E-book
6.83
drukowana A5
29.98
drukowana A5
Kolorowa
54.68
Tango zmysłów

Bezpłatny fragment - Tango zmysłów

poezja miłosna

Objętość:
132 str.
ISBN:
978-83-8245-861-9
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 29.98
drukowana A5
Kolorowa
za 54.68

„Strach to

najokrutniejszy i najbardziej nieudolny

krawiec świata…

wiele spodni szczęścia skróci za bardzo…

wiele sukienek miłości utnie za krótko

i człowiek chodzi nago bez miłości.”

~ Beata Bartosiewicz



Świat wciąż nie rozwiązał dylematu …

czy cieszyć się, że szklanka do połowy pełna

czy może narzekać, że w połowie pusta…

A życie pokazuje, że największą wartością jest nie to,

czy szklanka pełna do połowy czy napełniona po brzegi …

lecz to, że jest ktoś kto ją napełni i poda,

gdy sami nie możemy …

Bunt Emocjonalnego Anioła


Dziękuję z całego serca tym, którzy podarowali mi

najpiękniejszy prezent…

spełnili marzenie mojego życia…


Dziękuję:

Aleksowi Neganowi „za wszystko”

Ani Zapalskiej za wspaniałe i piękne makijaże,

fotografię i grafiki do wybranych wierszy

Piotrowi Zapalskiemu za niesamowity projekt okładki

oraz grafiki do wybranych wierszy

Bea

Tango zmysłów

Wśród głośnych werbli serca, w gorącej bryzie oddechu

Zasłuchany w odwieczną muzykę namiętności

niesiony żarem pragnienia, zmysłów uniesieniem

…weź ją władczo w ramiona

I tańcz z nią … tango miłości

Niczym gladiatorzy, tancerze, kochankowie

Dwa żywioły… dwa dzikie pragnienia …

dwie namiętności splecione w jedność

W odwiecznym rytmie miłości …

Zatraceni, zgubieni, odnalezieni w siebie …

W erotycznej magii oddania i posiadania…

W zaborczej niewoli wolności zmysłów…

W napięciu mięśni i w zapomnieniu

W pamięci uniesień …w każdym bezdechu

w gniewnym pożądań zapomnieniu..?

Ty… ona… serca werble, muzyka,

Wasze ciała i rytm ...erotyki tanga

Zwycięstwo zmysłów, dzikość natury, wolność uniesień

W zwartej walce ciał …w jedności pragnień

Oddech, dotyk, smak, niepokój

Uniesień szepty i ten odwieczny żar ...dotyk, smak

władcze … niemal brutalne splecenie dłoni..

Zniewolona czułość dotyku …

Złączeni w jedność ognia… w siłę wulkanu


To znów w ciszę strumyka…

By zaraz stać się wodospadem w oceanie doznań

Tańcz.. kochaj … walcz… kochaj…

Szał, dzikość, cisza, muzyka, krok, dotyk

I ta gra doznań… satyny i aksamitu ciał

Niemalże gniewnie władasz jej zmysłami

Krok po kroku zniewalasz… a ona podąża za Tobą

W objęciach dzikiej muzyki oddechu..

w serca pragnieniu… ogniu pragnienia, zmysłów gniewie

Żarem oczu, dłońmi, zmysłami…

Krok za krokiem biegnie do Ciebie

Biegnie ku tobie i znów się wymyka

I znów się zbliża, hipnotyzującym ruchem bioder

Krok… ruch ...namiętność …

Dziki jęk… namiętny szept … werble serca

Nierozerwalny węzeł spojrzeń… dotyku płomień

I nagle cisza …

bezdech, bezruch ciał

W uniesienie ostatnich akordów namiętności

Tańcz … kochaj … tańcz… to tango miłości

Piotr Zapalski „Tango Zmysłów”

Po-prostu…

Po-prostu przyjdź…

Tak zwyczajnie przyjdź…

Stań tuż przy niej tak pewnie,

że aż bezczelnie…

i wypełnij sobą jej horyzont

Bo jesteś już w myśli każdej,

w serca dźwięku każdym.

Swymi ramionami obejmij

jej świat, noc, dzień i serce.

Przyjdź i tak na nią patrz …

Tą pewnością spojrzenia,

którego pełne Twe myśli,

którego pełne słowa…

Patrz na nią… tym spojrzeniem

Tak pewnym, że aż blaskiem

dojrzeń bezczelnym

Patrz w nią

Tym wzrokiem „łobuza”,

czule budząc ogień

Rozpal… nie, nie, nie nadzieję

a spokój i pewność rozpal…

Tym jedynym…

też rozpal… namiętność.

Pewnym i głębokim spojrzeniem

jedynym Tym, co wypływa

z głębin serca.


Rozświetl w niej wszystkie

niejasne myśli… Niech staną się one

świetlików milionem,

który rozjaśni nocy mrok każdej.

Niech będą jak Gwiazdy

Te oczy Twoje, które jak one

drogą być mogą…

By po nich mogła

Swymi zmysłami, uczuć ciepłem

iść…

Tam skąd wypływa światło

i żar… spojrzenia Twego

Patrz…

tak pewnie, że niemal bezczelnie

Niech oczu Twych blask

będzie drogą do Ciebie

i nie… z powrotem.

Przyjdź… Tak zwyczajnie,

tak normalnie przyjdź…

I patrz… na nią… tak namiętnie

uczuć swych blaskiem,

pragnień tajemnicą

i serca biciem pewnym

Patrz… tak… By mogła…

Przyjść i być … na zawsze

Stanąć przed Tobą …

Tak pewnie, że aż bezczelnie

i stać się horyzontem

Twych spojrzeń.

By mogła na Ciebie spojrzeć

Tak pewnie…


Że niemal bezczelnie…

bezpiecznie namiętnym ogniem

i żarem oczu swych…

Kochać…

Każdym spojrzeniem…

Wszystko, co Tobą

By… W Tobie…

Kochać… blaskiem serca

te wszystkie cienie Twoje

i wątpliwości Twoje

i każdą pewność… nawet bezczelną

i Twej mądrości ciepłe światło

Patrz na mnie…

Bym mogła… znów zapalić

oczu swych ciepłem spojrzeń

milion świetlików

na Twych myśli niebie.

By nawet w noc okradzioną z gwiazd

nie rzucała cienia… na szczęście…

Byś widział uczuć jasność,

która jak droga bezpiecznie i pewnie

Prowadzi do… zawsze i jestem.

Bo każdy z świetlików miliona

to uczuć iskierki…

które w sercu spojrzenia

odnajdziesz… zawsze.

Więc przyjdź… Tak zwyczajnie…

Tak banalnie… po-prostu

Tak pewnie, że aż bezczelnie

Przyjdź i zostań…

Tak pewnie, że aż — tylko

Na zawsze…

Werble ciszy

Jak wirtuoz…

zagraj najpiękniejsze nuty

na czułych strunach jej duszy

Weź we władanie

jej myśli ciszę i ich spokój

Zawładnij rytmem tętnic

jak dyrygent, maestro

bębnów aplauzem włada

Zniszcz na chwilę, zakłóć…

harmonijny dźwięk serca

wywołując arytmię…

Zawładnij każdą ciszą oddechu…

niech muzyką się stanie…

Głośniejszą, głębszą

Przerywaną chaosu rytmem

Opanuj jak najlepszy muzyk

każde drżenie jej dłoni

Niech w najpiękniejszą sonatę

dźwięk głosu zamieni…

Zawładnij jej zmysłami…

słów prostą akustyką

Zawładnij jej duszą tak…

jak księżyc w swej pełni

włada oceanu melodią fal…

Bądź jak Beethoven

głuchy na świat zewnętrzny


Lecz zasłuchany…

w najpiękniejsze dźwięki…

zagraj na jej sercu,

na jej duszy…

na każdej myśli nucie…

Niepowtarzalne w swej głębi

Najpiękniejsze melodie …

Jak wirtuoz…

weź we władanie

każdą w niej… jej ciszę

Niech melodią się stanie…

Twego serca muzyką

Mahcok | kochaM — mój alfabet Ciebie

Okna źrenic wypełnia kurtyna nocy…

Przymykam oczy…

A nad wzniesieniem bezdroży aorty

Mego miasta uczuć

Rozciąga się

Nieznający zmierzchu,

Górzasty płaskowyż słów odczuć…

Nad nim tańczy…

Pełny dźwięków obłok ciszy

bogatych drżeń serca…

Zagubień oddechów

Który wciąż szuka

Unikalnych kropel alfabetu…

By jak letni deszcz…

Spaść, spłynąć z doskonałości szczytu…

I zasilić, spowite taflą ciszy pełnej uczuć…

Jezioro mych ust…

Obdarzyć je…

jednym… jedynym

niepowtarzalnym kwiatem nenufaru…

Wyrażeniem, słowem

W którego pąkach zamknie się

wszystko…

O czym milczę Tobie…


Świat zna, ma i używa…

Związane znaki alfabetu

w „magiczne” zaklęcie…

Którym uczucia szepcze…

Ja szukam swego…

Bo świata słownik zbyt ubogi…

By wyrazić to…

wszystko

O czym milczy Tobie

Jezioro mych ust…

Ranne Veto

Gdzieś głęboko

Gdzieś tam…

Budzi się we mnie

Jakiś… nieznajomy i znany

Smutek…

Nowy smutek…

Nowy bunt…

Powiew sprzeciwu…

I tarcza czułości…

Gdzieś głęboko we mnie

Budzi się bunt…

Gdy mówisz o Sobie źle

Gdy słyszę…

Te… wszystkie złe słowa,

Które mówisz o sobie sam…

Jakaś cząstka mnie…

Boli… i buntuje się

Gdzieś głęboko we mnie

Jest pragnienie…

By Cię chronić…

Tylko jak… przed Tobą samym?

Twe słowa…

Prawdy Twoje…

Które szanuję…

Lecz jest we mnie bitwa…

gdy o Sobie samym…

choć jedno słowo mówisz złe…


Jakaś cząstka mnie…

Każda myśl…

Czuje wtedy ból…

Nie zgadza się…

Buntuje się,

protestować chce…

Gdzieś głęboko i tak jasno

we mnie rodzi się chęć…

By chronić Cię…

Objąć Skrzydłami…

Gdzieś głęboko…

we mnie…

Schronić…

Budzi się we mnie

Jakiś…

nieznajomy i znany

Bunt…

Który chce krzyczeć…

Tylko Te

o Tobie…

Moje prawdy…

Których nie usłyszysz

W ciszy chronię Je…

Że boleć musi

Nie jestem pięknym motylem,

który ma skrzydła

jak klejnot bezcenny…

Nie jestem motylem,

który szeptem skrzydeł

wielbi słońce…

Nie jestem motylem,

który melodią skrzydeł

zachwyca kwiaty…

Nie jestem motylem

który burz się boi…

Mogę… mam siłę…

Rozprostować poszarpane skrzydła…

Wznieść się ku słońcu…

Pozwolić, by promień

zasuszył je,

jak jesień liście

bez wiosny zostawił…

Nie jestem barwnym motylem…

Motylem… jestem nocy…

Na mych niebarwnych,

postrzępionych skrzydłach

Wzniosę się…

Do światła, które widzę…

bezpieczny kokon przerwany…


Opuściło tarczę, co ukryte było…

wrażliwe, bezbronne…

Mam siłę…

Jestem motylem…

nocy motylem…

Wzniosę się…

Szlakiem iskier gwiazd…

One skrzydłom rozświetlą drogę…

Nie boję się…

Dotknę ognia światła…

Wzniosę się, nie upuszczę…

Nawet iskry…

Jak piękny motyl dnia

w blasku słońca…

Ja ćma…

Zatańczę w blasku ciepła

w płomieni objęciach

Twego światła…

Nie boje się…

Być światła Twego

Motylem nocy…

Ostatnim kamieniem

czasem…

padają najgrubsze mury

a my…

chodź budowaliśmy je

z pietyzmem…

giniemy pod ich gruzem

przygnieceni własnym trudem

zmiażdżeni bezsilności bólem…

nie potrafimy… nie umiemy

Nie chcemy…

już zrobić nic

Nie mamy już sił.

by choć jeden krok zrobić

Już nie potrafimy skrzydeł rozłożyć

skrzydłami serca się wznieść

bo niby po co?

jeśli to, co chronić miało

samo skrzydła łamie

to, co chronić miało

wroga twarz przybrało

A my w swojej głupiej wierze

sami dokładaliśmy kamienie…

do muru, który stał się zagładą…

po co się ranić?

po co, znów skrzydła prostować?


Bez tarczy, bez miecza,

bez skrzydeł, bez serca

czy nie lepiej poczekać

na cios ostatni?

Po co, walczyć? — znów padać…

Po co, budować? — i w gruzie ginąć…

Po co, wciąż leczyć złamane skrzydła?

gdy ledwie zdążysz je rozłożyć

Próbując znów frunąć

znów… do światła się unieść

I jeszcze raz… i raz jeszcze…

A mur, który miał bronić…

skrzydła położy na głazu gilotynie

Zdepcze, zgniecie, zniewoli…

ukarze…

I rzuci kamień ostatni…

W serce… nie w skrzydła…

Więc… po co, walczyć?

Tylko dlatego, że serce bije?

Tylko dlatego, że serce czuje?

Tylko dlatego, że kochać umie…

To serce… co wczoraj nie ma,

Dziś gruzem… a jutro?

Tęsknotą patrzy

To serce… uparte

płomyk nadziei oczu

w pancerzu złamanych skrzydeł…

Gliniane źródło

Bryłka gliny

Zlepek plastycznej gleby

to nie drogocenny kamień

to nie wartości pełna skała…

Glina… okruch ziemi

pozornie lepki

szary, bury, nieciekawy

Jeśli się go zrozumie…

Wartościowszy…

od kamieni szlachetnych.

Bryłka gliny…

szara, bura…

pozornie nieciekawa

zwykła „miska” gliniana…

gdyś głodny…

z niej sobie pojesz.

Dzban z gliny ulepiony…

gdy zaczerpnie się wody

pragnienie ukoi…

obmyje twarz zmęczonych myśli

zwykła miękka ziemi bryłka

nie piękna, nie błyszczy,

nie raduje oka

a jednak…

ma w sobie wartość


Zrozumie, kto głodny

kto spragniony

„zwykłej” źródła wody

Zrozumie…

Niejeden najpiękniejszy diament,

który zimny błyszczący

Drogi, piękny…

Daleki od, gliny bryłki wartości

Nim sobie nie pojesz

Pragnienia nim nie ugasisz..

Kawałka nie ugryziesz

Bo twardy…

Oko pocieszysz chwilę

i tylko tyle…

...być zwykłą bryłką gliny,

nie szlachetnym kamieniem,

nie pięknym diamentem…

być zwykłą niepozorną gliną…

Z której myśli nakarmisz

Z której „studni duszy”

po wieczność czerpać będziesz…

To, czegoś życiem dni spragniony…

Nie jestem diamentem…

Nawet jego miększą podróbką

Nie jestem…

diamentem…

Zamilknę…

Jak strumień górski,

co wodę roztopów niesie…

Zamilknę…

Jak las świerkowy,

co wichrem szarpany

kłania się runa kwiatom

Zamilknę…

Jak fale oceanu,

gdy sztormu siłą brzeg obejmują…

Zamilknę…

Jak skowronek,

gdy wita promienie słońca…

Zamilknę…

Jak deszcz,

gdy burzy łzami się staje…

Zamilknę…

Jak ogień,

gdy kłodę drewna strawia…

Zamilknę…

Jak płatek śniegu,

który ciepła dłoni

dotknął…

Zamilknę…

gdy mówię…

Mówię…

Jedna perłowa łza

Zjawiłeś się nagle

w drzwiach oczu mych

Na wycieraczce rzęs

Zatrzymując się chwilą

uśmiechu mego i…

słodko-słoną łzą jedną

By na policzku mogła delikatnie,

czule błyszczący rysować ślad

By błyskiem pyłu bieli

dotykiem alabastrowych skrzydeł

nocy motyla…

Osuszyć soli ślad…

Jak pocałunkiem…

Słodką i ciepłą…

łzę tylko jedną…

Zjawiłeś się w oczu drzwiach…

By z koronki rzęs do serca..

Spaść..Tak nagle,

jak dotyk ćmy skrzydeł…

Pożera i uszczęśliwia dotyk

światła, ognia…

Ta miodowo — słona łza

Tęsknoty i radości…

Niemym szeptem milczenia…

Tak nagle spadła do serca


Bielą jabłka, złotym ćmy migotaniem

odbijając się echem dudniących

skrzydeł o komnaty serca…

Zamknięte dla świata,

A nie Ciebie

To tlenu zatrzymanie…

Słodko twardy smak

i rozpływająca się w nim

Ta perłowa łza

Ta Ciebie… łza


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 29.98
drukowana A5
Kolorowa
za 54.68