E-book
13.65
Tenebris

Bezpłatny fragment - Tenebris


Objętość:
224 str.
ISBN:
978-83-65236-78-4

Kiedyś było inaczej. Przynajmniej tak się niektórym wydawało. Woda w strumieniach zdawała się wiedzieć, dokąd zmierza, lasy synchronizowały szumienie, a zwierzęta nie zabijały dla zabawy. W najmniej oczekiwanym momencie wszystko się zmieniło i nikt nie wiedział dlaczego. Tenebris pokryła się mrokiem. Kraina, niegdyś tak piękna, stała się najczęściej omijaną strefą Hydrii, świata pełnego sprzeczności — jak mawiali o nim przyjezdni.

Tenebris była ogromną krainą. Tak wielką, iż nikomu nigdy nie udało się dotrzeć do wszystkich jej zakątków. Otoczona przez Zapomniane Morze i Skalne Wybrzeże sprawiała wrażenie surowej i niedostępnej. I chociaż niegdyś przyjmowano tu cudzoziemców z otwartymi rękami, od dłuższego czasu nikt nie wiedział, co dokładnie dzieje się w środku.


***


Niewiele potrzeba, by serce przepełniło się strachem. Niektórym ludziom wystarczy widok pająka, a innym — brak perspektyw na przyszłość. Gdy w Dolinie Lotu nastawał mrok, każdy mieszkaniec Portu czuł lęk. Ulice szybko pustoszały, drzwi zamykano od środka i nawet gaszono latarnie, by nie drażnić zła. Dziwne to było miasteczko. Znajdowało się jednocześnie pośrodku niczego i w centrum całej krainy. Było jej sercem, ledwo już bijącym. Od dawna mieszkańcy Portu zmagali się z niedostatkiem. Spraw nie ułatwiał fakt, iż w okolicznych lasach czaiły się zmory. Ani nie byli to ludzie, ani nie były to zwierzęta. Raczej coś pomiędzy. Porywały dzieci i łupiły skarby. Nikt nie wiedział, po co stworzeniom żyjącym w gąszczu tyle złota i drogocennych kamieni. A na pewno miały swój powód, by kraść, bo przecież nic nie dzieje się bez powodu. Tak więc noc nie była ulubioną porą ludzi zamieszkujących miasteczko Port.


***


Gdy na ulicach zrobiło się zupełnie pusto i miasto zdawało się niczym wymarłe, jedne z drzwi zaskrzypiały i uchyliły się ostrożnie. Wpierw wyłoniła się ręka trzymająca starą latarnię, a tuż za nią wychyliła się pomarszczona twarz. Starzec powoli wyszedł na zewnątrz, po czym jeszcze wolniej zamknął za sobą bardzo dokładnie drzwi. O dziwo tempo, w jakim się poruszał, nie było spowodowane strachem i ostrożnością, lecz bólami stawów. Rozejrzał się dookoła, na ile tylko zdołał, a następnie ruszył wzdłuż równo ustawionych domów. Mieszkańcy dbali o porządek. Lubili skromną architekturę i funkcjonalne rozłożenie budynków. Ktokolwiek pierwszy zbudował dom w Dolinie Lotu, zrobił to z największą starannością, jakby zawczasu wiedział, że wokół niego powstanie całe miasto.

Bolące stopy nie ułatwiały starcowi wyprawy. Pluł sobie w brodę, że nie zabrał z domu swojej laski. A była ona piękna, zdobiona wymyślnymi ornamentami. Tak bardzo nie pasowała do minimalistycznego stylu, w którym wszyscy się tu kochali. Miała coś w sobie z berła króla. Przykuwała wzrok na tyle, że każdy, kto widział ją chociaż raz, zapamiętał ją do końca życia.

Ledwo zapadł zmrok, a ze strony lasu już dało się usłyszeć pomruki zmor. W przeciwieństwie do dziennego światła blask świec przyciągał je do siebie. Były niczym ćmy, uśpione za dnia, a aktywne nocą. Dlatego też mieszkańcy Portu unikali wszelkich świateł po zachodzie słońca. W tym wypadku można by rzec, że pod latarnią jest najniebezpieczniej, lecz niekoniecznie najciemniej. Starzec zdawał się nie przejmować czyhającym w cieniu niebezpieczeństwem. Szedł dalej własnym tempem wzdłuż ulicy, uważając przy tym, by świeca w jego latarni nie zgasła. Nawet szepty dochodzące zza zamkniętych drzwi, które mijał, nie były w stanie odwieść go od spaceru.

Na samym końcu prostej i bardzo czystej uliczki znajdował się dom o zielonych drzwiach. To jedyny szczegół, jaki odróżniał go od reszty. Miał tak samo lekko skośny, czarny dach i okna dokładnie w tym samym miejscu co inne budynki. Każdy dom w Porcie miał dwa piętra, na których ulokowane były cztery pokoje i kuchnia. Nie zależnie od tego, ile osób wchodziło w skład jednej rodziny, zawsze dostawała ona taki sam dom. W mieście nie było problemu bezrobocia i bezdomności, ale i komfort życia nie był wysoki, gdyż wszelkie dobra były dzielone między ludźmi po równo. Ponieważ jednak Port był oddalony o dziesiątki kilometrów od innych siedlisk ludzi, nie mógł liczyć na częste odwiedziny wędrownych kupców. Wszystko od ubrań po świece, książki i żywność musieli wytwarzać sami.

Starzec stanął naprzeciw zielonych drzwi, poprawił płaszcz i zapukał delikatnie. Przez dłuższy czas stał w ciszy, nieruchomo, czekając na jakikolwiek znak. Jednak drzwi otworzyły się prawie na oścież bez uprzedzenia. Oczom mężczyzny ukazała się młoda kobieta nieprzeciętnej jak na te okolice urody. Długi, rudy warkocz swobodnie opadał jej na klatkę piersiową. Na widok starca uśmiechnęła się serdecznie i cofnęła się o krok, dając gościowi do zrozumienia, że może wejść do środka.

— Nie miałeś kłopotów po drodze? — spytała anielskim głosem, dokładnie ryglując drzwi.

— Nie, ehe — odchrząknął, przy czym zarumienił się nieznacznie. — Jowita od kur tylko mnie przeklinała za drzwiami. Wredne babsko. Skoro ja ją słyszałem, to zmory również. Niech świętoszki nie udaje.

— To miło — odpowiedziała niekoniecznie trafnie. Stół był już przygotowany do kolacji. Gospodyni szybko poruszała się między kuchnia a jadalnią, wnosząc za każdym razem coraz bardziej wymyślne potrawy.

— O! Tym razem to już przeszłaś samą siebie!

Odpowiedziała mu uśmiechem. Nie była osobą nad wyraz inteligentną, ale nadrabiała dobrocią i oczywiście urodą. Zasiedli do stołu.

— Nie wiem, czy nie powinniśmy przerwać naszej tradycji. Po śmierci twego ojca wypadałoby zaniechać wspólnych kolacji. Ludzie spekulują o naszym romansie, a dobrze wiesz, że młodej damie nie wypada spoufalać się z takim staruchem jak ja…

— Ludzie są zawistni i głupi — mówiąc to, mimowolnie wykrzywiła twarz, wskazując, iż sama posiada drugą, wymieniona przez siebie cechę — z kim mam po śmierci Papy jadać kolacje? Ludzie od dawna uważają mnie za jakąś czarownicę przez moje włosy. Chciałabym wyrwać się z tej wiochy, pojechać do Agelardu albo do Beergu. To są dopiero miasta! Muzea, teatry no i uniwersytety!

— Uniwersytety? — zainteresował się starzec.

— No tak — w jej oczach pojawił się blask. — Nie uważasz, że moje miejsce nie jest przy krowach? Że mogłabym robić coś więcej niż doić mleko?

— ...krowy?

— Doić krowy?

Staruszek uśmiechnął się delikatnie. Spojrzał z lekkim politowaniem na swoją towarzyszkę. Znał ją dobrze, nigdy nie była bystra, ale miała dużo zapału. No i była uparta. Wiedział, że gdy już sobie coś wymyśliła, to trudno będzie ją od tego odwieść.

— No wiesz — zaczął łagodnie — aby dostać się na uniwersytet, trzeba najpierw skończyć Szkołę Pierwszego Kontaktu. Najbliższa jest w Rybii. W twoim wieku na naukę to już trochę za późno.

— Przecież są egzaminy. Mogłabym tylko je zdać i dostać papier ukończenia szkoły.

— No dobrze, kochana. Lecz by dostać się chociażby na Uniwersytet Lory w Agelardzie, musisz uzyskać co najmniej 420/450 punktów, a oni i tak mają najmniejsze wymagania.

— Przecież jesteś mądry Fabronie. Pomożesz mi.

Starzec spojrzał na nią z lękiem. Zmory nie były mu straszne, ale dziwaczne pomysły Lawinii przerażały go. Skoro dziewczyna już wymyśliła coś takiego, to wiedział, że dopóki tego nie osiągnie (albo — co w jej przypadku było dość częste –tego nie zawali), nie będzie miał spokoju.

— Porozmawiamy rano, drogie dziecko — wstał od stołu i zaczął sprzątać brudne naczynia.

— Nie wierzysz, że mi się uda. — Lawinia spuściła głowę i westchnęła cichutko.

— To nie tak, Lawciu. Po prostu jestem już na tyle stary, by wiedzieć, że nie jest to warte twojego poświęcenia. Na podróż i edukację wydasz cały majątek, jaki ci ojciec pozostawił. A co z domem, co z Klarą i Tarą?

— Głupie krowy, sprzedam je Adamowi Zziębłemu.

— Będą się czuły źle w otoczeniu obcych. Gdy przestaną dawać mleko, to będziesz je miała na sumieniu.

— To tylko krowy. A to tylko dom. Jak każdy inny w Porcie — dziewczyna wstała, podeszła do swego gościa, wyjęła mu talerz z ręki i odstawiła go na stół. Złapała starca za ramiona i spojrzała mu głęboko w oczy. — Spójrz na mnie. Jestem inna. Może i nie jestem kandydatem na wybitną uczoną, ale też nie pasuję tutaj. Wiem, że Papa życzyłby sobie, bym utrzymywała nasz rodzinny interes, ale też wiem, że nie chciałby, bym była do końca życia nieszczęśliwa.

— To nie jest dobry pomysł, Lawciu. — Fabron skierował się w stronę wyjścia. Zarzucił płaszcz i zapalił latarnię. — Dobrej nocy — mruknął, zamykając za sobą drzwi.


***


Noc minęła bez rozlewu krwi. Część Portończyków cieszyła się z tego faktu, ale nie zabrakło też sceptyków, którzy zauważyli, że była to już 23 spokojna noc z rzędu, co mogłoby być odebrane jako cisza przed burzą. Tak naprawdę nikt nie wiedział, jak zmory wyglądają. Ktoś coś kiedyś widział, ktoś coś słyszał, ale poza nocnymi pomrukami i śladami, jakie po sobie zostawiały, nie można było o nich nic konkretnego powiedzieć. Zawsze spowijał je mrok. Z oddali widziano ich cieniste sylwetki. Zdawały się wyższe od ludzi, o ciele nienaturalnie wydłużonym i jakby rozmytym. Co ciekawe wzmianki o nich pojawiają się zaledwie od około 60 lat. Jest to co najmniej dziwne, gdyż sam Port został założony około 300 lat temu. Najwyraźniej stworzenia te przybyły tu niedawno w poszukiwaniu pożywienia. Jeden z miejscowych jednak uważał, że były tam od zawsze, ale uśpione. Kiedy miasto zaczęło się bardziej rozrastać, mogło w ten sposób zakłócić ich sen, a one w zemście żywią się nie tylko zwierzętami hodowlanymi, ale i małymi dziećmi oraz wątłej postawy chłopcami.

Jednym z takich chłopców był, na swoje własne nieszczęście, Arnold. Miał dobre serce, ale nie szczycił się szacunkiem w mieście. Ojciec jego był kowalem i to u niego Arnold uczył się fachu. Niestety w wyniku fatalnej pomyłki miejscowego fryzjera oparzył sobie prawą rękę tak dotkliwie, że częściowo utracił w niej czucie. Od tamtej pory zawsze nosił skórzane rękawiczki, nawet w porze letniej, gdy temperatura dochodziła do 32 stopni Celsjusza w cieniu. Gdy Arnold był jeszcze małym chłopcem, wszystkie sąsiadki się nim zachwycały. Tak urodziwe dziecko, z wielkimi orzechowymi oczami, musiało wyrosnąć na niezwykle przystojnego młodzieńca. Los chciał, że w wyniku wypadku chłopak zamknął się w sobie nie tylko w sensie psychicznym, ale i jakby fizycznie się skurczył. Przez swój niski wzrost i cherlawą sylwetkę nie cieszył się powodzeniem u kobiet.

Z czasem jednak pogodził się ze swoim stanem i całą swoją uwagę poświęcił chorej matce, której pomagał w obowiązkach domowych, podczas gdy w rodzinnym warsztacie zastąpiła go Berta, jego starsza siostra. To dopiero dusza towarzystwa! Wszyscy w okolicy ją wprost uwielbiali. Nie była piękna — wręcz przeciwnie. Z wyglądu bardziej przypominała grubego, owłosionego niedźwiedzia niż kobietę. Daleko jej też było do damy. Zawsze nosiła obszerne spodnie i wysławiała się jak zbir. Nigdy nie gotowała ani nie sprzątała, a po sutym obiedzie donośnym dźwiękiem zaznaczała, jak dużo zjadła, co napawało oczywiście obrzydzeniem resztę domowników. Mimo wszystko ludzie cenili ją za to, że była pracowita i miała bardzo specyficzne poczucie humoru. Wróżono jej, że zostanie świetnym kowalem, jak jej ojciec.

— Co na obiad, laleczko? — rzuciła Berta od progu.

— Nie mów tak do mnie. — Arnold jednym ruchem ręki odgarnął długą, czarną grzywkę i zawinął ją za ucho.

— Nie wstydź się, siostrzyczko. — Niedźwiedzica zarzuciła kurtkę na krzesło i usiadła na nim okrakiem, przyciskając wielkie brzuszysko do oparcia. W całym domu unosił się zapach stęchlizny, co nie umknęło jej uwadze.

— Co ty żeś na obiad ugotował? Flaki borsuka?… Znowu?

— Nie bądź głupia. Na obiad będzie kaczka. Później.

— To co tak śmierdzi?! — Berta wstała z impetem, o mało nie łamiąc przy tym krzesła. Zajrzała do kuchni, ale nic się tam nie gotowało.

— To mamusia — odrzekł spokojnie. — Biedna. Rano jadła bułki, a po południu już nie otworzyła oczu. Właśnie piorę jej ubrania. Pogrzeb będzie piękny.

— Co? Mamusia nie żyje? — dziewucha zrobiła się cała czerwona, a jej oczy utonęły we łzach. — Ty świrze! Czemu tak o tym mówisz? Nie rusza cię to? Odpowiadaj matole! O nie…

Nagle ucichła. Wyprostowała się, co w jej przypadku było bardzo nienaturalne, bo zawsze się garbiła. Spojrzała na brata wzrokiem, jakiego nigdy u niej nie widział.

— Co jej zrobiłeś? — zapytała oschle.

— Nic. Mamusia była długo chora — w jego głosie nadal był spokój.

— Co jej zrobiłeś?! Odpowiadaj! Zabiłeś mamusię?!

Arnold w mig zrozumiał, o co jest oskarżany. Jak ona mogła coś takiego powiedzieć? Tylko on zajmował się matką i spędzał z nią każdą chwilę. Kiedy biedna zachorowała, ojciec odwrócił się od niej, gdyż jak mówił: „Nie jest już prawdziwą kobietą. Jeśli nie może w stu procentach wykonywać wszystkich obowiązków kobiety i żony, to on już teraz jest wdowcem”. Matula bardzo z tego powodu cierpiała i tylko ukochane dzieci trzymały ją przy życiu. Syn, który się nią opiekował, był jej jedyną ostoją, ale widziała w tym niebezpieczeństwo. Arnold nie miał zbyt wielu przyjaciół i przez ostatnie lata bardzo zżył się z matką. Ona czuła nadchodzący koniec i obawiała się, że chłopiec mocno przeżyje rozłąkę. Przez cały okres trwania choroby przygotowywała go do swojej śmierci. Wpoiła mu, by pochował ją należycie, ale by nie odchodził wraz z nią. Miał iść dalej i znaleźć swoje miejsce na świecie.

Pech chciał, że przy tych wszystkich rozmowach zawsze byli sami. Nie wiedziano, co działo się za zamkniętymi drzwiami, bo nikt z rodziny i znajomych nie chciał oglądać chorej. Relacje matki i syna były więc nieznane. Przez to Berta wyciągnęła jedyny wniosek, jaki przyszedł jej do głowy.

— Zabiłeś ją gnoju!

— To nie tak… Ona odeszła, przecież wiesz, że kochałem mamusię.

Berta zrobiła się czerwona jak burak. Nabrała powietrza i wydawała się jeszcze bardziej okrągła niż zwykle. Arnold miał wrażenie, że zaraz wybuchnie.

— Uspokój się. Wezwiemy lekarza i zobaczysz, że mamusia umarła, bo była chora.


***


Fabron, jak w każdy wtorek, szykował się do pójścia do kaplicy. Posiadał jedną koszulę, która co prawda miała wiele dziur na plecach, ale nadawała się na takie wyjście jak żadna inna. Zresztą nawet gdy było ciepło, starzec nie zdejmował nigdy płaszcza. Nikt nie zauważy. Przed wyjściem rozejrzał się po domu.

— Okna z tyłu zamknąłem — wyliczał sobie. — Karty w schowku ułożone, ogień zgaszony, lampa przy drzwiach, tak. Wszystko chyba okej. Pokój na górze zamknięty, Xan nakarmiony… Zaraz, Xan! Xan! Dokąd polazł ten kundel?

Fabron zajrzał do kuchni, ale nie było jego pupila.

— Na dwór wyszedł, jak nic… Eh!

Staruszek pokręcił się chwilę po pokoju, zapominając, iż miał sprawdzić, czy jego przyjaciel nie wybrał się sam na spacer. Kiedy miał sobie już przypomnieć co i jak, usłyszał drapanie. Coś niezdarnie próbowało otworzyć drzwi wejściowe.

— Tu jesteś, zbóju — mężczyzna kucnął w wejściu i serią klepnięć, drapnięć i całusów przywitał czworonoga.

Nie. To nie był pies. Xan był korem. Bardzo popularnym w Porcie pupilem domowym. Zwykle dorosłe osobniki osiągają rozmiary owczarka niemieckiego. Akurat Xan był niewielkim okazem. Jego ciało w całości było pokryte łuską, podobną do takiej, jaką mają węże, ale koloru metalicznego granatu. Z pyskiem i uszami pancernika, na długich psich nogach i ze szczurzym ogonem wyglądał naprawdę pociesznie. Fabron znalazł go przy strumyku. Nieszczęsne stworzenie zostało porzucone na pastwę losu. Poprzedni właściciel musiał być z modą za pan brat, gdyż ten kor miał krótki, ucięty ogon. Obecnie ucinanie korom ogonów jest niezgodne z prawem, ale kiedyś był to prawdziwy krzyk mody.

Xan z wdzięczności za ocalenie życia na każdym kroku pokazywał, że jest prawdziwym, najlepszym przyjacielem człowieka.

— Nie strasz mnie tak — powiedział dobrotliwie staruszek. — Leć na fotel. Idę do kaplicy i wrócę za jakieś dwie godziny. No chyba że po drodze mnie noga rozboli, to później.

Xan zgodnie z poleceniem wskoczył na swój ulubiony fotel, ułożył się wygodnie i błyskawicznie usnął. Odkąd zwierzak upodobał sobie to miejsce, nikt już nie miał odwagi z niego korzystać. Może głównie dlatego, że śpiący kor czasem wytwarza dziwny śluz, który wytapia mu się przez skórę. Nikt jednak nie wie, dlaczego tak się dzieje.

Wierzenia religijne w Porcie dzieliły się na dwa główne nurty. Zdecydowana większość mieszkańców była wyznawcami boga Tu. W wielu księgach przedstawiano go jako pierwszego człowieka, jakiego widział świat. To on zapoczątkował istnienie jako takie. Sam sadził rośliny i hodował zwierzęta. Skąd je brał i jak spłodził swoich potomków — nikt nie wie dokładnie. Początki istnienia świata zostały spisane przez samego boga w świętej księdze On Jest Tu, która przez to, że była nasycona licznymi metaforami, stwarzała wiele niedopowiedzeń. Interpretacji świętego słowa było dokładnie tyle, ilu było interpretatorów.

Drugim nurtem był Braterianizm. Jednak w historii zapisze się jako niszowa religia, bo przecież ilu ludzi może wierzyć, że władzę we wszechświecie sprawuje siedmiu braci, którzy są identyczni, a ich liczba wynika jedynie z lenistwa? Podobno na początku było ich dwóch, ale im więcej w tej pięknej krainie pojawiało się życia, tym więcej było pracy. Bracia bogowie zaczęli więc tworzyć własne kopie, by obowiązki rozłożyć na kilka osób. Braterianie twierdzą, że wraz z rozwojem cywilizacji Braci będzie przybywać.

Fabron, upewniwszy się, że jego domostwo jest szczelnie zamknięte, ruszył w kierunku kaplicy wyznawców boga Tu. By dojść na miejsce, musiał iść około pół godziny. Z roku na rok, z każdą nową zmarszczką na jego twarzy, trasa ta wydawała mu się coraz dłuższa i mimo że sprawiała mu więcej kłopotów, obowiązkowo wyruszał w każdy wtorek.

Kaplica zazwyczaj świeciła pustkami. Naprzeciw wejścia stał średniej wielkości stół, na którym zawsze leżała rozłożona święta księga, często otoczona zapalonymi świecami. Fabron powoli wszedł do środka i z przerażeniem zauważył, że stół jest pusty. Rozejrzał się dookoła, poszukując kapłana.

Zauważył go w pierwszej ławce. Podszedł ostrożnie, tak by go nie wystraszyć, gdyż jak zauważył, młodzieniec był w całości pochłonięty modlitwą.

— Dariuszu — rzekł starzec, kładąc rękę na ramieniu kapłana. Gdy ten odwrócił się, by przywitać wiernego, ukazał swą twarz, tonącą we łzach. — A cóż to się stało?

— Nowe czasy — zaczął młody kapłan. — Nastały nowe czasy — wstał i rozejrzał się po kaplicy. — Ludzie odwracają się od Tu, odwracają się ode mnie. Młodzi nie wielbią i nie podtrzymują tradycji. Wandale. Ukradli nocą On Jest Tu…

Fabron zamarł. Nigdy wcześniej nikt w Porcie nie dopuścił się tak haniebnego czynu.

— Kto to był? Widziałeś ich Dariuszu?

— Byłem tutaj, gdy to się wydarzyło. Tej nocy. Modliłem się o szczęśliwe narodziny dziecka Kamelii i Iwana. Ich młode pojawi się lada dzień. Kiedy przygotowywałem Rytuał Płodnego Syna, drzwi otworzyły się na oścież. Wiatr wtargnął do kaplicy, zdmuchując za jednym razem wszystkie świece. Stałem nieruchomo, gdy w jednej chwili w środku zrobiło się tłoczno. Cienie wypełniły każdy zakątek kaplicy. Przemykały szybko, ale ich ruchy wydawały się przemieszczać jakby w zwolnionym tempie. To młodzież. Na pewno. Wybacz mi Fabronie, ale nie widziałem ich twarzy. Nim się obejrzałem, stałem sam przy pustym stole. Sam w ciemności — kapłan ponownie zalał się łzami. Był najbardziej oddaną swej religii osobą w Porcie. Zawsze dbał, by każdy szczegół wszystkich ceremonii jak najbardziej odpowiadał tradycji.

Fabron niewiele zrozumiał z tej relacji, lecz sam fakt zaginięcia księgi mocno go zainteresował.

— Po co dzieciakom księga? — zastanawiał się głośno. — Wybacz, drogi Dariuszu, ale w tej historii jest coś nie tak. W naszym mieście nie dochodzi do aktów wandalizmu, więc trudno tu kogokolwiek obwiniać. Szczególnie, że — jak sam stwierdziłeś — nie widziałeś ich twarzy.

— Co sugerujesz?

— Z opisu wynika, że do kaplicy wtargnęły zmory — staruszek szeroko otworzył oczy, by jeszcze bardziej podkreślić dramatyczność swej wypowiedzi.

— Bzdury opowiadasz mój stary przyjacielu. — Dariusz w jednej chwili oprzytomniał i przestał łkać. — Zmory kradną złoto, zjadają dzieci. Czego miałyby szukać tutaj?

— To mnie właśnie zastanawia — zadumał się starzec. — Po co im księga? Nie ma dla nich żadnej wartości. Hm, ale w sumie ma dla nas. Niestety nie będę uczestniczył w dzisiejszych obrządkach. Wracam do domu się spakować. Z samego rana wyruszę do Agelardu, by nabyć nową księgę.

— Nawet nie mogę cię o to prosić — zaprotestował kapłan. — Ja powinienem iść.

— Kaplica nie może zostać bez swojego kapłana — uśmiechnął się starzec.

— Ale to 10 dni drogi stąd… twoje nogi…

— Nie martw się. Pora najwyższa je rozruszać — po tych słowach Fabron wyszedł z kaplicy.


***


Słońce nieśmiało wzbijało się nad horyzont. Cały Port pogrążony był we śnie, a na ulicach nie było żywej duszy. Wiele lat temu, w czasach jego świetności, ta mała mieścina miała dobre rokowania do tytułu stolicy kulturalnej tej części Tenebris. Dwa teatry konkurowały ze sobą w najwspanialszych przedstawieniach, zarówno muzycznych, jak i historycznych. Całą dobę można było usłyszeć muzykę graną przez najwybitniejszych wykonawców dawnych czasów, a zawsze po zmroku ludzie pili i tańczyli do upadłego.

Te czasy już minęły bezpowrotnie. Życie nocne sprowadzało się tu już tylko do nocnych wędrówek do toalety, z czego i tak coraz więcej ludzi rezygnowało.

Lawinia w całości pochłonięta była odkurzaniem swoich drewnianych figurek. Kolekcjonowała sowy. Zbiór liczył już prawie 90 sztuk, co napawało ją niezmierną dumą. Nigdy nie zastanawiała się właściwie, po co je zbiera ale, jak sama uważała, kobieta powinna mieć hobby.

Kiedy kończyła swoją pracę, z odwiedzinami wpadł Fabron.

— Witaj, Lawciu, nie przeszkadzam?

— Owszem, ale będziesz musiał mi wybaczyć, że kończę przy tobie.

— Żaden problem — staruszek przekroczył próg i bez zdejmowania płaszcza rozsiadł się w fotelu.

— Co cię do mnie sprowadza w środku tygodnia? — mówiąc to, nie podniosła głowy, skupiając się na dokładnym przemyciu żółtych oczu małemu puszczykowi.

— Z góry chciałbym cię przeprosić, ale na jakiś czas zawieszam nasze wspólne kolacje.

— Jak to? — mała zielona sówka niemalże wypadła jej z rąk.

— Poprzedniej nocy doszło do niemiłego incydentu. Nie chcę wdawać się w szczegóły, by nie martwić twej młodej główki. W każdym razie jestem zmuszony wybrać się do miasta na małe zakupy.

— Miasta? — oczy Lawinii zabłyszczały.

— Do Agelardu dokładnie — przyznał niechętnie staruszek.

— O! — dziewczyna pisnęła i podskoczyła w miejscu. — Kiedy idziesz? Kiedy?!

Fabron skrzywił się i spuścił wzrok.

— Nie możesz iść ze mną, złotko.

— Czemu? Jestem świetnym kompanem podróży.

Fabron spojrzał na nią podejrzliwie.

— Przecież nigdy nie byłaś poza granicami Portu.

— A musiałam być?

— Skoro twierdzisz, że jesteś świetną kompanką, to oczywiście, że tak.

— A to nie. Myślałam, że tak się tylko mówi — stwierdziła z rozbrajającą szczerością. — Niemniej powinieneś mnie zabrać. Nie chcę być niemiła, ale za stary jesteś na taką wyprawę. A jak coś się stanie? Kto wezwie pomoc? Kto przyniesie wody i przygotuje posiłek? Na miłość Tu, nie umiesz nawet chleba posmarować masłem, Fabronie.

Staruszek nie chciał przerywać tego monologu. Wiedział, że nie wygra. Nie chciał jej narażać na niebezpieczeństwo, ale z drugiej strony rozumiał, że to może być jedyna szansa na pokazanie jej świata.

— No dobrze. Pakuj się, wyruszamy za godzinę.

— Naprawdę?! — Lawinia rzuciła mu się na szyję. — Dziękuję ci, dziękuję!

— Dobra, dobra. Dosyć tych całusów. Zaprowadzę Tarę i Klarę do Adama Zziębłego. Dwie krowy więcej raczej nie zrobią mu różnicy. Gdy wrócę to masz być gotowa.

— Tak jest, kapitanie! — Lawinia niezdarnie zasalutowała, niemalże robiąc sobie dziurę w oku. Ale nawet ból nie był w stanie popsuć jej humoru.


***


Tymczasem na drugim końcu miasta miała miejsce niecodzienna scena. Wokół małego domu, nieróżniącego się zupełnie niczym w stosunku do sąsiednich, stał rozjuszony tłum. Pomimo tego że słońce w pełni zalało już całą okolicę, każdy ze zgromadzonych zaopatrzony był w płonącą pochodnię i oczywiście w widły do pary. Co chwilę padały okrzyki w stylu: „morderca!” czy „wymierzymy sprawiedliwość!”. Ale tylko ze strony części osób. Niektórzy przyszli tam wyłącznie dla towarzystwa i nie byli zorientowani w sprawie.

Na pierwszym piętrze niepozornego domku, w zaciemnionym pokoju, najstarszy lekarz w Porcie dokonywał oględzin zwłok.

— Nie jest dobrze — stwierdził po chwili, poprawiając na nosie okulary większe niż jego twarz.

— Ale co, doktorze? — Berta z nerwów zacisnęła pięści na ramie łóżka.

— Niestety pani matka nie żyje.

Berta i jej ojciec spojrzeli po sobie, nic nie rozumiejąc.

— Może i bym coś pomógł. Ale czemu wezwaliście mnie tak późno?

— Przecież był doktor na urlopie… — zastanowił się ojciec. — Z resztą wiemy, że nie żyje. Umarła kilka dni temu. Chcemy wiedzieć dlaczego?

Lekarz raz jeszcze obejrzał leżącą kobietę. Dotknął jej czoła, otworzył oczy i zmierzył puls (nie wiedzieć czemu). W końcu rzucił piskliwym głosem:

— I trzymacie ją tu od tego czasu? W tym upale? Nic dziwnego, że w całej okolicy śmierdzi…

— Ostrożnie — oburzyła się Niedźwiedzica — mówi pan o mojej mamusi!

— Raczej o tym, co po niej pozostało — doktor zaczął się pakować do wielkiej skórzanej walizki. — Proszę załatwić pochówek i to jak najszybciej.

— Ale doktorze — ojciec stanął w drzwiach, tak by leciwy lekarz nie mógł go wyminąć. — Jaka jest przyczyna zgonu?

— Pańska żona od dawna była chora. Dziwne, nie zauważył pan?

Doktor, nie mówiąc nic więcej, prześlizgnął się bokiem i czmychnął w stronę schodów. Po chwili śladu już po nim nie było.

— Tatku — Berta, naśladując doktora, jednym susem zjawiła się obok ojca. Zapomniała jedynie, jaki gabaryt ze sobą taszczyła i zamiast wykonać zwinny skok, razem z ukochanym ojcem obaliła się na ziemię robiąc przy tym niemało hałasu.

— Tak, córciu? — ojciec nie mógł złapać tchu. Ledwo uwolnił się z objęcia swej „małej dziewczynki” i od razu stanął w bezpiecznej odległości.

— Tatku. To Arnolda wina.

— Ale doktor…

— Doktor nie wie, co mówi — Berta nadal miała problemy, by podnieść się na równe nogi. — Gdyby Arnold opiekował się mamusią jak należy, to by się to tak nie zakończyło. Ba! Może nawet mamusia by wyzdrowiała.

Ojciec zadumał się. Berta często plotła głupoty, ale tym razem był skłonny nagiąć własne rozumowanie tylko dlatego, iż nie darzył syna szczególną sympatią.

— Powinniśmy postawić go przed wymiarem sprawiedliwości — zadecydował.

Berta tylko na to czekała. W sekundę wstała z podłogi i ruszyła oznajmić bratu cudowną nowinę. Spóźniła się jednak, gdyż, nie czekając na opinię doktora, Arnold dawno uciekł tylnym wejściem.


***


Lawinia zawsze miała problemy z pakowaniem się. Tak przynajmniej uważała, gdyż — jak do tej pory — nie było okazji tego sprawdzić. Jedna walizka nie mieściła jej całego dorobku. Tak, chciała zabrać wszystko, razem ze swoją kolekcją drewnianych sów. Przecież Agelard to wielkie miasto. Na pewno ktoś dostrzeże ją i zaoferuje jej pracę, a nawet mieszkanie. Na pewno wystarczy jeden dzień, by osiąść tam na stałe. A może nawet dostałaby się na uniwersytet? Była przekonana, że dla niej jest to podróż w jedną stronę.

Jedna walizka pomieściła wszystkie jej letnie sukienki.

— Pora na szorty — mruknęła pod nosem. Druga walizka była na tyle pojemna, że Lawinii udało się włożyć do niej resztę swojej garderoby. A nie było to łatwe.

— Okej. Teraz naczynia, hm. Może nie. Wieśniacka zastawa. Wstyd się z taką pokazać. Na miejscu kupię najmodniejszą porcelanę.

Do ostatniej walizki zaczęła upychać, z uporem maniaka, swoje drewniane sowy. Tak się złożyło, że kiedy upychała trzydziestą trzecią, tą w białe paski z trzema oczami (pomyłka artysty), w drzwiach stanął Fabron. Był w towarzystwie swojego ukochanego pupila. Sprytny staruszek wykorzystał siłę Xana i nałożył mu na grzbiet swoją jedyną torbę.

— Co ty robisz, moje dziecko? — zawołał staruszek z oburzeniem.

— Pakuję sowy. No przecież to widać. Fabronie, jak na wielkiego mędrca, jesteś strasznie niedomyślny — uśmiechnęła się i pomachała mu, jakby widziała go pierwszy raz.

— Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. — Fabron zaczął przeglądać wszystkie jej bagaże. — A to? — wyjął z walizki idealnie poskładane ściereczki kuchenne. — Po co to bierzesz?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.