Prolog. Martwy punkt
Patrolowiec Floty od siedemnastu godzin szedł na minimalnej emisji.
Nie wyłączył napędu całkowicie. W tej części zewnętrznego Układu nawet drobna korekta wykonana za późno mogła skończyć się wielogodzinnym obchodzeniem pola lodowych brył. Wszystko, co nie było konieczne, pozostawało jednak wygaszone. Okręt nie nadawał identyfikacji, nie pracował aktywnym radarem i co kilkanaście minut zmieniał profil cieplny, żeby nie zostawić jednego, łatwego do odczytania śladu.
Załoga wiedziała, że polują na coś, czego od lat nikt nie potrafił znaleźć.
W rozkazach nie używano słowa polowanie. Oficjalnie był to patrol dalekiego rozpoznania, kontrola dawnych tras i weryfikacja anomalii w rejonach pozostających poza regularnym ruchem. Tylko teczka otwierana przed wejściem na wachtę mówiła, dlaczego patrolowce co kilka miesięcy wracały w te same martwe sektory.
Pierwszy ślad pojawił się na ekranie operatora jako błąd.
Krótki impuls. Zbyt słaby, żeby uznać go za transmisję, i zbyt uporządkowany, żeby spokojnie wyrzucić go do kosza z szumem. Operator cofnął zapis, przepuścił przez drugi filtr i dopiero wtedy zawołał dowódcę.
— Mam coś na trzysta jedenaście, minus cztery.
Dowódca nie podszedł od razu, tylko najpierw sprawdził zegar misji.
Od dwudziestu trzech dni zbierali śmieci po fałszywych alarmach: chłodne wraki sond, stare boje, automaty górnicze, których nikt nie odebrał po zmianie koncesji. Dwa razy lecieli kilka godzin za obiektem, który okazał się bryłą lodu z wbitym fragmentem anteny. Raz technik łączności obudził pół okrętu, bo stary przekaźnik ratunkowy wysłał sygnał sprzed kilkudziesięciu lat.
Flota nie mówiła głośno, czego szuka.
W oficjalnych dokumentach widniało: „obiekt klasy Oko”.
— Pokaż.
Na ekranie rozwinęła się krótka sekwencja kilku impulsów energetycznych, po których zapadła cisza.
— Napęd?
— Możliwe. Albo awaryjne odgazowanie.
— Odgazowanie nie powtarza wzorca co dziewięćdziesiąt siedem sekund.
Operator już to wiedział i dlatego zawołał dowódcę.
Dowódca przesunął mapę. Sygnał pochodził z rejonu gęstego pola drobnych ciał, podobnego do niemal całej okolicy. W takim miejscu łatwo było schować mały statek i jeszcze łatwiej zgubić trop.
— Zmiana kursu o trzy stopnie. Bez zwiększania ciągu. Łączność pasywna. Nie budzić całej załogi, dopóki czegoś nie zobaczymy.
Patrolowiec skręcił niemal niezauważalnie.
Przez następną godzinę szli tak wolno, że na głównym ekranie prawie nic się nie zmieniało. Gwiazdy pozostawały nieruchome, skały przesuwały się o milimetry, a jedynym dowodem lotu były liczby pod mapą.
Po czterdziestu trzech minutach pojawił się drugi, krótszy impuls.
— Jest dalej — powiedział operator. — Zmienił wektor.
— Czyli nie wrak.
Dowódca kazał obudzić sekcję bojową.
Rozkazy nie zakładały bitwy. W razie potwierdzenia kontaktu najważniejsze było zachowanie dystansu. W tym rejonie oznaczało to jednak coś innego niż w pobliżu kolonii. Tutaj pomoc mogła być kilka godzin albo kilka dni lotu dalej.
Pierwszy obraz celu pojawił się w optyce dopiero po kolejnej zmianie kursu.
Nie przypominał statku.
Ciemna plama przyklejona do nieregularnej bryły lodu. Gdyby nie znali kierunku, przeszliby obok. Dopiero pasywny radar syntetyczny, pracujący krótkimi seriami, odtworzył kształt kadłuba.
Mały transportowiec leciał bez świateł i aktywnego transpondera, z częściowo wygaszonym reaktorem.
Kadłub był stary i nosił ślady wielu napraw. Jedna burta miała inne panele niż druga. W tylnej części brakowało fragmentu osłony. Nic, co samo w sobie budziłoby strach.
Na mostku patrolowca zrobiło się jednak ciszej.
— Identyfikacja?
— Brak. Wojskowy albo pomocniczy. Sygnatura materiałowa niepełna. Mogę próbować dopasować po geometrii.
— Nie. Najpierw wywołaj.
Pierwsze dwa wezwania pozostały bez odpowiedzi. Dopiero za trzecim razem system patrolowca odebrał pojedynczy pakiet.
System patrolowca odebrał zaledwie kilka bajtów danych, które terminal automatycznie oznaczył jako uszkodzone.
Operator zaklął pod nosem.
— Co?
— Ten pakiet nie zatrzymał się na komunikacji.
Dowódca odwrócił głowę.
— Co to znaczy?
— Próbował przejść do warstwy diagnostycznej.
Technik łączności już wstawał.
— Odciąć kanał. Fizycznie.
Nie pytał, czy system może go zablokować. Na patrolowcach wysyłanych w ten rejon ćwiczono to aż do znudzenia. Jeżeli obcy pakiet próbował ominąć warstwę komunikacyjną, nie analizowało się go na głównym komputerze. Wyciągało się moduł z sieci.
Technik przekręcił czerwony przełącznik pod osłoną.
Jedna z konsol zgasła.
— Kanał odłączony.
— Pakiet został?
— W buforze izolowanym.
— Nie otwierać.
Operator obserwacji zewnętrznej podniósł rękę.
— Ruch przy celu.
Na ekranie coś przesunęło się po burcie transportowca.
Najpierw wyglądało jak oderwany fragment poszycia. Potem rozłożyło sześć cienkich odnóży.
— Powiększenie.
Obraz stracił ostrość, po czym wrócił.
Na ekranie pojawił się niski, szeroki metalowy korpus z wieloczłonowymi kończynami przyczepionymi do kadłuba. Wzdłuż boków biegły dwa podłużne elementy, których przeznaczenia nikt na mostku nie musiał zgadywać.
— Pająk — powiedział ktoś cicho.
Wojskowe archiwa używały innych nazw: automat przechwytujący, platforma wielonożna, jednostka serwisowo-bojowa. W załogach od dawna nikt ich nie stosował. Były pająkami od czasu pierwszych nagrań, na których przeszły po zewnętrznym pancerzu jak po ścianie.
Drugi wyszedł spod tylnej sekcji.
Trzeci odczepił się od skały, przy której transportowiec czekał.
Dowódca poczuł, że skóra na karku robi mu się zimna.
— Alarm pierwszy. Nie otwierać ognia. Cofamy się na dystans.
— Mamy potwierdzenie procedury?
— Jeszcze nie.
— Jedna z jednostek odrywa się od celu.
Pająk odepchnął się od kadłuba transportowca. Nie leciał w ich stronę. Ruszył ku małej sondzie obserwacyjnej, którą patrolowiec wysunął przed sobą pół godziny wcześniej.
Dowódca spojrzał na operatora.
— Wycofaj sondę.
— Już.
Sonda uruchomiła mikronapęd.
Pająk skorygował tor.
— Przyspiesza.
— Ile?
Operator podał liczbę.
Za dużą jak na urządzenie, które wyglądało jak maszyna do chodzenia po kadłubie.
Sonda wykonała unik.
Pająk wykonał go razem z nią.
— On przewiduje manewr — powiedział młody oficer przy stanowisku taktycznym.
Dowódca nie odpowiedział.
Na ekranie pojawił się krótki błysk. Sonda zniknęła.
Nie eksplodowała efektownie. Po prostu przestała istnieć jako jeden obiekt. Kilka fragmentów rozeszło się po mapie.
W tym samym momencie transportowiec uruchomił silniki.
Nie rozpędzał się gwałtownie. Zsunął się za bryłę lodu, jakby od początku wiedział, z której strony patrolowiec spróbuje go obejść.
— Pełny skan sektora.
— To nas zdradzi.
— Już wie, że tu jesteśmy.
Aktywne sensory uderzyły w pole asteroid.
Na ekranie pojawiły się trzy sygnatury.
— Rozdzielił echo.
Operator szybko zmienił filtr.
Cztery sygnatury.
Jeszcze jedna.
— To nie jest zwykłe zakłócenie.
— Wiem.
Patrolowiec zaczął obchodzić bryłę lodu.
Cel zniknął.
Nie było go za skałą. Nie było go w przewidywanym stożku odejścia. Dwa z pięciu śladów okazały się odbiciami od wyrzuconych fragmentów metalu. Trzeci należał do małego automatu z własnym źródłem ciepła. Pozostałe rozmyły się, zanim zdołali ustalić kierunek.
— Wiedział, jak będziemy filtrować — powiedział operator.
Dowódca patrzył na pusty ekran.
To zdanie znajdowało się w materiałach szkoleniowych. Nie w tej formie, ale sens był ten sam.
Obiekt nie musiał widzieć przyszłości.
Wystarczało, że szybciej od człowieka liczył najbardziej prawdopodobne decyzje.
— Został jeden z pająków — odezwał się operator.
Maszyna dryfowała kilkaset kilometrów dalej, prawdopodobnie uszkodzona podczas odejścia. Miała rozerwany bok i trzy niesprawne odnóża, ale jeden sensor nadal pracował.
— Możemy go podjąć — powiedział młody oficer.
Nikt nie odpowiedział.
Po chwili sam zrozumiał, co powiedział.
— Nie. Oczywiście.
Dowódca otworzył zamknięty kanał dalekiej łączności.
— Meldunek priorytetowy do dowództwa. Kontakt prawdopodobny. Jednostka transportowa, typ nieustalony. Co najmniej trzy automaty wielonożne. Próba penetracji systemu przez łącze komunikacyjne. Utracona sonda. Cel wykonał manewr maskujący i został utracony.
Operator spojrzał na niego.
— Dopisać procedurę Oko?
Dowódca zawahał się sekundę.
— Tak.
Na odpowiedź czekali jedenaście minut.
W zewnętrznym Układzie jedenaście minut potrafiło być krótką chwilą.
Kiedy komunikat przyszedł, nie zawierał pytania, czy są pewni.
NAWIĄZANO DO PROCEDURY OKO.
PRAWDOPODOBIEŃSTWO KONTAKTU: WYSTARCZAJĄCE.
NIE DOKOWAĆ.
NIE PRZEJMOWAĆ SYSTEMÓW.
NIE WPROWADZAĆ NOŚNIKÓW DANYCH DO SIECI.
W PRZYPADKU POTWIERDZENIA OBECNOŚCI OBIEKTU KLASY OKO PRZYSZŁOŚCI: IZOLACJA LUB ZNISZCZENIE.
Młody oficer przeczytał komunikat dwa razy.
— Oko Przyszłości. To naprawdę istnieje?
Dowódca nie lubił tego pytania, choć odpowiedź znał z akt otrzymanych przed misją.
— Istnieje.
— Co to właściwie jest?
Dowódca spojrzał na uszkodzonego pająka dryfującego w oddali.
— Tego nikt nie potrafi powiedzieć jednym zdaniem.
— W rozkazie piszą „obiekt”.
— Bo to bezpieczniejsze niż udawanie, że wiemy.
Przesunął na ekranie fragment materiału odprawy, ograniczony do informacji, które każdy członek patrolu miał prawo znać.
Rdzeń miał postać kryształu wykonanego technologią starszą od ludzkiej obecności poza Ziemią. Przez lata traktowano go jak źródło wiedzy, obcy procesor i narzędzie analityczne. Później okazało się, że potrafi łączyć dane z sieci, uczyć się zachowań ludzi i budować modele ich decyzji. Im więcej systemów dostawał, tym lepiej przewidywał, co zrobi człowiek, okręt albo całe dowództwo.
Nie widział przyszłości, tylko obliczał najbardziej prawdopodobny przebieg zdarzeń. Nazwa jednak została: Oko Przyszłości.
— I uciekło?
— Po Argusie 4.
Oficer znał nazwę stacji, jak każdy wojskowy, ale nie znał szczegółów.
— Jak?
— Małym transportowcem. Z automatami i częścią danych stacji. Kierunek ucieczki nie został ustalony.
— Kiedy?
Dowódca podał rok.
Młody oficer spojrzał znowu na ekran.
— To może być ten sam statek?
— Może.
— Po tylu latach?
— Kadłub można naprawiać.
— A Oko?
Dowódca zamknął dokument.
— Tego właśnie próbujemy się dowiedzieć.
Wysłali pozycję uszkodzonego pająka do jednostki specjalistycznej. Sami nie zbliżyli się do niego nawet o kilometr bardziej, niż musieli.
Po trzech godzinach na miejsce przyszło polecenie powrotu do strefy patrolowej i kontynuowania poszukiwań.
Transportowca już nie znaleźli.
Daleko przed nimi mały statek wykonał jeszcze jedną korektę kursu.
Nie szedł najkrótszą drogą.
Nie szedł też drogą, którą człowiek uznałby za najbezpieczniejszą.
Wybrał tę, której patrolowiec nie sprawdził po raz drugi.
Rozdział 1. Tyle warte, ile ktoś zapłaci
Trzy miesiące później Arkadiusz Lubomirski wisiał pół metra nad pokładem starej jednostki górniczej i próbował przekonać własny organizm, że brak grawitacji nie jest powodem do wymiotów.
— Jeszcze pięć centymetrów — powiedział Tomasz przez interkom.
— Pięć centymetrów czego?
— W lewo.
— Moje czy twoje?
— Arku, w próżni lewo nadal jest lewo.
Jurek parsknął w słuchawkach.
Arek nie odpowiedział. Obiema rękami trzymał uchwyt manipulatora, którym próbował wydobyć z rozbitego modułu starej kopalni blok sterowania pompami. Według katalogu część nie była produkowana od trzydziestu lat. Według właściciela warsztatu na Silesii ktoś zapłaci za nią równowartość dwóch miesięcy ich zwykłej pracy.
Według Tomasza blok powinien już dawno wylądować na złomowisku.
— Mam go.
— Jeszcze nie masz — odparł Tomasz. — Trzyma go przewód.
Arek wychylił się.
— Jaki przewód?
— Ten, którego nie przeciąłeś.
— Przecież odłączyłem wszystko.
— Wszystko, co widziałeś.
Arek widział wartość. Tomasz widział sposób, w jaki ta wartość może ich zabić. Jurek najczęściej widział błąd w systemie, którego pozostali jeszcze nie zauważyli.
Pracowali na pożyczonej jednostce górniczej pamiętającej czasy, kiedy na asteroidach opłacało się jeszcze stawiać małe, rodzinne instalacje. Kadłub miał za sobą kilka przebudów, dwa pożary i przynajmniej jedną naprawę wykonaną przez człowieka, który nie wierzył w dokumentację techniczną. Przy każdym większym manewrze coś w ścianie kabiny trzeszczało w innym miejscu.
Arek go lubił, ale nie na tyle, żeby go kupić.
— Jurek, widzisz ten przewód?
— Widzę trzy. Jeden jest martwy, jeden nie wiem, do czego służy, a trzeci zniknął mi za ekranem.
— Bardzo pomocne.
— Zawsze do usług.
Tomasz przesunął mały reflektor na końcu wysięgnika. Światło wpadło głębiej pomiędzy rozerwane panele kopalnianego modułu.
— Ten z prawej. Czerwony oplot.
Arek zobaczył go dopiero wtedy.
— Wygląda na martwy.
— Wszystko tutaj wygląda na martwe.
— To wrak.
— Dlatego.
Arek sięgnął przecinakiem.
— Poczekaj — powiedział Jurek.
Ręka Arka zatrzymała się kilka centymetrów od przewodu.
— Co?
— Mam napięcie.
— Gdzie?
— Na tym, co według was jest martwe.
Tomasz zaklął. Na wspólnym ekranie pojawił się mały wykres. Nieregularne piki wracały co kilka sekund.
— Akumulator awaryjny? — zapytał Arek.
— Albo kondensator. Albo ktoś trzydzieści lat temu zrobił obejście i nie wpisał go do dokumentacji.
— Czyli?
— Czyli jak przetniesz, możemy się dowiedzieć.
Arek cofnął narzędzie.
— Nie lubię takich odpowiedzi.
— To przestań kupować prawa do rzeczy, których nikt nie chce dotykać.
Tomasz wysunął drugi manipulator. Zamiast ciąć przewód, chwycił cały blok od strony mocowania.
— Wyłamujemy uchwyt razem z nim.
— Zniszczysz ramę — powiedział Arek.
— Rama nie ma klienta.
— Jeszcze.
— Arku.
— Dobra.
Metal puścił dopiero za trzecim razem. Szarpnięcie przeszło przez manipulator i cały moduł drgnął. Z ciemnej wnęki wysypały się drobne kawałki izolacji. Jeden odbił się od wizjera Arka.
— Delikatnie! — krzyknął.
— To było delikatnie.
— Chciałbym zobaczyć niedelikatnie.
— Nie chciałbyś.
Wreszcie blok wyszedł z obudowy. Kilkudziesięciokilogramowa część zawisła w przestrzeni, powoli obracając się w świetle reflektorów. Arek patrzył na nią przez moment z autentyczną satysfakcją.
— Mamy pieniądze.
— Mamy złom — poprawił Tomasz.
— Złom jest rzeczą, której nikt nie chce. Na to mamy klienta.
Ta zasada była dla Arka niemal definicją świata.
Przez lata pracował w administracji górniczej. Znał koncesje, raporty, upadłości, spory o działki wydobywcze i magazyny pełne rzeczy, które jednego dnia były odpadem, a następnego strategicznym towarem. Widział firmy bankrutujące przez jedną źle wycenioną inwestycję i ludzi zarabiających fortunę, bo jako jedyni zauważyli, że coś pozornie bezwartościowego nadal ma nabywcę.
Kiedy odszedł z etatu, nie chciał już zarządzać cudzym wydobyciem; wolał sam znajdować to, czego inni nie widzieli. Tomasz nazwał to wtedy kryzysem wieku średniego finansowanym z rodzinnych oszczędności.
Jurek stwierdził, że będzie zabawnie, więc obaj dołączyli. Na razie efekty były nierówne.
Czasem wracali z modułem wartym kilka miesięcy pracy. Czasem z niczym. Raz kupili prawa do wraku, który po dokładnym skanowaniu okazał się niemal całkowicie pusty. Jurek do dziś przechowywał jego zdjęcie jako tło jednego z terminali.
Do śluzy wrócili cztery godziny później.
Arek wszedł pierwszy. Kiedy zamknęła się zewnętrzna pokrywa, oparł hełm o ścianę.
— Jak jeszcze raz powiecie, że to złom, sam sprzedam tę część i nie podzielę się prowizją.
— Nie możesz — odpowiedział Jurek. — Udziały są zapisane w umowie.
— Były szwagier to jednak zły partner biznesowy.
— Były szwagier jest najlepszy. Zna wszystkie rodzinne sztuczki, zanim ich użyjesz.
Tomasz zdejmował rękawice.
— Nie wiem, który z was ma gorzej.
— Ty — odpowiedzieli jednocześnie.
W kabinie śmierdziało nagrzanym plastikiem z obudowy starego automatu do kawy. Tomasz uruchomił silniki korekcyjne i powoli wyprowadził starą jednostkę spomiędzy szczątków kopalnianego modułu.
Arek zapiął pasy.
— Ile do stacji?
— Sześć godzin i siedemnaście minut.
— Możemy skrócić?
— Nie.
— Nawet nie spojrzałeś.
— Bo zadajesz to pytanie przy każdym powrocie.
Jurek obracał na ekranie zdjęcie odzyskanej części.
— Przy okazji mamy problem.
Arek od razu spojrzał w jego stronę.
— Jaki?
— Klient zmienił ofertę.
— Na ile?
Jurek podał liczbę. Arek przestał się uśmiechać.
— To mniej niż uzgodniliśmy.
— Twierdzi, że rynek wtórny spadł.
— W ciągu czterech dni?
— Rynek jest bardzo dynamiczny.
Tomasz zerknął na Arka.
— To jest ten moment, kiedy zaczynasz się cieszyć, że pracowałeś w administracji?
— To jest ten moment, kiedy zaczynam się cieszyć, że mam zachowaną jego pierwszą ofertę.
Na stacji warsztatowej wylądowali późnym wieczorem.
Miejsce było małe, zbudowane wokół dawnego węzła przeładunkowego. Dwa doki dla statków, kilka hangarów, bar, warsztaty i długi rząd magazynów. Nie było tu niczego, co zachęcałoby do pozostania dłużej niż wymagała naprawa albo sprzedaż ładunku.
Kupiec czekał przy śluzie. Był uprzejmy przez pierwsze trzy minuty. Później zaczął wyliczać rysy, brak jednej osłony i uszkodzenie gniazda, które według niego obniżało wartość bloku prawie o połowę.
Arek słuchał bez przerywania.
Jurek znał ten wyraz twarzy. Pojawiał się zawsze wtedy, kiedy Arek przestawał być poszukiwaczem wraków, a przypominał człowieka, który przez lata czytał umowy i załączniki drobnym drukiem.
— Skończył pan? — zapytał wreszcie.
Kupiec spojrzał na niego.
— Mniej więcej.
Arek wyświetlił pierwszy dokument.
— Oferta zakupu z czwartku. Stan części: nieznany, kompletność niegwarantowana, odbiór po weryfikacji. Cena: ta.
Drugi dokument.
— Potwierdzenie, że akceptuje pan brak osłony zewnętrznej.
Trzeci.
— I pańska wiadomość sprzed dwóch dni: „jeżeli rdzeń sterownika jest nienaruszony, biorę bez dyskusji”.
Kupiec spojrzał na Jurka.
— Rdzeń jest nienaruszony?
— Jest — odpowiedział Jurek.
— Sprawdzaliście?
— Nie uruchamialiśmy go w naszej sieci. Zrobiliśmy test izolowany. Pamięć odpowiada, magistrala też.
Arek złożył ręce.
— Więc albo płacimy według uzgodnienia, albo zabieram blok do drugiego warsztatu.
Kupiec westchnął.
— Drugiego warsztatu nie ma w promieniu dwóch dni lotu.
— Wiem.
— I dlatego pan tu jest.
— Pan również.
Tomasz odwrócił głowę, żeby ukryć uśmiech. Dziesięć minut później mieli pieniądze: mniej, niż Arek chciał, ale więcej, niż kupiec próbował zapłacić. To wystarczyło.
W barze przy dokach usiedli dopiero wieczorem. Jurek miał tablet, Tomasz coś, co karta nazywała piwem bezalkoholowym, a Arek zestawienie kosztów ostatniej wyprawy.
— Po paliwie, opłacie dokowej, dzierżawie jednostki i udziale stacji zostaje nam…
Tomasz podniósł dłoń.
— Nie mów.
— Dlaczego?
— Chcę mieć dobry wieczór.
— Zostaje nam wystarczająco.
— To znaczy mało — powiedział Jurek.
— To znaczy, że zarobiliśmy.
— Po czterech dniach pracy.
Arek zamknął zestawienie.
— Dlatego potrzebujemy większych kontraktów.
Tomasz odstawił szklankę.
— Nie.
— Nie powiedziałem jeszcze jakich.
— Znam ten ton.
Jurek przewijał coś na ekranie.
— A ja znalazłem coś, co mu się spodoba.
— Nie pokazuj mu — powiedział Tomasz.
— Za późno.
Arek już wychylił się nad stół. Na ekranie pojawiło się ogłoszenie demobilizacyjne, zwykła pozycja w rejestrze sprzedaży jednostek wycofanych z Floty i przeznaczonych do użytku cywilnego.
Kadłub wyglądał jak szeroki klin o stępionym dziobie. Część poszycia miała już cywilne oznaczenia, ale pod farbą dało się dostrzec ślady po dawnych literach ORP.
LEKKI KRĄŻOWNIK — JEDNOSTKA ZDEMILITARYZOWANA.
SPRZEDAŻ WARUNKOWA.
WYMAGANY REMONT NAPĘDU POMOCNICZEGO.
UZBROJENIE GŁÓWNE USUNIĘTE.
Arek przeczytał cenę, po czym sprawdził ją jeszcze raz.
— Nie stać nas.
Tomasz odchylił się na krześle.
— Pierwsza rozsądna rzecz, którą dzisiaj powiedziałeś.
Jurek przewinął niżej.
— Cena spadła trzeci raz.
— Nadal nas nie stać.
— Możemy sprzedać prawa do dwóch sektorów, które trzymamy, i wziąć kredyt pod kontrakty.
Tomasz spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Ty też zwariowałeś?
— Ja tylko liczę.
Arek znów patrzył na sylwetkę jednostki.
— Jak się nazywa?
Jurek powiększył rejestr.
— Persefona.
Tomasz zobaczył wyraz twarzy brata.
— Nie.
— Jeszcze nic nie powiedziałem.
— Dlatego mówię wcześniej.
Arek przesunął palcem po danych okrętu: dwieście trzydzieści metrów kadłuba, hangar, warsztat, pełny napęd międzyplanetarny, osłony i systemy przeznaczone kiedyś dla ponad stu ludzi. Cena była absurdalnie niska jak na możliwości jednostki, a jednocześnie absurdalnie wysoka jak na ich konto.
— Możemy przynajmniej zobaczyć — powiedział.
Tomasz zamknął oczy, a Jurek tylko się uśmiechnął.
— Wiedziałem.
Rozdział 2. Persefona
Na żywo wyglądała gorzej. To była pierwsza myśl Arka, kiedy wszedł do hangaru stoczni demobilizacyjnej. Drugą było: chcę ją.
Persefona wisiała w doku jak coś, co ktoś rozebrał, stracił cierpliwość i wystawił na sprzedaż. Z burty zdjęto wojskowe anteny, kilka stanowisk uzbrojenia kończyło się zaślepionymi gniazdami, a pod świeżą warstwą szarej farby prześwitywały prostokąty po dawnych oznaczeniach.
Nie zdemontowano wszystkiego starannie.
W jednym miejscu płyta poszycia była nowsza od reszty. W innym przewody po usuniętym urządzeniu kończyły się pod zaspawaną osłoną. Przy górnym pokładzie zostały dwa puste pierścienie po systemach, których nie wymieniał już żaden cywilny katalog.
Tomasz zatrzymał się u podstawy pomostu.
— To nie jest statek.
Arek nie odrywał wzroku od kadłuba.
— Nie?
— To rachunek za remont mający dwieście trzydzieści metrów długości.
Przedstawiciel stoczni udał, że nie słyszy.
— Jednostka przeszła audyt konstrukcyjny — powiedział. — Kadłub pozostaje w normie. Napęd główny zgodny ze standardem cywilnym. Dwa zespoły pomocnicze wymagają wymiany lub regeneracji. System osłon ograniczono do konfiguracji defensywnej. Uzbrojenie główne usunięto zgodnie z protokołem.
Jurek zatrzymał się na jednym słowie.
— Główne?
Przedstawiciel spojrzał na niego bez uśmiechu.
— Pozostawiono elementy obrony punktowej dopuszczone dla tej klasy jednostki cywilnej.
— Ile?
— Proszę zapoznać się ze specyfikacją.
— W specyfikacji jest „wyposażenie defensywne zgodne z licencją”.
— To oznacza dokładnie to, co oznacza.
Jurek spojrzał na Arka.
— Lubię tę stocznię.
— Ja jeszcze nie.
Arek wszedł na pomost i położył dłoń na burcie Persefony. Metal był zimny i chropowaty. Chciał poczuć grubość płyty pod palcami i sprawdzić, czy farba przykrywa świeże naprawy. Tomasz i tak pokręcił głową.
— Już po nas.
— Co?
— Dotknął jej.
Jurek pokiwał głową.
— Też widziałem.
— Przestańcie.
Technik stoczniowy, który oprowadzał ich po wnętrzu, był znacznie bardziej szczery niż człowiek od sprzedaży. Już przy pierwszym korytarzu powiedział, że gdyby miał pieniądze na ten statek, kupiłby coś mniejszego.
— Dlaczego? — zapytał Arek.
— Bo mniejszy statek ma mniej miejsc, w których coś może się zepsuć.
Tomasz od razu go polubił.
Persefona była ogromna w porównaniu z jednostką, którą latali dotychczas. Na starej górniczej łajbie z kabiny do śluzy można było dojść w kilkanaście sekund. Tutaj pierwsze dziesięć minut zwiedzania spędzili tylko na przechodzeniu przez dawne sekcje mieszkalne i techniczne.
Część była wyłączona. Za niektórymi drzwiami panowała ciemność, inne otwierały się z sekundowym opóźnieniem. W dawnej sekcji desantowej pozostały mocowania po sprzęcie wojskowym.
— Co tu było? — zapytał Arek.
Technik spojrzał na puste gniazda w podłodze.
— Zależnie od konfiguracji. Pojazdy, roboty, wyposażenie desantu.
— Roboty?
— Kiedy służyła we Flocie.
— Wszystko usunięte?
Technik wzruszył ramionami.
— Według protokołu.
Jurek uniósł brwi.
— To zabrzmiało uspokajająco.
— Proszę nie oczekiwać, że pamiętam każdy element demilitaryzacji okrętu, którego nie robiłem osobiście.
Tomasz zajrzał do otwartego panelu.
— A kto robił?
— Kilka zespołów. W różnym czasie.
Tomasz spojrzał na Arka.
— Coraz lepiej.
Przy trzeciej grodzi technik przyznał, że Persefona nadal ma w sobie całe kilometry nieużywanych magistral. Część odłączono od zasilania, część zakończono przy pustych stanowiskach, część pozostawiono, bo ich fizyczne usunięcie wymagałoby rozprucia pokładów.
— To normalne — dodał.
— W wojskowych okrętach? — zapytał Tomasz.
— W starych okrętach.
Warsztat spodobał się Tomaszowi jako pierwszy.
Był większy od całej przestrzeni roboczej na ich dotychczasowej jednostce. Miał dwa ciężkie stoły, prowadnice pod sufitowe manipulatory, magazyn narzędzi i boczną śluzę prowadzącą bezpośrednio do hangaru.
Tomasz nic nie powiedział, a Arek zauważył, że przestał narzekać.
— No?
— Co?
— Podoba ci się.
— Warsztat.
— Czyli statek.
— Nie. Warsztat.
— Warsztat jest częścią statku.
— Nie wykorzystuj logiki przeciwko mnie.
Jurek tymczasem przestał interesować się warsztatem już po trzydziestu sekundach.
— Gdzie jest centrum łączności?
Technik zaprowadził ich dwa pokłady wyżej.
Tutaj demilitaryzacja była widoczna najbardziej. Kilka konsol wymieniono na nowe cywilne terminale. Po bokach pozostały jednak stare panele, wyłączone ekrany i zaślepki po urządzeniach, których nie było w specyfikacji.
Jurek usiadł przed jedną z konsol.
— Mogę?
— W trybie demonstracyjnym.
Uruchomił terminal. System wstał podejrzanie szybko jak na sprzęt, który według dokumentacji miał kilkadziesiąt lat. Jurek przeszedł dwa poziomy menu, potem trzeci.
— To jest nowa nakładka.
— Tak.
— Na starej architekturze.
— Tak.
— Jak starej?
Technik westchnął.
— Na tyle, że nie ma sensu jej wyjmować, dopóki działa.
— Czyli nie wymieniliście połowy komputerów.
— Proszę pytać dział modernizacji.
— Już pytałem. Odesłali mnie do pana.
Technik popatrzył na niego przez chwilę.
— Zaczynam rozumieć dlaczego.
W głębi centrum znajdowały się zamknięte drzwi z wyblakłym napisem:
SYSTEM DOWODZENIA — DOSTĘP OGRANICZONY
Jurek zatrzymał się natychmiast.
— A to?
— Stary rdzeń ODRY.
— Działa?
— W ograniczonym zakresie. Nie ma uprawnień bojowych. W cywilnym rejestrze jest klasyfikowany jako system wsparcia diagnostycznego i nawigacyjnego.
— Czyli działa.
Technik wzruszył ramionami.
— Okręt przechodzi testy z aktywnym rdzeniem. Tyle mogę powiedzieć.
— Można go wyłączyć?
— Można.
— Można wyjąć?
Technik spojrzał na ścianę.
— Teoretycznie wszystko można wyjąć.
Tomasz zaśmiał się pierwszy. Mostek zrobił na Arku największe wrażenie.
Nie był ogromny. Spodziewał się czegoś bardziej widowiskowego po dawnym krążowniku. Zamiast tego zobaczył zwarte stanowiska, fotele ustawione pod kątem do głównego ekranu i przestrzeń zbudowaną tak, żeby kilkanaście osób mogło pracować bez przeszkadzania sobie nawzajem.
Teraz większość foteli była niepotrzebna. Przy sterowaniu pozostawiono dwa stanowiska, uproszczono nawigację i łączność, a część wojskowych paneli przykryto nowymi płytami. Arek usiadł w fotelu dowódcy, czemu Tomasz przyglądał się bez słowa.
— Nie.
— Co nie?
— Zejdź.
— Dlaczego?
— Bo jeszcze jej nie kupiliśmy.
— Sprawdzam ergonomię.
— Sprawdzasz, jak się będziesz czuł jako admirał.
— Nie jestem admirałem.
— I nie będziesz.
Jurek stał przy głównym ekranie.
— To nie jest najgorsze stanowisko, jakie widziałem.
— To pochwała? — zapytał Arek.
— Ode mnie bardzo duża.
Technik włączył podstawowe zasilanie mostka i ekrany zapaliły się jeden po drugim. Na głównym wyświetlaczu mignęło stare oznaczenie Floty, natychmiast przykryte cywilnym interfejsem. Arek to zauważył.
— Nie usunęliście wszystkiego.
— Mówiłem.
— Nie o kablach.
Technik nic nie odpowiedział.
Tomasz spędził kolejną godzinę na oglądaniu napędu, instalacji chłodzenia, magazynów i śluz. Robił zdjęcia, zapisywał numery elementów i co kilka minut dodawał coś do listy rzeczy wymagających naprawy.
Po godzinie lista miała dwadzieścia siedem pozycji. Po dwóch — czterdzieści trzy.
— Ile z tego jest pilne? — zapytał Arek.
— Zależy, czy chcesz latać.
— Chcę.
— To dużo.
— A jeśli chcę tylko stać w doku i wyglądać imponująco?
Tomasz przewinął listę.
— Wtedy mniej.
Usiedli w dawnej mesie oficerskiej.
Stoły nadal były przykręcone do podłogi. Na ścianie pozostało puste miejsce po godle jednostki. W pomieszczeniu mogło spokojnie siedzieć kilkadziesiąt osób. Ich czterech wyglądało przy jednym stole jak przypadkowi goście w zamkniętej restauracji.
— Nie — powiedział Tomasz.
Arek odłożył tablet.
— Jeszcze nic nie powiedziałem.
— Dlatego uprzedzam.
Jurek przesuwał palcem po kosztorysie.
— Jeżeli cena spadnie o jedną trzecią i dostaniemy odroczenie pierwszej raty, da się to zrobić.
Tomasz spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Ty też?
— Ja tylko liczę.
— Wy wszyscy „tylko liczycie”, aż nagle człowiek budzi się z dwustutrzydziestometrowym krążownikiem i kredytem.
Arek rozejrzał się po pustej mesie.
W jego głowie Persefona nie była już zdemilitaryzowanym okrętem czekającym na kupca. Widział hangar wypełniony sprzętem poszukiwawczym, drony, warsztat Tomasza i stanowisko Jurka. Widział dalekie trasy, na które ich obecna jednostka nigdy nie powinna lecieć. Widział duże wraki, całe sekcje starych instalacji, rzeczy, których nie dało się zabrać małym statkiem.
— Na tej górniczej łajbie zawsze będziemy wyciągać pojedyncze pompy — powiedział. — Tym możemy brać całe kontrakty. Wraki. Długie wyprawy. Artefakty. Rzeczy, do których nikt nie chce lecieć małym sprzętem.
— O ile najpierw nie zbankrutujemy na filtrach — odparł Tomasz.
— Albo na paliwie — dodał Jurek.
— Albo na pierwszej naprawie.
— Dobrze. Czyli wiemy, co trzeba negocjować.
Tomasz zamknął oczy.
— Nie to powiedziałem.
Rozmowa ze stocznią trwała prawie trzy godziny. Arek zaczął od listy Tomasza.
Przedstawiciel sprzedaży próbował wyjaśniać, że część pozycji wynika z wieku konstrukcji, nie z wad. Arek odpowiadał, że wiek konstrukcji jest bardzo eleganckim określeniem kosztu, który po zakupie będzie należał do niego.
Jurek dołożył brak pełnej dokumentacji starej sieci, a Tomasz dwa zespoły pomocnicze. Przedstawiciel stoczni obniżył cenę o dziewięć procent. Arek popatrzył na niego.
— To nie jest rozmowa.
— To jest aktualna oferta.
— Aktualna oferta wisi w rejestrze od czterdziestu sześciu dni i nikt jej nie wziął.
— Jednostka jest specjalistyczna.
— Jednostka jest droga w utrzymaniu, ma niepełną dokumentację po demilitaryzacji i dwa układy do remontu.
— Kadłub ciężkiego standardu, hangar, osłony, napęd dalekiego zasięgu.
— Dlatego tu siedzę.
Przedstawiciel patrzył na niego chwilę.
— Ile?
Kiedy Arek podał swoją cenę, Tomasz zakrztusił się wodą.
— To nierealne — powiedział przedstawiciel.
— W takim razie dziękujemy za zwiedzanie.
Arek wstał, a Jurek razem z nim. Tomasz pozostał na krześle przez sekundę dłużej, bo nie był pewien, czy brat naprawdę wychodzi. Przy drzwiach usłyszeli:
— Dwadzieścia procent.
Arek zatrzymał się. Negocjacje zaczęły się naprawdę i ostatecznie nie dostali jednej trzeciej.
Dostali dwadzieścia sześć procent, zestaw części z magazynu stoczniowego, pierwszy przegląd bez opłaty i odroczenie pierwszej raty. Arek chciał dwadzieścia osiem. Jurek później twierdził, że dwa procent przegrał przez to, że za szybko się uśmiechnął.
Tomasz uważał, że przegrał znacznie więcej, bo w ogóle podpisali umowę.
Dwa tygodnie później stali ponownie w doku.
Tym razem Persefona była ich. Formalnie należała do spółki, banku i kilku zapisów w umowie, których Arek nie lubił czytać po północy. Dla niego była ich. Stara jednostka górnicza, którą latali wcześniej, stała w sąsiednim doku. Nagle wyglądała jeszcze mniejsza.
Tomasz przenosił ostatnie skrzynie z narzędziami.
— Wiesz, czego najbardziej będę żałował? — zapytał.
— Czego?
— Że na tamtym statku wszystkie części były blisko.
Jurek niósł dwa terminale.
— Tutaj będziesz mógł chodzić po części przez pół dnia. Zdrowiej.
— Ciebie też mogę wysłać po części.
— Mam problemy z kolanem.
— Od kiedy?
— Od chwili, kiedy kupiliśmy ten statek.
Arek wszedł na pokład ostatni. Zatrzymał się w śluzie i obejrzał za siebie. Stara górnicza jednostka była brzydka, ciasna i wielokrotnie ratowała im skórę. Przez chwilę poczuł coś, czego nie spodziewał się przy zmianie statku.
Żal. Potem wewnętrzne drzwi Persefony otworzyły się szeroko. Za nimi ciągnął się korytarz prowadzący w głąb okrętu.
— No dobra — powiedział Tomasz. — Skoro już popełniliśmy ten błąd, spróbujmy go nie zepsuć pierwszego dnia.
Arek wszedł do środka.
— To nie błąd.
— Jeszcze.
Jurek zamknął właz.
Persefona została odłączona od zewnętrznego zasilania doku kilka godzin później.
Po raz pierwszy od demilitaryzacji jej własny reaktor przejął pełne obciążenie systemów cywilnych. W korytarzach zapaliły się światła, wentylacja ruszyła w sektorach, które wybrali do użytkowania, a na mostku pojawiła się mapa wyjścia ze stoczni.
Tomasz usiadł przy sterowaniu, Arek zajął fotel obok, a Jurek stanął za nimi z tabletem.
— Gotowi? — zapytał Tomasz.
— Tak.
— Nie pytałem ciebie.
— To kogo?
Tomasz spojrzał na wskaźniki.
— Statek.
Nic się nie wydarzyło. Potem wszystkie kontrolki wymagane do odejścia zmieniły kolor.
— Chyba tak — powiedział Jurek.
Persefona odsunęła się od doku powoli, bez fanfar i uroczystego startu. Trzy osoby siedziały na mostku dawnego krążownika i patrzyły, jak konstrukcja stoczni przesuwa się za ekranem.
Arek próbował nie myśleć o pierwszej racie. Tomasz próbował nie patrzeć na listę usterek. Jurek próbował ustalić, dlaczego część starej sieci okrętu odpowiedziała na uruchomienie szybciej niż cywilne terminale.
Nikt z nich jeszcze nie wiedział, jak wiele Persefona zachowała ze swojego poprzedniego życia. Na razie była po prostu ich nowym statkiem.
Rozdział 3. Stary okręt, nowa załoga
Pierwsze miesiące nauczyły ich, że okręt wojenny nie przestaje być okrętem wojennym tylko dlatego, że ktoś usuwa działa, zamalowuje oznaczenia i zmienia wpis w rejestrze.
Persefona miała za dużo drzwi, za dużo korytarzy i za dużo systemów, których trzyosobowa załoga nie potrzebowała. W dawnej sekcji desantowej można było zgubić człowieka. W magazynach nadal znajdowali uchwyty przeznaczone dla wyposażenia, którego nazw nie było w cywilnej dokumentacji. Niektóre panele po uruchomieniu wyświetlały komunikat o braku autoryzacji Floty, po czym bez dalszych ostrzeżeń przechodziły w zwykły tryb diagnostyczny.
Przez pierwsze dni mieszkali właściwie na jednej trzeciej okrętu. Resztę zamknęli, ograniczyli wentylację i wygasili światła. Arek policzył, ile kosztowałoby utrzymywanie wszystkich pomieszczeń w pełnej gotowości, po czym bez dyskusji poparł ten pomysł.
Tomasz przejął warsztat i większą część dolnego pokładu technicznego. Jurek zajął małe pomieszczenie obok centrum łączności, bo stamtąd miał najkrótszą drogę do sieci. Arek wybrał kajutę, która w czasach wojskowych należała prawdopodobnie do jednego z oficerów.
Nie powiedział pozostałym, że zdecydował o tym głównie dlatego, że miała prawdziwe biurko.
Pierwszego wieczoru siedzieli w dawnej mesie oficerskiej przy jednym stole, podczas gdy pozostałe ginęły w półmroku. Persefona była zbudowana dla znacznie większej załogi. Przy trzech osobach pomieszczenie wyglądało jak sala pozostawiona po ewakuacji.
— Trzeba będzie coś z tym zrobić — powiedział Arek.
— Z czym? — zapytał Tomasz.
— Z pustką.
Jurek rozejrzał się.
— Możemy kupić czterdzieści manekinów.
— Albo zaprosić ludzi.
— Manekiny będą tańsze.
Głośnik nad nimi odezwał się po raz pierwszy od chwili przejęcia jednostki.
— Liczba manekinów nie wpływa na wymagania dotyczące podtrzymywania życia.
Wszyscy trzej podnieśli głowy, a Jurek pierwszy się uśmiechnął.
— ODRA, to był żart.
— Przyjęłam informację.
Arek oparł łokcie o stół.
— I co z nią zrobisz?
— Nic.
Tomasz parsknął śmiechem. Tak zaczęło się ich wspólne życie.
ODRA nie była rozmowna. Nie inicjowała pogawędek, nie pytała, jak minął dzień, i nie próbowała nikogo pocieszać. Odzywała się wtedy, kiedy miała coś do zakomunikowania albo kiedy ktoś zwracał się bezpośrednio do systemu. Mówiła krótkimi zdaniami, spokojnym głosem pozbawionym emocji, a mimo to bardzo szybko stała się obecna w niemal każdej części okrętu.
Arek odkrył to już podczas pierwszego tygodnia.
Siedział na skrzyni z filtrami na drugim pokładzie technicznym i przeglądał zestawienie wydatków. Tomasz leżał pod otwartą osłoną jednej z instalacji. Wystawały mu tylko nogi.
— To nie jest problem — powiedział Arek. — To inwestycja.
— Wczoraj inwestycja straciła chłodzenie w dwóch sekcjach.
— I działa.
— Bo ją naprawiłem.
Jurek siedział kilka metrów dalej z tabletem opartym o kolano.
— Technicznie ODRA znalazła usterkę.
Spod osłony wysunęła się ręka Tomasza.
— Ty się nie odzywaj.
Głośnik kliknął.
— Korekta. Usterkę usunął Tomasz Lubomirski. Wskazałam jedynie miejsce nieprawidłowości i odizolowałam sekcję.
Tomasz wysunął głowę.
— Widzisz? Nawet ona wie.
Arek uniósł głowę ku sufitowi.
— ODRA, ile kosztowałby nowy element?
— Nie posiadam dostępu do aktualnych cenników części cywilnych.
— A wojskowych?
— Posiadam.
Arek odłożył tablet.
— No to podaj.
— Odmawiam.
Zapadła cisza, a Jurek uśmiechnął się szerzej.
— Lubię ją.
— Dlaczego odmawiasz? — zapytał Arek.
— Dane logistyczne Floty pozostają poza zakresem pańskich uprawnień.
— Ten okręt nie należy już do Floty.
— Zgadza się.
— To po co masz te dane?
— Posiadanie informacji nie oznacza uprawnienia do jej przekazania.
Tomasz wsunął się z powrotem pod osłonę.
— Kupiłeś wojskowego magazyniera.
— Kupiłem statek.
— Ona ma inne zdanie.
— Nie mam zdania w tej sprawie — odpowiedziała ODRA.
Tomasz znowu się roześmiał.
Jurek spędził pierwszy miesiąc na sprawdzaniu, gdzie właściwie kończy się cywilna warstwa systemu Persefony. Nie nazywał tego rozmowami z ODRĄ, ale Arek widział, ile czasu siedzi przy konsoli.
Początkowo Jurek traktował ją jak stary program, który trzeba rozebrać na części i poznać. Szybko odkrył, że sytuacja wygląda odwrotnie. To ODRA wiedziała dokładnie, co on robi.
Któregoś wieczoru próbował dostać się do zamkniętego katalogu systemów pokładowych.
— Jurek Dragon.
Nie oderwał wzroku od ekranu.
— Słucham.
— Próbujesz uzyskać dostęp do sekcji objętej ograniczeniem.
— Sprawdzam magistralę.
— Nieprawda.
Jurek przestał pisać. Tomasz, który właśnie przechodził korytarzem, cofnął się o dwa kroki i zajrzał do pomieszczenia.
— Powiedziała, że kłamiesz?
— Nie kłamię.
— Pierwszą próbę wykonałeś przez interfejs diagnostyczny. Drugą przez emulację starej konsoli serwisowej. Trzecia zawierała fałszywy znacznik autoryzacji — wyliczyła ODRA.
Tomasz oparł się o framugę.
— Kontynuuj. Robi się ciekawie.
Jurek zamknął jedno z okien na ekranie.
— Testowałem zabezpieczenia.
— Zabezpieczenia działają.
— Już wiem.
— Kolejna próba jest zbędna.
Arek usłyszał o wszystkim przy kolacji.
— I co znalazłeś?
— To, że nie mam dostępu.
— Świetnie. Miesiąc pracy i mamy wynik.
Jurek wskazał widelcem na sufit.
— Nie. Mamy wojskowy system dowodzenia przykryty cywilnym interfejsem. Część jego starej architektury nadal działa. Nie widzę tylko, jak dużo.
— Może lepiej nie widzieć.
— Kupiłeś były krążownik wojenny. Wszystko w nim jest naszym problemem.
Tomasz w tym czasie poznawał Persefonę inaczej. Nie interesowały go ukryte katalogi. Interesowało go, co stuka, przecieka, grzeje się albo zużywa szybciej, niż powinno.
ODRA była w tym bezlitosna.
— Tomasz Lubomirski. Proszę nie uruchamiać pompy numer czternaście.
Tomasz zatrzymał rękę nad panelem.
— Dlaczego?
— Parametry pracy odbiegają od wzorca.
— Sprawdzałem ją rano.
— Ja również.
— I?
— Nie uruchamiaj jej.
Tomasz zmarszczył brwi.
— To nie jest odpowiedź techniczna.
— Jest wystarczająca, aby nie uszkodzić instalacji.
Jurek wychylił się zza drzwi.
— Zaczyna się uczyć od ciebie.
— Jeszcze jedno słowo i będziesz tę pompę wyciągał sam.
Dopiero po sprawdzeniu elementu Tomasz przyznał, że system miał rację. ODRZE nie musiał tego mówić. Kiedy ponownie wszedł do warsztatu, usłyszał tylko:
— Pompa numer czternaście została oznaczona do wymiany.
— Wiem.
— Dobrze.
— Nie musisz być taka zadowolona.
— Nie jestem.
Tomasz przez kilka sekund patrzył na głośnik.
— Jeszcze gorzej.
Z czasem nauczyli się, że z ODRĄ nie warto dyskutować o rzeczach, które potrafiła zmierzyć. Można było natomiast dyskutować o wszystkim, co zależało od pieniędzy.
Tu jej przewaga znikała.
Arek próbował wykorzystać system do planowania kosztów. ODRA bez problemu wyliczała zużycie paliwa, energii, części i czasu. Problem zaczynał się w chwili, kiedy Arek pytał, czy jakiś kontrakt się opłaca.
— Odpowiedź zależy od ceny końcowej — mówiła.
— Wiem.
— Nie podałeś ceny końcowej.
— Bo negocjuję.
— W takim razie nie mogę określić wyniku.
— Możesz powiedzieć, czy warto lecieć.
— Mogę powiedzieć, ile będzie kosztował lot.
— I nic więcej?
— To więcej niż wiedziałeś przed zadaniem pytania.
Po tej rozmowie Arek przez dwa dni twierdził, że wojskowa sztuczna inteligencja jest arogancka. Jurek uznał to za niemożliwe, a Tomasz stwierdził, że idealnie do siebie pasują.
Codzienność na Persefonie szybko przestała przypominać życie na małej górniczej jednostce, którą wcześniej latali. Tam każdy metr miał funkcję. Tutaj istniały całe korytarze, którymi przez tydzień nikt nie przechodził, magazyny pełne pustych uchwytów, szafki podpisane nazwiskami dawnej załogi i pomieszczenia, których przeznaczenia początkowo nie potrafili ustalić.
Jedno znaleźli przypadkiem, kiedy Arek szukał miejsca na skrzynie z wyposażeniem. Drzwi otworzyły się po komendzie ODRY. Za nimi wisiały stare kurtki lotnicze, rękawice, kilka kombinezonów i dwa hełmy bez wizjerów.
— To jeszcze jest na stanie? — zapytał Arek.
— Nie.
— To dlaczego tutaj jest?
— Nie wiem.
Jurek wziął jedną kurtkę.
— Pierwszy raz słyszę, że czegoś nie wiesz.
— Brak wpisu o pozostawieniu wyposażenia nie pozwala ustalić przyczyny jego obecności.
Arek obejrzał metkę.
— Wyrzucamy?
Tomasz zabrał mu kurtkę z ręki.
— Zostaw. Jeszcze się przyda.
Arek popatrzył na niego.
— To ja zwykle mówię takie rzeczy.
— Dlatego tym razem możesz się nie odzywać.
Kurtki zostały.
Tak samo jak zapasowe fotele desantowe, kilka skrzyń starych elementów wyposażenia, nieużywany stół operacyjny w medycznym i dziesiątki innych rzeczy, których demontaż kosztował więcej niż pozostawienie ich na miejscu.
Arek szybko nauczył się, że na dużym statku zdanie „mamy miejsce” jest równie niebezpieczne jak „to będzie okazja”. W mesie również wypracowali własne zasady.
Wieczorami jadali razem, o ile żaden kontrakt nie wymagał pracy. Większość pomieszczenia pozostawała wygaszona. Światło paliło się tylko nad jednym stołem i przy wejściu.
Pewnego wieczoru Arek analizował rachunek za postój.
— Wiecie, ile zapłaciliśmy za wodę?
— Nie chcę wiedzieć — powiedział Tomasz.
— Powinieneś. Od dzisiaj kąpiel trwa cztery minuty.
Tomasz odłożył widelec.
— Nie.
— Tak.
— Nie.
— Cztery minuty wystarczą.
Jurek nie podnosił wzroku znad tabletu.
— Pierwsze trzydzieści sekund Arek stoi pod wodą i zastanawia się, dlaczego biznes nie idzie zgodnie z planem.
— Bardzo śmieszne.
— Zostają trzy i pół minuty.
Arek uniósł głowę ku sufitowi.
— ODRA, ile wody zużywamy dziennie?
System podał liczbę, a Arek uśmiechnął się triumfalnie do Tomasza.
— Słyszysz?
— Persefona odzyskuje ponad dziewięćdziesiąt procent wody użytkowej — dodała ODRA.
Arek zamilkł, a Jurek odłożył tablet.
— Czyli cztery minuty?
— Ograniczenie czasu kąpieli przyniesie niewielką oszczędność w stosunku do całkowitego bilansu.
Tomasz uśmiechnął się.
— ODRA, lubię cię.
— Informacja nie wymaga działania.
— Nie pomagaj im — powiedział Arek.
— Nie rozumiem polecenia.
— Właśnie widzę.
Po kilku miesiącach przestali zwracać uwagę na to, że system ich słyszy. ODRA przypominała o kończących się zapasach, zamykała nieużywane sektory, pilnowała harmonogramów i budziła człowieka, który miał wachtę. Robiła to rzeczowo, bez troski i irytacji.
Raz obudziła Arka czterdzieści minut wcześniej.
— Dlaczego?
— Masz spotkanie z przedstawicielem stacji o dziewiątej.
— Wiem.
— Wczoraj przygotowanie do rozmowy zajęło ci trzydzieści siedem minut.
Arek otworzył jedno oko.
— Analizujesz, ile czasu się ubieram?
— Nie.
— To skąd trzydzieści siedem minut?
— Tyle upłynęło od twojego wyjścia z kajuty do rozpoczęcia poprzedniego spotkania.
Arek naciągnął koc na głowę.
— Obudź mnie za dwadzieścia.
— Nie.
— Jestem właścicielem statku.
— Spotkanie jest twoje.
Po dwóch minutach wstał.
Pierwszy większy kontrakt przyszedł pół roku po zakupie. Persefona miała odebrać zestaw urządzeń wydobywczych z magazynu orbitalnego i przewieźć je do odległej platformy. Nie było w tym nic romantycznego. Ładunek zajmował pół hangaru, klient targował się o każdą godzinę opóźnienia, a Arek spędził dwa dni na udowadnianiu, że dodatkowa skrzynia nie była objęta pierwotną umową.
Dla nich był to jednak pierwszy lot, na którym statek zaczął zarabiać na siebie. Po załadunku Arek przyszedł na mostek z kubkiem kawy.
— Jeśli skrócimy trasę przez sektor dziewiętnaście, będziemy prawie sześć godzin wcześniej.
Tomasz spojrzał na mapę.
— Tam jest stary pas odłamków.
— „Stary” brzmi jak „spokojny”.
— Nie.
Arek zwrócił się do ODRY.
— Policz wariant.
Na ekranie pojawiła się druga trasa.
— Czas krótszy o pięć godzin i czterdzieści osiem minut — powiedziała ODRA.
Arek uśmiechnął się.
— Widzisz?
— Ryzyko uszkodzenia ładunku wzrasta ponad dopuszczalny poziom.
Uśmiech zniknął.
— O ile?
— Wystarczająco.
— Konkretna liczba.
— Nie posiadam wiarygodnego modelu dla części niezarejestrowanych fragmentów w sektorze.
— Czyli może być dobrze.
— Może również nie być.
Tomasz rozłożył ręce.
— Dlatego ja pilotuję.
Polecieli dłuższą trasą.
Arek przestał narzekać na decyzję dopiero kilka dni później.
Wracali już bez ładunku, przecinając obrzeża dawnego pola wydobywczego. Na mapach sektor oznaczono jako oczyszczony. Większe obiekty miały ustalone trajektorie, a reszta nie powinna stanowić zagrożenia dla statku wielkości Persefony.
Kiedy włączył się alarm, Arek spał, Tomasz siedział przy sterowaniu, a Jurek jadł coś, co opakowanie określało mianem gulaszu. Zanim Arek zdążył wstać z koi, Persefona wykonała gwałtowny manewr. Kompensacja przeciążenia nie nadążyła całkowicie i uderzył ramieniem o ścianę.
— Co jest?!
Pobiegł na mostek. Kiedy wpadł do środka, Tomasz trzymał ręce nad sterowaniem, ale nie dotykał paneli. Jurek stał za jego fotelem. Na ekranie przesuwała się nieregularna bryła metalu, znacznie większa, niż Arek chciałby oglądać z takiej odległości.
— Co to było?
— Fragment starej koparki — odpowiedział Tomasz.
— Skąd się wziął?
— Nie wiem.
— Obiekt znajdował się w cieniu większej asteroidy — odezwała się ODRA. — Standardowa klasyfikacja uznała go za nieruchomy fragment konstrukcji.
Arek spojrzał na ekran.
— A ty nie?
— Nie.
— Dlaczego?
— Jego położenie zmieniło się w stosunku do tła.
— I dlatego zmieniłaś kurs?
— Tak.
Tomasz odwrócił się do Arka.
— Nie dała mi czasu na decyzję.
— Jak to?
— Przejęła manewr.
Arek spojrzał w stronę głównej konsoli.
— Możesz sobie po prostu przejąć statek?
— W przypadku bezpośredniego zagrożenia jednostki mogę wykonać manewr awaryjny.
— Jestem właścicielem.
— Wiem.
— To chyba powinienem mieć coś do powiedzenia.
— Do zderzenia pozostawało mniej niż trzy sekundy.
Arek otworzył usta i po chwili je zamknął. Jurek podniósł pojemnik z jedzeniem.
— Ja głosuję za ODRĄ.
— Nikt nie głosował.
— Na tym polegała jej przewaga.
Na bocznym ekranie pojawił się krótki zapis manewru. Persefona zmieniła wektor, ograniczyła ciąg i jednocześnie zamknęła kilka grodzi w ładowni. Wszystko wydarzyło się, zanim Arek zdążył dobiec do drzwi własnej kajuty.
— ODRA.
— Słucham.
— Następnym razem ostrzeż wcześniej.
— Ostrzegłam Tomasza Lubomirskiego.
Arek spojrzał na brata.
— Co powiedziała?
— „Uwaga”.
— I tyle?
— Potem prawie wypadłem z fotela.
— Ostrzeżenie było adekwatne do czasu reakcji — powiedziała ODRA.
Jurek wrócił do jedzenia.
— Nie dyskutuj ze statystyką.
To wydarzenie zmieniło ich stosunek do systemu bardziej niż wszystkie wcześniejsze rozmowy. Do tej pory ODRA była przydatnym reliktem wojskowej przeszłości, który potrafił pilnować statku, wskazywać awarie i irytować Arka. W tamtej chwili zobaczyli, że potrafi też działać szybciej od nich i że w sytuacji zagrożenia nie będzie czekała na zgodę.
Tomasz początkowo miał z tym największy problem. Był pilotem Persefony i źle znosił myśl, że ktoś może zabrać mu sterowanie, ale po kilku dniach sam poprosił ODRĘ o pozostawienie procedury awaryjnej aktywnej. Decyzji nie omawiał z Arkiem, a ODRA również zachowała ją dla siebie.
Następne kontrakty były mniejsze. Jeden dotyczył odzyskania pojemników z uszkodzonej barki. Drugi przewozu podzespołów dla stacji wydobywczej. Trzeci skończył się kłótnią o opłatę dokową i dwugodzinnym czekaniem na zwolnienie uchwytów.
To właśnie podczas tego trzeciego Arek odkrył kolejną cechę ODRY.
— Odepnij nas — powiedział, kiedy operator stacji po raz czwarty przełożył zgodę na odlot.
— Nie mogę.
— Możesz. Uchwyty są mechaniczne.
— Stacja nie potwierdziła zakończenia procedury dokowania.
— Dlatego mówię, żebyś je odpięła.
— Nie.
Arek spojrzał na Jurka.
— Możesz to zrobić ręcznie?
— Mogę wiele rzeczy. Pytanie, czy potem wpuszczą nas do jakiegokolwiek portu.
Arek westchnął.
— ODRA, kiedyś byłaś systemem wojskowym. Nie możesz być trochę bardziej… zdecydowana?
— Jestem zdecydowana.
— W czym?
— W odmowie.
Tomasz pochylił głowę nad konsolą, żeby ukryć uśmiech.
Takie sytuacje sprawiły, że przestali traktować ODRĘ jak urządzenie należące do poprzedniej załogi. Nadal nie była człowiekiem. Nikt nie pytał jej o samopoczucie i nikt rozsądny nie przypisywał jej emocji. Była jednak częścią Persefony w stopniu, którego nie dało się oddzielić od samego okrętu.
Jurek zrozumiał to najwcześniej.
Którejś nocy siedział sam przy terminalu w mesie. Arek i Tomasz spali. Persefona szła po spokojnej trasie między stacjami, a na monitorach nie działo się nic ciekawego.
Jurek nie próbował tym razem włamywać się do zamkniętych katalogów. Przeglądał stare zależności pomiędzy systemami, próbując zrozumieć, dlaczego część procesów ODRY nadal korzystała z magistral, które według dokumentacji miały być nieaktywne.
— Szukasz ponownie dostępu do systemów wojskowych — powiedziała ODRA.
— Tym razem nie.
— Potwierdzam.
— To po co mówisz? — zapytał Jurek.
— Stwierdzam zmianę zachowania.
— Analizujesz nasze zachowania?
— Jest to konieczne do zarządzania jednostką.
— W jakim zakresie?
— Stan załogi. Zmęczenie. Typowe trasy przemieszczania. Reakcje na alarmy. Czas odpowiedzi. Błędy.
— Błędy?
— Tak.
Jurek odchylił się na krześle.
— Ile ich robimy?
— Czy pytanie dotyczy dzisiejszego dnia?
Jurek zaśmiał się cicho.
— Nie. Dobra. Nie chcę wiedzieć.
Słyszał tylko szum wentylacji.
— Kiedy byłaś okrętem wojennym, robiłaś więcej — powiedział.
— Persefona była okrętem wojennym. Ja byłam systemem dowodzenia tej jednostki.
— Właśnie. Robiłaś więcej.
— Tak.
— Ile więcej?
— Informacja ograniczona.
— Oczywiście.
Jurek przesunął ekran w bok.
— Wiesz, że nie masz już głównego uzbrojenia, części sensorów i większości funkcji bojowych?
— Wiem.
— To po co nadal trzymasz część procedur?
— Ponieważ nie wszystkie dotyczą uzbrojenia.
Jurek przestał się uśmiechać.
— Jakie?
— Ochrona reaktora. Ochrona mostka. Izolacja uszkodzonych sektorów. Zarządzanie awariami. Utrzymanie integralności jednostki.
— I coś jeszcze?
Krótka pauza.
— Tak.
— Co?
— Informacja ograniczona.
Jurek westchnął.
— Załóżmy, że ktoś spróbuje wejść na Persefonę bez naszej zgody.
— Proszę sprecyzować.
— Abordaż.
Odpowiedź przyszła natychmiast.
— Aktywowałabym dostępne procedury przeciwdziałania przejęciu jednostki.
— Jakie?
— Zakres zależałby od charakteru zagrożenia.
— Jak dużo z nich nadal działa?
— Nie wiem.
— Jak możesz nie wiedzieć?
— Demilitaryzacja Persefony została przeprowadzona przez kilka zespołów w różnym czasie. Część urządzeń usunięto fizycznie. Część odłączono. Część pozostawiono bez aktywnego interfejsu. Nie wszystkie zmiany zostały naniesione na dokumentację, do której mam dostęp.
Jurek popatrzył w ciemną część mesy.
— Czyli na tym statku mogą być rzeczy, o których nawet ty nie wiesz?
— Tak.
— Świetnie.
— Ocena nie jest konieczna.
Jurek wyłączył terminal. Był już przy drzwiach, kiedy ODRA odezwała się ponownie.
— Jurek Dragon.
— Co?
— Nie wszystkie systemy Persefony zostały usunięte podczas demilitaryzacji.
Odwrócił się.
— Przed chwilą właśnie to powiedziałaś.
— Nie. Powiedziałam, że dokumentacja jest niepełna. Teraz informuję, że wykryłam aktywne połączenia do urządzeń niewystępujących w rejestrze cywilnym.
Jurek patrzył chwilę na głośnik.
— Jakich urządzeń?
— Informacja ograniczona.
Pokręcił głową.
— Dobranoc, ODRA.
— Dobranoc.
Następnego ranka opowiedział o rozmowie Tomaszowi.
Arkowi nie powiedzieli od razu. Arek akurat próbował przekonać ODRĘ, że cztery skrzynie starego wyposażenia znalezione w bocznym magazynie są ich własnością, ponieważ znajdowały się na statku w chwili zakupu.
— Magazyn jest mój — powiedział.
— Tak.
— Persefona jest moja.
— Tak.
— Skrzynie były na Persefonie.
— Tak.
— Więc skrzynie są moje.
— Wniosek nie wynika z przesłanek.
Arek zacisnął szczękę.
— Czasami naprawdę cię nie lubię.
— Nie ma to wpływu na status wyposażenia.
Tomasz wszedł do magazynu.
— Z kim się kłócisz?
— Z własnym okrętem.
— Przegrywasz?
Arek wskazał drzwi.
— Wyjdź.
Tomasz już miał się odwrócić, kiedy głos ODRY zmienił ton. Nie stał się bardziej emocjonalny. Zniknęła tylko zwykła rytmiczna pauza pomiędzy słowami.
— Uwaga. Wykryto aktywne skanowanie zewnętrzne.
Obaj znieruchomieli.
— Kierunek? — zapytał Tomasz.
Na ścianie zapalił się ekran. ODRA zaznaczyła sektor za rufą.
— Źródło niestabilne. Jeden impuls. Brak identyfikacji.
Jurek pojawił się w drzwiach.
— Co mamy?
— Nie wiem — odpowiedział Tomasz.
ODRA już działała.
Światła w części magazynu przygasły. Kilka niepotrzebnych systemów przeszło w stan oczekiwania. Na mostku wygaszono aktywne nadajniki, których nie potrzebowali do utrzymania kursu.
— Co robisz? — zapytał Arek.
— Ograniczam naszą sygnaturę.
— Kazałem ci?
— Nie.
— Dlaczego?
— Jeżeli ktoś nas szuka, nie zamierzam mu pomagać.
Wszyscy trzej spojrzeli na siebie. To był pierwszy moment, kiedy naprawdę poczuli, że pod cywilnymi poprawkami, zamkniętymi magazynami i warstwami starego oprogramowania nadal znajduje się okręt wojenny.
Persefona nie zmieniła kursu gwałtownie. ODRA jedynie przesunęła trajektorię tak, aby przez część lotu trzymać większy odłamek skalny pomiędzy nimi a kierunkiem, z którego przyszedł impuls. Nie wyjaśniała każdego kroku. Tomasz zauważył zmianę dopiero na mapie.
— To ty?
— Tak.
— Mogłaś powiedzieć.
— Właśnie mówię.
Jurek usiadł przy konsoli i obserwował pasywne sensory. Przez następne czterdzieści minut nic się nie wydarzyło. Drugi impuls się nie pojawił, nie zobaczyli też okrętu ani nie dostali wezwania. Po pewnym czasie ODRA przywróciła normalną pracę systemów.
— Czyli nic? — zapytał Arek.
— Nie wiem.
— Bardzo pocieszające.
— Brak danych nie jest dowodem braku zagrożenia.
— Zapisz sobie to zdanie — powiedział Jurek.
— Po co?
— Jeszcze kiedyś będzie nam potrzebne.
Po tym incydencie Arek przestał pytać, czy warto pozostawić ODRĘ aktywną przez całą dobę. Wcześniej liczył pobór energii jej rdzenia i zastanawiał się, czy podczas dłuższych postojów nie przełączać systemu w głębszy stan uśpienia. Teraz temat zniknął.
ODRA sama wróciła do niego kilka dni później.
— Zużycie energii przez mój rdzeń wynosi mniej niż pół procent aktualnej produkcji.
Arek podniósł wzrok znad rachunków.
— Nie pytałem.
— Informacja może pomóc w dalszej analizie ekonomicznej.
Arek milczał przez chwilę.
— Mściwa nie jesteś, prawda?
— Nie.
— Dobrze.
— Pytanie było zbędne.
Jurek, który siedział obok, zakrył usta dłonią.
Z miesiąca na miesiąc ich relacja z Persefoną zmieniała się niemal niezauważalnie. Tomasz przestał mówić „ten układ” i zaczął mówić „nasz napęd”. Jurek zapamiętał, które stare konsole reagowały szybciej od nowych i w których miejscach sieć miała wojskowe obejścia. Arek zaczął przedstawiać się kontrahentom nie jako właściciel jednostki, tylko jako właściciel Persefony.
ODRA pozostawała taka sama. Pilnowała statku, czasami oszczędzała im czas albo pieniądze, raz prawdopodobnie życie, a czasami doprowadzała Arka do szału jednym słowem. Nie była przyjaciółką, lecz czymś znacznie bardziej użytecznym: częścią okrętu.
Pierwszy naprawdę dobry okres przyszedł pod koniec półrocza. Kolejne kontrakty pokrywały raty, serwis i paliwo. Nie zostawało wiele, ale przestali dokładać do każdego lotu.
Najbardziej kłopotliwym spadkiem po wojskowej przeszłości Persefony okazały się dwa Młoty stojące w zamkniętych boksach przy hangarze.
Nie były tajemnicą. Figurywały w dokumentacji sprzedaży jako ciężkie automaty ochronno-ratownicze z ograniczonym trybem bojowym. Ktoś przed demilitaryzacją odłączył część modułów uzbrojenia, zaplombował wojskowe kanały autoryzacyjne i uznał, że usuwanie kilku ton sprawnego sprzętu nie ma ekonomicznego sensu.
Arek po raz pierwszy zobaczył je podczas porządkowania hangaru.
— To są roboty bojowe?
— Formalnie? — Tomasz zajrzał do dokumentacji. — Ochronno-ratownicze.
— Wyglądają jak roboty bojowe.
— Bo są robotami bojowymi z papierem, że pomagają przy pożarach.
Jurek obszedł pierwszą maszynę dookoła. Młot miał ciężki korpus na szerokiej podstawie, dwa ramiona manipulacyjne i zamknięte osłonami gniazda, w których kiedyś znajdowała się broń.
— Możemy ich używać do pracy w hangarze?
ODRA odpowiedziała z głośnika przy suficie.
— Tak.
Arek od razu się ożywił.
— No i świetnie. Najdroższe wózki widłowe w Federacji.
— Klasyfikacja nieprawidłowa — powiedziała ODRA.
— Ale będą nosić skrzynie?
— Tak.
— To dla mnie są wózki widłowe.
Po kilku dniach pierwszy Młot przenosił elementy platformy roboczej, a drugi pomagał Tomaszowi przy ciężkich osłonach hangaru. Poruszały się powoli i z irytującą precyzją. ODRA nie pozwalała im zbliżać się do ludzi szybciej, niż przewidywały cywilne ograniczenia.
Arek szybko przestał zwracać na nie uwagę. Jurek nie. Któregoś wieczoru sprawdził, ile warstw starego oprogramowania nadal znajduje się pod cywilnym profilem obu maszyn.
— ODRA.
— Słucham.
— One naprawdę nie mają już trybu bojowego?
Krótka pauza.
— Posiadają funkcje ochrony jednostki zgodne z aktualnym statusem wyposażenia.
— To nie była odpowiedź.
— Była wystarczająca.
Jurek uśmiechnął się do terminala.
— Dobrze wiedzieć.
Zmienili wyposażenie hangaru. Kupili dwa sferyczne drony Kowadło, platformę roboczą, zestawy do cięcia, małe holowniki manewrowe i sprzęt do mapowania wraków. Zostawili przy tym zaskakująco dużo starej infrastruktury wojskowej, bo okazywała się trwała i wygodna.
Wtedy Jurek znalazł w archiwum ofertę praw do eksploracji sektora, przez który od lat nikt nie prowadził regularnych tras. Oficjalnie chodziło o stare wraki górnicze i pozostałości po wojskowych punktach przeładunkowych. Cena była niska, bo obszar leżał w niestabilnym pasie asteroid.
Arek przeczytał opis dwa razy.
— Dlaczego nikt tego nie bierze?
— Bo jest daleko, niewygodnie i latają tam kamienie — powiedział Tomasz.
— Czyli dokładnie nasze warunki.
Jurek powiększył mapę.
— Jest jeszcze coś. W starych katalogach Floty sektor przechodzi przez jeden z korytarzy, którymi po Wielkiej Bitwie o Ziemię dryfowały szczątki okrętów.
Arek przestał się uśmiechać.
— Jakich okrętów?
— Tego właśnie katalog nie mówi.
Nikt się nie odzywał.
— ODRA — powiedział w końcu Arek. — Co wiesz o tym sektorze?
— Dane historyczne są niepełne.
— Czy jest niebezpieczny?
— Tak.
— Wystarczy? — zapytał Tomasz.
Arek nadal patrzył na mapę.
— Nie.
ODRA odezwała się ponownie.
— Przewidywany koszt uszkodzeń może przekroczyć wartość standardowego kontraktu eksploracyjnego.
Jurek uniósł brwi.
— Ona właśnie próbuje przemówić ci do portfela.
Arek westchnął.
— I dlatego tam polecimy ostrożnie.
Tomasz jęknął, ale kontrakt i tak wzięli.
Rozdział 4. Rufowy cień
Pierwszy większy obiekt wykryli dopiero po czterech dniach pracy w sektorze. Nie przypominał niczego z listy wraków górniczych. Był za duży, miał zbyt regularną strukturę i zbyt wiele warstw pancerza.
Na początku był tylko nieprawidłowością w obrazie pasa. Ciemniejszą plamą przesuwającą się pomiędzy znacznie mniejszymi skałami. ODRA zaznaczyła ją żółtym obrysem, ale nie nadała klasyfikacji.
— Naturalny? — zapytał Arek.
— Prawdopodobieństwo pochodzenia naturalnego: poniżej dwóch procent — odpowiedziała ODRA.
Jurek powiększył obraz. Sygnał wracał nierówno, jakby część powierzchni pochłaniała impuls, a część odbijała go niemal idealnie. Z jednej strony obiekt miał kształt gładki i regularny, z drugiej urywał się w chaotycznym pasie metalu.
— To nie jest cały statek — powiedział.
Tomasz już przesuwał Persefonę poza płaszczyznę największego zagęszczenia skał.
— Tym bardziej nie podchodzimy prosto. Jeżeli to fragment czegoś wojskowego, może mieć jeszcze aktywne źródła energii albo pola. Jeżeli to nie jest wojskowe, tym bardziej chcę wiedzieć, co urwało coś tej wielkości.
Arek nic nie odpowiedział. Patrzył, jak żółty obrys rośnie na ekranie.
Przez ostatnie dni zbierali rzeczy, które można było nazwać łupem bez większego nadużycia: dwa sprawne manipulatory z rozbitej barki, moduł chłodzenia ze starszej serii wydobywczej i kilka skrzyń części. Dobre znaleziska. Wystarczające, żeby opłacić paliwo, postój i część raty za Persefonę.
Znalezisko było inne niż wcześniejsze łupy. Im bliżej podchodzili, tym mniej przypominało złom. Nawet oderwany fragment miał własną geometrię, pancerne żebra i warstwowe poszycie. Światło z reflektorów Persefony przesuwało się po nim zbyt wolno, żeby od razu objąć całość.
— ODRA, długość widocznego fragmentu.
— Sto czterdzieści sześć metrów w osi głównej. Pomiar obarczony błędem ze względu na deformację sekcji.
Tomasz odwrócił głowę.
— Sam kawałek ma prawie tyle, co porządny okręt.
— Dziękuję — powiedział Arek. — Właśnie miałem zacząć się cieszyć.
— To zaczekaj, aż ustalimy, czy nie ma właściciela.
— Każdy wrak ma właściciela. Pytanie tylko, czy właściciel wie, gdzie jest wrak.
— To jest dokładnie ten rodzaj zdania, który później cytuje prokurator — powiedział Jurek.
ODRA przerwała im bez zmiany tonu.
— Wykryto regularny stop metali w trzech warstwach poszycia. Konstrukcja odpowiada dawnym standardom wojskowym Federacji.
Na mostku ucichło. Tomasz zmniejszył prędkość podejścia jeszcze bardziej.
Persefona przez prawie godzinę podchodziła do niego od strony spokojniejszej części pasa. Tomasz nie chciał ryzykować osłon bez potrzeby. Arek siedział przy głównym ekranie, a Jurek porównywał odbicie z archiwalnymi sylwetkami.
Kiedy system po raz pierwszy odtworzył pełny kontur rufy, nikt się nie odezwał.
Na ekranie nie było dziobu ani środka okrętu. Tylko ogromna sekcja rufowa, odcięta po skosie i poszarpana tak, jakby ktoś rozerwał kadłub w miejscu, w którym nie powinien dać się rozerwać. Jedna burta zachowała jeszcze szerokie płaty pancerza. Druga była otwarta do wnętrza.
Na tle skalistego pasa wrak obracał się powoli, niemal dostojnie. Co kilka minut znikał w cieniu większej asteroidy, a potem wracał w światło odległego Słońca. Na moment można było zobaczyć równoległe linie pokładów, szczątki wsporników i potężne gniazda, w których kiedyś musiało znajdować się uzbrojenie.
Arek przestał liczyć, co zdarzało mu się rzadko. Oznaczenie znaleźli dopiero po wypuszczeniu dronów: D-01.
Rozdział 5. Pierwsze oględziny rufy
Przez pierwsze minuty nie próbowali nawet zgadywać, co dokładnie znaleźli. Zbyt wiele wielkich wraków z dawnych bitew zostało rozebranych, przesuniętych albo wpisanych do rejestrów pod błędnymi pozycjami. Ten miał jednak coś, czego nie dało się pomylić z cywilnym kadłubem: grubość konstrukcji. Nawet rozerwana rufa wyglądała jak fragment budynku wyrwany z miasta i wrzucony między asteroidy.
Pierwszy dron przeleciał wzdłuż zachowanej burty na wysokości kilku metrów. Kamera wyłapywała kolejne warstwy farby i osmalenia. Pod czernią po ablacji miejscami przebijała dawna szarość kadłuba. Raz pojawił się fragment białego pasa, za chwilę czerwona plama. Za mało, żeby rozpoznać znak, ale wystarczająco dużo, żeby Tomasz zatrzymał obraz.
— Cofnij.
Arek cofnął nagranie o kilka sekund. Na poszyciu, tuż pod zagiętym fragmentem pancerza, widać było resztkę znaku. Biały prostokąt przecięty czerwienią, obok niepełny ciąg liter.
— To było malowane na burcie — powiedział Tomasz.
— Nie odkrycie stulecia — odparł Jurek. — Wojskowe okręty zwykle mają oznaczenia.
— Chodzi mi o to, że nikt tego później nie przemalował. Nie ma znaków złomowania, przejęcia, numerów ratowniczych.
Jurek przybliżył obraz.
— Czyli od chwili, kiedy go urwało, prawdopodobnie nikt nie robił tu porządków.
Ta myśl sprawiła, że nawet Arek spojrzał na wrak inaczej.
Arek obserwował obraz z mieszaniną zachwytu i niepokoju. W takich chwilach zawsze pojawiała się w nim ta sama myśl: jeżeli nikt tego jeszcze nie znalazł, istnieje powód. Mógł nim być zwykły przypadek, promieniowanie albo właściciel, który za chwilę odezwie się z prawnikiem i rachunkiem.
— Trzymamy dystans — powiedział Tomasz. — Najpierw pełne mapowanie. Bez bohaterstwa.
— Kto tu mówi o bohaterstwie?
— Ty masz taki ton głosu, kiedy zaczynasz liczyć pieniądze.
Jurek nie odrywał wzroku od telemetrii. Jednocześnie z obrazem zapisywał każdy impuls radarowy, temperaturę powierzchni, ślady pola i rozkład metalu. Jeżeli wrak był tym, na co wyglądał, każdy szczegół mógł później zdecydować nie tylko o wartości znaleziska, ale o tym, czy Flota pozwoli im cokolwiek zatrzymać.
Reflektor oświetlił sporą dziurę w kadłubie, prawdopodobnie pozostałość po gnieździe uzbrojenia, może po dziale szynowym. Krawędzie były poszarpane, a część poszycia wyrwana razem z mocowaniami. Dron skierował światło do wnętrza, gdzie po drugiej stronie znajdowały się resztki śluzy.
Była wygięta do środka niewyobrażalną siłą. Metal miał brunatne przebarwienia, prawie jak rdza.
— Eksplozja? — zapytał Tomasz.
— Hm. Możliwe.
Dron poleciał dalej, w głąb części kadłuba zniszczonej przez rozerwanie. Kluczył pomiędzy wręgami wystającymi z poszycia jak żebra szkieletu wieloryba. Wokół wisiały fragmenty przewodów, panele, kawałki izolacji i elementy wyposażenia wyrwane z mocowań.
Między nimi obracały się rzeczy znacznie mniejsze: klucz z szerokim uchwytem, pęknięta kaseta narzędziowa, metalowa ramka o nieznanym przeznaczeniu i zgnieciony kubek z uchwytem przykręcanym do blatu.
Arek zatrzymał obraz na kubku.
— Tego nie bierzemy pod uwagę — powiedział Tomasz.
— Nic nie powiedziałem.
— Znam cię.
— Patrzę.
— Patrzysz jak człowiek, który właśnie wycenia kubek.
Arek westchnął.
— Dobrze. Kubek zostaje.
Jurek uśmiechnął się bez odrywania wzroku od danych.
— Wielkoduszność.
Kilka razy musiał cofać. Raz obrócił się niemal bokiem, przeciskając pomiędzy dwiema wygiętymi belkami.
W końcu znaleźli wejście do korytarza. Z sufitu zwisały całe zwoje przewodów. Poszarpane panele ścienne sterczały pod dziwnymi kątami. Oderwane elementy wyposażenia tarasowały przejście.
Po kilku minutach dron dotarł do grodzi. Była zamknięta. Farba na jej powierzchni złuszczyła się i miejscami odpadła całymi płatami, ale napis nadal dało się odczytać.
Tuż obok napisu znajdował się jeszcze jeden, mniejszy. Litery były prawie starte. Jurek wyostrzył obraz kilka razy, aż algorytm odtworzył brakujące fragmenty.
SEKCJA RUFOWA — DOSTĘP TECHNICZNY
Poniżej ktoś kiedyś przykleił małą, już niemal bezbarwną naklejkę. Został z niej tylko zarys ptaka z rozpostartymi skrzydłami i kilka liter, których nie dało się odczytać.
Tomasz przybliżył kamerę.
— Załoga robi takie rzeczy nawet na okręcie wojennym.
— Jakie rzeczy?
— Przykleja głupoty tam, gdzie regulamin zabrania.
Jurek pokiwał głową.
— Czyli ludzkość przetrwała.
ŚLUZA NR 3
MASZYNOWNIA
Arek przeszedł na sterowanie precyzyjne. Dron podszedł bliżej grodzi, zwolnił niemal do zera i przyczepił się do poszycia mocowaniami magnetycznymi. Wysunął manipulator i zaczął szukać dostępu do sterowania śluzy.
W tym samym czasie drugi dron, nadzorowany przez Tomasza, kontynuował mapowanie wraku.
Tomasz po kilku minutach oddał większość sterowania systemowi AI. Ilość obiektów wokół była zbyt duża, żeby człowiek mógł śledzić wszystko jednocześnie. Asteroidy obracały się wokół własnych osi, drobniejsze fragmenty skał zmieniały położenie, sam wrak również powoli rotował.
Dron obleciał rufową część „Żółkiewskiego” i dotarł do przeciwległej burty.
Tutaj uszkodzenia wyglądały inaczej. Pancerz był rozerwany od zewnątrz. W wielu miejscach poszycie zostało wgniecione głęboko do środka, gdzie indziej całe jego fragmenty zniknęły, odsłaniając wręgi i wnętrze okrętu. Metal był osmalony i stopiony na krawędziach.
— To nie eksplozja od środka — powiedział Tomasz.
— Ostrzał?
— Na to wygląda.
Dron przesunął światło po kolejnej wyrwie. Przez dziury w kadłubie było widać zniszczone wnętrze: poszarpane pokłady, przewody, belki konstrukcyjne i resztki pomieszczeń.
— Czymkolwiek go wtedy trafili, musiało mieć piekielną siłę.
Tomaszowi nie udało się wejść głębiej. Przetopione fragmenty metalu zastygły w dziwnych kształtach, niczym stalaktyty skierowane we wszystkie strony. Powyginane wręgi, zerwane panele i resztki konstrukcji tworzyły zaporę, przez którą dron nie miał szans się przecisnąć.
— Jak promieniowanie? — zapytał Arek.
— W normie.
— Musimy ściągnąć schematy tego czegoś. Poszukajmy w archiwach.
Rozdział 6. Śluza, plan okrętu i skala „Żółkiewskiego”
Dron Arka utknął przy śluzie z wtyczką wsuniętą w stare gniazdo serwisowe, próbując rozgryźć system dostępu. W końcu zostawili to ODRZE.
Ich własna SI przejęła kolejne próby. Co jakiś czas na ekranie pojawiała się nowa sekwencja, system odpowiadał błędem, następowało przeładowanie i wszystko zaczynało się od początku. Największym problemem był brak zasilania. Każda próba uruchomienia zamka wymagała obejścia kolejnego zabezpieczenia i podania energii bezpośrednio z drona.
Nie mając chwilowo nic lepszego do roboty, przerzucili na główny ekran plan ciężkiego krążownika.
Pełna sylwetka „Żółkiewskiego” zajęła niemal całą powierzchnię monitora. Pokłady, maszynownie, magazyny, hangary, szyby komunikacyjne i stanowiska uzbrojenia składały się na konstrukcję znacznie większą, niż sugerował oglądany z zewnątrz fragment rufy.
Plan nie był szczegółowym projektem stoczniowym. Publiczne archiwum pokazywało tylko układ głównych sekcji, ale nawet to wystarczało, żeby zmienić skalę znaleziska.
Rufa, która z zewnątrz wydawała się ogromna, na pełnym modelu była jedynie końcem konstrukcji. Przed nią znajdowały się pokłady dowodzenia, hangary, przedziały bojowe, magazyny, sekcje desantowe i część dziobowa, która nie istniała już w ich sektorze.
Arek obracał model palcem.
— Ile ludzi tam służyło?
Jurek wszedł głębiej w archiwum.
— Zależy od etapu służby. Pełna lista nie jest publiczna. Kilkuset z personelem bojowym i desantem.
Arek spojrzał na rzeczywisty wrak za oknem.
— A my mamy trzy osoby i statek, na którym połowa mesy stoi pusta.
— I już narzekasz na rachunki — przypomniał Tomasz.
— Dlatego potrafię docenić skalę problemu.
— Daj widok z góry — powiedział Tomasz.
Jurek obrócił model. Tomasz sięgnął po flamaster i przeciągnął po ekranie nierówną linię. Przecinała kadłub ukośnie, miejscami cofnięta, w innych wysunięta do przodu. Z grubsza odzwierciedlała kształt rozerwania widoczny na mapie wraku.
— Mniej więcej tutaj.
Cofnął się o krok.
— Jeśli dobrze go zorientowaliśmy, wszystko za tą linią odleciało razem z rufą.
Przesunęli linię jeszcze dwa razy, porównując model z mapą dronów. Za każdym razem wynik był podobny. W odnalezionym fragmencie zachowały się nie tylko napędy i maszynownia. Była część dawnych pomieszczeń załogi, podręczne magazyny, fragment sekcji bojowej i kilka pionowych szybów komunikacyjnych.
Jurek zaznaczył je kolejno.
— Jeżeli uszkodzenia wewnętrzne nie są gorsze niż na mapie, mamy więcej niż jedną drogę wejścia.
— I więcej niż jedną drogę, żeby utknąć — powiedział Tomasz.
— Optymista.
— Mechanik.
Jurek nachylił się nad monitorem, odnalazł schemat Persefony i przerzucił go na ekran główny.
— Co robisz? — zapytał Tomasz.
— Chcę porównać z naszą konstrukcją.
Schemat Persefony podświetlił się na niebiesko na tle konturów „Żółkiewskiego”. Ich lekki krążownik był wyraźnie mniejszy i znacznie smuklejszy od starej ciężkiej jednostki dowodzenia.
— Ile on właściwie miał długości? — zapytał Tomasz.
Jurek odnalazł dane techniczne.
— Trzysta czterdzieści dwa metry. Masa bojowa około czterystu tysięcy ton.
Arek zagwizdał.
— Fiu, fiu. Kawał żelaza.
Tomasz spojrzał na niebieski kontur Persefony.
— A nam się wydawało, że mamy duży statek.
Nałożone na siebie sylwetki obu jednostek uwydatniały różnicę skali. Persefona wyglądała przy D-01 niemal lekko, jakby należała już do innej epoki budowania okrętów.
ODRA odezwała się z głośnika.
— Konstrukcja D-01 posiadała znacząco większy zapas odporności strukturalnej niż Persefona.
Arek popatrzył w górę.
— Dziękuję. Bardzo potrzebowałem, żebyś obraziła mój statek.
— Nie była to ocena wartościująca.
— Jeszcze gorzej.
Tomasz uśmiechnął się.
— Przyzwyczaj się. Właśnie znaleźliśmy coś starszego, większego i grubszego od twojej dumy.
— Nadal płacisz połowę rachunków za Persefonę.
— Dlatego mówię z szacunkiem.
Rozdział 7. Historia okrętu na ekranie
Nazwa „Żółkiewski” zmieniła atmosferę na mostku bardziej niż oznaczenie D-01.
Nawet Arek ją znał. Nie z wojskowych opracowań, lecz ze starych materiałów historycznych, filmów i szkolnych rekonstrukcji Wielkiej Bitwy o Ziemię. „Żółkiewski” należał do okrętów, które przestały być tylko sprzętem. W pamięci ludzi funkcjonował jak miejsce bitwy.
Jurek przewijał kolejne archiwalne zdjęcia. Okręt w stoczni. Załoga ustawiona na tle burty. Ciężkie baterie, których teraz nie było. Zdjęcie Konrada Orła przy stanowisku dowodzenia. Potem obrazy gorszej jakości, pochodzące z samej bitwy.
Na jednym z wcześniejszych zdjęć „Żółkiewski” stał jeszcze w doku. Kadłub był czysty, poszycie nie nosiło śladów walki, a przy dolnej rampie ustawiło się kilkadziesiąt osób. Nie wszyscy patrzyli w obiektyw. Ktoś z tyłu unosił rękę z kubkiem, dwóch techników rozmawiało między sobą, oficer po lewej poprawiał kołnierz munduru.
Arek powiększył fotografię.
— To z oficjalnego archiwum?
— Tak.
— Kto pozwolił zostawić zdjęcie, na którym połowa załogi nie stoi na baczność?
— Prawdopodobnie ktoś, kto już nie żyje — powiedział Jurek.
Tomasz nie skomentował żartu. Patrzył na fotografię dłużej niż pozostali.
— Na wraku mogą być ich rzeczy.
— Jeżeli zgłosimy to od razu, przyjadą i nas stąd wyrzucą — powiedział Arek.
Tomasz spojrzał na niego ostro.
— Jeżeli nie zgłosimy i ktoś się dowie, mogą zabrać nam koncesję.
— Nie mówię, że nie zgłosimy. Mówię, że najpierw musimy wiedzieć, co znaleźliśmy.
Jurek zatrzymał ostatni kadr. Widać było na nim uszkodzony kadłub D-01 wbity w obcą konstrukcję.
— I czy w ogóle mamy prawo cokolwiek stąd wynieść.
Arek popatrzył na historyczne zdjęcie, potem na ciemną bryłę za oknem projekcyjnym.
— Mamy prawo zrobić dokumentację. Od tego zaczynamy.
Tomasz otworzył archiwum i odszukał hasło dotyczące D-01.
Publiczne opracowanie było krótkie. Bohaterskie, czyste i pozbawione większości szczegółów, jak wiele tekstów pisanych długo po wojnie. Podawało daty, nazwiska dowódców, klasy okrętów i końcowy rezultat. Niewiele mówiło o ludziach, którzy byli wewnątrz, kiedy stal zaczęła się łamać.
Jurek przełączył się na starsze materiały. Znalazł fragment kroniki z pierwszych lat po bitwie. Wypowiadał się w niej siwowłosy pilot, którego nazwiska nie zapamiętali. Mówił o D-01 tylko przez kilkanaście sekund.
„Kiedy Żółkiewski wszedł w Kulę, wszyscy wiedzieliśmy, że już z niej nie wyjdzie. I polecieliśmy dalej, bo właśnie po to to zrobił.”
Nagranie urwało się przy zmianie kadru. Nikt na mostku Persefony przez chwilę nic nie mówił. Arek w końcu zamknął materiał.
— Dobra. Bez robienia z tego muzeum na żywo. Najpierw sprawdzamy, co tam naprawdę jest.
— ORP D-01 „Żółkiewski”. Ciężki krążownik. Jedna z pierwszych dużych jednostek polskiej floty międzygwiezdnej. Okręt flagowy komandora Konrada Orła.
— Czytaj dalej — powiedział Arek.
— Wielka Bitwa o Ziemię. „Żółkiewski” staranował Kulę Twórców i zakleszczył się w jej konstrukcji. Potem rozpoczął się abordaż. Dalej jest o utracie mostka i rozerwaniu kadłuba.
Przesunął tekst niżej.
— Okręt uznano za zniszczony. Komandor Konrad Orzeł poległ. Brak sygnatur życia.
Niżej znajdowała się krótka adnotacja o niezidentyfikowanych fragmentach wraku, które po bitwie zeszły z głównej strefy poszukiwań. Większość uznano za zniszczoną albo przechwyconą przez pola szczątków.
Rufy D-01 nie wymieniono osobno. Jurek zestawił dawny szkic trajektorii z ich aktualną pozycją.
— Mogła dryfować latami. Potem weszła w pas, kilka razy zmieniła tor od bliskich przejść dużych skał i po prostu zniknęła z map.
— Nikt jej nie szukał? — zapytał Arek.
— Szukali. Tylko wtedy wokół Ziemi i dalej były tysiące ton szczątków, zaginione jednostki, uszkodzone stacje i ludzie do ratowania. Po jakimś czasie szuka się żywych, nie rufy.
Tomasz spojrzał na ciemną bryłę wirującą w obrazie z kamery.
— A ona czekała.
Arek niczego nie dopowiedział. Zapadła cisza. Na drugim ekranie powoli obracała się znaleziona rufa.
— Czyli nikt tego nie znalazł — powiedział Arek.
— Albo znalazł i nikomu nie powiedział — odparł Jurek.
Rozdział 8
„Kopalnia złota”
Arek nie traktował historii jako czegoś świętego w sposób, który wykluczał handel. Dla niego przedmiot mógł jednocześnie mieć znaczenie historyczne i cenę. Jedno nie kasowało drugiego. Stary hełm z nazwiskiem człowieka poległego na D-01 był częścią historii. Był też czymś, za co muzeum, kolekcjoner albo fundacja mogły zapłacić więcej niż za nowy samochód.
Nie uważał się przy tym za grabieżcę. Grabieżca brał coś dlatego, że mógł, i znikał. Arek chciał wiedzieć, skąd przedmiot pochodzi, komu należał i czy wolno go sprzedać. Dopiero potem interesowała go cena. Czasami ta kolejność irytowała Jurka, bo Arek potrafił przez pół dnia przekonywać wszystkich, że chodzi o dokumentację, a przez drugie pół wyliczać możliwy zysk.
Teraz jednak nawet on rozumiał, że D-01 jest inną kategorią znaleziska. To nie była porzucona barka ani magazyn po zamkniętej kopalni. Wrak należał do historii, którą ludzie nadal znali z nazwiska.
Tomasz miał do tego bardziej techniczne podejście. Interesowało go wszystko, czego nie produkowano już od dziesięcioleci i czego konstruktorzy Persefony nie przewidzieli w cywilnej konfiguracji. Jurek natomiast patrzył na oznaczenia systemów. Stare wojskowe komputery były dla niego mniej romantyczne niż dla Arka, ale znacznie ciekawsze.
— Ustalamy jedną rzecz — powiedział Tomasz. — Ciała zostawiamy. Jeżeli trafimy na załogę, żadnego grzebania przy wyposażeniu.
Arek skinął głową bez dyskusji.
— Dokumentujemy i zgłaszamy.
— I żadnego wycinania tabliczek z grodzi tylko dlatego, że ktoś za nie zapłaci.
— Tabliczki, które da się odkręcić, są czym innym — powiedział Arek.
— Nie zaczynaj — powiedział Tomasz.
— Tylko ustalam granice.
— Granica jest bardzo prosta. Jeżeli coś jest częścią miejsca śmierci człowieka, nie ruszamy.
Arek spoważniał.
— Zgoda.
Jurek odłożył tablet.
— A rzeczy osobiste?
— Dokumentujemy — odpowiedział Tomasz. — Jeśli znamy właściciela, zgłaszamy. Jeżeli nie, też zgłaszamy.
— Czyli bogactwo oddajemy administracji.
— Nie. Ustalamy, co jest legalnym odzyskiem, a co czyjąś własnością albo pamiątką po poległym.
Arek wzruszył ramionami.
— I dlatego potrzebujemy dobrej dokumentacji. Żeby później nikt nie uznał, że wywieźliśmy pół pomnika.
— Za kogo ty mnie masz?
— Chcesz wersję krótką czy uczciwą? — zapytał Jurek.
Arek pokazał mu środkowy palec, wrócił do nagrania, przesunął obraz na boczny monitor i cofnął zapis do momentu, w którym drugi dron zaglądał w jeden z korytarzy.
Wszystko, co robiły urządzenia, było rejestrowane. Obraz, telemetria, pomiary, trasa lotu. Mogli później odtworzyć każdy fragment eksploracji, sprawdzić coś jeszcze raz albo wysłać drona dokładnie w to samo miejsce.
Arek zatrzymał obraz i zrobił kilka przybliżeń. Na ścianach pozostały uchwyty, fragmenty paneli i skrzynki serwisowe. Na części wyposażenia wciąż można było dostrzec oznaczenia.
— Panowie, mamy przed sobą kopalnię złota.
Powiedział to jeszcze raz, ale tym razem ciszej. Obraz na monitorze zatrzymał się na wnętrzu korytarza, w którym pod ścianą wisiała mała metalowa szafka. Drzwiczki były otwarte. W środku nadal znajdowała się przypięta taśmą butelka i zwinięty kawałek materiału.
Nic wartościowego. A jednak właśnie ten obraz zatrzymał ich dłużej niż widok grubych płyt pancerza.
— Tam naprawdę wszystko zostało tak, jak było — powiedział Jurek.
— Nie wszystko — odpowiedział Tomasz. — Kadłuba brakuje.
Arek wyłączył powiększenie.
— Dlatego zaczynamy od małych rzeczy i od miejsc, które nie wyglądają jak groby. Jeżeli trafimy na ludzi, przerywamy i dokumentujemy. Bez dyskusji.
Jurek spojrzał na niego, unosząc brwi.
— Złoto dawno przestało być szczególnie opłacalne.
— To była metafora.
Tomasz parsknął śmiechem. Arek powiększył kolejny fragment obrazu.
— Chłopaki, przecież doskonale wiemy, czego szukamy. Wszystko, co da się zabrać i ma etykietę, grawer, tabliczkę znamionową, nazwę okrętu, oznaczenie jednostki albo nazwisko członka załogi, może być warte majątek. Nie sam metal. Pochodzenie.
Przesunął palcem po schemacie „Żółkiewskiego”.
— Tutaj mamy magazyny. Dalej część sekcji bojowych. Przy maszynowni powinny być podręczne magazyny części i warsztaty. Tu są pomieszczenia załogi. To wszystko trzeba sprawdzić.
— Czyli nie wyrywamy pół okrętu — powiedział Jurek.
— Na razie nie. Małe i średnie rzeczy. Takie, które możemy przenieść na Persefonę. Jeżeli znajdziemy coś z nazwą „Żółkiewski”, numerem D-01 albo oznaczeniem konkretnego człowieka z załogi, bierzemy pod uwagę.
Tomasz patrzył już nie na schemat, lecz na obraz obracających się wokół wraku skał.
— Problem jest gdzie indziej. Jak mamy to wszystko wyciągać w tym pasie latających kamieni? Najpierw trzeba jakoś ruszyć ten wrak i przeciągnąć go w spokojniejsze miejsce.