E-book
6.83
drukowana A5
29.76
drukowana A5
Kolorowa
57.36
Tam, gdzie śpiewają dusze...

Bezpłatny fragment - Tam, gdzie śpiewają dusze...

Objętość:
189 str.
ISBN:
978-83-8126-983-4
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 29.76
drukowana A5
Kolorowa
za 57.36

Historia, którą usłyszałam dawno temu, pobudziła moje zmysły i wyobraźnię zbyt intensywnie, bym mogła zignorować głos intuicji tlący się we mnie potężnym żarem. Sięgnęłam zatem po pióro i zdecydowałam się przelać na papier to, co usłyszałam, ubarwiając jednocześnie w wątki pochodzące wyłącznie z mojej wyobraźni. Nie jest to więc historia całkiem zmyślona, choć wiele fragmentów wypłynęło z mego serca.


Oddaję w Wasze ręce powieść, która wyznaczyła w mym sercu niezatarty ślad i mam nadzieję, że i w Waszych pozostanie choć jej cząstka…


Joanna Paczkowska-Szczygieł

ROZDZIAŁ 1. „Dziewiczy zakątek”

*

Emilia, gdy tylko otworzyła oczy, unosząc powoli powieki niczym delikatne skrzydła motyla, od razu spostrzegła złote półkola tańczące na drewnianej podłodze sypialni. Ponieważ nigdy wcześniej nie widziała podobnego zjawiska, pozwoliła powiekom odkryć swe w pełni rozszerzone źrenice. Zauroczona nie potrafiła oderwać wzroku od tego magicznego tańca spojrzeń wschodzącego, prześwitującego między zielonymi, bujnymi koronami drzew, słońca.

Wybiła godzina piąta, Emilia jednak nawet nie zwróciła uwagi na uderzenia dzwonów w starym zegarze stojącym w salonie na parterze domu. Całkowicie skoncentrowała się na migających złotych, ciepłych plamach na wysłużonym już drewnie podłogi. Bezwiednie na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech, a oczy wypełnił blask fascynacji.

Ten cichy poranek, tak inny niż wszystkie poprzednie, zaskoczył ją nieco, w głębi serca jednak odczuwała silną radość, że oto spełniło się jej marzenie. Miasto każdego dnia dawało jej tylko hałas oraz powietrze przesączone dymem i spalinami aut ruchliwych jak mrówki na zatłoczonych jezdniach, natomiast tutaj zbudził ją cichy, wesoły śpiew ptaszków tańczących na pobliskich drzewach. Klimat miasta tak bardzo nie odpowiadał Emilii, iż postanowiła, że kiedyś bez zastanowienia przeprowadzi się bliżej natury. Tego poranka cisza, która ją uderzyła, uzmysłowiła jej jednocześnie, jak bardzo tego potrzebowała i jak dobrze współgrała z tonacjami jej duszy.

Lipiec tego lata był gorący, okno od sypialni zostało więc otworzone na całą noc, przez co ciepłe, acz schłodzone lekko powietrze docierało do niej intensywnie, wypełniając zachłanne nozdrza świeżością. Otwarcie okna umożliwiło także dostrzeżenie w pełni uroku tych kulistych, ruchliwych światełek nie ograniczonych przez grubą szybę.

Nagle Emilia poczuła na karku gwałtowny podmuch chłodnego powietrza i dopiero wówczas zdała sobie sprawę, gdzie w rzeczywistości się znajdowała. Wspomnienia z poprzedniego dnia wróciły do niej tak zaostrzone, że na nowo poczuła te ogromne emocje, jakie towarzyszyły jej od wielu, wielu już dni, potężniejąc z każdym następnym. Odwróciła głowę w stronę mężczyzny, który schował swą twarz w zagłębieniu jej szyi. Czarne, krótkie włosy kłuły ją delikatnie w brodę, lecz ona nie potrafiła patrzeć na niego inaczej, jak tylko z miłością.

„Mój mąż…” — wypowiedziała te dwa słowa w myśli, a mimo to i tak przybrały one wielce uroczysty ton.

Gdy poprzedniego dnia, stojąc w chłodnym od średniowiecznych murów kościele w jej parafii patrzyła na swego wówczas jeszcze narzeczonego, nie mogła uwierzyć, że nadszedł w końcu ten dzień, kiedy oboje wypowiedzą sobie nawzajem te magiczne słowa przysięgi dozgonnej miłości.

„Ja, Artur Korzecki, biorę Ciebie, Emilię Polańską, za żonę i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską dopóki śmierć nas nie rozłączy…”.

Emilii zdawało się, że nigdy nie zapomni tych kilku słów, których wypowiedzenie wiązało się z tak ogromnymi emocjami, że wciąż jeszcze pamiętała, jak bardzo drżał jej głos poprzedniego popołudnia.

Uśmiechnęła się lekko. Jej dłoń opadła delikatnie na ciemne włosy mężczyzny, odznaczając się swoją wyblakłością. Lata spędzone w mieście wycisnęły już na niej swoje wątłe piętno bladości, Emilia jednak postanowiła wykorzystać okazję, że uwolniła się od miejskich więzów oplatających ją do tej pory i popracować nad sobą.

Mężczyzna westchnął po raz kolejny, chwycił w swą silną dłoń drobne palce żony, po czym ucałował jeden po drugim. Jego miękkie usta schłodzone pocałunkami nocy niczym trzepot skrzydeł motyla stykały się z jej skórą. Emilia z czułością przyglądała się tej spokojnej grze zmysłów, zastanawiając się, czy tak właśnie będzie wyglądał każdy następny poranek ich wspólnego życia.

— Jak ci się spało w naszym domku? — zapytał nagle, unosząc się nad żoną i podpierając na łokciu.

Czekoladowe oczy, intensywnie przepełnione miłością, lustrowały rozbudzoną już twarz Emilii. Choć usłyszała ona, jak duży nacisk położył na słowo „naszym”, jej odpowiedź nawet tego nie zasugerowała, ponieważ tak naprawdę nie o to przecież jej chodziło.

— Fantastycznie… — szepnęła i posłała mu figlarny uśmiech — Bo tę noc spędziłam z tobą…

— Rzeczywiście, to nasza pierwsza wspólna noc. — uśmiechnął się i złożył na jej ustach szybki, acz namiętny pocałunek — To dziwne, że nigdy nie spędziliśmy wspólnie żadnej nocy, chociaż jesteśmy ze sobą tak długo. Nie uważasz? — spojrzał na nią, po czym ponownie szeroko się uśmiechnął — A teraz nastąpi nasz pierwszy wspólny dzień, kiedy żadne z nas nie wyjdzie z łóżka. — dodał konspiracyjnie, przykrywając sobą ciało Emilii — Co ty na to? — jedna z jego brwi zabawnie zadrgała, jak zawsze, gdy wpadał na jakiś szalony pomysł.

Uśmiechnęła się na tyle lekko, by nie pokazać swej radości z jego obecności przy niej tego cudownego, magicznego poranka, serce rozszalało się jednak jakby, chcąc zdradzić ją przed mężem.

— Hmm… — zaczęła udając, że intensywnie rozważa daną propozycję — Wiesz, to bardzo interesujące, bo nigdy jeszcze mi się to nie zdarzyło… — spojrzała w jego roześmiane, młodzieńcze oczy, stwierdzając w myślach, że zawsze tak wyglądały, gdy tylko był szczęśliwy.

— Mnie też, szczerze mówiąc. — roześmiał się, po czym przycisnął swe usta do jej ust, pozwalając im na wędrówkę przez czubek nosa, policzek i szyję — Tym bardziej się to nam należy… — szepnął jej do ucha.

— Tak właśnie wyobrażałam sobie małżeństwo… — szepnęła z namiętnością młodej żony, która dopiero poznaje tajniki pożycia małżeńskiego czując, że jej mąż uśmiechnął się szeroko — Ty.. Ja.. I ta cisza przepełniona radością…

— Tak wyobrażasz sobie też naszą przyszłość? — zapytał równie cicho, jak ona, nie przestając jej całować.

— Dokładnie tak samo… — uśmiechnęła się — Rodzina, miłość między małżonkami… Dzieci wesoło biegające po podwórku wśród zieleni… A my siedzący na ławeczce na tarasie, obejmujący się, trzymający za dłonie…

Poczuła, że mąż uniósł się, by móc spojrzeć w jej twarz.

— Tego właśnie chcesz..? Taką przyszłość sobie wymarzyłaś? — zapytał, a kiedy spojrzała w jego oczy, widziała w nich jedynie dogłębną miłość.

— Właśnie taką… — uśmiechnęła się delikatnie — Gdybym wiedziała, że jesteś szczęśliwy, mając mnie u swego boku, że kochasz nasze dzieci tak, jak ja bym je kochała, że jest ci tu dobrze, byłabym najszczęśliwszą kobietą na świecie… Niczego więcej mi nie potrzeba… Nawet wydanie mojej powieści nie sprawiłoby mi takiej radości…

— Kochanie… — szept, który wydobył się z jego gardła, przepełniony był wzruszeniem — Dajesz mi więcej szczęścia, niż ci się widocznie wydaje… — wydobył z siebie te kilka słów, choć z widocznym trudem, po czym pochylił się nad jej uchem i dodał — Zostań ze mną tu, aż zajdzie słońce…

Emilia poddała się magii chwili, zamykając oczy, by w pełni móc odczuć to wszystko, co podarowały jej namiętne usta męża. Kochała go tak bardzo, że momentami przerażało ją to, wiedziała jednak, że i on darzył ją ogromną miłością, zatem to wszystko razem dawało jej pełnię szczęścia. Chciała być dla niego najlepszą żoną pod słońcem, chciała, by nigdy nie poczuł, że popełnił błąd, żeniąc się z nią, chciała… Tyle rzeczy sobie wymarzyła, a tak mało mogła mieć czasu, by je zrealizować.

Głównym celem i pragnieniem serca było jednak zachowanie miłości męża jak najdłużej i zamierzała dopilnować, by pragnienie to zostało zrealizowane.

— Artur… — szepnęła ledwo słyszalnie — Zgadzam się…

Mężczyzna znieruchomiał na ułamek sekundy, by po chwili zająć się już tylko swą świeżo poślubioną żoną.

*

— Boruta! — zawołał Artur, spoglądając groźnie na młodego boksera, ten jednak niewiele sobie z tego robił.

Artur siedział w szlafroku niedbale zarzuconym na ramiona przy wąskim stoliku kuchennym, pałaszując kanapki, które zrobiła dla nich Emilia. Słońce chyliło się już ku zachodowi, chociaż ciągle jeszcze ciepło wypełniało gęste powietrze. Rdzawe promienie przenikały przez gąszcz drzew, przedzierając się przez wysokie okna salonu oraz jadalni i docierając przez szerokie przejście do przytulnej kuchni. Kładły się plamami na starym drewnie podłogi, tańcząc zabawnie od czasu do czasu, rozjaśniając pomieszczenie swymi ciepłymi barwami.

— Daj jej spokój, kochanie. — poprosiła Emilia cmoknąwszy męża w policzek; postawiła na stoliku dwa wysokie kufle wypełnione po brzegi chłodnym, pomarańczowym napojem z kostkami lodu — Dla ochłody. — dodała, siadając obok męża na krześle.

— Dzięki. — odpowiedział jej, ale zaraz powrócił do tematu rudej suki, która, przykucnąwszy przy wejściu do jadalni, przyglądała im się z ciekawością, przeginając lekko swój rudo — czarny łebek — Nie pozwalaj jej na wszystko, bo potem będziesz tego żałowała. — upił kilka łyków chłodnego napoju i spojrzał na żonę z miną człowieka, który doskonale wie, co mówi.

— Nie przesadzaj! — roześmiała się — Przecież nic wielkiego się nie stało.

— Rzuciła się na ciebie! — zmarszczył brwi, wpatrując się we wciąż uśmiechnięte, piwne oczy Emilii.

— Nie rzuciła się, tylko chciała wyrazić swoją miłość do mnie i radość, że mnie widzi. — sprostowała i spokojnie zajęła się kanapką.

Ponieważ rzeczywiście cały dzień nie wyszli z łóżka, w pewnym momencie głód musiał ich dopaść i wygonił ich wreszcie stamtąd, kiedy słońce zdecydowało, że pozwoli zabłysnąć księżycowi zaglądającemu do ich sypialni. Emilia zręcznie zabrała się za przygotowywanie kilku kanapek, po krótkiej chwili jednak zdała sobie sprawę, że zrobiła ich zdecydowanie za mało. Zanim usiadła przy stoliku, połowa znikła już z talerza i wcale nie zapowiadało się na to, by głodny Artur miał zamiar na tym zakończyć. Czasem przerażało ją to, ile potrafił zjeść za jednym razem, a przy tym nadal trzymać linię. Postanowiła więc zostawić mu resztę, a sobie dorobić kilka innych.

— Jutro przyjadą podłączyć nam telefon. — powiedział w pewnym momencie Artur.

— Tak? — zdziwiła się Emilia — Kiedy to załatwiłeś?

Artur z delikatnym uśmiechem wpatrywał się w puste miejsce na swym talerzu obok ostatniej kanapki i dopiero po chwili, czując na sobie uważne spojrzenie żony, zerknął na nią. Wyglądał jak mały chłopiec, który musiał przyznać się do winy, a nie wiedział, jak powinien to zrobić, by wszystko uszło mu jednak na sucho. Przyglądał się jej przez moment, wiedział jednak, że musi być z nią szczery i na to w końcu się zdobył.

— Dzisiaj. — rzekł po prostu.

— Kiedy? — zapytała zaskoczona, unosząc brwi.

— Gdy zasnęłaś, koło południa. — odpowiedział jej — Zastanawiałem się, jak będzie się nam tu żyło, co trzeba zmienić, co naprawić i przypomniało mi się, że nie mamy jeszcze telefonu.

Faktycznie, dużo było do zrobienia. Stara drewniana podłoga w kuchni, jadalni oraz salonie była już tak wytarta, że nie było mowy o tym, by ją zostawić w spokoju. Póki co Artur kilka dni wcześniej pokrył deski jasnym dywanikiem zarówno w kuchni, jak i w salonie, wiedział jednak, że nadejdzie dzień, kiedy i ten stary parkiet trzeba będzie wymienić.

— I zadzwoniłeś. — dopowiedziała.

— Widzisz, jak doskonale mnie znasz! — roześmiał się Artur, pochylając się, by cmoknąć żonę w usta.

Uśmiechnęła się, ale nie skomentowała tego w żaden sposób. Zapytała tylko:

— O której będą?

— Koło jedenastej. — odpowiedział, pochłaniając ostatnią kanapkę ze swojego talerza — Myślisz, że do tego czasu wyjdziemy z łóżka? — zerknął figlarnie na Emilię.

— A myślisz, że nie? — jej wesoły śmiech wypełnił niewielką kuchnię.

— Wolałbym spędzić jutrzejszy dzień tak, jak dzisiejszy. — stwierdził poważnie i wykrzywił komicznie twarz.

— Nie zapominaj, że masz pracę. — przypomniała mu, zbierając dwa puste talerze ze stołu, by móc je od razu umyć, bo nie lubiła widoku brudnych naczyń w zlewie.

— No, tak.. Musiałaś mi o tym wspomnieć… — rzekł znużonym głosem patrząc, jak odkręcała ciepłą wodę nad nowym już zlewem i brała płyn do mycia naczyń — Ale to dopiero jutro. Dziś robię sobie wolne. — przyciągnął ją do siebie, sadzając okrakiem na kolanach — Mamy w końcu miesiąc miodowy, moja najukochańsza żono, prawda?

— Twoja jedyna żono. — sprostowała Emilia, obejmując ramionami szyję męża i uśmiechnęła się szeroko.

— To, że jesteś moją jedyną żoną, nie znaczy przecież, że nie możesz być najukochańszą, prawda? — zapytał.

Emilia roześmiała się i pocałowała go, żadne z nich jednak nie mogło nacieszyć się tą czułością, ponieważ zaraz odezwała się Boruta, przypominając im o sobie. Stała w pobliżu jednego z wysokich okien jadalni, wyglądając przez nie i warcząc groźnie. Ukazała swe ostre zęby, a rude włosy najeżyła mocno, rozglądając się wokół z rezygnacją. Coś najwyraźniej nie spodobało się jej. Artur westchnął kapitulacyjnie, po czym rzekł:

— Patrz, jaka jest zazdrosna. Już nie będzie ci pokazywała, jak bardzo cię kocha. — roześmiał się.

— Chcesz się przekonać?

Żadne z nich nie zastanowiło się, co mogło być powodem warczenia spokojnej z natury suki…

*

Tumany kurzu wzniosły się w salonie w momencie, kiedy Emilia weszła do niego, by podać monterom coś chłodnego do picia. Upał dawał się we znaki i w ich domu, pomimo pootwieranych wszędzie okien i drzwi tarasowych, nadal było duszno.

Zarówno duży stół jadalniany, jak i krzesła, miękka, kremowa sofa z drewnianymi obiciami po obu stronach, oraz wysoki, zabytkowy zegar stojący w rogu, pokryto przezroczystą folią, chroniąc od farby w odcieniu kości słoniowej, która miała pokryć górną część ścian. Dolna została już okryta szerokim ciągiem orzechowego drewna, z czego Emilia bardzo się cieszyła.

Mężczyźni skinęli głową z wdzięcznością, gdy postawiła napoje w kuflach nieopodal nich, mrużąc przy tym oczy, by pyłki tynku nie dostały się do nich w zbyt dużej ilości.

— Niech pani stąd lepiej wyjdzie. — powiedział jeden z nich — Tu nie ma czym oddychać.

Kiedy tylko wyszła z remontowanego salonu, zaczęła się zastanawiać, czy nie powinna zabrać się w końcu za swoją pracę, lecz atmosfera panująca w domu absolutnie temu nie sprzyjała. Z żalem zerknęła na drzwi pokoju, który Artur przerobił na swój gabinet i właśnie beztrosko oddawał się kolejnemu zleceniu.

Ona, by tworzyć, by napisać cokolwiek wartościowego, potrzebowała ciszy i spokoju, czyli tego, co przywitało ją pierwszego poranka spędzonego w nowym domu. Rozmawiała kiedyś o tym z Arturem i to właśnie wtedy w jej głowie zrodził się pomysł zamieszkania na zupełnym odludziu.

— Jesteś pewna, że dasz radę przeżyć resztę swoich dni tak daleko od miasta? — zapytał ją któregoś dnia, gdy dyskutowali o tym, jak wyobrażają sobie ich przyszłe, wspólne życie.

Siedzieli na łóżku w dawnym pokoju Artura w mieszkaniu jego rodziców. Emilia opierała się plecami o tors wówczas jeszcze narzeczonego, a on obejmował ją ciasno ramionami, przykładając swą skroń do skroni Emilii.

— Oczywiście. — roześmiała się — Nie wiem, jak mogłabym pisać każdego dnia, słysząc za oknem gwar życia miejskiego.

Artur przytulił ją mocniej do siebie, opierając swą brodę o jej kark, a Emilia, widząc już oczami wyobraźni ich własny domek, westchnęła głośno i zamknęła oczy.

— Ach, już nie mogę się doczekać… — szepnęła, choć w tamtej chwili zdawała sobie sprawę, że nie od razu będą mogli pozwolić sobie na wybudowanie domu.

Artur jednak wiedział już wtedy, że stanie się dokładnie tak, jak sobie wymarzyła jego przyszła żona. Kiedy więc dzień przed ślubem zabrał ją do tego domu w środku lasu oznajmiając, że wprowadzą się tam zaraz po ślubie, zapytała go niedowierzając:

— Mówisz poważnie?

Stali oboje na drodze prowadzącej na ogrodzony teren, na środku którego stał stary piętrowy, drewniany dom z czerwonym dachem. Okiennice okrywały okna niczym powieki czuwające nad spokojnym snem źrenic. Mimo że uśpiony, sprawiał jednak wrażenie, jakby powoli zaczynał budzić się do nowego życia. Być może sprawiły to renowacje, które zostały już podjęte, jak zauważyła Emilia.

— To dom moich dziadków. — powiedział Artur i spojrzał z uśmiechem na Emilię.

— Ale przecież… oni…

— Tak, nie żyją… Od ich śmierci dom stał sobie samotnie. — odpowiedział jej — Rozmawiałem z rodzicami. Pomogli mi załatwić wszystkie potrzebne formalności, a ojciec zabrał się za odnawianie domu, zwłaszcza garażu i dachu. Były w koszmarnym stanie.

— Nie mogę w to uwierzyć… — szepnęła, wpatrując się w drewniane ściany domu, w którym następnego dnia miała zostać jego panią.

To był początek lipca. Pierwsze ostre promienie słońca okrywały złotem przytłumioną czerwień dachu, opadając na seledynową trawę pokrywającą każdy zakątek otoczenia. Ścieżka zarosła pod wpływem działania natury przez te wszystkie lata od śmierci właścicieli, co nadawało jej dziewiczy wygląd. I właśnie to jeszcze bardziej urzekło Emilię, tak bardzo marzącą o podobnym miejscu.

— Podoba ci się? — zapytał ją, czując gdzieś w głębi pewien niepokój, choć musiał widzieć zachwyt malujący się wyraźnie na jej twarzy.

— Kochanie… — spojrzała na niego, po czym zarzuciła mu na szyję swoje ramiona, przytulając się do niego mocno — Oczywiście, że tak… Jest … cudowny… Dziękuję…

— Kochanie! — głos Artura tuż obok nagle wytrącił ją z marzeń.

Emilia już zupełnie świadomie spojrzała na roześmianą twarz męża wychodzącego z gabinetu i uśmiechnęła się lekko.

— Znowu uciekłaś do swojego świata? — zapytał i pstryknął ją w czubek nosa.

— Nie. — pokręciła przecząco głową — Przypomniał mi się po prostu ten dzień, kiedy pojawiliśmy się tu razem pierwszy raz. — uśmiechnęła się szerzej.

— Kilka dni temu. — objął ją w pasie i przyciągnął do siebie.

— Tak… — Emilia posłała mu wdzięczny uśmiech — Kocham cię bardzo… — szepnęła — Aż boję się myśleć, jak bardzo…

— Nie bój się… — Artur pochylił się nad nią, opierając swój czubek nosa o czubek nosa żony — Przy mnie nie musisz się bać niczego…

ROZDZIAŁ 2. „Magia jeziora”

*

Prace remontowe w domku trwały blisko miesiąc i w tym czasie Emilia nie znalazła nawet chwili, by cokolwiek napisać. Artur czasem zamykał się w swoim gabinecie, jak nazywał nieduży pokój sąsiadujący z salonem, by na czas ukończyć zlecone mu projekty, jego żona natomiast każdego dnia przyjmowała, pilnowała i żegnała mężczyzn powoli doprowadzających ich dom do stanu maksymalnego użytku.

Sprawami organizacyjnymi zajmował się jednak Artur, dzwoniąc po różnych firmach i załatwiając wykwalifikowanych pracowników. Ponieważ wyznawał zasadę, że „każdy zasługuje na tyle, na ile sobie zapracował”, nigdy nie zatrudniał pierwszej lepszej osoby. Wolał zapłacić więcej, aby mieć pewność, że uzyska w rezultacie to, czego oczekiwał.

— Jesteś pewien, że wystarczy nam na to wszystko pieniędzy? — zapytała go Emilia któregoś wieczoru, leżąc z głową na torsie mężczyzny wciśnięta między bok jego ciała a silne, męskie ramię przyciskające ją do siebie.

Artur uderzał lekko swoją stopą o stopę Emilii w rytm muzyki Jana Garbarka dobiegającej z odtwarzacza, co zawsze lubiła. Czyn ten działał na nią, jak kołysanka, usypiając skołatane nerwy, odsuwając w dal wszelkie niepokoje. Tego wieczoru jednak nic nie mogłoby powstrzymać jej od zadania tego zasadniczego pytania, które w zasadzie nurtowało ją już od dłuższego czasu.

— O to nie musi się martwić twoja śliczna główka, skarbie. — uśmiechnął się z zadowoleniem, że tylko takie zwątpienia krążą jej po głowie — Jeszcze przed ślubem odłożyłem sporo na koncie. Przez te dwa lata naszego bycia razem trochę się uzbierało.

— Zbierasz pieniądze, odkąd jesteśmy razem? — Emilia uniosła głowę i spojrzała na niego z powątpiewaniem, unosząc znacząco brew.

— Jak tylko cię zobaczyłem, wiedziałem, że zostaniesz moją żoną. — szepnął namiętnie, a jego twarz promieniała radością.

— Pewnie! — roześmiała się — Zwłaszcza wtedy, gdy miałeś na koncie czterdzieści złotych. — dodała.

Artur roześmiał się głośno.

— To było na samym początku naszej znajomości, kochanie! Od tego właśnie czasu zacząłem oszczędzać.

Takie wieczory w ciągu minionego miesiąca zdarzały się niezwykle rzadko, mężczyzna bowiem starał się nadrobić zaległości w pracy i przebywał w swoim gabinecie przed komputerem nawet do czwartej nad ranem. Ponieważ jednak pracownicy pojawiali się zwykle koło godziny dziewiątej, nie miał zbyt dużo czasu na sen i odpoczynek, zwłaszcza, że zaraz na nowo zabierał się za zlecony projekt strony internetowej.

Emilia martwiła się o męża, choć ten za każdym razem uspokajał ją, tłumacząc, że przecież zdążył już przyzwyczaić się do takiego trybu życia i nic nie mogło mu się stać. Te słowa jednak nie zdały się na wiele, gdyż jej przepełnione miłością i troską serce nie pozwalało o tym zapomnieć.

A z każdym następnym dniem coraz bardziej wydawało im się, że remont ten nigdy się nie skończy. Należało jeszcze wykończyć i unowocześnić kuchnię, gdzie dokupiony został jedynie wąski, drewniany stół, dokupić kilka niezbędnych sprzętów zarówno do kuchni, jak i łazienek, zainstalować wodociąg pod prysznic, wyposażyć pokoje gościnne, które nie zostały jeszcze ruszone, jako że Artur najpierw umeblował ich wspólną sypialnię, wymienić okna w każdym pomieszczeniu. Artur zbyt późno dowiedział się o marzeniu Emilii, by móc zrealizować zaplanowane projekty jeszcze przed ślubem.

Nadszedł jednak w końcu dzień, kiedy wszystko to, co zaplanowali sobie na początek, zostało ukończone. Wieczór zapadł już dawno, dając powoli upust gęstej nocy. Olbrzymi księżyc zawisł na czerniejącym niebie, zaglądając w okno, przy którym stała Emilia. Delikatny dreszcz wstrząsał jej ciałem okrytym w cienką, jasnoróżową koszulę nocną, objęła się więc ramionami. Dziwne uczucia ją nawiedzały, wciąż odnosiła bowiem osobliwe wrażenie, że coś subtelnego ślizgało się po jej ciele, tłumaczyła to sobie jednak chłodem wieczoru. Mimo to nie mogła zaprzeczyć, że uczucie obecności kogoś jeszcze w sypialni, poza nią i Arturem, potężniało coraz bardziej.

Słyszała, jak jej mąż, westchnąwszy z ulgą, ulokował się na łóżku, ale nie odwróciła się w jego stronę. Jej wzrok wciąż tkwił w srebrnych, tańcujących blaskach połyskującego jeziorka znajdującego się dość blisko ich posiadłości po wschodniej jej stronie, tuż za drzewami tworzącymi niewielki park. Niczym sreberko zwijające się i rozwijające ruchliwa tafla przykuwała sobą uwagę.

Widok ten był tak urokliwy, że poetycka dusza Emilii nie była w stanie nie przeżyć tego we właściwy sposób. Serce, jak zwykle, reagując intensywnością na głębokie doznania właścicielki, stanowiące odzwierciedlenie jej emocji, zadrgało lekko, by zaraz rozszaleć się w szybkim galopie. Dłonie, drżące niczym wątłe osiki na wietrze, obijały się delikatnie o rozgorączkowane nagle ciało kobiety. Wszystko wokół znikło, ustępując miejsca jedynie połyskującemu jeziorowi. Niczym z błogiej hipnozie słyszała wokół siebie cichy śpiew, dochodzący jakby z zaświatów, choć w głębi podświadomości wiedziała, że było to raczej złudzenie.

Kolejny dreszcz wstrząsnął jej ciałem, kiedy uświadomiła sobie, że właśnie wypełniło ją natchnienie tak ogromne, jak jeszcze nigdy w życiu. Z błyskiem w oczach odwróciła się w stronę męża, lecz widok, jaki ukazał się jej, zaraz sprowadził ją na ziemię. Mimo iż lampka nocna tuż przy łóżku dawała nieduży słoneczny krąg, nie wydało się jej to ani trochę romantyczne. Artur, w dole od piżamy, przypominającej krótkie spodenki, leżał niedbale na łóżku, przecierając swoje zmęczone oczy. Koc, pod którym spali w te cieple noce, znajdował się tuż obok mężczyzny zwinięty w nieelegancką rolkę i wcale nie wyglądał zachęcająco. Zwykłe, proste życie ponownie dało o sobie znać.

Wolno podeszła do łóżka i rozwinęła czerwony, cienki koc, okrywając nim ciało męża, po czym sama wsunęła się pod niego. Artur od razu przyciągnął ją do siebie i spojrzał głęboko w jej zielone oczy.

— Jesteś zmęczony… — szepnęła i cmoknęła go delikatnie w usta — Zgaś światło i wyśpijmy się w końcu porządnie.

Bez słowa wykonał jej prośbę, po czym ponownie objął jej chłodne ciało. Nigdy nie czuł się bezpieczniej, jak właśnie wtedy, kiedy wiedział i czuł, że ona jest blisko niego. Zawsze mógł na nią liczyć, nie wypowiadając nawet słowami tego, czego pragnął w danym momencie. Doskonale zdawał sobie sprawę, że nie mógłby znaleźć lepszej żony. Mocniej przycisnął ją do siebie, by w ten sposób wyrazić swoje uczucia do niej, tego wieczoru bowiem nie miał już siły na nic więcej.

— I tak właśnie minął nasz miesiąc miodowy… — Emilia szeptem wytrąciła go z krainy snu, w której już zaczął się zanurzać.

W tej samej chwili Artur uświadomił sobie, że rzeczywiście tego dnia minął pierwszy miesiąc ich małżeństwa; miesiąc, który poświęcili nie dla siebie, lecz na tworzenie pozytywnego otoczenia w gniazdku.

— Kochanie, każdy miesiąc naszego wspólnego życia będzie naszym miesiącem miodowym. — odpowiedział jej, całując ją w czoło — Obiecuję ci to… I zaczynamy od jutra.

Choć w ciemnościach panujących w pokoju, rozrzedzonych jedynie delikatnymi blaskami księżyca, rzucającego srebrne plamy na ich łóżko, nie mógł dostrzec wyrazu jej twarzy, wiedział, że się uśmiechnęła. Zawsze tak robiła, kiedy mówił jej podobne rzeczy, a jemu wówczas serce szalało z radości, że mógł sprawić jej przyjemność.

*

To miał być zwykły dzień, nie odbiegający zbytnio od poprzednich. Sierpniowe słońce prażyło, wysysając z każdej żywej istoty ostatnie siły, wszyscy zatem chowali się wszędzie tam, gdzie drzewa lub zabudowania dawały odrobinę cienia i lekkiego chłodu. Tego dnia na wiatr nie można było liczyć. Zdradziecko usunął się, dając pierwszeństwo złotej, ognistej kuli zawieszonej leniwie na błękicie nieba.

Emilia nie mogła uwierzyć, że kiedykolwiek spotka ją taki dzień. Choć w mieście miały czasem miejsce upalne dni, ich skwar jednak w niczym nie przypominał tego, jaki zapanował wokół ich domu, wśród lasu, nieopodal jeziorka. Zdumiewało ją to, że nawet w takim otoczeniu słońce jest w stanie zwyciężyć wszystkich.

Ani ona, ani Artur nie mieli ochoty na nic. Spoceni, pomimo skąpych ubrań, przesiedzieli pół dnia nad brzegiem jeziora, gdzie uciekli przed ognistymi promieniami, wystawiając jedynie do opalania nogi, do których słońce docierało pomiędzy gęstymi koronami drzew.

 Przeraża mnie to, że nic dziś nie zrobię do pracy… — szepnął w którymś momencie Artur.

Emilia uchyliła lekko powieki, by spojrzeć na męża. Sprawiał wrażenie, jakby spał i być może w którymś momencie uciął sobie drzemkę, teraz jednak zaczął rozmyślać nad tym, ile czasu zmarnował, zamiast szybko skończyć zlecenie. Uśmiechnęła się i odpowiedziała:

 Korzystaj z odpoczynku. Teraz odpoczniesz, a potem będziesz pracował ze zdwojoną siłą, zobaczysz. — rzekłszy to położyła się ponownie i wsłuchała w odgłosy natury.

Kukułka kukała właśnie nieopodal, a w wodzie pluskały się przelotne dzikie kaczki, których intensywnie turkusowe szyje wyginały się nad iskrzącą taflą.

 Mam nadzieję.. — odpowiedział Artur, po czym ponownie pogrążył się w ciszy popołudnia.

Kiedy około godziny piątej słońce osłabło, Artur podążył do gabinetu, by choć zakończyć to, co zamykało kolejny etap jego pracy, Emilia natomiast postanowiła wybrać się do wioski na małe zakupy.

 Jak skończę, pojedziemy autem do miasta. — zaoponował Artur, kiedy o tym usłyszał — Zrobimy większe zakupy. Przydałoby się zaopatrzyć w wodę mineralną, bo jak tak dalej pójdzie, to pousychamy tutaj.

 Kochanie, na większe zakupy możemy jechać jutro. — rzekła Emilia i cmoknęła go w nos. — Nie chcę, żebyś miał problemy w pracy. Kupię wodę tutaj. Do jutra starczy.

 Chyba nie znasz moich możliwości, jeśli chodzi o picie w takie upały. — Artur roześmiał się i lekko przyciągnął do siebie — Dobra, idź sobie na ten spacer, a ja popracuję i wieczorem pojedziemy do jakiegoś hipermarketu.

Emilia zatem skierowała się z uśmiechem w stronę wioski. Nie chodziła tam często, nigdy nie zagłębiała się w jej czeluściach, mając z nią kontakt jedynie wtedy, gdy udawała się do kościoła. Tego dnia jednak, zupełnie innego od poprzednich, choć miał być podobno taki sam, postanowiła zapoznać się z wioską, której nazwa znajdowała się już przecież w jej nowym dowodzie, jako miejsce zameldowania.

Uwielbiała drogę prowadzącą do głównej ulicy. Ta kwiecista alejka z zielonym, pełnym szeleszczących delikatnie liści, sklepieniem uruchamiała w głowie Emilii intensywnie wyobraźnię. Coraz to nowe pomysły przychodziły jej do głowy w związku z powieścią, którą zaczęła tu pisać. Nawet nie zauważyła, kiedy znalazła się na głównej ulicy, zderzając się z młodą kobietą.

 Och! Przepraszam! — zawołała, przytrzymując ją, by nie upadła — Nie zauważyłam pani.

Dopiero wtedy dostrzegła lekko uwypuklający się brzuch potrąconej, co sprawiło, że z kolei to ona poczuła zawroty głowy.

 Ja też przepraszam. Szłam zamyślona. — kobieta uśmiechnęła się lekko.

Emilia przyjrzała się jej. Miała jaskrawe włosy, przypominające najczystsze promienie słońca. Nigdy wcześniej nie widziała takiej barwy. Tego nieziemskiego efektu dopełniły lazurowe, migdałowe oczy. Emilia przez moment miała wrażenie, że spotkała na swej drodze anioła, lecz kiedy blondynka wyciągnęła do niej rękę i odezwała się, brunetka została sprowadzona na ziemię.

 Jestem Jowita. — uśmiechnęła się blondynka — Miło mi, że w końcu mogę panią poznać. Do tej pory jedynie o pani słyszałam. Tutaj, niestety, dużo się mówi o różnych niecodziennych sprawach, a rodzina, która wprowadza się do naszej wioski i nie utrzymuje kontaktu z nikim ciągle jest omawiana. Taka jest tutejsza codzienność.

Emilia zmarszczyła brwi. To jedno zawsze przeszkadzało jej w mieszkańcach wiosek, którzy zawsze i wszędzie szukali tanich sensacji, pomijając fakt, że sama dała im pożywkę, nie odzywając się do nikogo w kościele, a jedynie odpowiadając na pozdrowienia.

 No, tak.. — odpowiedziała — Niestety..

 Chce pani coś z tym zrobić? — zapytała Jowita figlarnie.

 Na przykład, co?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 29.76
drukowana A5
Kolorowa
za 57.36