E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
56.3
Tam, gdzie nie słychać krzyków

Bezpłatny fragment - Tam, gdzie nie słychać krzyków

Objętość:
268 str.
ISBN:
978-83-8414-282-0
E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
za 56.3

Pobierz bezpłatnie

Podziękowania

Ta książka nie powstałaby, gdyby nie wspaniali ludzie, którzy pojawili się na mojej drodze.

Dziękuję tym, którzy we mnie uwierzyli, którzy dali mi siłę, by zrobić ten pierwszy krok.

Dziękuję mojej rodzinie za miłość i wsparcie, moim przyjaciołom za słowa otuchy, mojemu mężowi i Moni, którzy czytali pierwsze wersje tej historii i mówili: „To ważne, napisz to.”

W końcu dziękuję każdemu, kto sięgnął po tę książkę.

Jeśli znalazłaś/-eś w niej część siebie, jeśli choć jedno zdanie sprawiło, że poczułaś/-eś coś prawdziwego — to znaczy, że było warto.

„Za cienką ścianą”

1 października 1998

Drzwi mojego pokoju są zamknięte, ale to nic nie zmienia.

Krzyki i tak przedzierają się przez ściany, rozdzierają moją głowę, pulsują pod skórą jak echo, którego nie sposób uciszyć.

Za cienką ścianą słychać huk.

Serce zamiera mi w piersi, nie wiem, co właśnie uderzyło o ścianę.

Może szklanka, może butelka, a może matka.

Dłonie same zaciskają się na kolanach. Przyciągam nogi do siebie, skulona na łóżku, próbując zmniejszyć się do rozmiaru drobnej kropli wody, która zniknie w dywanie. Może wtedy przestanę istnieć. Może wtedy nie będę musiała tego słuchać.

Mój pokój to jedyne miejsce, które należy do mnie.

Jest mały, ale dla mnie wystarczający. Przy jednej ścianie stoi wąskie łóżko, przykryte wyblakłą, różową narzutą z wytartym wzorem kwiatów. Kiedyś była miękka, teraz jest szorstka i zimna, jakby zatrzymała w sobie cały chłód tego domu.


Obok łóżka stoi nocna szafka — na niej stara lampka z żółtym abażurem, który matka kiedyś nazwała „obrzydliwym”, ale ja go lubię. Gdy ją włączam, w pokoju robi się ciepło.

Nie prawdziwie ciepło, ale tak, jakbym była gdzieś indziej.

Na regale przy oknie stoją książki, które czytam po kryjomu, wciskając się pod koc z latarką. Lubię te historie — w nich ludzie ratują się nawzajem, walczą ze złem i zawsze mają kogoś, kto ich kocha. To coś, czego ja nigdy nie miałam.

Pod oknem, w starym biurku, ukrywam zeszyt. Mój pamiętnik.

Moje jedyne miejsce, w którym mogę mówić prawdę, pisać o wszystkim, czego nie wolno mi powiedzieć na głos.

Tutaj jestem sobą, ale i tak nie czuję się bezpiecznie, bo drzwi są tylko cienką granicą, a za nimi zawsze jest ojciec.

Za ścianą krzyk.

— Ty znowu swoje?! — ojciec wrzeszczy tak głośno, że aż mnie odrzuca.

Słyszę, jak rzuca czymś w ścianę. Może to popielniczka, a może szklanka. Brzęk rozbitego szkła rozprasza się po mieszkaniu jak ostrze wbite w ciszę.

— Boże, Krzysztof, nie zaczynaj… — matka mówi cicho, ale w jej głosie nie ma strachu.

Nie błaga, nie płacze, nie próbuje się bronić. W jej słowach jest coś innego. Znużenie. Jakby przeżywała to po raz tysięczny i wiedziała, że nie warto już nawet podnosić głosu.

Ojciec śmieje się krótko, gardłowo. Śmiech, który nie zapowiada niczego dobrego.

— Nie zaczynaj? A kto to zaczął, co?!

Kolejne uderzenie. Tym razem nie mam wątpliwości, to ona.

— Zadowolona jesteś?! — wrzeszczy ojciec.

Słyszę szelest przesuwanych mebli, jakby matka próbowała się odsunąć, odskoczyć, ale nie może. On jej na to nie pozwala.

— Zostaw mnie — mówi.

Jej głos nie jest ani błagalny, ani pełen gniewu. To po prostu puste słowo, które znaczy tyle samo, co nic.

— Zostaw?! — ironia ocieka mu z ust jak gęsty jad. — Ja cię, kurwa, nauczę szacunku!

Jego kroki są ciężkie, miarowe i pewne. Zawsze tak brzmią, kiedy wie, że wygrał.

Matka przesuwa się w bok, może się cofnęła, może próbowała zasłonić twarz.

— Nie rób tego przy Emilii… — mówi nagle, jej głos łamie się pod ciężarem tego, czego nigdy nie mówiła.

Serce wali mi w piersi. Słyszała mnie, wie, że siedzę tu, po drugiej stronie ściany, skulona w cieniu, wstrzymując oddech.

— Emilia? — parska ojciec. — Ta gówniara nie ma tu nic do gadania. Siedzi w pokoju i nic nie robi jak zwykle.

Jego słowa są jak siekiera, która wbija się w moją pierś. Jak zwykle.

Zaciskam powieki, nie wolno mi płakać.

Jeśli zapłaczę, to znaczy, że wciąż mnie to boli, a ja nie mogę już dłużej czuć bólu.

2 października 1998

W szkole jestem uśmiechnięta i rozmowna, jak trzeba.

Mówię „dzień dobry” nauczycielom, śmieję się na przerwach, udaję, że wszystko jest w porządku.

Jestem zwyczajną dziewczyną, która niczego się nie boi, niczego nie ukrywa, niczego nie dźwiga w sobie, bo przecież nie mogę być inna.

— Zobacz, jak on na mnie patrzył! — Baśka ściska moje ramię i potrząsa mną podekscytowana. — Mówię ci, Emilka, ten chłopak jest we mnie zakochany!

Śmieję się razem z nią, choć śmiech nie przychodzi mi łatwo.

— A skąd wiesz? — pytam, chociaż tak naprawdę mnie to nie obchodzi.

— Bo kiedy go mijałam, wstrzymał oddech!

Jej oczy błyszczą, na twarzy rumieńce. W jej świecie to ma znaczenie.

Śmieję się, bo powinnam, chociaż w głowie mam inne myśli. Nikt w moim domu nie wstrzymuje oddechu, bo ktoś patrzy na niego z zachwytem. Wstrzymujemy oddech, bo nie wiemy, co zaraz się stanie.

Zerkam na zegar w klasie.

Jeszcze trzy godziny lekcyjne, potem powrót do domu. Już teraz czuję to napięcie. Jakby sznur zaciskał mi się wokół klatki piersiowej.

— Ej, Emilka, wszystko okej? — Baśka przygląda mi się uważnie.

— Tak, jasne — odpowiadam szybko.

— Bo przez chwilę wyglądałaś, jakbyś była gdzieś daleko. Zmuszam się do lekkiego wzruszenia ramionami.

— Tylko się zamyśliłam.

Mówię to tak lekko, że sama mogłabym w to uwierzyć.

Nie mogę pozwolić, żeby ktoś się domyślił. Bo co miałabym powiedzieć? Że kiedy wracam do domu, powietrze tam jest inne? Gęste, napięte, jakby w każdej chwili miało eksplodować, a moje ciało reaguje na dźwięk klucza przekręcanego w zamku? Że czasem, gdy ojciec siada do obiadu, a matka w milczeniu stawia przed nim talerz, próbuję odgadnąć, czy dziś będzie spokojnie, czy znowu się zacznie?


Nie mogę tego powiedzieć, nikt by mi nie uwierzył. Przecież mój ojciec to dobry człowiek.

Pracuje, przynosi pieniądze do domu, na ulicy kłaniają mu się sąsiedzi, uśmiecha się do ludzi w sklepie, rzuca grzeczne „dzień dobry” pani z piekarni.

Matka? Matka to ta zmęczona, ale sympatyczna kobieta, która czasem narzeka na życie, ale przecież każda matka tak robi.

Nie wyglądają na potwory.

Nie wyglądają na takich, którzy się nienawidzą, więc nikt nie pyta, nikt nie podejrzewa, bo my gramy w tę grę dobrze.

Nikt nie wie, że każdego dnia boję się wracać do domu.

5 października 1998

Wracam do domu i już od progu wiem, że jest źle. Nie muszę nic słyszeć, czuję to w powietrzu.

Jest gęste, ciężkie, wibruje w ciszy jak napięta struna. Wchodzę ostrożnie, jakbym stąpała po cienkim lodzie. Ojciec siedzi przy stole.

Nie patrzy na mnie od razu, ale wiem, że mnie zauważył.

Matka stoi przy zlewie i udaje, że zmywa naczynia.

Dłonie zaciska na krawędzi blatu tak mocno, że aż bieleją. To zły znak.

Ona też czuje, że zaraz coś się stanie.

Chcę przemknąć do swojego pokoju jak cień, niezauważona, wtopić się w ściany, ale wtedy ojciec podnosi wzrok.

— No proszę, księżniczka wróciła.

Zatrzymuję się w pół kroku. To jeszcze gorszy znak.

On nigdy się do mnie nie odzywa, jeśli nie ma w tym ukrytej złości.

Jego głos jest leniwy, przeciągły, ale słyszę w nim napięcie.

— Jak było w szkole? — rzuca niby beztrosko, obracając w dłoniach szklankę.

Matka zesztywniała. Ona też wie, co to znaczy.

— Dobrze — odpowiadam cicho, niepewnie, jakbym ważyła każde słowo, żeby nie powiedzieć niczego, co może go rozjuszyć.

Ojciec przekrzywia głowę.

— Dobrze? — powtarza wolno, jakby próbował przetrawić to słowo, jakby go drażniło.

W pokoju rozciąga się cisza, dłuższa, niż powinna. Matka odwraca się od zlewu.

— Coś ci nie pasuje? — rzuca zimno. To też jest gra.

Oni nie potrzebują konkretnego powodu, żeby się kłócić, potrzebują tylko iskry, czegoś, co zapali lont.

Ojciec upija łyk z butelki i krzywo się uśmiecha.

— A ty to co taka cicha? Znowu zadzierasz nosa? Zamieram w miejscu, nie wiem, co powiedzieć.

— Nie… — szepczę.

Przekrzywia głowę, jakby mnie obserwował przez brudną szybę.

— Patrzcie ją… Nawet odpowiedzieć nie potrafi. Wielka dama się znalazła.

Jego głos zaczyna się podnosić, coraz bardziej rozdrażniony.

— Wczoraj widziałem, jak zostawiłaś buty w korytarzu. Specjalnie, żebym się potknął, tak?!

— Nie… ja nie chciałam… — jąkam się, bo to przecież nieprawda.

— Nie chciałaś?! Nie pieprz mi tu! Wszystko robisz przeciwko mnie!

Butelka uderza o stół z hukiem.

— Myślisz, że nie widzę, jak na mnie patrzysz? Jakbyś była kimś lepszym!

Matka wreszcie się odwraca, ale jej twarz jest pusta.

— Zamknij się już, Krzysztof — mówi cicho. Ojciec warczy, jakby miał rzucić się na nią.

— A ty nie wtrącaj się, to też twoja wina! Rozpieściłaś gówniarę!

Jego wzrok wraca do mnie.

— Nie pyskuj, Emilka.

Nie ruszaj się, nie odpowiadaj, nie patrz mu w oczy. Już wiem, że nic, co zrobię, nie będzie dobre.

Wiem, że zaraz znowu przestanę istnieć. Butelka ląduje na stole z głośnym stuknięciem.

Matka wreszcie na mnie patrzy, a jej oczy są puste.

— Wyjdź już stąd, Emilka.

Wyjdź, nie broń się, nie oddychaj zbyt głośno.

Nie istnieje żaden sposób, żeby to zatrzymać i już wiem, że się zacznie.

— Ja już pójdę do swojego pokoju. — mówię cicho i robię krok do tyłu.

Ojciec wybucha śmiechem.

— Swojego?! — Prycha, jakby usłyszał najzabawniejszy dowcip. — Dopóki mieszkasz w tym domu, to wszystko jest nasze.

Nie odpowiadam, bo jeśli powiem cokolwiek, zrobi się gorzej, po prostu odwracam się i odchodzę.

Nie zatrzymują mnie. Nie liczę się.

Już dawno stałam się niewidzialna.

„Cisza przed burzą”

6 października 1998

Cisza w naszym domu nigdy nie oznacza spokoju. To tylko przerwa, chwila zawieszenia, krótki, pełen napięcia oddech między jednym wybuchem a kolejnym.

Cisza jest wtedy, gdy matka chodzi po domu z papierosem w dłoni, z oczami wbitymi w przestrzeń, jakby nie chciała widzieć tego, co dzieje się wokół. Jakby patrząc w ścianę, mogła zniknąć.

Wtedy, gdy ojciec wraca z pracy i siada do stołu bez słowa, z twarzą napiętą jak przed burzą i wtedy, gdy naczynia w zlewie czekają, aż ktoś straci cierpliwość, ale to nie jest cisza, która przynosi ukojenie.

To cisza, która sprawia, że wstrzymuję oddech, bo wiem, że zaraz coś się stanie.

Zawsze się staje.


* * *


Siedzę na swoim łóżku, przyciskając kolana do piersi.

Nie muszę widzieć, żeby wiedzieć. Nie muszę słyszeć, żeby czuć.

W powietrzu wisi coś ciężkiego, duszącego. Napięcie, które ścina krew w żyłach i sprawia, że każdy ruch wydaje się błędem.

Za ścianą słychać kroki, to matka chodzi tam i z powrotem.

Jej pantofle szurają po podłodze, miarowo, rytmicznie, jak zegar odliczający czas do wybuchu.

Drzwi do kuchni skrzypią, potem dźwięk zapalanej zapalniczki, krótkie syknięcie i znajomy zapach dymu.

Ojciec milczy. To zła cisza.

Cisza pełna niewypowiedzianych pretensji, które mogą eksplodować w każdej chwili.

Sięgnie po butelkę, zacznie krzyczeć, a może dziś będzie ciszej?

Może dziś będą tylko spojrzenia pełne lodu i gniew, który spala od środka, ale jeszcze nie wybucha?

Zaciskam dłonie na narzucie.

Nie chcę tam iść, patrzeć w ich twarze.

Nie chcę widzieć, jak matka przyciska dłoń do czoła, jak ojciec zaciska szczękę, jak ta cisza zamienia się w wrzask, trzask tłuczonego szkła, drżenie rąk, które nie wiedzą, gdzie się schować, ale wiem, że muszę, bo jeśli nie przyjdę, ojciec przypomni sobie o mnie później, a wtedy będzie gorzej.

Zbieram w sobie resztki odwagi i powoli uchylam drzwi. Cisza pęka.

Kiedy wchodzę do kuchni, nie patrzą na mnie.

Ojciec siedzi przy stole, jego dłonie są zaciśnięte na szklance. Matka opiera się o parapet, z papierosem przyklejonym do warg.


***


Nie palę — mówiła kiedyś — tylko czasem, dla spokoju.

Czuję, jak spogląda na mnie kątem oka, ale nie mówi nic. Ojciec mruczy coś pod nosem.

— W końcu raczyłaś przyjść — burczy, wciąż nie podnosząc wzroku.

— Byłam w pokoju… — mówię cicho, choć wiem, że żadne wyjaśnienie nie ma znaczenia.

— W pokoju? — powtarza i w końcu patrzy na mnie.

Jego oczy są zimne, zmęczone, puste. Znałam ten wzrok, zawsze pojawiał się przed burzą.

— Może ty myślisz, że jesteś lepsza od nas? — rzuca nagle. Matka wzdycha.

— Krzysztof…

Ale on ją ignoruje.

— Co, Emilia? Może ci źle w tym domu? Może uważasz, że powinniśmy być tacy jak rodzice twoich koleżanek? — Śmieje się, ale to nie jest śmiech, który uspokaja.

Matka gasi papierosa w popielniczce.

— Nie zaczynaj — mówi cicho.

— Nie zaczynaj? — ojciec marszczy brwi. — Nie zaczynaj?! To ona zaczyna! Patrzy na nas tak, jakbyśmy byli śmieciami!

— Nie… — próbuję, ale on mnie nie słucha. Nigdy mnie nie słuchał.

— Bo widzisz, dziecko, ja nie miałem lekko. Ja musiałem pracować. A ty? Ty masz wszystko podane na tacy i jeszcze masz czelność mnie oceniać?

— Nie oceniam… — próbuję, ale moje gardło jest ściśnięte strachem.

— Nie kłam!

Odgłos odkładanej na stół szklanki sprawia, że matka wzdryga się, ale nic nie mówi. Wiem, co będzie dalej.

To moment, w którym powinnam przestać istnieć.

— Przepraszam, pójdę już do swojego pokoju — mówię i cofam się, jakby to mogło mnie uratować.

Ojciec wybucha śmiechem.

— Swojego?! — Prycha, jakby to było najśmieszniejsze, co usłyszał. Dopóki tutaj mieszkasz to wszystko jest nasze. Moje i mamy!

Nie odpowiadam, po prostu odwracam się i odchodzę i wtedy czuję, jak coś we mnie pęka.

Nie zatrzymują mnie, nie słyszę już ich głosów, nie słyszę niczego, bo ja już dawno przestałam istnieć.

7 października 1998

Po szkole idę do Baśki. Uwielbiam jej dom.

Jest jasny, ciepły, pachnie obiadem i czymś jeszcze, czymś, co trudno mi nazwać, ale zawsze kojarzy mi się z bezpieczeństwem. Może to zapach świeżo wypranych zasłon, może drewna, a może po prostu… domu, w którym ludzie się kochają?

Baśka wchodzi pierwsza, rzuca plecak w kąt i od razu biegnie do kuchni.

— Mamo, jesteśmy! — woła radośnie.

Jej mama wychodzi z kuchni, ociera dłonie o fartuch i uśmiecha się szeroko.

To nie jest ten wymuszony uśmiech, który znam. Nie ma w nim zmęczenia, ani napięcia. Jest ciepło, którego nigdy nie czułam u siebie w domu.

— Emilka, kochanie, zrobiłam naleśniki. Jesteś głodna? — pyta, jakby było oczywiste, że chcę tu zostać na dłużej, jakby nie mogło być inaczej.

— Trochę — mówię cicho, choć w żołądku mam pustkę.

Baśka śmieje się, siada przy stole i sięga po widelec, bez lęku, bez pośpiechu, jakby jedzenie było czymś naturalnym.

Dla mnie jedzenie zawsze było ciszą przy stole. Napiętymi ramionami matki, tłuczonym talerzem, jeśli ojciec miał zły dzień.

Tu jest inaczej, tutaj jedzenie to coś dobrego.

Jej mama stawia przede mną talerz z naleśnikami. Cienkie, złociste, pachnące wanilią i ciepłem.

— Emilka, chcesz więcej? — pyta, kiedy kończę pierwszego.

Kręcę głową, choć najchętniej jadłabym bez końca.

— Na pewno? — dopytuje tym samym ciepłym głosem.

Nie jestem przyzwyczajona do tego, że ktoś się troszczy.

— Tak, dziękuję — mówię, starając się brzmieć naturalnie, ale w środku coś mnie ściska, bo wiem, że kiedy wrócę do domu, matka nawet nie zapyta, czy jadłam, a jeśli zapyta, to tylko po to, żeby mi wypomnieć, że niczego nie doceniam.

Baśka odkłada widelec i przygląda mi się uważnie.

— Coś się stało?

Kręcę głową i odwracam wzrok.

— Nie, nic.

— Serio? — Unosi brew. — Bo masz taki wyraz twarzy, jakbyś była gdzieś daleko.

Uśmiecham się, ale ten uśmiech jest pusty.

— Naprawdę, wszystko w porządku.

Nie przekonuje jej to, ale nie naciska i właśnie dlatego ją lubię, bo nie zmusza mnie do rozmów, których nie mogę prowadzić.


* * *


Chciałabym tu zostać.

Chciałabym zamknąć oczy i udawać, że to jest mój dom.

Że to mnie mama Baśki głaszcze po włosach, pyta o szkołę, martwi się, czy nie jestem głodna.

Marzę o tym, żeby nie musieć czekać na dźwięk klucza w zamku i zastanawiać się, czy tej nocy ktoś nie podniesie ręki, ale wiem, że nie mogę tu zostać.

Wiem, że ten dom nie jest mój, a to ciepło nie jest dla mnie.

Kiedy zakładam kurtkę i zabieram plecak, czuję ten znajomy ścisk w żołądku, jakbym znowu szła prosto w ciemność.

Baśka odprowadza mnie wzrokiem.

— Widzimy się jutro? — pyta cicho, a ja widzę w jej oczach coś więcej.

— Tak — odpowiadam, a potem odwracam się i idę.

Prosto tam, gdzie nie ma zapachu naleśników i gdzie cisza nigdy nie oznacza spokoju.


* * *


Wróciłam później niż zwykle.

Już od progu wiem, że to błąd, coś jest nie tak.

W powietrzu unosi się zapach alkoholu, ciężki, duszący, wbijający się w skórę jak ostrze.

Światło w kuchni jest zapalone, to zły znak.

Przez uchylone drzwi widzę matkę. Siedzi przy stole, sztywno, nieruchomo, jak posąg wykuty ze zmęczenia i żalu. Obok niej pusta butelka, przewrócona na bok, jak martwe świadectwo jej wieczoru.

Wiem, co mnie czeka, wiem, zanim jeszcze podniesie na mnie wzrok, ale nie mogę się wycofać.

— Gdzieś ty była?

Jej głos jest miękki, ale to niebezpieczne złudzenie. Ten ton zapowiada kłótnię.

— U Basi — odpowiadam cicho, próbując zabrzmieć naturalnie i nie wywołać burzy.

Matka przechyla głowę.

— I nawet nie raczyłaś powiedzieć?

Przełykam ślinę.

— Zapomniałam.

— Zapomniałaś? — powtarza powoli, przeciągając sylaby, jakby smakowała to słowo, jakby było gorzkie, nieznośne.

Jej oczy błyszczą i to nie jest błysk ciepła, to błysk nadchodzącej furii.

— Może powinnam ci jeszcze podziękować, co?

Nie wiem, co powiedzieć. Każda odpowiedź będzie zła, więc milczę.

Jej palce bębnią w blat stołu, nieregularnie, nerwowo.

— Siedzę tu sama, a moja własna córka woli cudze domy od swojego!

Zaciskam usta.

Nie mówię, że tak jest, że to prawda.

Ten dom to miejsce, od którego uciekam, kiedy tylko mogę, ale ona to wie i właśnie dlatego jest wściekła.

— Wiesz, co? — Matka wstaje gwałtownie. Krzesło uderza o podłogę z ostrym hukiem.

Odruchowo cofam się o krok.

— Może lepiej by było, gdybyś w ogóle nie wracała?

Coś we mnie pęka.

Gdzieś głęboko, cicho, bez dźwięku, ale nie pokazuję jej tego.

Odwracam się i idę do swojego pokoju, starając się nie przyspieszać kroku, bo jeśli zacznę biec, to znaczy, że się boję, a ja nie mogę jej pokazać strachu.

Za plecami słyszę dźwięk tłuczonego szkła.

Nie wracam, nie sprzątam.

Dziś nie będę córką, która musi naprawiać jej bałagan. Po prostu zamykam drzwi, wkładam słuchawki na uszy, wciskam play i pozwalam muzyce zagłuszyć wszystko inne, bo to jedyna rzecz, która mnie ratuje.

9 października 1998

W niedzielę dom jest cichy. Za cichy.

Cisza wypełnia przestrzeń jak ciężka mgła, która osiada na meblach, wnika w skórę i przytłacza.

Matka śpi do południa na kanapie, przykryta wymiętym kocem. Oddycha płytko, a jej twarz jest pusta, zmęczona, obca. Wygląda jak twarz kogoś, kto dawno już przestał walczyć.

Ojciec wyszedł rano i jeszcze nie wrócił.

Nie wiadomo, kiedy wróci, wiadomo tylko, w jakim stanie. Siedzę w kuchni i patrzę na stół, pusty talerz, rozsypane okruchy i popielniczkę pełną niedopałków, tlących się jeszcze resztkami nikotynowego zapachu.

To ślady życia, ale tu nie ma życia, tu jest tylko powtarzalność.

Czekam na matkę, która pewnie za chwilę się obudzi, na ojca, który w końcu wróci i na to, co się wydarzy tym razem.

— Nie patrz tak na mnie!

Głos matki rozcina ciszę jak brzytwa. Odwracam się gwałtownie.

Nie słyszałam, jak weszła.

Stoi w drzwiach, przeciera oczy, jakby chciała wytrzeć z nich zmęczenie, jakby mogła zmyć z twarzy to życie, które jej nie pasuje.

Patrzę na nią.

Jest rozczochrana, w wymiętej koszulce, a zapach alkoholu wisi w powietrzu.

Patrzę na nią za długo.

— Jak? — pytam, mrużąc oczy.

— Jakbym była potworem.

Jej głos jest cichy, ale w tym cieniu głosu jest coś ostrego, coś, co wbija się w moje żebra.

Nie wiem, co odpowiedzieć, bo nie wiem czy jest potworem czy tylko kimś, kto się poddał?

Matka przeczesuje dłonią włosy, podchodzi do stołu, powoli, jakby każdy krok kosztował ją za dużo.

— Zrób mi kawę.

To nie brzmi jak prośba.

Wstaję bez słowa, sięgam po czajnik, napełniam go wodą
i włączam gaz.

— Będziesz kiedyś matką, to zrozumiesz — mamrocze, siadając ciężko na krześle.

Nie odpowiadam.

Patrzę, jak woda zaczyna drgać, jak pierwsze bąbelki unoszą się ku górze.

— Może nie będę.

Mówię to za cicho, ale ona i tak słyszy. Unosi brwi.

— Nie masz wyboru.

Zawsze tak mówi.

Nie masz wyboru, nie masz wpływu, życie jest jakie jest, trzeba robić to, co trzeba.

Woda bulgocze, czajnik zaczyna głośno syczeć, jakby cały ten dom krzyczał zamiast mnie.

— Mam wybór.

Zalewam wrzątek, patrzę, jak czarna ciecz powoli wypełnia kubek, a spirale dymu unoszą się nad nim w ciszy.

Matka śmieje się cicho, ale to nie jest śmiech radości. To śmiech człowieka, który już niczego nie oczekuje.

— Nie. Żadna z nas nie ma.

Podaję jej kawę.

Nasze palce prawie się stykają, ale tylko prawie, bo ja nie chcę być blisko jej świata. Nie chcę się tym zarazić. Nie będę żyła życiem, którego nie chcę. Nie będę powtarzać jej błędów.

Kiedy wychodzę z kuchni, czuję ten znajomy ścisk w żołądku i przez chwilę myślę: a jeśli naprawdę nie mam wyboru?

10 października 1998

W szkole Baśka opowiada o weekendzie, a ja udaję, że słucham.

— Byliśmy z rodzicami w górach. Było cudownie! — jej oczy błyszczą,

Widzę ją w wyobraźni. Szczęśliwą, beztroską, śmiejącą się do swoich rodziców, którzy ją kochają.

— Śmialiśmy się, zbieraliśmy grzyby, a wieczorem graliśmy w karty.

Mówi z takim entuzjazmem, jakby ten weekend był najlepszą rzeczą, jaka mogła się wydarzyć i pewnie był.

Dla niej.

— Brzmi super — odpowiadam, choć mój głos brzmi zbyt płasko, zbyt obojętnie.

Nie wiem, jak powinno brzmieć podekscytowanie.

Baśka przechyla głowę i marszczy brwi.

— A ty? Jak minęła ci niedziela?

Niedziela? Jak zwykle był to martwy dzień. Dzień ciszy, która nie oznaczała spokoju.

— Normalnie. Nic szczególnego.

Nie mogę jej powiedzieć prawdy.

Nie mogę jej powiedzieć, że moja niedziela pachniała stęchłym dymem papierosowym i tanim alkoholem, a nie lasem i wiatrem w górach.

Zamiast śmiechu słyszałam szuranie matczynych pantofli po podłodze i ciężkie milczenie, które wisiało w powietrzu.

W moim domu nikt nie gra w karty, chyba że są to rozgrywki pełne oskarżeń, bólu i żalu.

Baśka rozpromienia się jeszcze bardziej, jakby miała dla mnie dobrą wiadomość.

— Może następnym razem pojedziesz z nami? — proponuje z entuzjazmem.

W jej świecie to takie proste.

Kiwam głową. Chcę, żeby myślała, że to możliwe, ale wiem, że jest inaczej.

Nie mogę zostawić domu bez kontroli, beze mnie wszystko może się posypać. Matka może pić więcej, a ojciec może wrócić wcześniej. Mogą się pokłócić.

Nie mogę udawać, że tamto życie mnie nie dotyczy. Nie mam prawa do beztroski.

Nie mogę spakować plecaka i wyjechać w góry, nie martwiąc się, czy dom wciąż tam będzie, kiedy wrócę.

Baśka macha mi ręką przed twarzą.

— Ej, Emilka, gdzie ty odpłynęłaś?

— Nigdzie.

Uśmiecham się, ale ona patrzy na mnie uważnie.

W jej oczach widzę troskę, widzę pytania, które nigdy nie zostają zadane.

— Wiesz, wydajesz się czasem taka… daleka.

Daleka. Może to najlepsze słowo, bo ja nie jestem tu. Nie jestem w tej rozmowie, w tej klasie, w tej chwili.

Jestem tam — w moim domu, gdzie cisza nigdy nie oznacza spokoju.

Gdzie cisza to tylko przerwa przed kolejną burzą.

Patrzę na Basię, na jej szczęście, na jej normalność i nagle coś we mnie pęka.

Czy gdybym urodziła się w innym domu, moje życie wyglądałoby inaczej?

Czy mogłabym śmiać się tak jak ona?

Czy umiałabym się cieszyć, czy miałabym w sobie światło zamiast ciemności?

Nie wiem, ale wiem jedno.

Niektóre dzieci rodzą się w domach pełnych ciepła i miłości, a inne w miejscach, gdzie cisza jest tylko wstępem do krzyku i nie wszystkie mają wybór.

„Słowa, które bolą bardziej niż cisza”

15 października 1998

Wracam ze szkoły.

Matka siedzi przy kuchennym stole z palcami zaciśniętymi na kubku zimnej herbaty. Trzyma go kurczowo, jakby resztki jego ciepła, miały coś rozgrzać w jej wnętrzu. Papieros drży w jej dłoni.

Dym unosi się leniwie w powietrzu, osiada na firankach, na ścianach, na mnie.

Patrzę na nią z progu kuchni.

W normalnym domu pachniałoby obiadem, ktoś śmiałby się w salonie, w telewizji leciałby program, który ogląda się wspólnie.

Może ojciec czytałby gazetę, może matka krzątałaby się po kuchni, może ktoś by na mnie czekał, ale u nas jest tylko cisza.

Cisza, która nie jest spokojem. To cisza, która boli.

Cisza, z której powoli wyłania się jej głos.

— Wiesz, Emilka, mogłam mieć inne życie.

Jej słowa przecinają powietrze, ale nie robią na mnie wrażenia.

Słyszałam to już wcześniej wystarczająco wiele razy, żeby wiedzieć, że nie czeka na moją odpowiedź.

Nie odpowiadam, nie protestuję, nie błagam jej, żeby przestała.

— Mogłam wyjechać, wiesz? — Wzdycha i gasi papierosa w popielniczce. Rozgniata go powoli, dokładnie, jakby wyciskała z niego resztki swojego gniewu. — Ale nie. Musiałam się tobą zajmować.

Znów to samo. Jej żal, który wylewa na mnie jak gorącą lawę i zmęczenie, które jest moją winą.

Cisza gęstnieje, czuję ją w kościach.

— Wiesz, co to znaczy?

Podnoszę na nią wzrok. Jej twarz jest zmęczona, pusta, ale nie ma w niej czułości. Jest tylko gorycz.

— Że jesteś moim przekleństwem.

Słowa uderzają we mnie jak cios., a oddech więźnie mi w gardle.

Nie odwracam wzroku. Nie mogę.

— Mamo…

— Nie patrz tak na mnie.

Ale patrzę, nie mogę przestać.

Patrzę i nie wiem, czy jeszcze widzę w niej matkę.

Widzę kobietę, która mnie nie chciała, która nigdy nie widziała we mnie dziecka, tylko ciężar. Kobietę, dla której jestem winą, a nie córką.

— Gdyby nie ty, byłabym kimś. Gdyby nie ty.

Gdyby nie ja.

Chcę jej powiedzieć, że nigdy jej o nic nie prosiłam, nie chciałam być jej ciężarem, to że przyszłam na świat nie było moją decyzją.

Jestem jej córką, a nie jej winą, ale nic nie mówię. Czy to cokolwiek by zmieniło?

Powoli wstaję i odchodzę do swojego pokoju.

Nie zatrzymuje mnie, nie mówi przepraszam, nie mówi kocham cię, Emilka.

Po prostu zostaje tam, przy stole, sama ze swoim żalem.

Zamykam drzwi i siadam na łóżku.

Cisza znów mnie otacza, ale to nie ta cisza, do której jestem przyzwyczajona.

To cisza, która boli bardziej niż krzyk i po raz pierwszy od dawna płaczę.

Jeśli własna matka uważa, że nigdy nie powinnam się urodzić… To może rzeczywiście nie powinnam?

16 października 1998

Po szkole idę do biblioteki.

Nie dlatego, że mam ochotę czytać, po prostu nie chcę jeszcze wracać do domu.

Tutaj jest cicho, ale to dobra cisza.

Cisza, która nie jest napięta, nie jest przesiąknięta gniewem ani alkoholem, taka, która nie boli.

Siadam przy oknie i otwieram książkę, udaję, że czytam, ale tak na prawdę tylko siedzę i oddycham.

Cieszę się, że mogę tu być, mogę przez chwilę nie istnieć. Tutaj nikt nie mówi mi, że jestem błędem, nikt nie przypomina mi, że jestem ciężarem, nikt nie patrzy na mnie, jakbym zmarnowała mu życie.

Nie muszę być ani dobra, ani posłuszna, ani cicha, tutaj jestem po prostu sobą.

Przeglądam książki, przesuwając palcami po grzbietach. Nie szukam niczego konkretnego.

Chcę tylko czegoś, co na chwilę zabierze mnie gdzieś indziej. Moje palce zatrzymują się na tomie poezji.

Otwieram go przypadkiem, bez zastanowienia, na losowej stronie.

Pierwsze słowa uderzają mnie prosto w serce.

„Gdzież jest dom, jeśli nie w sercu?”

Mój żołądek się ściska.

Czuję, jak coś we mnie drży, jakbym dotknęła czegoś, czego nie powinnam była dotykać.

Czy ja mam dom?

Czy dom to tylko ściany i dach nad głową?

Czy dom to miejsce, do którego chcesz wracać? Bo jeśli tak… To ja nie mam domu.

Mam tylko mieszkanie, w którym ktoś mnie trzyma, w którym oddech waży więcej niż słowa, cisza nigdy nie oznacza spokoju.

Mieszkanie, w którym nie jestem dzieckiem, tylko błędem.

Czy można nazwać domem miejsce, w którym nikt na ciebie nie czeka?

Miejsce, w którym nigdy nie czujesz się bezpiecznie? Miejsce, w którym nikt cię nie przytuli, kiedy jest ci źle?

Bo jeśli nie… To ja nigdy nie miałam domu i może nigdy go nie będę miała.

Patrzę na te słowa w książce, a one patrzą na mnie.

Chcę zamknąć tom, schować go z powrotem na półkę, zapomnieć, że go otworzyłam, ale nie mogę, bo to jest pierwsze pytanie, które naprawdę boli.

Pierwsze pytanie, na które nie znam odpowiedzi.

Czy dom może być czymś więcej niż miejscem? Czy można go znaleźć? Czy można go zbudować? Czy można go mieć, jeśli nigdy się go nie miało?

Zaciskam usta i zamykam książkę.

Chowam ją na półkę.

Wstaję i idę w stronę wyjścia, nie mogę tu zostać dłużej. Za dużo myśli i słów, które trafiają za głęboko.

Idąc do domu, powtarzam w głowie ten jeden wers.

„Gdzież jest dom, jeśli nie w sercu?”

Ale moje serce jest puste i nie wiem, gdzie powinnam wracać.

18 października 1998

— Możesz się do czegoś w końcu przydać? — mówi matka, podając mi pustą torbę.

Jej ton jest zmęczony, zrezygnowany i pełen pretensji, jakby każdy mój oddech był dla niej rozczarowaniem.

— Idź do sklepu.

Nie pytam, co kupić. Wiem.

Piwo.

Łapię torbę i wychodzę, nie oglądając się za siebie.

Nie pytam, dlaczego nie może pójść sama.

Czy kiedykolwiek przestanę być dla niej tylko kimś, kto nosi torby i słucha rozkazów.

Nie pytam, czy w ogóle jeszcze mnie widzi, bo wiem, że odpowiedź by mnie zabolała.


* * *


Idę powoli, przeciągając każdą sekundę.

Każda minuta poza domem to minuta wolności.

Nie muszę słuchać jej wzdychania, czuć jej spojrzenia, które mówi mi wszystko, czego nie wypowie na głos.

Nie usłyszę, że zawiodłam, jestem niczym i że nigdy nie powinnam się urodzić.

Na dworze powietrze pachnie jesienią, wilgotnym asfaltem, czymś, co przypomina normalność.

Przechodzę obok dzieci bawiących się na placu zabaw. Śmieją się beztrosko, głośno i swobodnie.

Patrzę na nie i zastanawiam się, jak to jest mieć dzieciństwo. Nie wiem, nie pamiętam, żebym kiedykolwiek była dzieckiem.


* * *


Dzwonek nad drzwiami rozbrzmiewa cicho, kiedy wchodzę do osiedlowego sklepu.

Ekspedientka uśmiecha się delikatnie.

— Dzień dobry, Emilko.

— Dzień dobry.

Chciałabym, żeby nie znała mojego imienia.

— Co dla ciebie?

Przełykam ślinę.

— Cztery piwa.

Jej uśmiech blaknie, bo zna mnie i wie, dla kogo są te piwa.

— Dla mamy, prawda?

Nie odpowiadam, tylko kiwam głową, wbijając wzrok w kasę fiskalną, w blat, w cokolwiek, byle nie w jej oczy.

Nie zadaje więcej pytań.

Nie mówi, że to nie w porządku i tak nie powinno być.

Tylko podaje mi butelki, bierze pieniądze, daje resztę, ale zanim wychodzę, mówi cicho:

— Uważaj na siebie, dziecko.

Dziecko.

Czy ona widzi, że ja już dawno nim nie jestem? Podejrzewa coś?

Widzi więcej, niż chcę, żeby widziała czy tylko mówi to tak, jak dorośli mówią dzieciom, które musiały dorosnąć za wcześnie?


* * *


Wracam do domu i stawiam torbę na stole.

Butelki uderzają o siebie cicho, ale dźwięk wydaje się głośniejszy niż powinien.

Matka nawet na mnie nie patrzy, po prostu sięga po jedną z nich, otwiera i upija łyk.

— Dobrze, że chociaż do tego się nadajesz — rzuca.

Nie wiem, czy mówi to do mnie, czy do siebie, ale wiem, że każde słowo wbija się we mnie jak kolce.

Mogłaby powiedzieć cokolwiek innego, może „Dziękuję.”

Mogłaby powiedzieć: „Zrobię ci herbaty” albo „Jesteś moją wspaniałą córką.”

Ale nie mówi, bo dla niej nie jestem córką. Jestem kimś, kto odebrał jej własne życie i kogo musi znosić.

Nie patrzę na nią, nie chcę jej widzieć.

Po prostu odwracam się i odchodzę do swojego pokoju.


* * *


Zamykam drzwi i opieram się o nie plecami. Przez chwilę stoję tam, bez ruchu.

W pokoju jest chłodno, półmrok otula mnie jak cienka warstwa ochronna, ale nie chroni przed myślami.

Co by było, gdybym pewnego dnia po prostu nie wróciła? Gdybym wyszła do sklepu i poszła gdzieś indziej? Nie powiedziała nikomu, gdzie idę?

Czy zauważyłaby, że mnie nie ma? Jeśli zauważyłaby… czy by ją to obchodziło? Czy szukałaby mnie?

Siadam na łóżku, zamykam oczy i przez chwilę wyobrażam sobie, że jestem gdzieś indziej.

Gdzieś, gdzie mnie chcą, gdzie nie jestem tylko kimś, kto przynosi piwo, gdzie jestem dzieckiem, a nie przekleństwem.

Jednak kiedy otwieram oczy, wciąż jestem tu.

Wciąż jestem nikim.

19 października 1998

Sobotni poranek.

W domu pachnie kawą i papierosami.

To nie jest zapach ciepła i bliskości, tylko zapach zmęczenia. Zapach dni, które zaczynają się zbyt późno i kończą za szybko. Zapach życia, które smakuje gorzko.

Matka siedzi przy stole.

Popielniczka jest pełna niedopałków, jakby noc była dla niej za długa i musiała ją spalić, papieros po papierosie, aż do samego rana.

Nie patrzy na mnie, gdy siadam naprzeciwko, ale czuje moją obecność.

— Pamiętasz, jak byłaś mała? — mówi nagle, a jej głos przecina ciszę, która osiadła w powietrzu jak kurz.

Zaskakuje mnie to.

Nie dlatego, że pyta, ale dlatego, że pamięta, że byłam mała.

— Tak — odpowiadam ostrożnie.

Nie wiem, dokąd zmierza ta rozmowa.

— Byłaś takim cichym dzieckiem.

Cichym. Tak, to prawda.

Cicho znosiłam krzyki i układałam lalki na półce, kiedy w pokoju obok matka tłumiła płacz.

Cicho zamykałam drzwi, gdy ojciec wracał w złym nastroju i zbierałam z dywanu szkło, które nigdy nie powinno było się tam znaleźć.

Cicho przepraszałam za rzeczy, których nigdy nie zrobiłam.

— Zawsze wydawało mi się, że jesteś inna.

Unoszę wzrok.

Inna. Co to znaczy?

— Jak to inna? — pytam, a mój głos brzmi pewniej, niż się czuję.

Matka wzrusza ramionami.

— Nie wiem. — Obraca w dłoniach papierosa, ale jeszcze go nie zapala. — Po prostu… inaczej na mnie patrzysz.

Patrzę na nią teraz.

Na jej zaciśnięte usta, zmarszczki na czole, ręce, które drżą bardziej, niż powinny i zastanawiam się, co widzi w moich oczach.

Czy widzi żal i ból?

Czy widzi to, że od zawsze próbuję zrozumieć, dlaczego mnie nie kocha?

— A jak powinnam?

Wtedy się uśmiecha, ale to nie jest ciepły uśmiech, taki jak uśmiech matki do córki. To uśmiech, który mrozi krew w żyłach.

— Z wdzięcznością.

Z wdzięcznością za co?

Za życie, którego nigdy nie chciałam i dom, w którym nie jestem mile widziana?

Za to, że codziennie zastanawiam się, co zrobiłam źle, że mnie nie kocha?

Czy naprawdę wierzy, że powinnam jej dziękować?

Za to, że mnie urodziła, ale nigdy nie pokochała i niby karmiła, ale nigdy nie nakarmiła mojej duszy?

Za to, że mnie nigdy nie przytuliła, gdy tego potrzebowałam i to, że każdego dnia patrzy na mnie jak na problem, który nigdy nie powinien był istnieć?

Nie wiem, skąd to się bierze.

Może ze zmęczenia. Może z lat ciszy.

Tej nagłej potrzeby, by w końcu coś powiedzieć, ale mówię to.

Patrzę jej prosto w oczy i nie mrugam.

— Dziękuję, mamo.

Cisza staje się gęsta jak dym z jej papierosa, który unosi się w powietrzu, wypełnia przestrzeń, wchodzi w płuca i dusi.

Patrzy na mnie przez dłuższą chwilę, jakby próbowała coś zrozumieć, jakby czekała na coś więcej, ale nic nie mówi tylko sięga po kolejnego papierosa.

Znowu zostajemy w ciszy.

20 października 1998

Czasem marzę o tym, że trafię do domu dziecka.

Nie dlatego, że nie kocham rodziców i chcę być sierotą. Po prostu… tam miałabym spokój.

Może ktoś by się mną zajął, zapytałby mnie, jak się czuję i naprawdę czekałby na odpowiedź.

Może tam byłby ktoś, kto zrobiłby mi kanapkę bez trzaskania szafkami i nie rzuciłby mi jej na stół, jakby była karą.

Wyobrażam sobie takie miejsce — pokój z kilkoma łóżkami, trochę zniszczony, ale ciepły i inne dzieci, które też przeszły przez coś złego.

Może by mnie zrozumiały i razem śmialibyśmy się wieczorami.

Szeptalibyśmy do siebie przez pół nocy i dzielilibyśmy się cukierkami z kieszeni. Może ktoś przytuliłby mnie na dobranoc i powiedział, że wszystko będzie dobrze.

Czasem wyobrażam sobie, że dzwonię na policję.

Widzę to dokładnie: chowam się z telefonem pod kołdrą, dłonie mi się trzęsą, ale wciskam numer.

Mówię, gdzie mieszkam, opowiadam o tym, że on znowu krzyczał, że butelka uderzyła o ścianę, a mama znów udaje, że nic się nie dzieje.

I wtedy przyjeżdżają, otwierają drzwi i wchodzą. W końcu ktoś mnie ratuje. Ale zaraz potem pojawia się druga wersja tej historii.

Co jeśli przyjadą… i mnie tu zostawią?

Jaka będzie reakcja ojca, jeśli policja sobie pójdzie, a ja tutaj zostanę z nim — z jego zaciśniętą szczęką i tym spojrzeniem, które mówi, że przegięłam?

Co jeśli matka nie powie ani słowa, tylko odwróci się do mnie plecami i nigdy więcej się nie odezwie?

Oni nie muszą mówić nic wprost, wystarczy, jak na mnie patrzą.

Wystarczy, jak raz powiedzieli:

„To sprawa rodziny.”

„Tacy jak my nie wynoszą brudów na zewnątrz.”

„Lepiej się zamknij, zanim ktoś nas rozdzieli.”

Od tamtej pory wiem, że nawet jeśli ktoś usłyszy… to nie znaczy, że mnie uratuje, bo nie jestem ofiarą w ich oczach. Jestem winna za to, że coś czuję. Winna za to, że chciałabym, żeby było inaczej i za to, że czasem nie umiem być cicho, albo że spojrzałam za długo, albo że miałam zbyt dużo emocji na twarzy.

Nie jestem taka, jakiej chcieli.

Jednak… czasem wciąż marzę.

Marzę, że siedzę przy stole, a jakaś kobieta nalewa mi herbaty, nie pytając, czy zasłużyłam i mam swoje miejsce. Wyobrażam sobie wtedy, jak ktoś daje mi książkę do przeczytania i mówi: „To dla ciebie.”

Tak wspaniale byłoby, gdyby ktoś codziennie pytał, jak było w szkole i nie chodziłoby mu o stopnie, tylko o mnie.

Nie wiem, czy dom dziecka naprawdę taki jest, ale w mojej głowie to raj, w którym nikt nie trzaska drzwiami, w którym nie trzeba wstrzymywać oddechu, a „kocham cię” nie jest czymś, co trzeba sobie wyobrazić, bo nigdy nie padło.

Czasem tak bardzo chcę tam trafić, że aż mnie to boli, ale nigdy nikomu tego nie powiem, bo wiem, że… jeśli ktoś się dowie, jeśli przekroczę niewidzialną granicę i zawiodę ich w tej jednej, najważniejszej zasadzie — nikt nie może wiedzieć, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami — to nie będzie już żadnego marzenia.

Tylko kara, a ja nie wiem czy po niej jeszcze potrafiłabym się podnieść.

21 października 1998

Wieczorem matka staje w moich drzwiach.

Nie pukała, nigdy tego nie robi. Po prostu stanęła, trzymając dłoń na framudze, a ja poczułam, jak napięcie rozlewa się po pokoju.

— Możemy porozmawiać?

Nie wiem, czego chce i co nagle skłoniło ją do rozmowy, ale wiem, że cokolwiek powiem, to i tak nie zmieni rzeczywistości.

— O czym? — pytam ostrożnie.

Wzdycha i powoli siada na moim łóżku. To dziwne. Rzadko tu wchodzi i chce rozmawiać.

— Nie jestem dobrą matką, prawda?

Czuję, jak coś ściska mnie w gardle. To podchwytliwe pytanie, na które nie istnieje dobra odpowiedź.

— Nie wiem… — mówię cicho.

— Dobrze wiesz.

Oczy ma zmęczone, a twarz nieco rozmazaną, jakby starła makijaż niedokładnie albo jakby znów płakała.

Nie patrzę na nią.

— Robię, co mogę.

Nic nie mówię, bo co mam powiedzieć, że to za mało i zawsze było za mało?

Były noce, kiedy marzyłam, by się do mnie przytuliła. Chciałabym, żeby były dni, kiedy nie patrzyła na mnie tak, jakbym była ciężarem, którego nigdy nie chciała.

— A ty i tak mnie nienawidzisz.

Zamykam oczy i zaciskam palce na materiale koca.

— Nie nienawidzę cię, mamo.

— Tylko co?

Bierze papierosa z paczki, kręci nim w palcach, ale nie zapala.

— Tylko nie wiem, czy mnie kochasz.

Zapada cisza, która wbija się w moją skórę jak szkło. Patrzy na mnie długo, dłużej niż kiedykolwiek.

— A to robi jakąś różnicę?

Jej głos jest zmęczony i pusty.

Patrzy na mnie, jakby szukała we mnie odpowiedzi, której sama nie potrafi znaleźć.

— Dla mnie tak.

— Miłość nie zmienia rzeczywistości, Emilka.

Wstaje i wychodzi.

Zostawia mnie z tym pytaniem, które pali mnie od środka.

Czy gdyby mnie kochała, wszystko byłoby inne?

Czy miłość mogłaby mnie ocalić, a może nigdy nie miała tu znaczenia?

Może niektóre rzeczy po prostu nigdy nie miały prawa być dobre.

„Cisza.”

22 października 1998

Ojciec wraca późno.

Zanim jeszcze otworzy drzwi, wiem, że jest pijany.

Znam ten dźwięk — sposób, w jaki klucz uderza o zamek kilka razy, zanim w końcu trafi. Sposób, w jaki przeklina pod nosem, gdy drzwi wciąż nie chcą się otworzyć. Jak wchodzi do mieszkania, jakby cały świat był mu coś winien.

Siedzę w swoim pokoju i próbuję oddychać równo.

Może dziś nie wejdzie do kuchni i po prostu pójdzie spać, a matka nie powie nic, co go sprowokuje.

To tylko złudzenia, on zawsze znajduje powód.

— Co tu, kurwa, tak cicho?! — jego głos rozbrzmiewa w salonie jak rzucony granat.

Zamieram.

Nie odzywaj się, Emilka, nie ruszaj się, nie istniej.

— Krzysztof, idź spać — matka mówi zmęczonym głosem.

— Spać?! — śmieje się, ale w tym śmiechu nie ma radości, jest złość. — Jeszcze się nawet nie rozgrzałem!

Słyszę odgłos rzuconej na podłogę kurtki, a potem dźwięk stawianej na stół butelki.

— Piłeś już dość.

— Nie twoja sprawa.

Milczenie.

Potem coś spada na podłogę.

Może to szklanka, a może popielniczka.

— Cholera jasna! — ryczy ojciec.

Matka wstaje.

— Krzysztof, dość.

— Nie mów mi, co mam robić!

Trzask.

Nie wiem, co to było, ale wiem, że ona już nie krzyczy. To musi oznaczać, że uderzył.

Wstrzymuję oddech, bo wiem, co zaraz się stanie.

— Ty nic nie rozumiesz! — ryczy ojciec.

Matka nie odpowiada.

W tej ciszy słychać tylko jego ciężki oddech i odgłos butelki przesuwanej po stole.

Zaciskam pięści, nie mogę tam wejść, ale jeśli tam nie wejdę…

To znaczy, że pozwalam, żeby to się działo.

23 października 1998

Serce wali mi w piersi tak mocno, że prawie je słyszę.

Wiem, co zaraz się stanie, wiem, jak wygląda ten scenariusz.

Ile razy już przez to przechodziłam?

Siedziałam skulona w swoim pokoju, modląc się, żeby to się skończyło, żeby ktoś w końcu to przerwał, ale nikt nigdy tego nie przerywa.

Cisza jest jeszcze gorsza niż krzyk. Oznacza, że matka nie ma już siły się bronić. Po prostu stoi tam, przy stole, z opuszczonymi ramionami, czekając na to, co zrobi ojciec. A ja?

Wciąż siedzę na łóżku, wbijając paznokcie w swoje dłonie, próbując zdecydować, co zrobić.

Czuję, jak moje ciało się spina, jak każda cząstka mnie chce uciec, schować się, zniknąć, ale nie mogę.

Nie tym razem.

Powoli, ostrożnie otwieram drzwi.

Z pokoju widać fragment kuchni. Matka stoi przy stole, a jej dłonie drżą, kiedy ociera usta rękawem swetra. Ojciec sięga po butelkę, ale coś w jego ruchach jest inne, bardziej chwiejne, mniej pewne.

To nie zmienia faktu, że nadal jest silniejszy od niej i ode mnie.

— Co się gapisz? — warczy, kiedy mnie dostrzega.

Wiem, że to moment, w którym powinnam się wycofać, powiedzieć, że przyszłam tylko po wodę.

Uciec do pokoju, zanim stanie się coś więcej, ale nie mogę.

— Zostaw ją — mówię cicho.

Matka patrzy na mnie z przerażeniem. W jej oczach jest błaganie. Nie wtrącaj się, Emilka, nie pogarszaj sytuacji, ale ja już się wtrąciłam.

Ojciec przechyla głowę i uśmiecha się kpiąco.

— Zostaw ją? — powtarza. — A co, mała, nagle zrobiłaś się odważna?

Czuję, jak całe moje ciało napina się w oczekiwaniu na cios.

Wiem, że może nadejść w każdej chwili. Wiem, że to, co robię, jest głupie, że matka ma rację — nie powinnam się wtrącać.

Jestem tu, nie uciekłam, nie pozwoliłam, żeby to się działo dalej.

Ojciec mierzy mnie wzrokiem, mrużąc oczy, jakby oceniał, czy jestem warta jego uwagi. Przez chwilę wydaje się, że zaśmieje się i zignoruje mnie, ale potem podchodzi bliżej.

Jest za blisko, czuję od niego alkohol, pot i gniew.

— Zostaw ją — powtarzam, tym razem trochę głośniej.

Cisza.

Matka wbija wzrok w podłogę.

Ojciec patrzy na mnie, jego oddech jest ciężki, szorstki, a potem nagle odwraca się, mrucząc coś pod nosem i sięga po swoją butelkę. Bierze duży łyk, zatacza się lekko i opada na kanapę.

— Pieprzyć to — mamrocze.

Patrzy na telewizor, jakby nagle stracił zainteresowanie tym, co się przed chwilą wydarzyło.

Czuję, jak napięcie opuszcza moje ciało, ale nogi wciąż się trzęsą.

Matka podnosi na mnie wzrok, nie mówi nic. W jej spojrzeniu nie ma wdzięczności, jest tylko zmęczenie.

— Trzeba było siedzieć cicho — szepcze.

Potem, jakby nic się nie stało, wraca do swoich zajęć.

Nie wiem, co boli bardziej — słowa ojca, jego spojrzenie pełne pogardy czy to, że matka wciąż uważa, że milczenie to jedyny sposób na przetrwanie.

Ja nie chcę już milczeć.

Tego wieczoru leżę w łóżku, wpatrując się w sufit, i myślę tylko o jednym.

To nie może być moje życie na zawsze.

Muszę znaleźć sposób, żeby się stąd wydostać, bo jeśli zostanę…

To któregoś dnia mogę stać się jak ona.

24 października 1998

Siedzimy przy kolacji.

Ojciec jest trzeźwy, ale to nic nie zmienia. Cisza przy stole jest gęsta, lepka
i nieprzyjemna.

Matka mechanicznie kroi ziemniaki widelcem, jakby miała nadzieję, że skupienie się na jedzeniu sprawi, że tego wieczoru nic się nie wydarzy.

Jem powoli, zerkając na zegar na ścianie, licząc minuty do końca tego posiłku, ale ojciec zawsze znajduje powód, żeby coś się stało.

— Nie podoba mi się twoja szkoła — mówi nagle.

Nie patrzy na mnie, ale ja wiem, że to jest o mnie.

Matka unosi brwi, jakby to zdanie ją zdziwiło.

— A co jej niby jest?

Ojciec odkłada sztućce, odchyla się na krześle i patrzy na nią z drwiącym uśmiechem.

— Nie uczą tam szacunku.

Szacunku. Zawsze chodzi o szacunek, prawda?

Jego zdaniem nie wiem, gdzie jest moje miejsce.

— Co masz na myśli? — matka pyta ostrożnie, ale ja wiem, że ona też wie.

Ona zawsze wie.

— To, że twoja córka robi, co chce.

Czuję, jak coś ściska mi żołądek.

Nie robię tego, co chcę, nie pamiętam, kiedy ostatni raz zrobiłam coś, co naprawdę chciałam, ale jego prawda nie ma nic wspólnego z moją prawdą.

Zaciskam dłonie na kolanach.

Nie patrzę na niego, ale to nie ma znaczenia.

— Nie robię, co chcę — mówię cicho, choć wiem, że nie powinnam mówić nic.

Ojciec mruży oczy, jego szczęka napina się jak sprężyna.

— Nie pyskuj.

— Nie pyskuję, tylko mówię, że…

— Zamknij się.

Słowa uderzają we mnie jak cios.

Nie spuszczam wzroku, nie wiem, czy to odwaga, czy głupota.

Matka wpatruje się w swój talerz, jakby mogła w nim znaleźć wyjście z tej sytuacji.

Ja nie mogę.

— Może powinieneś się uspokoić — mówi cicho matka.

Zła decyzja.

Ojciec obraca głowę w jej stronę powoli, jak drapieżnik, który właśnie dostrzegł coś, co go rozzłościło.

— Może ty powinnaś nauczyć się, jak wychowywać dziecko.

— Nie przesadzaj.

— Nie przesadzaj? — jego głos nagle podnosi się o kilka tonów.

Rzuca widelec na stół, który uderza o blat z ostrym brzękiem.

— To niech się nauczy siedzieć cicho!

Patrzy prosto na mnie.

Teraz to już otwarte wyzwanie.

— No co, księżniczko? — wykrzywia usta w grymasie.

To nie jest uśmiech, to coś, co sprawia, że robi mi się zimno.

— Masz coś do powiedzenia?

Czuję, jak ogarnia mnie panika, bo wiem, że jakakolwiek odpowiedź to błąd.

— Nie.

— No właśnie.

Jest zadowolony. Widzi mój strach i karmi się nim. Jego usta wyginają się w triumfalnym grymasie.

— Masz nauczyć się zamykać mordę, jak nie pytają.

Matka wstaje od stołu. Jej sposób na przetrwanie — uciec.

Zabiera swój talerz i odchodzi do kuchni, jakby mycie naczyń mogło ją uratować.

Ojciec nawet na nią nie zwraca uwagi. Dla niego liczę się teraz tylko ja.

Jego twarz jest czerwona, oczy zmrużone, pięści zaciskają się na krawędzi stołu.

Czuję zapach alkoholu, który mimo jego dzisiejszej trzeźwości wciąż wisi w powietrzu, jakby był częścią tego domu.

Patrzy na mnie, ale ja nie spuszczam wzroku. Nie mogę, ale to nie ma znaczenia.

— Zrozumiano?

Kiwam głową, nie dlatego, że zgadzam się z nim, ale dlatego, że chcę, żeby ta chwila się skończyła.

— No, widzisz. — odcina słowa krótkim ruchem ręki, jakbym była sprawą, którą właśnie załatwił.

— I tak ma być.

Nie odpowiadam, już się nauczyłam, że nie wygram.

W mojej głowie rodzi się myśl, której nie potrafię uciszyć. Czy kiedyś nadejdzie dzień, w którym przestanę się bać? Dzień, w którym to on będzie bał się mnie i w końcu przestanę być cicha?

Wiem, że dziś to jeszcze nie ten dzień.

Dziś jeszcze udaję, że nie mam nic do powiedzenia.

25 października 1998

Po szkole idę do Baśki.

Chcę być gdziekolwiek, byle nie tam. Byle nie w tym domu, w którym słowa ranią bardziej niż pięści, gdzie moje istnienie nikogo nie cieszy i nikt na mnie nie czeka.

Mama Baśki otwiera drzwi.

Jej oczy są ciepłe, a uśmiech szczery.

— Wejdź, Emilko! Zrobiłam ciasto.

Zrobiła ciasto. Nie dla siebie, ale dla nas.

Wchodzę do środka.

Jest jasno, ciepło, pachnie czymś, czego nie umiem nazwać, ale co sprawia, że w gardle robi mi się ciasno.

Baśka mówi coś o szkole, o chłopakach, o czymś, co dla niej ma znaczenie.

Nie słucham, siedzę przy stole i patrzę na jej mamę.

Jak podaje nam herbatę, a później gładzi Basię po włosach, jak dłonią muska ramię córki, a jej uśmiech mówi, że cieszy się, że tu jesteśmy.

Jej głos jest łagodny, czuły, pełen miłości.

— Chcesz dokładkę, kochanie? — pyta nagle, pochylając się nad Basią i wtedy serce mi się ściska.

„Kochanie.”

Nie wiem, jak to jest być kochaną, jak to jest być kimś, do kogo mówi się „kochanie” z ciepłem w głosie.

Baśka szturcha mnie lekko.

— Emilka?

Podnoszę wzrok.

Jej mama patrzy na mnie z troską, z czymś, czego nie umiem nazwać.

— Chcesz dokładkę?

Cisza.

Nie wiem, jak odpowiedzieć, bo w domu nikt nigdy mnie o to nie pyta.

Nie pamiętam, żeby tam ktokolwiek zastanawiał się, czy jestem głodna, czy czegoś mi potrzeba.

— Nie, dziękuję.

Mój głos brzmi za cicho, za krucho.

— Jesteś pewna? — pyta delikatnie.

Tak.

Nie.

Nie wiem.

Nie wiem, jak przyjąć troskę i jak to jest, gdy ktoś się przejmuje.

Nie wiem, jak to jest być kimś, kogo się kocha.

Tylko kiwam głową, zmuszam się do uśmiechu i sięgam po herbatę, potem biorę łyk, by ukryć łzy, które palą mnie pod powiekami.

26 października 1998

Ojciec wraca do domu i od razu wiem, że ma zły dzień. Sposób, w jaki trzaska drzwiami, jak ciężko oddycha. Sposób, w jaki zrzuca buty, jakby świat go zawiódł, jakby czekał tylko na powód, by to na kimś wyładować.

Matka stoi nieruchomo, ale jej ciało mówi więcej niż tysiąc słów.

Palce zaciskają się na skraju blatu, białe knykcie, drżąca szczęka.

Nie patrzy na mnie, ale czuję jej strach.

— Coś ty zrobiła? — pyta szeptem, jakby liczyła, że może jeszcze zdążę się ukryć.

— Nie wiem.

To już bez znaczenia.

Ojciec zawsze znajdzie powód, nie musi być prawdziwy.

— Co tak stoisz?! — warczy, a jego głos jest jak uderzenie z otwartej dłoni.

Zamieram.

Czuję, jak krew pulsuje mi w uszach, jak serce bije za szybko, za głośno.

— Idź do pokoju — matka szepcze tak cicho, że ledwo to słyszę.

Za późno, on już mnie zobaczył.

— Nie, niech zostanie.

Matka drży, ale nie rusza się, nie stawia się, nie odzywa się, bo wie, że to tylko pogorszy sprawę.

Ojciec patrzy na mnie z góry. Ocenia, waży, szukając powodu i pretekstu.

— Patrz na mnie.

Nie ruszam się.

— Patrz. Na. Mnie.

Podnoszę wzrok i to jest błąd.

— Mądra jesteś?

Nie wiem, co odpowiedzieć, bo cokolwiek powiem, będzie źle.

— Nie.

Ojciec śmieje się, ale to nie jest śmiech, który oznacza rozbawienie.

To śmiech, który zapowiada coś gorszego.

— Nie? — jego ton zmienia się w drwinę. — To dobrze.

Robi krok do przodu, a ja wstrzymuję oddech.

— Bo nie masz prawa być mądrzejsza ode mnie.

Jego oddech pachnie alkoholem i gniewem. Jest za blisko.

Czekam na cios, który jeszcze nie nadszedł, czuję napięcie matki obok mnie.

— Krzysztof, proszę.

Głos matki jest cichy, błagalny, ale to nie jest błaganie o mnie. To błaganie o siebie.

— Zamknij się.

Jego głos jest jak ostrze.

Matka wstrzymuje oddech.

Ojciec rzuca butelkę na stół, szkło uderza głuchym brzęknięciem, a płyn przelewa się po blacie.

Nie patrzy już na mnie, odchodzi.

Dziś jeszcze nie jestem warta gniewu.

Jeszcze.

Siedzimy w ciszy, która nie jest spokojem.

Matka rozluźnia ramiona, wzdycha, jakby właśnie uratowała nas przed czymś gorszym.

Ja wiem, że to kłamstwo, ona też wie, dlatego, kiedy w końcu mówi, jej głos jest pusty.

— On cię nigdy nie uderzy.

Nie odpowiadam.

Nie muszę.

Obie wiemy, że to nieprawda. Jeszcze nie, ale to tylko kwestia czasu.

„Głos, którego nie mogą mi odebrać”

27 października 1998

Śpiew to moja tajna broń.

Jedyna rzecz, która pozwala mi oddychać, kiedy powietrze w domu staje się zbyt gęste od gniewu i alkoholu. Gdy wszystko wokół wydaje się zbyt ciężkie, słowa parzą jak ogień, a cisza krępuje mnie jak kajdany.

Uciekam w dźwięki.

Zamykam oczy i pozwalam muzyce mnie unieść.

Gdy śpiewam, jestem gdzie indziej.

W świecie, w którym nie ma ojca wracającego do domu z kieszeniami pachnącymi piwem. Świecie, w którym matka nie patrzy na mnie z rozczarowaniem, nie wypuszcza przez zaciśnięte usta kolejnych kłębów dymu, który pachnie zawiedzionymi marzeniami. W świecie, w którym nie muszę być cicho, ważyć każdego słowa i przepraszać za swoje istnienie.

Tylko że ten świat istnieje tylko wtedy, kiedy śpiewam.

Śpiewam cicho, kiedy jestem w domu, półszeptem, prawie niesłyszalnie, gdy ojciec jest blisko. Głośniej, gdy zostaję sama.

Kiedy naprawdę chcę zapomnieć, włączam mój stary walkman, wsuwam kasetę i śpiewam razem z nią.

Śpiewam tak długo, aż całe napięcie odpływa z mojego ciała.

Mój głos staje się wszystkim, co słyszę, a moja rzeczywistość rozmywa się w melodiach, bo wtedy mogę udawać, że jestem kimś innym.

Kimś, kto nie boi się wrócić do domu. Kimś, kto ma matkę, która mówi „kocham cię” i ojca, który patrzy na nią z czułością, a nie z pogardą.

Kimś, kto może śpiewać na całe gardło bez strachu, że ktoś każe mu się zamknąć. Kimś, kto ma prawo istnieć.

Kiedy piosenka się kończy, świat, który stworzyłam, rozpada się na kawałki i znowu jestem sobą.

Znowu jestem tą dziewczynką, która wie, że cisza nigdy nie oznacza spokoju, która nasłuchuje kroków za drzwiami, modląc się, by nie były zbyt ciężkie, zbyt szybkie, zbyt niepewne, która wstrzymuje oddech, bo wie, że wystarczy jedna iskra, by wszystko zapłonęło, ale wciąż mam muzykę.

Mam ją w sobie i nikt nie może mi jej odebrać, więc śpiewam.

Śpiewam, żeby nie czuć bólu i żeby pamiętać, jak smakuje powietrze, kiedy nie jest przesiąknięte strachem.

Śpiewam, żeby choć na chwilę być wolna.

Dopóki mogę śpiewać, dopóki mam swój głos — jeszcze nie przegrałam.

30 października 1998

— Emilka, zaśpiewasz z kilkoma dziewczynkami na szkolnym konkursie?

Podnoszę wzrok na nauczycielkę muzyki.

Jej oczy błyszczą ekscytacją, jakby to było oczywiste, jakby ten pomysł w ogóle nie podlegał dyskusji.

— Ja…? — Słowa więzną mi w gardle.

Nie jestem przyzwyczajona do tego, że ktoś mnie widzi, że ktoś chce, żebym była częścią czegoś większego.

— Masz taki piękny głos. Byłabyś cudowna na scenie.

Scena, śpiewanie, ludzie, którzy patrzą tylko na mnie.

Serce przyspiesza mi tak bardzo, że czuję je w gardle.

Czy jestem na to gotowa, by pozwolić sobie na chwilę, w której będę widziana?

W moim domu niewidzialność jest najlepszą ochroną, ale kiedy śpiewam… Wtedy nie jestem niewidzialna. Jestem sobą.

— Dobrze. — Mój głos jest ledwo słyszalny, ale wiem, że ona go usłyszała.

— Tak?! — Jej twarz rozjaśnia się uśmiechem.

Kiwam głową, choć w środku cała się trzęsę, bo wiem, że matka tego nie zrozumie.

Jeśli jej powiem, będzie się śmiała. W jej świecie marzenia są czymś zbędnym, czymś, na co nie ma miejsca, czymś, co prowadzi tylko do rozczarowania, ale to jest moje marzenie i tym razem jej go nie oddam.

3 listopada 1998

Światła reflektorów mnie oślepiają, a sala jest pełna ludzi. Serce wali mi w piersi tak mocno, że boję się, że je usłyszą.

Dobrze, że dziewczyny są obok, bo sama chyba bym umarła.

Dłonie mi się pocą, nogi są jak z waty.

W głowie echo myśli:

“Nie spieprz tego, nie spieprz tego, nie spieprz tego…”

Kiedy muzyka zaczyna grać, coś się we mnie zmienia.

To, co zawsze czułam w samotności, teraz wypełnia całą salę.

Moje emocje, mój strach, moja nadzieja — wszystko to wylewa się z mojego głosu i nagle tremy nie ma.

Jestem tylko ja i muzyka.

Chociaż na chwilę zapominam o wszystkim.

Zapominam, że jestem tą dziewczyną, która czeka w łóżku na ucichnięcie krzyków i tą, która od lat uczy się, jak być cicho i jak znikać.

Zapominam, że jestem dzieckiem, którego nikt nigdy nie słuchał.

Na scenie jestem kimś innym, kimś silnym, kogo nie można przeoczyć.

To ten moment, ten krótki błysk, w którym naprawdę istnieję.

Kiedy kończymy, w sali zapada cisza.

Przez sekundę, dwie, może trzy i wtedy ogarnia mnie panika.

“Nie podobało im się.” “Spieprzyłam coś.” “Zawiodłam.”

A potem słyszę oklaski.

Najpierw pojedyncze, potem więcej, aż w końcu cała sala wstaje i bije brawo.

Widzę Baśkę w tłumie, jej szeroki uśmiech, jej oczy, które błyszczą dumą, której sama nigdy nie zaznałam.

Widzę nauczycielkę muzyki, która ociera łzę wzruszenia.

Wszyscy mnie widzą.

Wszyscy mnie słuchali i wtedy, po raz pierwszy w życiu, czuję coś, czego nigdy wcześniej nie czułam. Dumę.

Tylko że… Ich nie ma.

Nie ma tu matki ani ojca.

Nie przyszli, nie zobaczyli, nie usłyszeli.

Nie przyszli zobaczyć mnie w moim najlepszym momencie, bo nigdy nie byli tam, gdzie powinni być, nigdy nie byli dla mnie.

Czy choć raz chcieli usłyszeć mój głos? Chcieli być dumni?

Serce, które jeszcze chwilę temu biło z ekscytacji, teraz ściska coś zimnego, ciężkiego.

Pustkę, która nie powinna tam być.

“Nie potrzebuję ich.” “Nie obchodzi mnie to.” “Nie powinno mnie to boleć.”

Boli bardziej, niż się spodziewałam, bo może, choć udaję, że nie czekam, że ich nie potrzebuję, że ich brak nic nie znaczy… To jednak czekałam i potrzebowałam.

Tylko że oni nie przyszli i chyba nigdy nie przyjdą.

Uśmiecham się, kiedy ludzie klaszczą, kiwam głową, przyjmuję gratulacje, dziękuję nauczycielce, ściskam Baśkę, ale w środku…

Czuję się tak cholernie sama.

5 listopada 1998

Kiedy wracam do domu, matka siedzi na kanapie.

Telewizor brzęczy w tle, ale ona nie wygląda, jakby była nim zainteresowana. Na stoliku stoi popielniczka pełna niedopałków, obok niej butelka wina
i w połowie pusty kieliszek.

Nie patrzy na mnie, nawet nie podnosi wzroku, kiedy zamykam drzwi.

Czuję ten znajomy ciężar w powietrzu — obojętność, która pachnie dymem papierosowym i rozczarowaniem.

— Wygrałyście? — rzuca tak, jakby to nie miało żadnego znaczenia.

Nie dlatego, że chce wiedzieć i ją to obchodzi, tylko dlatego, że coś trzeba powiedzieć.

— Tak — odpowiadam cicho.

Już wiem, co usłyszę.

— No i co z tego?

Jej słowa są jak ciosy, które uderzają prosto we mnie.

Co z tego? A to, że przez chwilę czułam się kimś, przez moment myślałam, że zrobiłam coś dobrze i miałam nadzieję, że może choć raz mnie pochwali.

— Mamo…

Chcę powiedzieć, że to było ważne, to nie było tylko jakieś tam śpiewanie.

To była jedna z tych chwil, w których czułam, że istnieję, ale tutaj już nie mam szansy.

— Śpiewanie nic ci nie da, Emilka. — jej głos jest pusty, zmęczony, pełen rezygnacji.

— To dziecinne marzenia.

Dziecinne.

Marzenia.

Jakby śpiewanie było tym samym, co wierzenie we wróżki, a pragnienie czegoś więcej było czymś wstydliwym.

— I tak wygrałyście tylko dzięki innym dziewczynkom.

Cisza.

Moje palce zaciskają się w pięści.

— Przecież wiadomo, że ciebie nie było słychać i dobrze, bo przynajmniej nie spieprzyłaś im występu. — wzrusza ramionami, jakby mówiła o czymś zupełnie oczywistym.

— Nie masz mocnego głosu, nie masz talentu, Emilka.

Każde słowo wbija się we mnie jak nóż i ściąga mnie z powrotem na ziemię, bo przez chwilę myślałam, że to było coś ważnego, ale dla niej nie było.

Dla niej ja nigdy nie jestem ważna.

— Zamiast tracić czas na jakieś śpiewanie, mogłabyś zająć się czymś pożytecznym.

Zawsze to mówi.

— Dom to nie hotel. Obowiązki same się nie zrobią. Latasz po tych swoich zajęciach pozalekcyjnych, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Zajmij się czymś, co faktycznie ci się w życiu przyda.

Siedzi nadal w tej samej pozycji, z papierosem ledwo trzymanym między palcami.

Nie patrzy na mnie.

Nawet nie odwraca głowy, żeby zobaczyć, jak mnie tymi słowami rozrywa na kawałki.

Jak sprawia, że wszystko, co czułam na scenie, nagle traci znaczenie.

Patrzę na nią, ale ona nigdy na mnie nie patrzy, jakbym nie istniała, a moja obecność była tylko zbędnym dodatkiem do jej życia.

— Idę do siebie — szepczę.

— No idź. — wzdycha.

A potem dodaje ostatnie słowa, które wbijają mi się w serce jak sztylet.

— I nie myśl, że jesteś kimś wyjątkowym. Nie myśl, że możesz być kimś więcej, że masz prawo do marzeń i czegokolwiek więcej.

Nie pozwolę jej odebrać mi tego, chcę w końcu uwierzyć, że jestem czymś więcej niż błędem.

Zamykam drzwi i po raz pierwszy od dawna czuję łzy na policzkach.

Może ona ma rację, może naprawdę nie jestem nikim wyjątkowym, jestem tylko jej błędem i to wszystko nie ma sensu, ale to boli.

Boli tak bardzo, że coś we mnie pęka.

Coś, co było tłumione przez lata, coś, co zawsze pozwalało mi milczeć, kiedy ona odbierała mi nadzieję.

Coś, co nie chce już być ciche.

Biorę głęboki oddech i robię coś, czego nigdy wcześniej nie robiłam.

Zaczynam śpiewać. Nie w myślach i cicho. Na głos.

Śpiewam nie dla niej, nie po to, żeby ktoś mnie usłyszał, śpiewam tylko dla siebie.

Po to, żeby przypomnieć sobie, że to jest coś ważnego i ja jestem ważna.

Mam coś, czego ona nigdy nie miała, czego nigdy nie będzie mogła mi odebrać.

Śpiewam i tym razem nie pozwalam, żeby jej głos zagłuszył mój.

„Tam, gdzie nie sięga cisza”

10 listopada 1998

Szkoła jest moją kryjówką. To jedyna przestrzeń, w której mogę odetchnąć. Tutaj nikt nie podnosi głosu, nie tłucze talerzy, nikt nie rzuca butelkami, nikt nie mówi mi, że nigdy nie powinnam się urodzić.

Tutaj jestem po prostu Emilką.

Dziewczyną, która dobrze radzi sobie z językiem polskim, która zna wszystkie piosenki z radia, która uśmiecha się na przerwach i rozmawia z Baśką o rzeczach, które są normalne.

Tylko że ja nie wiem, jak być normalna.

Nie wiem, jak śmiać się z głupich dowcipów, nie myśląc o tym, czy w domu jest dziś spokój, czy burza.

Nie wiem, jak cieszyć się beztroską, kiedy wciąż mam w głowie obraz matki z podbitym okiem i ojca, który wraca do domu, jakby to był jego osobisty plac bitwy.

W klasie ludzie mnie lubią.

Nikt mnie nie prześladuje, nikt nie szepcze za moimi plecami. Niektórzy nawet myślą, że jestem fajna.

Jestem cicha, ale sympatyczna, dobrze się uczę, ale nie jestem kujonką, umiem zaśpiewać każdą piosenkę tak, że ciarki przechodzą, ale trochę nie rozumiem rówieśników.

Nie wiem, jak to jest żyć tak, jak oni.

Jak to jest wracać do domu i czuć się bezpiecznie?

Nie wiem, jak to jest móc po prostu mówić o tym, co się dzieje w moim życiu, nie zastanawiając się, co mogę zdradzić, a co muszę ukryć.

Nie wiem, jak to jest żyć bez tego ciężaru, więc często siedzę sama.

Nie dlatego, że nie mam z kim siedzieć, tylko dlatego, że czasem nie umiem się dopasować i być jak oni.

Ich śmiech jest beztroski, a mój zawsze odrobinę wymuszony. Ich rozmowy są lekkie, pełne żartów, plotek, planów na weekendy, a moje myśli ciężkie, utkane ze strachu, z obowiązku milczenia, z lęku przed tym, co zastanę po powrocie do domu.

Tylko Baśka jakoś mnie rozumie. Nie zna całej prawdy, ale nie musi.

Nie pyta, dlaczego czasem na przerwach wolę siedzieć przy oknie i patrzeć w dal, zamiast gadać o głupotach.

Nie dziwi się, kiedy nie mogę przyjść na piżama party, bo „mama się nie zgadza”.

Nie dopytuje, dlaczego nigdy nie zapraszam jej do siebie.

Nie patrzy na mnie z litością, nie zmusza do zwierzeń, po prostu jest.

Czasem, kiedy myśli, że nie widzę, patrzy na mnie dłużej, jakby chciała coś powiedzieć, jakby chciała zapytać, ale nie pyta i dlatego tylko przy niej czuję się w miarę normalnie.

Ona nie chce wiedzieć niczego na siłę i dzięki temu mogę udawać, że nie mam nic do opowiadania. Muszę udawać, bo jeśli przestanę…

Jeśli pozwolę sobie na choćby jeden moment słabości…

Oni to zauważą i wtedy zaczną pytać, a ja nie mogę pozwolić, żeby pytali, bo nie wiem, co miałabym im odpowiedzieć.

15 listopada 1998

Pani od muzyki woła mnie po lekcji.

— Emilko, masz chwilkę?

Kiwam głową, choć w środku czuję napięcie.

Każde „możemy porozmawiać?” sprawia, że serce mi zamiera, bo rozmowy oznaczają pytania, a pytania oznaczają niebezpieczeństwo.

O czym chce mówić? Czy coś zauważyła? Czy wie, że czasem znikam w środku dnia, byle tylko nie wracać do domu zbyt wcześnie?

Może widzi, że czasem moje myśli są gdzieś daleko, w świecie, w którym nie muszę ważyć każdego słowa?

Czy rozumie, że muzyka jest dla mnie czymś więcej niż tylko zajęciami pozalekcyjnymi?

Wstrzymuję oddech.

— Słyszałam twój występ na konkursie — mówi z uśmiechem.

Serce mi przyspiesza.

— Wasza harmonia była oszałamiająca. Byłaś wspaniała.

Wspaniała?

Rumienię się, bo nie jestem przyzwyczajona do komplementów.

— Naprawdę?

Może się przesłyszała, mówi to, bo wypada, chce mnie pocieszyć.

Przecież matka twierdzi, że niczego nie wnoszę do zespołu, że jestem bezużyteczna i gdyby mnie nie było, nic by się nie zmieniło. Mówi, że śpiewanie nic mi nie da.

— Naprawdę. — Jej uśmiech jest ciepły, pewny, jakby wierzyła w każde swoje słowo. — I chciałabym, żebyście wzięły udział w kolejnym konkursie. Tym razem międzyszkolnym.

Zamieram.

Międzyszkolnym.

To znaczy większa scena, więcej ludzi, więcej świateł. To znaczy, że jeśli zawiodę, zawiodę przy wszystkich.

Czuję, jak ściska mi się żołądek.

To za duże, to nie dla mnie.

Może one są dobre, może one na to zasługują, ale ja?

— Emilko?

Patrzę na nią i widzę w jej oczach coś, czego nie widzę w oczach matki.

Dumę i wiarę we mnie.

Matka zawsze miała dla mnie tylko szyderczy śmiech.

„Nie masz talentu, Emilka.”

„Śpiewanie to dziecinne marzenia.”

„Zajmij się czymś, co faktycznie ma znaczenie.”

Więc co, jeśli się mylę?

Co, jeśli to nie są marzenia — tylko głupota?

Jeśli wszyscy inni widzą, że nie pasuję, tylko ja tego nie dostrzegam?

Nie chcę być pośmiewiskiem, stać na scenie, czując, jak ludzie patrzą i myślą: „co ona tu robi?”

Nie chcę słyszeć matki w swojej głowie, gdy będzie mówiła: „a nie mówiłam?”

— Co myślisz? — pyta nauczycielka łagodnie.

Nie wiem, co myślę, czy mogę sobie pozwolić na marzenia? Nie wiem, czy jestem gotowa, żeby wyjść poza swoją bezpieczną strefę, ale wtedy przychodzi mi do głowy inna myśl.

Jeśli jednak mam w sobie coś, czego matka nigdy nie dostrzegła i jest we mnie coś, co inni widzą, a ona nigdy nie chciała zobaczyć?

Jeśli, choć raz, mogę spróbować i nie bać się, że porażka będzie wszystkim, co po mnie zostanie…

Biorę oddech.

— Tak. Chcę.

Jej twarz rozświetla się radością.

— Wiedziałam, że tak powiesz!

Wiedziała? Przecież ja sama tego nie wiedziałam, ale może…

To jest ten moment, ta chwila, w której mogę pozwolić sobie na odrobinę nadziei.

Może w tym jednym miejscu, w tej jednej rzeczy, mogę być kimś więcej niż dziewczyną, która w nocy słucha muzyki, żeby nie słyszeć krzyków.

Może tutaj mogę być kimś naprawdę.

17 listopada 1998

Po szkole idę do domu Baśki. Uwielbiam tam być.

Jej mama zawsze wita mnie uśmiechem, częstuje herbatą, pyta, jak mi minął dzień, jakby to naprawdę ją obchodziło.

— Kochanie, zjesz coś? — pyta, kładąc przede mną talerz pełen domowego ciasta. Zamieram.

Nie umiem przyjmować troski i przyjąć ciepła bez podejrzliwości, ale kiwam głową.

— Dziękuję.

Biorę kęs i czuję, jak coś we mnie się rozluźnia, jakby na chwilę ten dom stał się moim domem i przez sekundę mogła udawać, że to moje życie.

Wyobrażam sobie, że to moja mama, która się troszczy, mówi do mnie: „kochanie”.

Jednak to tylko chwilowe złudzenie.

Prędzej czy później będę musiała wrócić do swojego domu, a tam nikt nie czeka na mnie z ciastem i herbatą i nikt nie nazywa mnie kochanie.

Tam jestem tylko problemem.

19 listopada 1998

Wracam do domu i już od progu wiem, że coś jest nie tak. Czuję to w powietrzu.

Cisza jest zbyt głęboka.

Matka siedzi przy stole, wpatrzona w ścianę, z kieliszkiem w dłoni.

Nie podnosi wzroku, kiedy wchodzę.

— Gdzie byłaś?

— U Basi.

— I co? Tam ci lepiej?

Milczę.

— Może powinnaś się do niej przeprowadzić, co?

Jej głos jest zimny jak lód.

— Nie o to chodzi…

— Oczywiście, że o to chodzi. Myślisz, że nie widzę, jak patrzysz na nich? Jak zazdrościsz jej tej idealnej rodziny?

Nie wiem, co powiedzieć, bo ma rację, ale nie mogę jej tego przyznać.

— Mamo, ja…

— Zamknij się — przerywa mi, biorąc łyk wina. — lepiej, żebyś pamiętała, że to tu jest twój dom.

Dom. To słowo brzmi jak kpina.

— Idź spać — dodaje już ciszej.

Kiwam głową i odchodzę do pokoju, ale wiem, że tej nocy nie zasnę.

Jej słowa odbijają się w mojej głowie jak echo.

„To tu jest twój dom”, ale ja nie chcę, żeby to był mój dom.

Nie chcę tu być, nie chcę tak żyć, ale nie wiem, jak uciec, więc robię jedyną rzecz, którą znam.

Włączam muzykę i śpiewam, bo to jedyna rzecz, która pozwala mi uwierzyć, że mogę być kimś więcej.

„Świat, który woli nie widzieć”

25 listopada 1998

Czasami się zastanawiam czy ludzie naprawdę nie widzą, co się dzieje w naszym domu, czy może widzą, ale wolą udawać, że niczego nie dostrzegają?

Czasem wydaje mi się niemożliwe, że nikt nie słyszy trzasków.

Jak to możliwe, że nikt nie zauważa jak matka z rozmazanym makijażem przekracza próg domu o świcie, ledwo trzymając się na nogach i nikt nie widzi, jak ja milknę, jak uczę się poruszać w ciszy, jakby każdy hałas mógł wszystko zniszczyć.

Nie wierzę w to.

Nie wierzę, że nie słyszeli, kiedy ojciec wyrzucał matkę za bramę.

Nikt nie widział, jak szarpał ją za ramię, jak jej ciało uderzało o chodnik, jak osunęła się na kolana, dłonią ocierając krew z rozciętej wargi.

Nie wierzę, że nie słyszeli jego głosu, pełnego lodowatej złości.

— Pożegnaj się z mamusią, bo już jej więcej nie zobaczysz.

To słowa, których nigdy nie zapomnę.

Były zimne, twarde, pewne siebie, jakby naprawdę miał taką władzę i mógł sprawić, że matka po prostu zniknie.

Stałam wtedy na schodach, patrząc, jak ona wstaje powoli, chwiejąc się, jakby jej własne ciało nie chciało jej już dłużej nosić.

Nikt nie zrobił nic.

Żadna firanka się nie poruszyła, żadne drzwi się nie uchyliły, żaden sąsiad nie wyszedł na podwórko.

Znieczulica ludzka jest porażająca, bo oni musieli widzieć. Musieli słyszeć, ale nikt nie zapukał do naszych drzwi z pytaniem: „Czy wszystko w porządku?”

To nie ich sprawa.

Może myślą, że to normalne.

Wygodniej jest udawać, że niczego nie dostrzegają, w końcu my też jesteśmy w tym dobrzy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
za 56.3

Pobierz bezpłatnie