E-book
15.75
drukowana A5
71.75
Tańczący przed Lustrem

Bezpłatny fragment - Tańczący przed Lustrem

Historia (nie)wstydliwa

Objętość:
378 str.
ISBN:
978-83-8455-326-8
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 71.75

Rozdział 1 — Bez odwracania wzroku

28 grudnia 1984 roku.

Byłem sam w domu. Rodzice byli w pracy. Przynajmniej tak wtedy myślałem.

Dzień wcześniej w telewizji leciał program z największymi przebojami mijającego roku. Siedziałem z kasetą przy magnetofonie i nagrywałem, co się dało. Udało mi się złapać Tin Pan Alley Haliny Frąckowiak i To jest tylko rock and roll zespołu Lady Pank.

Kaseta leżała teraz na stole.

Włączyłem ją.

Zamknąłem drzwi. Raz. Potem jeszcze raz sprawdziłem.

Nie dlatego, że ktoś miał przyjść. Tylko dlatego, że mógłby.

W mieszkaniu było ciepło. Zdjąłem z siebie ubranie powoli, jakbym robił coś, co już dobrze znam, ale za każdym razem od nowa.

Zostałem sam.

Podszedłem do lustra w przedpokoju.

Stało tam od zawsze. Tak zwyczajnie, że przestawało się je zauważać.

Spojrzałem na siebie.

Najpierw krótko. Potem dłużej.

Z drugiego pokoju popłynęła znajoma zwrotka To jest tylko rock and roll Lady Pank — piosenki, w której słowa Andrzeja Mogielnickiego i muzyka Jana Borysewicza układały się dla mnie wtedy w coś więcej niż przebój z listy.

Nie rozumiałem jeszcze wszystkiego, co niosły te słowa.

Ale czułem rytm.

Czułem pytanie ukryte w piosence.

Czułem, że muzyka wie o mnie coś, czego ja sam nie umiem jeszcze nazwać.

Poruszyłem się.

Najpierw niepewnie. Jakby ciało sprawdzało, czy może.

Zrobiłem pół obrotu.

Muzyka płynęła dalej.

Obróciłem się wolniej. Tym razem świadomie. Patrząc.

Nie na całość.

Na fragmenty.

Na ruch.

Na to, jak zmienia się obraz w lustrze, kiedy ciało przestaje stać nieruchomo.

Zatrzymałem się tylko na moment.

Potem znowu się poruszyłem.

Już bez zastanawiania się, czy robię to dobrze.

Bez sprawdzania.

Tylko w rytmie.

Na fotelu leżał lis mojej mamy. Wziąłem go i przełożyłem przez ramię. Był ciężki, miękki, chłodny w dotyku. Ogon opadł w dół muskając delikatnie moje pośladki i lekko poruszał się przy każdym ruchu.

Zauważyłem to dopiero po chwili.

I wtedy zobaczyłem siebie naprawdę.

Nie wszystko naraz. Nie całość.

Ruch. Kształt. Zmianę.

W przedpokoju, przed lustrem, którego nie zmieniło nawet tyle lat, tańczyłem nagi w rytmie zwrotki To jest tylko rock and roll i po raz pierwszy patrzyłem na siebie bez odwracania wzroku.

I przez chwilę wszystko się zgadzało.

Nagle usłyszałem zgrzyt zamka w drzwiach wejściowych.

Zamarłem.

Najpierw ciało. Potem myśl.

Ktoś wracał.

Klamka opadła.

I wtedy nie było już dokąd odwrócić wzroku.

Rozdział 2 — Pytanie, które wracało

Nie pamiętam, kiedy dokładnie zadałem to pytanie po raz pierwszy.

Pamiętam tylko, że wracało.

W różnych sytuacjach. Przy obiedzie, podczas spaceru, czasem zupełnie bez powodu, jakby samo chciało się wydostać na zewnątrz.

— Mamo, a dlaczego ludzie nie chodzą bez majtek?

Mama spojrzała na mnie wtedy tak, jak patrzy się na dziecko, które pyta o coś oczywistego.

— Bo tak się przyjęło.

To była odpowiedź, która niczego nie wyjaśniała.

Ale na chwilę wystarczała.

W przedszkolu nikt o tym nie mówił.

Były zabawy, rysowanie, leżakowanie. Czasem ktoś się przewrócił, czasem ktoś płakał, czasem ktoś się śmiał tak głośno, że inne dzieci zaczynały się śmiać razem z nim, choć nie wiedziały dlaczego.

Ciało było czymś zwyczajnym.

Do momentu, w którym przestawało być.

Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Może ktoś coś powiedział. Może ktoś się zaśmiał. Może ktoś zwrócił uwagę, że czegoś „nie wypada”.

Takie rzeczy nie mają jednego początku.

Po prostu pojawiają się i zostają.

W domu było inaczej.

Nie było rozmów na ten temat. Nie było zakazów, które ktoś by jasno wypowiedział.

Było coś mniej uchwytnego.

Cisza.

Tematy, które się omija. Sytuacje, które się kończy szybciej, niż powinny.

Czasem wystarczył jeden gest. Spojrzenie. Słowo rzucone mimochodem.

Wiedziałem, że są rzeczy, o których się nie mówi.

Nie dlatego, że są złe.

Dlatego, że są niewygodne.

— Tato, a ty byś chodził bez majtek?

Zapytałem kiedyś przy kolacji.

Ojciec podniósł na mnie wzrok znad talerza. Przez chwilę nic nie mówił.

— Jedz.

To nie była odpowiedź.

Ale była wystarczająca, żeby więcej nie pytać.

Zacząłem zauważać, że to pytanie nie działa tak jak inne.

Kiedy pytałem, dlaczego pada deszcz, dostawałem odpowiedź. Kiedy pytałem, skąd się bierze śnieg, ktoś próbował mi to wytłumaczyć.

Ale to jedno pytanie zawsze trafiało w coś miękkiego.

W coś, co nie miało jasnych granic.

Nie przestałem go zadawać.

Przestałem tylko robić to na głos.

Dopiero później zrozumiałem, że to nie było pytanie o ubranie.

Tylko o coś, czego wtedy jeszcze nie umiałem nazwać.

Ale to przyszło później.

Najpierw był Kazimierz Dolny.

Zanim był Kazimierz Dolny, było pytanie, które wracało.

Rozdział 3 — Coś się nie zgadzało

Miałem wtedy siedem lat.

Sierpień. Ciepło, które nie męczyło jeszcze tak jak później, tylko rozlewało się spokojnie po całym dniu. Jechaliśmy do Kazimierza Dolnego. Dla mnie to była po prostu wycieczka. Dla rodziców — coś więcej, choć wtedy tego nie rozumiałem.

Nad Wisłą było dużo ludzi.

Ktoś rozkładał koc, ktoś inny wchodził do wody, dzieci biegały po piasku, zostawiając za sobą ślady, które znikały po kilku minutach. Wszystko wyglądało tak, jak powinno wyglądać.

Do momentu, w którym zobaczyłem ich.

Byli trochę dalej. Nie bardzo daleko, ale na tyle, żeby nie być częścią tego samego świata.

Najpierw zobaczyłem, że coś się nie zgadza.

Dopiero potem zrozumiałem co.

Nie mieli na sobie nic.

Siedzieli, leżeli, rozmawiali. Tak zwyczajnie, jak inni ludzie wokół. Jakby to nie było nic szczególnego.

Patrzyłem na nich dłużej niż powinienem.

Nie dlatego, że ktoś mi zabronił. Dlatego, że coś mnie zatrzymało.

Nie rozumiałem tego jeszcze.

— Mamo, dlaczego ci panowie nie mają majtek?

Zapytałem tak, jak zadawałem wszystkie inne pytania.

Bez wahania.

Mama spojrzała w tamtą stronę tylko na chwilę.

— Bo lubią.

Powiedziała to spokojnie. Jakby to była najprostsza rzecz na świecie.

— A my możemy do nich pójść?

Tym razem odpowiedź była szybsza.

— Nie.

Bez wyjaśnienia.

Siedziałem na kocu i co jakiś czas zerkałem w tamtą stronę.

Nie wprost. Ukrycie.

Tak, jakby samo patrzenie było czymś, czego nie powinno się robić zbyt długo.

Zastanawiałem się, co to znaczy „bo lubią”.

Czy to znaczy, że można tak po prostu? Że to jest wybór?

Nie znałem wtedy takich słów.

Ale czułem, że to coś innego niż wszystko, co widziałem do tej pory.

Mama powiedziała później, jakby mimochodem, że tata już tam był.

Kiedy ja bawiłem się w wodzie.

Nie zapytałem o nic więcej.

Nie dlatego, że nie chciałem.

Dlatego, że nie wiedziałem jak.

Patrzyłem na nich jeszcze przez kilka kolejnych dni.

Za każdym razem trochę krócej.

Nie dlatego, że przestawali mnie interesować.

Dlatego, że nauczyłem się, ile można.

Potem zmieniliśmy miejsce.

Inny kawałek brzegu, trochę bardziej na uboczu. Bez ludzi, bez hałasu, więcej ciszy.

Jakby coś zostało za nami.

Ale nie do końca.

Nie wiedziałem jeszcze, że to był początek.

Że ten obraz zostanie ze mną na długo.

Dłużej niż większość rzeczy z tamtego lata.

Dopiero później zobaczyłem coś jeszcze. I znowu coś się nie zgadzało.

Rozdział 4 — Tylko nie patrz!

Było trochę ciszej niż wcześniej.

Nowe miejsce nad Wisłą nie było tak pełne ludzi. Piasek był bardziej wilgotny, jakby rzadziej ktoś po nim chodził. Woda płynęła wolniej, szeroko, spokojnie.

Rozłożyliśmy koc.

Nie zdążyłem się jeszcze dobrze usadowić, kiedy mama powiedziała:

— Idziemy się wykąpać.

Skinąłem głową.

— Ty zostań tutaj. Pilnuj rzeczy.

To też było normalne.

Już miałem wstać, kiedy dodała:

— I nie patrz w naszą stronę.

Zatrzymałem się.

Nie zapytałem, dlaczego?

Nie zapytałem, co to znaczy „nie patrz”.

Po prostu usiadłem z powrotem.

Słyszałem, jak wchodzą do wody.

Najpierw kroki po piasku, potem cichszy dźwięk, kiedy stopy dotykają brzegu, w końcu plusk.

Odwróciłem głowę w przeciwną stronę.

Na chwilę.

Patrzyłem na coś zupełnie zwyczajnego. Na kawałek brzegu, na trawy, na ludzi gdzieś dalej.

Ale to nie działało.

Wiedziałem, że tam są.

Że dzieje się coś, czego nie widzę.

I że właśnie dlatego nie powinienem patrzeć.

Wytrzymałem chwilę.

Potem jeszcze trochę.

Ciekawość rosła powoli, ale uparcie.

Nie była gwałtowna. Nie była nie do opanowania.

Była spokojna.

I przez to trudniejsza.

Odwróciłem głowę.

Najpierw tylko trochę.

Tak, żeby móc powiedzieć sobie, że właściwie nie patrzę.

Zobaczyłem wodę.

Potem ich.

Stali przy brzegu.

Ojciec był odwrócony tyłem.

I był nagi.

Nie tak jak ci mężczyźni wcześniej, tam dalej.

Inaczej.

Bliżej.

Bardziej prawdziwie.

Zamarłem.

Nie dlatego, że coś mnie przestraszyło.

Dlatego, że coś się nagle zgadzało.

Odwróciłem głowę z powrotem.

Szybko.

Jakbym zrobił coś, czego nie powinienem.

Serce biło mi szybciej.

Siedziałem nieruchomo.

Patrzyłem przed siebie, ale niczego już nie widziałem.

Chciałem jeszcze raz.

Bardziej świadomie.

Bez tego pośpiechu.

Bez udawania, że to przypadek.

Odwróciłem się drugi raz.

Tym razem trochę odważniej.

Zobaczyłem go wyraźniej.

Stał spokojnie, jakby to było coś zupełnie naturalnego. Jakby nie było w tym nic, co trzeba ukrywać.

Poczułem coś, czego nie umiałem wtedy nazwać.

Nie był to wstyd. Nie był to strach.

To było coś pomiędzy.

Coś, co przyciągało i jednocześnie kazało uważać.

Odwróciłem się z powrotem.

Tym razem już nie tak gwałtownie.

Siedziałem chwilę bez ruchu.

Potem spojrzałem przed siebie.

Na rzekę, na piasek, na wszystko, co było zwyczajne.

Ale to już nie było to samo.

Wtedy po raz pierwszy pomyślałem:

że to, co widziałem wcześniej, tam dalej, nie było przypadkiem.

I że to nie dotyczy tylko innych ludzi.

Nie odezwałem się ani słowem.

Bo czasem najważniejsze zaczyna się właśnie od słów: tylko nie patrz.

Rozdział 5 — Pierwsze słowo

Nie pamiętam całego artykułu.

Pamiętam tytuł.

I to, że babcia przez chwilę nie chciała go przeczytać.

Siedzieliśmy przy stole. Jak zwykle. Ona z gazetą, ja obok, czekający na kolejne wiadomości ze świata, który wtedy sprowadzał się głównie do tego, co ktoś dorosły uznał za warte przeczytania na głos.

Zatrzymała się.

Na chwilę.

Jakby coś ją zaskoczyło.

— Tego nie będę czytać.

Podniosłem głowę.

— Dlaczego?

Nie odpowiedziała od razu.

To była ta sama cisza, którą znałem już z domu. Ta, w której nie chodzi o brak słów, tylko o to, że coś lepiej zostawić niewypowiedziane.

— Bo nie.

To znowu niczego nie wyjaśniało.

A właśnie dlatego chciałem wiedzieć jeszcze bardziej.

— Przeczytaj.

Nie podniosłem głosu. Nie nalegałem.

Po prostu powtórzyłem.

— Przeczytaj.

Spojrzała na mnie. Dłużej niż zwykle.

Jakby próbowała zdecydować czy to jest jeden z tych momentów, w których trzeba postawić granicę.

Albo ją przesunąć.

Przeczytała.

Nie wszystko.

Tyle, ile uznała za bezpieczne.

Artykuł był o tym, że nudyści chcą mieć swoją plażę. Że rozmawiają z władzami. Że próbują coś zorganizować.

Słuchałem uważnie.

Nie dlatego, że to było ciekawe.

Dlatego, że to było znajome.

— Babciu, a co to są nudyści?

Zapytałem, kiedy skończyła.

Tym razem nie zawahała się.

— To są ludzie, którzy chodzą nago.

Powiedziała to spokojnie. Bez emocji.

Jakby mówiła o czymś zwyczajnym.

Kiwnąłem głową.

Nie zapytałem o nic więcej.

Nie było potrzeby.

Bo już wiedziałem.

To słowo połączyło wszystko.

Tych mężczyzn nad Wisłą. To, co zobaczyłem później. To, o czym nie mówiło się wprost.

To nie był przypadek.

To byli nudyści.

Siedziałem jeszcze chwilę przy stole.

Babcia odłożyła gazetę i zajęła się czymś innym.

Dla niej to był tylko artykuł.

Dla mnie coś więcej.

Pierwsze słowo.

Rozdział 6 — Między wyjściem a powrotem

Najłatwiej było wtedy, kiedy nikogo nie było.

Nie trzeba było zamykać drzwi na klucz. Nie trzeba było sprawdzać dwa razy, czy ktoś zaraz nie wejdzie. Wystarczała cisza w mieszkaniu i to charakterystyczne poczucie, że przez jakiś czas wszystko zależy tylko ode mnie.

Zostawałem sam.

I wiedziałem już, co to znaczy.

Na początku robiłem to szybko.

Jak coś, co trzeba zdążyć zrobić, zanim ktoś wróci.

Zamykałem drzwi do pokoju, zdejmowałem z siebie ubranie niemal jednym ruchem i przez chwilę stałem w miejscu, nasłuchując.

Czy na pewno jestem sam?

Czy naprawdę mogę?

Potem było inaczej.

Wolniej.

Już nie chodziło o to, żeby zdążyć.

Chodziło o to, żeby pobyć w tym stanie choć trochę dłużej.

Chodziłem po pokoju bez celu.

Od okna do drzwi. Od drzwi do ściany.

Czasem zatrzymywałem się przy lustrze. Tym samym, które widziałem codziennie, ale tylko czasem patrzyłem w nie tak jak wtedy.

Nie zawsze.

Nie za długo.

Wyobrażałem sobie, że jestem gdzie indziej.

Nie w pokoju.

Na plaży.

Tam, gdzie widziałem tamtych ludzi nad Wisłą. Albo tam, gdzie — jak już wiedziałem — byli nudyści.

Nie znałem tego miejsca.

Ale wiedziałem, jak może wyglądać.

Czasem siadałem na podłodze.

Czasem kładłem się na łóżku.

Nic się nie działo.

I właśnie to było najważniejsze.

Nie myślałem o tym, czy robię coś dobrze.

Nie myślałem nawet o tym, czy powinienem.

To przychodziło dopiero później.

Kiedy wszystko się kończyło.

Wtedy ubierałem się szybko.

Znowu jednym ruchem.

Jakby ktoś mógł zobaczyć mnie w ostatniej chwili.

Jakby trzeba było wrócić do tego, co normalne.

Z czasem nauczyłem się jednego.

Że to, co robię, musi się zmieścić między wyjściem a powrotem.

Między jednym dźwiękiem klucza a drugim.

I że nikt nie może o tym wiedzieć.

Nie było w tym planu.

Nie było żadnej decyzji.

To się po prostu powtarzało.

Coraz częściej.

Wszystko musiało się zmieścić między wyjściem a powrotem.

Rozdział 7 — Na papierze

Miałem dziewięć lat.

W domu pojawiło się coś nowego.

Czasopismo.

Rodzice zaczęli kupować Veto.

Na początku nie zwróciłem na to większej uwagi. Leżało na stole razem z innymi gazetami, które przeglądało się szybko albo wcale.

Do momentu, w którym zobaczyłem jeden artykuł.

Zatrzymałem się.

Usiadłem.

I zacząłem czytać.

To było coś zupełnie innego niż wszystko, co widziałem wcześniej.

Nie chodziło o to, że było nowe.

Chodziło o to, że było znajome.

Były tam zdjęcia.

Ludzie. Nadzy. Uśmiechnięci.

Nie ukrywali się. Nie byli gdzieś daleko, za drzewami, jak tamci nad Wisłą.

Byli w środku.

Na papierze.

Usiadłem wygodniej.

Przewróciłem stronę.

Potem kolejną.

Nie spieszyłem się.

Tym razem nie musiałem.

Kiedy byłem sam w domu, wracałem do tego.

Brałem gazetę i siadałem w pokoju.

Czasem na krześle. Czasem na podłodze.

Zamykałem drzwi.

I znowu byłem sam.

Z czasem to przestało być tylko czytanie.

To było coś więcej.

Nie potrafiłem tego wtedy nazwać.

Ale wiedziałem, że nie chodzi tylko o słowa.

Zdejmowałem z siebie ubranie.

Powoli.

Nie tak jak wcześniej, kiedy wszystko trzeba było zrobić szybko.

Teraz było inaczej.

Jakby jedno wynikało z drugiego.

Obraz z gazety. Ruch. Cisza w pokoju.

Siedziałem i czytałem.

Wracałem do tych samych fragmentów.

Nie dlatego, że były trudne.

Dlatego, że chciałem je zapamiętać.

Nie było w tym pośpiechu.

Nie było napięcia.

Było skupienie.

Z każdym kolejnym numerem wiedziałem coraz więcej.

Nie tylko o tym, że tacy ludzie istnieją.

Ale że to jest coś większego.

Że to ma swoją nazwę.

Swoje miejsca.

Swoje zasady.

To nie był przypadek.

To nie była jedna sytuacja nad Wisłą.

To było naprawdę. Na papierze.

Rozdział 8 — Z drugiej strony

Nie zdążyłem się ruszyć.

Stałem w przedpokoju, dokładnie tam, gdzie przed chwilą wszystko było jeszcze proste. Muzyka grała dalej. Ta sama zwrotka, ten sam rytm, który przed chwilą niósł mnie bez wysiłku.

Teraz nie było w nim nic.

Tylko dźwięk.

Klamka opadła.

Drzwi otworzyły się szybko, jak zawsze. Bez zawahania.

Ojciec wszedł do środka.

Zatrzymał się.

Na chwilę.

Nie powiedział nic.

To była sekunda.

Może dwie.

Wystarczająco długo, żeby zobaczyć wszystko.

Za krótko, żeby cokolwiek z tym zrobić.

Nie próbowałem się zasłonić.

Nie dlatego, że nie chciałem.

Dlatego, że nie zdążyłem.

Stałem.

On patrzył.

— Co to ma znaczyć?

Głos był spokojny. Nie podniesiony. Nie ostry.

I właśnie dlatego trudniejszy.

Nie odpowiedziałem.

Nie dlatego, że nie wiedziałem co powiedzieć.

Dlatego, że nie było żadnej odpowiedzi, która mogłaby coś zmienić.

Zrobiłem krok.

W stronę pokoju.

Jakby to miało coś naprawić.

Jakby można było cofnąć ostatnie kilka sekund.

— Ubierz się.

Tym razem szybciej.

Krótko.

Bez miejsca na cokolwiek więcej.

Posłuchałem.

Ruchy, które jeszcze przed chwilą były spokojne, teraz były nerwowe. Ubranie leżało w pokoju, dokładnie tam, gdzie je zostawiłem. Zakładałem je szybko, bez patrzenia, czy wszystko jest na swoim miejscu.

Byle szybciej.

Byle przestać być widocznym.

Nie spojrzałem na niego.

Ani razu.

Wrócił do przedpokoju.

Zostawił mnie w pokoju.

Muzyka dalej grała.

Jeszcze przez chwilę.

Potem się zatrzymała.

Taśma doszła do końca.

Stałem nieruchomo.

Ubrany.

Tak jak powinienem.

I wiedziałem już, że coś się zmieniło.

Nie chodziło o to, co zobaczył.

Chodziło o to, że ja też to zobaczyłem.

Z drugiej strony.

Rozdział 9 — To coś dla Marcina

Dwa dni później temat wrócił.

Nie dlatego, że ktoś chciał do niego wracać.

Wrócił sam.

Jak czasem wracają rzeczy, które miały zostać zamknięte.

Był 30 grudnia 1984 roku. W domu pachniało jeszcze świętami, ale święta właściwie już się skończyły. Choinka stała w pokoju, trochę mniej uroczysta niż kilka dni wcześniej. Bombki wisiały tak samo, lecz coś w powietrzu było już inne. Jakby zaczynało się zwykłe czekanie na Nowy Rok.

Ojciec siedział z programem telewizyjnym.

Czytał na głos, co będzie wieczorem.

Robił to czasami. Nie wiem, czy bardziej dla siebie, czy dla nas. W tamtych czasach program telewizyjny miał w sobie coś z mapy. Pokazywał, co można zobaczyć, zanim jeszcze się to zobaczyło. A jeśli czegoś nie było w programie, to tak jakby nie istniało.

Siedziałem niedaleko.

Udawałem, że nie słucham.

Ale słuchałem.

Ojciec przesuwał palcem po rubrykach.

Film. Dziennik. Jakiś program rozrywkowy. Coś dla dzieci. Coś późnym wieczorem.

Nagle zatrzymał się.

— O — powiedział. — Wieczorem będzie film dokumentalny Naturyści.

Zastygłem.

Nie poruszyłem się, ale w środku coś natychmiast się napięło.

To słowo znałem już dobrze.

Nie musiałem pytać, co znaczy.

Nie wiedziałem wtedy jeszcze, kim był Antoni Orwiński, jego reżyser. Wiedziałem tylko, że tytuł uderzył dokładnie w to miejsce, które od dwóch dni próbowałem w sobie ukryć.

Mama usłyszała tytuł.

Uśmiechnęła się pod nosem. Nie był to uśmiech zły. Raczej taki, który dorosłym wydaje się niewinny, a dziecku potrafi zostać w pamięci na całe życie.

— To coś dla Marcina — powiedziała z ironicznym uśmiechem.

W pokoju zrobiło się trochę ciszej.

Może tylko dla mnie.

Nie odpowiedziałem.

Nie wiedziałem, czy powinienem się roześmiać, zaprzeczyć, obrazić, udać, że nie rozumiem.

Wybrałem najbezpieczniejsze rozwiązanie.

Milczenie.

Tytuł filmu został w powietrzu.

Naturyści.

Już nie artykuł. Nie gazeta. Nie opowieść babci. Nie ludzie widziani z daleka nad Wisłą.

Film.

Ruchomy obraz.

Coś, co miało się wydarzyć na ekranie, w naszym mieszkaniu, wieczorem, kiedy wszyscy będą siedzieć przed telewizorem.

Oczywiście nie pozwolono mi oglądać.

Nie pamiętam dokładnie, kto to powiedział.

Może mama. Może ojciec. Może nikt nie musiał.

Czasem zakaz nie potrzebuje zdania.

Wystarczy ton rozmowy.

Wystarczy spojrzenie.

Wystarczy to, że dorosły uzna, że dziecko już wie, gdzie jest granica.

Wieczorem telewizor świecił w pokoju.

Powinienem już leżeć w łóżku.

Leżałem.

Tylko nie tam, gdzie trzeba.

Położyłem się na brzuchu na podłodze w przedpokoju i wysunąłem głowę na tyle, żeby widzieć ekran telewizora.

Niewiele.

Fragment obrazu. Kawałek światła. Ruch postaci, który czasem znikał, gdy ktoś w pokoju przesunął się w fotelu.

Tyle wystarczało.

Nie mogłem oddychać zbyt głośno. Nie mogłem się poruszać. Podłoga była twarda, chłodna, niewygodna, ale nie miało to znaczenia.

Patrzyłem.

Nie dlatego, że chciałem komuś zrobić na złość.

Dlatego, że nie umiałem nie patrzeć.

To było dziwne uczucie.

Być jednocześnie w domu i poza nim.

Słyszeć rozmowę dorosłych, dźwięk telewizora, skrzypienie fotela, a jednocześnie czuć, że ogląda się coś zakazanego.

Coś, co było moje bardziej niż ich.

Choć to oni siedzieli przed ekranem.

Nie widziałem wszystkiego.

Może nawet większości nie widziałem dobrze.

Obrazy pojawiały się i znikały. Czasem zasłaniała je czyjaś głowa, czasem kąt był zbyt ostry, czasem musiałem cofnąć się szybko, żeby nikt nie zauważył, że leżę na podłodze.

Ale i tak patrzyłem.

W pewnej chwili ojciec wstał.

Zamarłem.

Kroki zbliżyły się do przedpokoju. Nie wiedziałem, czy naprawdę coś usłyszał, czy tylko chciał sprawdzić, czy śpię.

Cofnąłem głowę.

Znów znalazłem się w łóżku.

Leżałem bez ruchu, z twarzą przy poduszce, jakby od tego zależało wszystko.

Ojciec postał chwilę.

Potem wrócił do pokoju.

Nie wróciłem już pod drzwi.

Bałem się.

Końcówki filmu nie zobaczyłem.

Nie pamiętam scen.

Nie pamiętam fabuły.

Nie pamiętam nawet, czy film by mi się spodobał, gdybym obejrzał go do końca.

Pamiętam tylko napięcie.

I to, że słowo „naturyści” przestało być już tylko słowem.

Miało obraz.

Miało dźwięk.

Miało miejsce w telewizji.

Czyli jednak istniało naprawdę.

Kiedy film się skończył, nie powiedziałem nic.

Nie zapytałem, o czym był.

Nie zapytałem, dlaczego nie mogłem go oglądać.

Nie zapytałem, dlaczego dorośli mogli.

Wiedziałem już, że są pytania, które wracają, ale nie zawsze warto wypowiadać je na głos.

Poszedłem spać z poczuciem, że znowu zobaczyłem kawałek świata, do którego mnie nie wpuszczono.

Tylko że tym razem ten świat przyszedł sam.

Do naszego mieszkania.

Na ekran telewizora.

Do pokoju, w którym jeszcze dwa dni wcześniej śmiano się ze mnie łagodnym, domowym żartem.

To coś dla Marcina.

Rozdział 10 — Pod cudzym spojrzeniem

Po tamtej zimie moje ciało przestało należeć wyłącznie do mnie jeszcze z jednego powodu.

Trafiłem do szpitala.

Miałem wtedy dziesięć lat i byłem po operacji wyrostka robaczkowego. Nie pamiętam już wszystkich szczegółów. Pamiętam za to korytarze, zapach środków odkażających, białe ściany i łóżka ustawione tak, że człowiek bardzo szybko uczył się, że prywatność jest czymś, co zostaje za drzwiami domu.

W szpitalu wszystko było wspólne.

Sala. Powietrze. Kroki. Rozmowy. Czekanie.

Nawet ciało stawało się trochę wspólne, bo ciągle ktoś coś przy nim robił.

Ktoś mierzył temperaturę. Ktoś zaglądał pod opatrunek. Ktoś mówił: podnieś się, połóż, odwróć, pokaż.

Dorośli mówili to spokojnie, rzeczowo, bez złych intencji.

A ja robiłem, co kazali.

Najbardziej zapamiętałem gabinet zabiegowy.

Leżałem tam całkiem nagi.

Nie wiem już, czy tak musiało być, czy po prostu tak wtedy robiono. Wiem tylko, że leżałem na plecach, a nade mną było światło, które nie zostawiało miejsca na półmrok.

Miałem naświetlania miejsca pooperacyjnego.

Brzmiało to poważnie.

Dla mnie oznaczało przede wszystkim bezruch.

Trzeba było leżeć spokojnie. Nie wiercić się. Nie zasłaniać. Nie pytać za dużo.

Pielęgniarka krzątała się obok.

Była dorosła, pewna swoich ruchów, przyzwyczajona do ciał, opatrunków, ran i zabiegów. Dla niej pewnie byłem kolejnym dzieckiem na stole. Kolejnym pacjentem w kolejny szpitalny dzień.

Ale ja nie czułem się jak „pacjent”.

Czułem się jak ja.

Tylko że bez żadnej osłony.

Pamiętam jej uśmiech.

Nie wiem, czy po latach dobrze go odczytuję. Może był zwykły. Może miał mnie uspokoić. Może wcale nie znaczył tego, co wtedy pomyślałem.

Ale zapamiętałem go inaczej.

Zapamiętałem, że zerkała.

Na mnie.

Na moje ciało.

Na to miejsce, które w dziecięcym języku nazywałem jeszcze „ptaszkiem”.

I wtedy poczułem coś dziwnego.

Wstyd.

Na pewno wstyd.

Ale nie tylko.

Było w tym jeszcze coś, czego nie umiałem sobie wytłumaczyć. Jakieś zawstydzone zadowolenie, że ktoś patrzy i się uśmiecha. Że może coś we mnie nie jest śmieszne ani brzydkie. Że może komuś się podoba.

Nie wiedziałem, co z tym zrobić.

Nie mogłem uciec.

Nie mogłem się zasłonić.

Nie mogłem udawać, że mnie tam nie ma.

Leżałem nieruchomo i czekałem, aż zabieg się skończy.

Dzisiaj, kiedy o tym myślę, nie chcę tej sceny oceniać zbyt łatwo.

Byłem dzieckiem.

Ona była pielęgniarką.

Między nami nie było żadnej rozmowy, która mogłaby cokolwiek wyjaśnić.

Zostało tylko wspomnienie.

A wspomnienia z dzieciństwa bywają dziwne. Czasem są ostre jak szkło, a czasem rozmazane jak obraz widziany przez szybę w deszczu.

Nie wiem, co naprawdę pomyślała ona.

Wiem, co poczułem ja.

Potem przyszło coś gorszego niż same zabiegi.

Na oddziale chirurgii dziecięcej kilkoro dzieci zostało zakażonych żółtaczką zakaźną. Wtedy mówiło się różnie. Wirusowe zapalenie wątroby. WZW typu B. Choroba, która brzmiała jak coś ciężkiego, poważnego i obcego.

Byłem jednym z tych dzieci.

Pod koniec lutego trafiłem na oddział zakaźny.

To było zupełnie inne miejsce.

Tam nie leżało się już tylko po operacji.

Tam człowiek był „zakaźny”.

To słowo miało ciężar.

Nie do końca je rozumiałem, ale czułem, że oddziela mnie od innych. Że nie chodzi już tylko o chorobę, ale o coś, co można przenieść, czego trzeba pilnować, czego inni mogą się bać.

Oddział zakaźny miał swój rytm.

Rano temperatura. Potem leki. Potem badania. Potem obiad, którego zapach mieszał się z zapachem szpitala. Potem długie godziny, w których nie działo się nic, a jednak czas wcale nie płynął szybciej.

Dostawałem leki o nazwach, których nie potrafiłem wtedy zapamiętać. Catergen. Kokarboksylaza. Brzmiały jak słowa z języka dorosłych, który nie był przeznaczony dla dzieci.

Dorośli wiedzieli, co robić.

Ja miałem po prostu zdrowieć.

Najgorsze było to, że ciało ciągle coś znaczyło.

Nie było po prostu moje.

Było oglądane, badane, leczone, oceniane.

Czy skóra ma właściwy kolor. Czy brzuch boli. Czy wyniki są lepsze. Czy wątroba wraca do normy. Czy można mnie już wypisać.

W domu ciało mogło być tajemnicą.

W szpitalu było dokumentacją.

Wróciłem do domu, ale leczenie nie skończyło się od razu.

Przez jakiś czas dalej przyjmowałem Catergen. Tabletki stały się częścią dnia, tak jak posiłki, szkoła i pytania dorosłych, czy wszystko w porządku.

Potem lek odstawiono.

I po kilku tygodniach wydarzyło się coś, co zapamiętałem tak, jakby stało się w jedną noc.

Wieczorem rozebrałem się, żeby założyć piżamę.

Byłem jeszcze dzieckiem.

Tak o sobie myślałem.

Rano poszedłem do łazienki i nagle zobaczyłem, że coś się zmieniło.

Moje ciało miało już inny znak.

Pierwszy wyraźny znak dojrzewania.

Gwałtowny.

Wieczorem byłem dzieckiem.

Rano obudziłem się jako mężczyzna.

Dzisiaj nie wiem, czy naprawdę pojawił się tak nagle. Może wcześniej nie patrzyłem dość uważnie. Może ciało zmieniało się powoli, a ja zauważyłem to dopiero wtedy. Może lek i jego odstawienie nie miały z tym nic wspólnego.

Wtedy byłem przekonany, że miały.

Dzisiaj nie wiem.

Wiem tylko, że tamtego ranka poczułem, jakby ktoś w nocy przestawił mnie z jednego świata do drugiego.

Bez pytania.

Bez ostrzeżenia.

Bez wyjaśnienia.

Nie byłem już taki sam.

A przynajmniej tak mi się wydawało.

Dzień wcześniej moje ciało należało jeszcze do dzieciństwa. Następnego ranka wyglądało tak, jakby nagle i bez ostrzeżenia zrobiło ze mnie mężczyznę.

Nie wiedziałem, czy mam się cieszyć.

Czy bać.

Czy udawać, że nic się nie stało.

Nie powiedziałem nikomu.

Nie poszedłem z tym do mamy. Nie zapytałem ojca. Nie opowiedziałem koledze.

Zatrzymałem to dla siebie.

Tak jak wcześniej zatrzymywałem pytania, obrazy, słowa i wszystkie te odkrycia, które nie mieściły się w zwykłej rozmowie przy stole.

Tamta zima była długa.

Najpierw lustro.

Potem film, którego nie wolno było oglądać.

Potem szpital.

Potem ciało, które przestało czekać, aż będę gotowy.

Wszystko działo się zbyt szybko, a jednocześnie nikt nie mówił mi wprost, co właściwie się dzieje.

Dorośli mieli swoje słowa.

Operacja. Naświetlanie. Zakażenie. Leczenie. Wyniki. Dojrzewanie.

Ja miałem swoje.

Wstyd. Ciekawość. Milczenie. Patrzenie.

Dopiero po latach zrozumiałem, że tamten czas nauczył mnie czegoś bardzo ważnego.

Że ciało można ukrywać przed światem.

Można je ubrać, odwrócić wzrok, zamknąć drzwi, zgasić światło, położyć się tak, żeby nikt niczego nie zobaczył.

Ale czasem i tak ktoś patrzy.

Lekarz. Pielęgniarka. Rodzic. Przypadkowy człowiek. Albo ja sam, stojący przed lustrem.

I wtedy nie chodzi już tylko o nagość.

Chodzi o bezradność.

O to, że nie zawsze można wybrać, kiedy ciało stanie się widoczne.

Od tamtej zimy coraz lepiej rozumiałem, że najtrudniej zachować siebie właśnie wtedy, gdy jest się pod cudzym spojrzeniem.

Rozdział 11 — W biały dzień

Miałem wtedy jedenaście lat.

Lato 1985 roku przyszło po zimie, którą zapamiętałem inaczej niż wszystkie wcześniejsze. Najpierw był dom, lustro i klamka w drzwiach. Potem film oglądany z podłogi w przedpokoju. Potem szpital, białe ściany, leki i ciało, które zaczęło zmieniać się szybciej, niż potrafiłem to zrozumieć.

A później nagle zrobiło się ciepło.

Tak zwyczajnie.

Jakby świat nie wiedział, co wydarzyło się wcześniej.

Skończyła się szkoła.

Dni stały się długie, rozciągnięte, trochę leniwe. Przez otwarte okna wpadał zapach kurzu, rozgrzanego asfaltu i obiadu gotowanego gdzieś piętro niżej. W mieszkaniu było jasno. Inaczej niż zimą. Nie trzeba było zapalać światła, żeby coś zobaczyć.

Telewizor włączało się czasem już po południu.

Nie po kryjomu.

Nie późnym wieczorem.

Nie wtedy, kiedy dorośli uznawali, że dziecko powinno już spać.

Po prostu.

W dzień.

W telewizji leciało Studio Lato. Codzienny, popołudniowy program rozrywkowy.

Nie pamiętam dziś dokładnie wszystkich prowadzących, konkursów ani rozmów. Pamiętam raczej atmosferę. Wakacyjny ton. Uśmiechy. Lekkość, która miała sprawić, że nawet zwykłe popołudnie w mieście wydawało się trochę jak wyjazd nad morze.

Siedziałem przed telewizorem i oglądałem.

Bez ukrywania się.

Bez nasłuchiwania kroków.

Bez leżenia na brzuchu na podłodze.

I wtedy pojawiły się Chałupy Welcome To, Zbigniewa Wodeckiego.

Nie jako zakazany obraz.

Nie jako szept.

Nie jako coś, czego nie wolno było oglądać.

Jako piosenka.

Wesoła. Lekka. Wakacyjna. Taka, którą dorośli mogli nucić bez zmieniania tonu głosu.

A jednak dla mnie nie była tylko piosenką.

Na ekranie byli ludzie nad morzem.

Swobodni.

Uśmiechnięci.

Nadzy.

Tacy, którzy nie wyglądali, jakby robili coś złego.

Nie chowali się za krzakami. Nie byli daleko nad Wisłą. Nie pojawiali się tylko w urywkach filmu oglądanego z przedpokoju.

Byli w telewizji.

W zwykłym programie.

W środku dnia.

Patrzyłem uważnie.

Może zbyt uważnie.

Ale nikt nie mówił: nie patrz.

I to właśnie było najdziwniejsze.

Ta sama nagość, która jeszcze niedawno potrafiła zagęścić powietrze w pokoju, teraz została pokazana lekko, kolorowo, prawie żartobliwie. Jak wakacyjna ciekawostka. Jak obrazek z Polski, która latem pozwalała sobie na więcej niż zwykle.

Nie wiedziałem, co mam z tym zrobić.

Nie rozumiałem jeszcze ironii.

Nie rozumiałem, że dorośli potrafią śmiać się z czegoś, czego jednocześnie się boją.

Nie rozumiałem, że telewizja może coś pokazać i od razu oswoić to w taki sposób, żeby nikt nie musiał zadawać zbyt poważnych pytań.

Dla mnie było prościej.

Skoro to pokazują, to istnieje.

Skoro istnieje, to nie jestem sam.

Potem zobaczyłem jeszcze Nagą plażę zespołu Dwa plus Jeden.

Nie pamiętam dokładnie, w jakim programie.

Pamiętam sam fakt.

Kolejny tytuł.

Kolejny obraz.

Kolejny znak, że gdzieś jest świat, który cały czas pojawia się przede mną i natychmiast znika, zanim zdążę naprawdę do niego wejść.

Tamte piosenki nie były dla mnie tylko piosenkami.

Były wiadomościami.

Nadawanymi z miejsca, którego jeszcze nie znałem.

Z plaży, na której nigdy nie byłem.

Od ludzi, którzy nie wiedzieli, że istnieje jedenastoletni chłopiec siedzący przed telewizorem i próbujący zrozumieć, dlaczego to, co dla innych jest żartem, dla niego jest czymś znacznie większym.

Nie mówiłem o tym nikomu.

Nie musiałem.

Wiedziałem już, że niektóre odkrycia najlepiej przechowuje się w sobie.

Nie dlatego, że są złe.

Dlatego, że są zbyt delikatne, żeby wystawiać je na cudze komentarze.

Lato płynęło dalej.

Programy się kończyły.

Piosenki znikały z ramówki.

Ktoś w domu wyłączał telewizor. Ktoś otwierał okno. Ktoś mówił, że trzeba iść po zakupy albo zjeść kolację.

A ja zostawałem z obrazami, których nie umiałem zapomnieć.

Po raz pierwszy zobaczyłem, że ten świat może przychodzić nie tylko nocą.

Nie tylko w ukryciu.

Nie tylko przez szparę między przedpokojem a pokojem.

Czasem przychodził zwyczajnie.

Z muzyką.

Z uśmiechem.

W biały dzień.

Rozdział 12 — Nie tam, gdzie trzeba

Miałem dwanaście lat.

Był koniec czerwca 1986 roku, dzień po zakończeniu roku szkolnego. Ten pierwszy dzień wakacji zawsze miał w sobie coś niezwykłego. Nie był jeszcze prawdziwym latem, ale nie był już szkołą. Zeszyty leżały gdzieś odłożone, świadectwo było już pokazane rodzicom, a czas nagle robił się szeroki.

Tego dnia postanowiłem coś sprawdzić.

Nie w gazecie.

Nie w telewizji.

Nie z opowieści.

Naprawdę.

Od kolegi usłyszałem, że nad Zalewem Zemborzyckim jest plaża naturystów.

Nie wiedziałem, czy mówi prawdę.

Nie wiedziałem, gdzie dokładnie jej szukać.

Ale samo zdanie wystarczyło.

Plaża naturystów.

W Lublinie.

Nie gdzieś daleko nad Wisłą, nie w Kazimierzu, nie nad morzem, nie na ekranie telewizora, tylko tutaj. Na tyle blisko, że można było wsiąść na rower i spróbować dojechać.

Spakowałem plecak.

Kocyk. Coś do picia. Radio na baterie.

Nie wiem, po co zabrałem radio. Może dlatego, że bez muzyki samotność była zbyt wyraźna. Może dlatego, że radio dawało poczucie, że nie jestem całkiem sam, nawet jeśli właśnie tego chciałem.

Wsiadłem na rower.

I ruszyłem.

Droga wydawała mi się długa.

Dłuższa niż powinna.

Jechałem przez miejsca, które znałem tylko częściowo. Ulice przechodziły w mniej pewne ścieżki, ścieżki w polne drogi, a ja coraz bardziej miałem wrażenie, że mapa, którą ułożyłem sobie w głowie, nie pasuje do tego, co widzę przed sobą.

Ale nie zawróciłem.

Jeszcze nie.

Zalew był gdzieś niedaleko.

Czułem to bardziej niż wiedziałem.

Powinienem był skręcić inaczej. Wybrać krótszą drogę. Ktoś starszy pewnie od razu zauważyłby błąd. Ja tego dnia nie szukałem najłatwiejszej trasy.

Szukałem miejsca.

A właściwie szukałem dowodu, że ono istnieje.

W końcu nie dotarłem tam, gdzie chciałem.

Nie znalazłem plaży.

Nie zobaczyłem żadnych naturystów.

Nie było wyspy, o której wtedy jeszcze prawie nic nie wiedziałem. Nie było ludzi, których mogłem rozpoznać jako „swoich”, choć przecież nikogo z nich nie znałem.

Były pola.

Pszenica. Ścieżki. Cisza.

I spory dół porośnięty sitowiem.

Zatrzymałem rower.

Rozejrzałem się.

Wokół nie było nikogo.

A przynajmniej tak mi się wydawało.

Zszedłem niżej, ostrożnie, prowadząc rower obok siebie. Sitowie szeleściło przy każdym ruchu. Ziemia była nierówna, miejscami sucha, miejscami wilgotna. Nie było to miejsce z marzeń. Nie przypominało plaży z gazety ani kadru z telewizji.

Ale było puste.

A wtedy puste znaczyło prawie tyle samo, co bezpieczne.

Rozłożyłem koc.

Postawiłem radio obok.

Przez chwilę nie robiłem nic.

Siedziałem i nasłuchiwałem.

Nie szumu fal, bo fal tam nie było.

Tylko świata.

Czy ktoś idzie. Czy ktoś mówi. Czy gdzieś blisko nie ma kroków.

Potem powoli zdjąłem ubranie.

Nie było w tym uroczystości.

Nie było wielkiego przełomu, który od razu rozpoznałbym jako przełom.

Było raczej coś prostszego.

Decyzja.

Mała, cicha i bardzo moja.

Położyłem się na kocu.

Słońce dotknęło skóry w miejscach, których zwykle nie dotykało. To było dziwne i zwyczajne jednocześnie. Jakby ciało nagle dowiedziało się, że istnieje jeszcze inny rodzaj powietrza.

Włączyłem radio.

Muzyka będąca sygnałem Lata z Radiem popłynęła cicho.

Nie pamiętam, co wtedy grali. O czym mówili.

Pamiętam tylko, że leżałem w dole porośniętym sitowiem, wśród pól pszenicy, z rowerem opartym gdzieś obok, i pierwszy raz nie musiałem sobie wyobrażać, że jestem na plaży naturystów.

Przez chwilę nią byłem.

Choć to nie była plaża.

Nie trwało to długo.

Nagle usłyszałem głosy.

Podniosłem głowę.

Na skraju dołu pojawiła się grupa chłopców mniej więcej w moim wieku. Nie wiem, skąd się tam wzięli. Może szli skrótem. Może mieli swoje własne miejsca, o których ja nie wiedziałem. Może po prostu lato wyprowadzało wszystkich z domów.

Zobaczyli mnie.

Ja zobaczyłem ich.

Przez chwilę nikt nic nie mówił.

Nie zerwałem się.

Nie uciekłem.

Nie wiem, czy dlatego, że byłem odważny.

Raczej dlatego, że wszystko stało się zbyt szybko.

Leżałem nieruchomo, a oni patrzyli.

Krótko.

Może krócej niż zapamiętałem.

Potem poszli dalej.

Bez śmiechu. Bez komentarza. Bez kamieni rzucanych słowami.

Po prostu zniknęli za sitowiem.

Zostałem sam.

Ale już nie tak samo.

Cisza po ich odejściu była inna. Gęstsza. Jakby miejsce, które przed chwilą należało tylko do mnie, zostało na moment otwarte i zaraz znowu zamknięte.

Nie wiedziałem, czy powinienem się ubrać.

Przez chwilę miałem taki zamiar.

Potem zostałem.

Jeszcze trochę.

To nie była Naga Wyspa.

Nie była nawet plaża.

Nie było tam wody, piasku ani ludzi, którzy wiedzieliby, po co się tam przychodzi.

A jednak coś się wydarzyło.

Coś, czego nie dało się już odwołać.

Po raz pierwszy wyszedłem z tym poza mieszkanie.

Poza przedpokój. Poza lustro. Poza gazety i telewizor.

Kiedy wracałem rowerem do domu, czułem zmęczenie i lekkie rozczarowanie.

Nie znalazłem tego, czego szukałem.

Ale znalazłem coś innego.

Miejsce zastępcze. Nieidealne. Ukryte. Moje.

Przez następne lata jeszcze tam wracałem.

Bo czasem pierwsze prawdziwe odkrycia nie zdarzają się tam, gdzie miały się zdarzyć.

Zdarzają się nie tam, gdzie trzeba.

Rozdział 13 — Bez przygotowania

Pod koniec sierpnia tego samego roku mieliśmy jechać nad Zalew Zemborzycki.

Tak przynajmniej myślałem.

Zwykły wyjazd.

Koc, kąpielówki, coś do picia, może kanapki. Nic szczególnego. Takie letnie popołudnie, które zaczyna się od pakowania torby, a kończy się piaskiem w butach i zmęczeniem od słońca.

Wsiadłem do samochodu spokojny.

Nie wiedziałem jeszcze, że za chwilę usłyszę zdanie, na które czekałem od dawna.

I którego jednocześnie wcale nie byłem gotowy usłyszeć.

Mama powiedziała to dopiero w samochodzie.

Jakby mimochodem.

Jakby mówiła, że pojedziemy inną drogą albo że trzeba po drodze kupić chleb.

— Jedziemy na plażę naturystów.

Nie pamiętam, czy od razu spojrzałem na nią, czy najpierw wbiłem wzrok w szybę.

Pamiętam tylko, że wszystko we mnie nagle się zatrzymało.

Plaża naturystów.

Nie z opowieści.

Nie z gazety.

Nie z telewizji.

Nie z samotnego dołu porośniętego sitowiem.

Tylko naprawdę.

Z rodzicami.

Powinienem się ucieszyć.

Przecież właśnie tego chciałem.

Od lat.

Od Kazimierza. Od artykułu u babci. Od Veta. Od lustra. Od tamtego pierwszego samotnego opalania.

A jednak nie poczułem radości.

Poczułem strach.

Byłem już w wieku, w którym ciało przestaje być spokojne.

Zmieniało się. Reagowało nie wtedy, kiedy chciałem. Przypominało o sobie w najmniej odpowiednich momentach. Nie było już tym samym ciałem dziecka, które mogło zadawać pytania przy stole i nie rozumieć, dlaczego dorośli milkną.

Teraz rozumiałem za dużo.

A jednocześnie za mało.

W domu nagość nadal była czymś, co istniało po cichu.

Między wyjściem a powrotem.

Między zamknięciem drzwi a dźwiękiem klucza w zamku.

Między spojrzeniem w lustro a koniecznością szybkiego ubrania się.

I nagle miałem pojechać tam z nimi.

Z rodzicami.

Na plażę, gdzie wszyscy mieli być nadzy.

Nie wiedziałem, co mam z tym zrobić.

Gdyby powiedzieli mi wcześniej, może byłoby inaczej.

Może miałbym czas pomyśleć.

Przyzwyczaić się do tej myśli.

Zapytać.

Albo nie zapytać, ale przynajmniej przez kilka dni nosić w sobie możliwość, że to się naprawdę wydarzy.

Może mógłbym sobie wyobrazić, jak to będzie.

Co zrobię.

Gdzie spojrzę.

Czy zdejmę kąpielówki od razu, czy dopiero po chwili.

Czy oni też.

Czy będziemy rozmawiać normalnie.

Czy udawać, że nic się nie dzieje.

Ale nie miałem czasu.

Zdanie padło w samochodzie.

Za późno, żeby się przygotować.

Za wcześnie, żeby udawać, że mnie nie dotyczy.

Droga nad Zalew nagle zrobiła się inna.

Znałem ją, a jednak wydawała się obca.

Za oknem przesuwały się ulice, drzewa, przystanki, ludzie idący ze swoimi torbami, nieświadomi, że w środku samochodu siedzi chłopiec, który właśnie dostał to, czego pragnął, i nie umie się z tego cieszyć.

Milczałem.

Rodzice też nie rozwijali tematu.

Może uznali, że wystarczyło powiedzieć.

Może sami nie wiedzieli, jak o tym rozmawiać.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, zobaczyłem wyspę.

Tę, która miała być miejscem.

Tę, której wtedy jeszcze naprawdę nie znałem.

Patrzyłem uważnie.

Szukałem znaków.

Ludzi bez ubrań. Koców. Swobody. Tego szczególnego spokoju, który znałem z wyobrażeń, gazet i telewizji.

Ale na wyspie byli ubrani ludzie.

Przynajmniej tak to wyglądało z daleka.

Zwyczajni plażowicze.

Tekstylni.

Słowo „tekstylny” poznałem później, ale sens czułem już wtedy bardzo dobrze.

To nie było to.

Rodzice patrzyli w tamtą stronę.

Chyba też nie wiedzieli, co zrobić.

Być może wystarczył ten widok.

Ubrani ludzie na wyspie.

Brak pewności.

Ryzyko, że pójdziemy tam i okaże się, że wszystko jest nie tak.

Że nikt się nie rozbiera.

Że ktoś popatrzy.

Że trzeba będzie się wycofać.

Nie zaproponowali, żeby sprawdzić.

Nie powiedzieli: chodźmy.

Nie powiedzieli: zobaczymy.

Nie powiedzieli też: trudno, może innym razem.

Po prostu zrezygnowali.

Tak cicho, jakby decyzja zapadła sama.

Wróciliśmy na zwykłą plażę.

Po drugiej stronie Zalewu.

Tam wszystko było proste.

Ludzie w kostiumach. Dzieci w wodzie. Ręczniki. Parawany. Kanapki.

Świat, który nie wymagał rozmowy.

Rozłożyliśmy koc.

Zdjąłem koszulkę.

Zostałem w kąpielówkach.

Tak jak wszyscy.

Tak jak należało.

Nie pamiętam, czy tego dnia wszedłem do wody.

Pewnie tak.

Nie pamiętam, czy świeciło mocne słońce.

Pewnie świeciło.

Nie pamiętam, co jedliśmy ani o której wróciliśmy do domu.

Pamiętam tylko jedno.

Że coś było bardzo blisko.

I znowu zostało odsunięte.

Nie miałem żalu od razu.

Dziecko rzadko umie nazwać żal w chwili, kiedy on dopiero powstaje.

Najpierw jest tylko dziwna cisza.

Potem rozczarowanie.

Dopiero po latach przychodzi zrozumienie, że pewne sprawy można było rozegrać inaczej.

Delikatniej.

Uważniej.

Z większym szacunkiem dla tego, co w dziecku już istnieje, choć nikt tego jeszcze nie nazwał.

Dzisiaj myślę, że rodzice źle to rozegrali.

Nie ze złej woli.

Raczej z bezradności.

Powinni byli powiedzieć wcześniej.

Dać mi czas.

Może zapytać, czy chcę.

Może zaproponować najpierw coś prostszego, bezpieczniejszego, domowego. Nie od razu wyspę, ludzi, publiczne miejsce, Zalew i całe to napięcie.

Może wystarczyłaby rozmowa.

Ale w naszym domu rozmowy o takich rzeczach nie przychodziły łatwo.

Tamten wyjazd niczego nie otworzył.

Nie stałem się wtedy naturystą.

Nie zdjąłem kąpielówek.

Nie wszedłem na wyspę.

Nie zobaczyłem świata, którego szukałem.

A jednak ten dzień też był ważny.

Bo pokazał mi, że czasem marzenie może przestraszyć właśnie wtedy, kiedy zaczyna się spełniać.

Nigdy więcej już tego z rodzicami nie próbowaliśmy.

Temat nie wrócił.

Przynajmniej nie w taki sposób.

Została tylko zwykła plaża po drugiej stronie Zalewu i myśl, która długo jeszcze nie dawała mi spokoju.

Że można być bardzo blisko własnego pragnienia.

I nie zrobić kroku.

Bo nikt nie powiedział wcześniej, jak się do niego przygotować.

Bez przygotowania.

Rozdział 14 — Tam, gdzie nikt się nie dziwił

Miałem czternaście lat.

Od tamtego niedoszłego wyjazdu nad Zalew minęło trochę czasu. Naga Wyspa nadal była bardziej legendą niż miejscem. Wiedziałem, że gdzieś istnieje, ale nie umiałem jeszcze do niej dojść. Miałem swoje ukryte miejsca, swoje samotne próby, swoje powroty między wyjściem a powrotem.

A potem pojawił się basen.

Nie pamiętam już dokładnie, jak wujek to załatwił. Wiem tylko, że dostałem całoroczną wejściówkę do Akademickiego Ośrodka Sportowego w Lublinie. Dla kogoś, kto nigdy wcześniej nie chodził regularnie na basen, brzmiało to jak przepustka do zupełnie nowego świata.

Nie wiedziałem jeszcze, że najważniejsze nie wydarzy się w wodzie.

Pierwszy raz poszedłem tam ze znajomym wujka.

Wszystko było nowe.

Zapach chloru. Echo głosów odbijających się od ścian. Śliska posadzka. Szatnia, w której ludzie poruszali się swobodniej, niż byłem przyzwyczajony.

W basenie starałem się zachowywać normalnie.

Pływać, choć nie bardzo jeszcze umiałem. Nie rozglądać się za bardzo. Nie wyglądać na kogoś, kto jest tu pierwszy raz.

Ale najważniejsze przyszło dopiero potem.

Po wyjściu z wody.

Wszedłem do części z prysznicami i zobaczyłem coś, co zatrzymało mnie na moment.

Niektórzy mężczyźni myli się bez kąpielówek.

Zwyczajnie.

Bez popłochu. Bez nerwowego zasłaniania się. Bez pośpiechu, który znałem z domu.

Stali pod strumieniami wody, rozmawiali, sięgali po mydło, przechodzili obok siebie tak, jakby nie działo się nic szczególnego.

I może właśnie to było najważniejsze.

Że nic szczególnego się nie działo.

Patrzyłem krótko.

Na tyle krótko, żeby nie wyglądało to jak patrzenie.

Ale wystarczająco długo, żeby zrozumieć.

Tutaj nikt się nie dziwił.

Zrobiłem to samo.

Nie od razu pewnie.

Nie bez lęku.

Ale zrobiłem.

Zdjąłem kąpielówki i stanąłem pod prysznicem.

Woda uderzyła we mnie ciepłym strumieniem. Przez chwilę nie wiedziałem, co zrobić z rękami. Gdzie patrzeć. Jak stać. Czy odwrócić się przodem do ściany, czy zachowywać się tak jak inni, bez całej tej wewnętrznej gimnastyki.

Miałem czternaście lat.

Byłem w wieku, w którym ciało przestaje być oczywiste. Zmienia się szybciej, niż człowiek potrafi to zrozumieć, i przypomina o sobie w chwilach, w których najchętniej chciałoby się po prostu zniknąć.

Przez moment poczułem skrępowanie.

Bardzo silne.

A jednak nie uciekłem.

Stałem dalej.

Może dlatego, że inni nie patrzyli tak, jak się bałem.

Może dlatego, że każdy był zajęty sobą.

Może dlatego, że szum wody przykrywał myśli.

Po kilku minutach poczułem coś nowego.

Nie odwagę.

Nie dumę.

Raczej ulgę.

Jakby ciało, mimo całego zamieszania, powoli uczyło się, że nie każda nagość musi kończyć się alarmem.

Że są miejsca, w których można być widocznym i nie zostać natychmiast ocenionym.

Od tamtej pory zacząłem liczyć dni do następnego basenu.

Nie tylko dla pływania.

Pływanie było ważne, ale nie najważniejsze.

Najważniejszy był ten czas po wyjściu z wody.

Szatnia. Prysznic. Suszarka. To wszystko całkiem nago. Chwila, w której mogłem być bez ubrania nie dlatego, że ukrywałem się w mieszkaniu, tylko dlatego, że tak po prostu wyglądał porządek tego miejsca.

Z czasem stworzyłem własny rytuał.

Przed wejściem do wody stawałem na chwilę pod prysznicem.

Potem pływałem.

A jakieś dziesięć minut przed końcem wychodziłem z basenu, wracałem do szatni i znowu zdejmowałem z siebie wszystko.

Nie spieszyłem się.

Myłem się długo.

Potem suszyłem się powoli, czasem dłużej niż było trzeba.

Nie dlatego, że naprawdę potrzebowałem aż tyle czasu.

Dlatego, że ten czas był mój.

W domu każda taka chwila miała granice.

Dźwięk klucza. Kroki na klatce. Możliwość, że ktoś wróci wcześniej.

Na basenie granice były inne.

Byli ludzie.

A jednak było spokojniej.

To wydawało się sprzeczne, ale właśnie tak było.

W samotności łatwo było się bać, że ktoś wejdzie.

Wśród innych, pod prysznicem, czasem było łatwiej uwierzyć, że nie ma się czego bać.

Nie wszystko od razu się uspokoiło.

Nie stałem się nagle kimś pewnym siebie.

Nie zniknęło napięcie.

Nie zniknął wstyd.

Ale pojawiło się doświadczenie, do którego mogłem wracać.

Dowód, że nagość może istnieć inaczej.

Nie tylko jako sekret. Nie tylko jako zakaz. Nie tylko jako coś przyłapanego w lustrze albo podejrzanego z podłogi przedpokoju.

Może być zwykłą czynnością.

Myciem się.

Staniem pod wodą.

Suszeniem włosów.

Przejściem przez szatnię.

Przez dwa lata wracałem tam regularnie.

I za każdym razem uczyłem się od nowa tej samej rzeczy.

Że ciało, które w domu musiało się chować, w innym miejscu mogło przez chwilę być po prostu ciałem.

Nie zawsze spokojnym.

Nie zawsze takim, jakiego bym chciał.

Ale moim.

Dopiero później zrozumiałem, że basen nie był jeszcze naturyzmem.

Nie był plażą. Nie był wspólnotą. Nie był wolnością, o której marzyłem.

Był czymś wcześniejszym.

Przedsionkiem.

Miejscem, w którym po raz pierwszy znalazłem się bez ubrania pośród innych ludzi i świat się od tego nie zawalił.

Nikt nie krzyknął.

Nikt mnie nie zawstydził.

Nikt nie powiedział, że mam natychmiast przestać.

Woda leciała dalej.

Ludzie przychodzili i wychodzili.

A ja stałem tam, ucząc się powoli, że czasem najważniejsze odkrycia zaczynają się nie tam, gdzie człowiek ich szukał.

Nie nad rzeką.

Nie na wyspie.

Nie na plaży.

Tylko pod prysznicem.

Tam, gdzie nikt się nie dziwił.

Rozdział 15 — Wiedziałem, gdzie jest

Miałem piętnaście lat.

Poszedłem do liceum.

To było wejście w nowy świat, choć wtedy nie umiałem jeszcze powiedzieć, czy bardziej mnie on ciekawi, czy przeraża. Nowy budynek. Nowi ludzie. Nowe korytarze. Starsi uczniowie, którzy wyglądali, jakby od dawna znali zasady gry, podczas gdy ja dopiero próbowałem odczytać pierwsze znaki.

W szkole były różne kółka zainteresowań.

Nie pamiętam już wszystkich.

Pamiętam jedno.

Koło Marynistyczne.

Sama nazwa miała w sobie coś obiecującego.

Morze.

Żagle.

Mapy.

Porty.

Świat większy niż klasa, tablica i szkolny dzwonek.

Zapisałem się.

Nie dlatego, że miałem jakieś wielkie doświadczenie żeglarskie.

Raczej dlatego, że wszystko, co prowadziło do wody, wydawało mi się wtedy ważne.

Woda miała swoje tajemnice.

Wisła.

Zalew.

Plaże.

Miejsca, o których dorośli mówili za mało albo wcale.

We wrześniu opiekun koła zorganizował rejs po Zalewie Zemborzyckim.

Wynajął spory jacht.

Dla nas to była przygoda.

Dla mnie — coś więcej, choć nie powiedziałem tego nikomu.

Od dawna wiedziałem, że gdzieś tam jest wyspa.

Ta wyspa.

Naga Wyspa.

Miejsce, którego szukałem wcześniej nie tam, gdzie trzeba. Miejsce, które znałem z opowieści, domysłów i niejasnych wskazówek. Miejsce, które istniało bardziej w mojej głowie niż na mapie.

A teraz miałem płynąć po Zalewie.

Naprawdę.

Jacht ruszył powoli.

Brzeg zaczął się oddalać.

Z lądu Zalew wyglądał znajomo, prawie zwyczajnie. Z wody był inny. Szerszy. Bardziej otwarty. Jakby nagle ktoś przesunął granice świata o kilkaset metrów dalej.

Siedziałem razem z innymi.

Ktoś się śmiał. Ktoś pytał o żagle. Ktoś udawał, że zna się na wszystkim.

Ja patrzyłem.

Na wodę.

Na brzegi.

Na zarośla.

Na miejsca, które z lądu były niedostępne albo ukryte.

Nie mogłem zapytać wprost.

Nie mogłem powiedzieć:

czy to tam?

czy to jest ta wyspa?

czy to tam przychodzą nudyści?

Nie mogłem, bo takie pytania nie należały do szkolnego rejsu.

Należały do innego świata.

Tego, który ciągle niosłem w sobie po cichu.

Płynęliśmy dalej.

Wiatr był słaby, ale wystarczał, żeby wszystko miało pozór prawdziwej wyprawy. Woda uderzała lekko o burtę. Jacht przechylał się czasem delikatnie, a ja trzymałem się tak, żeby wyglądało, że robię to z żeglarskiej potrzeby, a nie ze strachu.

I wtedy ją zobaczyłem.

Nie była szczególnie piękna.

Nie wyglądała jak miejsce z marzeń.

Trochę zarośli. Trochę brzegu. Trochę niedostępności.

A jednak od razu wiedziałem, że to ona.

Zacumowaliśmy.

To było dla mnie najważniejsze.

Nie samo przepłynięcie obok.

Nie spojrzenie z daleka.

Nie domysł.

Zatrzymaliśmy się przy niej naprawdę.

Jacht lekko uderzył o brzeg, ktoś podał cumę, ktoś inny zeskoczył pierwszy. Wszystko działo się zwyczajnie, bez żadnej uroczystości. Dla innych była to po prostu wyspa na Zalewie, miejsce krótkiego postoju podczas szkolnego rejsu.

Dla mnie — coś zupełnie innego.

Postawiłem tam stopę po raz pierwszy.

Nie było fanfar.

Nie było nagłego olśnienia.

Nie było ludzi, których spodziewałem się zobaczyć.

Żadnych nagich plażowiczów.

Żadnych koców.

Żadnych śladów tego świata, który od lat próbowałem sobie wyobrazić.

Była tylko ziemia pod butami.

Zarośla.

Woda za plecami.

I ja.

Rozejrzałem się uważnie.

Szukałem znaków.

Czegokolwiek, co potwierdziłoby legendę.

Miejsca, gdzie ktoś mógłby rozłożyć koc.

Przejścia między krzakami.

Ścieżki.

Śladu po ognisku.

Czegoś, co powiedziałoby: tak, to tutaj.

Ale wyspa milczała.

Była pusta.

Cicha.

Trochę obojętna.

A jednak poczułem coś, czego nie czułem wcześniej.

Nie rozczarowanie.

Nie do końca.

Raczej napięcie, które zmienia się w pewność.

Bo nawet jeśli tego dnia nikogo tam nie było, samo miejsce przestało być mitem.

Już nie było tylko słowem powtarzanym przez kolegów.

Nie było domysłem.

Nie było punktem, do którego kiedyś próbowałem dojść i nie doszedłem.

Stałem na niej.

Naprawdę.

Nie pamiętam, co opiekun mówił wtedy o żeglowaniu.

Nie pamiętam, kto stał obok mnie.

Nie pamiętam, ile trwał postój.

Pamiętam tylko, że próbowałem zapisać sobie w głowie wszystko.

Położenie wyspy.

Brzeg.

Drzewa.

Kierunek dojścia.

Odległość.

To, skąd można byłoby próbować się tu dostać pieszo.

Jakbym tworzył własną mapę.

Nie na papierze.

W sobie.

Wiedziałem już, że kiedyś wrócę.

Nie od razu.

Nie następnego dnia.

Najpierw miała przyjść jesień.

Potem zima.

Potem znowu wiosna.

Ale miejsce było już odnalezione.

Nie musiałem więcej szukać po omacku.

Rejs trwał dalej.

Odpłynęliśmy od brzegu, opłynęliśmy Zalew, wróciliśmy do przystani, zeszliśmy na ląd. Dla innych to pewnie była po prostu szkolna przygoda. Pierwsze żagle, trochę śmiechu, może kilka opowieści do domu.

Dla mnie tego dnia wydarzyło się coś cichszego.

Nie zostałem jeszcze naturystą.

Nie rozebrałem się tam.

Nie spotkałem nikogo z tego świata.

Ale postawiłem stopę na wyspie, która przez lata była tylko wyobrażeniem.

Rok później wróciłem tam naprawdę.

Nie jachtem.

Nie z grupą.

Nie podczas szkolnego rejsu.

Szedłem pieszo kilka kilometrów, ponad dwie godziny, szybkim marszem, z napięciem, które rosło z każdym krokiem.

Ale wtedy, we wrześniu, jeszcze tego nie wiedziałem.

Wiedziałem tylko, że legenda dostała brzeg, drzewa, wodę i drogę.

Od tamtej chwili Naga Wyspa przestała być miejscem „gdzieś tam”.

Stała się miejscem, do którego można było wrócić.

Bo wreszcie wiedziałem, gdzie jest.

Rozdział 16 — Sześćset kilometrów różnicy

Wiosną 1990 roku zobaczyłem w kiosku czasopismo, które wyglądało tak, jakby ktoś wydrukował kawałek mojego ukrytego świata.

Nie pamiętam dokładnie dnia.

Pamiętam witrynę.

Kiosk Ruchu, gazety ułożone ciasno jedna obok drugiej, okładki, tytuły, twarze ludzi, których nie znałem, i nagle coś, co zatrzymało mnie w miejscu.

Natura Naturyzm.

Dwumiesięcznik Stowarzyszenia Naturystów Polskich.

Całe czasopismo poświęcone temu jednemu tematowi.

Nie artykuł. Nie rubryka. Nie kilka zdań czytanych przez babcię przy stole. Nie przypadkowy kadr w telewizji.

Czasopismo.

Jak dowód.

Kupiłem je.

Nie pamiętam, czy sprzedawca spojrzał na mnie jakoś szczególnie. Pewnie nie. Może byłem dla niego po prostu kolejnym uczniem wracającym ze szkoły, który kupił gazetę, zamiast gumy do żucia albo biletu autobusowego.

Ale ja miałem wrażenie, że trzymam w rękach coś niebezpiecznie ważnego.

Schowałem czasopismo tak, żeby nie rzucało się w oczy.

I wróciłem do domu.

Gdy tylko zostałem sam, zrobiłem to, co od dawna było już moim rytuałem.

Zamknąłem drzwi.

Odłożyłem plecak.

Rozebrałem się.

Usiadłem z czasopismem i zacząłem czytać.

Nie spieszyłem się.

Przewracałem strony ostrożnie, jakby papier mógł się zużyć od samego patrzenia. Czytałem tytuły, podpisy, ogłoszenia, listy, informacje o miejscach, stowarzyszeniach, plażach, ludziach, którzy nie musieli już wymyślać wszystkiego od początku, bo znaleźli dla tego nazwę, język i adresy.

Adresy.

To było najważniejsze.

Bo adres oznaczał, że coś nie jest tylko ideą.

Adres można było sprawdzić.

I wtedy właśnie dostrzegłem informacje o oddziałach Stowarzyszenia Naturystów Polskich.

Czytałem uważnie.

Miasto.

Ulica.

Numer.

I nagle serce zaczęło bić szybciej.

Lublin.

Tak przeczytałem.

Lublin.

Moje miasto.

Moje ulice, moje trolejbusy, moje przystanki, moje odległości, które dało się pokonać po lekcjach.

Oddział Stowarzyszenia Naturystów Polskich w Lublinie.

Nie wiem, ile razy przeczytałem ten adres.

Ulica Armii Czerwonej 1.

W tamtych czasach taka ulica rzeczywiście istniała w Lublinie. To wystarczyło, żeby wszystko zaczęło układać się w głowie z niebezpieczną precyzją.

Można pojechać.

Można sprawdzić.

Można zapukać.

Można zobaczyć, kto otworzy.

Nie powiedziałem nikomu.

Nie mogłem.

To była wyprawa z tego samego porządku co wcześniejszy rower nad Zalew. Tylko bardziej ryzykowna. Tam szukałem miejsca wśród pól i sitowia. Tutaj miałem szukać ludzi.

Prawdziwych.

Dorosłych.

Takich, którzy może spotykają się, rozmawiają, organizują plaże, znają innych naturystów i wiedzą, jak wejść do świata, który ja od lat oglądałem tylko przez gazety, ekran telewizora i własną wyobraźnię.

Po południu wyszedłem z domu.

Serce miałem w gardle.

Wsiadłem do trolejbusu i pojechałem na ulicę Armii Czerwonej.

Po drodze próbowałem wyobrazić sobie wszystko.

Drzwi.

Tabliczkę.

Może dzwonek.

Może kogoś za biurkiem.

Może ludzi, którzy od razu rozpoznają, po co przyszedłem.

Może zapytają, ile mam lat.

Może powiedzą, że jestem za młody.

Może każą przyjść z rodzicami.

Może się zdziwią.

Może się roześmieją.

A może potraktują mnie poważnie.

Ta ostatnia możliwość była najbardziej nieprawdopodobna.

I najbardziej pociągająca.

Wysiadłem.

Rozejrzałem się.

Ulica nie wyglądała jak początek wielkiej przygody.

Wyglądała zwyczajnie.

Może nawet zbyt zwyczajnie.

Budynki, chodniki, przechodnie, samochody, ludzie idący w swoich sprawach. Nikt nie wyglądał jak strażnik ukrytego świata. Nikt nie miał na twarzy odpowiedzi.

Zacząłem szukać numeru 1.

Nie było go.

Przynajmniej ja nie potrafiłem go znaleźć.

Chodziłem w jedną stronę.

Potem w drugą.

Sprawdzałem numery na budynkach. Wracałem. Przechodziłem na drugą stronę ulicy. Udawałem, że po prostu spaceruję, choć w środku coraz bardziej rosło we mnie napięcie.

Może źle zapamiętałem.

Może numer jest gdzieś za rogiem.

Może wejście od podwórza.

Może trzeba zapytać.

Ale nie zapytałem.

Jak miałbym zapytać?

Przepraszam, gdzie tu jest stowarzyszenie naturystów?

Nie.

Nie potrafiłbym.

Szukałem prawie godzinę.

Z każdą minutą robiłem się coraz bardziej zmęczony i coraz bardziej zawstydzony. Nie dlatego, że ktoś wiedział, czego szukam. Właśnie dlatego, że nikt nie wiedział.

Cała ta wyprawa działa się tylko we mnie.

Na zewnątrz byłem chłopakiem chodzącym bez sensu po ulicy.

W środku — kimś, kto właśnie próbuje odnaleźć drzwi do własnego marzenia i nie może znaleźć nawet numeru budynku.

W końcu wróciłem do domu.

Bez adresu.

Bez rozmowy.

Bez odkrycia.

Z uczuciem, że znowu byłem bardzo blisko czegoś ważnego i znowu nie potrafiłem wejść dalej.

Dopiero w domu sięgnąłem po czasopismo jeszcze raz.

Otworzyłem stronę z adresami.

Przeczytałem wolniej.

Uważniej.

I wtedy zobaczyłem błąd.

Nie Lublin.

Lubin.

Jedna litera.

Jedna mała różnica w środku słowa.

A za nią całe sześćset kilometrów.

Siedziałem z gazetą w rękach i nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy zapaść pod ziemię.

Lubin.

Miasto gdzieś na Dolnym Śląsku.

Nie moje trolejbusy.

Nie moja ulica.

Nie moje popołudnie po lekcjach.

Nie mój adres.

Cała wyprawa, cały lęk, cały plan i całe serce w gardle opierały się na literze, której nie zauważyłem.

Z czasem zacząłem się z tego śmiać.

Do dziś potrafię zobaczyć tamtego chłopaka, który jedzie trolejbusem przez Lublin, przekonany, że zaraz odnajdzie lokalne centrum naturystycznego świata, a tak naprawdę szuka miasta oddalonego o pół Polski.

Ale wtedy nie było mi do śmiechu.

Wtedy poczułem tylko rozczarowanie.

I może jeszcze coś.

Ulgę.

Bo gdyby ten numer naprawdę istniał, gdyby ktoś naprawdę otworzył drzwi, nie wiem, co by się stało. Nie wiem, jak zostałbym potraktowany. Nie wiem, czy miałbym odwagę powiedzieć, po co przyszedłem.

Może dobrze, że tego budynku nie było.

Może tamta jedna litera oszczędziła mi czegoś, na co nie byłem gotowy.

A jednak czasopismo zostało.

I adresy zostały.

I poczucie, że istnieje świat bardziej zorganizowany niż moje samotne próby, też zostało.

Już nie chodziło tylko o marzenie.

Były plaże. Były stowarzyszenia. Były miejsca. Byli ludzie.

Tylko jeszcze nie tutaj.

Jeszcze nie dla mnie.

Jeszcze nie wtedy.

Odłożyłem czasopismo.

Nie wyrzuciłem go.

Nie schowałem z rozczarowaniem.

Przeciwnie.

Stało się jeszcze ważniejsze.

Bo pokazało mi, że droga do tego świata może być śmieszna, zawstydzająca, pomylona i za długa.

Ale jednak istnieje.

Nawet jeśli czasem zaczyna się od jednej źle przeczytanej litery.

I od sześciuset kilometrów różnicy.

Rozdział 17 — Pierwszy dzień

Na prawdziwy powrót musiałem czekać aż minie jesień, zima i prawie cała wiosna.

Czekałem dłużej niż chciałem.

Nie dlatego, że codziennie o tym myślałem. Życie miało przecież swoje zwykłe sprawy: szkołę, lekcje, dom, drobne rytuały, które układały dni jeden po drugim. Ale gdzieś pod tym wszystkim była wyspa.

Już nie legenda.

Już nie był pomylony adres.

Już nie obraz z telewizji.

Miejsce.

Konkretne.

Z wodą, brzegiem, zaroślami i drogą, którą trzeba było kiedyś odnaleźć.

Nadszedł 16 czerwca 1990 roku.

Miałem szesnaście lat.

Nie pamiętam, czy od rana wiedziałem, że to będzie ten dzień, czy decyzja dojrzała dopiero po chwili. Pamiętam za to napięcie. To szczególne, suche napięcie w gardle, kiedy człowiek niby robi zwykłe rzeczy, ale w środku wie, że za chwilę przekroczy granicę, do której wracał myślami przez lata.

Spakowałem to, co trzeba.

Rzeczy najprostsze.

Coś do picia. Ręcznik. Może kanapki. Może radio.

Nie pamiętam wszystkiego.

Pamiętam drogę.

Wybrałem dłuższą trasę.

Nie wiem, czy dlatego, że wydawała mi się pewniejsza, czy dlatego, że nie znałem jeszcze lepszej. Szedłem szybko. Za szybko jak na letni dzień, ale nie umiałem inaczej.

Kilometry przesuwały się pod butami.

Miasto zostawało za mną.

Minąłem też porośnięty sitowiem dół, który przez ostatnie kilka lat służył mi za prywatną plażę nudystów. Z tym że do tej pory miał tylko jednego stałego bywalca: mnie.

Potem były drogi, ścieżki, pola, miejsca coraz mniej miejskie, coraz bardziej puste. Z każdym krokiem oddalałem się od domu, od ludzi, którzy znali mnie jako ucznia, syna, chłopaka z sąsiedztwa.

Zbliżałem się do miejsca, gdzie nikt nie miał mnie znać.

I właśnie tego chciałem najbardziej.

Marsz trwał ponad dwie godziny.

Byłem zmęczony, spocony, zniecierpliwiony. Kilka razy miałem wrażenie, że źle skręciłem. Że znowu pomyliłem drogę. Że miejsce, które widziałem rok wcześniej z jachtu, wcale nie będzie tak łatwe do odnalezienia z lądu.

Ale szedłem dalej.

Bo tym razem nie chodziło już o ciekawość.

Chodziło o sprawdzenie, czy naprawdę potrafię tam dojść.

Sam.

W końcu zobaczyłem wyspę.

Tak, tę wyspę!
Na niej golasów.

Tak, nagich ludzi.
Przyśpieszyłem kroku.

Prawie biegłem.
Musiałem jeszcze obejść odnogę Zalewu Zemborzyckiego.

Dwa, może trzy kilometry.

Ale serce waliło mi z radości.

To już niedaleko.

15 minut? 30? Może 45?

Zalew był spokojny, rozlany szeroko, jakby wcale nie obchodziło go moje napięcie. Gdzieś po drugiej stronie byli ludzie, plaże, zwykłe letnie życie. Tutaj było ciszej.

Dostanie się na wyspę nie było proste.

Woda była mętna. Pod powierzchnią kryły się pnie drzew, pozostałości po dawnym terenie sprzed powstania Zalewu. Nie było widać, gdzie stawia się stopę. Trzeba było iść ostrożnie, powoli, wyczuwać dno, omijać przeszkody, ufać bardziej dotykowi niż oczom.

To też wydawało się znaczące.

Jakby do tego miejsca nie dało się wejść zwyczajnie.

Jakby trzeba było najpierw przejść przez coś ukrytego pod powierzchnią.

Kiedy wreszcie stanąłem na suchym lądzie, zatrzymałem się.

Nie od razu się rozłożyłem.

Najpierw rozejrzałem się.

Byli tam ludzie.

Sami mężczyźni.

Większość w średnim wieku albo starsi. Żadnych rodzin, żadnych młodych ludzi, żadnych kobiet. Nie tak wyobrażałem sobie plażę naturystów, ale wtedy nie miałem jeszcze z czym tego porównać.

To nie była Chorwacja.

Nie był Wał Miedzeszyński.

Nie był świat z piosenek i gazet.

To była Naga Wyspa na Zalewie Zemborzyckim.

Trochę dzika. Trochę uboga. Trochę milcząca.

Ale prawdziwa.

Szukałem miejsca dla siebie.

Nie za blisko innych.

Nie za daleko.

Tak, żeby być częścią tego miejsca, ale nie od razu jego środkiem.

Rozłożyłem ręcznik.

Usiadłem.

Przez chwilę patrzyłem przed siebie.

Nie wiem, ile to trwało.

Minutę. Dwie. Może dłużej.

Człowiek czeka latami na jakąś chwilę, a kiedy ona przychodzi, nagle nie wie, co zrobić z rękami.

W końcu zdjąłem ubranie.

Nie było fanfar.

Nie było żadnego znaku z nieba.

Nikt nie klasnął.

Nikt nie powiedział: teraz.

A jednak dla mnie właśnie wtedy coś się stało.

Nie w świecie.

We mnie.

Po raz pierwszy nie byłem nagi w mieszkaniu. Nie w przedpokoju. Nie w dole porośniętym sitowiem. Nie pod prysznicem na basenie, gdzie nagość była częścią higieny.

Byłem na plaży naturystów.

Na prawdziwej.

Takiej, do której szedłem przez lata, nawet jeśli nie zawsze wiedziałem, jak ją znaleźć.

Słońce było ostre.

Leżałem i próbowałem zachowywać się normalnie.

To słowo wracało do mnie często.

Normalnie.

Jakby inni mieli instrukcję, której ja nie dostałem.

Jak leżeć. Gdzie patrzeć. Kiedy wstać. Czy się odezwać. Czy milczeć. Czy udawać, że to wszystko jest zwyczajne.

Dla nich może było.

Dla mnie nie.

Jeszcze nie.

Minuty mijały.

Potem godziny.

Powoli oswajałem przestrzeń.

Głosy. Kroki. Szum wody. Rozmowy, których nie znałem. Obecność ludzi, którzy byli obok, ale nie wchodzili w moje milczenie.

Z czasem napięcie trochę opadło.

Nie zniknęło całkiem.

Ale przestało być jedyną rzeczą, którą czułem.

Byłem tam najmłodszy.

To dało się wyczuć od razu.

Nie tylko po spojrzeniach, choć spojrzenia też były. Raczej po całym układzie miejsca. Po tym, że inni wydawali się bywać tam od dawna. Znali ścieżki, kąty, zwyczaje. Wiedzieli, gdzie się rozłożyć, z kim rozmawiać, kiedy wejść do wody.

Ja byłem nowy.

I bardzo młody.

Za młody, żeby naprawdę rozumieć wszystkie napięcia, które mogą pojawić się w takim miejscu.

Wtedy myślałem, że najważniejsze jest to, że wreszcie dotarłem.

Zostałem pięć, może sześć godzin.

Godzin, które dzisiaj wydają mi się jednocześnie długie i krótkie.

Długie, bo dla szesnastolatka pierwszy pobyt na plaży naturystów był całym osobnym światem.

Krótkie, bo tyle lat czekania nie dało się zmieścić w jedno popołudnie.

Kiedy wracałem do domu, byłem zmęczony inaczej niż po zwykłym spacerze.

Nie tylko od marszu.

Nie tylko od słońca.

Od przejścia przez coś, czego nie dało się już cofnąć.

W domu wszedłem do wanny i obejrzałem swoje ciało w świetle łazienki.

Skóra była zaczerwieniona tam, gdzie wcześniej słońce prawie nigdy jej nie dotykało. Ten ślad wyglądał jak dowód. Jak potwierdzenie, że nie wymyśliłem tego dnia. Że naprawdę tam byłem.

Na Nagiej Wyspie.

Wróciłem tam następnego dnia. Tym razem szedłem o godzinę marszu krótszą drogą, o której powiedział mi dzień wcześniej jeden z wyspowych plażowiczów.

Nie dlatego, że wszystko było łatwe.

Nie dlatego, że wszystko od razu stało się piękne i bezpieczne.

Wróciłem, bo pierwszy dzień już się wydarzył.

A kiedy coś dzieje się naprawdę, człowiek nie zawsze umie zatrzymać się po pierwszym razie.

Nie wiedziałem jeszcze, że to miejsce okaże się bardziej skomplikowane, niż chciałem wierzyć.

Nie wiedziałem, że obok wolności może pojawić się lęk.

Nie wiedziałem, że czasem to, czego pragnie się najdłużej, potrafi zranić właśnie dlatego, że przyszło za wcześnie i bez żadnej ochrony.

Tego pierwszego dnia jeszcze tego nie wiedziałem.

Tego pierwszego dnia byłem przede wszystkim chłopakiem, który po wielu latach szukania wreszcie dotarł na swoją wyspę.

I przez kilka godzin próbował uwierzyć, że właśnie zaczął się jego pierwszy dzień.

Rozdział 18 — Nie tak miało być

Wróciłem następnego dnia.

Nie szedłem tą samą drogą, jak dzień wcześniej. Znów wybrałem krótszą. Pamiętam raczej stan, w jakim byłem. To dziwne napięcie po pierwszym razie, kiedy człowiek nie wie jeszcze, czy naprawdę coś odkrył, czy tylko dotknął miejsca, do którego powinien był dorastać dłużej.

Ale poszedłem.

Bo pierwszy dzień nie wystarczył.

Pierwszy dzień był dowodem, że miejsce istnieje.

Drugi miał mi powiedzieć, czy ja mogę w nim istnieć naprawdę.

Droga nad Zalew była już trochę mniej obca.

Wiedziałem, gdzie iść. Wiedziałem, czego szukać. Wiedziałem, gdzie wejść do wody i jak ostrożnie stawiać kroki między ukrytymi pod powierzchnią pniami.

To dawało złudzenie pewności.

A ja bardzo chciałem tej pewności.

Na wyspie znowu byli ludzie.

Podobni do tych z poprzedniego dnia. Mężczyźni w średnim wieku i starsi. Rozmowy, kocyki, milczenie, słońce, które nie robiło różnicy między tymi, którzy byli tam od lat, a kimś takim jak ja, kto dopiero uczył się, jak oddychać w tym miejscu.

Rozłożyłem się.

Próbowałem zachowywać się tak, jakbym wiedział, co robię.

Nie wiedziałem.

Ale bardzo chciałem, żeby tego po mnie nie było widać.

Z perspektywy czasu widzę więcej.

Wtedy widziałem tylko pojedyncze gesty.

Ktoś podszedł. Ktoś zagadał. Ktoś zapytał, skąd jestem. Ktoś powiedział coś, co miało brzmieć zwyczajnie.

Byłem nowy.

Byłem bardzo młody.

Za młody, żeby rozumieć, że zainteresowanie nie zawsze oznacza życzliwość.

Za młody, żeby wiedzieć, kiedy trzeba natychmiast odejść.

Nie chcę opisywać wszystkiego.

Nie dlatego, że nie pamiętam.

Dlatego, że są wspomnienia, których nie trzeba rozbierać na części, żeby powiedzieć prawdę.

Wystarczy napisać, że tego dnia stało się coś, czego nie powinno było być.

W miejscu, które miało być początkiem wolności.

W miejscu, do którego szedłem przez lata.

W miejscu, które w mojej głowie było plażą, azylem, odpowiedzią na wszystkie pytania zadawane po cichu od dzieciństwa.

Nie było wielkiej sceny.

Nie było krzyku.

Nie było niczego, co pozwoliłoby mi od razu nazwać to właściwym słowem.

Właśnie dlatego przez długi czas nie umiałem tego zrozumieć.

Był zamęt.

Było zawstydzenie.

Był strach.

Było poczucie, że coś wymknęło się spod kontroli, zanim zdążyłem pojąć, gdzie właściwie kończy się moja wola, a zaczyna cudza.

Najgorsze przyszło później.

Nie w tej jednej chwili.

Później.

Kiedy trzeba było wracać do domu.

Kiedy droga była ta sama, ale ja nie byłem już taki sam.

Kiedy Zalew został za plecami, a ja niosłem w sobie coś, czego nie potrafiłem wypowiedzieć.

Szedłem długo.

Nie wiem, czy szybciej niż poprzedniego dnia.

Może wolniej.

Może tylko tak zapamiętałem.

Świat wyglądał zwyczajnie.

Drzewa. Droga. Ludzie gdzieś daleko. Popołudniowe światło.

Nic nie zatrzymało się razem ze mną.

To było niemal oburzające.

Że coś może się w człowieku złamać, a świat dalej świeci tym samym słońcem.

W domu nie powiedziałem nikomu.

Nie umiałem.

Nie miałem języka.

Nie miałem odwagi.

Nie miałem pewności, czy ktoś by zrozumiał.

Bałem się pytań.

Gdzie byłeś? Po co tam poszedłeś? Dlaczego sam? Dlaczego wróciłeś tam drugi raz?

Bałem się, że w końcu wszystko obróci się przeciwko mnie.

Że zamiast usłyszeć: ktoś cię skrzywdził, usłyszę coś zupełnie innego.

Że sam tego szukałem.

To jest jedno z najokrutniejszych zdań, jakie człowiek potrafi powiedzieć samemu sobie.

Sam tego szukałem.

Przez długi czas ono wracało.

Nie wypowiedziane przez nikogo.

Moje własne.

Najbardziej niesprawiedliwe.

Po tym dniu nie wróciłem tam już tamtego lata.

Nie dlatego, że przestałem chcieć być naturystą.

Nie dlatego, że nagle zniknęło wszystko, co prowadziło mnie od dzieciństwa przez Kazimierz, gazety, lustro, basen i długi marsz nad Zalew.

To nie zniknęło.

Ale coś zostało zranione.

Nie samo pragnienie.

Raczej zaufanie do miejsca, które miało je pomieścić.

Równocześnie działo się we mnie coś jeszcze.

Tamte tygodnie i miesiące były trudne nie tylko z powodu wyspy.

Rozchodziły się moje drogi z kolegą, którego bardzo lubiłem. Zbyt długo mówiłem sobie, że to tylko sympatia. Zbyt długo próbowałem nie widzieć, że było w tym coś więcej.

Uczucie, którego wtedy jeszcze bałem się nazwać bez lęku.

Wszystko nałożyło się na siebie.

Wyspa.

Wstyd.

Strach.

Milczenie.

Utrata kogoś, kto był dla mnie ważniejszy niż chciałem przyznać.

Zaczęło robić się ciemno.

Nie na zewnątrz.

We mnie.

Nie od razu.

Nie w jeden dzień.

Raczej powoli, jakby ktoś przykręcał światło, a ja przez pewien czas udawałem, że nadal widzę wszystko wyraźnie.

Potem przyszła depresja.

Pierwsza. Naprawdę ciężka.

Taka, która nie była smutkiem po jednym wydarzeniu, tylko całym sposobem istnienia. Ciężarem w ciele. Mgłą w głowie. Przekonaniem, że coś we mnie zostało pomylone i nie umiem już wrócić do wcześniejszej wersji siebie.

Nie łączyłem tego wtedy tak jasno.

Dopiero po latach zobaczyłem, jak wiele rzeczy zbiegło się w jednym czasie.

Odkrywanie własnej nagości.

Odkrywanie własnej orientacji.

Pierwsze zranienie.

Pierwsza prawdziwa utrata.

Pierwsza depresja.

Za dużo jak na jednego szesnastolatka.

Za dużo bez rozmowy.

Za dużo bez kogoś, kto powiedziałby: to nie twoja wina.

Dziś wiem, że tamten dzień nie unieważnił naturyzmu.

Nie mógł.

Był zbyt ciemny, żeby stać się prawdą o całym świecie.

Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałem.

Wtedy wszystko mieszało się ze sobą.

Ciało z winą. Nagość ze strachem. Pragnienie z karą. Wolność z czymś, co przyszło za wcześnie i zabrało mi spokój.

Najtrudniejsze było to, że nie przestałem tęsknić.

To może brzmieć niezrozumiale.

Ale właśnie tak było.

Bałem się wyspy, a jednocześnie tęskniłem za tym, czym miała być.

Nie za tym, co się wydarzyło.

Nigdy za tym.

Tęskniłem za obrazem z pierwszego dnia.

Za słońcem na skórze.

Za poczuciem, że po wielu latach szukania wreszcie dotarłem.

Za możliwością, że nagość może być spokojna.

Prosta.

Moja.

Tylko że po drugim dniu nie umiałem już w to wierzyć tak samo.

I może dlatego nie wróciłem.

Nie tamtego lata.

Nie od razu.

Musiał minąć czas.

Musiało minąć wiele ciszy.

Musiało minąć dużo wstydu, który nie należał do mnie, choć przez długi czas nosiłem go jak własny.

Tamten dzień nie był końcem mojej drogi.

Ale był pęknięciem.

Pierwszym naprawdę poważnym.

Takim, po którym człowiek idzie dalej, ale już ostrożniej. Z większą nieufnością. Z cieniem, którego wcześniej nie było.

A przecież miało być inaczej.

Po tylu latach pytań, obrazów, zakazów, muzyki, gazet, samotnych wypraw i marzeń o plaży naturystów, drugi dzień na Nagiej Wyspie powinien być początkiem czegoś dobrego.

Powinien być potwierdzeniem.

Powinien być wolnością.

Nie tak miało być.

Rozdział 19 — Nie byłem już taki sam

20 czerwca 1990 roku pamiętam dokładniej niż chciałbym.

Nie dlatego, że tego dnia wydarzyło się coś wielkiego na zewnątrz. Nie było żadnej burzy. Żadnego krzyku. Żadnej sceny, po której można by od razu powiedzieć: od tej chwili wszystko się zmieniło.

Był tylko uśmiech.

A właściwie śmiech, który próbowano ukryć.

Tomek zasłonił usta.

Jakby nie chciał, żebym zobaczył.

Ale zobaczyłem.

I właśnie to było najgorsze.

Nie wracałem wtedy ze szkoły.

Wracałem od niego.

To ważne, bo droga powrotna nie była zwykłą drogą po lekcjach. Nie była przejściem z jednego obowiązku do drugiego. Wracałem z miejsca, w którym jeszcze chwilę wcześniej próbowałem być blisko kogoś, kto był dla mnie ważniejszy, niż potrafiłem przyznać nawet przed samym sobą.

Nie wiem, dlaczego zaczął się śmiać.

Do dziś nie wiem.

Może zauważył moje nadmierne zainteresowanie. Może poczuł, że za bardzo mi zależy. Może w moim spojrzeniu, w mojej obecności, w sposobie, w jaki czekałem na jego uwagę, było coś zbyt czytelnego.

Może tylko tak mi się wydawało.

Ale wtedy nie miałem wątpliwości.

Śmiał się ze mnie.

Nie głośno.

Głośny śmiech byłby prostszy.

Można by się obrazić. Można by odpowiedzieć. Można by wyjść, trzaskając drzwiami.

Ale to było coś cichszego.

Zasłonięte usta.

Krótki ruch twarzy.

Spojrzenie, które miało udawać, że nic się nie dzieje.

A ja udawałem, że tego nie widzę.

To było nasze wspólne kłamstwo.

On udawał, że się nie śmieje.

Ja udawałem, że nie wiem.

Wyszedłem.

Nie pamiętam, czy pożegnałem się normalnie.

Pewnie tak.

Człowiek potrafi zachować pozory nawet wtedy, kiedy w środku wszystko zaczyna się rozpadać.

Na zewnątrz zwykłe słowa.

Cześć.

Do zobaczenia.

Może jeszcze coś.

A potem drzwi, schody, klatka, ulica.

I dopiero wtedy poczułem gardło.

Ściśnięte.

Tak mocno, jakby ktoś zacisnął na nim dłoń.

Szedłem przez Lublin i próbowałem oddychać normalnie.

Nie płakałem.

Jeszcze nie.

Łzy byłyby zbyt oczywiste. Zbyt widoczne. A ja wtedy najbardziej na świecie nie chciałem, żeby ktokolwiek zobaczył, że coś się stało.

Na ulicy ludzie szli w swoich sprawach.

Ktoś niósł siatkę. Ktoś rozmawiał. Ktoś czekał na przystanku. Ktoś śmiał się naprawdę, bez ukrywania ust.

Świat był zwyczajny.

I przez to okrutny.

Rozpacz ściskała mi gardło przez całą drogę.

Nie dlatego, że Tomek się uśmiechnął.

Nie tylko dlatego.

Ten uśmiech był raczej kluczem.

Otworzył coś, co od dawna było zamknięte, ale cały czas istniało.

Nagle wszystkie wcześniejsze rzeczy zaczęły układać się w jedną całość.

To, że czekałem na niego bardziej niż na innych.

To, że jego obecność potrafiła zmienić cały dzień.

To, że gdy był blisko, wszystko robiło się intensywniejsze.

To, że kiedy go nie było, coś we mnie gasło.

Przez długi czas mogłem udawać, że to przyjaźń.

Silna.

Nadmierna.

Dziwna, ale jednak przyjaźń.

Tamtego dnia nie mogłem już udawać.

Mieszkanie było puste.

To pamiętam bardzo wyraźnie.

Wszedłem do środka, zamknąłem drzwi i przez chwilę stałem w przedpokoju. Tym samym, w którym było lustro. Tym samym, w którym kilka lat wcześniej tańczyłem, zanim klamka opadła.

Teraz nie było muzyki.

Nie było kasety.

Nie było śladu tamtej dziecięcej wolności.

Była cisza.

Puste mieszkanie potrafi być ratunkiem.

Można w nim przestać grać.

Ale potrafi też być pułapką, bo nie ma nikogo, kto zatrzyma myśli, zanim zaczną mówić zbyt głośno.

I wtedy to do mnie dotarło.

Nie jako delikatna prawda.

Nie jako spokojne odkrycie.

Nie jako zdanie, które przynosi ulgę.

Raczej jak coś ciężkiego, co spada nagle i przygniata.

Jestem homoseksualistą.

Tak właśnie pomyślałem.

Nie: jestem gejem.

Tego słowa wtedy nie znałem.

Albo nie znałem go jako słowa dla siebie. Nie było częścią mojego języka, mojego świata, mojego sposobu myślenia o sobie. Nie miało jeszcze tej zwyczajności, którą zyskało dopiero po latach.

Znałem słowo inne.

Dłuższe.

Cięższe.

Obce.

Homoseksualista.

Brzmiało jak diagnoza.

Jak etykieta.

Jak coś, co ktoś mógłby wypowiedzieć w gabinecie, w gazecie, w programie telewizyjnym albo w szyderczym żarcie.

A teraz to słowo było moje.

Nie powiedziałem go na głos.

Nie musiałem.

Wypełniło całe mieszkanie.

Przedpokój. Pokój. Kuchnię. Ściany. Powietrze.

I mnie.

Nie poczułem ulgi.

Dzisiaj wiem, że człowiek może odkryć prawdę o sobie i z czasem ją przyjąć. Może nawet nauczyć się mówić o niej spokojnie, bez lęku, bez przepraszania za własne istnienie.

Ale wtedy nie było we mnie spokoju.

Był strach.

Był wstyd.

Było poczucie, że właśnie zobaczyłem coś, czego nie da się już odsunąć.

Nie chodziło tylko o Tomka.

On był twarzą tej prawdy.

Najbliższą.

Najboleśniejszą.

Ale prawda była większa niż on.

Usiadłem.

Nie pamiętam gdzie.

Może na krześle.

Może na łóżku.

Może osunąłem się gdzieś po prostu, bo nogi przestały mnie dobrze trzymać.

Pamiętam tylko, że nie wiedziałem, co mam dalej zrobić.

Jak żyć z tym zdaniem.

Jak pójść następnego dnia do szkoły.

Jak patrzeć na ludzi.

Jak patrzeć na siebie.

Jak wrócić do świata, w którym wszyscy udają, że są tylko jedne możliwe odpowiedzi na pytania o miłość, ciało i przyszłość.

Tamtego dnia nie zaczęła się moja orientacja.

Ona była wcześniej.

W spojrzeniach, których nie rozumiałem.

W zazdrości, której się wstydziłem.

W przywiązaniu, które próbowałem tłumaczyć sobie na wszystkie inne sposoby.

W tym, że moje serce wybierało inaczej, niż uczono mnie oczekiwać.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 71.75