E-book
6.83
drukowana A5
53.88
drukowana A5
Kolorowa
84.48
Tajlandia, milion uśmiechów Buddy

Bezpłatny fragment - Tajlandia, milion uśmiechów Buddy

Objętość:
386 str.
ISBN:
978-83-8126-902-5
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 53.88
drukowana A5
Kolorowa
za 84.48

Tyle mam do powiedzenia, że nie wiem, od czego zacząć, tyle mam wspomnień, że nie wiem, które są ważne i warto je opisać. Tyle mam w sobie uczuć, a nie wiem jak je wszystkie nazwać. A to przecież szczególna część moich wspomnień z podróży, szczególna jak miejsce, które Tajlandia ma w moim sercu. Tajlandia, kraina uśmiechu, od sześćdziesięciu milionów wiecznie uśmiechniętych Tajów, przez niezliczone oblicza uśmiechniętego Buddy aż po moją starą gębę, która jak tylko samolot dotknie pasa lotniska Suvarnabhumi w Bangkoku, wygładza się i pogodnieje bez użycia cudownych maści i kremów. I od tej chwili wszystko już jest inaczej, jak bym przeniknął na drugą stronę lustra. Alter ego miejsca, gdzie się urodziłem, gdzie mieszkam i gdzie pewnie umrę. Miejsce, które czasem wydaje mi się tak nierealne, że zastanawiam się, czy go sobie nie wymyśliłem. A jednak mogę go dotknąć, poczuć i posmakować, od tego pierwszego oddechu, gdy wychodząc z terminalu lotniska dopada mnie swoim gorącym i wilgotnym pocałunkiem, zapachem, hałasem i wszechobecnym ruchem. I wtedy czuję, że żyję naprawdę.

„Welcome in the Land of Smiles”

Bangkok

Są takie miejsca na świecie, gdzie jedni już nigdy nie chcą wracać, a drudzy żyć już bez nich nie potrafią. Czy Bangkok może budzić aż tak skrajne emocje? Pewnie tak, choć zaryzykuję tezę, że tych pierwszych nie ma dużo, o czym świadczy ponad 16 milionów turystów rok w rok odwiedzających miasto.

Z drugiej jednak strony, tak na zwykłą ludzką logikę, kto chciałby żyć w najgorętszej stolicy w świecie (sic), w nieustannym smogu, smrodzie spalin z milionów samochodów, stać godzinami w legendarnych już korkach, w nieustannym tłoku i gwarze ulic, od czasu do czasu zlewanych tropikalnym deszczem, co czasem kończy się nawet zalewaniem połowy miasta.

Czemu więc rok w rok miliony obcych szturmują Bangkok po raz pierwszy, a inne miliony po raz drugi, trzeci i kolejny? Ilu z nich, jak pewien australijski kucharz, wpadli tylko na tydzień, a mieszkają tu już 25 lat? W okolicach Khao San Road można jeszcze spotkać żywe skamieniałości w postaci hippisów, którzy przyjechali tu w latach sześćdziesiątych i zostali na zawsze.

Co sprawia, że Bangkok potrafi wciągnąć takiego faranga (to takie słowo, jak „białas” po tajsku) po same uszy i nie chce go puścić? Że nie ma dnia w moim życiu, żebym o nim, choć w myślach nie wspomniał? Tak jest i już, co ja się będę zastanawiał, mnie tam pasuje po prostu. Ja się w Bangkoku czuję jak ryba w wodzie, ja tam żyję naprawdę i tylko to się liczy.

To miasto — gigant, oficjalnie ma około 9 milionów mieszkańców, ale w rzeczywistości, co najmniej 12. Ilu ich jest naprawdę nie wie nikt. Urbanistyka? Nic takiego tu nie istnieje. Nie ma żadnego planu zagospodarowania miasta, buduje się, co kto i gdzie chce, przynajmniej tak to wygląda. To rodzi oczywiście kłopoty komunikacyjne, więc jak część miasta się zablokuje to wtedy robią nową autostradę, nową napowietrzną kolej, albo jedno i drugie. I tak od jednego kryzysu do następnego. Co będzie jutro? A kogo to obchodzi, żyje się dziś, tu i teraz.

„Przejezdna” pozostała już tylko rzeka. Dlatego mój ulubiony środek transportu to tramwaj wodny, który w korkach nie stoi, no prawie, bo czasem trzeba czekać na miejsce na przystani. Ale już podobno jest pomysł zabudowania Chao Phrai autostradami po obu stronach. To dopiero będzie atrakcja turystyczna, autostrady na rzece. Znając Tajów nie odrzucałbym tego pomysłu jako szalonego- pamiętajmy, że rzecz dzieje się w Bangkoku. Dodajmy do tego 35 stopniowy upał, 90% wilgotności oraz czarne od dymu powietrze, które praktycznie nie nadaje się do oddychania i „witamy w Bangkoku”.

Ale są też miejsca, gdzie jest tak cicho, że bez trudu słychać śpiew ptaków, szmer wody i szelest wiatru w liściach drzew. Czasem wystarczy wejść w bramę, by po jej drugiej stronie znaleźć się w tropikalnym ogrodzie, w którym można odpocząć od wielkomiejskiego szaleństwa. To kolejna cecha Bangkoku, od tłoku do pustki jeden krok.

Jest tu ponad tysiąc buddyjskich świątyń, gdzie panuje zupełnie inna atmosfera- tu nikt się nie śpieszy, nikt głośno nie rozmawia, tu spotkasz się z Buddą sam na sam i wyjdziesz uśmiechnięty, jak On. Kto nie wierzy niech sprawdzi, To działa, naprawdę.

Są też duże parki miejskie, z kopią nowojorskiego „Central Park” włącznie. I nie jest to przypadek, Tajowie a właściwie Azjaci, lubią kopiować, wszyscy tego doświadczamy kupując „markowe” towary za umiarkowane pieniądze. Na towarach jednak się nie kończy, czego „Central Park” w Bangkoku jest świadectwem.

Jest też wielkie ZOO i mnóstwo pomniejszych oaz zieleni, co w przypadku stolicy Tajlandii za każdym razem znaczy coś absolutnie kunsztownego. Oni żadnego krzewu nie zostawią w spokoju, każdy musi być piękny i często gęsto strzygą wszystko w kunsztowne rzeźby, nawet na ulicy.

Jak już pisałem, przez środek miasta płynie rzeka, szeroka rzeka. Mostów jest tylko kilka, ale za to odpowiednio wielkich. Komunikację w poprzek i wzdłuż zapewniają tramwaje wodne, promy, łódki i co tylko pływa. W samym centrum chaos jest taki, że można na to godzinami patrzeć. A od czasu do czasu przepływają jeszcze barki z towarami, przebijając się przez to całe szaleństwo w drodze z północy kraju do portu i z powrotem.

Miasto zbudowano na bagnach- jeszcze kilkadziesiąt lat temu poruszano się po nim misterną siecią kanałów. Dziś większość kanałów zakopano, a te, które pozostały, ciągną się pod ulicami. Kilka z nich służy jednak do dziś, jako arterie komunikacyjne; warto skorzystać, wrażenia niezapomniane. Po drugiej, czyli prawej stronie rzeki Bangkok przypomina właśnie swoje stare czasy. Są tam prawie wyłącznie kanały i klasyczna niska, drewniana zabudowa, wieżowców prawie nie ma, a całość przypomina jedną wielką, bardzo wielką tajską wioskę.

Życie toczy się tu zupełnie inaczej niż na lewym brzegu rzeki, jest spokojne i leniwe jak woda w kanałach. Dla mieszkańca Warszawy od razu nasuwa się analogia, my mamy w zasadzie tak samo.

I na końcu jeszcze dwie rzeczy, kto wie czy nie najważniejsze. To handel i jedzenie. O zakupach w Bangkoku krążą po świecie legendy i słusznie, bo nie bardzo sobie wyobrażam, czego nie można tu kupić. Mamy tu całą dzielnicę pełną ogromnych domów towarowych i bazarów, mamy największy bazar w Azji, mamy w każdej dzielnicy kolejny wielki bazar, mamy setki a może tysiące lokalnych bazarków. Sklepów i sklepów pełno wszędzie. Mamy handel uliczny i naręczny.

I wielkie transakcje zawierane w tysiącach hoteli, z których część wręcz się specjalizuje w obsłudze klientów przyjeżdżających w celach handlowych. No właśnie, byłbym zapomniał o hotelach. Ale to jest truizm, bo skoro przyjeżdżają tu rocznie miliony ludzi, to muszą gdzieś nocować. Od Shangri La (na zdjęciu) do nędznych hotelików w okolicach Khao San Road, do wyboru do koloru, co klient sobie życzy i na co go stać. Jest tego tyle, że zawsze coś się znajdzie.

No i na koniec, kto wie, czy nie najważniejsze, jedzenie. Kuchnia tajska to kuchnia fuzji, od wpływów z Indii, po indonezyjskie a z północy chińskie. Poza tym w Bangkoku jest kuchnia każda, a na pewno każda azjatycka. I ta każda kuchnia jest w każdym miejscu, bo oni jedzą zawsze i wszędzie. Nie ma takiej pory dnia ani nocy, żeby nie była dobra na przekąszenie, co nieco. Albo więcej, niż co nieco, albo jeszcze więcej. Bangkok je 24/7, a mało kto na ulicy nie rusza ustami, bo właśnie coś przeżuwa. To miasto jedzenia, a najsmaczniejsze rzeczy są po prostu na ulicach.

To nie tylko stolica Tajlandii, to stolica jedzenia. Tylko ten jeden powód wystarczy, żeby tu przyjechać. Jak lubisz jeść, to furda tam uganianie się po całej Tajlandii, furda tam wyspy i zabytki. Przyjedź do Bangkoku i jedz, jak wrócisz żywy, to opowiesz, jeśli wrócisz oczywiście. Bo Bangkok może Cię wciągnąć w swoje szpony i nigdy nie wypuścić. Więc zanim kupisz bilet lotniczy z nagłówkiem BKK, dobrze się zastanów, bo to nie będzie kolejne miasto do zaliczenia, to jest Bangkok.

Suvarnabhumi, brama Tajlandii

Większość przyjeżdżających do Bangkoku zaczyna swoje spotkanie z miastem od międzynarodowego lotniska Suvarnabhumi, choć może się zdarzyć, że część przylatuje na stare lotnisko międzynarodowe Don Muang, ale dziś obsługuje ono tylko loty wewnętrzne i połączenia azjatyckie. Lecąc z Europy zawsze trafimy na Suvarnabhumi. To stosunkowo nowy port lotniczy, otwarty w 2006 roku. Choć nie należy do ścisłej czołówki światowych gigantów, to jednak robi wrażenie, zwłaszcza na przybyszu z Polski. A już na pewno po przesiadce w Kijowie, jak to było za pierwszym razem, gdy lecieliśmy do Bangkoku w 2006 roku. Charakterystyczną cechą terminala są dwa ciągi komunikacyjne, łączące centralny budynek z pirsami dla samolotów. Oba mają po około dwa kilometry długości- gdyby nie taśmociągi byłoby trudno. A i tak jedzie się, jedzie i jedzie, a między kolejnymi sekcjami idzie, idzie i idzie. Od sklepu do sklepu, od sklepu …

Co mnie zawsze szczególnie ujmuje po przylocie, komunikaty wygłaszane przez głośniki. Od razu wiemy, że mieniliśmy kontynent i wszystko będzie inne. Śpiewny damski głos, zapowiadający coś niewątpliwie ważnego po tajsku, brzmi jak godowa muzyka rajskiego ptaka, taki słodki, taki śpiewny i taki kompletnie niezrozumiały. Teraz, gdy z wiadomych względów, musiałem zmienić mój zawodzący „allahu akbar” dzwonek w telefonie, wybrałem właśnie taką zapowiedź z Suvarnabhumi.

Druga rzecz, która zawsze kojarzy mi się z przylotem do Bangkoku to storczyki, całe ściany storczyków. Myślałem, że to plastik, ale jak zobaczyłem panią, która je podlewa, zszedłem z taśmociągu i sprawdziłem. Wszystkie są absolutnie prawdziwe i rosną w półmroku, tylko przy sztucznym świetle.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 53.88
drukowana A5
Kolorowa
za 84.48