Wszystkim Gryzoniom, tym małym i tym dużym
Rozdział 1 Nadgryzione ucho
Mini nigdy nawet nie marzyła, że spotka ją takie szczęście. Miała mamę, wymarzony dom, a teraz także upragnionego tatę. Niby wszystko było w jak najlepszym porządku, ale to nadgryzione ucho Mlecza ciągle nie dawało jej spokoju. Cały czas zastanawiała się, kto lub co mogło to zrobić. Wygłodniały kot? Pies? Chomik z wielkim apetytem? Czy on sam z głodu posilił się własnym uchem? Mógł to zrobić?
Chomiczka zaczęła się zastanawiać, jak mogło smakować takie ucho? Skoro Mlecz zjadł kawałek, musiało być smakowite. Chociaż nie zjadł całego, więc wcale niekoniecznie. Poruszyła małym, okrągłym uszkiem, walcząc z chęcią jego spróbowania. Kiedy zbliżyła do niego swoje ząbki, wydarzyło się coś niedobrego. Okazało się, że nie daje rady dosięgnąć. Ucho wyrosło za wysoko. Jak tak mogło? Foch! Mini skrzyżowała łapki z nadąsaną miną. I chciała gniewać się na uszko cały tydzień. Nie, nie cały tydzień, cały miesiąc, a nawet rok! Tak, cały rok zamierzała się na nie gniewać. Niegrzeczne ucho. No, no, zagroziła mu miniaturowym paluszkiem.
Nie dotrwała w tym postanowieniu nawet minuty, bo do jej morelowej główki wpadł inny pomysł. Skoro ucho wyrosło tak wysoko, musiała tylko przesunąć je niżej, tak żeby je mogła ugryźć. Zachęcona genialnym pomysłem zaczęła ciągać i szarpać uszkiem, lecz to dzielnie z nią walczyło. Skoro nie to, to może drugie dałoby się przesunąć? Niestety drugie też nie zamierzało z nią współpracować.
Mini pogniewała się na swoje ucho. I to nie na żarty. Tylko, na które powinna się tak naprawdę gniewać? Mlecz miał ugryzione tylko jedno, więc gniewanie się na oba nie było dobre, bo gdyby one również się pogniewały, mogłyby przestać słuchać. Które więc wybrać? Mogłaby zrobić losowanie. Raz, dwa, trzy, na to ucho gniewasz się ty! Mini podskoczyła uradowana wymyśleniem odpowiedniej wyliczanki. Niestety, gdyby zaczęła liczyć od drugiego ucha, wypadłoby na to przeciwne. Mini westchnęła.
Gniewanie się jest takie trudne, pomyślała z rezygnacją. A skoro nie miała już sił na gniewanie, mogła się skupić na nadgryzionym uchu taty. Najpierw jednak swoje uszka nazwała Słuchaczkami. Zaśmiała się, będąc dumną ze znalezienia fajowej nazwy.
Mini, patrząc na ucho taty, uświadomiła sobie pewien fakt. Skoro ona nie mogła dosięgnąć swojej Słuchaczki, to Mlecz powinien mieć podobny problem. Czy to oznaczało, że wcale nie zjadł sobie ucha? Skoro nie on, więc kto? Mini zmrużyła podejrzliwie diamenciki, drapiąc przy tym brodę. Zaśmiała się, czując tam łaskotki.
— Tato, a dlaczego masz nadgryzione ucho? — zapytała.
Mlecz spojrzał na nią z góry. Po Mini spodziewać się powinien każdego pytania, a mimo to zdziwił się niezmiernie. Trwało to dość długo, w małej główce prawie milion lat, zanim Mlecz odpowiedział. Mini w tym czasie zdążyłaby okrążyć swój dom tysiąc razy, do tego odwiedzić kreta Teodora i jeszcze ugotować serową zupę razem z Białusiem. Mlecz musiał odpowiedzieć, bo przecież teraz został jej tatą, a tatowie powinni odpowiadać na wszystkie pytania swoich dzieci. Nawet te najtrudniejsze jak chociażby nadgryzione ucho.
— Mini, jutro odpowiem, dobrze? — powiedział bardzo łagodnie. — Teraz musimy pomóc naprawić szkody.
No dobra, miarka się przebrała. Gdyby inni usłyszeli jego ton, na pewno zdziwiliby się ogromnie. Zawsze mało rozmowny, ponury Mlecz, tym razem łagodny jak baranek. Baranek? Przecież Mlecz był chomikiem, nie baranem. Czy w takim razie myśląc o nim w ten sposób, Mini go przezywała? Przezywaczka jedna, pomyślała.
Gdy Mini razem z Mleczem i Pianką wrócili na poddasze po spotkaniu ze szczurem, mieszkańcy przestali naprawiać szkody po burzy. Całe szczęście ta szybko przeszła, zostawiając Tajemnicze Poddasze w spokoju. Mini wiedziała, dlaczego tak szybko zrezygnowała. Najzwyczajniej w świecie przestraszyła się jej zionącego ogniem, czarnego smoka Lucka, na którego grzbiecie dzielnie walczyła już z dymem kominowym i oczywiście ptakami z zagiętym dziobem. Skoro ona sama wolała nie zadzierać z samą sobą, to jakaś tam burza tym bardziej.
— Jutro? — zdziwiła się Mini. — Tak ważne pytanie nie może czekać do jutra.
Pianka złapała ją za łapkę.
— Chodź, Mini — powiedziała. — Dość tych wrażeń na dzisiaj. Musisz teraz dobrze się wyspać, żeby jutro mieć siły pomagać.
— Będę mogła pomóc w sprzątaniu?
— Oczywiście. Ucho do jutra nie ucieknie.
Mini niekoniecznie podzielała zdanie mamy. Co, jeśli nadgryzione ucho jej taty ma nogi i ucieknie? Chcąc nie dopuścić do ucieczki, Mini zagroziła mu palcem.
— Nawet nie próbuj uciekać — ostrzegła nadgryzione ucho.
Mlecz się zaśmiał, masując jej główkę. Mini bardzo dobrze się poczuła, pierwszy raz widząc uśmiech na twarzy chomika z zapałką. Właśnie, zapałka! Musiała zdobyć nową. Chociaż jej tatko na pewno tęsknił za starą, która przepadła za szczeliną w drzwiach. Nadgryzione ucho mogło jeszcze chwilę poczekać. Jeśli Mlecz zobaczy swoją zapałkę, na pewno od razu opowie jej, kto zjadł jego ucho. I z takim nastawieniem zgodziła się pójść z Pianką.
Komoda z mieszkankiem Mini leżała jeszcze na podłodze, dlatego dzieci zebrały się w starym tapczanie. Dziwnie było spać w szkole, ale widząc obok Słoneczko i inne maluchy, Mini postanowiła nie marudzić. Czując na główce przyjemne głaskanie, ułożyła się wygodnie na Piance. Jak miała teraz zasnąć? Po takich wydarzeniach? Przed chwilą Zgrzyt chciał ją zjeść, straszna burza nawiedziła poddasze, a ucho pozostało tajemnicą. Kto by po czymś takim zasnął? No kto? Na pewno nie Mini. Westchnęła i zasnęła.
Rozdział 2 Szalony rozumek
Głośne szuranie obudziło Mini następnego dnia. Aż podskoczyła wystraszona, wskakując na śpiącą obok Słoneczko. Pianki już nie było. Mini sturlała się po przyjaciółce w sam kąt, lądując ostatecznie na pyszczku. O mały włos a jej przednie siekacze, które już całkiem sporo urosły, wbiłyby się w podłogę tapczanowej szkółki. Uf, odetchnęła z ulgą, mając przed oczkami obraz siekaczy Mokrusia. Pamiętała jak pierwszego dnia, kiedy przybyła na poddasze, niebędące jeszcze wtedy ani magicznym, ani tajemniczym, takim po prostu zwykłym, Mokruś ciął falbany. Nie użył do tego nożyczek, tylko swoich zębów! Poruszały się do przodu i do tyłu, robiąc głośne ciach-ciach.
Chomiczka zaśmiała się na samą myśl, nazywając Mokrusia Ciachaczem. Podrapała paluszkiem pyszczek, bo pasował też do niego Nożyk, Nożyczek, Siekacz, Ruchomek, Wykrojnik, Ciacho, Ciastek, Falbanek, Nacinacz, Wycinacz, Mieczyk, Ząbek i Rozcinacz.
Jej główka tak mocno się rozpędziła w tym wymyślaniu, że normalnie Mini musiała ją łapać w łapki, żeby przypadkiem nie popędziła dokoła tapczanu jak pies ganiający swój ogon. Nie dość, że narobiłaby hałasu, obudziła pozostałe dzieci, to jeszcze mogłaby całkiem przypadkiem, nie specjalnie, wywiercić dziurę w podłodze, jak wiertarka. Taka burcząca, kręcąca i pewnie brudna od pyłów. Niestety jej rozumek wciąż działał. Pędził jak najszybszy samochód świata. Taki błyszczący, no bo Mini oczywiście była gwiazdą.
Kończąc nazywanie Mokrusia, zaczęła nazywać siebie. Wiertarka! Kręcioł! Bączek! Szalonka! Rozpędzonka! Pędzik! Zakrętas! Wkrętas! Wkrętak!
Mini zaczęła podskakiwać, a jej oczka uderzać o siebie. Jak dwie piłeczki wrzucone do małego pojemnika. No i jak miała się teraz zatrzymać? No jak?
Świderek! Śrubka! Śmigas! Kołowrotek! Kotek!
— Kotek? — zdziwiła się Mini.
— Co robisz? — zapytała Słoneczko, stając tuż za nią.
Mini podskoczyła wystraszona, lądując na pyszczku. I całe szczęście to wystarczyło, aby zatrzymać jej szalony rozumek.
— A nic takiego — odpowiedziała, wstając z podłogi. — Rozumek mi się rozszalał.
— Udało ci się go uspokoić?
Mini pokiwała główką, niekoniecznie pewna tego, czy rzeczywiście udało się jej uspokoić rozumek. Złapała prędko przyjaciółkę, żeby w razie czego nie popędziła razem z główką dookoła tapczanu. Gorzej, jeśli porwałaby Słoneczko ze sobą. Wtedy to by było. Pędziki dwa. O nie, znowu to powiedziała! Zacisnęła diamenciki, lecz nic się nie stało. Żaden błyszczący samochód nie popędził w świat. Żadna wiertarka nie zaburczała. Odetchnęła więc z ulgą i razem z żółtą chomiczką wyszły ze szkółki, ale nie głównym wejściem, a wspięły się na szczyt tapczanu.
Na poddaszu wszyscy dorośli pracowali już przy naprawianiu zniszczeń powstałych po burzy. Jedni odsuwali puszki, toczyli butelki, zbierali inne drobne rzeczy. Robili to zbyt wolno, dlatego potrzebowali pomocy Mini. I już miała ruszyć z odsieczą, kiedy usłyszała głos przyjaciółki. Znalazła wystającą sprężynę i odbijając się od niej, podskakiwała coraz wyżej. Pomoc w sprzątaniu nie zając, nie ucieknie, pomyślała Mini i dołączyła do Słoneczka.
Skacząc raz po raz, próbowała doskoczyć do wiszącej pod sufitem łódki. Dlaczego wisiała akurat tam? Dlaczego tylko Ogórek i Czwartek w niej mieszkali, i nikt inny? Przecież była ogromna. Mogłaby pomieścić nawet gospodarza i jego kota.
I tak skacząc ku dachowi, zerknęła na schody. W jednej chwili przypomniała sobie o swojej misji. Miała odzyskać Mleczową zapałkę. Chcąc zrobić to samej, okłamała przyjaciółkę, że musi skorzystać z toalety. Tak naprawdę przemknęła niepostrzeżenie do schodów. Odruchowo zerknęła na poręcz. Mlecza tam nie było, dlatego bez przeszkód dotarła do szczeliny w drzwiach zakazanej części poddasza. Ciarki przeszły jej po plecach, strosząc futerko. Mogłaby nazywać się teraz Jeżyk, Wstrząsik albo Dreszczyk.
Zajrzała z daleka w szczelinę, zapytując:
— Jesteś tam, panie szczurze?
Rozdział 3 Zapałka
Malutkie serduszko Mini uderzało jak szalone. W którymś momencie zaczęło tak ją denerwować, że z chęcią by jemu powiedziała, żeby tak jej nie kopało, bo zaraz mu odda. Mini nigdy nikogo nie kopnęła, bo przecież tak nie wolno, ale w tej sytuacji myślała tylko o tym. Może serduszko po takim kopniaku nauczyłoby się grzeczności. I kiedy szykowała już nóżkę do kopniaka, po drugiej stronie drzwi coś się poruszyło. Chwilę później za szczeliną pojawił się Zgrzyt.
— Bezogoniasta — powiedział szczur.
— Kto się przezywa, ten tak samo się nazywa — odpowiedziała Mini. — A tak w ogóle, to chomiki też mają ogony, tylko takie małe.
Najchętniej obraziłaby się na szczura, ale przecież miała misję do wykonania. Co by było, gdyby potem on się obraził? Mini miałaby wtedy problem. Zapewne nie oddałby jej zapałki, a w tej chwili to ona była tym, czego potrzebowała najbardziej. Dlatego zmarszczyła tylko nosek, myśląc, że wygląda groźnie.
— Przyszłaś na obiad czy na kolację? — zapytał Zgrzyt.
— Jest za wcześnie na obiad — poinformowała Mini. — Jeszcze śniadania nie zjadłam.
— Odważna jesteś — stwierdził tamten. — Wczoraj prawie cię zjadłem, a tu proszę, mija noc i znowu do mnie przychodzisz.
— Mam sprawę.
— Sprawę do mnie? — zdziwił się szczur.
— No a do kogo innego, głuptasie?
W sumie bardziej pasowało do niego głupszczurku niż głuptasie.
Zgrzyt się zaśmiał.
— Co to za sprawę ma do mnie bezogoniasta?
Mini zaczęła się zastanawiać, w jaki sposób przekonać szczura do oddania zapałki. Wczoraj chciał ją zjeść, więc na pewno należał do tych wrednych. A wredoty są przecież wredne. To takie normalne.
— Coś u ciebie zostawiliśmy, panie Zgrzycie — powiedziała chomiczka. — Chciałabym to odzyskać.
— Ach tak. A co takiego zostawiłaś?
— Zapałkę.
Szczur znowu się zaśmiał. Mini pomyślała, że też to zrobi i zaśmiała się razem z nim. Szczur był brzydki i śmiał się brzydko. Zupełnie jakby najadł się kłaków tego kocura z dołu. Mógłby nazywać się Kłaczek.
— Tę, którą mnie oślepiliście? — upewnił się szczur.
— Oj tam, oj tam. — Mini machnęła łapką. — Chciałeś nas zjeść.
— Co dostanę w zamian? — spytał Zgrzyt.
— Yyy, uśmiechnę się i powiem „dziękuję”?
— Zgoda. Ale bolą mnie teraz oczy po tej waszej zapałce i słabo widzę. Musisz wejść i znaleźć ją sama.
— A nie zjesz mnie?
— Jadam tylko obiady, a przecież teraz pora na śniadanie.
Mini podrapała swój nosek. Zastanowiła się, czy może zaufać szczurowi. Wczoraj chciał ją zjeść, no ale wtedy była pora obiadowa, a nawet kolacjowa. Teraz wstał nowy dzień, także śniadanko szczura nie interesowało. Pokiwała więc główką i ruszyła do szczeliny. Całe szczęście zatrzymał ją głos taty, bo strach pomyśleć, co by się stało.
— Mini! Co robisz?
Mlecz szybko odciągnął ją od szczeliny w drzwiach.
— Kombinuję — odpowiedziała mała chomiczka.
— Co takiego? — zdziwił się Mlecz. — Kombinujesz?
— Nooo tak. Bo wiesz tato, chciałam odzyskać twoją starą zapałkę. Nie chciałeś wczoraj opowiedzieć mi o swoim uchu, więc pomyślałam sobie, że kiedy odzyskasz zapałkę, będziesz tak szczęśliwy i wreszcie powiesz, jak zjadłeś sobie ucho. A dobre było? Smakowało jak ser? Chciałam wczoraj spróbować swoje, ale nie dosięgłam. Jak to zrobiłeś? Użyłeś drabiny? A długa była? A skąd ją wziąłeś? Mamy na poddaszu drabinę? A czy…
Mlecz zatkał łapką jej pyszczek.
— Mini. Żadna zapałka nie jest tak ważna, jak ty. Rozumiesz? Ten szczur by ciebie zjadł. Zrobiłby cap i tyle. Co bym wtedy bez ciebie zrobił? Co by zrobiła Pianka? Nie możesz tu przychodzić. Nie możesz z nim rozmawiać. To Zgrzyt odgryzł mi ucho.
— Nie zjadłeś go sam? — zdziwiła się Mini, chociaż tak naprawdę, po próbach ze swoim uchem, wykluczyła taką możliwość. — Ale jak on? Przecież przyszedłeś tutaj już z takim uchem. Słoneczko tak mówiła.
— Pamiętasz, jak mówiłem o swojej ucieczce od tamtego chłopca? — zapytał Mlecz.
Mini potwierdziła mrugnięciem diamencików. Przypomniała sobie, jak powieki walczyły z nią dzień wcześniej. Wtedy odbyły się dwie rundy. Nadszedł czas na trzecią.
— Po kilku tygodniach trafiłem na poddasze — mówił dalej Mlecz. — Nikt mnie nie przyprowadził. Sam znalazłem to miejsce, przypadkiem. Pomyślałem, że poddasze starego domu to idealne miejsce do zamieszkania. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że jest zamieszkałe. Nie znałem też prawdziwego wejścia, dlatego wdrapałem się po rynnie, trafiając do zakazanej części. Spotkałem tam Zgrzyta. Udało mi się przed nim uciec, ale zdążył mnie ugryźć w ucho. Wyszedłem przez szczelinę i takim sposobem znalazłem się na…
— Na Tajemniczym Poddaszu — dopowiedziała Mini.
— Może być i tak. Widzisz, nie bez powodu tak bardzo cię strofowałem, żebyś nie interesowała się tym miejscem.
— Mniam, mniam. Pyszne było uszko — odezwał się szczur za drzwiami.
— Zjadłeś ucho mojemu tacie! — zdenerwowała się Mini. Wyszczerzyła wrogo ząbki. — Uważaj teraz na siebie, Kłaczku. Mam na ciebie oko.
Zgrzyt zaśmiał się głośno i zniknął po swojej stronie poddasza.
— Nie potrzebuję żadnej zapałki — przyznał Mlecz. — Potrzebuję ciebie. Jesteś moją córeczką. Zapamiętaj to.
Mini wtuliła się w Mlecza.
— Kocham cię, tatusiu.
— Ja ciebie też, córeczko.
Wrócili na poddasze, gdzie czekała już na nich Pianka. Nic nie powiedziała, tylko przytuliła Mini szczęśliwa z jej powrotu. A główka Mini nie przestała pracować, oj nie, nie. Teraz zaczęła obmyślać plan, jak odpłacić się szczurowi, za to, że ugryzł jej tatę w ucho. I wpadła na świetny pomysł. Był tak genialny, że poczuła ogromną dumę. Teraz ona zje kawałek ucha szczura, tylko poczeka na odpowiedni moment.
Rozdział 4 Detektyw Mini
Mieszkańcy Tajemniczego Poddasza szybko uporali się z naprawą zniszczeń. Udało się nawet zreperować uszkodzoną okiennicę, przy której niezbędni okazali się powietrzni strażnicy — Lucek i Zielony. Największym problemem okazała się przewrócona komoda. Nawet wspólnie nie udało się postawić jej do pionu. Leżała na środku, czekając na gospodarza. A ten na razie nie zamierzał wchodzić na strych. Podobnie jak najmniejsi lokatorzy jego domu on też musiał uporać się ze zniszczeniami.
Siedząc na parapecie przed oknem, Mini widziała, jak przez kilka dni krzątał się na podwórku, naprawiając przewrócony płot, zbierając rozrzucone gałęzie, czy łatając dach tarasu. Kroku dotrzymywał mu potargany kocur bez zębów.
Mini spojrzała w którymś momencie na tapczan. Nie narzekała na spanie w nim, bo codziennie miała nockę w szkole, no i mogła całodobowo przebywać ze Słoneczkiem. Mimo to tęskniła za swoją komodą, za łóżeczkiem z pudełka po zapałkach oraz mięciusią i milusią watą. Spojrzała potem w kierunku schodów. Nie musiała już zastanawiać się za wiele nad zakazaną częścią poddasza, bo przecież poznała jego tajemnicę.
Nagle jej oczka zaświeciły jak dwie małe latarki. Zapewne, gdyby była noc, oświetliłyby z pół poddasza, a może gdyby się postarała, to i całe. Pomyślała wtedy, że mogłaby całymi nocami siedzieć na parapecie i oświetlać całe poddasze. Nikt by się nie bał, bo zrobiłaby taki dzień w nocy. No i Mlecz miałby wolne, bo to ona strzegłaby teraz mieszkańców. Pomysł wydawał się niezwykle kuszący, ale co by było, gdyby jej bateryjka się wyczerpała? Nie widziała nigdzie żadnych zapasowych baterii, więc na razie odłożyła ten pomysł na później. Skoro nie świecić w nocy, to co miałaby robić? No oczywiste, że pomagać! Popatrzyła na przechadzających się mieszkańców i nagle postanowiła nie pomagać, a poznać ich sekrety. Sekrety mieszkańców Tajemniczego Poddasza, to brzmiało cudownie. Zagadkę nadgryzionego ucha Mlecza miała już wyjaśnioną, dlaczego by zatem nie działać dalej? Porządki przecież nie uciekną.
Zobaczyła człapiącego Kropka. W mig zjechała po ścianie z parapetu. Pazurki rosły jej coraz dłuższe, więc mogła to zrobić. Gdy wylądowała, przypomniała sobie, że tak naprawdę nie siedziała tam sama. Zostawiła swoją najlepszą przyjaciółkę, Słoneczko. No cóż, przyjaźnie musiały teraz poczekać, bo w jej główce urodziło się coś nie mogącego poczekać. Podbiegła więc do Kropka, mrużąc diamenciki. Nie miała problemu z dogonieniem chomika, bo on wcale nie szedł. Ze swoją masą wręcz się toczył niczym wykropkowana piłka. Mini chciała się zaśmiać, lecz zobaczyła coś dziwnego. Jego buzia wydała się bardziej okrągła niż zawsze.
— Co ci się stało? — spytała Mini.
— Ale sze-szo? — odpowiedział Kropek.
— Dziwnie mówisz — stwierdziła mała chomiczka.
Kropek pogrzebał w pyszczku, wyjmując z niego kawałek sera, suszoną śliwkę i orzech.
— Teraz już normalnie mówię? — upewnił się.
Mini pokiwała główką. Zrobiła to za szybko, bo oczka nie nadążyły i wszystko zaczęło odbijać się jak piłka. Całe szczęście nie trwało to długo, bo strach pomyśleć, co by było, gdyby odbijak przeszedł na poddasze. Mini jadłaby wtedy w podskokach, chodziła, skacząc, i spała też w podskokach. Normalnie zamiast tajemniczego, byłoby Skaczące Poddasze. Zachichotała cichutko.
— Śmiejesz się ze mnie? — zdziwił się Kropek. — Z wujka?
— Nie, wujku, nie z ciebie. Mam bujną wyobraźnię. — Gdy brzuchaty chomik się zaśmiał, Mini spróbowała zajrzeć mu do buzi. — Dlaczego chowasz jedzenie do pyszczka?
— Jestem chomikiem, więc chomikuję w paszczaku.
— Chomikujesz? A co to znaczy?
— No zbieram jedzenie na czarną godzinę.
Mini zmarszczyła nosek.
— Czemu na czarną, a nie na przykład zieloną, jak Zielony? — zapytała.
Wujaszek wzruszył ramionami.
— Mama nic nie chomikuje — przyznała Mini. — Tata też nie.
— No bo oni nie potrzebują tyle, co ja. Idę do Łatka zacerować skarpetki. Idziesz ze mną?
Mini pokręciła łebkiem.
— Nie mam czasu — odpowiedziała delikatnie.
Nie chciała przecież, żeby to zabrzmiało nieuprzejmie. Jeszcze wujcio obraziłby się na nią i zjadł jej obiad. Zaśmiała się w środku, w Mini.
— Muszę odkryć sekrety Tajemniczego Poddasza — poinformowała wujka. — Wiem już, co znajduje się w zakazanej części. Wiem, kto zjadł ucho tacie.
— A kto?
Mini nie odpowiedziała wujciowi. Mógłby się przestraszyć i płakać do końca dnia. Pamiętała, jak pierwszego dnia jej pobytu nazwała go Łezką.
— Zamierzasz odkryć wszystkie tajemnice? — spytał Kropek. Gdy chomiczka potwierdziła, zagrzebał w paszczaku, wyjmując czapeczkę z żołędzia. Nałożył ją na główkę Mini. Pasowała idealnie. — Teraz jesteś jak prawdziwy detektyw.
Mini stanęła prawie na baczność, wciągając dumnie brzuszek.
— Jestem detektyw Mini.
Rozdział 5 Skarpetki
Największy detektyw chomiczego świata wyruszył w teren. Pierwszym przystankiem na drodze do poznania wszystkich sekretów Tajemniczego Poddasza była wizyta u Łatka. Kropek zachęcił Mini do wspólnych odwiedzin. Gwarantował poznanie ciekawej tajemnicy, dlatego też Mini obrała tamten kierunek.
Łatek mieszkał w nieużywanym od wieków radiu z rozłożoną antenką. Mini wolała działać w pojedynkę, ale wujek Kropek wciąż deptał jej po piętach. Miał swój cel, cerowanie skarpetek. Normalnie musiała co chwila odwracać się do tyłu, żeby przypadkiem tymi swoimi nieobciętymi pazurami nie obdarł jej którejś pięty. Tak naprawdę to nie mył też stóp, bo obrosły błotem do tego stopnia, że jako jedyny na poddaszu mógł pochwalić się butami. Chomik w butach.