagle. — Teraz.
— Nie. — odpowiedział.
— Czemu? — spytała,
— ,,Nie ma takiej łodzi, która mogłaby przenieść mój honor”. — powiedział Polak.
— N-nie chcę, byś zginął! — rzekła Rosjanka. — Uciekaj, a przeżyjesz.
— Nie jesteśmy Francuzami. — powiedział Kazimierz. — Wiesz o tym.
— Kazimierz…
Kazimierz odwrócił się do niej powoli.
— Nadieżda… — powiedział cicho. — Jeśli teraz ucieknę, będę żył, ale już nie będę sobą.
— To jest głupota! — krzyknęła. — Wojna nie zna honoru!
— Polska zna. — odpowiedział. — I dlatego tyle razy przegrywała.
Jej oczy zaszkliły się.
— Myślisz, że ja tego chciałam? Że chciałam tu przyjechać i mierzyć do ciebie z karabinu?
— Wiem, że nie.
Zrobiła krok w jego stronę.
— To chodź ze mną. Zniknijmy. Nikt nie musi wiedzieć.
Kazimierz uśmiechnął się smutno.
— A gdzie? — spytał. — Do Kozaków?
Podeszła jeszcze bliżej.
— Gdzieś, gdzie nie będziemy się wstydzić własnej przeszłości.
Kazimierz spojrzał jej w oczy.
— A istnieje takie miejsce? — zapytał cicho.
— Musi istnieć. — odpowiedziała. — Inaczej wszystko, co zrobiliśmy, nie ma sensu.
Drżała. Już nie jak żołnierz, ale jak człowiek.
— Całe życie mówili mi, że Rosja jest matką narodów. — wyszeptała. — A ja dziś widziałam, jak matka zabija własne dzieci.
— Europa też nie jest niewinna. — powiedział Kazimierz. — Udaje, że jest sumieniem świata, a sama wysyła nas, żebyśmy ginęli za słowa zapisane w traktatach.
— Więc chodź. — powtórzyła. — Nie na Zachód. Nie na Wschód. Po prostu… stąd.
Kazimierz zawahał się.
— Jeśli pójdę z tobą, będę dezerterem.
— A ja zdrajczynią.
— Historia nas potępi.
— Historia i tak nas potępi. — odparła. — Ona zawsze kocha imperia, nie ludzi.
Z daleka dobiegł ryk silników.
— Nie mamy czasu. — powiedziała Nadieżda.
Kazimierz zamknął oczy na moment.
— Dobrze. — otworzył je. — Ale nie do Kozaków.
— To dokąd?
— Do ludzi.
Chwycił ją za rękę.
Pobiegli w stronę bocznej uliczki, gdzie dym mieszał się z mgłą, a wojna gubiła swoje granice.
Za nimi zostały flagi, rozkazy i mundury.
Przed nimi była tylko niepewność.
I pierwszy krok poza imperium.
Rozdział 6
Ucieczka
— Jak to uciekł? — spytał adiutant.
— To jego ostatni rozkaz. — powiedział jeden z żołnierzy. — Mamy się wycofać.
— Dokąd? — spytał adiutant.
— Do Europy.
…
— Nadal nie wierzę, że to zrobiliśmy. — powiedział Kazimierz.
— W przeciwieństwie do mnie nie zdradziłeś ojczyzny. — odparła Rosjanka.
— Ojczyzna mnie zdradziła pierwsza — odpowiedział Kazimierz. — Kiedy kazała mi wybierać między sumieniem a rozkazem.
Szli wzdłuż zniszczonej drogi, omijając wraki pojazdów i wypalone domy. Nad nimi przelatywały drony, ale tym razem żaden nie zatrzymał się nad ich głowami.
— Wiesz, co mnie najbardziej przeraża? — zapytała Nadieżda.
— Że nas złapią?
— Nie. Że jeśli nas nie złapią… będziemy musieli żyć z tym, co zrobiliśmy.
Kazimierz zatrzymał się.
— Życie z winą jest lepsze niż śmierć w kłamstwie.
Milczeli chwilę.
— W Moskwie powiedzą, że zostałam porwana. — dodała. — Albo że zginęłam jak bohaterka.
— A w Brukseli powiedzą, że zdradziłem Europę.
— Czyli oboje staniemy się legendą, której nie było. — uśmiechnęła się gorzko.
Dotarli do porzuconego budynku szkoły. Na ścianie wisiała jeszcze dziecięca mapa Ukrainy, podziurawiona odłamkami.
— Tu przeczekamy noc — powiedział Kazimierz.
Usiedli na podłodze. Nadieżda zdjęła hełm. Jej włosy były przesiąknięte kurzem i dymem.
— Gdy byłam mała, chciałam być nauczycielką historii — powiedziała nagle.
— I zostałaś jej częścią.
— Najgorszą.
Spojrzała na niego.
— A ty?
— Chciałem wierzyć, że Europa nauczyła się z XX wieku.
— I?
— I widzę, że tylko zmieniła mundur.
Za oknem słychać było strzały.
— Jeśli dotrzemy do granicy… — zaczęła Nadieżda.
— …to nie będzie już powrotu — dokończył Kazimierz.
— Myślisz, że ktoś nas przyjmie?
— Może nie państwa. Ale ludzie tak.
Wstał i podał jej rękę.
— Chodź. Zanim ta wojna przypomni sobie, że jeszcze żyjemy.
Wyszli w noc.
Dwóch dezerterów.
Dwa imperia mniej pewne swojej racji.
I jedna mała historia, której nie było w żadnym komunikacie wojennym.
…
— Stać. — powiedział funkcjonariusz Straży Granicznej. — Polak?
— Polak… i Ukrainka. — odparł Kazimierz.
— Dokumenty.
Kazimierz powoli sięgnął do kieszeni kurtki. Ręce mu drżały, nie z zimna, lecz z napięcia. Podał przepustkę Europejskiego Korpusu. Strażnik zmrużył oczy.
— Dezerter.
— Człowiek. — poprawił go cicho Kazimierz.
Strażnik spojrzał na Nadieżdę. Jej mundur był rosyjski, ale bez oznaczeń.
— A ty kim jesteś?
— Nikim. — odpowiedziała. — Już nie jestem żołnierzem.
Zapadła cisza. Z budki wyszedł drugi funkcjonariusz. Starszy, z siwą brodą.
— Co tu mamy?
— Polak i Rosjanka. Z Ukrainy.
Starszy zmierzył ich wzrokiem.
— Wojna zrobiła z was filozofów czy trupów?
— Jeszcze nie trupów. — powiedział Kazimierz.
Strażnik westchnął.
— Wiesz, co mówi prawo?
— Że powinniście mnie aresztować.
— A wiesz, co mówi sumienie?
Starszy spojrzał na mapę na ścianie budki. Europa była na niej zaznaczona grubą, niebieską linią.
— Mówi, że mamy już dość bohaterów. Potrzeba nam świadków.
Odwrócił się do młodszego funkcjonariusza.
— Zgłoś dwóch cywilów. Uchodźcy.
— Ale…
— To rozkaz.
Młodszy zawahał się, po czym wklepał coś do terminala.
— Przechodźcie. I zniknijcie z radarów.
Nadieżda spojrzała na Kazimierza, jakby nie wierzyła.
— To wszystko?
— Europa lubi udawać, że nie widzi rzeczy niewygodnych — odpowiedział strażnik. — Idźcie.
Przeszli przez linię graniczną.
Za nimi została wojna.
Przed nimi był kontynent, który nazywał się pokojem, ale pachniał strachem.
Kazimierz odwrócił się jeszcze raz.
— Jak mam teraz żyć?
Nadieżda uśmiechnęła się smutno.
— Jak wszyscy po wojnie. Z pamięcią.
Szli w stronę świateł miasta.
Dwoje ludzi bez państwa.
Bez munduru.
Bez flagi.
Tylko z historią, której nikt nie chciał słuchać.
Rozdział 7
Tetrarchia
Li Wei wrócił do Kantonu.
Nie do Tajpej.
Nie do domu.
Na ulicach wisiały czerwone flagi.
Na ekranach: hasła o jedności narodu.
Cixi czekała na niego w biurze partyjnym.
— Ukraina pokazała jedno. — powiedziała. — Zachód walczy cudzymi rękami.
— A my? — spytał Li.
— My uczymy się.
Zapadła cisza.
— Gdyby Tajwan się zbuntował… — zaczął.
— Nie zbuntuje się — przerwała mu. — Bo nie będzie już Tajwanu. Będzie tylko prowincja.
Li spojrzał przez okno na port.
Statki wojenne.
Kontenery.
Rakiety.
— Myślisz, że to koniec historii?
— Nie. To jej powrót — odpowiedziała Cixi. — Europa wraca do armii. Rosja do imperium. Ameryka do hegemonii. My do dynastii.
— A ludzie?
Cixi spojrzała na niego jak politruk.
— Ludzie są paliwem.
Wieczorem Li napisał w notatniku:
„Nie jestem już Tajwańczykiem.
Nie jestem jeszcze Chińczykiem.
Jestem obywatelem Smoka.”
…
W Nowym Jorku zebrała się Rada Bezpieczeństwa ONZ.