PROLOG. Apokryf o Lilith
Onegdaj, w osadzie leżącej u stóp starego miasta, żyła niewiasta imieniem Lilith. Przyjmowała pod swój dach kobiety w połogu, opatrywała rannych i znała zioła, o których uczeni mężowie nie słyszeli albo wzdragali się mówić. Za jej radą wykopano rów, którym woda dotarła na wyschnięte pola. Z jej rąk wychodziły dzieci, na które matki czekały już bez nadziei. Kto raz spojrzał jej w oczy, powiadał potem, iż patrzyła nań istota starsza od ludzkiego rodu, choć twarz miała młodą, a w głosie więcej śmiechu niż powagi.
Mieszkał z nią pewien mężczyzna. Jedni nazywali go jej małżonkiem, inni przybyszem, którego przyjęła na noc i zatrzymała na całe lata. Ani małżeńskich ślubów przed kapłanami nie składali, ani pozwolenia starszyzny nie szukali. On kochał ją i w sprawach wielkich słuchano jego głosu, lecz we własnym domu często ustępował kobiecie. Gdy mówił, by zawróciła, szła naprzód, jeśli uznawała drogę za słuszną. Gdy sprzeczali się o sprawy małe, śmiała się z niego otwarcie. Mówiono, iż potrafił zwyciężyć każdego przeciwnika, ale spór o garnek soczewicy przegrywał z Lilith bez walki.
Nie wszystkim podobał się taki porządek. Kapłani miasta nauczali, że niewiasta ma milczeć, kiedy przemawia mężczyzna, i przyjmować nakazy świątyni bez pytania o ich sens. Lilith zaś pytała. Czemu ubogim odmawia się chleba, skoro w świątynnych spichlerzach gnije ziarno? Czemu wdowa ma oddać ostatnią kozę, aby kapłan wypowiedział nad nią błogosławieństwo? Czemu ten, kto nakazuje innym żyć skromnie, sam jada przy srebrnej misie? Odpowiadano jej gniewem, a gdy żądała odpowiedzi, zwano ją bezwstydną.
Powiadają, że któregoś lata zaraza weszła do domów położonych przy dolnym kanale. Świątynia zamknęła swoje bramy, a Lilith wynosiła chorym wodę i uczyła ich, jak oczyszczać naczynia. Kobiety, które ocaliła, chodziły potem od domu do domu i niosły jej naukę dalej. Gdy kapłan obwieścił, że cierpienie jest karą za nieposłuszeństwo, jedna z matek spytała, jaką winę popełniło niemowlę. Kapłan nie odpowiedział, ale zapamiętał, od kogo nauczyła się pytać.
Wtedy zwołano radę świątyni i wezwano pisarza z dworu. Przedłożono mu oskarżenia o bluźnierstwo, czary i odwracanie ludzi od praw ustanowionych od niepamiętnych czasów. Pisarz słuchał długo, aż wreszcie przyłożył pieczęć do pergaminu. Zapisano tam, że niewiasta sprowadziła nieszczęście na miasto, a kto jej pomaga, sprzeciwia się bogom. Ci, którzy jeszcze niedawno prosili Lilith o ratunek, pozamykali drzwi. Strażnicy przyszli nocą.
O tym, co uczyniono wówczas w jej domu, księgi nie mówią zgodnie. Jedne głoszą, iż zabrano ją do świątyni. Inne, że mężowie zbrojni wykonali wyrok już na dziedzińcu. Wszystkie jednak przyznają, że kiedy przybysz powrócił, Lilith była martwa, a ludzie, którzy kazali ją zabić, pilnowali przede wszystkim, by ich imion nie wymówiono publicznie.
Przez dwa dni siedział przy niej i nie wypuszczał z dłoni lnianych sznurków. Wiązał węzeł po węźle, rozplatał je i zaczynał od nowa, aż skórę na palcach przeciął do krwi. Niektórzy widzieli przez uchylone drzwi jego schyloną głowę. Żaden nie odważył się wejść. Dopiero trzeciego dnia przyszły kobiety, którym Lilith pomagała przy narodzinach dzieci. Przyniosły płótno i obmyły jej ciało. Zaplotły włosy, a kiedy jedna chciała zasłonić znaki wytatuowane na policzku, przybysz powstrzymał jej dłoń. Znaki należały do Lilith tak samo jak jej imię.
Pochowali ją pod tamaryszkiem, pośród ludzi, którzy przyszli bez wezwania świątyni. Mówili nad grobem o jej uporze, o wodzie doprowadzonej na pola i o tym, jak potrafiła wyśmiać człowieka, którego kochała. Niektórzy płakali. Inni wspominali, że nauczyła ich pytać o rzeczy, na które sami nigdy nie ośmieliliby się spojrzeć. Przybysz złożył na kamieniach sznurek zdjęty z jej nadgarstka. Gdy wstał, nie poprosił nikogo o przysięgę ani o zemstę.
A potem wydarzyły się rzeczy, o których pisarze dworscy woleli milczeć. W świątyni odnaleziono sędziego, który podpisał wyrok, a obok niego pergamin rozerwany na dwoje. Strażników posłanych do domu Lilith znaleziono poza murami. Ci, którzy świadczyli przeciw niej za srebro, błagali o ochronę tych samych kapłanów, od których je otrzymali. Mówiono, iż przychodził do winnych jeden mężczyzna, niekiedy z odkrytą twarzą, niekiedy w płaszczu, i pytał ich o kobietę pochowaną pod drzewem. Kto przemówił prawdziwie, mógł ujść z życiem. Kto sięgał po broń, nie oglądał już następnego poranka.
Z czasem opowieść odmieniono. W świątynnych zapiskach Lilith stała się kusicielką, a jej miłość nazwano występkiem. O człowieku, który przychodził po jej zabójców, pisano, że nosił śmierć w dłoniach. Nie zapisano dwóch dni spędzonych przy zmarłej ani kobiet niosących wodę na jej pogrzeb. W kronikach pozostał Anioł Śmierci, a w opowieściach tych, którzy pamiętali, także Anioł Sprawiedliwości.
Imię Lilith ocalało, bo znali je ubodzy. Imienia jej ukochanego nie odważono się przepisać. Powiadano bowiem, że kiedy miłość zostaje zamordowana z rozkazu możnych, sąd nad jej zabójcami może trwać dłużej niż wszystkie królestwa.
ROZDZIAŁ 1. Ulica umarłych
Jerozolima, około roku 33
Jerozolima budziła się pod ciężkim niebem. Nad płaskimi dachami unosił się kurz z dziedzińców, a między domami kamieniarzy i handlarzy tkaninami przesuwali się ludzie spieszący na poranny targ. W wąskiej uliczce przy południowej bramie trzeba było schodzić z drogi osłom obładowanym koszami. Pod ścianami zalegały śmieci, których nikt nie zdążył jeszcze wynieść poza miasto.
Cztery osoby przeciskały się przez tłum, starając się utrzymać jednakowe tempo. Dwaj mężczyźni mieli na sobie zwykłe podróżne tuniki. Jeden był szczupły, z brodą przerzedzoną na policzkach, drugi masywniejszy, z dłonią owiniętą świeżym płótnem. Towarzyszyły im dwie kobiety. Starsza poruszała się z wysiłkiem, choć uparcie odmawiała pomocy; młodsza co chwilę odwracała głowę i poprawiała pod płaszczem zawiniątko osłonięte kilkoma warstwami zużytego materiału.
— Jeszcze jedna ulica — odezwał się brodaty. — Za piekarnią czekają zwierzęta.
— Powtarzasz to od południa wczoraj — odpowiedziała młodsza kobieta.
— Tym razem wiem, gdzie jesteśmy.
Starsza oparła dłoń na murze. Jej oddech stał się nierówny, a kiedy towarzysz chciał ją podtrzymać, pokręciła głową.
— Idźcie. Nie zatrzymujcie się przeze mnie.
Młodsza objęła ją ramieniem.
— Mario, pójdziemy razem.
Po drugiej stronie przejścia tragarze zaczęli składać stragany. Niektórzy robili to pośpiesznie, choć dzień dopiero się zaczynał. Brodaty uczeń zauważył dwóch mężczyzn stojących pod zadaszeniem farbiarza. Nie kupowali tkanin, nie rozmawiali z nikim, a kiedy podróżni skręcili, obaj odsunęli się od ściany. Uczeń zmienił kierunek, prowadząc kobiety przy wozie z glinianymi naczyniami. Woźnica zaklął, kiedy oś wielkiego koła zahaczyła o stos koszy, lecz nie miał pojęcia, że właśnie zasłonił ich przed ludźmi patrzącymi z ulicy.
Starsza Maria zatrzymała się przy studni. Potrzebowała odpocząć, a młodsza wiedziała, że po kolejnej nocy bez snu nie zdoła długo iść takim tempem. Gdy chciała podać jej wodę, zauważyła ślady zaschniętej krwi pod paznokciami starszej kobiety. Obie pamiętały, skąd się tam wzięła. Starsza odwróciła dłonie, żeby nikt obcy nie zobaczył, i przyjęła bukłak.
— Mogliśmy wyjść osobno — odezwał się drugi uczeń. — Wtedy trudniej byłoby nas rozpoznać.
— A gdyby zatrzymali jedną z nas? — spytała młodsza Maria. — Który z was wróciłby po nią?
Mężczyzna opuścił wzrok. Nie był tchórzem, lecz od kilku dni musieli wybierać między rzeczami, których przedtem nie potrafiłby nawet ze sobą zestawić. Starsza Maria dopiła wodę i oddała bukłak.
— Idziemy razem. Tego już nie zmieniajmy.
Przy kolejnym skrzyżowaniu zobaczyli rzymskich żołnierzy. Ci nie szukali jeszcze nikogo, sprawdzali ładunek na wozie handlarza oliwą. Brodaty zwolnił, by nie zwracać uwagi nagłym pośpiechem. Przeszli pod murem w odległości kilku kroków od strażników, słysząc kłótnię o należną opłatę. Dopiero kiedy skręcili w boczną ulicę, młodsza Maria rozluźniła zaciśniętą dłoń. Na skórze pozostał jej ślad od rzemienia, którym przewiązała ukryty przedmiot.
Za nimi rozległ się odgłos biegnących sandałów. Tym razem mężczyźni pod zadaszeniem nie próbowali już udawać kupców. Jeden wskazał ich ręką, a drugi pobiegł za zakręt, aby zamknąć przejście od przeciwnej strony.
Z przeciwnego końca ulicy dobiegł wrzask. Handlarz przewrócił tacę z chlebem i rzucił się między drzwi. Zaraz za nim pobiegli dwaj chłopcy. W przejściu pojawili się ludzie w ciemnych tunikach, z zakrytymi twarzami i krótkimi, zakrzywionymi ostrzami. Szli tak pewnie, że przechodnie ustępowali im bez protestu. Przywódca wskazał kobiety.
— Tam są.
Brodaty mężczyzna szarpnął Marię ku bocznej ulicy, ale zza zakrętu wyszli następni. Jeden zdjął z pleców łuk i naprowadził strzałę na młodszą kobietę. Pozostali wyciągnęli broń.
W drzwiach warsztatu farbiarza stał człowiek w długiej szarej szacie. Głęboko nasunięty kaptur nie pozwalał zobaczyć twarzy. Przez krótką chwilę przyglądał się napastnikom, po czym spokojnie wyszedł na środek drogi.
— Dalej — rzucił do czwórki. — Teraz.
Mężczyzna z łukiem wypuścił cięciwę. Szary wędrowiec przesunął się o pół kroku; strzała uderzyła w futrynę za nim. Z jego ręki wysunął się krótki, szeroki miecz przypominający rzymski gladius, ale ostrze było zbyt ciemne, żeby odbić poranne światło.
Pierwszego napastnika dosięgnął, zanim tamten zdążył opuścić broń. Ostrze weszło pod żebra, a ciało osunęło się na kamienie. Drugi runął w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą zamierzał uderzyć z góry. Zakapturzony wykręcił mu nadgarstek, pchnął barkiem na ścianę i ciął tak krótko, że pozostali zorientowali się dopiero wtedy, gdy zobaczyli krew.
— Zabić go! — krzyknął przywódca.
Trzech ruszyło razem. Jeden zahaczył klingą o ramię szarego płaszcza. Materiał pękł, odsłaniając metalową osłonę przedramienia, na której przebiegły ledwie dostrzegalne złote znaki. Wędrowiec wszedł między nich. Uderzenie rękojeścią złamało nos najbliższemu; ciało drugiego odrzucił pod nogi trzeciego, a kiedy obaj runęli, odsunął się od wyprowadzonego na oślep ciosu i dokończył walkę dwoma pchnięciami.
Uciekinierzy przebiegli już przez skrzyżowanie. Młodsza Maria obejrzała się. Wędrowiec zobaczył jej twarz i wskazał ręką przejście za warsztatem.
— Podwórze. Zachodnia droga. Nie czekajcie.
Wtedy coś rozerwało tunikę człowieka z łukiem. Najpierw na jego karku pojawiły się twarde wypukłości, potem szczęka wysunęła się do przodu i otworzyła szerzej, niż mogłaby ludzka. Między zębami błysnęły cienkie, nierówne kły. Potwór wciąż trzymał łuk, chociaż palce wydłużyły się w haczykowate pazury.
Szary wędrowiec kopnął w stronę bestii leżącą na ziemi drewnianą tacę, dopadł ją i rozciął jej gardło. Bestia nie upadła od razu. Rzuciła się z wrzaskiem, a ostrze przebiło jej szczękę od dołu. Po chwili leżała już na ziemi, drapiąc pazurami kamienie. Z rany wypływała ciemna, gęsta ciecz.
Przywódca napastników cofnął się ku bramie. Na widok martwych towarzyszy stracił pewność siebie, lecz jeszcze próbował wyciągnąć kolejny nóż. Wędrowiec dopadł go przy studni. Jedno cięcie pozbawiło go broni, następne przerwało próbę ucieczki.
Z bocznych uliczek nadciągały dalsze postacie w czerni. Człowiek pod szarym kapturem zatarasował drogę przewróconym wozem i ustawił się na środku przejścia. Musiał zatrzymać ich tak długo, aż czwórka dotrze do zwierząt. Ostatnie, co zobaczyła młodsza Maria, to skrawek jego płaszcza między kamiennymi ścianami i cień ostrza, które znów poszło w ruch.
Rzymski oddział wkroczył na ulicę od strony placu targowego. Zbrojni biegli w szeregu, z tarczami zsuniętymi na przedramiona i oszczepami gotowymi do rzutu. Centurion prowadzący patrol spodziewał się bijatyki pomiędzy mieszkańcami. Kiedy minął narożnik piekarni, zwolnił tak gwałtownie, że żołnierz za nim omal na niego nie wpadł.
Pod ścianami leżeli zabici. Ciała piętrzyły się przy rozbitym wozie; zakrzepła krew spływała w szczeliny między płytami. Przewrócona misa toczyła się jeszcze po kamieniach. Jeden z martwych miał ludzką twarz, lecz pod rozdętą wargą sterczały zęby ostre jak gwoździe. U innego spod rozdartej tuniki wystawała kończyna zakończona pazurami.
Centurion przyklęknął przy najbliższym trupie. Ostrzem sztyletu odciągnął jego usta, potem kopnął ciało w bok i obejrzał zakrwawione dłonie.
— Co to za plugastwo?
Żołnierze milczeli. Dowódca odszedł o kilka kroków, policzył leżących i spojrzał na uliczkę zamkniętą przewróconym wozem. Na tynku pozostały dwa głębokie ślady po uderzeniu miecza.
— Kto to zrobił? — zapytał, bardziej do siebie niż do ludzi.
— Mieszkańcy nic nie widzieli, panie — zameldował legionista. — Pozamykali drzwi.
Centurion spojrzał na czerwone ślady prowadzące ku bramie, a potem na martwą bestię.
— Przeszukać miasto. Bramy pod strażą. Macie znaleźć człowieka, który potrafi zrobić coś takiego.
Nikt nie ośmielił się spytać, czy dowódca rzeczywiście wierzy, że sprawcą był człowiek.
ROZDZIAŁ 2. Droga ku morzu
Wielbłądy czekały na zaniedbanym podwórzu za warsztatem garncarza. Były cztery, z prostymi siodłami i bukłakami przewieszonymi przez grzbiety. Przy jednym z nich kucał stary opiekun, ale gdy zobaczył twarze uciekinierów, wskazał tylko drogę prowadzącą za zabudowania. Zapłatę otrzymał wcześniej.
— A on? — zapytała młodsza Maria.
Brodaty odwiązywał już wodze.
— Kazał jechać.
— Sam nie zdąży do bramy.
— Jeśli wrócimy, nikogo nie uratujemy.
Starsza Maria usadowiła się w siodle z pomocą drugiego mężczyzny. Kiedy młodsza chciała ponownie mówić o ich obrońcy, ścisnęła jej dłoń.
— On wiedział, co robi.
Wyjechali południowym przejściem, zanim do strażników dotarł rozkaz zamknięcia bram. Dalej trzymali się traktów używanych przez kupców jadących w stronę Hebronu, lecz pod wieczór brodaty wybrał boczną drogę wśród suchych wzgórz. Musieli nadłożyć drogi, aby ominąć posterunki i osady, w których ktoś mógł rozpoznać obie kobiety. Plan pozostawiony przez szarego wędrowca prowadził długim łukiem ku wybrzeżu, do portu na południe od uczęszczanych szlaków.
Teren zmieniał się powoli. Tarasowe zbocza i niskie drzewa ustępowały odkrytym urwiskom, a pod nogami zwierząt coraz częściej chrzęścił żwir. Następnego dnia przed południem mijali porzucone zagrody pasterskie; dalej pozostały już pojedyncze studnie, znane jedynie przewodnikom karawan. W dzień słońce męczyło ludzi i wielbłądy, po zachodzie chłód wciskał się pod wełniane okrycia.
Młodsza Maria nosiła zawiniątko przy piersi. Zewnętrzna szmata miała plamy po dawnych naprawach, a jej brzegi przewiązano cienkim rzemieniem. Kiedy jeden z mężczyzn zaproponował, że schowa przedmiot do juków, odmówiła tak stanowczo, że już nie pytał.
Za nimi zostały pola, przy których można było poprosić o wodę i kupić garść daktyli. Teraz przez wiele godzin nie spotykali nikogo. W południe zdejmowali zwierzętom ciężary, sprawdzali popręgi i przemywali im nozdrza. Wielbłądy znosiły brak wody lepiej od ludzi, ale pędzone bez odpoczynku również mogły paść. Brodaty uczeń znał trasę z opowieści kupców. Z każdym odejściem od głównego szlaku musiał jednak bardziej polegać na śladach dawnych kół i kształcie wzgórz.
Starsza Maria gorzej znosiła kołysanie siodła. Kiedy schodzili z kamienistego grzbietu, poprosiła, by zatrzymali zwierzę. Drugi uczeń pomógł jej zejść i przez pewien czas szli pieszo. Młodsza kobieta chciała przejąć jej bukłak, lecz usłyszała odmowę. To właśnie budziło w niej największy niepokój: starsza Maria nie pozwalała sobie pomóc, dopóki naprawdę nie brakowało jej sił.
— Przed nami jeszcze dwa dni takiej drogi? — zapytała młodsza.
— Jeśli pogoda się utrzyma — odpowiedział brodaty.
— A jeśli nie?
Nie odpowiedział od razu. Pokazał im zbocze, za którym miał przebiegać trakt ku osadom nadmorskim. Dzień wcześniej wydawało się tak samo bliskie, ale dopiero o zmierzchu znaleźli przejście między skałami. Nie chciał obiecywać kobietom czegoś, czego nie mógł dotrzymać.
Nocą mieli słyszeć owady i wiatr, tymczasem od strony dawnego szlaku dobiegło dwukrotnie rżenie konia. Uczeń zgasił mały ogień, przy którym podgrzewali wodę. Cała czwórka siedziała w ciemności, aż zwierzę odezwało się po raz trzeci, dalej niż poprzednio. Mogła to być karawana kupiecka, która pomyliła drogę. Nikt jednak nie podniósł już płomienia. Ruszyli przed świtem z zimnym jedzeniem i piaskiem chrzęszczącym między zębami.
Gdy brodaty sprawdzał bukłaki, zauważył mokrą plamę na jednym z juków. Rzemień ocierał skórę naczynia przy każdym kroku wielbłąda. Płyn nie wyciekał strumieniem, lecz sączył się na tyle długo, że w bukłaku pozostała mniej niż połowa wody. Mężczyzna zdjął go z grzbietu zwierzęcia i pokazał pozostałym ciemną, rozszerzającą się szczelinę. Wysłuchali tego, co powiedział, bez skargi. Nie mieli innego źródła wody na najbliższych wzgórzach.
Drugi uczeń wyszukał w jukach cienki rzemyk i kawałek miękkiej skóry, który służył do podkładania pod popręg. Spróbował obwiązać uszkodzenie, ale mokre brzegi rozchodziły się pod naciskiem. Musiał opróżnić bukłak do pozostałych naczyń. Kiedy rozlewał wodę, pierwszy wielbłąd wsunął pysk w stronę miski, wyczuwając jej zapach. Brodaty odciągnął go za uzdę, a zwierzę odpowiedziało głuchym pomrukiem.
— Możemy wrócić do ostatniej studni — powiedział drugi uczeń.
— Widziałeś tych jeźdźców na grzbiecie — odparł brodaty. — Cofając się, wyjedziemy im naprzeciw.
— A bez wody daleko nie zajedziemy.
Młodsza Maria odkręciła własny bukłak i podała go starszej. Ta napiła się niewiele, a potem chciała oddać naczynie, ale dziewczyna potrząsnęła głową. Przyjęła je dopiero wtedy, gdy starsza upiła drugi łyk. Obaj mężczyźni odwrócili wzrok, zajęci wiązaniem juków. Wiedzieli, że nie potrafią rozdzielić skąpych zapasów tak, aby nikomu nie brakowało.
Brodaty przypomniał sobie o zagłębieniu między dwiema skałami, które mijali jeszcze przed południem. Po ostatnim deszczu mogło zatrzymać trochę wody, jednak znajdowało się po drugiej stronie suchego koryta. Zostawił pozostałych z wielbłądami i poszedł sam, by nie prowadzić całej czwórki przez otwartą przestrzeń. Kiedy wrócił, niósł pełne naczynie, ale woda była mętna i pachniała gliną. Przecedzili ją przez płótno, usuwając piasek i drobne owady. Starczyło jej na napojenie ludzi, nie na uzupełnienie bukłaków zwierząt.
Podczas ponownego siodłania drugi uczeń znalazł pod złożonym płaszczem skorpiona. Cofnął rękę, zanim dotknął ciemnego odwłoka, strząsnął zwierzę końcem kija i przygniótł je kamieniem z dala od miejsca odpoczynku. Nic nikomu się nie stało. Ostrzegł tylko kobiety, żeby sprawdzały obuwie, zanim wsuną do niego stopy. Wyruszyli, gdy słońce znalazło się już nisko. Stracili część dnia i teraz musieli nadrobić drogę, zanim ktoś rozpozna ich ślady. Starsza Maria ponownie wsiadła na wielbłąda bez protestu, choć brodaty zobaczył, jak mocno zacisnęła dłonie na przednim łęku siodła.
Młodsza Maria co pewien czas sprawdzała rzemień zawiniątka. Wśród nocy śniła, że zgubiła je na zboczu i wraca sama, a po piasku zbliża się czyjaś dłoń. Po przebudzeniu nie wspomniała o tym towarzyszom. Starsza Maria zauważyła jednak jej drżenie i przysunęła własnego wielbłąda tak blisko, że przez kilka chwil mogły jechać obok siebie. Nie rozmawiały. Znajomość tej drogi nie była im potrzebna, żeby wiedzieć, dlaczego muszą dotrzeć do morza.
Kolejnej nocy schronili się w wyschniętym korycie potoku. Brodaty uczeń rozłożył mapę wyrysowaną na kawałku skóry.
— Jeśli utrzymamy ten kierunek, zejdziemy ku nadmorskim osadom za dwa dni. Tam czeka statek.
— Skąd wiesz, że zaczeka? — odezwał się drugi z uczniów.
— On to ustalił.
— O nim też mówiłeś, że wydostanie się za nami.
Brodaty zacisnął usta. Od chwili opuszczenia Jerozolimy nikt nie widział na drodze samotnego wędrowca w szarym płaszczu.
Młodsza Maria zdjęła okrycie z ramion starszej i poprawiła je tak, żeby osłaniało jej nogi. Przez krótką chwilę patrzyły na siebie bez słów. Starsza była wyczerpana, lecz w jej oczach pozostawało coś, czego żaden z mężczyzn nie potrafił nazwać. Za dużo już straciła, by ufać obietnicom łatwego ocalenia.
— Nie powinnam była cię prosić, żebyś szła ze mną — powiedziała cicho.
— Nie prosiłaś.
— A jednak jesteś tutaj.
— Ty też.
Z daleka odezwał się koń. Drugi z uczniów podniósł głowę. Potem dobiegł drugi głos, a po nim cichy szczęk żelaza. Mężczyźni zgasili ognisko piaskiem i wspięli się na krawędź jaru. Na przeciwległym grzbiecie poruszały się czarne sylwetki. Kilka zniknęło za skałami, pozostawiając za sobą tumany kurzu.
— Znaleźli nas — szepnął brodaty.
Ruszyli przed świtem. Wielbłądy stawiały długie kroki na kamienistym gruncie, podczas gdy uciekający oglądali się ku wzniesieniom. Prześladowcy utrzymywali odległość, jakby chcieli doprowadzić ich do skraju sił, a dopiero potem uderzyć. Brodaty próbował zgubić ślad, wybierając twardą skałę zamiast piasku, ale zwierzęta potrzebowały wody, a na otwartych przestrzeniach nie było gdzie się schować.
W południe wiatr zmienił kierunek. Nad południowymi pagórkami zaczęła rosnąć brunatna zasłona, która z każdą godziną przesłaniała coraz większy fragment nieba. Drugi z uczniów znał takie burze z podróży kupieckich i nie czekał, aż piasek dotrze do ich twarzy.
— Między skały! — krzyknął. — Jeśli zostaniemy na grzbiecie, zwierzęta nas zrzucą!
Droga prowadziła przez popękane zbocza ku wąskiej przełęczy. Wielbłądy nie chciały schodzić stromym uskoku; trzeba je było prowadzić za uzdy, szarpiąc i uspokajając. Kurz wciskał się w oczy. W pewnej chwili brodaty zgubił ślad ścieżki i dopiero jego towarzysz, idący kilka kroków niżej, dostrzegł wydeptane przejście między głazami.
Burza dogoniła ich na przełęczy. Wiatr przyniósł piasek tak gęsty, że nie widzieli własnych dłoni wyciągniętych przed siebie. Brodaty owinął twarz skrajem płaszcza i poprowadził pozostałych za odgłosem dzwonka przy uprzęży pierwszego wielbłąda. Schodzili niemal po omacku, dopóki pod nogami nie poczuli dna suchej doliny.
W stromej ścianie znajdował się otwór groty, niewidoczny z góry. Zwierzęta pozostawili pod skalnym nawisem. Cała czwórka wczołgała się do środka, a kiedy pył zaczął opadać, młodsza Maria po raz pierwszy od wielu godzin pozwoliła sobie zamknąć oczy.
— Zgubiliśmy ich? — zapytała.
Drugi z uczniów długo nasłuchiwał.
— Jeśli mieli choć odrobinę rozsądku, zawrócili przed burzą.
Odpowiedź uspokoiła jedynie brodatego ucznia. Starsza Maria siedziała ze ściśniętymi dłońmi, patrząc na jasny prostokąt wyjścia. Niebawem usłyszała z zewnątrz odgłos, którego nie wywołał wiatr: metalowe wędzidło uderzające o zęby konia.
ROZDZIAŁ 3. Siedmiu bez cienia
Gdy burza osłabła, do doliny wjechało siedmiu jeźdźców. Ich konie szły ostrożnie po luźnych kamieniach, z szeroko rozwartymi nozdrzami. Ludzie mieli twarze zasłonięte ciemnymi chustami i płaszcze przytrzymywane skórzanymi pasami. Na plecach nieśli łuki, u boków krótkie miecze. Dowódca zatrzymał się przed głazem, na którym było widać ślad po przeciągniętej uzdzie wielbłąda.
Młodsza Maria ostrożnie przesunęła się ku wejściu groty. Spomiędzy kamieni mogła widzieć dno doliny, konie oraz ich długie, wyraźne cienie. Jeźdźcy nie mieli żadnych. Słońce stało już nisko, a pod ich nogami i przy siodłach nie było nawet ciemniejszej plamy na piasku.
Cofnęła rękę tak gwałtownie, że zahaczyła o skałę.
— Co się stało? — szepnął brodaty.
Przyłożyła palec do ust, a potem wskazała najbliższego jeźdźca.
— Popatrz na ziemię.
Drugi z uczniów wysunął głowę, zobaczył cień konia i natychmiast zrozumiał. Przyciągnął starszą Marię głębiej do groty, zasłaniając ją własnym ciałem. Na zewnątrz jeden z prześladowców zsiadł z wierzchowca i ruszył w ich stronę, prowadząc konia za uzdę.
— Wyjdźcie — zawołał. — Chcemy tylko tego, co zabraliście.
Siedzący głębiej w jaskini słyszeli, jak kamienie osuwają się pod końskimi kopytami. Jeden z jeźdźców przejechał pod samą ścianą. Młodsza Maria zobaczyła ozdobne okucie przy uzdzie i ciemną rękawicę na wodzach; wystarczyłby ruch jej ramienia, by mężczyzna spojrzał w górę. Drugi uczeń przytrzymywał starszą Marię, która po nocy spędzonej na zimnym kamieniu nie potrafiła się podnieść bez szelestu szaty. Jej oddech z trudem mieścił się w dłoni, którą zasłaniała usta.
Podróżni nie wiedzieli, czy napastnicy znają wejście do jaskini. Jeden prowadził konia wprost ku skałom, pozostali ustawili się półkolem. Brodaty uczeń miał nóż przeznaczony do krojenia jedzenia. Wyjął go, popatrzył na ostrze i odłożył na kolano. Mógł nim zaatakować pierwszego człowieka, który wsunie głowę do środka, ale wówczas pozostali wtargnęliby za nim. Nie miał sposobu, by ocalić kobiety przed siedmioma uzbrojonymi jeźdźcami.
Młodsza Maria nie wypuszczała zawiniątka nawet wtedy, gdy starsza chwyciła ją za rękę. Na zewnątrz jeden z koni zaczął się cofać, ciągnąc wodze z taką siłą, że jego jeździec zaklął i uderzył go po szyi. Wkrótce inne zwierzęta również przestały słuchać ludzi. Jeźdźcy nie zauważali tego od razu; wszyscy patrzyli na wejście do groty i piaszczysty ślad, który prowadził pod skałę. A jednak pomiędzy koniami pojawiło się coś, przed czym zwierzęta chciały uciekać.
Nikt nie odpowiedział. Wtedy usłyszeli inny dźwięk: ciche przesuwanie małych węzłów po sznurku.
Pomiędzy jeźdźcami pojawiła się postać w szarym płaszczu. Szła prosto po dnie doliny, jakby widziała przed sobą jedynie drogę do przejścia. W jednej dłoni trzymała sznurek z zawiązanymi węzełkami. Kciuk przesuwał je po kolei, powoli i dokładnie.
Dowódca odwrócił konia.
— Kim jesteś?
Szary wędrowiec przełożył ostatni węzeł. Sznurek osunął się z jego palców na ziemię.
Młodsza Maria zobaczyła, że ruchy koni stały się dziwnie ciężkie. Jedno zwierzę uniosło przednią nogę, lecz przez chwilę nie potrafiło postawić jej na kamieniach. Spadające z uprzęży ziarnka piasku zdawały się zawisać w powietrzu. Powiew, który jeszcze przed momentem poruszał jej włosami, ucichł.
Wędrowiec wyciągnął krótki rzymski miecz. Wolną dłonią odrzucił płaszcz z ramion. Pod nim miał ciemny pancerz złożony z metalowych płyt, spiętych w sposób obcy miejscowym wojownikom. Na głowie nosił hełm o wysokim grzebieniu, przypominający dawne hełmy greckie. Złote znaki wokół krawędzi i na policzkach rozbłysły, gdy opuścił głowę.
Jeździec stojący najbliżej zdołał krzyknąć. Wędrowiec skoczył ku niemu, odepchnął ręką uzdę i przesunął ostrze po odsłoniętym boku. Przeciwnik spadł z siodła, a szary wojownik wykorzystał strzemię, by odbić się nad karkiem konia. Wylądował po drugiej stronie wprost za plecami drugiego napastnika. Krótkie pchnięcie pod łopatkę skończyło walkę, zanim tamten wyciągnął sztylet.
Czas wrócił do zwykłego biegu. Konie zarżały i rozpierzchły się po dolinie. Trzeci jeździec wypuścił strzałę z tak małej odległości, że nie sposób było chybić. Wojownik obrócił się bokiem, chwycił ramię łucznika i pociągnął je w dół. Strzała trafiła czwartego w szyję. Zanim ciało osunęło się z konia, wojownik uderzył łucznika rękojeścią w skroń i rozciął mu pierś.
Pozostało trzech. Jeden zeskoczył na ziemię i wyciągnął dwa zakrzywione noże. Drugi skierował konia ku grotowej ścianie, chcąc dotrzeć do ukrytych ludzi. Dowódca sięgnął po ciężką, czarną klingę. Zawołał coś w języku, którego żaden z uciekinierów nie znał.
Wojownik pobiegł po pochyłym głazie. Odpychając się od kamienia, wykonał obrót nad głową napastnika z nożami i ciął go w kark. Zamiast zatrzymać się po lądowaniu, rzucił się w przód, przetoczył pod brzuchem szarżującego konia i jednym ruchem poderżnął mu popręg. Jeździec stracił równowagę, wypadł z siodła i uderzył plecami o skałę. Zdołał podnieść miecz, lecz ostrze szarego wojownika przebiło mu gardło.
Dowódca rzucił się z krzykiem. Uderzył raz i drugi, próbując przygnieść przeciwnika siłą ciężkiego ostrza. Szary wojownik cofnął się przed pierwszym ciosem, drugiego przyjął blisko rękojeści, aż klingi zgrzytnęły o siebie. Przesunął stopę za nogę napastnika, obrócił go własnym ciężarem i rozciął kolano. Czarny miecz wypadł dowódcy z dłoni. Ten jednak zamiast upaść, uniósł głowę i otworzył szczękę pełną długich zębów.
— Jesteś spóźniony — wycharczał głosem głębszym od ludzkiego.
Szary wojownik przebił mu usta mieczem. Wyciągnął ostrze dopiero wtedy, gdy ciało znieruchomiało.
W dolinie pozostały porozrzucane siodła, martwi napastnicy i konie, które uciekły ku przełęczy. Od chwili pojawienia się wędrowca nie minęło nawet kilka minut. Uciekinierzy słyszeli własne oddechy, niezdolni jeszcze wyjść spod skały.
Mężczyzna podniósł sznurek, starł krew z klingi i schował ją do pochwy. Gdy znów narzucił szary płaszcz, hełm zniknął pod kapturem, choć Maria nie dostrzegła chwili, w której go zdjął.
— Możecie wyjść — powiedział. — Do morza zostało nam trochę drogi.
Młodsza Maria wyszła pierwsza. Miała twarz pobladłą od strachu, ale zawiniątko wciąż trzymała przy piersi.
— Myśleliśmy, że zginąłeś w mieście.
— Nie byłem daleko.
— Widzieliśmy, co tam się stało. I teraz to.
Spojrzał na martwego dowódcę, potem na kobiety.
— Pozostali już wiedzą, że ta droga jest zamknięta. Musimy ruszyć przed zmrokiem.
Starsza Maria, która dotąd opierała się o ścianę groty, podeszła do niego powoli.
— Dziękuję.
Schylił głowę, przyjmując jej słowa bez żartu i bez triumfu. Potem podprowadził wielbłąda i pomógł jej usiąść w siodle.
ROZDZIAŁ 4. Statek dla uciekinierów
Port pod Gazą był miejscem, w którym trudno było zachować tajemnicę dłużej niż do zmroku. Wzdłuż zabudowanego nabrzeża stali tragarze z koszami suszonych ryb. Łodzie rybackie wracały z połowu, a między nimi przemykały barki wożące towary z większych statków stojących na kotwicy. W pobliżu składów wzniesiono domy kupieckie, których dziedzińce osłaniały wysokie mury.
Czwórka podróżnych siedziała w cieniu przed jednym z takich domów. Po dniach spędzonych na wielbłądach mieli sztywne nogi, a woda przyniesiona przez służącego zniknęła z glinianych dzbanków niemal natychmiast. Brodaty uczeń przez cały czas pilnował wejścia na ulicę. Jego towarzysz niechętnie spoglądał w stronę portu, gdzie marynarze kłócili się o miejsce przy cumach.
Ich obrońca siedział na niskim murku. Hełmu już nie miał. Odsunął kaptur i odsłonił twarz zwykłego mężczyzny, może nieco starszego od brodatego ucznia, z włosami przyprószonymi przy skroniach. Na prawym policzku biegła krótka blizna. Trzymał pomarańczę, z której ściągał skórkę powoli, jakby zajęcie wymagało całej jego uwagi.
Młodsza Maria przyglądała mu się ze zdumieniem. W grocie widziała wojownika, przy którym śmierć siedmiu napastników zajęła kilka chwil. Teraz ten sam człowiek usiłował wydobyć pestkę ze słodkiego owocu i krzywił się, kiedy sok spłynął mu po palcach.
— Uśmiechasz się — powiedział, dostrzegając jej spojrzenie.
— Nie przypuszczałam, że zobaczę cię w takim stanie.
— Z lepkimi rękami?
Skinęła głową, a potem uśmiech zniknął z jej twarzy.
— Co będzie dalej?
— Wszystko będzie dobrze, Mario. Znalazłem statek. Kapitan zabierze was w miejsce, w którym czeka już człowiek przygotowany na wasze przybycie.
— A ty?
— Muszę załatwić jeszcze jedną sprawę.
Sięgnął po drugi owoc, obrał go i podał starszej Marii. Przyjęła go ostrożnie. Długo patrzyła na jego dłoń, zanim zaczęła jeść.
— Pamiętasz — powiedziała.
— Takie rzeczy trudno zapomnieć.
Nie wyjaśnili pozostałym, o czym mówili. Samael, bo tak zwracali się do niego obaj mężczyźni, rozwiązał skórzaną torbę stojącą pod murem i wyciągnął cztery niewielkie sakiewki. Każdą położył osobno przed podróżnymi.
— Złoto — wyjaśnił. — Każdy bierze własną. Jeśli stracicie jedną albo zostaniecie rozdzieleni, reszta nie zostanie bez środków do życia. Starczy na dom, jedzenie i trochę spokoju, jeśli będziecie rozsądni.
Drugi uczeń podniósł sakiewkę. Jej ciężar zmusił go do zmiany chwytu.
— Skąd to masz?
— Od ludzi, którzy byli mi dłużni.
— Wszyscy naraz?
— Nie wszyscy potrafią płacić w terminie.
Brodaty zacisnął rzemień sakiewki i schował ją pod tuniką. Maria Magdalena, jak nazywał ją Samael, wciąż przytrzymywała zawiniątko drugą ręką.
— A to? — zapytała cicho. — Mamy je zabrać aż tam?
Spojrzał na szorstki materiał, którym osłoniła przedmiot.
— Zabierz. Człowiek, który was przyjmie, będzie wiedział, co z nim zrobić. Nie pokazuj go obcym. Zwykły przedmiot potrafi ściągnąć na siebie uwagę ludzi, którzy nigdy nie powinni się o nim dowiedzieć.
Podnieśli się, kiedy na nabrzeżu zabrzmiał długi gwizd. Samael poprowadził ich wzdłuż magazynów do statku o ciemnym kadłubie, szerokim dziobie i dwóch rzędach wioseł. Na pokładzie kręcili się marynarze z nożami przy pasach. Kapitan czekał przy trapie. Był potężny, opalony i poznaczony bliznami, a połowa jego zębów miała barwę starego drewna. Żuł coś, co zniekształcało mu policzek. Kiedy zobaczył Samaela, splunął na deski i wyciągnął rękę.
— Pięcioro? — zapytał.
— Czworo. Ja zostaję.
Kapitan zerknął na podróżnych, potem na sakiewkę, którą Samael wsunął mu do dłoni. Zważył ją i skinął głową.
— Kabina przy rufie. Nikt ich nie ruszy.
— Dopilnujesz tego osobiście.
— Ustaliliśmy już cenę, Samaelu.
— Cenę za przewóz. Reszta należy do umowy.
Kapitan przez moment patrzył mu w oczy, po czym przestał się uśmiechać.
— Słowa dotrzymam.
Podróżni weszli na pokład. Kiedy marynarze zajęli miejsca przy cumach, brodaty uczeń pochylił się przez burtę.
— Samaelu! Nie popłyniesz z nami?
Mężczyzna stojący na pomoście spojrzał w górę.
— Tam będziecie bezpieczni. Dalej poradzicie sobie bez mojej pomocy. Moja droga prowadzi teraz gdzie indziej. Poza tym ktoś może jeszcze za wami przyjść. Zaczekam tutaj.
Drugi uczeń obrócił się ku kapitanowi i przełknął ślinę.
— Bezpieczni? Z nim?
Kapitan usłyszał. Odsłonił wyszczerbione zęby, przeżuł coś ze skupieniem i splunął gęstą śliną za burtę.
— Nie bój się, marny człowieku. Zawarłem umowę z kimś, z kim umów się nie łamie. Jesteście bezpieczni.
Uczeń zamilkł, a kapitan wybuchnął śmiechem tak chrapliwym, że nawet jego ludzie odwrócili głowy.
Kapitan przeszedł wzdłuż burty i policzył ludzi na pokładzie, zanim dał znak do odpłynięcia. Jego marynarze przenosili ostatnie dzbany z wodą, worki suszonego ziarna i beczułki z soloną rybą. Jeden z tragarzy domagał się zapłaty za rozbity podczas załadunku garnek. Kapitan odprawił go krótkim przekleństwem, ale gdy zobaczył dzieci stojące przy zejściu na nabrzeże, polecił przesunąć ciężką skrzynię, aby mogły przejść. Marię Magdalenę zdziwiła ta sprzeczność. Mężczyzna wyglądał, jakby gotów był obrzucić obelgami każdego, lecz na własnym statku wiedział, komu i kiedy ustąpić miejsca.
Obaj uczniowie sprawdzili, gdzie będą spać. Pod pokładem było ciasno, wąskie przejście zastawiono pakunkami, a jedna z desek pod nogami uginała się niebezpiecznie. Starsza Maria usiadła przy niewielkim otworze prowadzącym ku dziobowi. Odkąd opuścili miasto, pierwszy raz mogła przebywać gdzieś, gdzie nie musiała patrzeć na drogę przed sobą. Młodsza uklękła przy niej, poprawiła złożony płaszcz i przez chwilę przytrzymywała jej dłoń. Nie umiała powiedzieć, kiedy wrócą. Wiedziała tylko, że powrót tą samą drogą oznaczałby oddanie ludziom z ciemnymi płaszczami tego, co nie należało do nich.
— Trzymaj to przy sobie — powiedziała starsza, dotykając zawiniątka. — Nie pokazuj nikomu, nawet jeśli ktoś powie, że ma do niego prawo.
— Samael wie, co robimy.
— Wie, komu powierza tę drogę. To co innego niż obietnica, że zawsze będzie obok.
Z góry dobiegł huk przesuwanego drąga. Marynarze przygotowywali żagiel, a kapitan zaczynał wołać na ludzi, którzy zostawili skrzynię zbyt blisko liny kotwicznej. Obie kobiety wstały i ruszyły ku schodkom. Młodsza Maria jeszcze raz sprawdziła węzeł rzemienia, po czym wyszła na pokład, żeby zobaczyć port ostatni raz.
Statek odbił od brzegu. Młodsza Maria stała przy relingu, trzymając zawiniątko pod płaszczem. Starsza podniosła dłoń na pożegnanie. Samael odpowiedział tym samym gestem, dopóki kadłub nie oddalił się od pomostu.
Potem nasunął kaptur i ruszył ku miastu.
ROZDZIAŁ 5. Szpieg na nabrzeżu
Przy końcu pomostu siedział żebrak otulony w brudny płaszcz. Od rana trzymał pod nogami miskę, do której przechodnie wrzucili kilka miedziaków. Nie wyciągał rąk do nikogo, choć żaden zdrowy człowiek nie odmówiłby sobie tak łatwej możliwości zarobku. Patrzył na statki i na ludzi schodzących z nabrzeża.
Samael minął go, zrobił jeszcze dwa kroki, a potem się zatrzymał. Cofnął się powoli i pochylił nad starcem.
— A ty, szpiegu, dla kogo pracujesz? — szepnął.
Żebrak odskoczył tak gwałtownie, że misa przewróciła się i monety rozsypały po deskach. Spod płaszcza wysunął sztylet. Stary, drżący grzbiet wyprostował się, twarz rozciągnęła w szerokim grymasie, a usta pękły niemal od ucha do ucha. Rzędy spiczastych zębów wyglądały jak drewniane kołki wciśnięte w żywe mięso. Z palców wyrosły pazury, które z hukiem wbiły się w pomost.
Pierwsi krzyknęli tragarze. Ktoś upuścił kosz, kobieta przewróciła się przy schodkach, a po chwili całe nabrzeże porwało się do ucieczki. Bestia skoczyła prosto na Samaela, z szeroko rozstawionymi ramionami i sztyletem skierowanym ku jego gardłu.
Kiedy zbiegający z nabrzeża ludzie minęli pierwsze domy, w ciasnym przejściu powstał zator. Tragarz pchnął przed sobą wózek, ktoś inny próbował zawrócić osła, a dwóch rybaków rzuciło się ku łodziom. Nie widzieli już bestii, ale wystarczyło im to, co usłyszeli. Jeden z marynarzy z odpływającego statku chwycił linę i chciał przyciągnąć jednostkę z powrotem do pomostu, sądząc, że ktoś woła o pomoc. Kapitan uderzył go w dłoń drzewcem bosaka.
— Żagiel! — ryknął. — Trzymać kurs!
Statek oddalał się na tyle szybko, że od nabrzeża dzieliła go już szeroka smuga wody. Dwaj uczniowie przyglądali się z pokładu zamieszaniu na brzegu. Młodsza Maria rozpoznała szary płaszcz Samaela dopiero wtedy, gdy pomiędzy uciekającymi pojawiła się czarna sylwetka. Przytrzymała zawiniątko, choć nikt nie mógł jej dosięgnąć. Chciała pokazać starszej kobiecie, co dzieje się w porcie, ale widząc jej zmęczenie, odstąpiła od tego zamiaru.
Bestia wylądowała ciężko na pomoście po pierwszym skoku. Podniosła się na dwie łapy, usiłując sięgnąć Samaela mimo ostrza. Deski trzeszczały pod ciężarem jej ciała. Sztylet trzymany w zaciśniętej dłoni był zwyczajną ludzką bronią; pazury, które wyrosły z palców, potrafiłyby przebić nimi drewno nawet bez ostrza. Samael nie cofnął się. Widział już, jak ten rodzaj stworzeń szuka najsłabszego człowieka w tłumie, ale tutaj odgrodził je od ulicy i od drogi prowadzącej ku statkowi. Gdy potwór ponownie rzucił się w jego stronę, cień skrzydeł miał za moment przykryć cały pomost.
Płaszcz zsunął się z jego barków. Pod nim pojawił się pancerz, którego nie nosił przed chwilą. Metalowe płyty przypominały uzbrojenie wojowników z odległych czasów, znanych tylko z pieśni o wojnie pod Troją. Na głowie miał hełm z wysokim grzebieniem. Wzdłuż jego krawędzi jarzyły się złote runy.
Bestia ujrzała hełm, ale pęd ciała nie pozwolił jej już wyhamować.
Z pleców Samaela rozwinęły się ogromne skrzydła. Ich pióra zasłoniły wyjście na pomost, a kiedy otoczyły obie postacie, dzień przygasł tak nagle, że ludzie biegnący po nabrzeżu stanęli w miejscu. Wiatr uderzył od strony wody. Nad portem zawisła czarna chmura i spadł deszcz, ciężki i zimny, choć przed chwilą świeciło słońce.
Ze środka ciemności dobiegł jeden urwany wrzask.
Skrzydła zamknęły się, a potem zniknęły razem z mrokiem. Uderzenie wody usłyszeli nawet ludzie na końcu ulicy. Do zatoki wpadł bezgłowy kadłub bestii, z kończynami szarpiącymi się jeszcze w konwulsjach. Wokół ciała rozchodziła się brudnozielona smuga, która po chwili zaczęła rozpadać się na mniejsze plamy.
Na deskach pomostu został sztylet i kilka rozsypanych monet. Samael stał już z powrotem w szarym płaszczu, z kapturem zasłaniającym twarz. Ominął porzuconą miskę i ruszył w stronę zabudowań, nie oglądając się za siebie.
Najbliżsi świadkowie zaczęli się żegnać i modlić, każdy według własnej wiary. Dalsi pytali, co właściwie widzieli. Zanim portowy strażnik dotarł do końca pomostu, pozostawał tam tylko mokry ślad i milczący tłum.
ROZDZIAŁ 6. Sześciu spod czerwonego krzyża
Prowansja, rok Pański 1192
Od czasu, gdy tamten statek zabrał z Palestyny czterech uciekinierów, minęło ponad jedenaście stuleci. Ich obrońca przetrwał wszystkie te lata. Ludzie, którym pomagał, dawno przeszli do legend, a on wciąż przemierzał drogi, na których spotykał nowych prześladowców. W Prowansji przedstawiał się jako Robert. Tego imienia używał wśród obcych, swoje prawdziwe zachowując dla nielicznych.
Robert miał już dziesiątki imion. Przyjmował je tam, gdzie ludzkie pamiętniki, rachunki i świadkowie nie powinni łączyć jednego rycerza z wydarzeniami sprzed wielu pokoleń. Pięciu towarzyszy znało go dostatecznie długo, by nie pytać o dawne nazwiska. Wśród obcych odpowiadał na Roberta bez wahania; czasem nawet sam potrzebował chwili, by przypomnieć sobie, jak dawno użył poprzedniego imienia.
W Prowansji lato kończyło się powoli. Pod koniec dnia ciepło wciąż trzymało się murów, ale z północnych wzgórz schodził już chłodniejszy wiatr. W niewielkim miasteczku leżącym na drodze między Awinionem a doliną Durance kupcy zwijali stragany, a w gospodzie przy zachodniej bramie przygotowywano wieczerzę dla gości, którzy przyjechali przed zmrokiem. Nad dachami z jasnego kamienia wznosiła się wieża kościoła. Dalej widać było winnice rozpięte na tarasach i oliwne gaje ciągnące się po łagodnych zboczach.
Jeszcze przed zmrokiem sześciu podróżnych ćwiczyło za gospodą, na placu, gdzie zwykle naprawiano wozy i rozładowywano zboże. Właściciel zajazdu pozwolił im tam wejść pod warunkiem, że nie połamią płotu oddzielającego podwórze od ogrodu. Hugo zapewnił go, że żaden uczciwy płot nie będzie miał powodu do skargi. Gospodarz spojrzał na jego ramiona, potem na tarcze oparte przy stajni i na wszelki wypadek odsunął beczkę spod ściany.
Nie ćwiczyli dla widowiska. Używali tępych mieczy i starych tarcz, których brzegi nosiły już ślady wielu uderzeń. Rudolf wyznaczył na ziemi wąski pas między dwoma kamieniami. Luc miał przejść go z mieczem w ręku, podczas gdy Etienne, stojąc przed nim, próbował wyprowadzić go z równowagi. Młody rycerz ruszył tak szybko, że pierwsze uderzenie ledwie musnęło tarczę przeciwnika. Drugi cios w ogóle nie doszedł do celu; Etienne ustąpił pół kroku i zahaczył go o nogę drewnianą krawędzią osłony. Luc znalazł się na ziemi, zanim zdążył obrócić nadgarstek.
— Znowu — polecił Rudolf.
— Przecież trafiłem go pierwszy.
— W tarczę. Gdyby to był człowiek z włócznią, miałbyś teraz grot pod żebrami.
Hugo przyglądał się ćwiczeniu z kawałkiem chleba w ręku. Właśnie kupił go w kuchni i odmawiał wyjaśnienia, w jaki sposób udało mu się zdobyć bochenek przed wieczerzą.
— Luc, jeśli chcesz go pokonać, pozwól mu najpierw podejść — poradził z pełnymi ustami. — Etienne lubi, gdy przeciwnik sam oddaje mu miejsce.
— Ty też lubisz, gdy wszystko przychodzi samo — odparł Bjorn. — Szczególnie jedzenie.
Hugo nie przerwał przeżuwania. Wyciągnął rękę i zamachał chlebem przed twarzą Bjorna, jakby proponował mu pojedynek. Tamten odsunął go końcem ćwiczebnego miecza. Obaj zachowywali się dostatecznie poważnie, by chłopiec ze stajni, który obserwował ich zza koryta, nie wiedział, czy kpią, czy rzeczywiście zamierzają walczyć.
Robert nie wtrącał się, dopóki Etienne po raz trzeci nie sprowadził Luca na kolano. Podszedł wtedy, odebrał młodemu tarczę i ustawił ją przed własnym ramieniem.
— Uderz mnie tak, jak uderzałeś jego.
Luc zawahał się, po czym wykonał szybki zamach. Robert przesunął tarczę zaledwie o szerokość dłoni. Ostrze ześlizgnęło się po desce, zostawiając tylko nową rysę. Młody templariusz spróbował poprawić cios, ale Robert był już obok, poza linią jego miecza. Dotknął go otwartą dłonią w bark, wskazując miejsce, w które mógłby wbić ostrze, i cofnął się.
— Jeszcze raz. Tym razem patrz na moje stopy, nie na broń.
Przez następne chwile pracowali bez komentarzy. Z każdym podejściem Luc wolniej rozpoczynał natarcie i wcześniej dostrzegał zmianę ustawienia Roberta. Raz zdołał zmusić go do ustąpienia dwóch kroków. Hugo gwizdnął z uznaniem, a młody rycerz wyprostował się tak dumnie, że niemal zapomniał osłonić głowę. Robert wykorzystał tę chwilę i dotknął go tępym mieczem w hełm.
— Gdy się ucieszysz, nadal trzymaj gardę — powiedział.
Ćwiczenie skończyli, zanim na plac wszedł gospodarz po obiecaną beczkę. Bjorn pomógł mu przesunąć ją pod ścianę, a potem przytrzymał ciężki dyszel wozu, przy którym stajenny bezskutecznie mocował się z kołem. Hugo odnalazł chłopca obserwującego pojedynki. Młody pomocnik chciał podnieść jedną z tarcz, lecz drewno ciągnęło mu ręce ku ziemi. Rycerz pokazał, jak chwycić ją za skórzane pasy, żeby nie uderzyć się metalowym brzegiem w kolano. Kiedy chłopiec spróbował ponownie, tarcza utrzymała się przed nim przez parę oddechów. Hugo oddał mu ją natychmiast, gdy zobaczył, że dłoń zaczyna drżeć.
— Na dziś dosyć. Rano też będziesz potrzebny w stajni.
W gospodzie podawano właśnie pieczoną kurę. W kuchni stały kosze fig i późnych winogron, a przy drzwiach kupiec z południa rozłożył owoce przywiezione znad morza. Pomiędzy nimi leżały pomarańcze. Były drogie, a ich skórka pachniała mocniej niż zwykłych owoców z miejscowych sadów. Hugo obejrzał jedną i odłożył, gdy usłyszał cenę. Robert kupił dwie, choć kupiec ostrzegł, że miąższ jest gorzki i ludzie częściej używają skórki do przyprawiania potraw, niż jedzą owoce na surowo.
— W takim razie kupiłeś sobie lekarstwo, nie kolację — zauważył Rudolf.
Robert przeciął paznokciem twardą skórkę. Wyłamał niewielką cząstkę, spróbował i skrzywił usta. Luc wyciągnął rękę po następną, pewien, że dowódca przesadza. Po chwili gorączkowo sięgnął po kielich z wodą, co wywołało śmiech pozostałych. Robert zostawił sobie resztę owocu. Zapach skórki pozostał na jego palcach, nawet gdy wycierał je w płótno.
Kiedy służba szykowała wieczerzę na dziedzińcu, Hugo przypomniał Lucowi, że żadne ćwiczenie z tarczą nie nauczy go rozpoznawać zawczasu niebezpieczeństwa ukrytego w uśmiechu ładnej dziewczyny. Luc kazał mu zająć się własną kolacją. Rycerze znali jednak swoje przyzwyczajenia od dawna i nikt nie wziął tej odpowiedzi za obrazę.
Na dziedzińcu zajazdu, przy ogniu rozpalonym w kamiennym palenisku, siedziało sześciu zakapturzonych mężczyzn. Mieli miecze w zasięgu ręki, lecz ich białe szaty zakrywały ciemne płaszcze podróżne, a kaptury ocieniały twarze. Pod ścianą, obok sześciu siodeł, stały tarcze osłonięte płótnem. Ktoś, kto przyjrzałby się im uważniej, dostrzegłby w nich wojowników, ale znaku zakonu z dziedzińca nie było widać.
Pierwszy, Rudolf, był wysoki i rudy, z nosem poznaczonym piegami, których żadne lato nie potrafiło już zwiększyć. Obok niego rozsiadł się Hugo, łysy i szeroki w ramionach, z brzuchem świadczącym o upodobaniu do dobrej kuchni. Młody Luc, którego ciemne włosy układały się w bujną czuprynę, trzymał kielich z winem obiema dłońmi. Naprzeciw siedział Bjorn, potężny człowiek z długimi wąsami, dzięki którym wyglądał na przybysza z dalekiej północy. Etienne był najstarszy z pięciu towarzyszy Roberta, szczupły, spokojny, z blizną przecinającą lewą brew. Ostatni, Robert, miał krótką kreskę na policzku i zajmował się obieraniem pomarańczy.
Na stole stały misy z pieczonym drobiem, chleb i winogrona. Hugo od pewnego czasu usiłował przekonać pozostałych, że pieczona kura przyrządzona w tym zajeździe jest lepsza od wszystkiego, co jadł przez ostatnie dwa miesiące. Bjorn odpowiedział, że człowiek żywiący tak wielką miłość do kurczaków powinien wreszcie ożenić się z właścicielką kurnika.
— Nie ożenię się — odparł Hugo, odrywając kolejny kawałek mięsa. — Ślubowałem.
— Która kobieta wytrzymałaby z tobą dłużej niż miesiąc? — zapytał Rudolf.
— Taka, której nie musiałbym oddawać połowy wieczerzy.
Po dziedzińcu krzątały się służące, odnosząc naczynia i dolewając gościom wina. Młoda dziewczyna w jasnej sukni przeszła obok stołu, niosąc dzban. Luc odprowadził ją wzrokiem. Ona także zerknęła w jego stronę, po czym przyspieszyła kroku i zniknęła w kuchni.
Hugo zauważył to od razu.
— Powinniśmy wyjechać jutro o świcie — oznajmił poważnie.
— Dlaczego? — zainteresował się Etienne.
— Bo za dziewięć miesięcy połowa tutejszych służących zacznie pukać do naszych drzwi i domagać się, żebyśmy rozpoznali własne dzieci.
Rudolf zakrztusił się winem. Bjorn odchylił głowę i ryknął śmiechem, a Luc zaczerwienił się tak gwałtownie, że nawet płomień paleniska nie mógł tego ukryć.
— Ja nikogo… — zaczął młody rycerz.
— Oczywiście — przerwał mu Bjorn. — W twoim wieku też byłem skromny. Tylko przypomnij mi, która dziewczyna wczoraj po zmroku wychodziła z twojej komnaty.
— Renata — odparł Rudolf.
— Renata? — Bjorn pokręcił głową. — A ta przedwczoraj?
— Anna — podpowiedział Hugo.
— Anna była w poniedziałek! — zawołał Rudolf. — Przedwczoraj była Zofia.
Bjorn zastanowił się teatralnie, drapiąc wąsy.
— W takim razie wczoraj musiała być Żaneta.
— Luc, wyjaśnij nam wreszcie, jak ty się w tym nie gubisz.
Hugo uderzył dłonią w stół. Rudolf oparł się na ramieniu Etienne’a i śmiał się tak długo, aż zabrakło mu oddechu. Nawet Etienne, który zwykle trzymał poważną minę, nie potrafił się opanować. Luc wcisnął twarz w wielki puchar z winem i udawał, że nie słyszy ani słowa.
— Rycerze Chrystusa — mruknął Robert, odkładając skórkę owocu. — Prawdziwy przykład dla młodzieży.
— Nasza młodzież daje sobie radę bez przykładu — odpowiedział Bjorn.
Śmiech powoli ucichł. Służąca o ciemnych oczach zatrzymała się przy studni, skąd miała dobry widok na stół. Przez chwilę poprawiała dzban, choć nic w nim nie wymagało poprawy. Hugo szturchnął Bjorna łokciem.
— Ta jest naprawdę piękna.
Bjorn zerknął za ramię i od razu zrozumiał, dokąd patrzy dziewczyna. Przez kilka sekund obserwował ją z miną człowieka rozważającego poważną sprawę.
— Owszem. Tyle że te ciemne oczy zerkają w inną stronę.
Wskazał Roberta. Dziewczyna akurat odwróciła wzrok od rycerza z pomarańczą, gdy ten podniósł ku niej głowę i uśmiechnął się lekko.
Hugo oraz Bjorn spojrzeli na siebie. Obaj przybrali uroczyste miny, skinęli zgodnie głowami i unieśli puchary do niemego toastu. Robert wyjął z owocu kolejną cząstkę.
— Na waszą dojrzałość — powiedział.
W tej samej chwili od bramy rozległ się tętent. Koń wpadł na plac targowy i przebiegł obok studni, zanim jeździec zdołał go ściągnąć. Zwierzę miało boki pokryte pianą, a jego jeździec wyglądał na człowieka, który od wielu dni spał wyłącznie w siodle. Nosił cięższy, ciemny strój niż mieszkańcy południa, a podróżny płaszcz był brudny od błota zaschniętego na kilku warstwach.
— Panie! — zawołał do przechodnia. — Nie widziałeś templariuszy?
Przechodzień wskazał dziedziniec zajazdu. Widział tam sześciu konnych podróżnych, ale nie wiedział, kim są. Jeździec nie miał już siły wypytywać kolejnych ludzi.
Jeździec podjechał na dziedziniec, zeskoczył z konia i zachwiał się, kiedy nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Popatrzył na sześciu mężczyzn w kapturach, potem na wino i resztki kolacji. Po ich ubraniach nie potrafił poznać, czy trafił właściwie.
— Szukam templariuszy — powiedział z wysiłkiem.
Robert wstał. Zdjął ciemny płaszcz podróżny i odrzucił go na oparcie ławy. Pod nim ukazała się biała szata z czerwonym krzyżem templariuszy. Podszedł do jeźdźca, który wreszcie zobaczył, kogo ma przed sobą.
— Znalazłeś ich. Co się stało?
— Panie, wybacz. Nie rozpoznałem was pod tymi płaszczami.
Rudolf odsunął płótno z najbliższej tarczy. Na białym polu widniał ten sam czerwony krzyż.
— Nie każdą drogę przemierzamy z krzyżem na widoku — odparł Robert.
Posłaniec spuścił wzrok, zmieszany i wyczerpany, lecz wyraźnie uspokojony.
— Wybacz, panie. Przywożę wiadomość.
Przyklęknął na jedno kolano i wysunął spod pasa pergamin zabezpieczony woskiem. Robert odebrał pismo, rozpoznał pieczęć i rozwinął je przy ogniu. Pozostali przestali żartować. Odczytał zawartość, a potem podał list Hugonowi.
Hugo przesunął palcem po zapisanych liniach. Zmrużył oczy, gdy dotarł do końca, i przekazał pergamin Etienne’owi, od którego przejął go Bjorn. Rycerz z wielkimi wąsami przeczytał kilka zdań i gwizdnął cicho.
— Zaproszenie do hrabiny. Miła odmiana po tej gospodzie.
Rudolf uśmiechnął się, lecz Robert nie podjął żartu. List trafił w końcu do Luca, który odstawił puchar i przeczytał go bardzo uważnie. Potem uniósł głowę.
— To nie zaproszenie.
— A cóż innego? — zapytał Bjorn.
— Między wierszami jest prośba o pomoc. Hrabina pisze tak, jakby ktoś mógł przechwycić list. Chce, żebyśmy przyjechali, ale nie może napisać dlaczego.
Robert skinął głową, a Etienne spojrzał na posłańca, który nadal stał przy koniu.
— Masz imię? — zapytał.
— Arnaud, panie.
— Arnaudzie, zjesz dziś ciepłą wieczerzę. Potem opowiesz nam o drodze, którą przebyłeś. Jutro ruszamy.
Posłaniec zaczął coś mówić, lecz nie zdążył. Robert ujął go za ramię i wskazał ławę przy stole.
— Najpierw jedz. Jedna noc odpoczynku niczego nie zmieni, a ty nie dożyjesz rana, jeśli zaraz nie odpoczniesz.
Arnaud usiadł ciężko. Hugo odsunął przed niego misę z pieczonym kurczakiem.
ROZDZIAŁ 7. List od hrabiny
Arnaud spał do południa. Kiedy obudził się w małej izbie nad stajnią, słyszał już na dziedzińcu szczęk uzdy i rozmowy o drodze na północ. Templariusze postanowili nie zwlekać z wyjazdem. Mieli przed sobą tygodnie podróży przez dolinę Rodanu i ziemie leżące za nią; na niektórych odcinkach trakty były wybrukowane, lecz dalej trzeba było liczyć na przeprawy, podróżne gospody oraz uprzejmość miejscowych panów.
Przed wyruszeniem Robert kazał mu jeszcze raz opowiedzieć o hrabinie Adelajdzie. Posłaniec znał jej dwór od dzieciństwa, ale na pytania dotyczące listu reagował wymijająco. Bał się nawet wymówić imię człowieka, którego podejrzewał o największe zbrodnie.
— Hrabina kazała mi znaleźć was, panie. Nie kogokolwiek w białym płaszczu. Was sześciu.
— Skąd wiedziała, że jesteśmy na południu? — spytał Etienne.
— Otrzymała wiadomość od znajomego kupca. Widział was kilka dni temu przy przeprawie.
— A jeśli opuścilibyśmy Prowansję wcześniej?
— Miałem szukać, dopóki nie znajdę.
Robert obejrzał pieczęć na pergaminie. Przedstawiała wieżę i gałąź ułożone w tarczy herbowej. Sam list był napisany starannie, z grzecznościowymi formułami należnymi rycerzom, których gospodyni zaprasza pod swój dach. Nie wspominał o żadnym wrogu. Jedno zdanie powtarzało jednak prośbę, żeby przybyli przed końcem żniw, gdyż później drogi mogą zostać zamknięte. Hrabina pisała także o obowiązku dochowania opieki tym, którzy powierzyli jej życie.
Pod listem nie było prośby o wojowników ani wzmianki o napadach. Robert przeczytał jeszcze raz ustęp o ludziach oddanych pod opiekę hrabiny. Nie był to zwrot, jakiego używa się przy zaproszeniu na ucztę. Adelajda odpowiadała za życie innych, a najwyraźniej nie mogła tego obowiązku wypełnić sama. Ważniejsze od wymyślnie dobieranych słów było to, że pieczęć pozostała nienaruszona mimo drogi Arnauda.
— Luc miał rację — powiedział Robert. — Ona nie liczy na zwykłą wizytę.
— Czemu nie napisała prawdy? — zapytał Rudolf.
— Gdyby prawda mogła swobodnie podróżować z jej ziem, nie wysyłałaby po nas człowieka wykończonego pościgiem.
Bjorn uniósł brew.
— Pościgiem?
Robert wskazał porwane brzegi podróżnego płaszcza Arnauda.
— Na jego ramieniu są ślady cięcia. Przy siodle zmieniono popręg, a na koniu widać stare otarcie. Ktoś próbował go zatrzymać. Przynajmniej raz.
Arnaud opuścił głowę. Wreszcie przyznał, że na jednym z leśnych traktów ścigali go ludzie w czarnych strojach. Uciekł, kiedy koń jednego z napastników przewrócił się przy przekraczaniu strumienia. Pozostali nie mieli tak szybkich wierzchowców.
— Skąd wzięły się te czarne stroje? — spytał Hugo.
— Nie wiem, panie. U nas od dawna można spotkać takich ludzi. Hrabina zabroniła wychodzić z zamku po zmroku bez straży.
Robert zwinął list i schował go pod płaszcz.
— W takim razie ruszamy.
Przy bramie zajazdu Luc obejrzał się jeszcze ku kuchni. Dziewczyna, z którą rozmawiał poprzedniego wieczoru, stała w cieniu arkad. Pomachała mu dyskretnie. Młody templariusz odpowiedział, choć dostrzegł zaraz, że Bjorn obserwuje go z siodła.
— Ani słowa — ostrzegł.
— O Żanecie? — zapytał Bjorn z niewinną miną.
— O niczym.
— W takim razie nie będziemy rozmawiać o niczym przez całą drogę.
Hugo parsknął, ale Robert ruszył już w stronę bramy. Zostawili za sobą miasteczko i winnice, kierując konie ku północnym przełęczom.
Podczas pierwszego tygodnia jazdy narzekali głównie na deszcz, który przychodził od północy, i na kończące się suche płaszcze. Hugo twierdził, że człowiek wyruszający z Prowansji powinien mieć prawo odmówić podróży, jeśli na drugim końcu czeka zimno. Etienne sprawdzał przeprawy, a Luc pilnował Arnauda, kiedy ten nocą budził się przekonany, że słyszy ścigających go jeźdźców. Przewodnik coraz mniej obawiał się swoich towarzyszy, lecz nie potrafił pozbyć się lęku przed powrotem do domu.
ROZDZIAŁ 8. Granica hrabstwa
Po trzech tygodniach jazdy byli już daleko od doliny Rodanu, na północ od Paryża, wśród lasów Valois i dróg prowadzących ku Senlis. Wjechali w kraj chłodniejszych nocy, większych lasów oraz wsi rozrzuconych między polami. Na północ od ostatniego większego miasta droga prowadziła przez pagórki pocięte strumieniami. Wzniesiono tam niewielkie grody, których drewniane palisady wyglądały ubogo przy kamiennych umocnieniach południa. Miejscowi podróżowali uzbrojeni, a po zmroku zamykali nawet drobne przeprawy przez rzeki.
Najważniejsze drogi krzyżowały się przy Senlis, ale Arnaud omijał ruchliwsze przeprawy, odkąd znaleźli się w pobliżu ziem hrabiny. Jej zamek stał dalej od miasta, gdzie wielkie trakty rozchodziły się na drogi prowadzące do młynów, wapienników oraz niewielkich wsi. Rankiem w zagłębieniach pól zalegała mgła, a gliniasta ziemia przywierała koniom do kopyt.
Kilka dni wcześniej minęli wóz kupca jadącego na południe. Człowiek ten radził im nie zbaczać z większych dróg, ponieważ na leśnych odcinkach ginęli podróżni. Arnaud nie odpowiedział mu wtedy, że właśnie tam prowadzi jego droga. Teraz, widząc świeżo ścięte gałęzie na skraju duktu, nie miał wątpliwości, że ostrzeżenie dotyczy ziem Adelajdy. W jednym z gospodarstw poprosił o wodę dla koni. Stary gospodarz nie chciał pieniędzy; spytał tylko, czy rycerze są ludźmi biskupa. Kiedy Arnaud zaprzeczył, człowiek otworzył bramę, lecz nie opuścił dłoni z zasuwy, dopóki nie przejechali dalej. Podróż przez kraj, gdzie nawet prośba o wodę budziła strach, powiedziała Robertowi więcej niż niejedna opowieść posłańca.
Arnaud prowadził templariuszy od dwóch dni bocznymi ścieżkami. Znał miejsca, w których można było poić konie, i gospodarzy skłonnych otworzyć drzwi nieznanym przybyszom. W miarę zbliżania się do granicy ziem Adelajdy coraz rzadziej spoglądał ludziom w oczy. Kilka razy zatrzymywał konia, żeby posłuchać, czy z lasu nie dochodzą odgłosy innych jeźdźców.
Przy starym kamieniu granicznym, na którym zachował się wyryty znak hrabiowskiego rodu, wreszcie ściągnął wodze.
— Panie, dalej już nie pójdę.
Robert zatrzymał się obok.
— Przejechałeś pół kraju, żeby nas tu doprowadzić. Czego się boisz na ostatnim odcinku?
Arnaud spojrzał ku lasowi. Ścieżka niknęła między wysokimi bukami, a w wilgotnych zagłębieniach stała woda po niedawnym deszczu.
— Tamci mają ludzi na drogach. Przyjechałem do was tylko dlatego, że pani Adelajda wyjechała z zamku z całym wojskiem. Pozorowała ruch na ziemie biskupa. Wszyscy obserwowali ją, a ja mogłem przemknąć inną drogą. Nawet wtedy ledwo uszedłem z życiem. Teraz hrabina mogła wrócić, ale może też nadal być w polu. Nie wiem, panie.
— Biskupa? — zdziwił się Robert.
— Tak.
Robert obejrzał zalesione zbocze. Z daleka słychać było stukot dzięcioła i odgłosy wody spływającej w głębi jaru.
— Dobrze. Dowiemy się wszystkiego we właściwym czasie. Trzymaj się za naszymi plecami i nie oddalaj. Jeśli każę ci przyspieszyć, zrobisz to bez pytania.
— Panie, chciałbym wrócić do domu.
— Dlatego musisz trzymać się z nami.
Etienne poprawił skórzany pasek przy tarczy. Wjechali w las kolejno, pozostawiając między końmi tyle miejsca, żeby można było dobyć mieczy. Gałęzie tworzyły nad drogą zielone sklepienie. Przy starych kamieniach leżały ślady niedawno palonego ogniska. Ktoś wyciął z pobliskiego drzewa pas kory, jakby oznaczał drogę dla swoich.
Ślady na drzewach nie wyglądały na znaki drwali. Odsłonięta kora ciemniała przy samym rozwidleniu, na wysokości dłoni jeźdźca. Robert nie kazał jej dotykać. Zapamiętał miejsce, choć nie wiedział jeszcze, czy ci, którzy oznaczyli drogę, zamierzali nią przyprowadzać ludzi, czy kierować stworzenia omijające zamieszkane trakty.
Arnaud drżał coraz mocniej. Kiedy Rudolf odwrócił się, żeby sprawdzić, czy przewodnik nadal za nimi jedzie, zobaczył jego twarz mokrą od potu. Posłaniec usiłował coś powiedzieć, ale Robert uniósł rękę.
Przez moment cała szóstka nasłuchiwała. Zza zakrętu dochodziło skrobanie łańcucha o kamienie, a potem cichy, chrapliwy pomruk. Robert wysunął miecz z pochwy i spojrzał na swoich ludzi.
— Miecze w dłoń. Szarża.
Rycerze zareagowali natychmiast. Ustawili klingi wysunięte przed siebie pod osobliwym kątem, osłaniając ręką rękojeść i część przedramienia. Arnaud nigdy nie widział takiej techniki. Zanim zdążył zapytać, co zamierzają zaatakować, pięć koni ruszyło za Robertem galopem, a leśny dukt wypełnił tętent kopyt.
Za zakrętem drogę blokowało kilkunastu zbrojnych. Część miała skórzane pancerze i siekiery, pozostali ubrani byli całkiem na czarno. Dwóch trzymało ciężkie łańcuchy przyczepione do obroży stworzenia stojącego pośród nich. Przypominało wielkiego psa, lecz jego przednie kończyny były zbyt długie, a tylne utrzymywały potwora niemal pionowo. Czarna sierść przylegała do masywnych mięśni. Warg uniósł łeb, zanim jego panowie zorientowali się, że ktoś nadjeżdża.
Rzucił się naprzód z takim impetem, że jeden z trzymających łańcuch runął na kolana. Drugi puścił go, kiedy zwierzę wyszczerzyło zęby i szarpnęło obrożą. Dopiero wtedy bandyci obrócili się ku zakrętowi. Łucznicy usiłowali nałożyć strzały na cięciwy, lecz templariusze byli już zbyt blisko.
Robert przejechał przez pierwszą linię, przecinając ramię człowieka z łukiem. Bjorn uderzył stojącego obok zbója tak mocno, że miecz wyrwał mu broń z dłoni. Rudolf wcisnął konia w lukę między dwoma napastnikami i ciął raz w prawo, raz w lewo. Etienne trzymał się po zewnętrznej stronie drogi, osłaniając Luca, który walczył zaciekle, lecz z konieczną ostrożnością młodego człowieka znającego własne ograniczenia. Hugo nie próbował omijać napastników: jego koń uderzył barkiem w jednego z mężczyzn, a gdy ten zatoczył się pod drzewo, templariusz dosięgnął go mieczem.
Warg skoczył ku Robertowi. Ciężkie łapy wyrzuciły pod siebie ziemię, gdy bestia odbiła się od drogi. Wojownik pochylił się nisko na siodle i puścił uzdę jedną ręką. Ostrze przecięło odsłoniętą szyję potwora w chwili, gdy jego szczęki zamykały się na pustce. Ciało przeleciało obok konia i runęło między drzewa. Łeb poleciał dalej, wirując na wysokości kolan jeźdźców.