Rozdział 1. Pasażer 409
Około rok po Wielkiej Bitwie o Ziemię
Nazwisko na pokrywie komory należało do człowieka, który spał teraz na ławce Dworca Centralnego z luką w pamięci i pustą kieszenią.
ROMAN ZIĘBA. SEKTOR B-2. MIEJSCE 409.
Vane położył dłoń na zimnej krawędzi kapsuły. System odczytał linie papilarne, zawahał się przy biometrii i poprosił o powtórzenie identyfikacji. Sekundę później zielony punkt przesunął się przez panel. Fałszywy profil biometryczny przygotowany przed wejściem na pokład domknął brakującą zgodność; wątpliwość maszyny zgasła, zanim trafiła do głównego rejestru.
— Pasażer potwierdzony — oznajmił spokojny głos. — Proszę wejść do komory.
W sektorze B-2 stały setki kapsuł. Ludzie zdejmowali ubrania, żegnali się z rodzinami i kładli w przezroczystych trumnach, które miały oddać ich pod innym słońcem. Personel mówił o śnie, podróży i bezpiecznym wybudzeniu na Lechii. Słowo „ucieczka” krążyło po sali wyłącznie w ludzkich głowach. Vane odbierał je z najbliższych rzędów wraz ze strachem, który przybierał tysiące odmian. Kobieta trzy rzędy dalej liczyła oddechy syna. Starszy mężczyzna wracał myślą do mieszkania, choć wiedział, że już go nie zobaczy. Technik w białym kombinezonie pamiętał o źle dokręconym zaworze i odliczał dziewięć minut do końca zmiany. Cudze myśli ocierały się o Vane’a bez pytania, lepkie i krótkie. Oparł czoło o kapsułę. Po Plutonie granice zostały w nim źle zszyte. Lekarze z Sektora 9 nazwali to rozszerzoną percepcją, zamykali go w białych salach, mierzyli fale mózgowe i sprawdzali zasięg. Z odległości chwytał emocje oraz urwane myśli; dotyk potrafił wyrwać z człowieka obraz tak ostry, jakby należał do niego. W protokołach brakowało tylko jednego pytania: jak długo można tak żyć. Z Sektora 9 uciekł, kradnąc Romanowi Ziębie nazwisko, bilet i przyszłość. Sam uznał tamtego człowieka za mniej wartego ratunku. Najgorsza nie była kradzież, lecz łatwość, z jaką wydał wyrok. Wybrał transport na Lechię, bo kolonia leżała daleko od wojskowych laboratoriów i sieci Sektora 9. Liczył na pracę pod obcym nazwiskiem, zwykły pokój i tłum dostatecznie duży, by przestać być celem. Terra nie istniała w żadnym z jego planów. Wszedł do komory. Żel stazy podniósł się wokół nóg, lodowaty, potem zaskakująco ciepły. Automatyczne ramiona zamknęły czujniki przy skroniach.
— Kierunek: Lechia — powiedział system. — Przewidywany czas subiektywny podróży: cztery minuty.
Pokrywa zaczęła opadać. Tuż przed jej zamknięciem poczuł drgnięcie głęboko w statku. Sygnał był zbyt słaby na głos i zbyt znajomy, by go pomylić. Serce przyspieszyło, zanim umysł odnalazł imię. Gdy spróbował sięgnąć w tamtą stronę, natrafił na gładką barierę i chłód aparatury medycznej. Ślad zniknął, gdy żel podniósł się ku twarzy. Ostatnim obrazem przed stazą była twarz Viki widziana na Plutonie, chwilę przed tym, jak wszystko przestało mieć ciąg dalszy. Przed utratą świadomości statek stał się dla niego tysiącami osobnych istnień zamkniętych w warstwach metalu. Strach przygasał wraz z kolejnymi komorami; myśli rwały się w połowie zdań, sny tonęły w chłodzie stazy. Zostawały pompy, szum chłodziwa i ta jedna znajoma obecność, odległa o kilka pokładów. Próbował wypowiedzieć jej imię, ale żel wypełnił mu usta. Aparatura zwolniła rytm jego serca, a obraz przed oczami zgasł.
Kilka pokładów dalej doktor Irena Brzezińska kończyła kontrolę komory 042. Wiktoria Jasińska figurowała poza zwykłym manifestem: pacjentka wojskowa, głęboka staza urazowa, osobne zasilanie, zakaz gwałtownego wybudzania.
— Aktywność synaptyczna znowu rośnie — powiedziała pielęgniarka Marta Sowa.
Brzezińska przybliżyła wykres. Cienkie linie drżały, jakby uśpiony mózg próbował odeprzeć coś, czego aparatura nie widziała.
— Zostaw dawkę. Jej mózg nie walczy z lekiem.
— Z czym w takim razie?
Lekarka spojrzała na bladą twarz za szybą.
— Z tym, co czeka po przebudzeniu.
Na zewnętrznym korytarzu rozległ się komunikat o zamknięciu śluz. „Królowa Bona” odchodziła od stacji. Brzezińska zabezpieczyła terminal i przez chwilę stała przy komorze, choć dyżur powinien być już zakończony.
— Dolecisz na Lechię — powiedziała cicho. — Tam będą mieli czas, żeby cię obudzić.
Brzezińska wiedziała, że to bardziej życzenie niż obietnica.
Rozdział 2. Ostatni transport
Janusz Bogdanowski nie zabrał ze sobą żadnej teczki. Przez lata papier, szkło i terminale były przedłużeniem jego rąk. Podpisywał mobilizacje, budżety stoczni, listy ewakuacyjne i decyzje, po których ludzie wracali do domów albo nie wracali wcale. Teraz siedział przy iluminatorze „Królowej Bony” z małą torbą u stóp i biletem, który prowadził do żony oraz dzieci czekających na Lechii. Za szybą obracało się „Gniazdo”, pokryte świeżymi płytami pancerza w miejscach wypalonych podczas Bitwy. Spawarki rysowały po jego boku blade linie, a dalej wisiała Ziemia, błękitna i niewiarygodnie spokojna. Młoda kobieta po drugiej stronie przejścia próbowała wcisnąć do schowka zbyt dużą walizkę. Bogdanowski wstał i pomógł jej bez słowa.
— Dziękuję, panie premierze.
Skrzywił się.
— Już nie premierze.
— Człowiek się przyzwyczaja.
— Właśnie od tego próbuję odpocząć.
Uśmiechnęła się, lecz zaraz spoważniała. Na kolanach trzymała dziewczynkę może sześcioletnią. Dziecko patrzyło na Ziemię, jakby usiłowało zapamiętać cały glob naraz.
— Na Lechii naprawdę można wychodzić bez masek? — zapytała.
— W większości stref.
— A są tam lasy?
— Są.
— Takie prawdziwe?
Bogdanowski zawahał się. Po wojnie słowo „prawdziwe” straciło prostotę. Lasy rosły pod obcymi słońcami, okręty budowano z technologii wydobytej z grobów Marsa, a Oko Przeszłości otworzyło ludziom drogi, których nadal do końca nie rozumieli.
— Takie, w których można się zgubić — powiedział.
Dziewczynka uznała to za dobrą wiadomość. W głośnikach odezwał się kapitan Kotarbiński. Poprosił o zajęcie miejsc i przypomniał, że Exodus-087 jest transportem rutynowym. Bogdanowski znał to słowo z raportów, w których zwykle stało wysoko nad tabelami, daleko od smrodu spalonej izolacji i ludzi, których potem liczono. Zapiął pas, gdy „Królowa Bona” odsuwała się od „Gniazda”. Ziemia przesunęła się w iluminatorze, a potem zniknęła za ciemnym kadłubem stacji. Bogdanowski poczuł ulgę, której natychmiast się zawstydził. Przed wejściem w stazę otrzymał od syna krótką wiadomość, której obraz rwał się przez opóźnienia sieciowe. Michał stał na tle białych modułów Lechii, a za nim dwójka dzieci próbowała złapać wielkiego, niebieskiego owada uderzającego w przezroczystą ścianę osiedla.
— Ojcze, odbierzemy cię na Arkadii. Mama twierdzi, że nie zabrałeś ciepłej kurtki. Nie pytaj, dlaczego uważa, że na planecie tropikalnej będziesz potrzebował kurtki. Po prostu powiedz, że zabrałeś.
Bogdanowski uśmiechnął się do zapisu.
— Nie zabrałem — odpowiedział, choć wiadomość miała zostać wysłana dopiero po przejściu przez Bramę. — Ale kupię. Pierwsza decyzja człowieka bez urzędu.
Wnuczka pojawiła się przed kamerą.
— Dziadku, mamy tu las, który zjada płoty.
— W takim razie pilnuj, żeby nie zjadł domu.
— Tata mówi, że dom jest z marsjańskiego materiału.
— Las nie musi o tym wiedzieć.
Zapis skończył się śmiechem dzieci. Bogdanowski obejrzał go drugi raz, skasował przygotowaną wcześniej, gładką odpowiedź i nagrał nową. Powiedział synowi, że się boi. Przez lata nie używał tego słowa wobec rodziny, jakby urząd miał własne krzesło także przy kuchennym stole. Kiedy steward poprosił pasażerów o przejście do komór, Bogdanowski zatrzymał dziewczynkę z sąsiedniego fotela, która zgubiła pluszowego ptaka. Znalazł zabawkę pod siedzeniem i podał jej matce.
— Na Lechii są prawdziwe — przypomniała dziewczynka.
— Pamiętam.
— Ten nie gryzie.
— To przewaga dobrze wychowanych zabawek nad naturą.
Podziękowała mu Marta Lewicka, matka Zosi. Bogdanowski zapisał oba imiona bezwiednie, dawnym odruchem polityka. Zapamiętywanie nazwisk należało do niewielu umiejętności władzy, które nadal miały tu zastosowanie. Przed stazą Bogdanowski zajrzał jeszcze do kantyny oficerskiej. Kotarbiński znalazł go nad zimną kawą, z terminalem wygaszonym po kolejnej skasowanej wiadomości.
— Pańska komora czeka — powiedział kapitan.
— Pierwszy raz od dwudziestu lat ktoś może mi kazać się położyć bez kryzysu konstytucyjnego.
— Na moim statku regulamin ma pierwszeństwo.
Bogdanowski skinął głową i zapytał o liczbę pasażerów.
— Jedenaście tysięcy sto dziewięć — odpowiedział Kotarbiński. — Rodziny, specjaliści, urzędnicy, ludzie wykupieni z obozów i tacy, którzy sprzedali wszystko.
— W dokumentach to ładunek.
— Dokumenty nie budzą się w panice — powiedział Bogdanowski.
Kotarbiński spojrzał na niego uważniej, jakby po raz pierwszy zastanowił się, do czego były premier może się jeszcze przydać.
W drodze do komór Kotarbiński zatrzymał go jeszcze przy śluzie kriogenicznej. Za grubą szybą ludzie układali się w kapsułach, a personel sprawdzał zamknięcia z monotonią właściwą czynnościom wykonywanym setki razy.
— Pan naprawdę wierzy, że po dotarciu na Lechię zdoła być zwykłym człowiekiem? — zapytał kapitan.
Bogdanowski spojrzał na rząd przezroczystych pokryw.
— Nie. Ale chciałbym po raz pierwszy mieć prawo źle wykonać tę rolę bez szkody dla państwa.
— Na statku każdy ma przydział.
— W takim razie proszę mnie obudzić tylko wtedy, gdy zabraknie ludzi do noszenia skrzyń.
Kotarbiński skinął głową. Umowa przetrwała zaledwie kilka godzin.
Rozdział 3. W osi Bramy
Pierścień przejścia nie świecił, dopóki „Królowa Bona” nie znalazła się dokładnie na jego osi. Wtedy przestrzeń w środku konstrukcji pociemniała. Gwiazdy wygięły się ku centrum, jak opiłki żelaza przyciągane przez niewidoczny magnes. Kapitan Jerzy Kotarbiński obserwował procedurę z fotela dowódcy. Wykonywał ten przelot siedem razy na symulatorze i dwa razy z pasażerami. Liniowiec klasy „Batory” nie otwierał przejść samodzielnie. Wchodził w geometrię tworzoną przez Bramę, niosąc ludzi jak pocisk wsuwany do lufy.
— Pakiet Lechia potwierdzony — zameldował nawigator Bogdan Mazurek. — Kotwica czasu zsynchronizowana. Różnica trzy setne milisekundy.
— Napęd główny w stan bierny.
— Wykonano.
Na bocznym ekranie przesuwał się pakiet trasy przygotowany przez centralną logistykę korzystającą z Oka Przeszłości. Kryształ wydobyty wiele lat wcześniej dał ludziom dostęp do obcej wiedzy i pozwolił obliczać geometrię przejść między światami. Procedura rozdzielała jednak role: Oko liczyło trasę, operatorzy węzła podpisywali pakiet, a kapitan potwierdzał cel. Trzy niezależne zgody miały odcinać obcej technologii drogę do samodzielnej decyzji.
— Wejście za dziesięć — powiedział Mazurek.
Gdy odliczanie doszło do trzech, na ekranie nawigacyjnym jedna z cyfr zmieniła wartość. Mazurek pochylił się nad panelem.
— Tego nie wprowadzałem.
— Przerwać wejście.
— Brama nie przyjmuje komendy.
Kotarbiński odpiął blokadę dowódczą i wprowadził kod awaryjny. System potwierdził jego tożsamość, po czym wrócił do obcego ciągu. Linie współrzędnych przesuwały się pod pakietem Lechii jak tekst odsłonięty pod startą warstwą atramentu.
— Pakiet właśnie nadpisał współrzędne wyjścia — powiedział Mazurek. — Podpis Oka jest prawidłowy. Sumy kontrolne również.
Pierwsza oficer Ewa Gajda odblokowała kanał do kontroli Bramy.
— Węzeł „Gniazdo”, tu „Królowa Bona”. Żądam natychmiastowego przerwania sekwencji. Pakiet trasy został zmieniony po autoryzacji.
W słuchawkach nie było głosu operatora. Odpowiedział syntetyczny komunikat: przejście zatwierdzone, korytarz stabilny, cel Lechia.
— Nadają nazwę celu, ale nie współrzędne — powiedział Mazurek. — Dwie warstwy danych przeczą sobie i obie mają ważny podpis.
Kotarbiński wprowadził kod kapitański po raz drugi. Terminal przyjął polecenie, wyświetlił potwierdzenie, a mimo to odliczanie nie zatrzymało się.
— Odłączyć interfejs Oka.
— Za późno. Brama prowadzi sekwencję po swojej stronie.
Mechanik napędu Mirek Baran zgłosił się z maszynowni.
— Mogę dać ciąg wsteczny. Zerwiemy oś wejścia.
— Przy tej odległości uderzymy w pierścień.
— Albo wejdziemy w coś, czego nie ma na mapie.
Kotarbiński patrzył na dwa rozwiązania. Jedno kończyło się prawie pewnym zderzeniem ze strukturą Bramy. Drugie pozostawiało los statku systemowi, któremu ludzkość ufała tak długo, że przestała wymagać od niego wyjaśnień.
— Utrzymać oś — rozkazał.
Gajda odwróciła głowę.
— Kapitanie…
— Jeżeli zerwiemy przejście, zabijemy dwanaście tysięcy ludzi własną decyzją. Utrzymać oś.
Kotarbiński poczuł kwaśny smak na języku. Ciąg wsteczny dawał śmierć, którą mógł podpisać własnym nazwiskiem; pozostanie w osi zostawiało dwanaście tysięcy ludzi w rękach systemu, który właśnie przeszedł przez zabezpieczenia uznawane za pewne. Odliczanie doszło do zera. W ostatniej chwili Mazurek skopiował oba pakiety do niezależnego rejestratora. Potem geometria mostka zwinęła się wokół nich.
— Dokąd prowadzi?
— Nie mam układu odniesienia.
Pierścień zamknął się wokół statku. Zamiast przeciążenia mostek na ułamek sekundy stracił objętość. Fotel, podłoga i ciało Kotarbińskiego zajęły to samo miejsce; w zębach poczuł metaliczny smak, a potem rzeczy gwałtownie wróciły do swoich granic. Wszystkie ekrany zgasły. Ktoś krzyknął w ciemności, krótko, bardziej z zaskoczenia niż strachu. Zasilanie awaryjne zapaliło czerwone lampy. Przed panoramicznym wizjerem zamiast Lechii zobaczyli rdzawą planetę, nad którą stały trzy słońca. Przez kilka sekund po wyjściu z tunelu nikt na mostku nie użył słowa „błąd”. Procedury znały odchylenie, utratę synchronizacji i wyjście awaryjne. „Błąd” brzmiał zbyt ludzko. Mazurek zamknął kopię pakietu w odłączonym rejestratorze i wyrwał przewód transmisyjny z gniazda.
— Jeśli centralny system nadal ma dostęp do statku, nie chcę, żeby poprawił nam dowody.
— Oko nie ma tutaj łączności — powiedziała Gajda.
— Nie powinno było również zmienić podpisanego pakietu.
Kotarbiński nakazał zachować oba warianty danych i rozesłać kopie do trzech sejfów. Każdy z oficerów miał podać własny kod, ale żaden nie mógł otworzyć archiwum sam. Była to procedura przeznaczona na wypadek buntu załogi. Użyli jej przeciw narzędziu, na którym opierała się cała ludzka żegluga. Z przedziału pasażerskiego napłynęły pierwsze pytania, bo część komór stazy wybudziła ludzi po przerwaniu podróży. System informacyjny nadal wyświetlał napis LECHIA — PRZYBYCIE, choć za iluminatorami widać było rdzawą planetę i trzy słońca.
— Musimy zmienić komunikat — powiedziała Gajda.
— Najpierw musimy wiedzieć, co powiedzieć w zamian — odpowiedział Kotarbiński.
Mazurek odtworzył ostatnią sekundę przed przejściem. Linia celu zmieniła się na oczach załogi, lecz nazwa „Lechia” pozostała. Fałszerstwo nie potrzebowało doskonałej maski; wystarczyło, że nikt nie zdążył go zatrzymać.
— To wygląda jak polecenie — powiedział nawigator.
— W raporcie napiszesz: niezgodność dwóch warstw danych — odparł kapitan. — Dopóki nie wiemy więcej, nie przypisujemy zamiaru.
— Ktoś zapyta, dlaczego tego nie zatrzymałem — powiedział Mazurek ciszej.
— Odpowiem, że alternatywą było rozbicie statku o Bramę — odparł Kotarbiński. — Decyzja należała do mnie.
Gajda odpięła rękawicę od panelu. Na jej dłoni zostały półksiężyce po paznokciach.
— W raporcie może pan nie przypisywać zamiaru. My jednak musimy założyć, że ten sam system spróbuje zrobić coś jeszcze.
— Dlatego od tej chwili każda komenda z pakietu zewnętrznego wymaga dwóch ludzkich potwierdzeń — powiedział Kotarbiński.
Mazurek wskazał wygaszony pierścień za rufą.
— Nie mamy już systemu zewnętrznego.
— Mamy jego polecenia zapisane w połowie urządzeń statku. Odłączyć automatyczną nawigację od sterowania. Od tej chwili obliczenia są podpowiedzią, a decyzja i wykonanie zostają w ludzkich rękach.
Na ekranie pojawił się alarm drobinowy. Nieznany układ nie dawał im czasu na dokończenie sporu.
Rozdział 4. Trzy słońca
Nad planetą świeciły trzy słońca: duże, bursztynowe oraz dwa mniejsze, bliskie sobie, zimne i blade. Wstępna astrometria wskazywała, że planeta krąży wokół bursztynowej gwiazdy. Mniejsze gwiazdy tworzyły odległy układ podwójny. Ich obecność wydłużała cykle światła i klimatu, dając długie zmierzchy oraz noce, które rzadko stawały się całkiem ciemne. Mazurek uruchomił katalog gwiazd. Program porównywał położenia, odrzucał wyniki i zaczynał od początku.
— Brak zgodności — powiedział. — Nie widzę żadnego pulsara Kotwicy. Nie mamy czasu sieciowego ani radiolatarni.
— Łączność?
— Cisza na wszystkich pasmach.
Kotarbiński kazał powtórzyć pomiary, lecz otrzymali ten sam wynik. Pod nimi obracał się świat większy od Ziemi, z rdzawymi pasami pustyń, ciemnymi plamami lasów i cienką poświatą atmosfery. Dwa pierścienie pyłu przecinały przestrzeń nad równikiem. Diagnostyka statku wyglądała gorzej. Cewki pola przegrzały się podczas przejścia, trzy sekcje chłodzenia pracowały poniżej normy, a w rufowej magistrali spadało ciśnienie.
— Możemy ponownie otworzyć tunel? — zapytała doktor Brzezińska.
— Ten statek nigdy go nie otwierał — odpowiedział Kotarbiński. — Brama została po drugiej stronie.
Mazurek wyświetlił pakiet nawigacyjny. Pod współrzędnymi Lechii pulsował ciemny blok kodu.
— To nie wygląda na uszkodzenie — powiedział. — System wykonał instrukcję.
— Czyją?
— Nie wiem. System twierdzi, że to nadal trasa na Lechię.
Milczenie trwało tylko chwilę.
— Skan planety. Potem prom — rozkazał Kotarbiński. — Najpierw ustalimy, czy mamy gdzie spaść.
Pierwszy skan dał im atmosferę tlenowo-azotową, ciśnienie nieco wyższe od ziemskiego i aktywną hydrosferę. Biosfera ciągnęła się od ciemnych lasów po rdzawą pustynię. Grawitacja była o około jedną dziesiątą większa niż na Ziemi — wartość mała na ekranie i wystarczająca, by po kilku godzinach ciało zaczęło ją pamiętać.
— Można oddychać? — spytała Brzezińska.
— Skład podstawowy na to wskazuje — odparł sensorowiec. — O biologii nic nie wiemy.
Kotarbiński patrzył na rdzawy glob. Nocna półkula była czarna jak martwy ląd: żadnych miast, świateł, sygnałów energetycznych. Dopiero chmury żyły własnym światłem.
Sonda orbitalna przeszła nad nocną półkulą. Zamiast świateł miast pokazała burze elektryczne rozciągnięte na setki kilometrów. Wysoko w atmosferze błyskały wyładowania o fioletowej barwie, a dwa mniejsze słońca pozostawiały na chmurach srebrny poblask. Mazurek wyznaczył przybliżoną dobę: trzydzieści jeden godzin i czterdzieści minut. Rok miał być dłuższy od ziemskiego, ale bez pełnej orbity nie potrafił podać liczby dni.
— Skład pozwala oddychać — powiedziała Brzezińska. — Biologia może nas zabić szybciej niż brak tlenu. Pyłki, zarodniki, obce białka. Jedna ciężka reakcja alergiczna wystarczy.
— A grawitacja? — zapytała Gajda.
— Przez godzinę dziesięć procent więcej wydaje się drobiazgiem. Po miesiącu obciąży serce, kręgosłup i każdą ranę. Najpierw odczują to dzieci oraz ludzie po stazie.
Kotarbiński przybliżył pas kamienistej sawanny. Potrzebował miejsca, w którym można było postawić prom, pobrać wodę i rozwinąć tymczasowe moduły. Nadal myślał kategoriami misji zwiadowczej. Statek wisiał na orbicie, pasażerowie spali, a uszkodzenia pozostawały liczbami na ekranie. Wtedy stacja sensorów zgłosiła kolejne drobiny pyłu uderzające w pole.
— Pierścień nie jest stabilny — powiedział Mazurek. — Wchodzimy w gęstsze pasmo.
— Skorygować orbitę.
Baran odpowiedział po chwili.
— Mogę, ale muszę najpierw obniżyć temperaturę cewek. Po przejściu są blisko granicy.
— Ile czasu?
— Czterdzieści minut.
Pierwszy większy odłamek trafił po dziewięciu minutach. Wstrząs rozszedł się po kadłubie jak stuknięcie w ogromny dzwon. Na schemacie osłony pojawiła się biała plama, potem druga. Nie przebijały pola, ale każde zostawiało w nim krótką, ciemną ranę.
— Pył nie jest równomierny — powiedział Mazurek. — To pas odłamków. Jeżeli planeta ma dwa pierścienie, ich węzły mogą przecinać tę orbitę.
Zegar chłodzenia cewek pokazywał trzydzieści jeden minut, a prognoza wejścia w kolejne pasmo zaledwie dwanaście.
— Przygotować Wróbla. Polecimy, zanim orbita zdecyduje za nas.
Brzezińska nie ruszyła się od stołu.
— Najpierw ustalimy, czy powierzchnia nie zabije zespołu szybciej niż pył statek.
— Ma pani osiem minut na wybranie ludzi i sprzętu.
— W osiem minut wybiorę ludzi do pobrania próbek. Planety dziś nie zbadamy.
Kotarbiński skinął głową. Brzezińska zatrzasnęła futerał próbnika.
— Czyli ten lot ma nam powiedzieć, czy planeta pozwoli tutaj rozbić dwanaście tysięcy ludzi.
Kotarbiński spojrzał na rosnący pod nimi glob. Odpowiedź zostawił dla siebie.
Rozdział 5. Świat pod rdzą
Prom „Wróbel-4” wszedł w atmosferę z wyciem osłon termicznych. Kotarbiński leciał jako drugi pilot. Mazurek siedział za nim przy aparaturze, a doktor Brzezińska śledziła próbki pobierane przez wloty zewnętrzne. Gdy opadli pod warstwę rdzawych chmur, świat otworzył się szeroko. Na północy rosły lasy wysokich, miedzianych struktur. Ich korony łączyły się w płaskie tarasy, pomiędzy którymi unosiła się para. Dalej ciągnęła się żółtozielona sawanna poprzecinana ciemnymi rzekami. Na zachodzie ziemia przechodziła w pustynię tak rozległą, że wydmy wyglądały z góry jak zastygłe fale oceanu.
— Ciśnienie jeden przecinek piętnaście — powiedziała Brzezińska. — Tlen w granicach tolerancji. Zarodniki, pyłki, białka, których nie znamy. Hełmów jeszcze nie zdejmujemy.
Gdy prom zatoczył krąg nad sawanną, stado sześciokopytnych zwierząt rozpierzchło się pod cieniem maszyny. Ich niskie, szerokie ciała osłaniały jasne płyty. Życie trwało tu pod cięższym niebem, kompletne na długo przed ich przybyciem. Mazurek wskazał pustynię.
— Mam regularne zakłócenia pod powierzchnią.
— Złoża?
— Albo ruch. Za głęboko, żeby rozstrzygnąć.
Kotarbiński skierował prom niżej. Piasek sunął pod nimi gładko, bez śladów roślin. Przez chwilę zobaczył długi cień przesuwający się przeciwnie do wiatru.
— Widzieliście?
Mazurek cofnął zapis. Na obrazie pozostała tylko wydma.
— Artefakt kompresji.
Kotarbiński przemilczał uwagę, a Wróbel osiadł na kamienistej równinie przy granicy sawanny. Podmuch silników rozpłaszczył wysokie trawy i odsłonił czerwony grunt. Przez pięć minut śluza pozostała zamknięta, podczas gdy Brzezińska porównywała skład próbek, a Kotarbiński obserwował ruch na zewnątrz. Kiedy podwozie dotknęło gruntu, cięższa grawitacja dała o sobie znać natychmiast. Każdy ruch wymagał odrobinę większej siły, niż podpowiadało ciało. Ramiona opadały szybciej, oddech skracał się pod kombinezonem, a skrzynka z próbkami ważyła jak źle zapamiętany przedmiot. Po otwarciu śluzy do wnętrza wdarło się miejscowe światło. Bursztynowe słońce rzucało jeden twardy cień, dwa dalsze dopisywały do niego blade, rozbieżne krawędzie. Każdy człowiek wyglądał, jakby stał w trzech nieznacznie różnych miejscach. Pierwszy wyszedł biolog Paweł Domański. Wbił sondę w czerwony grunt, pobrał próbkę i cofnął się do promu. Równina pozostała obojętna. Czerwony pył osiadł na rękawicach Domańskiego i wszedł w przeguby kombinezonu. Przy każdym kroku podeszwy wciskały się w grunt odrobinę głębiej, niż oczekiwały mięśnie. Dziesięć procent grawitacji przestało być liczbą z mostka. Druga grupa przeszła sto metrów ku strumieniowi. Woda była przejrzysta, ale pomiędzy kamieniami poruszały się spłaszczone stworzenia o pancerzach przypominających nachodzące na siebie ostrza. Jeden z techników wyciągnął rękę po próbkę.
— Tylko automatem — zatrzymała go Brzezińska.
Chwytak zanurzył pojemnik. Powierzchnia eksplodowała. Pancerne zwierzę uderzyło w metal i odcięło połowę ramienia sondy. Druga połowa zniknęła pod wodą.
— Tlen mamy zdatny — mruknął Mazurek. — Gościnność jeszcze sprawdzamy.
Brzezińska przykucnęła przy brzegu.
— Reaguje na ruch w wodzie. Zbudujemy czerpnię poza nurtem i sprawdzimy, czy zostawi ją w spokoju. Do tego czasu żadnych dłoni nad powierzchnią.
Dalej znaleźli ślady wielkich zwierząt: okrągłe odciski, głębokie na kilka centymetrów, prowadzące ku lasowi. Z korony miedzianego drzewa zerwały się czarne ptaki o krótkich skrzydłach i długich dziobach. Nie próbowały odlecieć daleko. Krążyły nad ludźmi i czekały, aż ci odsłonią coś w ziemi. Kotarbiński zdjął z pasa znacznik i wbił go w skałę.
— Punkt Bona Jeden. Grunt nośny, woda w zasięgu dwóch kilometrów, pustynia od zachodu.
— Nazwa tymczasowa? — zapytał Mazurek.
— Wszystko jest tymczasowe, dopóki statek nie wróci na orbitę.
W drodze do promu zobaczyli na sawannie stado wysokich, dwunożnych zwierząt. Biegły równolegle do ludzi, zachowując dystans. Jedno zatrzymało się i przekrzywiło głowę. Patrzyło na maszynę, nie na człowieka, jakby próbowało zrozumieć nowy rodzaj drapieżnika. Brzezińska przyjrzała się śladom zwierząt i trzem cieniom leżącym u jej stóp.
— Jeśli zostaniemy, będziemy musieli nauczyć się tutejszych reguł szybciej, niż planeta nauczy się nas.
Na chwilę przed zamknięciem śluzy Brzezińska odwróciła się ku równinie. Wiatr kładł wysokie trawy, lecz na jednym odcinku ruch szedł pod prąd. Coś niskiego i ciężkiego przesuwało się daleko od nich, nie próbując podejść bliżej.
— Zapisaliście? — zapytała.
— Mam obraz — odpowiedział Mazurek.
— Do obrazu dopiszcie warunki: kierunek wiatru, czas, ruch traw. Oddzielcie to, co widzieliśmy, od tego, co nam się wydaje. Tutaj taka różnica może kosztować życie.
Kiedy wracali na orbitę, „Królowa Bona” wisiała nad planetą pod złym kątem. Jej światła pozycyjne drżały, a z rufy ciągnęła się cienka smuga lodowych kryształów. Na kanale czekał alarm.
— Kapitanie — odezwał się pierwszy oficer. — Pierścień pyłowy zmienił gęstość. Dostaliśmy trzy uderzenia. Tracimy wysokość.
Rozdział 6. Nie ma orbity
Odłamek wielkości pięści przebił osłabione pole z prędkością kilkunastu kilometrów na sekundę. Przeszedł przez trzy pokłady, rozdarł przewody chłodzenia i zamienił metal wokół kanału w parę; automaty zamknęły grodzie, lecz dwie sekundy zwłoki wystarczyły, żeby wrzące chłodziwo popłynęło w głąb statku. Gdy Kotarbiński wrócił na mostek, na ekranie płonęła trajektoria zejścia.
— Ile? — zapytał.
— Sześć godzin do wejścia w górną atmosferę — powiedział Mazurek. — Możemy podnieść perycentrum, ale napęd nie wytrzyma pełnego impulsu.
— A częściowego?
— Umrzemy odrobinę później.
Kapitan spojrzał na schemat statku: dwanaście tysięcy kapsuł, nasiona, maszyny, leki i moduły mieszkalne. „Bonę” zbudowano do przewożenia przyszłości między gotowymi portami. Kadłub nigdy nie miał dotknąć planety.
— Rozdzielić sekcje konstrukcyjne — rozkazał. — Przygotować kontrolowane zejście.
Pierwszy oficer uniósł głowę.
— Kadłub może się rozpaść.
— Dlatego wybierzemy miejsca pęknięcia — odpowiedział Kotarbiński.
Na mostek przyprowadzono główną konstruktorkę transportowca, Annę Radecką. Wybudzono ją dziesięć minut wcześniej. Mokre od żelu włosy kleiły się do karku, skóra miała kredowy kolor po stazie, a żołądek jeszcze próbował zdecydować, w którą stronę jest dół. Mundur został w kapsule. Radecka patrzyła już tylko na schemat jednostki.
— Łączenia serwisowe nie są spadochronami — powiedziała. — Sekcje mieszkalne nie mają samodzielnych tarcz do wejścia w atmosferę.
— Mają emitery awaryjne.
— Do ochrony przed pożarem w porcie, nie przed trzydziestoma kilometrami atmosfery.
— Co pani proponuje?
Radecka powiększyła środkowy pierścień statku. Zaznaczyła magazyny wody, moduły paliwowe i puste przestrzenie pomiędzy sekcjami pasażerskimi.
— Przepompujemy wodę na zewnętrzne zbiorniki. Nie zatrzyma temperatury, ale odbierze część energii. Magazyny towarowe ustawimy od strony wejścia. Stracimy ładunek, lecz osłonimy kapsuły. Sekcje rozłączymy dopiero poniżej górnej warstwy atmosfery. Wcześniej pole całego statku musi trzymać je razem.
— A potem?
— Potem każda część spadnie osobno.
Gajda spojrzała na nią ostro.
— To jest plan?
— To jedyny sposób, żeby mniej ludzi zginęło w tym samym miejscu.
Kotarbiński zatwierdził przebudowę. Radecka została na mostku i zaczęła wydawać polecenia zespołom, których nazwisk jeszcze nie znała. Głos drżał jej tylko przy pierwszych dwóch rozkazach. Konstruktorka przeniosła swój pulpit do bocznej wnęki mostka. Na ekranie zaznaczała na czerwono elementy, które należało poświęcić, na zielono — te, które musiały przeżyć, jeśli po upadku miała istnieć choć prowizoryczna kolonia. Po kilku minutach schemat statku wyglądał jak ciało przygotowane do amputacji.
— Magazyn reprezentacyjny odrzucamy pierwszy — powiedziała. — Potem zbiorniki rekreacyjne, moduł konferencyjny i połowę wyposażenia portowego.
— Są tam maszyny przeznaczone dla administracji Lechii — zauważyła Gajda.
— Jeżeli przeżyjemy, administracja będzie mogła siedzieć na ziemi. Kapsuły nie.
Kotarbiński zatwierdzał kolejne straty bez komentarza. Każde dotknięcie pola oznaczało czyjąś pracę, czyjś plan i fragment statku, za który odpowiadał. Radecka nie pozwalała mu jednak zatrzymywać się przy żadnym z nich.
— Statek pożegnamy na powierzchni. Teraz proszę go rozebrać.
Na schemacie kadłuba rozjarzyło się dwanaście linii podziału. „Królowa Bona” nie miała lądować, ale jej moduły mogły zostać rozłączone podczas awarii portowej. Kotarbiński zamierzał wykorzystać te łączenia jak kontrolowane pęknięcia. Każda sekcja miała wejść w atmosferę pod innym kątem i hamować własnymi silnikami manewrowymi. Starszy mechanik napędu, Mirek Baran, przywołał na ekran bilans energii.
— Osłony pochłoną wszystko. Jeżeli damy im pełną moc, zostanie nam mniej niż osiem procent ciągu przy powierzchni.
— Bez pełnej mocy nie dotrzemy do powierzchni — odpowiedział Kotarbiński.
— A z pełną mocą dotrzemy za szybko.
Kapitan powiększył obraz sawanny na granicy pustyni. Wąski pas kamienistego gruntu dawał jedyną szansę, by sekcje nie utonęły od razu w wydmach ani nie rozpadły się w lesie.
— Całą energię do osłon na wejściu. Zostawicie rezerwę tylko dla zapłonu awaryjnego. Ostatnie dwanaście sekund hamujemy wszystkim, co jeszcze odpowiada.
Baran popatrzył na wykres, jakby próbował zmusić liczby do zmiany.
— Dwanaście sekund nie zatrzyma takiej masy.
— Dwanaście sekund ma wystarczyć, żeby po zderzeniu ktoś jeszcze oddychał.
Rozkazy poszły przez statek. Budzono medyków, inżynierów, ratowników i personel ochrony. Pozostali mieli przespać katastrofę, bo przerażony człowiek zużywał tlen, zajmował korytarze i podejmował decyzje, których później nie dało się odwrócić. Kotarbiński otworzył kanał ogólny.
— Tu kapitan. Wystąpiła awaria orbitalna. Wykonamy awaryjne zejście na planetę o atmosferze nadającej się do oddychania. Osoby wybudzone mają pozostać w sektorach i wykonywać polecenia załogi.
Na kanale technicznym odezwał się alarm dziobu. Temperatura poszycia przekroczyła granicę, przy której warstwy ablacyjne powinny zacząć odparowywać równomiernie. Zamiast tego dwa panele wygięły się i odsłoniły konstrukcję pod spodem. Wentylacja puściła na mostek smród przegrzanej izolacji. Ktoś zakaszlał. Na ekranie termicznym dziób jaśniał coraz szerzej, jak rana rozcinana od środka.
— Kapitanie, sekcja A traci osłonę! — zameldowała pierwszy oficer Ewa Gajda. — Za osiemnaście minut przegrzejemy magistralę kriogeniczną.
Kotarbiński zobaczył rzędy niebieskich punktów. Kapsuły. Ponad tysiąc pasażerów spało w części, której dziób powoli zmieniał się w płynną stal. Otworzył kanał ogólny ponownie.
— Uwaga, cała załoga i osoby wybudzone. Natychmiastowa ewakuacja części dziobowej do sekcji środkowej i rufowej. Zespoły medyczne przygotować transport kapsuł ruchomych. Nie otwierać komór bez polecenia lekarza.
W korytarzach rozległy się syreny. Dr Brzezińska pobiegła do windy kriogenicznej z dwiema pielęgniarkami i grupą techników. Mogli przenieść komory urazowe oraz dziecięce. Zwykłe kapsuły były wbudowane w ściany.
— Ilu nie ruszymy? — zapytała Gajdę przez komunikator.
— Dziewięćset osiemdziesiąt trzy komory.
Brzezińska zatrzymała się tylko na sekundę.
— W takim razie odcinamy ich od wspólnego chłodzenia i podpinamy lokalne baterie. Każda sprawna kapsuła dostaje własną linię. Żadnego łączenia szeregowego. Jedna awaria nie może zabrać całego rzędu.
Technicy biegli w dół pochylającego się korytarza, czując pod podeszwami drżenie poszycia. Za ścianą szumiała kriogeniczna ciecz, a ponad tym dźwiękiem narastał głuchy pomruk atmosfery. Kotarbiński nie podał ludziom wszystkich liczb. Siedemdziesiąt trzy procent prawdopodobieństwa utraty kadłuba niczego by im nie wyjaśniło, a zabrałoby ostatnią resztę porządku. Za iluminatorami rosła planeta. Kotarbiński po raz pierwszy dowodził statkiem, którego nie próbował już ocalić, wybierając jedynie części wraku potrzebne żywym.
Rozdział 7. Ciężar decyzji
Kapitan Kotarbiński odnalazł Bogdanowskiego przy stole zrobionym z pokrywy kontenera.
— Potrzebuję ludzi gotowych do pracy po upadku.
— Najpierw musi im pan powiedzieć, że upadek nastąpi.
Kapitan spojrzał na setki twarzy, a Bogdanowski mówił prosto: znaleźli się nad obcą planetą, orbita się rozpada, statek zejdzie awaryjnie. Zamiast obietnicy bezpieczeństwa dał im coś bardziej użytecznego — nazwiska ludzi odpowiedzialnych za sektory, punkty zbiórki i zasadę, że każdą decyzję będzie można później przypisać konkretnemu człowiekowi. Panika została w sali, tylko przestała być jedną masą. Rozeszła się po kolejkach, zadaniach, listach i rękach, które dostały coś do niesienia. Kotarbiński odprowadził Bogdanowskiego do bocznej śluzy. Za grodzią dudniły ładunki rozdzielające sekcje statku.
— Chce pan przejąć dowodzenie? — zapytał kapitan.
— Chcę, żeby pańskie rozkazy dotarły do ludzi, zanim dotrze do nich strach.
— Jeśli każdy zacznie wydawać polecenia, zginiemy jeszcze przed wejściem w atmosferę.
Bogdanowski podał mu kartkę z nazwiskami lekarzy, konstruktorów i operatorów ciężkiego sprzętu. Przy każdym nazwisku widniał sektor, stan rodziny i człowiek odpowiedzialny za doprowadzenie go do punktu zbiórki.
— Proszę więc wydawać rozkazy przez tych, którzy znają ludzi w swoich sektorach. Pan prowadzi statek. Ja przygotuję to, co zostanie po lądowaniu.
Kadłub zadrżał, a z sufitu posypał się pył. Kapitan schował kartkę do kieszeni munduru.
— Nie ocalam statku — powiedział. — Próbuję wybrać sposób, w jaki się rozpadnie.
Stali naprzeciw siebie w przechylonym korytarzu, obaj już poza rolami, do których przygotowało ich życie.
— Podczas zejścia moje rozkazy są ostateczne — powiedział Kotarbiński.
— Po uderzeniu ludzie będą chcieli wiedzieć, kogo i dlaczego pan poświęcił.
— Czasem nie zdążę tłumaczyć.
— Wtedy zrobię to później.
Kadłub zadrżał, kończąc rozmowę. Bogdanowski zobaczył w Kotarbińskim człowieka, który własnoręcznie skazywał swój statek na śmierć. W części dziobowej Brzezińska otwierała kolejne szafy z bateriami. Technik odczytywał numery rzędów, a Bogdanowski dopisywał je do papierowej listy.
— A-jedenaście?
— Zasilanie lokalne.
— A-dwanaście?
Technik nie odpowiedział. Na panelu cały rząd zmienił kolor z niebieskiego na czarny.
— Przywrócić — powiedziała Brzezińska.
— Magistrala stopiła się za grodzią. Nie przejdziemy tam.
W rzędzie A-dwanaście spały sto cztery osoby, a przy każdym numerze wyświetlało się nazwisko, wiek i cel podróży. System nie podawał słowa „śmierć”, jedynie brak telemetrii. Bogdanowski zapisał numery, choć ręka drżała mu tak mocno, że przebił papier długopisem.
— Musimy iść — powiedziała Brzezińska. — Za cztery minuty zamknie się gródź termiczna.
— Obiecałem, że żadne nazwisko nie zniknie bez wyjaśnienia.
— Więc niech pan zabierze listę. Ich nie zdołamy.
Odeszli, gdy za ścianą topiły się przewody. Bogdanowski trzymał kartki pod kombinezonem przez całe lądowanie. W sektorze B-4 porządek utrzymał się jedenaście minut, do chwili gdy ktoś znalazł działający terminal i zobaczył mapę schodzenia. Czerwona linia kończyła się na powierzchni planety, a informacja przeszła przez salę szybciej niż polecenia Bogdanowskiego. Mężczyzna w szarym kombinezonie zaczął uderzać w drzwi prowadzące do kapsuł rodzinnych.
— Moja córka została w środku. Otwórzcie ją teraz.
— Jeśli ją obudzimy, będzie potrzebowała tlenu i miejsca w fotelu — odpowiedziała pielęgniarka. — Tutaj nie ma ani jednego, ani drugiego.
— Więc ma przespać katastrofę?
— Ma mieć szansę ją przeżyć.
Mężczyzna pchnął pielęgniarkę, co sprowokowało kilku ludzi do ruszenia ku drzwiom. Bogdanowski wszedł na skrzynię i wyłączył alarm głosowy. Nagła cisza zwróciła ku niemu więcej twarzy niż krzyk.
— Każdy, kto teraz otworzy cudzą kapsułę, odbiera temu człowiekowi zabezpieczenie podczas uderzenia — powiedział. — Jeśli chcecie ratować rodziny, przypnijcie się i pozwólcie załodze pracować.
— Łatwo panu mówić! Pańska rodzina jest na Lechii! — krzyknęła kobieta z końca sali.
Bogdanowski poczuł, jak zdanie trafia dokładnie tam, gdzie powinno.
— Tak. A ja nie wiem, czy kiedykolwiek ich zobaczę. To nie daje mi większego prawa do miejsca w łodzi ani mniejszego prawa do strachu.
Część ludzi nadal krzyczała. Dwóch ochroniarzy musiało odciągnąć mężczyznę od drzwi, reszta cofnęła się ku ścianom. Bogdanowski kazał zapisać numer jego córki i znaleźć fotel obok panelu, z którego po uderzeniu będzie można sprawdzić telemetrię. Później przeszedł między rzędami, a ludzie dyktowali mu numery kapsuł bliskich. Papier szybko zapełnił się nazwiskami. Wiedział, że obietnica sprawdzenia każdego numeru może okazać się niemożliwa do spełnienia, mimo to przyjmował kolejne. Kotarbiński wezwał go przez komunikator.
— Sekcje rozdzielą się za siedem minut. Potrzebuję zamkniętych korytarzy.
— Dostanie pan sześć.
— To nie negocjacje.
— W takim razie proszę wysłać oficera, który w sześć minut zrobi to lepiej.
Kapitan milczał przez sekundę.
— Sześć. Potem zamykam grodzie bez względu na to, kto zostanie w przejściu.
Bogdanowski zszedł ze skrzyni i zaczął prowadzić ludzi do foteli. Po latach zarządzania państwem znów wydawał polecenia w sytuacji, w której każda decyzja mogła zabić. Różnica polegała na tym, że tym razem znał twarze ludzi stojących najbliżej. Kiedy ostatnie rzędy pasów zatrzasnęły się na piersiach pasażerów, Bogdanowski usiadł dopiero dlatego, że Zosia Lewicka stanęła przed nim z pluszowym ptakiem.
— Pan też ma się przypiąć — powiedziała.
— Pilnujesz regulaminu?
— Mama mówi, że dorośli najczęściej każą dzieciom robić to, czego sami nie robią.
Bogdanowski zapiął pas przy ścianie naprzeciw Zosi. Kartki z nazwiskami wsunął pod kombinezon, blisko skóry. Strach o wnuki na Lechii został z nim do końca odliczania. Ludzie wokół potrzebowali właśnie tego: człowieka, który bał się razem z nimi i mimo to nadal pamiętał ich imiona.
Rozdział 8. Upadek Królowej
Atmosfera uderzyła w „Królową Bonę” jak płynna ściana. Kadłub wygiął się, a przeciążenie wcisnęło ludzi w fotele i podłogi. Pasy wgryzały się pod żebra, szczęki zaciskały same. Na zewnątrz pancerz rozgrzał się do bieli; wewnątrz pękały mocowania projektowane dla próżni, a z wentylacji szedł smród grzanej izolacji. Mimo skafandrów załoga czuła rosnącą temperaturę mostka. Obraz z kamer dziobowych poczerwieniał, po czym zniknął; po kadłubie spływały jasne strugi stopionego poszycia. Gajda przełączyła widok na czujniki boczne.
— Dziobowa magistrala nie odpowiada. Sekcja A traci ciśnienie.
— Grodzie?
— Pierwsza zamknięta. Druga odkształcona. Ludzie z korytarza ewakuacyjnego nadal przechodzą.
Kotarbiński widział ich na kamerze: lekarzy ciągnących komorę urazową, techników niosących baterie, pasażerów przyciśniętych do poręczy przeciążeniem. Za nimi w ścianie pojawiła się pomarańczowa linia. Metal świecił od temperatury.
— Wszyscy z dziobu na rufę! — krzyknął kapitan. — Zamknąć drugą gródź natychmiast!
— W przejściu jest jeszcze siedemnaście osób.
— Gajda, jeśli nie zamkniemy, stracimy trzy sekcje.
Pierwsza oficer trzymała dłoń nad polem sterującym. Pot zbierał się w rękawicy. Na obrazie ostatnia pielęgniarka przepchnęła komorę przez próg, za nią biegło dwóch techników. Pomarańczowa szczelina w ścianie rozszerzała się z każdą sekundą. Gajda zamknęła gródź. Trzech ludzi pozostało po drugiej stronie. Kamera zgasła.
Vane odzyskał świadomość, zanim kapsuła zakończyła wybudzanie. Widział przez zamgloną pokrywę błyski awaryjnego światła. Słyszał setki umysłów naraz, wyrwanych ze snu bólem i alarmem. Gdy pokrywa odskoczyła, wypadł na kolana. Korytarz przechylił się o kilkanaście stopni. Nad grupą pasażerów puścił wspornik podtrzymujący pomost techniczny. Vane zobaczył jego upadek, zanim metal się poruszył. W jednej możliwości belka przecinała korytarz i miażdżyła siedem osób. W drugiej uderzała w rząd kapsuł. Trzecia trwała mniej niż sekundę i kończyła się bólem w jego czaszce. Wyciągnął rękę. Zatrzymany w powietrzu pomost drżał i opadał po milimetrze, jakby oparł się na niewidocznej podporze, która właśnie zaczynała pękać.
— Ruszać! — krzyknął Vane.
Ludzie przecisnęli się pod metalem. Ostatni technik pociągnął za sobą dziewczynę z uszkodzoną nogą. Gdy znaleźli się po drugiej stronie, Vane puścił. Pomost uderzył w podłogę. Vane’owi pociekła krew z nosa, a ból rozszedł się od skroni po szczękę. Obce myśli zalały go nagle, pozbawione słów: panika, modlitwy, wspomnienia stołów kuchennych, twarze dzieci śpiących w innych sekcjach. Próbował zamknąć się przed nimi, lecz statek właśnie tracił własne granice i jego umysł robił to samo. Pośród tysięcy obecności ponownie odnalazł tamtą jedną — głęboko ekranowaną, nieruchomą i mimo to walczącą. Ekranowanie odrzucało go jak gładka, zimna ściana; wystarczało jednak, by wiedział, że ta obecność nadal trwa. Huknęły nierówno odpalone ładunki rozdzielające i chwilę później statek pękł. Sekcja dziobowa oderwała się pierwsza, ciągnąc za sobą przewody i fragmenty pomostów. Obracała się w ogniu, już bez możliwości korekty. Część środkowa zaczęła schodzić bokiem. Na mostku wysokościomierz odliczał szybciej, niż człowiek potrafił czytać liczby.
— Pięć kilometrów — powiedział Mazurek. — Prędkość sześćset trzydzieści.
— Osłony do minimum. Cała pozostała moc na napęd.
— Jeżeli wyłączę osłonę, spalimy rufę.
— Za trzydzieści sekund nie będzie miało znaczenia. Wykonać.
Białe światło na ekranach przygasło, gdy jednocześnie zapaliły wszystkie sprawne silniki. Statek ryknął tak, jakby atmosfera rozdzierała go od środka. Ludzie zostali wciśnięci w pasy. Komory wyrwały część mocowań.
— Dwa kilometry. Czterysta osiemdziesiąt.
— Ciąg boczny w lewo. Podnieść dziób.
„Bona” nie podniosła dziobu. Stopiona część kadłuba była zbyt ciężka, a rozkład masy zmieniał się z każdą odrywającą się płytą.
— Pięćset metrów!
Kotarbiński przesunął awaryjne sterowanie do końca.
— Wszystko, co mamy. Teraz!
Silniki przekroczyły dopuszczalną moc. Jeden zgasł, drugi eksplodował w obudowie, pozostałe wypchnęły sekcję z lotu niemal pionowego w długi, niski ślizg. Pierwsze uderzenie ścięło wydmę. Drugie rozerwało dolny pokład. Kadłub przeorał piasek i kamienie, obracając się o kilkanaście stopni. Dziób wbił się w podłoże, a rufa uniosła wysoko, zanim opadła na bok. Mostek zatrzymał się pod kątem około trzydziestu stopni. Przez kilka sekund nikt się nie poruszał, aż w ciemności odezwał się alarm pożarowy. Przez kilka sekund mostek wypełniały tylko oddechy, kaszel i syk uszkodzonej wentylacji. Ludzie sprawdzali palcami żebra, twarze, zęby. Dopiero potem wróciły ekrany i liczby. Gajda odpięła własne pasy i natychmiast pochyliła się nad panelem sekcji dziobowej. Miejsca trzech ratowników pozostawionych za grodzią były puste. System utracił ich telemetrię razem z fragmentem dziobu. Z kanału wentylacyjnego popłynął dym i zmusił ją do oderwania wzroku od pustych pól. Dźwięk przyszedł przez konstrukcję: niski, długi jęk rozrywanego metalu. Sekcje odłączyły się od siebie, każda z własnym pędem. Świat za iluminatorami obracał się — ogień, piasek, ciemny pas lasu. Vane zdążył pomyśleć o tamtej obecności ukrytej gdzieś w kadłubie. Potem sekcja B-2 uderzyła w ziemię. Uderzenie zgasiło świat. Kiedy Vane odzyskał wzrok, leżał na ścianie, która stała się podłogą. Z pękniętego przewodu padał deszcz chłodziwa. Ludzie wisieli w pasach albo zsuwali się po przechylonym korytarzu. Usłyszał setki umysłów. Pomiędzy nimi otworzyły się nagłe, nieruchome luki — miejsca pozbawione lęku, bólu, czegokolwiek. Vane znał już ten rodzaj ciszy. Pielęgniarka o imieniu Marta Sowa czołgała się ku panelowi awaryjnemu z rozciętym czołem.
— Pomóż mi otworzyć grodź — powiedziała.
Razem odblokowali mechanizm ręczny. Za drzwiami stał rząd kapsuł: część świeciła zielono, siedem miało czarne panele, a w ósmej pokrywa pękła podczas uderzenia. Marta sprawdzała parametry kolejno, choć przy pierwszej martwej komorze wiedziała już, że nie ma czego ratować.
— Zapisuj nazwiska — poleciła.
Vane znalazł marker. Pierwsze nazwisko napisał na własnym rękawie, bo nie mieli papieru. Główna sekcja uderzyła, ale katastrofa jeszcze się nie skończyła. W korytarzu B-2 pękł zbiornik wody technicznej. Strumień spłynął po przechylonej ścianie, porwał narzędzia i uderzył w grodź, za którą płonęły przewody. Marta Sowa wskazała Vane’owi dwoje dzieci przypiętych do foteli.
— Najpierw one.
Jedno nie oddychało. Vane przeciął pas, podał chłopca pielęgniarce i próbował odblokować drugi fotel. Metal zakleszczył się przy podłodze. Nad nimi trzaskał kabel zasilający. Zobaczył możliwy przebieg zdarzeń: kabel wpada do wody, łuk elektryczny przechodzi przez korytarz, Marta upada. Chwycił przewód myślą i docisnął go do sufitu. Ból pojawił się za oczami, ostry i biały.
— Masz trzy sekundy — powiedział.
Marta nie pytała, skąd wie. Uderzyła ręcznym nożem w mocowanie. Fotel puścił. Vane odrzucił przewód w chwili, gdy woda dotarła do ich kolan. Światło zgasło, lecz oboje byli już za grodzią. Poziom zniknął razem z okrętem. Ziemia wznosiła się ku rufie, a każdy krok po kadłubie wymagał liny. Ratownicy wycinali ludzi przez szczeliny w poszyciu; pasażerowie, którzy godzinę wcześniej nie znali swoich nazwisk, podawali rannych z rąk do rąk. Bogdanowski wyszedł przez awaryjny właz razem z Zosią Lewicką. Dziewczynka ściskała pluszowego ptaka, ale nie płakała.
— Mama jest w środku.
— Wiem. Numer B-czterdzieści siedem. Jest na liście.
— Lista ją wyciągnie?
Bogdanowski spojrzał na dym wydobywający się z włazu.
— Ludzie ją wyciągną. Lista sprawi, że nie przestaną szukać.
Wrócił do wraku, zanim ktokolwiek zdążył go zatrzymać. W środku znalazł Martę Lewicką przygniecioną panelem, który uniósł podnośnikiem razem z dwoma technikami. Kobieta odzyskała przytomność dopiero na zewnątrz. Zosia usiadła obok i położyła zabawkę na jej piersi.
Kotarbiński próbował wstać z fotela na mostku. Złamany nadgarstek i uszkodzone pasy unieruchomiły go, ale bardziej niż ból zatrzymywał go obraz wskaźników: trzy sekcje nie odpowiadały, a jedna płonęła na pustyni. Statek, którym dowodził, zmienił się w rozrzucone punkty. Gajda przecięła pas nożem.
— Kapitan opuszcza mostek.
— Kapitan zostaje do ostatniego członka załogi.
— Nie mamy już mostka. Mamy pomieszczenie, które za chwilę wypełni się dymem.
Wyprowadziła go pod ramię. Na zewnątrz zobaczył kilkuset ludzi wokół czarnego kadłuba. Wszyscy patrzyli ku niemu, jakby nadal posiadał mapę prowadzącą do celu.
— Uruchomić nadajniki wszystkich sekcji — rozkazał. — Wyznaczyć zespoły poszukiwawcze. I znaleźć miejsce, które nie jest piaskiem.
Był to pierwszy rozkaz wydany na powierzchni Terry. Kotarbiński wypowiedział go głosem dowódcy, lecz kiedy kanał się zamknął, oparł zdrową dłoń o gorący kadłub. Pod palcami czuł drgania pomp, które nadal pracowały w zakopanych sekcjach.
— Ilu ludzi zostało po drugiej stronie grodzi? — zapytał cicho Gajdę.
— Trzech.
— Nazwiska?
Podała je z pamięci. Kotarbiński powtórzył każde nazwisko i dopiero wtedy ruszyli ku pierwszej grupie rannych.
Rozdział 9. Pierwsza noc
Pierwszy dzień na Terrze
Główna część „Królowej Bony” tkwiła w piasku pod kątem niemal trzydziestu stopni. Stopiony dziób wszedł głęboko w wydmę i po zastygnięciu przypominał czarną, zdeformowaną skałę. Rufa wystawała ponad pustynię jak przechylona wieża. Kolejne burze miały zasypywać dolne pokłady, ale pierwszego dnia metal nadal promieniował ciepłem. Ratownicy opuszczali rannych po linach, ponieważ windy nie działały, a schody zmieniły się w strome szyby. Brzezińska urządziła punkt segregacji medycznej w cieniu oderwanego panelu. Kazała oznaczać ludzi kolorami na skórze, gdy zabrakło opasek.
— Czerwoni pod osłonę. Żółci czekają. Kto może chodzić, przenosi wodę — powtarzała. — Nie otwierajcie kapsuł bez zespołu medycznego. Człowiek po stazie nie przeżyje tutejszego gorąca bez przygotowania.
Kotarbiński wyszedł z wraku ze złamanym nadgarstkiem. Zatrzymał się kilka metrów od kadłuba i spojrzał na rufę górującą nad pustynią.
— Ilu? — zapytał.
Gajda podała mu pierwszy, niepełny bilans: setki komór nie odpowiadały. Trzech członków zespołu dziobowego zostało za grodzią. Sekcja A spadła kilkanaście kilometrów dalej i nie nadawała sygnału. Kapitan schował uszkodzoną dłoń pod drugą ręką.
— Szukamy, dopóki nie sprawdzimy każdej sekcji. Nikt nie wpisuje człowieka na listę zmarłych tylko dlatego, że komputer go nie widzi.
Bogdanowski wyjął spod kombinezonu pogniecione kartki. Atrament rozmazał się od potu, lecz nazwiska pozostały czytelne.
— Zaczniemy od tych, których komputer już nie pokaże.
W ciągu następnych godzin lista przestała być prywatną obietnicą Bogdanowskiego. Każdy zespół otrzymał człowieka odpowiedzialnego wyłącznie za zapisywanie: skąd wydobyto rannych, dokąd ich przeniesiono, która kapsuła nie odpowiada i kto widział daną osobę po raz ostatni. W katastrofie brakowało niemal wszystkiego, ale najbardziej niebezpieczny był brak pewności, czy ktoś jeszcze szuka.
Po katastrofie obudzeni pasażerowie spodziewali się magazynów pełnych żywności dla dwunastu tysięcy osób. „Królowa Bona” nie przewoziła takich zapasów. Pasażerowie mieli spędzić podróż w stazie i obudzić się w przygotowanej kolonii. Kuchnie załogi posiadały żywność na kilka miesięcy dla kilkuset ludzi. Znaleziono wojskowe racje awaryjne, partię słodyczy przeznaczonych do kantyn, suszone napoje, przyprawy i niewielkie zapasy świeżych warzyw. W jednym chłodzonym magazynie ocalały ziemniaki, pomidory, jabłka i morele przeznaczone dla oficerów oraz chorych. Ładunek kolonizacyjny wyglądał inaczej: narzędzia wiertnicze, zestawy naprawcze, ubrania robocze, membrany oczyszczalni, nasiona certyfikowanych upraw, ceramika techniczna, części szklarni i urządzenia, których nie dało się uruchomić bez infrastruktury Lechii. Były też kontenery absurdalnie nieprzydatne: reprezentacyjne uniformy, materiały promocyjne, ozdobne wyposażenie przyszłego urzędu i tysiące opakowań cukierków. Bogdanowski powołał komisję zapasów. Każdy otwierany kontener wpisywano do jawnego rejestru. Racje dzielono według potrzeb medycznych i wykonywanej pracy, nie stanowiska sprzed katastrofy. Na pierwszym otwarciu magazynu zgromadzili się przedstawiciele załogi, medyków i przypadkowo wybranych pasażerów. Bogdanowski kazał głośno odczytać zawartość każdego kontenera. Kiedy dotarli do reprezentacyjnych uniformów i pudeł z emblematami przyszłych urzędów, ktoś roześmiał się nerwowo.
— Możemy je spalić — zaproponował technik.
— Najpierw sprawdzimy materiał — odpowiedziała Radecka. — Być może nadaje się na opatrunki albo filtry.
Bogdanowski zanotował decyzję. Haftowane emblematy przyszłego urzędu trafiły do rozprucia na filtry i opatrunki. Pierwsza noc przyszła bez prawdziwej ciemności. Dwóm małym słońcom długo nie chciało się zejść z nieba. Ognisk nie rozpalano: piasek wokół wraku wciąż oddawał ciepło, a z otwartych sekcji sączył się dym. Ludzie siedzieli pod płachtami ratunkowymi i słuchali trzasków stygnącego metalu. Każde wołanie z wnętrza podrywało kilkanaście głów. Wiatr uginał trawy od strony sawanny. Maski pozostawały na twarzach do końca badań, więc krewnych rozpoznawano po ubraniach, chodzie i sposobie trzymania rąk. Marta Sowa przeszła między rannymi z ręcznym skanerem. Przy każdym człowieku zatrzymywała się na tyle długo, żeby najpierw wypowiedzieć imię, a dopiero potem spojrzeć na numer i rodzaj urazu.
— Paweł Domański. Słyszy mnie pan?
Mężczyzna otworzył oczy.
— Żona?
— W której sekcji?
— A-siedem.
Marta znała status sekcji A-siedem. Zamiast odpowiadać od razu, poprawiła czujnik na piersi rannego.
— Jest na liście poszukiwanych. Gdy tylko będziemy mieli pojazd, sprawdzimy sekcję.
— Mieliśmy obudzić się razem.
— Zostań pan przytomny. Kiedy ją znajdziemy, ktoś będzie musiał wysłuchać pretensji.
Przed pierwszą północą
Przed północą skończyły się środki przeciwbólowe pierwszego rzutu. Brzezińska stanęła nad trzema rannymi wymagającymi operacji i jednym przenośnym stołem. Najmłodszy miał krwotok wewnętrzny. Mechanik z maszynowni zmiażdżoną nogę. Trzecia pacjentka, Marta Lewicka, traciła czucie w dłoni.
— Kogo pierwszego? — zapytała Sowa.
Brzezińska spojrzała na wyniki, wiedząc, że w normalnym szpitalu przeprowadzono by te trzy operacje jednocześnie. Tutaj wybór kolejności był częścią leczenia.
— Krwotok. Mechanik dostaje opaskę i połowę dawki. Lewicka czeka, dopóki nie wróci zasilanie skanera.
— Może stracić rękę.
— Wiem.
Matka Zosi usłyszała rozmowę.
— Proszę ratować chłopaka.
Brzezińska przyjęła te słowa bez komentarza. O kolejności zabiegów miała decydować medycyna, a ciężar wyboru pozostać po stronie lekarza.
— Zrobimy wszystko, żeby wrócić do pani przed świtem.
Generator zgasł w połowie zabiegu. Vane i dwóch techników chwycili ręczną pompę, a Sowa oświetlała pole operacyjne lampą z kombinezonu. W namiocie śmierdziało gorącym tworzywem. Chłopak przeżył, lecz mechanik zmarł, zanim zwolnił się stół. Przez kilka minut nikt nie mówił o nim „mechanik”. Marta Sowa sprawdziła identyfikator, zapisała imię i przykryła twarz kawałkiem czystej membrany. Brzezińska wyszła za namiot i zwymiotowała w piasek. Potem umyła usta resztką wody z butelki i wróciła do Marty. Nikt nie miał zastąpić jej na dyżurze.
O świcie Marta poruszyła palcami, a Zosia zasnęła przy jej łóżku z głową na złożonym kombinezonie. Brzezińska przykryła dziecko płachtą i zapisała na ścianie namiotu trzy liczby: uratowani, zmarli, oczekujący. Poleciła aktualizować je co godzinę.
— Ludzie będą na to patrzeć — powiedziała Sowa.
— Niech patrzą — powiedziała Brzezińska. — Inaczej już jutro ktoś uzna, że koszt był mały.
Kilka metrów dalej Gajda pomagała przy gaszeniu przewodu paliwowego. Pierwsza oficer pracowała bez przerwy od zamknięcia grodzi. Nikt nie kazał jej zostać przy wraku, lecz nie potrafiła odejść od miejsca, w którym kończyła się lista ludzi pozostawionych po drugiej stronie drzwi. Kotarbiński znalazł ją przed świtem.
— Oficer wachtowy ma odpoczywać.
— Nie mamy wachty ani okrętu.
— Mamy ludzi, którzy nadal reagują na stopień na pani ramieniu.
— Trzech już nie zareaguje.
Kapitan wiedział, o kim mówi.
— Gdyby pani nie zamknęła grodzi, stracilibyśmy kolejne sekcje.
— To zdanie nie otwiera drzwi w drugą stronę.
Kotarbiński usiadł obok na skrzyni i zostawił argumenty w spokoju. Przez kilka minut patrzyli, jak pierwsze bursztynowe światło wydobywa z ciemności przechylony kadłub.
— Jutro odczytamy nazwiska — powiedział.
— Wszystkie?
— Tyle, ile zdołamy ustalić. Resztę później.
— A jeśli nie będzie później?
Kotarbiński spojrzał na ludzi noszących wodę, na medyków i na Bogdanowskiego zapisującego coś przy świetle awaryjnej lampy.
— W takim razie dzisiejsza lista musi być dokładna.
Gajda zdjęła rękawicę i spojrzała na nienaruszoną dłoń, którą uruchomiła gródź. Wydawało jej się to niesprawiedliwe.
— Będę widzieć ich za każdym razem, kiedy zamkną się drzwi — powiedziała.
— Prawdopodobnie — odpowiedział Kotarbiński.
Spojrzała na niego, zaskoczona brakiem pocieszenia.
— Niech boli — powiedział Kotarbiński. — Jeśli kiedyś przestanie, proszę nie stawać przy następnej grodzi.
Pierwszy świt
Do pierwszego świtu wydobyto sto trzydzieści dwie osoby. Osiemnastu zmarło mimo pomocy. Ciała układano w cieniu rufy i przykrywano materiałem wyciętym z kapsuł. Marta Sowa przyniosła Vane’owi rękaw kombinezonu, na którym zapisał nazwiska. Wycięła materiał, aby zapis nie zginął podczas opatrywania jego ramienia.
— To nie jest pełna lista — powiedziała.
— Żadna nie będzie pełna dzisiaj.
Nad ranem jedno z trzech słońc oświetliło przechylony kadłub. Wtedy ludzie po raz pierwszy zobaczyli rozmiar bruzdy wyrytej w pustyni i stopiony dziób, spod którego wystawały fragmenty kapsuł. Nikt nie nazwał tego lądowaniem.
O świcie laboratorium powtórzyło próby. Tlen nadawał się do oddychania; nie znaleziono lotnych toksyn ani mikroorganizmów zdolnych namnażać się w ludzkiej krwi. Pozostawały pyłki, które u trojga ochotników wywołały obrzęk błon śluzowych. Brzezińska nie ogłosiła więc zwycięstwa. Wyznaczyła kamienny plac, przygotowała adrenalinę i kazała zdejmować maski pojedynczo. Pierwsza była Gajda. Rozpięła filtr, ale przez sekundę trzymała go przy ustach, jakby powietrze planety mogło zmienić decyzję w ostatniej chwili. Wciągnęła krótki oddech. Potem drugi.
— Metal — powiedziała. — Mokry kamień. I coś jak przejrzałe morele.
Ludzie zdejmowali maski. Jedni śmiali się z napięcia, inni płakali, gdy poczuli słodką woń miejscowej roślinności. Brzezińska wprowadziła zasadę: maski nadal obowiązywały podczas burz, w lesie i przy nieznanych zarodnikach. Od tej pory zakaz miał jasno określone warunki, a pierwsze oddechy odbywały się pod nadzorem medyków. Bogdanowski patrzył, jak spod filtrów wyłaniają się twarze. Bez masek wyglądali jak przypadkowy tłum wyrwany z dworców, mieszkań i szpitali. Za plecami mieli wrak; przed sobą pustą tablicę z pierwszymi nazwiskami.
Drugi dzień
Bogdanowski przespał w pierwszych trzydziestu sześciu godzinach może kilkanaście minut, urywkami. Krążył między punktem medycznym, wrakiem i magazynem, zapisując braki oraz nazwiska ludzi zdolnych je uzupełnić. Gdy ktoś pytał, kto dał mu władzę, wskazywał najbliższą pracę i odpowiadał: „nikt”.
Drugiego dnia znalazł Kotarbińskiego przy mapie rozrzuconych sekcji. Kapitan chciał wysłać wszystkie sprawne pojazdy na poszukiwania; Brzezińska żądała pozostawienia dwóch dla rannych.
— Każda godzina zmniejsza szansę ludzi w kapsułach — powiedział Kotarbiński.
— Każdy zabrany transporter zwiększa liczbę zmarłych tutaj — odpowiedziała lekarka.
Bogdanowski podzielił paliwo i załogi. Jedna wyprawa miała wracać co cztery godziny, nawet bez wyniku, żeby transporter znów służył rannym. Kotarbiński chciał więcej pojazdów na pustyni, Brzezińska przy szpitalu. Żadne nie dostało wszystkiego. Dopiero gdy Zosia podała mu kubek wody, zauważył, że drżą mu dłonie.
— Mama mówi, że pan też musi pić.
— Twoja mama zaczyna wydawać bardzo rozsądne rozkazy.
Wypił, bo dziecko czekało. Sam nie potrafił jeszcze uznać własnego ciała za jeden z zasobów kolonii. Zosia Lewicka podeszła do niego i uniosła pluszowego ptaka ku trzem słońcom.
— To nie jest Lechia — powiedziała.
— Nie.
— To gdzie jesteśmy?
Bogdanowski spojrzał na rdzawą równinę, na czarny kadłub i ludzi zapisujących pierwsze nazwiska na prowizorycznej tablicy.
— Jeszcze nie wiem — odpowiedział. — Na razie przeżyliśmy pierwszą noc.
Rozdział 10. Komora 042
Rejestr pasażerów wydobyto o świcie z bocznego przedziału administracyjnego. Serwer leżał na boku razem z całym pokładem; obudowę miał wgniecioną, na krawędzi zaschnięte chłodziwo i ciemną smugę po czyjejś krwi. Izolowana bateria ocalała. Technik wyniósł urządzenie owinięte kocem termicznym, przyciskając je do piersi z ostrożnością należną rannemu. Brzezińska siedziała przy składanym stole pod płachtą szpitalną i przewijała listę sekcji medycznej. Większość wpisów miała szary status: brak telemetrii. Siedemnaście wpisów świeciło na zielono, jeden pulsował bursztynowo.
KOMORA 042. WIKTORIA JASIŃSKA. GŁĘBOKA STAZA URAZOWA. BLOKADA REZONANSU. ZASILANIE AUTONOMICZNE: 31 GODZIN.
Vane stał przy wejściu do namiotu z zabandażowanym ramieniem. Od katastrofy spał może godzinę. Nazwisko na ekranie uderzyło w niego mocniej niż przeciążenie podczas upadku.
— Gdzie jest ta sekcja?
Brzezińska nie podniosła głowy.
— Kim pan jest?
— Pasażerem z B-dwa.
— Pasażerowie nie pytają o pacjentów wojskowych po nazwisku.
Vane podszedł bliżej. Na mapie rozrzuconych części Bony pulsował punkt niecałe dziewięć kilometrów na zachód. W linii prostej nie było to daleko. Pomiędzy obozem a sygnałem ciągnął się jednak pas ruchomych wydm, przecięty zaledwie kilkoma skalnymi wyniesieniami.
— Ona żyje — powiedział.
— Tak wskazuje telemetria. Na razie.
— Nie o to mi chodzi.
Vane oparł dwa palce o chłodną krawędź terminala. Otoczenie odpłynęło. Został błękitny żel, blada twarz i zamknięte oczy. Pod obrazem czekało miejsce bez światła, zbudowane wokół jednej pewności: Marek Vane zginął na Plutonie. Viki trzymała drzwi własnego umysłu zamknięte od środka. Vane cofnął dłoń, a na szkle terminala pojawiła się cienka rysa. W ustach poczuł smak miedzi, a nozdrza zaczęły go piec. Brzezińska patrzyła już na niego, nie na ekran.
— Pan nie jest Romanem Ziębą.
Gdy w namiocie zrobiło się cicho, Marta Sowa przestała układać ampułki, a technik od serwera zaczął udawać, że sprawdza przewód.
— Nie — odpowiedział Vane.
— I zna pan Wiktorię Jasińską.
— Tak.
— Zacznie pan od prawdy — powiedziała Brzezińska. — Pacjentka ma blokadę neurologiczną, a pan wpływa na rzeczy, których nasze urządzenia nawet nie rejestrują. Muszę wiedzieć, kogo wpuszczam w jej pobliże.
Vane spojrzał na pozostałych.
— Nie tutaj.
— Prywatność skończyła się razem ze statkiem. Zostało to, co potrzebne do leczenia, i to, co może poczekać. Pańskie nazwisko potrzebne jest teraz.
W Sektorze 9 uczono go kłamać tonem i półprawdą, naciskać tam, gdzie cudza uwaga miękła. Vane poczuł znajome napięcie za oczami, ale tym razem pozwolił mu opaść i opuścił ręce wzdłuż ciała.
— Marek Vane. Pilot. Zaginiony po Plutonie.
Sowa wypuściła powietrze. Brzezińska nie okazała zaskoczenia.
— Dobrze. Teraz druga prawda: co pan zrobił Romanowi Ziębie?
— Nie teraz.
— Śledztwo może poczekać. Zanim podejdzie pan do komory czterdzieści dwa, ustalę jedno: czy jest pan dla niej pomocą, czy następnym urazem.
Za namiotem rozległ się alarm krótkiego zasięgu. Pojazd wysłany po baterie i czujniki przestał odpowiadać na granicy pustyni. Wolski wbiegł do środka z hełmem pod pachą.
— Potrzebuję sześciu ludzi. Jedziemy po załogę, zanim termika zasypie ślady.
Vane spojrzał jeszcze raz na bursztynowy punkt komory 042.
— Idę z wami.
Brzezińska zastąpiła mu drogę.
— Ma pan zakaz używania swoich zdolności do kontaktu z pacjentką.
— Nie dotarliśmy jeszcze do pacjentki.
— Granicę ustanawiam teraz, zanim zacznie pan ją przesuwać.
Vane skinął głową. Potrafił obejść taką granicę; właśnie ta świadomość czyniła ją ważną. Zostawił ją na miejscu. Nad rdzawą równiną wschodziły trzy słońca. Za wydmami Viki trwała w świecie, w którym Marek Vane zginął. On zaś stał u progu życia, do którego nie wolno mu było wejść siłą.
Rozdział 11. Ślad w piasku
Pojazd ratunkowy znaleźli sześć kilometrów od obozu, na styku kamienistej sawanny z pierwszym jęzorem wydm. Stał przechylony, z wyrwanym kołem i kabiną wgniecioną od boku. Od nieruchomego pojazdu śmierdziało spalonym izolatorem. Wokół maszyny nie było żadnych ludzkich śladów. Na piasku widać było jedynie szeroką bruzdę, jakby coś ciężkiego przesunęło się pod powierzchnią i pociągnęło pojazd kilka metrów w bok. Wolski podniósł zaciśniętą pięść. Ośmioosobowa grupa zatrzymała się na skalnej płycie. Wiatr przechodził przez suche trawy długimi falami, ale jeden fragment wydmy poruszał się przeciwnie do podmuchu.
— Nikt nie schodzi na piasek — powiedział. — Sondy przed ludźmi.
Radecka wsunęła teleskopowy pręt w grunt. Czujnik pokazał słabe drgania, potem skok tak gwałtowny, że wyświetlacz przeszedł na czerwono. Piasek spuchł kilkanaście metrów dalej i pękł suchym szelestem. Wynurzył się odcinek pancernego ciała grubszy od człowieka. Zamiast oczu była gładka, jasna płyta. Szeroki pysk rozwarł się tuż nad powierzchnią; krótkie zęby, wszystkie skierowane do środka, pracowały w kilku rzędach, ocierając o siebie z cichym chrzęstem. Wąż opadł pod piasek bez plusku. Po chwili wydma znowu wyglądała nieruchomo.
— To nie poluje wzrokiem — powiedziała Radecka.
— Wszystko, co uruchomimy, będzie dla niego dzwonkiem obiadowym — odpowiedział Wolski.
Vane spróbował wyczuć zwierzę. Zamiast myśli znalazł napór, głód i drganie biegnące przez piasek. Przyszłość mignęła strzępami: człowiek zeskakujący ze skały, pęknięcie gruntu, krew na jasnym pancerzu.
— Jest bliżej pojazdu — powiedział. — Może dwa. Nie wiem.
Wolski spojrzał na niego.
— Ile czasu mamy?
— Nie wiem.
— To wystarczy — powiedział Wolski. — Niewiedza też jest informacją. Nie przerabiaj jej na pewność dla naszego spokoju.
Do kabiny podeszli po dwóch panelach poszycia ułożonych jak most. W środku znaleźli martwego kierowcę przypiętego pasem. Drugi ratownik leżał za pojazdem, częściowo zasypany. Na jego skafandrze widniały głębokie wgniecenia, jakby coś zacisnęło wokół niego pancerne pierścienie. Wolski zdjął rękawicę z prawej dłoni zmarłego i sprawdził identyfikator.
— Paweł Grenda. Drugi: Łukasz Nitecki. Zapisać.
W słowach Wolskiego wróciła lista Bogdanowskiego. Na Terrze imię bywało ostatnią rzeczą, którą można było ocalić. W schowku znaleźli mapę wyznaczonej trasy. Jeden punkt oznaczono jako WODA, drugi jako SKAŁA, trzeci — tylko czerwonym krzyżem. Baterie z pojazdu były sprawne. Aby je zabrać, musieli zdjąć osłonę i przesunąć skrzynie na sanie. Pierwszy akumulator stuknął o metal. Piasek odpowiedział niemal natychmiast.
— Nieruchomo — rzucił Wolski.
Fala pod powierzchnią sunęła ku nim. Technik stojący jedną nogą na panelu zachwiał się. Vane zobaczył dwie sekundy naprzód: upadek, odruch pozostałych, zwierzę wynurzające się dokładnie pod grupą. Złapał mężczyznę za pas i szarpnął na skałę. Sam został o krok za daleko. Grunt otworzył się pod jego butem. Szeroki pysk wyszedł pionowo. Vane nie próbował zatrzymać zwierzęcia. Pchnął myślą pustą skrzynię narzędziową. Metal przeleciał sześć metrów i uderzył w piasek. Wąż zmienił kierunek za źródłem drgań. Wolski chwycił Vane’a za uprząż i wciągnął go na płytę.
— Mówiłem, żeby nie schodzić.
— Nie planowałem.
— Śmierć chętnie korzysta z cudzych luk w planie.
Z nosa Vane’a spłynęła cienka strużka krwi. W uszach pojawił się wysoki pisk, a przez kilka sekund lewa strona wydmy miała podwójny kontur. Starł krew rękawem, zanim ktoś zdążył zapytać. Wrócili do obozu pieszo, niosąc tylko jedną baterię i ciała obu ratowników. Poruszali się podczas najsilniejszych podmuchów, zatrzymywali w ciszy. Wąż śledził ich przez prawie kilometr jako ciemna fala pod powierzchnią. Gdy dotarli na kamienny pas, Wolski usiadł i zdjął rękawice. Dłonie miał mokre od potu.
— To zwierzę — powiedział Vane. — Nie pilnuje wraku ani trasy. Reaguje na drgania.
— Dobrze.
— Dobrze?
— Zwierzę można poznać. Można sprawdzić, kiedy atakuje i czego unika.
— Człowieka też.
Wolski popatrzył na niego przez chwilę.
— Dlatego bardziej ufam zwierzętom.
Rozdział 12. Obóz Bona
Pierwsze baraki ustawiono na kamienistym skraju sawanny, dwa kilometry od głównej sekcji „Królowej Bony”. W południe cienkie ściany parzyły dłonie; nocą oddawały ciepło tak szybko, że ludzie budzili się zmarznięci pod płachtami. W powietrzu śmierdziało prowizorycznymi latrynami. Wrak pozostawał w zasięgu marszu, lecz między osadą a magazynami leżał jęzor luźnego piasku. Po odkryciu węży dwa kilometry stały się trasą, którą trzeba było każdorazowo zdobywać. Kotarbiński ograniczył używanie ciężkich pojazdów, dopuszczając uruchamianie ich silników wyłącznie na litej skale. Ładunki przewożono ręcznymi wózkami po pomostach z paneli poszycia. Każdy zespół niósł metalowy wabik, linę i pręt do pomiaru drgań. Pierwszy człowiek zginął na pustyni trzeciej nocy. Wartownik zszedł kilka metrów poza krąg lamp, żeby postawić przewrócony czujnik. Zdążył przekląć, gdy piasek poderwał mu się pod butami. Wąż zacisnął pancerne segmenty na jego biodrach; z wnętrza skafandra dobiegł krótki trzask łamanych kości. Reflektor dopiero zaczynał obrót, kiedy człowiek zniknął pod powierzchnią. Została smuga rozsypanego piasku i przewód czujnika drgający jak napięta żyła. Po tym ataku cmentarz przeniesiono na skaliste wyniesienie po wschodniej stronie obozu. Piasek zmieniał kształt, krył drapieżniki i zwracał to, co próbowano w nim ukryć. Pierwszy wspólny pogrzeb odbył się siódmego dnia. Skała stawiała opór młotom i palnikom; pył z cięcia osiadał na językach gorzkim nalotem. Ciała owinięto w tkaniny izolacyjne, jedyny materiał, który mógł dziś zastąpić całun. Brzezińska czytała nazwiska medyków, Kotarbiński załogi, Bogdanowski pasażerów z rzędów kapsuł, które straciły zasilanie. Kiedy wiatr zmienił kierunek, od strony wraku przyszedł smród stygnącej izolacji. Kilka osób odruchowo spojrzało ku czarnemu kadłubowi. Jeszcze tydzień wcześniej był środkiem transportu. Teraz dostarczał blachę na dachy, przewody do pomp i materiał do owijania zmarłych. Na wyczytane nazwisko odpowiadał ktoś z rodziny albo znajomy. Przy wielu zapadała cisza, ponieważ bliscy nadal spali w innych sekcjach. Marta Sowa odczytała nazwiska trzech ludzi pozostawionych za grodzią dziobową. Gajda stała obok niej bez nakrycia głowy. To ona zamknęła drzwi. Nikt jej nie oskarżył, a jednak kiedy padło trzecie nazwisko, jej prawa dłoń zacisnęła się tak mocno, że paznokcie przecięły skórę. Kotarbiński położył na kamieniach odłamany fragment tabliczki statku.
— Bona stoi tam — powiedział Bogdanowski, wskazując wrak. — Ten kamień jest dla ludzi, których nie dowiozła.
Po ceremonii rodziny nie rozeszły się od razu, bo część grobów była symboliczna, a innych ciał jeszcze nie odnaleziono. Bogdanowski zauważył Zosię Lewicką. Dziewczynka trzymała pluszowego ptaka za jedno skrzydło i mały kamień w drugiej dłoni.
— Dla kogo? — zapytał.
— Dla pana z kapsuły obok mamy. Nie znam imienia.
Bogdanowski uklęknął przy terminalu. Z opisu miejsca odnalazł numer.
— Karol Niewiadomski. Pięćdziesiąt dwa lata. Nauczyciel fizyki.
— Teraz już go znam?
— Znasz jego imię. Resztę być może pamięta ktoś, kto jeszcze śpi.
Zosia położyła kamień pod tabliczką.
Tego wieczoru Bogdanowski polecił utworzyć archiwum zmarłych. Do nazwiska można było dołączyć fotografię, wiadomość, zawód albo jedno zdanie wspomnienia. Różycki sprzeciwił się wykorzystaniu sprawnego terminala.
— Potrzebujemy mocy do poszukiwań.
— Archiwum będzie działało dziesięć minut dziennie.
— Dziesięć minut może zasilić skaner.
— A człowiek bez nazwiska może zniknąć na zawsze.
Różycki spojrzał na rząd świeżych kamieni.
— Martwym wszystko jedno.
— Żywi nie budują wspólnoty wyłącznie dla siebie.
Tak zaczął się ich pierwszy spór. Różycki liczył energię, paliwo i godziny pracy, a Bogdanowski dopisywał do bilansu potrzeby, których żaden miernik nie potrafił objąć.
Następnego dnia konflikt wybuchł przy kontenerze z racjami. Ktoś odkrył, że zespoły pracujące przy wraku otrzymują większe porcje. Przed magazynem zebrało się ponad sto osób.
— Kapitan ma jeść dwa razy tyle co moje dziecko? — krzyknęła kobieta z sektora C.
Różycki pokazał tabelę.
— Dodatkowe kalorie dostają ludzie wykonujący ciężką pracę. Stopień nie ma znaczenia.
— Skąd wiemy, że tabela jest prawdziwa?
Bogdanowski kazał wynieść terminal na plac. Wyświetlił stan każdego kontenera, dzienny przydział i nazwiska zatwierdzających wydanie.
— Od dzisiaj magazyn otwierają dwie osoby z różnych grup. Jeden klucz ma załoga, drugi przedstawiciel pasażerów.
— Pan go wybierze?
— Nie. Wy wybierzecie jutro. Dzisiaj potrzebujemy człowieka, któremu obie strony nie ufają wystarczająco, aby podejrzewać go o wspólny interes.
Ktoś się roześmiał. Śmiech był krótki, lecz rozszczelnił gniew. Wybrano Annę Rudnicką, księgową, która w ciągu pięciu minut oskarżyła zarówno kapitana, jak i Bogdanowskiego o niekompetencję.
Nocą Wolski złapał dwóch ludzi próbujących przeciąć ścianę magazynu. Jeden miał chorą matkę, drugi troje dzieci. W kieszeniach znaleziono dwa puste woreczki po racjach i kawałek przewodu używany jako piła. Rada zebrała się w pustym module sanitarnym; śmierdziało potem. Kotarbiński chciał zamknąć ich pod strażą, podczas gdy Różycki domagał się pracy karnej i odebrania dodatkowych racji.
— Ile miejsc ma prowizoryczny areszt? — zapytał Bogdanowski.
— Cztery — odpowiedział Wolski.
— Za miesiąc będziemy potrzebowali czterdziestu, jeśli głód stanie się przestępstwem samym w sobie.
— Jak zamierza pan ich ukarać? — spytał Kotarbiński.
— Tak, żeby jutro było bezpieczniej — odpowiedział Bogdanowski. — Gniew nikogo nie nakarmi.
Mężczyźni trafili do rozładunku pod nadzorem i stracili prawo dostępu do magazynu, ale ich rodziny zachowały racje. Decyzję opublikowano razem z uzasadnieniem.
— Zaczyna pan pisać konstytucję — powiedział Kotarbiński po zebraniu.
— Najpierw studnia. Na więzienie jeszcze zdążymy.
Obóz dostał nazwę dopiero po zmroku. Kotarbiński patrzył na przechylony wrak, który odcinał się czernią na tle trzech zachodzących świateł.
— Bona — powiedział. — Niech przynajmniej tyle dowiezie na miejsce.
Rozdział 13. Lista potrzebnych
Komory otwierano pojedynczo. Z pokryw spływał zimny kondensat, ludzie wychodzili z żelu drżący, z kwaśnym oddechem i mięśniami, które przez pierwsze minuty nie pamiętały własnego ciężaru. Każde przebudzenie oznaczało kolejną osobę potrzebującą wody, posłania, opieki medycznej i racji, których w osadzie już brakowało. Komisja budzeń pracowała wieczorami w ładowni pozbawionej jednej ściany. Na stole leżały nazwiska ludzi, którzy spali, gdy inni rozstrzygali o ich najbliższych tygodniach. Brzezińska przygotowała listę specjalistów: hydrologów, agronomów, mechaników, budowlańców, ceramików, elektryków i nauczycieli. Bogdanowski zażądał drugiej listy — rodzin osób już obudzonych.
— Nie zbudujemy osady z samych użytecznych zawodów i tysięcy ludzi czekających na bliskich w zimnych ścianach — powiedział.
Kotarbiński wskazał bilans wody.
— Nie zbudujemy również osady z ludzi, których nie możemy nakarmić.
— Dlatego potrzebujemy obu list, nie jednej.
Każde otwarcie sektora zaczynało się podobnie. Ludzie budzili się przekonani, że dotarli na Lechię. Pytali o przydzielone domy, bagaże i transport z portu; potem widzieli płachty szpitala, czerwone niebo i kolejkę po wodę. Niektórzy przyjmowali wyjaśnienie w ciszy, inni krzyczeli na personel. Jeden mężczyzna zwymiotował na buty ratownika i przez pięć minut przepraszał za plamę, jakby to była najważniejsza rzecz, która mu została. Codziennie Bogdanowski stawał na placu i powtarzał: statek utracony, położenie nieznane, zapasy ograniczone. Zamiast obietnic pokazywał liczby. Pierwsza nauczycielka, Helena Wrońska, po wybudzeniu przez pięć minut pytała, gdzie znajduje się hala przylotów. Dopiero gdy usłyszała dzieci za płachtą, przestała zadawać pytania.
— Nie mam książek — powiedziała.
— Ma pani uczniów — odpowiedział Bogdanowski. — Książki znajdziemy we wraku.
Na stole komisji pojawiła się karta hydrologa bez rodziny oraz zgłoszenie matki trojga obudzonych dzieci. Dwóch świetnych mechaników cierpiało na choroby wymagające leków, których zostało niewiele. Brzezińska odsunęła kandydaturę mężczyzny z niewydolnością nerek.
— Jeśli otworzymy komorę, umrze bez dializy w ciągu kilku tygodni.
— A jeśli jej nie otworzymy? — zapytał Różycki.
— Bateria sektora wytrzyma trzy miesiące. Do tego czasu możemy naprawić urządzenie.
— Albo bateria padnie jutro.
— Tak wygląda każda pozycja na tej liście.
Vane stał przy wejściu jako członek zespołu wyprawowego. Lek Brzezińskiej tłumił percepcję. Cudze myśli, zwykle obecne jak szmer za cienką ścianą, ucichły niemal zupełnie. Cisza przynosiła ulgę, ale miała w sobie coś z utraty słuchu; kilka razy odwrócił głowę, pewny, że ktoś do niego mówił.
— Obudźcie też ludzi bez kwalifikacji — powiedział.
Różycki odwrócił się ku niemu.
— Po co?
— Bo zawód nie powie panu, kto wytrzyma widok człowieka zabranego przez węża, kto uspokoi cudze dziecko ani kto podzieli się wodą. Widziałem fachowców, którzy zamarli przy pierwszym alarmie, i urzędniczkę, która wyniosła trzy osoby z płonącego korytarza.
— Nie możemy oceniać charakteru ludzi w stazie.
— Same kwalifikacje nie wystarczą.
Przyjęli zasadę dwóch list: potrzebnych umiejętności i więzi społecznych. Przy ustalaniu kolejności żadna z list nie miała stałego pierwszeństwa. Każdego ranka otwierano tylko tyle komór, ilu nowych ludzi osada potrafiła nakarmić przez następne trzydzieści dni. Bogdanowski podzielił Bonę na sektory liczące po kilkaset osób. Każdy wybierał dwoje przedstawicieli, prowadził własny rejestr chorych i otrzymywał godzinę dostępu do magazynów. Rozwiązanie zmniejszyło tłok, ale natychmiast stworzyło nowe spory. Jednego wieczoru przedstawiciele sektora siódmego przyszli pod jego biuro, ponieważ budowę ich baraków zatrzymano, a ludzi skierowano do kopania osadników ściekowych.
— Odbiera nam pan dach dla dziury w ziemi — powiedział mężczyzna prowadzący delegację.
— Odbieram wam dach na sześć dni, żebyście nie grzebali dzieci za dwa tygodnie.
— A jeśli zacznie padać?
— Wtedy ja śpię pod tą samą płachtą co wy.
Bogdanowski rzeczywiście przeniósł posłanie pod stół administracji. Materac śmierdział starym plastikiem. Po północy nadal przeglądał karty komór, pocierając palcem miejsce między brwiami, kiedy litery zaczynały się rozjeżdżać. Zosia Lewicka znalazła go tam, siedzącego na podłodze z trzema listami rozłożonymi wokół nóg. W jednej kolumnie widniały zawody, w drugiej stan zdrowia, w trzeciej nazwiska rodzin czekających na przebudzenie.
— Dlaczego mama już nie śpi w kapsule, a tata tamtej dziewczynki jeszcze śpi? — zapytała.
Bogdanowski odłożył kartę.
— Bo twoja mama była ranna i musieliśmy ją operować.
— A jego nie trzeba?
— Na razie jego komora działa.
Zosia zmarszczyła brwi.
— To znaczy, że dostaje karę za to, że nie jest ranny?
Bogdanowski spojrzał na arkusze. Cały wieczór mówił o wodzie, lekach i kwalifikacjach. Dziecko zobaczyło coś, czego nie zawierała żadna tabela: dla człowieka czekającego po drugiej stronie decyzja rozsądna mogła wyglądać jak porzucenie.
— Nie — odpowiedział po chwili. — Ale może tak to czuć jego córka.
— To jej powiedz.
— Co?
— Że o nim nie zapomnieliście.
Nazajutrz przy komisji budzeń zawisła czwarta lista. Nie określała kolejności otwierania komór. Zawierała nazwiska ludzi pozostających w stazie, przewidywany czas zasilania i imię osoby zobowiązanej przekazywać rodzinie codzienną informację. Nie rozwiązywało to niczyjej tęsknoty, ale kończyło czas, w którym cisza komisji wyglądała jak obojętność.
Rozdział 14. Droga do szpitala
Sekcja medyczna leżała niecałe dziewięć kilometrów od Bony, lecz ten krótki na mapie odcinek w terenie składał się z kamiennych wysp rozgrzanych jak płyty pieca, pasów sypkiego piasku oraz miejsc, gdzie uderzenie metalowej sprzączki o pomost mogło ściągnąć drapieżnika spod wydmy. Wolski rozkazał zbudować drogę przed wyruszeniem po Viki. Z paneli poszycia powstały lekkie pomosty, a metalowe pręty wbite w piasek mierzyły drgania. Każdy odcinek otrzymał oznaczenie i maksymalne obciążenie.
— Nie idziemy na akcję ratunkową — powiedział podczas odprawy. — Budujemy korytarz transportowy. Jeżeli potraktujemy to jak jednorazowy rajd, wrócimy z komorą albo z listą zmarłych. Jeżeli zbudujemy drogę, będziemy mogli wracać tam po ludzi i sprzęt.
Vane wskazał kamienny grzbiet na mapie.
— Ten odcinek jest bezpieczny.
Ratownik stojący przy stole spojrzał na niego.
— Jak długo?
Vane zawahał się.
— Nie wiem.
— Wczoraj powiedziałeś to samo przy pojeździe.
— I miałem rację.
— Dwóch ludzi nie wróciło.
Wolski położył dłoń na mapie.
— Od tej chwili nie używamy słowa „bezpieczny”. Vane mówi: zakres czasu, odległość i pewność. Jeśli nie wie, mówi, że nie wie.
— Nie zawsze potrafię rozdzielić te rzeczy — powiedział Vane.
— W takim razie nauczysz się, zanim ktoś postawi na tym życie.
Pierwszy pomost zarwał się pod skrzynią baterii. Dwóch ludzi zeskoczyło na skałę, trzeci wpadł kolanem w piasek. Czujniki zawibrowały sekundę później.
— Nie ruszaj się! — krzyknął Wolski.
Mężczyzna zamarł z jedną nogą na twardym gruncie. Pod powierzchnią pojawiła się fala. Vane zobaczył możliwe miejsca uderzenia, ale nie potrafił określić chwili.
— Mniej niż minuta. Może dziesięć sekund.
Zespół odłączył ciepły agregat i przesunął go na drugi koniec pomostu. Vane rzucił metalowy wspornik daleko w bok, a wywołane uderzeniem drgania zwabiły węża. Wolski wyciągnął technika na skałę. Jeden z ratowników podszedł do Vane’a i uderzył go pięścią w pierś. Cios trafił w miejsce, gdzie pod kombinezonem ciągnęła jeszcze rana po katastrofie.
— Mówiłeś, że przejdziemy.
— Powiedziałem, że nie widzę ataku.
— Dla nas to brzmi tak samo.
Vane zacisnął zęby i opuścił ręce.
— W takim razie mówiłem źle.
Wolski rozdzielił ich, ale nie skarcił ratownika.
— To jest właśnie różnica między wiedzą a obietnicą. Od dzisiaj każdy raport Vane’a zaczyna się od tego, czego nie wie.
Droga rosła po kilkadziesiąt metrów dziennie. Ludzie nauczyli się poruszać w rytmie wiatru, chłodzić dyszle wózków i mocować ładunki na elastycznych zawiesiach. Puste pojemniki z grzejnikami awaryjnymi stały się pierwszymi wabikami.
W tym samym czasie wnętrze głównej sekcji Bony zamieniano w prowizoryczny szpital. Zewnętrzna droga była krótsza, ale piasek przy dziobie pozostawał gorący i niestabilny. Ratownicy zbudowali więc ciąg lin przez pochylone korytarze. Nosze przekazywano między zespołami co kilkadziesiąt metrów. Przy każdej grodzi ktoś wypowiadał imię rannego i rodzaj urazu, aby człowiek nie zmienił się w pakunek. Podczas operacji dziecka generator zgasł na dziewięć sekund, pozbawiając zasilania światło, ssak i połowę monitorów. W jadalni śmierdziało przypaloną tkanką. Brzezińska utrzymała narzędzie w ranie, a Sowa przybliżyła lampę z hełmu, podczas gdy mechanik biegł do rozdzielni. Po zabiegu lekarka wyszła na korytarz i oparła czoło o chłodną ścianę. Vane podał jej wodę.
— Przeżyje?
— Dzisiaj tak. Jutro zapytaj ponownie.
— Powiedziała pani matce, że się uda.
— Powiedziałam, że robimy wszystko. To nie jest to samo.
Vane spojrzał przez otwartą gródź na ludzi czekających na noszach.
— Szpital powinien być miejscem, gdzie człowiek wygrywa ze śmiercią.
Brzezińska wypiła łyk i podała mu kubek.
— Szpital jest miejscem, gdzie kupujemy człowiekowi następne pytanie. Czasem tylko tyle możemy sprzedać.
Rozdział 15. Głód pod wydmą
Dziesiątego dnia na Terrze droga do sekcji medycznej była gotowa tylko w takim znaczeniu, że dało się nią przejść i mieć rozsądną szansę wrócić. Panele poszycia skrzypiały pod ciężarem, pręty pomiarowe wystawały z wydm jak cienkie czarne kości, a co kilkaset metrów leżały przygotowane wabiki. Wyprawa ruszyła przed świtem. Prowadził Wolski. Kotarbiński chciał iść z nimi, lecz Brzezińska odmówiła zdjęcia usztywnienia z jego złamanego nadgarstka.
— To mój statek — powiedział.
— A to moja kość w pańskiej ręce, dopóki się nie zrośnie. Zostaje pan.
Kapitan odprowadził zespół do granicy skały.
— Nie ryzykujcie komory dla sprzętu. Nie ryzykujcie ludzi dla komory.
— A jeśli jedno i drugie będzie wymagało ryzyka? — zapytał Wolski.
— Wtedy pan dowodzi. Ja będę żył z pańską decyzją.
Vane szedł przy pierwszym wozie. Nie próbował bez przerwy szukać Viki. Każde takie sięgnięcie kończyło się bólem i zniekształcało inne sygnały. Brzezińska kazała mu pracować w krótkich interwałach: dziesięć sekund skupienia, minuta przerwy, zapis objawów. Na trzecim odcinku piasek uniósł się w wąskiej linii. Wolski kazał wszystkim zejść na kamień, ale wąż zdążył uderzyć od spodu w skrzynię baterii. Pancerz huknął o metal. Zwierzę owinęło ciepły pojemnik i szarpnęło w dół; lina napięła się tak gwałtownie, że dwóch ratowników upadło na kolana, a z haka wyrwał się strzęp rękawicy. Vane zobaczył następny ruch zwierzęcia sekundę wcześniej.
— Odciąć!
Radecka przecięła mocowanie i skrzynia zniknęła pod piaskiem. Pod wydmą rozległ się trzask metalu.
— Ciepło i drgania — powiedziała. — Nie krew.
Wolski kazał rozebrać jeden z grzejników awaryjnych. Technik zamknął wkład w pustym pojemniku i przywiązał go do długiej liny. Rzucili wabik daleko od trasy, po czym uderzali młotami w grunt, tworząc ścieżkę drgań. Wąż podążył za nią. Przez kilka sekund segmenty pancerza przesuwały się pod powierzchnią jak grzbiet zatopionego okrętu.
— Nie pokonaliśmy go — powiedział jeden z ratowników.
— Nie musimy — odpowiedział Vane. — Musimy przestać udawać, że piasek jest pusty.
Po południu dotarli do wraku sekcji medycznej. Kadłub leżał na boku, częściowo oparty o skalny próg. Jedna śluza była zgnieciona, druga znajdowała się trzy metry nad ziemią. Z wnętrza dochodził jednostajny pomruk pomp. Na poszyciu ktoś wypisał markerem trzy numery komór i słowo ŻYJĄ. Pismo było nierówne, jakby autor pisał przy gasnącym świetle. Wewnątrz znaleźli technika medycznego, Michała Sarnę. Przeżył upadek i przez dziesięć dni przenosił baterie między komorami. Miał gorączkę, popękane od odwodnienia usta i dłonie pokryte białymi pęcherzami po chłodziwie. W powietrzu śmierdziało niemytymi ciałami.
— Czterdzieści dwa — powiedział, zanim podali mu wodę. — Ma osobny układ. Nie wyłączajcie pola. Ona reaguje na dźwięk.
— Na jaki dźwięk? — zapytała Sowa.
Sarna spojrzał na Vane’a.
— Od wczoraj monitor przyspiesza, kiedy ten człowiek jest na radiu. Wszyscy odwrócili ku niemu głowy. Wolski nie zapytał o wyjaśnienie. — Najpierw sprawdzamy żywych. Potem komora.
Vane przyjął rozkaz bez sprzeciwu, choć kosztowało go to więcej, niż chciał przyznać. Przez dwie godziny wynosili rannych, baterie i leki. Dopiero gdy ostatni człowiek znalazł się na przygotowanych noszach, Wolski pozwolił mu wejść do rzędu 042.
Rozdział 16. Czterdzieści dwa
Komora 042 stała na końcu przechylonego korytarza, zaklinowana pod zgniecionym przewodem wentylacyjnym. Między kapsułami mrugały awaryjne lampy; część komór była czarna i zimna, przy pozostałych pompy pracowały w nierównym rytmie. Każde uruchomienie zaworu niosło się po wraku metalicznym stukiem. Błękitny żel otaczał nieruchomą kobietę. Viki była starsza niż w ostatnim obrazie, który Vane nosił z Plutona, i znacznie chudsza. Kości policzkowe rysowały się ostrzej, skóra miała sinawy odcień stazy, a od skroni ku linii włosów biegła jasna blizna. Na jej głowie tkwiły czujniki migające bursztynowym światłem.
— Znasz ją — powiedział Wolski.
— Tak.
— To wystarczy na teraz.
Vane stanął po drugiej stronie szyby i wsunął dłonie pod pas uprzęży, żeby nie położyć ich na pokrywie.
— Wiktoria — powiedział cicho.
Monitor natychmiast przyspieszył. Za barierą rezonansową poczuł coś podobnego do oddechu przez zamknięte drzwi. Nie wchodził głębiej. Wystarczyło, że obecność odpowiedziała napięciem.
— Jestem tutaj.
Gwałtowny wzrost aktywności mózgu uruchomił alarm neurologiczny. Głos Brzezińskiej odezwał się w radiu.
— Przerwać bodźcowanie. Natychmiast.
Vane cofnął się o krok. W żelu drgnęły palce Viki.
— Ona mnie słyszy.
— Skoro reaguje na pański głos, ma pan przestać. Jej układ obronny interpretuje go jako konflikt między pamięcią a bodźcem. Macie zabrać kapsułę, nie budzić pacjentkę.
Uwolnienie komory zajęło sześć godzin. Przewód wentylacyjny przygniatał ramę, a każda próba cięcia wprawiała pokład w drżenie. Radecka kazała podeprzeć strop belkami z sąsiednich łóżek medycznych. Pracowali ręcznymi piłami, aby nie wytwarzać drgań słyszalnych pod piaskiem. Technik znalazł na panelu adnotację wojskową.
— Blokada rezonansu. Co to dokładnie znaczy?
Vane odpowiedział zbyt szybko.
— Ekranowanie przed wpływem neurologicznym.
Wolski spojrzał na niego.
— Skąd wiesz?
— Widziałem podobne urządzenia.
— Gdzie?
— W Sektorze 9.
Nazwa Sektora 9 zabrzmiała w zgniecionym korytarzu zaskakująco zwyczajnie. Vane poczuł jednak pod językiem smak środka uspokajającego i przypomniał sobie pasy zaciskane na nadgarstkach przed kolejnym testem.
— Tam robili tobie to, przed czym ekranowano ją? — zapytała Sowa.
— Tam sprawdzali, jak daleko potrafię wejść.
— A potrafisz?
Vane spojrzał na twarz Viki.
— Za daleko.
Gdy rama w końcu puściła, kapsuła szarpnęła w dół. Liny napięły się, a gdy jedna kotwa wyrwała się ze ściany, Vane przechwycił ciężar umysłem. Pod czaszką rozbłysło białe światło, a z nosa spadła kropla krwi na jego rękaw.
— Przejmujemy! — krzyknęła Radecka.
Odruchowo chciał utrzymać ciężar, ale po sekundzie puścił. Liny przejęły masę, ludzie zaklęli pod obciążeniem i wspólnie osadzili kapsułę na saniach. Vane został z pustym naciskiem w głowie i świadomością, że tym razem pozwolił innym dźwignąć ciężar razem z nim. Wolski sprawdził mocowania.
— Od tej chwili komora jest pacjentką, nie ładunkiem. Każdy etap ma prowadzącego. Nikt nie podejmuje samodzielnej decyzji, nawet jeśli widzi przyszłość.
— Zwłaszcza wtedy — powiedział Vane.
Rozdział 17. Człowiek, który umarł
Viki stała na Plutonie, lecz po lodzie sunęły trzy cienie. Jeden był bursztynowy. W prawdziwej pamięci tego światła nie było. Mróz szczypał ją w policzki, pod podeszwami trzeszczał lód, a z głębi białego korytarza dochodził głos Vane’a. Jestem tutaj. Widziała pustkę po jego maszynie. Czekała na sygnał, który nigdy nie wrócił. Przeszukała zapisy bitwy tak wiele razy, że ich szum stał się częścią jej własnej pamięci. Zbudowała w sobie mur, żeby nie oglądać chwili, w której nadzieja zmienia się w pewność śmierci. Jestem tutaj.
— Nie jesteś prawdziwy — powiedziała.
To, że głos nie próbował jej przekonywać, zabolało bardziej niż prośba. Dotknęła ściany. Po drugiej stronie czuła ciepło dłoni, lecz kiedy nacisnęła mocniej, powierzchnia stała się szkłem komory. Pluton rozpuścił się w błękitnym płynie. Pojawił się pomruk pomp, metaliczne uderzenia i czyjeś głosy liczące obciążenie. Przez zamknięte powieki widziała rozmytą twarz, której rysów nie potrafiła rozpoznać. Głos odpłynął razem z pomrukiem pomp. Cisza wróciła, ale w murze, który budowała przez lata po jego śmierci, została szczelina. Na zewnątrz technicy odłączali komorę od systemów wraku. Brzezińska prowadziła ich przez radio, nakazując zachować blokadę rezonansu i pełną stazę.
— Bateria główna trzydzieści osiem procent — zameldowała Sowa. — Rezerwowa pełna.
— Nie przełączajcie przed wyjściem na skałę. Każdy skok napięcia może uruchomić procedurę częściowego wybudzenia.
Vane stał przy pokrywie. Nie próbował odnaleźć myśli Viki. Po raz pierwszy jego zdolność nie dawała nawet fałszywej pewności. Bariera pozostawała gładka i zimna.
— Ona żyje — powiedziała Brzezińska w słuchawce. — To jest informacja medyczna. Reszta to pański strach.
— Myślała, że nie żyję.
— Kiedy się obudzi, niech pan nie próbuje naprawić sześciu lat jednym zdaniem.
— Nie było sześciu lat dla mnie.
— Dla niej minęły. Jej żałoba nie zniknie dlatego, że pański zegar pokazał mniej.
Vane zamknął oczy. W Sektorze 9 lekarze mierzyli jego reakcje, nie pytając, co oznaczają. Brzezińska brała pod uwagę ich znaczenie i dlatego nakładała granice. Kapsułę ustawiono na szerokich saniach z paneli poszycia. Płozy pokryto miękkim tworzywem, a agregat podtrzymujący zamocowano na oddzielnym wózku, aby jego drgania nie przechodziły bezpośrednio na komorę. Wolski przydzielił każdemu miejsce.
— Vane idzie z tyłu.
— Powinienem być przy niej.
— Tym bardziej idziesz z tyłu. Jeśli będziesz patrzył tylko na kapsułę, przegapisz to, co ją zabije.
Vane przyjął miejsce na końcu kolumny. Stamtąd widział kapsułę, ludzi i drogę. Viki przestała być jedynym punktem świata; stała się jednym z żyć powierzonych całej grupie.
Rozdział 18. Powrót przez piasek
Wyruszyli dwie godziny przed zmrokiem. Upał schodził z kamieni, lecz metal sań nadal parzył przez rękawice. Czterech ludzi ciągnęło komorę, dwóch prowadziło wózek z agregatem, pozostali patrzyli na piasek i cienkie pręty pomiarowe. Z wnętrza kapsuły dochodził jednostajny szum pomp, zbyt delikatny jak na coś, od czego zależało całe życie Viki. Pierwszy odcinek przeszli bez alarmu. Na drugim wiatr ucichł tak nagle, że wszyscy usłyszeli własne oddechy. Czujnik drgań wychylił się w lewo.
— Jeden wąż — powiedział Vane. — Może dwa. Dwadzieścia sekund albo mniej.
Wolski nie pytał, czy jest pewny.
— Wabik pierwszy.
Rozgrzany pojemnik uderzył daleko od trasy. Pod powierzchnią ruszyła fala. Zespół przesunął komorę na następną skalną wyspę. Na czwartym odcinku pojawiły się dwa węże. Pierwszy podążył za wabikiem, drugi go ominął i skierował się ku drganiom agregatu.
— Agregat na bok! — krzyknął Vane.
Technik próbował odpiąć mocowanie, ale zamek zakleszczył się pod obciążeniem. Vane zobaczył pysk wychodzący z piasku dokładnie pod wózkiem. Pchnął urządzenie telekinetycznie. Agregat przeleciał kilka metrów i uderzył w wydmę. Wąż wyskoczył za nim, miażdżąc metal między płytami pancerza. Panel komory przeszedł na czerwono. Zasilanie przełączyło się na baterię awaryjną.
— Dwie godziny zapasu — powiedziała Sowa.
— Do obozu mamy trzy — odpowiedziała Radecka.
— W takim tempie.
Wolski spojrzał na piasek.
— Tempo właśnie przestało być naszym wyborem.
Zespół rozdzielił część baterii od sprzętu ratunkowego i połączył je równolegle. Przewody nie pasowały. Technik odciął końcówki nożem i skręcił żyły ręcznie. Każdy dotyk narzędzia o metal przechodził przez sanie jako drżenie. Wąż wrócił. Vane próbował odciągnąć go kolejnym uderzeniem, ale obraz rozpadł się na kilka nakładających się możliwości. Jedna prowadziła ku Wolskiemu, druga ku komorze, trzecia kończyła się czarną pustką.
— Nie widzę — powiedział.
— To zostań przy tym — odpowiedział Wolski. — Radecka, drugi wabik. Sowa, komora. Reszta na liny.
Walczyli z rytmem, nie ze zwierzęciem. Serią uderzeń ściągnęli je na jedną stronę trasy, a po drugiej przeciągnęli sanie na kamień. Gdy wąż wynurzył się z piasku, Wolski strzelił w metalowy pojemnik. Huk odciągnął węża i kolumna ruszyła, pokonując ostatni kilometr po zmroku. Bateria komory spadła do dziewięciu minut. Vane przestał pamiętać nazwisko człowieka idącego przed nim; przez chwilę szary pas po lewej rozpadał mu się na dwie możliwości: drogę i cień wydmy. Trzymał się jednego: stawiać but dokładnie tam, gdzie sekundę wcześniej stała cudza stopa. Przy granicy obozu panel komory zgasł na ułamek sekundy.
— Nie — powiedział Vane.
Brzezińska czekała przy przygotowanym złączu i uderzyła dłonią w awaryjny przełącznik, przekazując obciążenie na drugi obwód. Światło wróciło, najpierw czerwone, potem bursztynowe.
— Parametry utrzymane — oznajmiła Sowa.
Ludzie stojący przy wejściu wypuścili powietrze niemal jednocześnie. Jeden z ratowników zaczął się śmiać, zbyt głośno i bez powodu. Po chwili śmiech przeszedł w płacz. Wolski usiadł na ziemi.
— Następnym razem budujemy drogę dwa razy szerzej. Brzezińska podeszła do Vane’a. — Teraz pana kolej.
— Nic mi nie jest.
— Krwawi pan z nosa od trzech godzin, nie pamięta pan nazwiska człowieka, którego niósł, i przed chwilą powiedział pan „skręć w lewo” do pustej skrzyni.
— Miała nadajnik.
— Nie miała.
Vane chciał zaprzeczyć, ale nie potrafił odtworzyć ostatniego kilometra. Usiadł na łóżku, pozwalając Brzezińskiej sprawdzić źrenice i podać mu słodki żel.
— Za każdym razem zużywa pan coś, czego nie umiemy odbudować — powiedziała Brzezińska.
— Gdybym ich nie użył, komora zostałaby na pustyni.
— Proszę ratować ludzi. Ale koszt nie kończy się na panu. Kiedy traci pan orientację, ktoś musi odłożyć własne zadanie i wrócić także po pana.
Vane spojrzał na błękitne światło komory Viki.
— Ona się obudzi?
— Kiedy po zwycięstwie przestaniemy od razu szukać następnego ryzyka.
Rozdział 19. Otwórz oczy
Proces wybudzania trwał trzy doby. Pierwszego dnia Viki odpowiadała jedynie zmianą tętna. Drugiego otwierała oczy na kilka sekund, po czym odpływała, zanim twarz nad łóżkiem zdążyła nabrać imienia. Trzeciego obudził ją smak metalu w ustach. Własne ciało ciążyło, jakby ktoś w nocy wypełnił kości ołowiem. Odsunęła maskę tlenową.
— Gdzie jest mój okręt?
Brzezińska siedziała przy łóżku z kubkiem zimnej kawy.
— Jesteś na planecie poza znaną siecią. Przyleciałaś tutaj w komorze medycznej na „Królowej Bonie”. Statek rozbił się podczas awaryjnego zejścia.
Viki spróbowała unieść głowę. Mięśnie szyi zadrżały. Pod płóciennym dachem przesuwały się trzy cienie, każdy pod innym kątem.
— Psyche? Pluton? Ile czasu?
— Najpierw kilka łyków. Potem czas.
Woda smakowała plastikiem. Viki wypiła dwa łyki, a trzeci zwróciła do miski, którą zdążyła podsunąć Sowa. Kiedy oddech się uspokoił, Brzezińska podała jej daty oraz to, co było pewne: uraz, długą stazę, transport na Lechię i katastrofę Bony. Słów słuchała bez mrugnięcia, jak meldunku po bitwie, który dotyczył kogoś innego.
— Jest jeszcze jedna rzecz — powiedziała Brzezińska. — Marek Vane żyje. Jest w obozie.
Monitor przyspieszył. Viki wbiła palce w koc.
— Powtórz.
— Jest tutaj. Zanim go zobaczysz, chcę wiedzieć, czy tego chcesz.
Przez długą chwilę słychać było tylko pompę infuzyjną i wiatr trzepiący płachtą wejścia.
— Pokaż mi go.
Vane wszedł za jej zgodą. Zatrzymał się trzy kroki od łóżka. Wcześniej widział ją za szybą komory, ale teraz zobaczył, jak bardzo schudła: nadgarstki były cienkie, prawa dłoń drżała na kocu, przy skroni biegła blizna. Twarz rozpoznał natychmiast. Ciało należało do lat, których przy niej nie przeżył. Ulga na twarzy Viki trwała krócej niż jedno uderzenie serca, po czym ustąpiła przerażeniu.
— Nie używaj jego twarzy.
— Viki…
— Nie wchodź mi do głowy.
Vane zatrzymał słowo w połowie.
— Dobrze.
— Widziałam, jak zniknąłeś. Czekałam na sygnał. Przeszukałam zapis bitwy. Nie było szczątków, nadajnika, niczego. Została pustka i ludzie mówiący, żebym przestała sprawdzać po raz setny.
— Wiem, co widziałaś.
— Tego akurat nie wiesz.
Zdanie weszło głębiej niż krzyk. Vane przyjął je bez obrony.
— Gdzie byłeś? — zapytała.
Sektor 9, badania, ucieczka i człowiek śpiący na Dworcu Centralnym tworzyły historię zbyt długą na jedno zdanie. Vane wybrał rzecz najgorszą.
— Uciekłem z miejsca, w którym badano mój mózg. Potem zabrałem innemu człowiekowi nazwisko i bilet. Na Bonę wszedłem jako Roman Zięba.
— Przeżyłeś i nie szukałeś mnie.
— Byłem przekonany, że ty też nie żyjesz.
Viki odwróciła twarz do ściany namiotu.
— Wyjdź.
Wyszedł natychmiast. Za płachtą usiadł na skrzyni z opatrunkami, ale po chwili Brzezińska kazała mu odejść. Czekanie kilka metrów od Viki nie dawało mu prawa do zajmowania przestrzeni wokół jej łóżka.
Następnego dnia rehabilitacja zaczęła się od zadania, które dla dawnej pilotki brzmiało jak upokorzenie: usiąść. Sowa podniosła oparcie, Brzezińska podała pas. Viki zacisnęła zęby i uniosła tułów. Cięższa grawitacja natychmiast ściągnęła krew w dół; namiot pochylił się, trzy cienie zsunęły po płótnie, a żołądek wyrzucił resztę wody do miski.
— Jeszcze raz — powiedziała Viki, gdy przestała wymiotować.
— Za godzinę — odpowiedziała Brzezińska.
— Teraz.
— To nie jest lot próbny. Twój mózg i błędnik mają dostać czas, żeby zrozumieć, gdzie jest dół.
Viki uderzyła pięścią w materac, lecz zaraz po tym ruchu ręka zaczęła jej drżeć. Patrzyła na nią długo, jakby należała do kogoś obcego.
— Kiedyś potrafiłam wytrzymać przeciążenie myśliwca.
Brzezińska poprawiła czujnik na jej piersi.
— Dzisiaj potrafisz oddychać sama i utrzymałaś głowę przez dziewięć sekund. Z tego budujemy resztę.
Przez kolejne dni Vane przychodził pod namiot o tej samej porze. Czasem Viki pozwalała mu wejść, częściej zostawiała go za płachtą. Jej nastrój zostawiał w spokoju. Kiedy chciała wiedzieć, opowiadał o Bonie, drodze przez wydmy i ludziach żyjących w barakach z pociętego kadłuba. O Sektorze 9 mówił tylko wtedy, gdy pytała. Siedemnastego dnia na Terrze Brzezińska pozwoliła jej stanąć. Poręcze z rur instalacyjnych były zimne od porannego powietrza, kiedy Sowa zapinała pas asekuracyjny. Vane czekał poza matą, wystarczająco daleko, by cały ciężar został na jej własnych nogach. Viki podciągnęła się, a jej kolana natychmiast zaczęły drżeć. Świat uciekł jej w prawo, choć stopy stały nieruchomo. Przez trzy sekundy wisiała na rękach; potem złapała pion i zrobiła pierwszy krok. Drugi był krótszy. Przy trzecim pas przejął ciężar.
— Wystarczy — powiedziała Sowa.
Viki oddychała przez zaciśnięte zęby. Pot spływał jej po skroni, dokładnie wzdłuż blizny.
— Jeszcze jeden.
Vane pozostał na miejscu.
— Powiedz, gdzie jesteś.
Spojrzała na niego z wściekłością.
— Namiot medyczny. Obóz Bona. Terra. Trzy słońca i jeden irytujący zmarły.
— To wystarczy.
Tym razem nie sprzeciwiła się, kiedy Sowa posadziła ją na krześle. Po kilku minutach drżenie nóg osłabło.
— Nie mów do mnie tak, jakbym była nadal pilotką z Psyche — powiedziała do Vane’a. — Tamta kobieta nie potrzebowała pomocy, żeby przejść trzy metry.
Vane usiadł na ziemi poza matą.
— W takim razie nie będę jej szukał. Dzisiaj przeszłaś trzy metry tutaj.
Wieczorem przyniósł naprawioną lampkę i postawił ją przy wejściu. Zamierzał odejść, gdy zza płachty usłyszał: — Wejdź. Ale bez zaglądania.
— Bez zaglądania.
Po raz pierwszy od przebudzenia to Viki zdecydowała, jak długo zostanie.
Rozdział 20. Pierwsza woda
Dwudziesty trzeci dzień na Terrze
Błąd przy budowie ujęcia wyglądał tak zwyczajnie, że nikt nie rozpoznał go na czas. Paweł Domański od godziny klęczał przy brzegu strumienia. Woda była przejrzysta i zimna; nad kamieniami unosił się ostry zapach przypominający rozgniecioną pokrzywę. Pomiędzy głazami nie poruszało się nic większego od srebrzystej larwy. Pancerze, które podczas pierwszego rozpoznania odcięły połowę ramienia sondy, zniknęły. Domański uznał, że odpłynęły wraz z chłodem poranka.
— Tylko pomiar temperatury — powiedział, bardziej do siebie niż do stojącego kilka kroków dalej Wolskiego.
Gdy zanurzył dłoń, woda rozstąpiła się bez plusku i spłaszczone stworzenie uderzyło od dołu. Zachodzące na siebie płytki przecięły rękawicę i dwa palce aż do kości; ból przyszedł pół sekundy później, biały i czysty. Domański krzyknął, gdy Wolski wyrwał go z nurtu za kołnierz. Krew kapała z rękawicy na powierzchnię, a spod kamieni natychmiast wyszły kolejne pancerze, zderzając się o siebie twardym klekotem.
— Mówiłem: żadnego dotykania — warknął Wolski, zaciskając opaskę uciskową.
— Chciałem tylko sprawdzić nurt.
— Na tej planecie słowo „tylko” często kończy się w raporcie o zgonie.
Brzezińska oczyściła ranę w namiocie polowym. Domański patrzył w bok, kiedy wyjmowała z przeciętej rękawicy drobiny obcego pancerza. Dwa palce udało się zachować, lecz ścięgna były poszarpane i lekarka uprzedziła, że czucie oraz pełny chwyt mogą już nie wrócić. Domański domagał się wyjścia nad wodę jeszcze tego samego dnia. Dostał usztywnienie i pracę przy analizie próbek jedną ręką.
— Kara? — zapytał.
— Nauka. Kara przyjdzie wtedy, gdy zmarnujesz błąd.
Strumień płynął zbyt płytko, by zbudować bezpieczną czerpnię bezpośrednio przy brzegu. Anna Radecka zaprojektowała kanał boczny wykuty w czerwonym gruncie. Woda miała wpływać do trzech oddzielnych komór. Pierwsza zatrzymywała duże zwierzęta, druga mniejsze organizmy i osad, trzecia mieściła wymienne filtry oraz pompę. Viki obserwowała prace z niskiego wózka ustawionego pod płóciennym daszkiem. Dwudziestego trzeciego dnia potrafiła już przejść krótki odcinek przy poręczy, lecz błędnik wciąż reagował na nagły ruch jak podczas obrotu uszkodzonej maszyny. Brzezińska pozwalała jej przebywać poza szpitalem dwie godziny dziennie pod opieką. Viki uważała limit za irytujący, ale po pierwszych próbach przestała udawać, że ciało nie wystawia własnych rachunków.
— Kraty ustawiliście pod złym kątem — powiedziała Radeckiej.
Konstruktorka uniosła głowę znad planów.
— Zwierzęta atakują ruch. Jeżeli prąd będzie uderzał prosto w metal, pompa przeniesie drgania na cały kanał. Zrobi się z tego dzwonek obiadowy.
Radecka przez chwilę patrzyła na nią bez słowa, potem obróciła schemat.
— Krata po skosie, komora uspokajająca przed pompą — powiedziała. — Skąd to wiesz?
— Zobaczyłam, co zrobiły z sondą. I przez sześć lat latałam maszyną, która rozpadała się, jeśli powietrze trafiało w nią pod złym kątem.
Pierwsza próba niemal skończyła się kolejną tragedią. Gdy otwarto przepływ, pancerne stworzenia uderzyły w zewnętrzną kratę. Rury zadzwoniły, a drganie poczuli pod stopami ludzie stojący kilkanaście metrów dalej. Jedno mocowanie puściło. Paweł Lewicki wszedł do suchej komory, by zamknąć zawór ręczny. Krata wygięła się nad nim, a metalowy sworzeń wysunął się o połowę. Vane poczuł rozszczepienie przyszłości. W jednym obrazie Lewicki odwracał się za późno, w drugim jego ręka chwytała krawędź włazu. Pomiędzy nimi było kilka sekund.
— Paweł, teraz!
Lewicki skoczył, a Radecka i Wolski wyciągnęli go za ramiona. Krata pękła chwilę później. Druga przegroda utrzymała napór, ale pompa zgasła, a kanał wypełnił się wodą i trzaskiem pancerzy. Zamknięto przepływ, wyjęto uszkodzone elementy i do wieczora wzmacniano mocowania żebrami wyciętymi z kadłuba Bony. Vane pracował razem z innymi. Kiedy zaproponował, że podtrzyma belkę zdolnością, Radecka pokręciła głową.
— Potrzebuję rozwiązania, które będzie działać, kiedy będziesz spał, chory albo martwy.
— Zachęcające.
— Konstrukcja ma stać sama. Morale zostaw ludziom.
Dopiero następnego dnia laboratorium dopuściło wodę po osadzeniu, gotowaniu i filtracji. Była lekko mętna i zostawiała na języku metaliczny posmak. Bogdanowski nalał pierwszy kubek, lecz nie wypił go. Zaniósł go Marcie Lewickiej, której dłoń nadal była usztywniona po katastrofie.
— Zosia pytała, czy na tej planecie wszystko próbuje nas zjeść — powiedział.
Marta napiła się ostrożnie.
— Co jej pan odpowiedział?
— Że woda na razie negocjuje.
Pół kubka miejscowej wody na osobę wystarczyło, by awaria zbiornika nie groziła już śmiercią całego obozu przed następnym świtem. Narewska natychmiast ostudziła radość. Membran filtracyjnych ze statku wystarczało najwyżej na kilkanaście miesięcy. Zaproponowała trzy stopnie oczyszczania: osadzanie w glinianych zbiornikach, gotowanie ciepłem odpadowym i dopiero na końcu filtrację. Każdy litr oszczędzony na membranie wydłużał czas kolonii. Na placu ustawiono tablicę zależności. Widniały na niej pozycje: WODA ZE STATKU, ŻYWNOŚĆ ZE STATKU, LEKI, ENERGIA REAKTORA, MEMBRANY, NASIONA. Przy wodzie Bogdanowski narysował pierwszą ukośną kreskę.
— Problem został z nami — powiedział Bogdanowski. — Tyle że jutro już nas nie zabije.
Trzy dni po uruchomieniu ujęcia Viki zażądała pierwszego wyjścia poza utwardzony plac. Chciała zobaczyć instalację, przy której wcześniej poprawiała projekt z wózka. Brzezińska zgodziła się na trasę do pierwszego znacznika i z powrotem. Balkonik z rur instalacyjnych miał zostać z nią, a Sowa szła po lewej stronie, gdzie noga reagowała wolniej. Viki ruszyła przed południem i pierwsze metry pokonała szybciej, niż uzgodniła z Brzezińską. Lewa noga odpowiadała z wyczuwalnym opóźnieniem. Skupiała wzrok na kolejnych kamieniach i prowadziła ciało od punktu do punktu, jak uszkodzoną maszynę z opóźnionym sterowaniem. Vane szedł kilka kroków z tyłu, powstrzymując się od pomagania i komentowania jej tempa. To milczenie drażniło ją bardziej niż wcześniejsze ostrzeżenia.
— Możesz przestać liczyć — powiedziała.
— Nie liczę.
— Kłamiesz.
— Czternaście.
Przy piętnastym kroku od strony strumienia dobiegł trzask pancerzy uderzających w zewnętrzną kratę. Viki odruchowo odwróciła głowę. Horyzont przesunął się, ziemia uciekła w bok i ciężar ciała zawisł na poręczy balkonika. Sowa chwyciła ją za pas. Vane drgnął, ale nie użył zdolności.
— Nie dotykaj mnie — powiedziała Viki, zanim ktokolwiek zdążył zapytać.
— Nie dotykam — odpowiedział.
Próbowała wyprostować kolana. Nogi trzęsły się tak mocno, że metalowe rurki stukały o kamień. Po kilku sekundach osunęła się na składane siedzisko. Brzezińska przyszła z punktu medycznego, gdy Sowa kończyła pomiar tętna.
— Wracasz na noszach — zdecydowała.
— Doszłam do połowy.
— I straciłaś orientację po jednym gwałtownym dźwięku.
— Następnym razem nie odwrócę głowy.
— Następnym razem najpierw nauczysz błędnik, że ziemia pod tobą nie jest trafionym okrętem.
Viki zacisnęła dłonie na poręczach.
— Nie chcę, żeby za każdym razem ktoś mnie odnosił.
— Przyjmij pomoc, zanim upadek odbierze ci wybór — odparła Brzezińska.
Viki spojrzała na Vane’a.
— Mogłeś mnie podtrzymać.
— Powiedziałaś wcześniej, że mam nie używać zdolności bez pytania.
— Właśnie leciałam na kamienie.
— Sowa cię trzymała. Gdybym zrobił to pierwszy, znowu wybrałbym za ciebie.
Viki milczała. Pozwoliła przenieść się na nosze, ale kazała ustawić je przy ujęciu, zanim wrócą do namiotu. Przez kilka minut obserwowała wodę przechodzącą przez komory osadcze. Radecka przyniosła poprawiony schemat krat i położyła go na jej kolanach.
— Kąt, który podałaś, zmniejszył drgania o prawie połowę — powiedziała.
Viki przesunęła palcem po rysunku.
— Druga komora jest za krótka. Wir wróci przy większym przepływie. Radecka dopisała uwagę bez komentarza.
Następnego ranka Viki powtórzyła trasę wolniej. Przy pierwszym znaczniku sama zatrzymała balkonik. Strumień szumiał jeszcze kilkadziesiąt metrów dalej, ale tym razem nie próbowała go zdobywać. Odwróciła się i wróciła do namiotu na własnych nogach, mokra od potu i wściekła, lecz bez noszy.
Tego dnia wydano więcej miejscowej wody niż zapasów z Bony. Bogdanowski wypił kubek przy studni.
— Niedobra — powiedział.
Urzędnik stojący obok nachylił się ku niemu.
— Miał pan powiedzieć, że jest bezpieczna.
— Dzisiejsze badania mówią, że jest bezpieczna. Smakuje okropnie. Ludzie przeżyli zbyt wiele, żebym sprzedawał im muł jako święto.
Rozdział 21. Martwe pole
Pierwsze pole obsiano za wcześnie. Głód skracał cierpliwość szybciej niż racje. Nasiona przesypywane z dłoni do dłoni były suche i absurdalnie cenne; w magazynie pachniały ziemią z planety, do której ludzie mieli już nie wrócić. Ziemskie ziarno wykiełkowało równymi rzędami. Przez trzy dni zielone linie odcinały się od czerwonego gruntu i ludzie przychodzili po pracy tylko po to, żeby na nie patrzeć. Czwartego ranka przy ziemi pojawił się czarny pierścień. Łodygi miękły pod palcami, pękały i śmierdziały pleśnią. Do wieczora pole leżało płasko, ciemne jak po pożarze, choć nigdzie nie było sadzy. Zofia Narewska rozcięła korzenie pod szkłem. Ostrze skalpela zostawiło na rękawiczce brunatny śluz. Miejscowa pleśń wciskała się w tkanki i zatykała kanały przewodzące; wyglądała jak symbiont, który trafił do gospodarza mówiącego innym językiem chemicznym.
— To dobra wiadomość? — zapytał Różycki.
— Dobra wiadomość wyglądałaby inaczej.
— Mówi pani tak, jakby była.
— Wiemy przynajmniej, że zboża nie zabiła prosta trucizna. To wciąż za mało, żeby je uratować.
Różycki domagał się przeniesienia całego zapasu do zamkniętych szklarni.
— Na zewnątrz stracimy wszystkie nasiona.
— W szklarni zużyjemy energię, której nie odtworzymy — odpowiedziała Narewska. — Jeżeli zamkniemy rolnictwo pod lampami, będziemy tylko wolniej zjadać statek.
— A jeśli nie znajdziemy odmiany zdolnej rosnąć przed końcem racji?
— Wtedy umrzemy z pełnym magazynem urządzeń, których baliśmy się wyłączyć.
Spór trafił na posiedzenie Rady. Kotarbiński chciał zabezpieczyć certyfikowany zapas, a Bogdanowski poprosił Barana o wyliczenie kosztu szklarni. Przy obecnym obciążeniu reaktora wystarczyłoby energii na trzy, najwyżej cztery sezony; potem zabrakłoby części do chłodzenia. Narewska podzieliła nasiona na małe partie. Czterysta prób zamiast jednego pola. Zmieniano zawartość soli, udział popiołu, kompostu, gliny i miejscowych mikroorganizmów. Część gleby płukano wodą. Na innych poletkach wysiewano najpierw miejscową roślinę, której szerokie korzenie gromadziły metaliczny pierwiastek blokujący pobieranie fosforu. Po pierwszych stu próbach rejestr przerósł pamięć jednego człowieka. Narewska rozpoznawała glebę po zapachu i wyglądzie korzeni, lecz każda kwatera różniła się kilkunastoma parametrami. Wniosek wyciągnięty z dwóch rzędów nazajutrz obalał trzeci. Vane poprosił o surowe dane. Zamiast chodzić między grządkami, usiadł w magazynie przy trzech terminalach. Przez sześć godzin zestawiał temperaturę gleby, zasolenie, porę podlewania, kierunek wiatru, wiek nasion i obecność miejscowych organizmów. Komputer liczył szybciej. Vane potrafił dłużej utrzymać naraz zależności rozrzucone po osobnych tabelach.
— W kwaterach dwanaście, trzydzieści jeden i siedemdziesiąt cztery pleśń pojawia się później — powiedział.
— Mają różny skład — odpowiedziała Narewska.
— Wspólna jest nie mieszanka. Wspólna jest kolejność. Najpierw miejscowa roślina, potem płukanie, dopiero później kompost. Jeśli kompost trafia wcześniej, zatrzymuje pierwiastek w warstwie korzeniowej.
Narewska kazała Natalii przygotować osiem nowych kwater: połowę według wskazanej kolejności, połowę z odwróconymi etapami. Vane próbował dodać wilgotność i porę dnia, lecz w połowie zdania zgubił słowo. Na skraju pola rozjarzyła się biała plama. Brzezińska przerwała pracę.
— Od teraz dziewięćdziesiąt minut analizy, potem pół godziny bez terminala.
— Nie jestem zmęczony.
— Właśnie zapytałeś mnie, dlaczego ściana świeci.
Vane zamknął oczy. Plama pozostała przez kilka sekund.
Po tygodniu sześć kwater potwierdziło zależność. Narewska wpisała ją do procedury, ale sprzeciwiła się nazywaniu wyniku odkryciem Vane’a.
— Gleby znać za mnie nie będzie — powiedziała. — Zobaczył układ, który nam umknął. Teraz mamy go sprawdzić i nauczyć się powtórzyć bez niego.
Vane zaczął dołączać do analiz dane, które prowadziły do wniosku, oraz własną ocenę pewności. Dzięki temu kolonia mogła korzystać z jego umysłu bez konieczności przyjmowania wszystkiego na wiarę. Piętnastoletnia Natalia Wysocka prowadziła rejestr, a jej rówieśnik Damian Rudzki pilnował zbiorników alg i pomagał przy czujnikach. Trafili do zespołu jako kara za wejście na teren prób i przeprogramowanie zraszaczy, żeby urządzić sobie deszcz.
— Myślałem, że kara będzie ciekawsza — powiedział Damian po trzeciej godzinie mierzenia wilgotności.
— Czyli działa — odpowiedziała Natalia.
Narewska podała jej wyschniętą łodygę.
— Ten rząd znowu żółknie.
— Zapisz przewodnictwo i pH.
— Potem wyrzucamy?
— Martwa roślina też coś mówi. Najpierw ją przeczytamy.
Awaria chłodzenia szklarni alg zabiła jedną trzecią kultury w dwie godziny. Rada chciała uruchomić ciężki generator przy wraku. Wolski przypomniał, że jego równy rytm ściągnie węże pod dolne sekcje Bony. Viki słuchała narady na składanym krześle. Nadal poruszała się o dwóch laskach.
— Nie musicie chłodzić przez całą dobę — powiedziała. — Noc na tej planecie jest długa. Wystawcie radiatory wysoko i przepuszczajcie przez nie płyn tylko podczas najchłodniejszych godzin.
Radecka wycięła z poszycia cztery panele, odwróciła je czarną stroną ku niebu i poprowadziła przewody pod kamiennym gruntem. System działał wyłącznie przez część nocy. Wystarczył, by uratować resztę kultury. Pierwszy posiłek z alg miał konsystencję kleju i był mdły. Kuchnia wrzuciła do kotła trzy ziemniaki dla całej grupy szklarniowej. Zapach gotowanych ziemniaków wystarczył, żeby ludzie na chwilę przestali rozmawiać. Damian dostał kawałek wielkości paznokcia i jadł go wolniej niż resztę miski.
— Smakuje jak dom.
— Dom powinien smakować lepiej — powiedziała Natalia.
— Po dwóch miesiącach alg wszystko smakuje jak dom.
Viki usiadła obok. Natalia mówiła o przewodnictwie i korzeniach, Damian o rzeczach, których nie wpisywano do tabel: owadach pojawiających się o zmierzchu, wilgoci pod północną stroną kamieni i roślinie, która rosła tylko tam, gdzie wiatr nie wywiewał pyłu.
— Tego nie ma w raporcie — zauważyła Viki.
— Bo Narewska nie ma kolumny „Damian miał rację przez przypadek” — odpowiedziała Natalia.
Po dwóch tygodniach utrzymały się rośliny z kwater przygotowanych miejscowym gatunkiem i kompostem. Były niskie i blade, łatwo uginały się pod wiatrem, ale utrzymały się przy życiu. Narewska nie pozwoliła urządzić święta.
— Jedna żywa łodyga nie jest plonem.
Bogdanowski stanął przy martwym polu. Z daleka równe, czarne bruzdy wyglądały jak zapis wypalony na ziemi.
— W takim razie mamy od czego zacząć — powiedział.
Narewska przyjęła te słowa bez sprzeciwu, lecz nakazała ustawić przy polu tabliczkę: CZTERNAŚCIE PRÓB NIEUDANYCH. DWIE ROKUJĄCE.
— Ludzie będą widzieć głównie porażki — zauważył Bogdanowski.
— Niech widzą. Następny zielony rząd ma być wynikiem pracy, nie cudem.
Rozdział 22. Cienie nad sawanną
Pierwszy atak nastąpił podczas suszenia ziarna z próbnych poletek. Stado przyszło od strony sawanny jako czarna smuga, która rosła szybciej, niż ktokolwiek zdążył policzyć ptaki. Krótkie, szerokie skrzydła złożyły się niemal jednocześnie. Długie dzioby zakończone haczykiem weszły w worki i siatki z suchym trzaskiem. Ziarno posypało się po ziemi. Zwierzęta omijały ludzkie twarze, dopóki człowiek nie znalazł się między nimi a pokarmem. Jedno uderzyło sześcioletniego chłopca w ramię. Haczyk rozciął kurtkę i skórę; dziecko zawyło, bardziej ze zdumienia niż z bólu. Viki zepchnęła ptaka laską, czując uderzenie aż w osłabionym barku, a Natalia nakryła chłopca koszem. Krzyk ludzi niczego nie zmieniał. Stado pękało dopiero wtedy, gdy coś poruszało się nad nim. Wolski oddał dwa strzały w powietrze. Huk rozbił szyk, ale pociski przebiły dach szklarni. Narewska dopadła do niego, zanim ostatnie zwierzę zniknęło nad trawą.
— Jeszcze jedna taka obrona i sami zniszczymy plony.
— Ma pani lepszy pomysł?
Viki obserwowała ptaki zbierające się do kolejnego nurkowania. Ich uwaga skupiała się na przestrzeni nad polem, a ludzie pozostawali na uboczu.
— Drapieżnik — powiedziała. — Nie musi być prawdziwy. Musi pojawić się nad nimi.
Z linek, płacht i lekkiego stelaża zbudowano szeroką sylwetkę. Dzieci ciągnęły liny z dwóch stron pola. Kiedy czarny kształt przesuwał się nad zbożem, stado rozrywało szyk i uciekało ku lasowi.
Pierwszego dnia rozwiązanie działało, drugiego ptaki trzymały większy dystans, a trzeciego nauczyły się obserwować rytm ruchu i atakowały w przerwach.
— Uczą się — powiedziała Natalia.
— Szybciej niż my — odpowiedziała Viki.
Zmieniali godziny, kierunek i kształt cienia. Do linek dołączyli blaszane grzechotki, potem przykryli pola lekką siatką z włókien miedzianego lasu. Dzieci same ułożyły grafik wart. Po raz pierwszy dostały zadanie potrzebne całej osadzie, zamiast kolejnego miejsca, w którym dorośli mieli je tylko chronić. Bogdanowski sprzeciwiał się umieszczaniu dzieci przy polach podczas alarmu.
— Mają nauczycieli, nie dowódców — powiedział na odprawie.
Helena Sadowska, nauczycielka, pokręciła głową.
— Szkoła już dawno wyszła z baraku. Liczą racje, biologii uczą się na polu. Możemy odsunąć je od zbędnego ryzyka, ale nie od życia tutaj.
Bogdanowski zgodził się na warty pod nadzorem dorosłych. Każde dziecko mogło odmówić bez kary i bez utraty racji. Zapisano to obok grafiku. Rehabilitacja Viki przeniosła się z namiotu na drogę między ambulatorium a zagrodą. Sto osiemdziesiąt kroków po nierównym gruncie okazało się większym przeciwnikiem niż odległość sugerowała. Pierwszego dnia doszła do trzydziestego drugiego. Pot spływał jej po kręgosłupie, prawa łydka drżała, a metalowe końcówki lasek zapadały się w czerwony pył. Vane szedł obok i dostosowywał tempo. Nie dotykał jej, dopóki sama nie chwyciła go za przedramię. Kiedy noga ugięła się na kamieniu, podtrzymał ją ciałem, nie zdolnością.
— Mogłeś złapać mnie wcześniej.
— Mogłem. Nie wiedziałem, czy chcesz.
— Jeśli lecę twarzą na kamień, uznaj to za zgodę.
— Zanotuję wyjątek.
Podczas marszu opowiadał jej o rzeczach nowych: Natalii kłócącej się z Damianem, ptakach liczących ruchy płachty, Bogdanowskim jedzącym algi bez zmiany wyrazu twarzy. Wspomnienia z Psyche przywoływał tylko wtedy, gdy Viki sama o nie pytała. Pamiętała nowe zdarzenia lepiej niż dawne. To odkrycie przeraziło ją bardziej niż słabość nóg.
— Czyli łatwiej mi zostać kimś innym niż wrócić do siebie.
— Może nie musisz wybierać — powiedział Vane. — To, czego nie pamiętasz, nie unieważnia tego, co robisz teraz.
— Łatwo ci mówić. Ty pamiętasz, kim byłeś.
— Pamiętam. I wiem, że to czasem wcale nie pomaga.
Dotarła do zagrody po dziewięciu dniach. Za ogrodzeniem stały pierwsze schwytane stepniki — wysokie, dwunożne zwierzęta o szerokich stopach i krótkich, twardych piórach. Nie były jeszcze oswojone. Przyjmowały wodę, ale uciekały od gwałtownego ruchu. Młody osobnik podszedł do Viki i uderzył dziobem w jej laskę. Roześmiała się, straciła równowagę i usiadła w kurzu. Vane przykucnął.
— Pomóc?
— Najpierw przestań się uśmiechać.
— Nie uśmiecham się.
— Kłamiesz jeszcze gorzej niż dawniej. Tego akurat jestem pewna.
Podała mu dłoń.
Wieczorem Viki wróciła na pole, nad którym dzieci przeciągały cień drapieżnika. Na ziemi powstawał wielki, nieregularny kształt. Ptaki krążyły wysoko, próbując znaleźć lukę. Terra obserwowała ludzi tak samo uważnie, jak oni obserwowali ją.
Rozdział 23. Roman Zięba
Prawda wyszła na jaw podczas wymiany identyfikatorów. Stare opaski pasażerskie przestawały działać po tygodniach w pyle, pocie i wilgoci. Technik przepisywał dane do prostych kart osady. Kiedy przyłożył chip pasażera 409 do czytnika, ekran zamigotał i pokazał dwie warstwy biometrii. Pierwsza należała do Romana Zięby. Druga uruchomiła wojskowy komunikat: MAREK VANE — PILOT, STATUS ZAGINIONY PO OPERACJI PLUTON, DOSTĘP OGRANICZONY. Technika zawołał Wolskiego. Ten przeczytał komunikat dwa razy, potem odsunął żaluzję namiotu. Na placu Vane pomagał przenosić skrzynie z filtrami.
— Roman Zięba miał rodzinę — powiedział Wolski, gdy zostali sami. — I nie wyglądał jak pan.
Vane przez chwilę patrzył na własne nazwisko na ekranie. Po tygodniach używania cudzego wyglądało bardziej obco niż Roman.
— Marek Vane.
— Zawód?
— Pilot.
— Co pan zrobił Ziębie?
Vane opowiedział o spotkaniu na Ziemi, skradzionym bilecie, zmianie pamięci i strachu przed Sektorem 9. Nie skracał historii do słowa „uciekłem”. Przy każdym zdaniu wracało ciepło dokumentu trzymanego przez Romana i własna myśl, wtedy przerażająco łatwa: ten człowiek jest mniej wart.
— Żyje? — zapytał Wolski.
— Zostawiłem go żywego. Późniejszy raport mówił, że znaleziono go na Dworcu Centralnym z luką pamięciową.
Jeszcze tego samego dnia Bogdanowski, Kotarbiński, Brzezińska, Gajda i Viki zebrali się w dawnym module sanitarnym. Wolski stał przy drzwiach. Vane siedział po drugiej stronie stołu. Brzezińska zrezygnowała z leku tłumiącego na czas pierwszego zeznania, żeby nie zniekształcać pamięci, ale podłączyła zapis neurologiczny. Viki zażądała jednej rzeczy: żadnego sięgania do cudzych myśli. Z raportu z Ziemi, który odczytał Bogdanowski, wynikało, że Roman Zięba nie był poszukiwanym zbrodniarzem. Prowadził firmę serwisową, przejął kilka mieszkań po ludziach uznanych za zaginionych i odmówił pomocy lokatorom. Miał siostrę Annę, leczył chorobę alkoholową, a bilet na Lechię otrzymał z programu relokacyjnego.
— Czytałeś jego myśli? — zapytał Bogdanowski.
— Tak.
— Widziałeś rzeczy, które wzbudziły w tobie pogardę?
— Tak.
Bogdanowski oparł dłonie o stół.
— I z tego zrobiłeś sobie prawo do wyroku.
Vane nie odpowiedział od razu. W module śmierdziało potem ludzi, którzy od wielu godzin nie mieli czasu zmienić odzieży.
— Tak.
— Człowiek, który potrafi zajrzeć głębiej niż sąd, łatwo zaczyna wierzyć, że widzi całość — powiedział Bogdanowski. — Zobaczyłeś wystarczająco dużo, żeby poczuć pogardę, i za mało, żeby mieć prawo odebrać mu przyszłość.
Viki siedziała pod ścianą. Laska opierała się o jej kolano.
— Powiedz im również o mnie.
Vane odwrócił głowę.
— To inna sprawa.
— Ta sama zdolność. Używałeś jej, żeby mnie odnaleźć. Uratowałeś ludzi z wraku. Jeśli mają cię oceniać, muszą znać jedno i drugie.
— Jedno nie unieważnia drugiego.
— Więc powiedz wszystko.
Vane opowiedział o Sektorze 9, badaniach po Plutonie i o tym, że cudze myśli przestały mieć dla niego wyraźne granice. Nie użył bólu jako obrony. Przyznał, że wybrał Romana dlatego, że uznał go za człowieka mniej wartego od siebie. Kotarbiński sprzeciwił się natychmiastowemu ujawnieniu pełnego raportu mieszkańcom.
— Stracimy najskuteczniejszego ratownika. Ludzie zażądają zamknięcia albo wygnania.
— Jeśli ukryjemy prawdę, każda przyszła decyzja Rady będzie zakładnikiem człowieka, którego baliśmy się osądzić — odpowiedział Bogdanowski.
— To nadal obóz po katastrofie, nie państwo.
Bogdanowski spojrzał na prowizoryczne ściany modułu.
— Właśnie tutaj powstają rzeczy, które później nazywa się państwem.
Wieczorem na placu zebrało się kilkaset osób. Raport czytała Marta Sowa, bo nie należała ani do dawnej załogi, ani do Rady. Gdy wypowiedziała słowa „zmiana pamięci”, przez tłum przeszedł niski szmer. Jedni nazwali Vane’a złodziejem życia, inni przypominali uratowanych przez niego ludzi z sekcji B-2 i pustyni. Oba głosy miały rację i żaden nie zamykał sprawy. Różycki wyszedł przed pierwszy rząd.
— Moja siostra miała kwalifikacje do transportu. Zabrakło dla niej miejsca. Ten człowiek ukradł nie tylko bilet. Ukradł rzecz, o którą tysiące ludzi walczyły uczciwie.
Gniew Różyckiego był dla Vane’a wyczuwalny jak ciepło bijące od płyty pancerza. Mógł sięgnąć głębiej, znaleźć obraz siostry, zrozumieć, gdzie boli najbardziej. Zostawił go w spokoju.
— Proces odbędzie się po uchwaleniu zasad — powiedział Bogdanowski. — Prawa nie będziemy pisać wyłącznie pod jednego oskarżonego.
Wolski odczytał warunki tymczasowe: zakaz samodzielnego dowodzenia, zakaz kontaktu neurologicznego bez zgody poza bezpośrednim ratowaniem życia, obowiązek medycznego zapisu każdego użycia zdolności i obecność wybranego dowódcy podczas wypraw. Kamień rzucony z tłumu trafił Vane’a w ramię. Wolski ruszył w stronę miejsca, z którego nadleciał, ale Vane złapał go za rękaw.
— Zostaw.
— Nie pytałem, czy boli.
— Nie chcę wiedzieć, kto rzucił.
Wolski spojrzał na niego uważnie.
— I dobrze. Gdybyś sprawdził, sam dałbyś im pierwszy dowód, że te ograniczenia są potrzebne.
Pod ambulatorium pojawił się napis wykonany farbą techniczną: ZŁODZIEJ ŻYJE ZA ROMANA. Wolski go nie zamalował. Ustawił wartę, żeby farba pozostała ostatnią rzeczą, jaką zrobi gniew. Tej nocy Vane spał pod strażą przy magazynie narzędzi. Kajdany nie miały sensu wobec człowieka zdolnego poruszyć metal bez dotyku. Straż miała więc znaczenie tylko dlatego, że zgodził się jej podlegać. Viki przyszła przed świtem. Usiadła obok, zostawiając między nimi szerokość dłoni.
— Kim jestem dla ciebie? — zapytała.
Vane patrzył na ziemię.
— Nie wiem. Pamiętam ciebie sprzed Plutona. Ty obudziłaś się jako ktoś, kto przeżył moje zniknięcie.
— Dobra odpowiedź.
Przez chwilę słyszeli kaszel strażnika, kroki na żwirze i pompy pracujące przy studni. Vane nie próbował zagłuszyć tej ciszy cudzymi myślami.
— Roman też był kimś więcej niż tym, co zobaczyłem w jego głowie — powiedział w końcu.
Viki skinęła głową.
— Od tego powinieneś był zacząć.
Rozdział 24. Pierwsze żniwo
Pierwsze żniwo nie miało złotego koloru. Miało kolor kurzu, niedojrzałej zieleni i czarnych plam, które Narewska wycinała nożem z każdego podejrzanego kłosa. Ziemskie zboże rosło nisko, a miejscowe źdźbła sięgały ludziom do pasa. Część ziaren była pusta. Obce owady zjadły obrzeża pola, zanim dzieci nauczyły się rozpoznawać ich lot. Mimo to worki ustawione pod szklarnią zawierały pierwszą żywność, która nie przyleciała z Ziemi. Żniwa rozpoczęły się przed świtem, zanim bursztynowe słońce rozgrzało pole. Źdźbła cięły skórę na nadgarstkach, pył przyklejał się do potu, a cięższa grawitacja po godzinie zmieniała każdy worek w kamień. Stepniki jeszcze nie przyjmowały uprzęży, więc wozy ciągnęli ludzie. Dzieci wyciągały kłosy z czerwonego kurzu, mechanicy klęli przy młocarni złożonej z silnika wentylatora i blach po kontenerach. Narewska ustawiła stoły kontrolne. Z każdego worka pobierano próbkę, sprawdzano wilgotność i zarodniki. Kiedy laborantka odrzuciła trzeci worek, pod magazynem podniosły się głosy. Pierwszy snop związano czerwonym przewodem wyjętym ze ściany Bony. Narewska chciała uniknąć uroczystości, lecz ludzie przyszli sami i stanęli wokół pola.
— To jest żywność.
— To jest grzyb, który uszkodzi wątrobę — odpowiedziała Narewska.
— Moje dzieci są głodne dzisiaj.
Narewska rozcięła kłos i pokazała czarny pył pod łuską.
— Jeśli to zjemy, szpital zużyje leki, których nie mamy. Jeżeli otworzymy wszystkie racje dzisiaj, za trzy tygodnie nie będziemy mieli nic. Proszę wybrać problem, który mam skreślić z listy.
Mężczyzna puścił worek, a Narewska nie czekała na przeprosiny. Bogdanowski wziął bochenek, odłamał kawałek i skrzywił się po pierwszym kęsie.
— Kwaśny.
— I za mały — odparła Narewska. — Więc jutro siejemy więcej.
— Pierwsze pole umarło w całości — odpowiedziała Narewska. — Ten chleb jest dowodem, że następne może dać więcej. Niczym ponad to.
Spór o racje trwał do nocy. Bogdanowski proponował natychmiastowe ograniczenie przydziałów, czemu sprzeciwiła się Narewska.
— Ludzie pracujący przy kolejnym zasiewie potrzebują siły. Jeśli wszystkim odejmiemy jednakowo, odbierzemy przyszły plon.
— A jeśli damy więcej jednej grupie, powstanie nowa kasta uprzywilejowanych — powiedział przedstawiciel sektora rodzinnego.
— Dlatego kryteria będą jawne — odpowiedział Bogdanowski. — Wysiłek, stan zdrowia, wiek. Nie stopień, dawny zawód ani miejsce w Radzie.
Opublikował własny przydział i jadał w kuchni sektora, do którego kierowano najmniejsze porcje. Nie była to demonstracja skromności. Chciał, by każdy mógł zobaczyć jego miskę. Pierwszy chleb był kwaśny, a łuski wchodziły między zęby. Pachniał pieczonym ziarnem. Ten zapach wyciągał ludzi spod baraków szybciej niż komunikat. Kuchnia upiekła kilkadziesiąt małych bochenków i podzieliła je między szkołę, szpital oraz zespoły polowe. Bogdanowski odmówił przemówienia i usiadł z ludźmi na skrzyniach. Ktoś zaczął śpiewać piosenkę, której połowa nie znała. Dzieci zbierały okruszki ze stołów i odnosiły je Narewskiej do worka siewnego. Viki podała Vane’owi miskę kaszy. Nadal obowiązywały go ograniczenia i dozór.
— Jedz.
— Nie jestem głodny.
— Kłamiesz gorzej, odkąd wiem, kim jesteś.
Usiadła obok. Nadal mu nie przebaczyła, ale podała mu jedzenie jak każdemu człowiekowi czekającemu na sąd. Po posiłku Damian wyjął z kieszeni kilka ziaren.
— Znalazłem pod stołem.
Narewska wyciągnęła dłoń.
— Ziarno siewne nie należy do znalazcy.
— Chciałem je posadzić przy baraku.
— W takim razie jutro dostaniesz własną kwaterę próbną. Trzy metry. Z rejestrem.
— To nagroda czy kara?
— Na Terrze coraz częściej to samo.
Chleb był kwaśny i ciężki. Mimo to powstał z czegoś, co wyrosło poza kadłubem Bony.
Rozdział 25. Prawo obozu
Prawo obozu zaczęło się od rozciętej wargi, noża z poszycia i kolejki po wodę. Dwaj mężczyźni pobili się o miejsce przy zaworze; jeden dostał metalowym kubkiem w usta, a trzeci uczestnik zajścia wyciągnął nóż oszlifowany z fragmentu poszycia. Straż obezwładniła wszystkich, krew spłukano z kamienia kubkiem wody, a po godzinie wyszło na jaw, że nikt nie potrafi wskazać przepisu mówiącego, co zrobić dalej. Wolski chciał zamknąć ich na trzy dni w kontenerze.
— Kto będzie pilnował więźniów? — zapytał Bogdanowski. — I kto wykona ich pracę przy kanałach?
— To ma być argument przeciw karze?
— Przeciw karze, której koszt płaci cała osada, zanim zapłaci winny.
Kotarbiński nadal uważał, że obowiązuje regulamin okrętowy.
— Dopóki nie nawiążemy łączności, załoga odpowiada za pasażerów.
— Pasażerowie nie są już na statku — odpowiedział Bogdanowski.
— Wrak podtrzymuje ich życie.
— A pola, studnia i baraki powstały poza nim. Potrzebujemy prawa miejsca, nie przedłużenia rejsu.
Narada przeciągnęła się do nocy. Gajda broniła kompetencji kapitana w sprawach technicznych. Narewska sprzeciwiała się zabieraniu ludzi z pól bez uzgodnienia z sektorami. Brzezińska żądała pierwszeństwa decyzji medycznych podczas epidemii. Wolski chciał wiedzieć, kto i kiedy może użyć siły. Bogdanowski pisał na odwrocie manifestów ładunkowych, bo czystego papieru szkoda było na prawo. Pierwszy punkt dotyczył wody, drugi magazynów, trzeci wypraw poza skalny pas. Przemoc między ludźmi znalazła się dopiero na czwartym miejscu. Kolejność była bardziej szczera niż wszystkie konstytucyjne preambuły, które pamiętał. Ustalili system przejściowy. Kapitan odpowiadał za wrak, energetykę i działania techniczne bezpośrednio związane z zagrożeniem życia. Rada obozu przejęła racje, budzenia, pracę, pola i bezpieczeństwo osady. Nadzwyczajne polecenie wygasało po siedmiu dniach, jeśli nie zatwierdzono go publicznie na kolejny okres.
— To sparaliżuje dowodzenie — powiedział Kotarbiński.
— Zmusi dowódcę, żeby po tygodniu jeszcze raz stanął przed ludźmi — odpowiedział Bogdanowski.
Najdłużej spierali się o Vane’a. Zamknięcie pozbawiało wyprawy człowieka wyczuwającego zagrożenia. Pozostawienie bez ograniczeń oznaczało, że ktoś zdolny wpływać na umysły chodziłby między świadkami własnego procesu. Brzezińska zaproponowała lek tłumiący podczas przesłuchań i medyczny zapis każdego użycia zdolności. Viki dodała zakaz kontaktu neurologicznego bez wyraźnej zgody, poza sytuacją bezpośredniego ratowania życia.
— Kto sprawdzi, czy go przestrzega? — zapytał Różycki.
— Każdej myśli nie skontrolujemy — odpowiedziała Viki. — Możemy za to zostawić ślad: zgodę, raport medyczny, zapis użycia. Brak zapisu będzie naruszeniem.
Pierwszy trzyosobowy sąd powołano dla bójki przy wodzie. Zasiadał w nim przedstawiciel straży, delegat sektora oskarżonych i osoba wylosowana z rejestru. Wysłuchano świadków. Dwóch winnych skierowano do miesięcznej pracy przy rozdziale wody pod nadzorem ludzi, których kolejkę zakłócili. Trzeci, który użył noża, stracił prawo do narzędzi tnących bez nadzoru i trafił na obserwację medyczną. Wyrok nie zadowolił tłumu.
— Wyrok ma przywrócić porządek przy wodzie — powiedział Bogdanowski. — Oklaski nie są jego miarą.
Przez następne tygodnie siedział wieczorami przy wejściu do magazynu i słuchał skarg: o nierówne racje, zbyt późne wybudzenie męża, hałas, przydział narzędzi i strażnika, który uderzył pasażera. Część skarg dotyczyła drobiazgów: miejsca w kolejce, hałasu, źle wydanego narzędzia. Bogdanowski słuchał ich równie uważnie jak sporów o racje.
— Z drobnych krzywd najłatwiej zbudować wielki gniew — powiedział Wolskiemu po jednym z dyżurów.
Kotarbiński zarzucał mu spowalnianie decyzji.
— Kryzys nie czeka, aż każdy zostanie wysłuchany.
— Bunt również nie czeka, aż dowódca znajdzie czas na wyjaśnienie.
Podczas jednego zebrania dwóch hodowców spierało się o miejsce przy ujęciu. Bogdanowski kazał im wspólnie prowadzić rozdział wody przez miesiąc. Po tygodniu nadal się nie znosili, ale znali już rachunki drugiej strony. Prawo przyjęto przez podniesienie rąk na placu. Aby uwzględnić również nieobecnych, głosowanie powtórzono w sektorach i dodano wyniki do rejestru. Tekst przepisano na siedem arkuszy i zawieszono przy studni, magazynie, szpitalu, wraku i szkole. Był prowizoryczny, pełen luk i poprawek dopisanych innym charakterem pisma. Mimo to należał do nich.
Rozdział 26. Cena biletu
Proces Marka Vane’a trwał dwa dni i zaczął się w kurzu. Wiatr wciskał czerwony pył między ławy, pod ubrania i do ust ludzi, którzy przyszli osądzać człowieka zdolnego usłyszeć ich myśli.
Pierwszego dnia słuchano ratowników, pasażerów, technika od identyfikatorów i lekarzy. Drugiego Rada spierała się, czy prawo uchwalone po katastrofie może osądzać czyn popełniony jeszcze przed wejściem na statek. Na plac przyszli niemal wszyscy wolni od dyżuru. Ławy ustawiono w półokręgu, bez podwyższenia i symboli dawnego sądu. Bogdanowski chciał, by każdy widział oskarżonego oraz ludzi, którzy mieli go osądzić. Marta Sowa odczytała dane Romana Zięby z manifestu: trzydzieści jeden lat, technik klimatyzacji, choroba alkoholowa w remisji, sponsorowany bilet, siostra Anna. Potem pokazała jego fotografię. Vane pamiętał twarz, ale dopiero tutaj zobaczył, jak łatwo przez tygodnie używał nazwiska bez człowieka. Każde słowo odbierało mu tę wygodę. Brzezińska podała Vane’owi środek tłumiący. Po kilkunastu minutach cudze emocje cofnęły się jak woda odpływająca z brzegu. Zostały kaszel, szuranie butów i szelest płacht. W tej zwyczajnej ciszy ręce zaczęły mu drżeć, a obraz miękł na krawędziach. Tłum cudzych myśli znosił łatwiej.
— Lek nie odbiera panu zdolności całkowicie — powiedziała. — Podnosi próg. Każda próba sięgnięcia będzie widoczna w zapisie neurologicznym.
— Czyli mam mówić jak zwykły człowiek.
— To bardzo niebezpieczny eksperyment — odpowiedziała.
Vane stanął przed Radą.
— Nie proszę o uniewinnienie. Ukradłem Romanowi miejsce, wykorzystałem jego słabość i zmieniłem mu pamięć. Zostawiłem go na Ziemi, bo uznałem własne życie za ważniejsze. Gdybym wtedy wiedział, że statek rozbije się na Terrze… — Vane urwał i zwilżył językiem suche usta. — Nadal nie mam pewności, czy bym się cofnął. Tego wstydzę się najbardziej.
Na ławach podniósł się szmer. Różycki zeznawał jako przedstawiciel pasażerów.