E-book
13.65
drukowana A5
57.06
Terapeuta marzeń

Bezpłatny fragment - Terapeuta marzeń

Schematy rodzinne, które niszczą


Objętość:
427 str.
ISBN:
978-83-8155-283-7
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 57.06

PROLOG

Środa, 8 marca 2017 roku


Dzień jak co dzień. Wstałem o dziesiątej. Włączyłem telewizor, obejrzałem skrót Wiadomości, zrobiłem kawę i śniadanie. Cisza zdominowała to mieszkanie, nienawidzę jej. Może dlatego, że jestem przyzwyczajony do innej egzystencji, bardziej gwarnej, z głosem babki w tle, krzątającej się od wschodu słońca po izbie. Waliła niemiłosiernie fajerkami o blat węglowej kuchni, a wcześniej, pomimo siedemdziesięciu lat na karku, cwałowała przez podwórze do komórki po węgiel i drewno na rozpałkę.

Druga babka, ta z Warszawy, każdego dnia o siódmej rano nastawiała wodę na kawę. Gwizdek wył pioruńsko, a woda wałowała się w czajniku. Obydwie oprócz mężów alkoholików miały wspólną cechę. Nie przejmowały się nikim, kto chciał pospać odrobinę dłużej niż one. Poczucie bycia jedyną ostoją rodziny zrywało je z wyrka przed szóstą. Ich proste, babcine dusze nie dawały przyzwolenia ciałom na tę odrobinę przyjemności, jaką mogłoby być wylegiwanie się, zapalenie papieroska, napicie się szklaneczki czystej, tudzież kawki z mleczkiem, włączenie telewizora i oglądanie z pozycji leżącej Kwadransa dla rolników. One były jak niezawodne budziki.

Kobiety w moim życiu były i są silne i charakterne, ale na tyle słabe, by tkwić przy mężach alkoholikach czy partnerach cwaniakach. Na przykład: babka Janka i moja matka przez cały czas trwania ich małżeństw walczyły o trzeźwość mężów, chociaż ta walka była z góry skazana na porażkę, a babcia Marianna uległa współuzależnieniu. Rozgrzeszała i tłumaczyła dziadka przed innymi, kiedy ten po alkoholu wyczyniał niejedną głupotę.

Pamiętam, że kiedy miałem czternaście lat, zapytałem moją matkę:

— Dlaczego nie rozwiedziesz się z ojcem?

Było mi jej szkoda. Każdego dnia zmagała się z człowiekiem, który za nic miał jej poczucie godności, kobiecości, nie przywiązywał większej uwagi do problemów egzystencjalnych naszej rodziny w ciężkich, komunistycznych czasach.

To był maj, staliśmy na balkonie. Popatrzyła na mnie. W jej oczach malowało się zaskoczenie, a zaraz potem wstyd. Zbyła mnie milczeniem.

Już jako dorosły facet powtórzyłem to pytanie:

— Dlaczego nie rozwiodłaś się z ojcem?

Usłyszałem, że wstydziła się tego, co ludzie powiedzą. Bała się reakcji bliskich, swojej matki, sióstr. Przecież nikt w tej rodzinie nigdy nie wziął rozwodu!

To pewnie dlatego tak głęboko mam w dupie to, co ludzie mogliby powiedzieć o mnie samym.

Moje mieszkanie bardziej przypomina metę studencką niż cztery kąty prawie pięćdziesięcioletniego faceta. Pod ścianą stoi stara, ubrudzona sofa w kolorze kawy. Ten brud pamięta prezydenturę Wałęsy. Jest wżarty w tkaninę.

Ta ściana wyglądała tak przytłaczająco pusto, że zapytałem właściciela mieszkania, czy nie ma zbędnego mebla w piwnicy. Na moją prośbę razem ze swoim siedemnastoletnim synem przytachał na drugie piętro brudną sofę w kolorze kawy z mlekiem.

Podłoga to zniszczona klepka. Przypomina mi tę w mieszkaniu na Bielanach, w którym spędziłem dzieciństwo i całą młodość, dobrnąłem do wieku Chrystusowego, aż on pojawił się w moim życiu i czas było opuścić matkę.

Dzisiaj żałuję tej decyzji. Mam wrażenie, że cofam się w rozwoju intelektualnym. Ludzie w moim wieku mają odchowane dzieciaki, zaczynają żyć dla siebie, podróżują. A ja? Mam w domu rozwydrzonego nastolatka, którego zwyczajnie się boję. Nie jest jednak moim synem, a partnerem.

Jest?

— Jak spotkam którąkolwiek z tych przemądrzałych pind z telewizji śniadaniowych, co to przekonuje live, że różnica wieku w związku jest bez znaczenia, to nie ręczę za siebie — mruczę pod nosem.

Tworzę związek z facetem o osiemnaście lat młodszym ode mnie, ale pomimo tej uzurpowanej wolności od ludzi jestem niewolnikiem schematu, który wrył się w ołowiane stronice historii pokoleń naszych rodzin.

Jak mucha zamknięta w słoiku, próbuję wyrwać się na wolność, ale wieko nie pozwala na poznanie zewnętrznego świata, którego pragnę, a jednocześnie tak bardzo się boję. Jestem dzieckiem alkoholika i pogubionej emocjonalnie kobiety, która bała się zawalczyć o własne życie, ale przede wszystkim o przyszłe relacje swoich dzieci z ich partnerami, żonami. Była zbyt słaba, żeby dać nam siłę poprzez podjęcie decyzji, które mogłyby przerwać ten schemat przywarcia do ojca i współuzależnienia od jego alkoholizmu, a także poczucia winy, które zawsze było pod dyktando tej ich kompletnie niedojrzałej miłości.

Dzisiaj zbliżam się do pięćdziesiątki, a tak mało o sobie wiem. Mój partner konfrontuje mnie z moimi własnymi decyzjami, charakterem, osobowością czy nawykami. Robi to krzykiem podczas awantur, które spalają mnie niczym ogień trawiący suche źdźbła trawy. Otrzymuję wtedy dawkę prawdy o sobie, która zbija mnie z pantałyku. Nigdy nie wzmaga chęci zemsty, ale odbiera siły witalne do jakichkolwiek działań na rzecz wspólnej egzystencji. Uciekam, zamykam się w sobie, nie mam ochoty, aby chociaż na chwilę otworzyć to wieko, które szczelnie chroni moją norkę przed promieniami życiodajnego słońca.

Kiedy tam siedzę, skulony jak zbity pies z podwiniętym ogonem i roniąc łzy, dociera do mnie, że przecież on jest taki sam jak ja. Wszystko wiedzący, nieomylny, budujący swoje życie na mrzonkach, fantazjach i marzeniach, których nigdy nie zrealizuje, bo jest zbyt słaby. Tak samo jak ja jest wykastrowany przez swoją matkę. Tak samo jak ja miota się w tym słoiku, nie potrafi otworzyć tego cholernego wieka i wpuścić tam chociażby odrobinę świeżego powietrza, bo o ucieczce nie może być nawet mowy!

Dociera do mnie, że wybrałem jego na swoje dobre i złe czasy, na obraz i podobieństwo do mojego ojca. Kiedy stoi do mnie profilem, łapię się za głowę. To podobieństwo fizyczne do mojego spłodziciela nie jest urojeniem. Jak mogłem dokonać tego wyboru?

Czuję się zakleszczony. Nie potrafię uwolnić się ani od matki, ani tym bardziej od niego. Tyle razy chciałem uciekać, tylu zdrad się dopuściłem, zostawiając dowody niczym wiadomość: „Zmień numer, zmień adres e-mail, wyprowadź się z naszego mieszkania, zostaw mnie raz na zawsze”. Skończyło się tym, że dostałem w mordę, rozwalił połowę sprzętu AGD RTV, bo rzucał nim o ścianę, a potem skakał po nim, raniąc sobie stopy. Krzyczał przy tym, że przy moich skokach w bok jego wybryki można porównać do przedszkolaka, który popuścił w majtki podczas podwieczorku.

Dzisiaj nawet zdradzić go nie potrafię. Nie mam na to sił, choć zachowałem profile towarzyskie, na które od czasu do czasu otrzymuję wiadomości od spragnionych seksu młodych mężczyzn. Czytam je, po czym kasuję. Czasem odpowiem, że jestem tam towarzysko, i tyle.

Nie mam siły nawet na seks, nie tylko ten poza związkiem, ale nawet na ten z nim. Nie stracił na urodzie, jest absolutnie przystojnym mężczyzną, za którym wodzą wzrokiem kobiety, niektóre nawet w sposób bezczelny podrywają go, ale to nie zmienia faktu, że ja jestem już na drugim biegunie naszej egzystencji. Stoję przed drzwiami z napisem „wyjście” albo lepiej: „ewakuacja”. Nie czuję potrzeby udowodniania jemu, a tym bardziej sobie, że jestem pełnym wigoru mężczyzną, bo przecież nim nie jestem.

Coraz częściej ogarnia mnie poczucie przemijania. Mój kumpel Krystian napisał do mnie na komunikatorze WWW, że kiedy myśli o starzeniu się, to dopadają go lęki. Prosił, abym coś mu doradził. Kilka lat temu zaangażowałbym się w problem przyjaciela, rzucałbym hasłami, poradami z zakresu psychologii psychodynamicznej, a nawet behawioralno-poznawczej. Zapewne też wsiadłbym natychmiast w samochód, po dwudziestu minutach zaparkowałbym pod jego blokiem, a on po otworzeniu drzwi mieszkania ze zdziwieniem, ale i radością w oczach zaprosiłby mnie na herbatę. Przegadalibyśmy ze trzy godziny, po których poczułby się lepiej, a ja bym triumfował w swoim niedojrzałym przeświadczeniu o spełnieniu misji. Czułbym się niczym Matka Terasa, która niosła pomoc każdemu, kto o nią poprosił.

Mogłem mu jedynie odpisać:

Kris. Czuję się tak samo jak ty i nie mam pojęcia, co z tym zrobić.


Od tygodni jego profil milczy, a we mnie ugruntowuje się poczucie, że moja wartość rośnie, kiedy daję dużo siebie innym, a maleje do zera, kiedy milczę.

Przez całe życie zachowywałem się jak nakręcony samochodzik. Kiedy wytracał prędkość, zawsze znalazłem sposób, żeby wsadzić kluczyk w dziurkę, naciągnąć ponownie sprężynę do granic wytrzymałości, zgromadzić energię potencjalną, po czym ustawić go na odpowiednim torze i wypuścić z dłoni, aby zapierdzielał do celu z takim impetem, że aż sam przecierałem oczy ze zdumienia.

Kiedy miałem trzydzieści jeden lat, niemalże każdej nocy męczył mnie ten sam sen.

Siedzę w ławie szkolnej. Nauczycielka matematyki, pani Henryka, prowadzi lekcję — objaśnia na tablicy warunki rozwiązania zadania z dwiema niewiadomymi.

Przyznam, że były moją piętą Achillesową. Nawet mój ojciec, który miał świetną wiedzę matematyczną, załamywał ręce przy odrabianiu lekcji ze mną. Inna sprawa, że zawsze robił to po alkoholu, co wzmagało mój wstręt nie tylko do niego, ale także do matematyki. Po parunastu minutach tracił cierpliwość i darł się wniebogłosy, że takiego durnia jak ja to nigdy nie spotkał.

Wracając do snu:

Siedzimy z Krystianem w ostatniej ławce w lewym rzędzie. W pewnym momencie pani Henryka odwraca się, kieruje wzrok na mnie i prosi, abym podszedł do tablicy. Wstaję od ławki, przechodzę, oblatuje mnie zimny pot. Wiem, że będę tam stał jak tuman, nie rozumiem przecież absolutnie niczego, co mogłoby spowodować, że kolejny raz nie zrobię z siebie matematycznego imbecyla. Po klasie przechodzi szept. Kiedy zbliżam się do tablicy, wszyscy zaczynają się śmiać, wskazując palcami na moje podbrzusze. Opuszczam wzrok, nie mam na sobie ubrania, stoję zupełnie nagi.

W tym momencie zawsze wybudzałem się. Sen powtarzał się kilkanaście razy.

Moja nieświadomość była dla mnie na tyle okrutna, że mózg decydował o przerwaniu tego koszmaru. Za każdym razem ciężko oddychając, zrywałem się z łóżka. Przez kilka minut siedziałem z nogami opuszczonymi na podłogę. Opuszki palców dotykały zimnych paneli. Po chwili wytchnienia wstawałem, szedłem do kuchni, wypijałem szklankę wody, a przed powrotem do pokoju, upewniałem się, że z moją matką na pewno wszystko jest w porządku. Uchylałem drzwi do jej pokoju i wsłuchiwałem się w jej oddech.

Ten sen powtarzał się kilka razy w miesiącu przez co najmniej pół roku. Doszedłem więc do wniosku, że muszę coś zrobić z tym brzemieniem matematycznego imbecyla, który nie mógł sobie poradzić z edukacją.

Tkwiłem zawsze w cieniu własnego brata, tego pojętnego, dobrze ułożonego synka tatusia, ale też mamusi, piątkowicza, który spełniał ich oczekiwania, ale także marzenia. A ja? W oczach matki byłem ciut ułomny, może nie dosłownie, ale na pewno nie tak bystry jak mój młodszy o dwa lata brat. A w oczach ojca zawsze byłem „Lusią” — grubym, zniewieściałym, dziwnym chłopczykiem, co to wolał słuchać Madonny i George’a Michaela niż razem z nim budować te cholerne spawarki na sprzedaż.

Kiedy graliśmy w karty lub w szachy, to zawsze przegrywałem. Gdyby los sprawił, że dzisiaj byłbym ojcem, nigdy nie pozwoliłbym na to, aby mój syn za każdym razem przegrywał. Podłożyłbym się tak, aby nie domyślając się moich zamiarów, mógł triumfować nad ojcem. Tylko pokonując mistrza, można stać się dojrzałym mężczyzną, nałożyć na głowę laur zwycięstwa, aby stabilnie przemierzać z nim przez życie.

Ja nie przemierzam życia, trwam w nim, wyrywając mu spod kupra wszystko siłą, udowadniając każdego dnia światu, matce, bratu, ale przede wszystkim samemu sobie, że mimo spóźnienia się na pociąg w kierunku dojrzałości mogę dokonać „cudów” nawet bez ich wsparcia.

Gdy skończyłem trzydzieści pięć lat, przyszło w końcu olśnienie. Trochę czasu upłynęło, nim zrozumiałem, że ten sen stanowił rodzaj drogowskazu. Zapisałem się do liceum zaocznego dla dorosłych. Kiedy czegoś się boisz, po prostu zanurz się w tym i pozwól swoim neuronom poczuć, że te nowe bodźce nie są dla ciebie żadnym zagrożeniem.

Działałem, podążając za głosem rozsądku i intuicji, a wiedza przyszła dopiero potem. Przez dwa lata zmagałem się ze zmorami z przeszłości. Matematyka, fizyka, chemia nie okazały się tak strasznym diabłem, jak mój ojciec je malował podczas odrabiania lekcji, kiedy byłem zmuszany do słuchania pijackiego bełkotu o mnożnikach, niewiadomych i wspólnych zbiorach.

Edukacja z perspektywy dorosłego mężczyzny stała się nawet przyjemnym doznaniem. Potrafiłem godzinami siedzieć nad jednym zadaniem, a kiedy po sprawdzeniu na ostatnich stronach podręcznika rozwiązania wynik okazywał się poprawny, doznawałem uczucia triumfu. Uświadamiałem sobie, że to ojciec był przyczyną mojej porażki edukacyjnej. Wystarczyło nie wydzierać mordy, odpowiednio zachęcić i zmotywować małolata, a wtedy pewnie rozwinąłbym skrzydła i każde liceum stałoby przede mną otworem. Dociera do mnie także, że ten mój upór był sztandarem zatkniętym na barykadzie walk toczonych z alkoholikiem, który leżał w grobie od dobrych dwudziestu lat.

Matura to był pikuś. Pisemne egzaminy poszły jak z płatka, a na ustnych uwiodłem wiedzą i inteligencją komisję egzaminacyjną. Nie wiem, jak bym sobie poradził dzisiaj, kiedy matura jest testowa, a obowiązkowym przedmiotem jest matematyka, pewnie nie zdałbym jej tak wysoko, jak kilkanaście lat temu, ale z całą pewnością wynik byłyby pozytywny.

W końcu udowodniłem sobie, że nie jestem imbecylem!

W dniu, kiedy po raz pierwszy przekroczyłem próg mojej Alma Mater, kiedy skierowałem kroki do działu rekrutacji, czułem jak puchnę dumny. Nieważne, że była to uczelnia prywatna, gdzie za semestr płaciłem bajońskie sumy, ważniejsze, że była jedną z najwyżej notowanych w rankingach uczelni wyższych w Polsce i że — co bardziej istotne — mierzyłem się z kolejnym, rodzinnym demonem.

Mój brat i jego żona przez dziesięć lat próbowali obronić tytuł magistra. Najpierw na studiach dziennych, a potem na zaocznych. Nigdy im się to nie udało. Kiedy na FB chwaliłem się dyplomem, moja bratowa na znak protestu postanowiła zdobyć chociaż licencjat. Nie powiem, swoją nieugiętą postawą zmotywowałem kobietę do działania. Przez rok uzupełniała różnice programowe, aż w końcu wysrała ten licencjat przed komisją egzaminacyjną.

Studiowanie w wieku trzydziestu pięciu lat jest absolutnie strzałem w dziesiątkę. Polecam to każdemu, kto do tej pory nie uzyskał dyplomu uczelni wyższej. Nieważne, czy masz trzydzieści, pięćdziesiąt czy nawet sześćdziesiąt lat. Nie idziesz tam dla nikogo innego poza sobą samym. To studiowanie ma wartość dodatnią, którą tylko ty zrozumiesz, tak jak ja to zrozumiałem, kiedy zmagałem się ze wszystkimi zmorami programowymi na kierunku psychologia kliniczna. Byłem przesiąknięty mrzonkami, wręcz sparaliżowany wizją misji psychologa, który naprawia ludzkie dusze i nienachalnie wskazuje im drogę.

Realność była taka, że przez pierwsze trzy lata w programie studiowania teoria goniła drugą teorię, po czym dopadała ich trzecia i wszystkiemu zaprzeczała. Szło od tego zwariować! Tylko upór i motywacja, którą był obraz lauru zwycięstwa okalającego moją głowę, doprowadziły mnie do zrozumienia, że bez tych podstaw nie można wyrobić w sobie nawyku niezbędnego do pracy zawodowej, a mianowicie nawyku myślenia.

Kiedy na czwartym roku konfrontowałem siebie ze zdobytą wiedzą na studium przypadku, dotarło do mnie, że nic nie jest czarno-białe. Nie mogłem diagnozować wprost, przyklejając emblemat „wariat” lub „zdrowy”. Zresztą, komu i do czego taki emblemat byłby przydatny? Do czego niby miałaby służyć wiedza, że ktoś jest wariatem? Gdyby tak było, to sam musiałbym siebie zdiagnozować jako mocno zaburzonego typa, który natychmiast powinien zgłosić się do gabinetu terapeutycznego.

Na czwartym roku przyszedł czas przygotowywania się do egzaminu magisterskiego. To była jazda kolejką górską bez trzymanki! Moja pani promotor, której imienia i nazwiska nie zapomnę do końca życia, pogoniła mi tak kota, że przy wprowadzaniu kolejnych poprawek do tekstu moje oczy ociekały łzami jak u małego, pokrzywdzonego chłopca. Coś, co miało być przyjemnością, okazało się koszmarem, odebrało mi całą przyjemność studiowania! Kiedy zaakceptowała pracę kolegi, pełną luk, niedociągnięć merytorycznych, wręcz niechlujstwa i bałaganu, wylewających się z przeprowadzonych badań, poszedłem do jej gabinetu i zapytałem wprost, czemu to robi.

Kobieta popatrzyła na mnie spode łba.

— Naprawdę? — zapytała zdziwiona, trzymając w ręce jakieś dokumenty.

— Tak. Uważam, że moje badania są znacznie lepsze i mają znacznie lepsze uzasadnienie teoretyczne — powiedziałem uniesionym, zdenerwowanym głosem.

— Panie Tadeuszu… — Zrobiła krakowski wydech, który zwiastował belferski, szlachecki sznyt jednej z najlepszych uczelni w tym kraju. — On za dwa miesiące obroni dyplom, pan nie ma na to szansy.

Zdrętwiałem. Czułem, jak kolana ugięły się pode mną. Stałem tam i niedowierzałem w to, co przed chwilą usłyszałem.

— On wyjdzie stąd i zapomni o tej uczelni, nawet zapomni o dyplomie, a pan ma pazur kliniczny, którego szkoda zmarnować bylejakością.

Po tych słowach jedyne, co mogłem z siebie wydobyć, to szczeniackie:

— Przepraszam.

Pani doktor uśmiechnęła się.

— Proszę.

Zrozumiałem, że nie mam szansy na obronienie dyplomu w czerwcu. Musiałem spiąć poślady, schować dumę w kieszeń i zapierdalać niczym wspomniany nakręcony samochodzik, tyle że tym razem to pani doktor napięła sprężynę do granic, po czym ustawiła tor jazdy do celu — oszlifowanie klinicznego pazura czterdziestoletniego żółtodzioba.

Forest Gump powiedział, że życie jest jak pudełko czekoladek — nigdy nie wiesz, co ci się trafi. Badania psychologiczne oraz wstęp teoretyczny pisałem o agresji i depresji w kontekście brutalnych obrazów, które niesie ze sobą Internet. Chciałem ponad wszelką wątpliwość udowodnić, że czternastolatek, który ogląda sceny egzekucji w Internecie, pomimo zaśmiewania się przed ekranem komputera z kumplami przypłaca to depresją.

Ku mojemu zaskoczeniu całość badań i ich kompleksowa analiza wskazały na coraz mocniejsze zachowania agresywne młodych dziewcząt, które w ten sposób radziły sobie z patriarchatem. Dopiero na kilka dni przed obroną zrozumiałem, dlaczego pani promotor tak zaciekle walczyła o niebylejakość mojej pracy magisterskiej. W moich badaniach odkryła coś, co ją samą zafascynowało.

Przed komisją była neutralna. Musiałem dać sobie radę sam. Wybrnąłem na cztery plus. Znowu pokonałem demona, a drzwi do prawdziwej psychologii własnym butem, z kopa, otworzyłem na oścież.

Kiedy moja bratowa uznała, że mój dyplom magistra psychologii klinicznej to jedynie czysty przypadek i postanowiła zadbać o sfinalizowanie swojego „dziesięcioletniego” licencjatu, pojechałem do Krakowa, gdzie zapisałem się na czteroletnie szkolenie podyplomowe. Podjąłem bowiem decyzję o ociosaniu swojej wiedzy ze wszystkich śmieci i pozostawieniu tego, co najcenniejsze — trzonu, który miał sprawić, że stanę się wziętym psychoterapeutą.

Kolejne wykłady, zajęcia praktyczne, ćwiczenia, ale także spotkania z guru tegoż podejścia terapeutycznego — doktorem Drozdowskim, coraz mocniej uświadamiały mi, że to, kim jestem dzisiaj, nie wynika jedynie z wpływu mojego ojca czy matki. Ogromne znaczenie miało także to, kim byli moi pradziadowie, dziadowie, a nawet ciotki i wujowie — wszyscy ci, którzy mieli bezpośredni wpływ na życie moich rodziców. Oni bowiem uwarunkowali osobowość moich rodziców i zakodowali w nich schemat, który jest odtwarzany z pokolenia na pokolenie, a uwolnienie się od niego wydaje się nie do pokonania.

Zobaczyłem odbicie siebie samego w innych ludziach. Moje przeświadczenia o sobie cegła po cegle waliły się w gruzy, a ja musiałem zbudować w to miejsce coś nowego, w przeciwnym razie nie byłbym w stanie wydobyć się spod tego gruzowiska, otrzepać z pyłu i pójść dalej. Ten obraz własnego jestestwa był okrutny i niesprawiedliwy.

Spotkania grupowe na własnej terapii, kiedy współtowarzyszy ci jedenaście koleżanek i kolegów z roku, nie mają nic wspólnego z kurtuazją. Zostałem odarty ze skóry, przetrawiony i wypluty jak kawał niesmacznej, starej zelówki.

Po kilku nieprzespanych nocach zamiast konsultacji z psychiatrą wybrałem jeden z dostępnych sposobów, który miał spowodować, że nie rozpadnę się na drobne kawałki. Zacząłem pisać pamiętnik. Z założenia esencję prawdy o mnie samym, o życiu, które było za mną, ale przede wszystkim o teraźniejszości.

Pisanie pamiętnika zrodziło pomysł zaproszenia moich znajomych, byłych kochanków, a także partnera oraz rodzinę do stworzenia obrazu mojej osobowości. Poprosiłem ich o niestawianie kropki nad „i”, a rodzinę o uruchomienie najgłębszych zakamarków pamięci, tak abym mógł poznać przeszłe schematy, które uwarunkowały mnie samego.

Przez ponad pół roku spotykałem się z ciotkami, które pieczołowicie zgłębiały przede mną historię pokoleniową obydwu rodzin. Poznałem tajemnice, które rzuciły nowe światło na wydarzenia z przeszłości, a kiedy otwierałem kolejne pliki nadesłane drogą elektroniczną od moich przyjaciół i byłych kochanków, nie wierzyłem własnym oczom. Moja prośba uruchomiła w nich samych chęć podzielenia się własną historią życia, w której ja, Tadeusz N., byłem jedynie malutkim trybikiem. Jednakże największe emocje wznieciła we mnie odkryta skrytka w ścianie, którą obnażył remont mieszkania u wujostwa. Pamiętnik mojego dziadka spowodował, że przestałem dewaluować bezmyślnie i na ślepo wszystkich mężczyzn w mojej rodzinie. Nie dałem im rozgrzeszenia za alkoholizm, który odcisnął okropne piętno na mnie samym, ale zacząłem rozumieć dlaczego…

HISTORIA PIERWSZA: DZIADY I PRADZIADY

Nad grobem i nadzieją

Glinianka, sobota, 5 maja 2012 roku


Jadę samochodem trasą lubelską. Po około dwudziestu kilometrach, tuż za Rudką, skręcam w lewo. Mijam pola i umajone łąki. Zapachy i kolory polskiej wsi zatykają dech w piersi. Wszystkie okna w samochodzie otwieram na oścież. Napawam się tym zapachem cudownego maja, którego tak ciężko spotkać na spacerze w mieście. Dojeżdżam do Glinianki. Parkuję samochód pod malutkim, drewnianym kościółkiem, który pamięta czasy założenia tej wsi. Co ważniejsze, kiedy zaciągam ręczny hamulec, dociera do mnie, że przed ołtarzem tego kościoła moi dziadowie i pradziadowie przysięgali sobie miłość, wierność i to, że nie opuszczą się aż do śmierci.

Przez moje plecy przebiega dreszcz emocji.

— Tadziu!?

Odwracam głowę.

— Tak, ciociu. To ja.

— Noż, toż ty cała wykapana mama! — Kobieta dosłownie dosysa się do mojego polika i wycałowuje jak małego berbecia. Nie może się nachwalić, ale i nadziwić moją urodą. — Toż gdzie ty czterdziestolatek! Takiś ładny, zadbany, malowany! — śpiewa na wysokich tonach babulka po osiemdziesiątce.

Muszę przyznać, że jak na swoje lata trzyma się całkiem zgrabnie.

Ubrana jest w prostą, czarną spódnicę, białą, koszulową bluzkę za grosze i ciemną chustkę na głowie, którą ma zawiązaną pod szyją.

Bierze mnie pod ramię.

— Dawaj. Idziem do chałupy. Schabowych nasmażyła.

— Cioteczko kochana, ja tu nie przyjechał… Tfu! Nie przyjechałem na schabowe, tylko po to, żebyś opowiedziała mi historię mojego pradziadka i dziadka.

— A opowiem, opowiem! Co mam nie opowiedzieć. Toż to i pra-, prastarego capa ci opowiem! Twój dziadek Stanisław to straszny satrapa był, ale jego kuzyn, a mój mąż Wacek to porządny był człowiek. Dbał o mnie, o nasze dzieci, ale przede wszystkim o pamiątki rodzinne. Dużo tego jest w chałupie. Jakieś listy z Ameryki, nawet jakiś zeszyt, co tam nabazgrolone co niemiara! Ale ja stara, ślepa, czytać mnie trudno.

— Ciocia jest istnym aniołem! — Chwytam kobietę mocno pod rękę. — To gdzie ta ciotkowa chałupa? — Uśmiecham się.

— A wot! Tam! — Pokazuje palcem kierunek. — Za Józkową stodołą. Teraz to murowaną wywalił, jebaniec! A kiedyś!? Olaboga! Bida tam aż piszczała i wsza wszę goniła po siennikach. A tera? Wnuczek warsztat wywalił, tojoty, sroty się zjeżdżajom, kasa leci. — Patrzy z pogardą na Józkową chałupę. — Idziem, synek. Nie patrzy na to plemie Józkowe, bo to zarazić się można tą ich diabelsko pazernościom.

Docieramy do ciotkowej chałupy. Stare, drewniane belki chylą się ze starości ku ziemi, zapraszając do środka. Jedna izba duża, druga mniejsza, wychodek na podwórzu. Po przekroczeniu progu izby ciotka chwyta pilota od telewizora i po chwili pięćdziesięciocalowy LG gra na cały regulator.

— Siadaj, Tadziu, siadaj.

— Ładnie tu u cioci, tak swojsko.

— A tam ładnie. Stare wszystko, chałupa się wali. Dzieci zabierają mnie do siebie na zimę, ale kiedy tylko łąki się umają, wracam na stare kąty.

— To w tej chałupie przyszedł na świat mój dziadek i cioci mąż?

— A gdzie tam. Tamta spłonęła.

— Spłonęła? — pytam ze szczerym zdziwieniem i rozczarowaniem w głosie.

— A spłonęła. Wstrętne babsko ogień podłożyło!

— Jakie babsko?

— Tadziu, ty tera schabowego z ziemiorami kuszaj, zara ci kapusty dołoże zasmażanej, tylko cugu coś ni ma! — Wali niemiłosiernie fajerkami po blacie kuchni węglowej. — Kuszaj, dzieciaku, a ja ci wszystko opowim!

Wlepiam wzrok w ciotkę. Ciekawość bierze górę i schabowy schodzi na dalszy plan. Nie mogę się doczekać, kiedy zacznie opowiadać.

— No jedz, do cholery!

Dociera do mnie, że ciotce zależy, abym posmakował jej obiadu.

— Noż, jak z moimi dziatkami. Jak po miastowemu nie powisz, to nie zrozumiejom ni ciorta!

Po obiedzie ciotka stawia drewniany kuferek na stole. Przesuwam talerze, aby zrobić miejsce. Otwiera wieko. W moje nozdrza uderza zapach wilgoci, właściwie starej pleśni.

— Ot i wszystkie skarby.

Wyciąga po kolei stare papiery. W moje oczy wpada szary, poplamiony zeszyt. Wygląda jak sprzed wojny przez ten charakterystyczny druk czcionki introligatorskiej. Biorę go w dłonie. Otwieram.


Mróz skrzypiał pod stopami. Przemknąłem bystro do komórki, poukładałem kilka szczap drewna na przedramionach, odwróciłem się, spojrzałem w okna chaty, gdzie stara Józkowa doglądała konającej Małgorzaty. Upadłem na kolana, kawałki drewna wypadły z moich z rąk, wtuliłem twarz w dłonie, cichutko szepnąłem:

— Boże, za co? Za co?

Krzyk konającej kobiety był dla mnie nie do zniesienia. W tym tumulcie skowytu, jazgotu i wycia ledwo rozpoznawałem głos własnej żony. To cierpienie, które na nas spadło, było ponad moje siły. Małgorzata była bardzo dzielna. Nadzieja nigdy jej nie opuszczała, nawet wtedy, kiedy ból się nasilał, a nawet potem, kiedy był już nie do zniesienia. A nawet wtedy, kiedy przyszło się pożegnać, zamknęła oczy i wyszeptała: „Do zobaczenia po drugiej stronie, mój miły”.

Kiedy kolejne medykamenty przepisane przez felczera z Otwocka nie pomagały, a Małgosię opuszczały siły, ja klęczałem przy łóżku, a ona przytulała mnie do piersi. Nigdy nie zapomnę jej aksamitnego ciała i tej miękkości, której tak mi dzisiaj brakuje. Zrozumiałem, że dziołch mogę mieć i tysiąc, ale ją jedną miłował i miłuję.


Ciotka wyszarpuje z moich rąk zeszyt.

— Po kolei, synek. Po kolei… Pobrali się latem tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego ósmego roku, a poznali rok wcześniej, podczas żniw — niemalże sylabizuje. — Ojciec Stacha nie był wielmożnym panem, jakich to było bez liku dookoła wsi, ale służył wiernie przez całe swoje młode życie jednemu paniczowi. Kiedy miał trzydzieści pięć wiosen, jego syn Stach dorósł i zmężniał, a brata jego suchoty zadusiły, wrócił na ojcowiznę. Jego brat nie miał żony ani dzieci, a ojcowizna na zatracenie szła. U wielmożnych państwa Walentowiczów służył tylko dlatego, że ojcowizna poszła w ręce starszego brata. Ten młodszy musiał sobie obrać inną drogę w życiu. — Ciocia Hela nalewa wiśniówki do kieliszków, po czym dodaje: — No! Synek. Twoje zdrowie.

Przechyla kielonek, zgrabnie wlewa wiśniówkę w gardło, chucha jak zaprawiona w bojach lumpiara i zaczyna opowiadać…


***

— Stachu, dawaj! Idziem żyto kosić!

— A już ci, ojciec, idę, ino łeb zanurzę w zimnej wodzie ze studni.

Słońce waliło z nieba niemiłosiernym skwarem, na kamieniu można było jajecznicę smażyć. Stachu zdjął płócienną koszulę, czerpakiem nabrał wody ze studni, stanął w rozkroku, pochwycił wiadro z lodowatą wodą, uniósł je nad głowę, po czym jednym chlustem całą zawartość wylał na rozgrzane ciało. Po chwili jego włosy, twarz, twarde jak skała bicepsy i mięśnie na klacie były mokre. Dzierlatki, które przechodziły obok dróżką, zaśmiały się na widok rześkiego chłopaka. Stachu odstawił wiadro na bok i przetarł dłońmi oczy. Ledwo co dostrzegł oddalające się polną drogą młode kobiety.

Małgorzata obróciła się do chłopaka. Popatrzyła chwilę, uśmiechając się, po czym krzyknęła:

— Co byście po tej kąpieli mieli do żęcia siły!

Zaśmiała się soczyście i oddaliła się w stronę łanów zbóż. Stachu nałożył koszulę i pochwycił kosę i ostrzałkę, które ojciec zostawił dla chłopaka tuż przy studni. Pobiegł za nimi.

— A co wy tak naigrywały się, co? — Biorąc kolejny zamach kosą, zaśmiał się.

— A co taki ciekawy? — odpowiedziała Małgorzata, wiążąc kolejny snopek zboża.

Ojciec Stacha, Wincenty, który stał tuż obok syna, spojrzał na chłopaka i wykorzystał moment, kiedy dziewoja odeszła na bok, aby napić się wody przytarganej przez starą Walendzikową.

— Stachu! Młodyś! Po co ci te baby? Bo to nam źle we dwóch? — Nachylił się do syna.

— Ale ojca na siano nie zaciągnę, prawda!? — odgryzł się chłopak w jednym momencie.

— A tfu. — Wincenty splunął przez lewę ramię. — Z tego siana to tylko nieszczęścia potem.

— Dla ojca trza babę znaleźć! Jeszcze do rzeczy chłop!

Stach uśmiechał się pod nosem, przesuwając osełką po ostrzu kosy.

— A o czym to tak rozprawiają? — Małgorzata wyrosła jak cień przed mężczyznami.

— A o tym, co by panna Małgorzata moją oblubienicą ostała się!

Nim się spostrzegła, chłopak zalotnie klęczał tuż przed nią.

— Hola, hola! Mój panie! Ja nie jestem taka rychła do zamążpójścia — roześmiała się, zaplatając kolejny warkocz na snopek żyta.

— A co Małgorzacie szkodzi? Jak kochać, to na zabój! Jak nienawidzić, to na śmierć!

Przewrócił dziewczynę na siano, a ta, chichocząc głośno, wzbudziła zażenowanie i dezaprobatę wśród starszych kobiet, które pomagały Wincentemu na jego polu.


***


— Widzisz, Tadziu, szept, który rozniósł się po całym polu, oznaczał rychłe zaręczyny. Stachu, twój pradziad, musiał zdawać sobie z tego sprawę. Inaczej Małgorzatę powieźliby ze wsi na wozie z gnojówką i pozostawili na polach bez prawa powrotu.

Ciocia wyraźnie trwoży się w myślach. Odnoszę wrażenie, że nie wszystko mi opowiada o moim pradziadku.


***


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 57.06