E-book
13.65
drukowana A5
29.21
Tam, gdzie jaskółki zawsze wysoko latają

Bezpłatny fragment - Tam, gdzie jaskółki zawsze wysoko latają


Objętość:
89 str.
ISBN:
978-83-8126-542-3
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 29.21

od: m.lasko@o2.pl

do: kolodziej.d@gmail.com

data: 14 Wrzesień 2014 02:42

temat: Dominika

Hello!

U mnie tygodnie jak miesiące przelatują. Ale nara nie ma na co w sumie narzekać. Dobrze jest jak jest. Może będzie lepiej, byle nie gorzej. Jednak patrząc globalnie nachodzą mnie (zresztą jak nie rzadko:) pewne „ostateczne” znaczenia niektórych sytuacji mogące sugerować ich ostateczny kontekst. Ale ludzie zawsze czekali na koniec świata. Coś w tym jest. Tak jakbyśmy to mieli już w genach:) Wracając do wątku Twojego maila:) to sądzę, że wyprawa na 612 byłaby magiczna. Zresztą zawsze tak było! Jakbym przechodził przez jakieś pieprzone wrota czasu i łapał wspomnienia. Prawdą jest chyba to, że niektórych wspomnień doświadczamy szczególnie w miejscach, których dotyczą. Dla mnie wszystko to co „było”, było (i jest) dla mnie ważne. I to bardzo. Byliśmy zakręceni. A może nadal jesteśmy? Ale w tym pozytywnym znaczeniu tego słowa.

A dla mnie październik mija pod znakiem kichania na potęgę. Wystartowałem ostatnio w maratonie łapania wirusów i ostatnio non stop coś łapie. Masakra. Dziś znowu był pierwszy dzień kaszlu po tygodniowej prawie przerwie. A raz miałem ponad 40 stopni. Czad.

Ale cały czas staram się czegoś słuchać. Raczej „wspominam”, ale staram się otwierać na nowości również, jednak z tych niewiele mnie satysfakcjonuje:)

Napiszę jeszcze na pewno, czasami tylko już wieczorem kompa nie chce mi się już włączać, albo „wyłączam” sie przy pisaniu, telewizji lub czytaniu. Ale tylko późnymi wieczorami.

Piszę szybko, więc za wszelakie błędy przepraszam, bo juz nie będę analizował tekstu :)

Również bardzo cieszyłem się z naszego spotkania. Zresztą zawsze się bardzo cieszę. To jest wszystko bardzo ważne i nie można o tym zapominać. tylko ten pieprzony czas (przepraszam),…którego tak naprawdę nie ma:)

Pamiętasz jak mieliśmy po naście lat i nie wiedzieliśmy jeszcze nie tylko tego, gdzie i kiedy może zakończyć się dla każdego z nas to życie — ani tego, że w ogóle może się ono tak po prostu skończyć -, ale nawet nie podejrzewaliśmy, że może ono się dopiero rozpocząć! To znaczy, w sensie zupełnie odmiennym od akceptowanego wówczas i przyjmowanego przez nas do wiadomości. Był to okres wolności, zanim przekleństwo „wieku dorosłego” nie uczyniło nas kalekimi. Choć w moim przypadku, owo kalectwo, przynajmniej po części, wynikało z faktu samouświadomienia go sobie.

Pamiętasz rok 1989?

Postaram Ci się wyjaśnić dlaczego akurat o ten konkretnie rok zapytałem.

Miałem wówczas piętnaście lat, Ty czternaście, a końcem świata był dla nas od strony północnej most nad Krętą — za którym zaczynało się powiatowe miasto Chrustów i jego nudne przedmieścia, nie mające nam nic do zaoferowania prócz szkoły i niezrozumiałych zasad świata dorosłych, w którym i tak teraz ugrzęźliśmy na dobre -, a od strony południowej początek ulicy Podleśnej, prowadzącej w te same nudne dorosłe miejsca, usytuowane jednak na wsi. O wschodzie i zachodzie celowo nie wspomniałem ponieważ tam granice były naturalne i wytyczały je lasy (wschód) i rzeka Kręta (zachód), które rzadko próbowaliśmy przekraczać, jakby podświadomie pragnąc żeby pozostały nieprzebyte i tajemnicze.

(Nie żeby świat dorosłych nas nie intrygował. Wszyscy udawaliśmy czasem dorosłych. Każda jednak próba odnalezienia się w nim kończyła się dla nas porażką skutkującą tylko jeszcze głębszym niezrozumieniem sensu jego istnienia.)

Teraz mam czterdzieche, od dziewięciu lat jestem na emeryturze i pewnie nigdy nie wspominałbym znowu „tamtych dni i czasów” — co nie oznacza, że nie robiłem tego w ogóle, jednak nie tak intensywnie –, gdyby nie to, że właśnie dziś zobaczyłem zjawę (nie upiora, upiory nie mogą chyba być aż tak ponętne!), która tak nieubłaganie cofnęła mnie myślami do tamtych wspaniałych magicznych dni (i wciąż mnie tam trzyma!)? I nie mówię tego w przenośni. Nie zrozum mnie źle, ale postaram Ci się to jakoś opisać, gdyż zrozumieć tego na razie, albo raczej w ogóle, nie mogę!

Pojechałem do Chrustowa do Tesco na zakupy. Dochodziła już chyba osiemnasta. Jak na początek września dzień o tej porze był nawet dość ciepły. Temperatura sięgała dwudziestu paru stopni. Słońce chyliło się ku zachodowi na bezchmurnym niebie. Dzień miałem już zaplanowany. Na wieczór zapowiadało mi się ognisko z Pawłem, więc trzeba było zaopatrzyć się w jakieś przekąski. Zwłaszcza ja musiałem to zrobić. Paweł będzie przygotowany na bank :)

Po południu w tygodniu w Tesco bywają tłumy. Dzisiejszego dnia było podobnie. Zjawę zobaczyłem, kiedy podszedłem z koszykiem do kasy.

Zakupy miała już popakowane w jednorazówki. Do kasjerki miałem jeszcze około tuzina osób. I prawie przy każdej z pięciu kas była podobna sytuacja. Dopiero po jakimś czasie uzmysłowiłem sobie, że ktoś mi się przygląda! Nie wiedziałem tylko od jakiego czasu?! Po prostu „wyczułem” jej spojrzenie — jak się to mówi. Miałem okazję przyglądnąć się jej dokładniej, kiedy pakowała produkty do jednorazówek.

Wiem, że mnie z góry nie osądzisz i nie wyciągniesz pochopnych wniosków, dlatego wszystko Ci to opowiadam bez obawy posądzenia mnie o to, co chodziło mi wtedy po głowie. Faceci tak już są chyba skonstruowani.

Dziewczyna miała najwyżej dwadzieścia lat, nie więcej, i im dłużej się jej przyglądałem zacząłem ponownie się zastanawiać, dlaczego urodziłem się aż o tyle wcześniej? Wiem wiem. Już mi to kiedyś próbowałeś tłumaczyć. Musisz mi już wybaczyć to, że czasami nie mogę oderwać oczu od pięknej kobiety. W przypadku tej dziewczyny nie przeszkadzało mi nawet to, że mogła być jeszcze niepełnoletnia. Choć jej wygląd dawał nadzieję na to, że może tak nie było. Sposób w jaki patrzyła na mnie, poprawiała sweterek, włosy i sukieneczkę w szkocką kratę przeczył temu ponad wszelką wątpliwość!

Zniknęła mi z oczu, kiedy znajdowałem się sześć osób od kasjerki. Ponownie spotkałem ją przy sterowanych fotokomórką drzwiach wejściowych. Dwie z czterech cienkich jednorazówek za namową grawitacji odmówiło jej posłuszeństwa i próbowała właśnie jakoś temu zaradzić. Przed tym jednak zanim odwróciła się w moim kierunku (tak naprawdę sklepu i kas) pozostałe zakupy w dwóch reklamówkach oraz te poukładane luźno wokół nich zostawiła pod ścianą przy wyjściu z zamiarem podejścia do kas po nowe woreczki.

— Proszę pozwolić sobie pomóc — chyba tak jakoś się do niej odezwałem. Nie uwierzysz, ale w jednej chwili przystanęła, popatrzyła na mnie z promiennym uśmiechem i odpowiedziała:

— Przeliczyłam się chyba niestety.

— Raz miałem o wiele mniej zakupów a zakończyło się tym samym — skłamałem. Tylko nie zrugaj mnie za to. To wyszło ze mnie jakoś samo. Jednak nie wiem, co bardziej mogło Ci się nie spodobać? To, że skłamałem, czy to, że w ogóle do niej podszedłem? Związane to chyba było z jednym i tym samym. Wtedy tak naprawdę nie wiedziałem jeszcze ile ma lat, więc nadzieję mogłem mieć. A wyglądała naprawdę dojrzale. Poza tym, musiałem po prostu jej pomóc, i tyle. Tak naprawdę do niej nie podszedłem — raczej, spotkaliśmy się.

— Niech pani poczeka. Przyniosę reklamówki. — Nie wiem w sumie dlaczego to powiedziałem, ale powiedziałem i minutę później byłem z powrotem z trzema jednorazówkami. Kasjerka sprzedała mi je natychmiast po obsłużeniu aktualnie znajdującego się przy kasie klienta, a ku niezadowoleniu kolejnego czekającego w kolejce. Zbytnio się tym nie przejąłem. Wróciłem szybko do dziewczyny, jeszcze bezimiennej i wciąż tajemniczej, pomogłem jej pozbierać i poprzekładać zakupy a następnie odprowadziłem ją do samochodu. Kiedy szliśmy przez parking wymienialiśmy tylko zdawkowe kurtuazyjne uwagi, jednak kiedy tylko się odzywałem widocznie i słyszalnie sprawiało jej to przyjemność. Zaparkowała za supermarketem, przy sklepie meblowym.

— Przez te tłumy chyba piętnaście minut szukałam miejsca. Musiałam zaparkować tutaj. Wie pan gdzie? Strasznie mi przykro, że pana kłopoczę.

— Nie ma sprawy. I tak przecież wychodziłem. Wpadłem tylko po parę drobiazgów — znowu skłamałem, bo zamierzałem jeszcze pokręcić się po galerii, ale nic na to nie mogłem poradzić. Wybacz. To po prostu tak działa. Spotykasz magiczną dziewczynę i oddajesz pałeczkę swojemu językowi. Widzisz, też Cię mogę czegoś nauczyć:) Choć Tobie to raczej chyba w ogóle nie potrzebne. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Nie mogłem oderwać wzroku od jej długich do ramion kasztanowych włosów, zgrabnych nóg. Miała zielonkawa spódnicę do kolan oraz hipnotyzujące, głęboko brązowe oczu. Miałem zamiar za nią pojechać. W miarę dyskretnie oczywiście. Kiedy tylko ją zobaczyłem momentalnie zacząłem bardziej skupiać swoją uwagę na tej małej, a nie na jakiejś ponętnej mamusi, jakich w galerii było nie mało. Ta mała, moim zdaniem niespełna dwudziesto letnia dziewczyna, poruszyła we mnie nutę pewnej konkretnej melodii z czasu i przestrzeni.

Kiedy dotarliśmy do jej auta, czarnego golfa czwórki, i czekałem z zakupami w rękach aż dziewczyna otworzy klapę bagażnika miałem wrażenie jakbym przypominał sobie linię melodyczną jakiegoś przeboju sprzed lat, który dawno już uleciał mi z głowy! Z utęsknieniem czekałem na kolejne akordy, które budziły we mnie lawinę wspomnień! Wspomnień, którym na imię było Dominika!

Skłamałbym, gdybym powiedział, że była do niej podobna fotograficznie. Po pierwsze dlatego, że moje wspomnienie Dominiki uległo nieznacznemu zatarciu, więc trudno byłoby mi to jednoznacznie i obiektywnie stwierdzić. A po drugie, nie wiem czy w tym wieku Dominika wyglądałaby dokładnie tak jak ta dziewczyna. Doszedłem jednak do bardzo szybkiego wniosku, że jeżeli nie wiedziałem skąd mogło mi owo skojarzenie przyjść do głowy, musiało w nim coś być.

Po zamknięciu tylnych drzwi od strony pasażera, gdzie zostawiła torebkę, pomogłem jej załadować zakupy do bagażnika i po krótkiej wymianie uprzejmości skierowałem się w stronę swojego samochodu. Przez chwilę zastanawiałem się nawet nad tym, czy aby nie zostawiłem „w zamian” w jej bagażniku swoich zakupów. Ale mały ciężar w prawej ręce szybko temu zaprzeczył.

Kiedy uznałem, że już nie ma prawa mnie zobaczyć (tak, jakbym wewnętrznie oczekiwał tego, że zerka jeszcze za mną do lusterka), szybki marsz zamieniłem w bieg. Zwolniłem dopiero wtedy, kiedy dotarłem do swojego auta. Jak gdyby nigdy nic otworzyłem drzwi, wsiadłem do środka, rzuciłem zakupy na siedzenie pasażera i odpaliłem swojego leona wypatrując jej golfa.

Wyjeżdżający z terenu Tesco ma do wyboru dwa wyjazdy zlokalizowane po różnych (południowej i zachodniej) stronie sklepu. Może skierować się w stronę rubieży miasta i obwodnicy, lub centrum miasta. Zakładałem, że „Dominika” wybierze wyjazd bliższy sobie chcąc szybciej wyjechać z zatłoczonego terenu sklepu. Idąc za głosem swojego przeczucia odpaliłem zaraz silnik i ruszyłem w kierunku, gdzie widziałem ją po raz ostatni. Nie pomyliłem się. Na jej miejscu zaparkował już zielonkawy opel corsa, a czarny golf próbował się włączyć do ruchu głównej ulicy biegnącej przy sklepach.

Wrażenie nierealności, jakiego doznałem patrząc na tę dziewczynę, było tak mocne, iż postanowiłem zobaczyć miejsce, w którym mieszka. Lub chociażby samą okolicę. Jeżeli jednak okazałoby się, że dziewczyna odwiedzi jeszcze parę innych miejsc, przed powrotem do domu, musiałbym niestety dać już dzisiaj za wygraną i posiłkować się tylko i wyłącznie numerem rejestracyjnym — który i tak chciałem wykorzystać do ustalenia danych właściciela pojazdu. Stare zawodowe znajomości nie idą w las. Miejsce, w którym mieszka chciałem poznać jednak od razu. Jej osoba nie dawała mi spokoju!

Wiem, że Cię zapewne zaskakuje to, co napisałem do tej pory, ale komuś muszę o tym napisać, a wydaje mi się, że tylko Tobie mogę to opowiedzieć. Nie traktuj tego jako jeszcze jedną spowiedź internetową, tylko maila (zapewne nie jednego, bo to jeszcze nie koniec mojej „historii”) od przyjaciela, z którym dorastałeś do momentu, kiedy to nasze drogi musiały się w końcu rozejść, i który w zasadzie nie ma przed Tobą żadnych tajemnic. Wiesz o tym dobrze. Jakoś nie wyobrażam sobie, żebym zaczął opowiadać o tym rodzicom, bratu czy też znajomym. A zwłaszcza tym ostatnim. Chociaż mama, tata i Paweł z pewnością próbowaliby mnie zrozumieć, jednak obawiam się, że ta próba mogłoby niestety zakończyć się jedynie na tej właśnie próbie. Potraktowaliby to jako jeszcze jeden „incydent” pseudomiłosny, z którego i tak zapewne nic nie będzie. Już się chyba nawet przyzwyczaili do mojego kawalerskiego statusu. Pod tym względem jesteśmy bardzo do siebie podobni, nie Uważasz?

Żartowałem:)

Może nie jest to historia, która będzie miała zakończenie. Przynajmniej na razie. Może nigdy ono nie nastąpić. Jeżeli w ogóle istnieje cokolwiek takiego, jak zakończenie czegokolwiek?. Tego nie wiem, i Ty tego ode mnie nie oczekuj. Na tyle jednak przybrała już ona dla mnie nieoczekiwany obrót, iż podejrzewam, że z czasem może będziesz mógł go ode mnie oczekiwać, tak jak ja go oczekuję od….

…Kogo?

Opisałbym Ci ciąg dalszy teraz, ale chciałem zrzucić jeszcze węgiel, bo jeszcze tata mnie w tym ubiegnie, a widzę, że już krząta się koło domu. W wieku siedemdziesięciu lat to już raczej nie dla niego, jednak on ochoczo by się za to zabrał. A Ty zapewne musisz oddać się swoim zajęciom. Choć tak naprawdę to nie wiem, czy to akurat teraz czytasz, albo czy kiedykolwiek w ogóle to przeczytasz?.

A pamiętasz w ogóle Dominikę i jak zniknęła. Ot tak! Po prostu!? Schowała się, i już jej nie odnaleźliśmy. Można by rzec, że schowała się wręcz perfekcyjnie. Tak perfekcyjnie, iż do tej pory jej nie znaleźliśmy i nie wiadomo co się z nią stało albo dzieje. A zresztą, czy ktokolwiek, oprócz jej rodziny, jeszcze wspomina tą upalną środę szesnastego sierpnia? Może tylko ja od czasu do czasu. W końcu chyba była moją pierwszą prawdziwą, i raczej nieodwzajemnioną niestety, miłością. Jeżeli nie pierwszą i ostatnią biorąc pod uwagę moje szczęście do szczęśliwych związków :) Zawsze sobie tłumaczyłem i powtarzałem, że przeniosła się tylko tam, gdzie jaskółki zawsze wysoko latają. Że żyje w miejscu, gdzie wszystko jest na swoim miejscu. A nie tak jak na tej cholernej (przepraszam) zakichanej planecie.

Tego dnia bawiliśmy się w chowanego na dole, przy rzece, w lasach, nie zapuszczając się w ogóle do góry, na Dwa Kopce. Pamiętasz?

Podobno zniknęła przy bagnach. To znaczy my tak myśleliśmy i tym tropem poszła wówczas policja. Jednak bez rezultatu. Są tacy, którzy nadal twierdzą, że stare stawy skrywają nie jeden sekret, w tym ciało Dominiki Bednarskiej. Osobiście, to nie wiem co o tym myśleć i nigdy nie miałem na ten temat żadnej swojej teorii.

Mnie to nie daje teraz spokoju, a chyba tylko Tobie mogę napisać o tym „dlaczego?”.

Byliśmy wtedy dzieciakami — chociaż w wieku nastu lat wcale tak siebie nie nazywaliśmy. Zresztą, żaden z nas by nie śmiał. W tamtym czasie miałem dziwnie nieodparte wrażenie, że ten świat legnie nam u stóp. Kto by wówczas śmiał pomyśleć, że będzie zupełnie na odwrót? A teraz za tym tęsknimy. Nie wszyscy się do tego przyznajemy, ale tęsknimy za tym okresem wszyscy. I nawet jeżeli ktoś twierdzi, że nie ma po co wracać do niego we wspomnieniach, to tak naprawdę w całym tym okresie aż do ukończenia szkoły średniej przeżył „parę” chwil, których na pewno nie dane mu będzie przeżyć w „wieku dorosłym”. Przynajmniej tak jest na pewno w moim przypadku. Przeżyłem wówczas najlepsze lata swojego życia — co nie oznacza, że teraz cierpię, lub żałuję jakichś decyzji (albo ich braku) -, ale zdać sobie z tego sprawę można tylko i wyłącznie najwcześniej mniej więcej w moim wieku. Tak to już jest. Człowiek pragnie gdzieś tam w środku powrotu do beztroski i wszechogarniającej go cudowności i tajemnicy. Przychodzimy z tym na świat, a potem gubimy dorastając. Jakby na własne życzenie i przyzwolenie.

„Zjawa”, za którą pojechałem wyglądała niemal zupełnie jak zachowane przeze mnie wspomnienie Dominiki. Chociaż ta „Dominika”, za którą pojechałem była od niej trochę starsza. Dlatego nie dziw się, że zrobiłem to, co zrobiłem. To znaczy, pojechałem za nią chcąc sprawdzić, gdzie mieszka.

Jednak mniej więcej po dwudziestu minutach tego spontanicznego „śledztwa” stało się coś nieprzewidywalnego.

Jechałem za nią z przekonaniem, że zgubię ją dosłownie w każdej chwili, taki był ruch na drogach. Jednak myliłem się.

Pamiętasz jeszcze nasze strony? Wybacz, ale muszę zadać Ci to pytanie, bo rzadko już bywasz u nas.

Nie wiem ile Pamiętasz? Ale postaraj się przypomnieć sobie podstawową topografię swoich rodzinnych stron — zwłaszcza tych rozciągających się za naszym Świerkowem w kierunku południa i granicy państwa — i coraz to większych połaci lasów –, ponieważ chciałbym żebyś wyobraził sobie dokładnie miejsce, w którym wszystko przybrało bardzo nieoczekiwany dla mnie obrót? Miasto Chrustów, centrum niemal wszystkich ważniejszych kulturalnych wydarzeń naszego regionu króluje do tej pory nad pozostałymi piętnastoma gminami, i to pod względem infrastruktury, zaludnienia, jak i powierzchni. Parę gmin cały czas próbuje z nim walczyć w różnych konkurencjach jednak nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek wynik potyczek uległ zmianie. Jednak w wieku parunasu lat niewiele nas to obchodziło.

Tak naprawdę to nie wiem czego oczekiwałem jadąc za tą dziewczyną? Myślałem, że jak zobaczę gdzie mieszka, to otworzą się w mojej głowie jakieś ukryte gdzieś głęboko w mej pamięci drzwiczki, zza których wydobędzie się głos udzielający mi odpowiedzi na pytanie, które od spotkania tej dziewczyny kołatało mi się w głowie. Dlaczego jej spotkanie tak bardzo mnie poruszyło i „zastopowało” wręcz w normalnym myśleniu? Zapomniałem nawet o węglu, który miał przywieźć po południu nam sąsiad, wieczornym umówionym grillu z Pawłem, nie mówiąc już o tym czy jazda za tą dziewczyną wydawała mi się choć trochę sensowna. Przecież spotkanie kogoś podobnego do jakiejś innej znanej nam osoby nie stanowi samo w sobie czegoś wyjątkowego i niecodziennego. Od czasu do czasu zdarza się usłyszeć przecież od kogoś, że widzieli na mieście kogoś podobnego do na przykład jakiegoś aktora bądź wspólnego znajomego.

Owe „drzwiczki” otworzyły mi się jednak szybciej aniżeli bym przypuszczał, że się to stanie. Kiedy tak jechałem parę aut za nią — podróżując myślami po bliżej nieokreślonych miejscach, w których myślałem, że mogę znaleźć ową odpowiedź, a w rzeczywistości opuszczając peryferia Chrustowa i kierując się w stronę południowych rubieży powiatu i państwa -, nagle przed oczami stanął mi obraz wiejskiego przedszkola w Świerkowie, kiedy to ładnych parę lat temu w zastępstwie dawałem przedszkolakom pokaz tego jak wygląda praca policjanta. Od takich rzeczy to w zasadzie była Patrycja Walcz, aspirant w naszej powiatowej komendzie w Chrustowie, w której to dane było mi czynnie przepracować te wszystkie piętnaście lat do emeryturki. Wtedy jednak rozchorowała się, a komendanta po prostu się słucha. Pani przedszkolance bardzo zależało na zrealizowaniu pokazu w umówionym terminie, więc stało się wedle jej gorącego życzenia.

(A tak między nami, jakby w jakiś sposób nie zależało na tym komuś „konkretnemu”, to pewnie czekałaby na powrót Patrycji do roboty. Ale mniejsza z tym.)

Komendant nie jeden raz okazał nam swoją nieprzewidywalność, dlatego nikt, poza mną ma się rozumieć, nie okazał większego zdziwienia, kiedy wezwał mnie trzy dni przed umówionym terminem pokazu i zlecił jego wykonanie częstując dwoma głębszymi. Tobie mogę o tym napisać tak bez ogródek i obawy:), jednak są pewne „rzeczy” i nawyki w strukturach pewnych jednostek administracyjnych, których chyba nie da się ot tak wykorzenić, i którym będą jeszcze przez pewien czas hołubić pewne osoby. A ja nie miałem nic przeciwko temu, żeby od czasu do czasu rozluźnić się na służbie. Poza tym, komendantowi trudno czasem odmówić. A do dwóch kieliszków „ustawki” się nie bałem. Większe picie u mnie na służbie nie wchodziło w grę, ale dwa kieliszki traktowałem jako towarzyskie interludium, a nie rozluźnienie w wypatrywaniu nieprawidłowości, jakby wszyscy z góry byli czemuś winni. Po pewnym czasie służby niektórzy funkcjonariusze zaczynają tak myśleć. Ja do nich nie należałem, nie należę, ale psychika niektórych osób jest na to po prostu skazana. Inaczej nie potrafię sobie tego wytłumaczyć. Lata pracy w ruchu drogowym pozwoliły mi skutecznie panować nad stresem, jednak nie przygotowały mnie na te małe niewinne oczka wpatrujące się we mnie jak w Świętego Mikołaja. Już w chwili, kiedy wszedłem do małej salki, na oko około trzydziestu paru metrów kwadratowych, przystrojonej we wszelakiego rodzaju dziecięce artefakty, poczułem dziwną niemoc i cały plan pokazu, układany misternie w głowie w drodze do przedszkola momentalnie rozsypał się w drobny mak. Mogłem przez godzinę prowadzić wykład na temat bezpieczeństwa w ruchu drogowym przed audytorium instruktorów nauki jazdy na prośbę urzędników starostwa „zastopowało” mnie jednak na widok tej małej anielskiej trzódki. W tamtej chwili zrozumiałem jak bardzo wdepnąłem w dorosłość.

Publiczne przedszkole w Świerkowie zlokalizowane przy głównej drodze powiatowej, biegnącej przez centrum miejscowości, stanowiło jeden z wielu u nas koronnych przykładów bezmyślności i absurdu, jeżeli chodzi o lokalizację i bezpieczeństwo. Zawsze kiedy przejeżdżałem obok takich obiektów miałem ochotę — która zresztą nie opuściła mnie do dnia dzisiejszego — pogratulowania władzom sprawującym nad nimi pieczę konsekwencji w braku podejmowania jakiegokolwiek działania zmierzającego do poprawy warunków bezpieczeństwa ludzi niemogących w żaden sposób zadecydować za siebie i obronić się przed czymkolwiek.

Był 2001 rok a ja byłem już bliżej końca swojej kariery zawodowej i emerytury, niż ktokolwiek inny w moim wieku. Zawód policjanta wybrałem zupełnie abstrahując od niskiego wieku emerytalnego. Naturalnie dla rodziny było to głównym — i chyba jedynym — argumentem przemawiającym za tym, żeby jednak pozwolić mi zasilić szeregi krawężników.

(Tutaj muszę zauważyć kolejne podobieństwo między nami — niechęć ludzi podszytą czystą zazdrością, dotyczącą wykonywanych przez nas zawodów; choć nie jestem, pewien, czy w Twoim przypadku można Cię wrzucić ze mną do jednego worka?)

Przepracowałem w policji jedenaście lat i w zasadzie niewiele było w stanie mnie już zdziwić — jeżeli chodzi o pobudki ludzkiego postępowania. Jednak nic nie przygotowało mnie na błyskawiczną podróż w czasie do dni, kiedy wszystko było prostsze. Bez najmniejszego przygotowania i ostrzeżenia. Skupiony na w miarę klarownym — dla tej uroczej grupki trzy, cztero i pięciolatków — tłumaczeniu podstawowych zasad ruchu drogowego w jednej chwili zagubiłem się w czasie, kiedy stanąłem, kucając, twarzą w twarz z dziewczynką, której akurat przymierzałem swoją czapkę policyjną, uświadamiając sobie, że swoimi pięknymi, niespełna czteroletnimi śmiejącymi się oczami, wpatruje się we mnie Dominika!

Przedszkolanka chyba zauważyła, że coś było nie tak, gdyż podeszła do mnie (do nas) i zapytała czy wszystko w porządku? Odparłem, że tak. Otrzepałem się ze wspomnień i zająłem się chłopczykiem próbującym dociec do czego może służyć pałka policyjna. Jednak już do końca mojej prezentacji oczy moje szukały tej małej dziewczynki. Jak również przez następne lata. Lecz bezskutecznie. Pomimo tego, że było to przedszkole z naszej wsi. Nie mogłem pojąć, jak czterolatka może przypominać znaną mi niegdyś nastolatkę?! Ilekroć zdarzało mi się przejeżdżać obok budynku tego przedszkola w trakcie patrolu, moje myśli wracały do 1989 roku i tamtego dnia, kiedy to zaginęła Dominika Bednarska. Mianowicie to tego przedziału czasowego w kontinuum naszej egzystencji, kiedy nie tylko wydaje nam się, że jesteśmy królami życia, ale autentycznie nimi jesteśmy! I to nie tylko własnego. A to świadczy bezsprzecznie o wyższości tamtego okresu życia nad tym następującym zaraz po nim, czyli naszym obecnym.

Był to czas władzy absolutnej! A w okresie wakacji jej poczucie wzrastało jeszcze niewspółmiernie. Nie wiem jak ty to odczułeś, ale ja po zniknięciu Dominiki po raz pierwszy poczułem powiew niepewności na moim dotychczas nieugiętym karku. I nie pamiętam już, który raz z kolei tego dnia chowaliśmy się przed sobą, pamiętam tylko to, że to ja akurat szukałem, i że to ja jej nie odnalazłem. Nie tylko Dominiki. Ciebie także nie udało mi się odklepać. Jak również Franka, Kaśki i Jarka. Tylko, że wy wyszliście pod wieczór z ukrycia sami — znudzeniu moją małą skutecznością, albo po prostu doszliście do wniosku, że może spasowałem -, Dominika nie zrobiła już tego nigdy. Aż do tamtej pory w przedszkolu — po raz pierwszy. Z tego stopnia podobieństwa nie mogłem się długo otrząsnąć. Ta mała dziewczynka sprawiła, że Dominika wróciła do mnie we wspomnieniach ze zdwojoną siłą. Zaczęła żyć we mnie na nowo — o ile wspomnienia żyją własnym suwerennym życiem, a nie zależą od naszych widzimisię — umilając mi samotne lata mojej męskiej dorosłości. Pozostała dla mnie ideałem niedoścignionej, niewinnej i szczerej miłości — choć zawsze miała adoratorów nigdy nie widziałem, żeby z kim chodziła tak na poważnie. Zresztą, w takim wieku i w naszych czasach randkowanie nie było jeszcze w modzie, jak dzisiaj. Młodzież miała wtedy więcej czasu na platoniczne rozważania. Po latach dochodziło nawet do tego, że w trakcie randek zaczynałem próbować porównywać dziewczyny, z którymi się spotykałem do Dominiki, której dorosły wizerunek sam sobie stwarzałem — choć nie były to zabiegi przeze mnie zamierzone.

Dlatego wyobraź sobie, co się we mnie zaczęło dziać, kiedy spotkałem Dominikę po raz drugi! Ty razem w kwiecie wieku!

Uświadomienie sobie tego, owo „otwarcie drzwi”, nastąpiło jednak dopiero na innym parkingu, oddalonym od Chrustowa o około pół godziny jazdy. Po dotarciu do tego urokliwego miejsca, byłem przekonany… W sumie to sam nie wiem już o czym? Przedsmaku niesamowitej przygody?

Dzień był tak piękny jak na tę porę roku, że w innych okolicznościach drogę obserwowałbym jedynie z konieczności.

(Gdzie jak gdzie, ale u nas pięknych widoków nie brakuje.)

Chcąc nie stracić jej z oczu musiałem jednak ustawicznie wpatrywać się przed siebie. Najbardziej czujny musiałem być na skrzyżowaniach. Poza nimi obserwowałem tylko czy nie zjechała z drogi.

Na takim wypatrywaniu mijały mi minuty — od momentu opuszczenia parkingu przy supermarkecie, aż do chwili, kiedy spostrzegłem ją na parkingu położonym wśród zalesionych terenów Grabiowa. Stała przy radiowozie. Zauważyłem ją dosłownie w ostatniej chwili wyjeżdżając zza łuku drogi.

Po drugiej stronie jezdni, po mojej prawej stronie, niemal vis-a-vis parkingu, stał ceglany kościół. Pierwsze zabudowania Grabiowa majaczyły pomiędzy przydrożny i drzewami jakieś pół kilometra dalej.

Dziewczyna stała przy radiowozie i dyskutowała żywo z policjantem, który skrupulatnie zapisywał coś w notesie. Drugi dokonywał oględzin jej czarnego golfa zaparkowanego skośnie pośrodku placu parkingowego.

Parking nie miał wyznaczonych miejsc postojowych oznakowaniem poziomym, tylko jednym pionowym przy wjeździe.

Miałem sekundy na podjęcie odpowiedniej decyzji. Po upływie pięciu parking miałem już za sobą. A za kolejnym łukiem drogi zniknął mi już z oczu. Nie wiedziałem co robić?! Którą z podjętych decyzji w tych okolicznościach można by uznać za właściwą? Powrót na parking? Tylko w jakim celu? Z drugiej strony parking to parking. Miejsce ogólnodostępne. Może nie zwrócili uwagi na granatowego Leona? Zastanawiałem się również nad jeszcze jedną rzeczą. Mianowicie nad tym, czy ich znam? Przeprowadzali kontrolę drogową, tak przynajmniej przypuszczałem, przy powiatówce, więc mogłem na to liczyć. Choć zawsze mogłem trafić na jakąś świeżą krew.

Kiedy moim oczom ponownie ukazał się parking, tym razem po mojej prawej stronie, trochę się zaniepokoiłem. Na parkingu nie było już nikogo. Manewr zawracania nie zabrał mi więcej niż pół minuty, a oni zdążyli już… No właśnie. Co?

Skręciłem na parking. Już wiedziałem, gdzie przeniosła się akcja. Sprawa wyglądała poważniej niż początkowo sądziłem. Nie miałem wyjścia. Musiałem improwizować.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 29.21