Część pierwsza
Zagadka posiadłości „Piwonia”
Rozdział 1
Nazywam się Kazimierz Brzeziński i jestem lekarzem, a przynajmniej kiedyś nim byłem. Piszę do was te słowa w pośpiechu, bo czasu mam niewiele. Moje życie zbliża się ku końcowi, czuję to, tak jak ślepe szczury opuściły już swoją kryjówkę w podziemiach Lwowa i gryzą kamień mojej kamienicy.
Historia zaś, którą chcę wam opisać tą bez wątpienia długą spowiedzią, jest wielka i dość ciekawa.
Uczyłem się w Polsce, po zakończeniu internatury skierowano mnie na praktykę do Sankt Petersburga, lecz ja pojechałem do Lwowa. Nie posłuchałem mojego kuratora. Z czasem zrozumiałem, że była to słuszna decyzja. Ale to już było później.
Lwów — jakże przypominał mi stary Kraków, z jego wąskimi uliczkami i niezmiennym brukiem. Miasto romantyczne, gdzie każda przechodząca kobieta zdawała się być panną, bo nosiła jedwabną suknię i kapelusik. Miałem wrażenie, że trafiłem do innego wymiaru, w którym żyłem aż do początku pierwszej wojny światowej.
I oto z walizkami w rękach stoję na peronie lwowskiego dworca, gdzie wokół mnie chodzili różni ludzie. Pędzili w różne strony, kto gdzie, spieszyli się, biegli. Stałem i sam do siebie się uśmiechałem, rozumiejąc, że to właśnie ja będę leczył tych ludzi. Jakże się wtedy myliłem. Gdyby ktoś opowiedział mi wszystko, co miało się ze mną stać, to pewnie wsiadłbym do pociągu i pojechał gdzieś do Europy.
Złapawszy dorożkarza z końmi, jechałem dorożką, patrząc wokół, spokojny stukot końskich kopyt ukołysał mnie, tak że zasnąłem, nawet nie zauważając kiedy. Nie wiem, ile spałem, ale obudził mnie ten chłop, który mnie wiózł:
— Panu niedobrze? — zapytał przestraszony. — Może panu trzeba do lekarza? To oni tu są… O tam!
I woźnica machnął ręką w stronę nowego budynku, gdzie, jak się okazało, mieścił się szpital. Był to dwupiętrowy budynek z otwartą bramą, kamienną fontanną — figurą Madonny i różańcem kwiatów wokół niej. Spojrzałem na woźnicę, pokręciłem głową i sennie, nie spiesząc się, powiedziałem:
— Nie, nic nie trzeba… Sam jestem lekarzem… — i wyciągnąłem ku niemu trzy srebrne grosze.
Oczy mężczyzny rozbłysły, chwycił srebrniaki, kłaniając mi się tak nisko, jak tylko mógł, i odpowiedział:
— Dziękuję, panu, bardzo dziękuję!
I wsiadłszy na dorożkę, powiózł ją bliżej centrum miasta, zostawiając mnie z rzeczami stojącego przy kutej bramie szpitala. Stałem i patrzyłem, jak ludzie w białych fartuchach chodzą po podwórzu, podtrzymując chorych pod ręce, dając im możliwość zaczerpnięcia świeżego powietrza. Patrzyłem (wtedy, póki byłem młody) z zachwytem na to, co otwierało się przed moim wzrokiem.
Wypuściwszy powietrze z płuc, wziąłem do rąk walizki i małą lekarską walizeczkę z instrumentami, przeszedłem przez podwórze, gdzie personel medyczny uśmiechał się do mnie, witając mnie, a chorzy patrzyli ponuro, z nieufnością.
To nie był zwykły szpital. Psychiatryczny, największy szpital, gdzie znaleźli swoje schronienie umysłowo chorzy z całej Galicji, a może i z całego zachodniego regionu Ukrainy. Podszedłem do rejestracji, gdzie siedziała stara zakonnica, której twarz, z czasem, zaczęła przypominać mi suszone jabłko. Spojrzałem na zakonnicę i uśmiechnąwszy się, powiedziałem:
— Dzień dobry, ja…
Ale nie zdążyłem dokończyć zdania, kim właściwie jestem i czego chcę, gdy zakonnica przerwała mi, mówiąc:
— Wszystkich chorych przyjmują tam! Wszystkie skargi i propozycje może pan zostawić również tam.
I wskazała brudną od atramentu ręką w stronę izby przyjęć. Nabrawszy jak najwięcej powietrza w płuca, powiedziałem tak szybko, jak mogłem, żeby zakonnica nie mogła powiedzieć ani słowa:
— Ja Brzeziński… Lekarz-ordynator, przybyłem przed chwilą, aby rozpocząć praktykę lekarską we Lwowie. Jak rozumiem, szpital otworzył się nie tak dawno, więc personel lekarski jest niekompletny. Właśnie dlatego ja cholera tu jestem, siostro, i z panią rozmawiam…
Zakonnica spojrzała na mnie, po raz pierwszy od początku rozmowy, uśmiechnęła się i już spokojnie powiedziała:
— W takim razie, panie doktorze, pan do naczelnego lekarza, w prawo korytarzem.
— Dziękuję, siostro! — z tymi słowami poszedłem tam, gdzie wskazała kobieta. Korytarz, który nie miał drzwi wzdłuż całej drogi, doprowadził mnie do wielkich dębowych drzwi pokrytych lakierem, gdzie z boku wisiała brązowa tabliczka z napisem: „Naczelny lekarz Stanisław Lipiński”.
Zapukałem i zdawało się, że echo stukotu potoczyło się pustym korytarzem. Z drugiej strony drzwi usłyszałem przyzwalającą odpowiedź, więc otwierając drzwi, wszedłem do gabinetu. Było to duże pomieszczenie, pośrodku którego stał stół z wielkim skórzanym fotelem, w którym siedział mały i chudziutki człowieczek w jaskrawo białym kitlu.
— Dzień dobry, panie! Ja… — zacząłem, ale człowieczek podniósł na mnie oczy, skinął głową i powiedział:
— Witam pana, panie Brzeziński! Wiem, kim pan jest i po co pan przybył. Może pan położyć swoje rzeczy tutaj, w moim gabinecie, gdzie pan znajdzie miejsce. Czeka nas obchód, żebym mógł pana zapoznać ze wszystkimi chorymi, a może tylko z niektórymi, to już jak wyjdzie…
Mężczyzna wstał ze swojego miejsca, wziął plik papierów, starannie ułożył do teczki i stanął przy drzwiach, czekając na mnie. Szybko zrzuciłem wszystko, co trzymałem w rękach, w kąt i spojrzałem na mojego mentora. Uśmiechnął się do mnie i lekko uchylając drzwi, poprowadził mnie korytarzami szpitala.
Tak zaczęła się nasza przyjaźń. Chodziliśmy na poranny obchód we dwóch, on zapoznawał mnie z pacjentem, jeśli ten rozumiał, że jest w szpitalu i przed nim są lekarze, opowiadał historię jego choroby i pytał mnie, co właściwie proponuję, aby ulżyć jego stanowi. O leczeniu w tamtym czasie nie mogło być mowy. Ja z kolei starałem się proponować najskuteczniejsze w tamtym czasie środki wyjścia z psychozy, czy wyprowadzenia człowieka ze stanu schizofrenii.
Lekarz Lipiński spędzał ze mną dużo czasu w osobistych rozmowach, przechadzając się po pracy po Parku Stryjskim z fajką w ręku, w czasie, gdy wieczorne słońce zachodziło nad Lwowem. Bywało, zachodził do mnie do kamienicy, którą władze wydzieliły dla mnie. Siadaliśmy przy kominku, po smacznej kolacji, by wypić szklankę wina, czy też lwowskiego miodu pitnego. Mój mentor zapalał fajkę i długo patrzył na płomień, który stopniowo zjadał drewno w kominku. Ja z kolei cierpliwie czekałem, aż Lipiński zacznie rozmowę:
— Co mogę powiedzieć, kolego, jest pan utalentowanym lekarzem, który ma wielką przyszłość. Ma pan dryg do tego, czego z kolei, muszę panu wyznać, ja nie miałem w swoim czasie. Właściwie powinien pan bardziej wykorzystywać swój dryg, a nie te bzdury, których uczyli pana pańscy profesorowie na uniwersytecie. I najważniejsze… To jest początek zawodu lekarza — człowieczeństwo, jakkolwiek by to pana nie dziwiło, ale to jest pierwszym kamieniem milowym w naszej pracy…
Tak mijały dni, miesiące, tak minęło pół roku. Nie będę opisywał wszystkich dziwnych przypadków, które przydarzyły mi się w tym czasie, ale najbardziej zapadł mi w pamięć jeden.
Był środek jesieni, deszcze poszły z nową siłą, zmywając brud z bruku, liście na drzewach stały się całkiem żółte i zaczęły stopniowo opadać na ziemię. Powietrze wypełniało się zapachem jesieni. Przybyłem do szpitala wcześniej niż zwykle, przeszedłszy obok rejestracji, kiwnąwszy głową siostrze Aleftynie, która podniosła się, zobaczywszy mnie, ale nie zdążyła powiedzieć słowa, gdy zniknąłem w korytarzu prowadzącym do gabinetu Lipińskiego.
— Panie doktorze Brzeziński… Niech pan zaczeka… Mam panu coś do powiedzenia… — powiedziała siostra Aleftyna, biegnąc za mną i sapiąc. — Panie doktorze… Wczoraj skontaktował się ze mną monsinior Władysław Bandurski…
— I co z tego, siostro? — zapytałem już niecierpliwie.
Stara zakonnica odetchnęła i ponuro, zakładając ręce na biodra, powiedziała:
— Panie doktorze, monsinior… Poprosił pana, by spojrzał pan na jednego chorego! Wyraził wątpliwości co do tego… Powiedzmy, jego zdrowia duchowego. Jednak chce mieć pewność, że to nie jest choroba psychiczna… A pan może postawić ostateczną diagnozę.
Siostra Aleftyna uśmiechnęła się. Ja z kolei kiwnąłem głową. Zakonnica pociągnęła mnie za rękę, a ja na siebie i ze złością powiedziałem:
— Siostro… Poranny obchód z naczelnym…
Jednak Aleftyna przerwała mi i znowu pociągnęła za rękę w drugą stronę od gabinetu Lipińskiego:
— Obchód poczeka… Chory jest już w izbie przyjęć! Chodźmy, panie doktorze, chodźmy…
Westchnąłem i poszedłem, sprzeczanie się z nią było daremne. Jak wtedy uważałem, wiek dawał o sobie znać. Aleftyna wyszła naprzód, wskazując mi drogę. Otworzyła drzwi izby przyjęć i wszedłem za nią.
Pośrodku pokoju stał fotel, na którym siedział związany łańcuchami mężczyzna. Po obu stronach stali katoliccy zakonnicy, którzy go podtrzymywali. Stali opuściwszy głowy w dół, milcząc, tylko oddech zdradzał, że są żywi. A związany mężczyzna, przeciwnie, kołysał się z boku na bok i powtarzał jedno i to samo zdanie:
— Ciemność jest już blisko, otworzyła bramę podziemi…
Podszedłem bliżej, przykucnąłem naprzeciw, przyglądając się choremu, zapytałem:
— Jak się pan nazywa?
Ale chory kołysał się z boku na bok, kontynuując powtarzanie:
— Ciemność jest już blisko, otworzyła bramę podziemi…
— Dobrze, bardzo dobrze, ale czy rozumie pan, gdzie pan jest? — kontynuując zadawanie swoich pytań, skracałem dystans między nami.
Ale mężczyzna nawet na mnie nie spojrzał. Wyprostowałem się, spojrzawszy na zakonników. Ale tamci dwaj w żaden sposób nie zareagowali na moje spojrzenie. Odchrząknąłem i usiadłem za stołem, zaczynając cicho wypełniać formularz nowo przybyłego chorego. Znów chrząknąłem, tak samo cicho zapytałem:
— Imię chorego?
Aleftyna drgnęła, spojrzawszy na zakonników, i odpowiedziała:
— Bohdan Andrijewski, panie doktorze…
— Dobrze, ale skąd on jest? Można poznać choćby minimalny wywiad?
— Jest rodem z Truskawca. Robotnik, jak mi wyjaśniono i sam monsinior opowiadał, że ten chłop pracował w podziemiach kościoła jezuitów, rozbierając tam zwały… Właśnie tam stał się taki! Dwa dni temu, a przez te dni obserwowali go przedstawiciele kościoła, oni… — zakonnica spojrzała na zakonników i dodała: — Doszli do wniosku, że złapał tam demona… To tak pokrótce mówiąc…
Spojrzałem na Aleftynę. Uśmiechnąłem się. A potem zwróciłem się do zakonników:
— Jesteście pewni swoich wniosków, panowie?
Świątobliwi ojcowie wytrzymali pauzę i jeden z nich odrzucił kaptur, który chował twarz, i głośno powiedział:
— Tak, my i Kościół katolicki jesteśmy pewni swoich wniosków. Właściwie przyprowadziliśmy go tutaj tylko dlatego, że nalegał na to monsinior. W innym przypadku byłby on wypróbowany i poddany obrzędowi egzorcyzmu, jak najszybciej.
Zakonnik zamilkł i opuścił oczy w dół. Znowu uważnie spojrzałem na mężczyznę, który kołysał się z boku na bok, coraz szybciej i szybciej. Zakonnicy zaczęli bardzo mocno trzymać mężczyznę, ściskając z obu stron łańcuchy, którymi był związany. Podszedłem bliżej i przybliżyłem swoją twarz tuż do jego. Poczułem lekki, jajeczny zapach rozkładu. Nawet zobaczyłem pył z kamienia, który wżarł się w jego skórę. Nie zdążyłem i słowa powiedzieć, gdy mężczyzna szarpnął się. Upadłem. A jeszcze za chwilę coś trzasnęło i łańcuch pękł, zerwał się. Mężczyzna, jak mogło się zdawać, wzleciał, a potem skoczył na jednego z zakonników i ugryzł go w szyję zębami, i odgryzł duży kawał. Trysnęła krew i kałużą rozlała się po całej izbie przyjęć. Zakonnik zachłysnął się własną krwią i jego krzyk przeszedł w charczenie.
Rozdział 2
Tamten człowiek w końcu zmarł. Po jakiejś godzinie izba przyjęć była wypełniona księżmi, mnichami i różnymi sługami kościoła. Zabrali ciało zmarłego. Andrijewskiego związali i pod ręce gdzieś poprowadzili, ale nie pytałem dokąd. Postawiłem diagnozę: ostra psychoza na tle postępującej schizofrenii, zaburzenie osobowości. Złożyłem podpis na formularzu chorego i oddałem go młodemu wikariuszowi. Więcej o tej historii nic nie słyszałem. Przynajmniej przez pewien czas.
Minął rok, a za nim kolejny. Mój mentor starzał się, ja stawałem się mądrzejszy. Jak mi się wtedy wydawało, wiem wszystko, co trzeba wiedzieć. Gdyby ktoś powiedział mi, co będzie dalej, spakowałbym rzeczy i wrócił do Polski.
Pewnego razu zbyt wcześnie wszedłem do gabinetu Lipińskiego. Siedział za stołem, jego ciało było rozluźnione, oczy zamknięte, a jeden rękaw białej koszuli podwinięty do łokcia, gdzie widać było dziurki po ukłuciach, mnóstwo małych dziurek. Na stole leżała szklana strzykawka i zestaw igieł w małym metalowym pudełku, a obok — mogło się wydawać, że świeciło się jakimś światłem — mała buteleczka z etykietą „Morfij”.
Lekarz Lipiński siedział z wywróconymi oczami. Jego kończyny drgały i, właściwie, nie zauważył, jak wszedłem do gabinetu.
— Panie doktorze… Co pan robi? — zapytałem gniewnie.
Drgnął i otworzył oczy. Spojrzał na mnie, mrużąc oczy. Poznawszy mnie, uśmiechnął się. Lipiński ziewnął i ospale powiedział:
— Kolego… Proszę o wybaczenie… Wiem, co może mi pan na to powiedzieć… — lekarz spojrzał na rękę i opuściwszy rękaw, zapiął guzik. — Zima idzie… Czuję ją. A to z kolei znaczy, że chorych będzie mniej, a z nastaniem stycznia, gdy śnieg zacznie zasypywać Lwów, nie będzie ich wcale. Mój mózg, on zaczyna się nudzić, nie ma czym go zająć… Nie ma myśli… Nie ma mnie… To tylko zastępuje mi pracę… W godzinach, kiedy ja…
Tu ucichł i zdawało się, że zawiesił się, znieruchomiał, ale tylko na chwilę. Spojrzałem na niego ze zdziwieniem. Lipiński znów drgnął i powiedział:
— Tak… Wiem, co może mi pan powiedzieć, kolego… Morfinista, narkoman, który nie jest w stanie utrzymać się w ryzach… Jednak tak nie jest. Prościej powiedzieć, że muszę czymś zająć mój umysł, w czasach, gdy nie ma ciekawego przypadku, mistycznego, niezwykłego… Przyjdzie czas, zrozumie pan, że są przypadki, kiedy trzeba śledztwa… Nie mniej niż detektyw czy śledczy. Jeśli nie rozpatruje pan sprawy lekarskiej tak, to ta sprawa nie jest dla pana…
I miał rację. Och, jakże miał rację. Do początku Bożego Narodzenia szpital był prawie pusty, oprócz inwalidów i imbecyli, którzy byli oddzieleni od innych chorych. Zakonnice, które pomagały lekarzom, były zajęte ozdabianiem sal i gabinetów. Nawet Aleftyna, która była jak posąg Matki Boskiej, twarda i surowa, jak się zdawało, bezemocjonalna, zaczęła biegać po izbie przyjęć, próbując ozdobić ją ręcznie robionymi girlandami. Tutaj już zrobiłem jej uwagę:
— Siostro, tu niekoniecznie trzeba wieszać wszelkie ozdoby, to nie jest miejsce na to…
Zaczerwieniła się, uśmiechnęła się i jakoś miękko i czule odpowiedziała:
— Panie doktorze, no Boże Narodzenie już niedługo…
— Nie w izbie przyjęć! A oto foyer… Tam wszystko w pani władzy… — odetchnąłem i już łagodniej dodałem: — Nawet pani pomogę, gdy będę miał czas…
Zakonnica uśmiechnęła się i podskakując, wyskoczyła z izby przyjęć. Pokręciłem głową, ale nie zauważyłem sam, jak zacząłem się uśmiechać. Wtedy przez cały dzień nuciłem coś sobie pod nosem i nie mogłem doczekać się, gdzieś wewnątrz siebie, nastania święta.
Pewnego dnia chodziłem pustymi korytarzami, nie rozumiejąc, co ze mną jest, z poczuciem, że czegoś brakuje. Zrozumienie przyszło zbyt późno. Przez cały dzień nie widziałem Lipińskiego. Nie szukałem go do wieczora. W dzień byłem zajęty to chorym z moczeniem nocnym, to tym, o co prosiły mnie zakonnice. Lepiej, żebym przypomniał sobie o tym wcześniej. Znacznie później, może nawet gdy minęły lata, zacząłem się za to karcić.
Właśnie krocząc pustymi korytarzami, przypomniałem sobie o moim starym nauczycielu. Przechodząc obok zakrętu do jego gabinetu, zatrzymałem się i długo patrzyłem w tamtą stronę.
Tego dnia korytarz był pusty, a pod wieczór ciemny, wydawało się, martwy. Szedłem powoli znajomymi zakrętami, po raz kolejny zatrzymałem się przed wielkimi, lakierowanymi, dębowymi drzwiami. Patrząc na brązową tabliczkę, która błyszczała złotem, a czarny napis na niej przypominał paszczę pełną ostrych zębów, która zaraz cię ugryzie, zapukałem. W odpowiedzi usłyszałem tylko ciszę. Znowu zapukałem. Znowu cisza. Przełknąłem gulę w gardle, która utworzyła się od napięcia, i nacisnąłem klamkę, drzwi otworzyły się ze skrzypieniem.
— Panie doktorze Lipiński? — powiedziałem, powoli wchodząc do gabinetu.
Z początku nic nie widziałem, tylko ciemność, która odkrywała przede mną swoje sekrety, nie spiesząc się. Ale poczułem zapachy. Pierwszy był zapach leków, którego nie mogłem pomylić z niczym. A drugi straszny, obrzydliwy, zatęchły zapach śmierci, słodkawo-jajeczny.
W końcu moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności i mogłem rozróżnić poszczególne przedmioty — fotel i to, co było w fotelu. Lipiński zesztywniał i zastygł w jednej pozie, odrzuciwszy głowę do góry, usta miał otwarte. Promienie ulicznych latarni odbijały się od śnieżnobiałego, wykrochmalonego fartucha. Moje serce spadło gdzieś w dół. Lipiński nie żył.
Rozdział 3
Po śmierci Lipińskiego cały szpital pogrążył się w czerni. Świętowania Bożego Narodzenia w tym roku już nikt nawet nie rozważał. Po raz pierwszy, od kiedy tam byłem, siostra Aleftyna płakała. Potem już nie. Wydawało się, że jej serce stało się jak kamień po śmierci starego lekarza. I ja też, przez pewien czas, byłem jak posąg z marmuru.
Chodziłem ulicami starego Lwowa, gdzie bruk lekko przysypał śnieg, i w każdym posągu widziałem twarz mojego nauczyciela. To była dotkliwa strata.
Po Nowym Roku wszedłem do foyer szpitala, w milczeniu przeszedłem obok Aleftyny, nie chcąc się witać, szybko przeciąłem korytarz prowadzący do izby przyjęć, otworzyłem drzwi i oniemiałem ze zdziwienia. Przy moim biurku siedziała młoda dziewczyna i zdjąwszy kapelusik, patrzyła na mnie.
— Witam! — powiedziała, uśmiechając się.
Zdziwiony powiedziałem:
— Witam… A pani kim jest?
Wstała, przeszła obok mnie i podeszła do okna, za którym zaczął padać ciężki, łapciaty śnieg.
— A ja, panie doktorze Brzeziński, jestem pani koleżanką, Maria Balicka. Właściwie dopiero co ukończyłam Lwowską Akademię Medyczną… Słyszałam, że uczył się pan w Polsce?
Odchrząknąłem, wypuściłem powietrze i stanowczo powiedziałem:
— Tak, właściwie było… Ale dawno… A z jakiego powodu przybyła pani do naszego szpitala?
Maria odwróciła się do mnie i niespiesznie ruszyła w moją stronę. Zatrzymawszy się na środku pokoju, niespiesznie powiedziała:
— Przybyłam panu do pomocy, panie doktorze… Lipiński… — tu nagle odwróciła się do mnie i przez chwilę zdawało mi się, że coś zabłysło w jej oczach. — On umarł… I jest pan teraz sam…
— No, właściwie ludzi nie jest tak wielu, przynajmniej zimą… A pani, pani doktor, może iść sobie świętować i pod koniec stycznia wrócić do szpitala…
Balicka pokręciła głową i cicho powiedziała:
— Niestety czy nie, ale ja już otrzymałam skierowanie do pracy… Dlatego nic nie mogę zrobić…
Tak, ta zima była dla mnie bardzo ciężka: śmierć Lipińskiego, przyjście Marii, której miałem pokazać, co i jak jest. Czas płynął jak cicha woda na wiosnę, ale ja tego nie zauważałem jeszcze przez rok…
Starałem się unikać Balickiej, na ile miałem sił, bo wydawała mi się tak piękna, jak tylko piękna może być kobieta…
Na pierwszy rzut oka zima będzie podobna do poprzedniej, zwykłe, ciche Boże Narodzenie. Ale nie. W końcu siedziałem u siebie w izbie przyjęć i przeglądałem formularze chorych, którzy dopiero przybyli na leczenie.
Rozległo się pukanie do drzwi. Drzwi się otworzyły i na progu stanął elegancko ubrany pan z okrągłym kapeluszem w rękach, który ciągle obracał.
— Panie doktorze, ma pan czas? — zapytał mężczyzna niecierpliwie.
Odłożyłem pióro, którym pisałem, podniosłem głowę i zmęczonym głosem powiedziałem:
— Tak, mam czas, panie… Proszę, proszę wejść!
Mężczyzna radośnie się uśmiechnął, jak się zdawało, podskoczył w miejscu i przeszedłszy przez izbę przyjęć, usiadł na kozetce, która stała przy moim stole.
Wziąłem świeży formularz, pióro i usiadłem naprzeciw na krześle, spojrzałem na mojego gościa i powiedziałem:
— I tak, panie, mogę poznać pańskie imię?
Drgnął, tak jakby obudził się ze snu, uśmiechnął się i niespiesznie odpowiedział:
— Nazywam się Wojciech Patkowski… Jestem adwokatem w jednym ze stowarzyszeń adwokackich Lwowa… No, właściwie byłem adwokatem, a teraz trochę ciężko z pracą w kancelarii… Właśnie dlatego jestem teraz tu, panie doktorze… Mam kryzys, całkiem wypadłem z rąk. Nic nie mogę! Jednym słowem kryzys i to głęboki…
Uśmiechnąłem się, odetchnąłem i bardzo łagodnie powiedziałem:
— Sądzę, że przez kryzys… No przez to nie chodzi się do psychiatry! Panu raczej psycholog potrzebny, to nie moja, że tak powiem, parafia…
— To prawda, panie doktorze… Jest dość pikantny, powiedzmy tak… To kobieta… Nie mogę…
Po tym pan Patkowski zaczął szybko oddychać i pokrył się potem. Mój uśmiech od razu gdzieś zniknął, wziąłem pióro, zapisałem jego imię i nazwisko u góry formularza i opisałem pierwsze dane przez niego podane.
— I co właściwie pana do mnie przyprowadziło? — zapisawszy dane, zapytałem. — Tylko kryzys? Kobieta? Czy jest coś jeszcze? Coś, czego mógłbym się uchwycić?
— Och, panie doktorze… Jest… Dwa lata spędziłem u tej ognistej kobiety… W jej szykownej, jedwabnej krainie… Do tego dnia zarabiałem duże pieniądze, miałem wszystko, czego chciałem, kobiety, wino, właściwie na życie nie narzekałem… I czemu miałbym na nie narzekać? Właściwie dwa lata temu, właśnie na Boże Narodzenie, w jednej z restauracji, może nawet w lwowskim Atlasi… Ale to nie jest pewne…
Mężczyzna zamyślił się, odetchnął i znów zbladł, już myślałem, że spadnie ze swojego miejsca, ale nie, doszedł do siebie i cicho, jakby nie chciał, żeby ktoś to usłyszał, kontynuował:
— Upiłem się jak świnia, niech mi pan wybaczy te słowa, i chciałem znaleźć sobie kurwę dla rozrywki, ale i te odmawiają pracy w święta… Jednak nie zdążyłem o tym pomyśleć, gdy przysiadła się do mnie piękna kobieta, nie po prostu piękna, a tak piękna, że ani pan, ani ja nie moglibyśmy sobie wyobrazić, nawet w najpiękniejszych snach. Zaczęliśmy rozmawiać i przegadaliśmy cały wieczór… Nie zrozumiałem, jak znalazłem się u niej… Gdzie spędziliśmy razem noc…
Zapisałem i to do formularza i stanowczo zapytałem:
— Tak rozumiem, że mieliście intymną bliskość?
Patkowski odchrząknął, znów zakręcił swoim kapeluszem w rękach i odpowiedział tak samo cicho:
— Tak, panie, była… Co więcej… Ona zażądała więcej bliskości… Każdego dnia… Kilka razy! Przez dwa lata…
Z zainteresowaniem spojrzałem na Patkowskiego i wprowadziłem dane, które mi przekazał. Ledwo nadążałem za nim, to co mówił, nawet dla mnie było zbyt szybkie. Odłożyłem pióro i spojrzawszy na mojego pacjenta, powiedziałem:
— Zapewne widzi pan też sny?
Wojciech uśmiechnął się i dość żwawo powiedział:
— Tak, widzę… Ale to raczej sny erotyczne… Sny bliskości z tą kobietą… — Patkowski odetchnął. — Właściwie i ten niewielki majątek… Podzieliłem na trzy części… Część trwonię dziś, część zapisałem Sarze…
— Sara to ta kobieta? — wszystko zapisywałem i sam w sobie czułem, że przypadek tej choroby będzie dość ciekawy.
Mężczyzna tymczasem kiwał głową:
— Ooo to ona… Właściwie… Zacząłem chudnąć… Jeszcze dwa tygodnie temu ważyłem ponad 120 kg… Dziś i 100 się nie uzbiera…
— Utrata wagi? — zapytałem z zainteresowaniem. — Pewnie pasożyty… I skutki depresji… Dam skierowanie. A panu, uważam, trzeba się uspokoić… W tym celu przepiszę panu leki.
— Panie doktorze… Chcę zaznaczyć, że nie jestem pierwszy u niej… Właściwie był przede mną mąż, za którego wyszła, no jak wyszła, zarejestrowali się… I tyle… Żadnego tam kościoła nie było, niech mi Bóg wybaczy… On umarł, bardzo schudł, mówią. Pochowała go. Drugi był już kochanek… Dwa lata i umiera… Schudł niemiłosiernie, drgawki i niewydolność serca… Sara, niech ją Bóg zbawi, znalazła mnie…
Zamyśliłem się. Bardzo to było dziwne. Co dwa lata nowy mężczyzna, a ten już zaczął chudnąć. Ta kobieta, jak to się mówi, była podobna do „czarnej wdowy”. Zacząłem się bać, żeby to nie była trucizna. Och, jakże nie chciałem, żeby to była prawda. Oddałbym wszystko na świecie za to, żeby Wojciech się mylił. Uważnie spojrzałem na mężczyznę i powoli i ostrożnie zapytałem:
— A gdzie pan mieszka, panie Patkowski?
Spojrzał na mnie przestraszony, ale cicho odpowiedział:
— Na Gródeckiej… Dwór „Piwonia”, panie doktorze!
Rozdział 4
Wieczorem, wziąwszy ze sobą laseczkę, postanowiłem pójść na spacer ulicami starego miasta. Lwów zawsze wywoływał we mnie natchnienie. Za każdym razem, przechodząc obok jakiejś knajpy, wdychałem zapach przygotowywanego jedzenia, czy kawy, albo świeże powietrze, które wiało z Łysej Góry. Wilgotny bruk czasem dawał mi pożywkę do rozmyślań. Tak było i tym razem.
Miasto przestudiowałem przez trzy lata, które spędziłem we Lwowie, i wybrałem dla siebie optymalnie najkrótszą drogę do mojej posiadłości, którą zajmowałem. Zawitałem tego wieczoru i do Atlasa, gdzie zamówiłem żurek polski, który zjadłem bez apetytu.
Już miałem zbierać się do domu, gdy za sobą usłyszałem znajomy głos:
— Kazimierz… I pan dziś tutaj?
Odwróciłem się i zobaczyłem Marię Balicką. Ściskała parasolkę i zdawało się, że cieszy się, widząc mnie.
— Witam, pani doktor… Pani zgłodniała? — zapytałem uradowany.
Maria uśmiechnęła się i podszedłszy tuż do mnie, cicho powiedziała:
— Właściwie miałam już iść… Może usiądziemy na filiżankę kawy…
Wypuściłem powietrze, uśmiechnąłem się i w końcu kiwnąłem głową. Usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy rozmawiać. Nie zauważyliśmy, jak przyniesiono nam kawę, której nie piliśmy, dopóki nie wystygła. Głównie mówiła Maria, o tym, jak surowa jest Aleftyna i o trudnych przypadkach, które trafiały jej się ostatnimi czasy.
— Kazimierz, i co mam robić? Słyszy mnie pan?
Podniosłem wzrok na Balicką, zamrugałem i powiedziałem:
— Tak, słyszę panią… Przepraszam, myślę o moim pacjencie… I o tym, co mi opowiedział! — odetchnąłem, poczerwieniałem i dodałem: — Gdzieś już słyszałem o podobnym przypadku…
I opowiedziałem Marii wszystko, co opowiedział mi Patkowski, wszystkie jego wątpliwe objawy i właściwie wszystko, co miałem na ten temat na myśli. O martwych byłych mężach, kosztem których żyła ta sama Sara. I im więcej mówiłem, tym bardziej Maria stawała się zamyślona i blada. Przestała cokolwiek mówić, tylko od czasu do czasu kiwała głową na to, co opowiadałem.
— Kazimierz… To wygląda na morderstwo… I jeśli to prawda… No, pewnie przeprowadziłabym ekshumację ciał, analizę, bo na truciznę to nie bardzo wygląda… Ale my z panem jesteśmy psychiatrami, a nie biegłymi sądowymi. Jednak… Właściwie co chcę powiedzieć, to to, że nikt nam nie uwierzy…
Posępnie spojrzałem na nią i powiedziałem:
— Tak… I nie pamiętam, gdzie już o tym słyszałem: pociąg seksualny większy niż wszystko, chudnięcie i inne…
— No proszę pana… Jak można o tym zapomnieć? To przecież znana sprawa Lipińskiego… — Maria uśmiechnęła się i dodała: — Przecież był pańskim nauczycielem…
Patrząc zdziwiony na Marię, uśmiechnąłem się i powiedziałem:
— A prawdę pani mówi…
Jednak rozmowa przeszła na inny temat. Wyszliśmy z restauracji, przeszliśmy przez Rynek, wyszliśmy w miasto. Nasza rozmowa była niewymuszona. Tak samo nie zauważyliśmy, jak stary wujek w wełnianym kożuchu i z drabiną zaczął zapalać latarnie, które świeciły niebieskawym światłem.
Spacerowaliśmy po mieście i gdzieś wewnątrz zaczęło mi się wydawać, że czuję nadejście świąt. Tak samo nie zauważyliśmy, jak znaleźliśmy się z nią na Gródeckiej. Nagle Maria zatrzymała się, rozejrzała się wokół i powiedziała:
— Kazimierz… To jest on!
— Co takiego? — kręcąc głową wokół, zapytałem.
Maria cicho dodała:
— Dwór „Piwonia”.
Odwróciłem głowę w prawo i zobaczyłem ładny dom z białymi firankami w oknach. A na werandzie stała kobieta, która trzymała w rękach lampę naftową, miała ciemne włosy i skórę koloru oliwki. Odwróciła się, w promieniach lampy, czy tak mi się zdawało, zobaczyłem rząd drobnych i ostrych zębów. Odrzuciwszy głowę, roześmiała się. Ten dźwięk jeszcze długo brzmiał mi w głowie tego wieczoru.
Rozdział 5
Trzy dni minęły w rozmyślaniach. Po pierwsze, to Maria, myślami wracałem do niej, jak to się mówi, niczym stary dziad burczący sam sobie pod nosem. Nie mogłem zapomnieć jej jasnych oczu i zapachu perfum, który stał obok bardzo długo. Wewnątrz mnie walczyło złe „ja” i to „ja”, które ciągle każe czynić dobro. Na to moja zła część mówiła mi, bym się z nią nie komunikował, ignorował ją, krzyczał, robił wszystko, by zniknęła z mojego życia. A moja dobra część, nagromadzenie wszystkiego dobrego, co we mnie jest, tylko popychała mnie ku niej.
A jeszcze, siedząc w gabinecie, myślałem o Patkowskim. Nie opuszczała mnie myśl o tej „czarnej wdowie”, która mieszkała w luksusowym domu w środku Lwowa. I gdyby tylko mieszkała, ale ona zabijała. Zabijała swoich mężów. Seryjny zabójca pośród miasta, które zdążyłem pokochać.
Przez gabinet poniosło się pukanie, dość silne jak na mnie, drzwi się otworzyły i na środku ordynatorni stanęła siostra Aleftyna.
— Panie doktorze — łagodnie powiedziała. — Prosi do pana monsinior Władysław Bandurski…
Odchrząknąłem i powiedziałem:
— Przepraszam, siostro, kto prosi?
Siostra posępnie spojrzała na mnie i powiedziała:
— Jest pan katolikiem?
— A jakie to ma znaczenie w tym? — zapytałem zdziwiony. — Ja, siostro, raczej jestem ateistą. Chociaż tak, można powiedzieć, że jestem katolikiem, i to tylko dlatego, że ochrzczony… Właściwie… A czego chce monsinior?
Aleftyna uważnie spojrzała na mnie i powiedziała:
— Nie wiem, panie doktorze, właściwie sam pan zapyta, czego on chce…
Z tymi słowami wyszła i zaprosiła mężczyznę w szacie biskupa i czerwonej czapce arcybiskupa.
— Dzień dobry, panie doktorze Brzeziński! — powiedział mężczyzna, uśmiechając się.
Wstałem zza stołu i uśmiechając się w odpowiedzi, odpowiedziałem:
— Dzień dobry, monsiniorze.
— Proszę, panie doktorze, niech mnie pan nazywa po prostu Władysław. To tak nuży, zwłaszcza tacy jak siostra Aleftyna starają się wydawać lepsi, niż są.
Biskup usiadł, a ja dalej stałem jak na paradzie. Patrzyłem na tego nieco pełnego, w średnim wieku mężczyznę, a on ze zdziwieniem zapytał mnie:
— Będzie pan długo stał, panie doktorze? Nie jestem królem… Przyszedłem dziś do pana jako zwykły ksiądz.
Usiadłem na brzegu fotela i spojrzałem na mojego gościa. Po chwili, doszedłszy do siebie, w końcu mogłem powiedzieć:
— Władysławie, co pana do mnie przyprowadziło?
Zamyślił się, spojrzał na mnie oceniająco i powiedział:
— Rozumie pan, minęły prawie trzy lata, odkąd jest pan we Lwowie, tak samo trzy lata minęły od czasu, gdy Kościół katolicki zwrócił się do pana… — na jedną chwilę się zaciął, ale kontynuował: — Z prośbą… Wykonał ją pan jak dobry chrześcijanin, a może jak po prostu doświadczony lekarz. Właściwie zrobił pan wszystko, co można było zrobić. Teraz zwracam się do pana jako ksiądz i jako człowiek, by jeszcze raz pomógł pan Kościołowi…
— Czym mogę pomóc, Władysławie? — zapytałem uśmiechając się, już drugi raz podczas rozmowy.
— Kontynuowaliśmy rozbieranie zwałów w podziemiach kościoła Jezuitów, właściwie pierwszym, który ucierpiał, był tamten człowiek… — z tymi słowami przeżegnał się i kontynuował: — Był pierwszym… Inni, którzy byli na jego miejscu, umierali… Otworzyło się zapadlisko, które prowadziło gdzieś w dół… Gdzie ciemno, wilgotno i duszno… Mnie tam nie było, ale opowiedziano mi… A dalej… To jakaś zaraza, panie doktorze! Z zapadliska zaczęły wyłazić wielkie szczury, ślepe i zębate… Najpierw bały się ludzi i uciekały sobie do tego zapadliska…
— Przepraszam, ale czy nie można by było po prostu zamknąć tego zapadliska? — ostrożnie zapytałem.
— Zrobiono to w pierwszej kolejności, ale i najmocniejszy cement, jaki tylko mogli znaleźć, nie trzymał cegły i kamienia na miejscu i zapadlisko po prostu otwierało się znowu i znowu. Odnosiło się wrażenie, że ktoś celowo je otwierał. Och, panie doktorze, a te szczury zostały zabite trucizną, którą rozrzucano tam, gdzie je widziano, ale i to nie pomogło… Zwłoki tych gryzoni zebrano i wyrzucono… Ale na ich miejsce przyszły jeszcze większe, jeszcze straszniejsze i już nie bały się ludzi, a gryzły i napadały na braci-księży… Trucizna już nie działała, a poradzić sobie z nimi…
Zrobił pauzę i spojrzał na mnie, czekając na moją replikę. Ale ja nic nie mówiłem. Nie pozostało mu nic innego, jak kontynuować mówienie:
— Zarządziłem, by przy zapadlisku postawić uzbrojonych w strzelby mnichów… Właściwie ataki nie ustały, ale szczury, które atakowały, zostały odstrzelone…
Już ja się zaciąłem i bardzo ostrożnie powiedziałem:
— A czym mogę pomóc, Władysławie? Nie jestem ekspertem od szczurów… Jestem zwykłym psychiatrą.
— Tak, panie doktorze… Właściwie ci księża, którzy zostali ugryzieni przez te straszne stworzenia… Powiedzmy tak, stracili swoje ludzkie oblicze… Proszę pana o ich zbadanie. Właściwie cały Kościół pana prosi… Zbadaje pan ich?
Spojrzał na mnie z nadzieją. Zacząłem myśleć i zdawało mi się, i jemu chyba też, że ta minuta była wiecznością…
— Monsiniorze… — zobaczyłem, jak chciał zaprzeczyć moim słowom, ale go uprzedziłem: — Zbadam ich… Po pierwsze, to ciekawość zawodowa, a po drugie, nie mogę odmówić panu tego!
Biskup wstał z miejsca i uśmiechając się, kiwał głową. Znowu gwałtownie otworzyły się drzwi i na progu stanęła siostra Aleftyna, odniosło się wrażenie, że cały czas podsłuchiwała. Biskup uśmiechnął się i bardzo łagodnie powiedział:
— Widzi pan, doktorze, Kościół nie wypuszcza mnie nawet w tak delikatnej sprawie jak ta… Do widzenia, panie doktorze. Wkrótce się zobaczymy.
— Do widzenia, monsiniorze.
Biskup uśmiechnął się, pokiwał głową i wyszedł z gabinetu. A ja odwróciłem się do okna. Zamyśliłem się na chwilę, ale nie o sprawach kościelnych. Zamyśliłem się tylko o tym, że ta Sara zwracała się do Lipińskiego, a zapis o tym musi być w archiwum.
Rozdział 6
Tego dnia zawitał do mnie i Patkowski. Ale nie bardzo go poznałem. Stracił zbędną wagę. Ale wraz z tym stracił więcej, niż trzeba. Był bardzo chudy, nawet chudszy, niż jak na człowieka, który był dość tęgi. W końcu był bardzo blady. Ciężkie cienie legły wokół oczu. A kolor jego skóry był żółty.
— Witam, panie doktorze — cicho powiedział Patkowski i usiadł na krześle stojącym naprzeciw mojego stołu.
Zdziwiony spojrzałem na niego i powiedziałem ostrożnie:
— Panie Patkowski, zrobił pan badania, które kazałem panu zrobić?
Mężczyzna podniósł na mnie oczy i z niezrozumiałym spojrzeniem powiedział cicho pod nosem:
— Badania… Nie, panie… Jakoś mi niedobrze… Sara, ona mówi o remoncie… A majątku już mało… Po co przyszedłem… — podrapał się po potylicy i utkwiwszy wzrok w jednym punkcie, kontynuował: — Potrzebuję jakichś pigułek… Może narkotycznych… Żeby mieć siły… Tylko mieć siły…
Westchnąłem i powiedziałem tak samo łagodnie:
— Niestety nie mogę przepisać panu środków narkotycznych… W tym przypadku środek nasenny, jeśli są zaburzenia snu, albo coś uspokajającego.
Patkowski zwęził oczy, na chwilę zdawało mi się, że rzuci się na mnie. W jego spojrzeniu pojawiło się coś kociego. Otworzył usta, gdzie zobaczyłem, a może mi się tak zdawało, małe kły. Ale Wojciech oparł się o oparcie krzesła i cicho powiedział:
— Pan, panie doktorze, nie jest w stanie mi pomóc… Nikt nie jest w stanie…
Z tymi słowami wstał. Chwiejąc się z boku na bok, otworzył drzwi na oścież. Po drodze omal nie przewróciwszy Marii. Mogłem tylko głośno powiedzieć:
— Panie Patkowski… Dokąd pan?
Ale on był już przy Aleftynie, która jak zawsze przebierała papiery i nawet nie zauważyła, że ktoś przeszedł obok, a ja krzyknąłem:
— Zatrzymajcie go… Słyszycie?
Maria spojrzała na mnie i zapytała:
— Kto to jest?
— To Patkowski… — odpowiedziałem. — Nie można go wypuszczać… On tam umrze!
Maria odwróciła się i pobiegła za nim, a ja za nią. Dobiegłem do siostry Aleftyny i powiedziałem:
— A pani czego siedzi, siostro? Łapmy go!
Ale było za późno. Patkowski najpierw bokiem, a potem skoczył i zasyczał po kociemu i za chwilę zniknął z oczu precz. Mogłem tylko rozłożyć ręce. Gniewnie spojrzałem na Aleftynę, która niezbyt zrozumiała, co się takiego stało.
Obejrzałem się na Balicką. Kiwnęła głową, a ja kiwnąłem jej. Zrozumieliśmy się. Dla siebie postanowiłem, że trzeba pójść do archiwum, wrócić do dawno zapomnianej sprawy Lipińskiego. I zrobię to jak najszybciej, właściwie dziś w nocy.
Rozdział 7
Siedziałem w dyżurce i paliłem papierosa. Dym powoli wypełniał pomieszczenie, a ja myślałem o tym, co stało się w ciągu ostatniej doby i o zachowaniu Patkowskiego. Zachowywał się bardzo dziwnie i było ewidentne, że miał bardzo silne wyczerpanie, zarówno nerwowe, jak i psychologiczne. Mężczyzna miał też halucynacje i wygląda na to, że widział je także w czasie przyjęcia. Ale w żaden sposób nie mogłem zrozumieć, jak on przy bardzo silnym wyczerpaniu mógł biec i skakać, i to jeszcze tak szybko.
Zaciągnąłem się papierosem i wypuściłem słup dymu z nozdrzy, zdjąłem marynarkę i kamizelkę, podwijałem rękawy białej koszuli, zgasiłem papierosa w popielniczce i spojrzałem na zegarek: 00:00 wybił zegar.
Archiwum znajdowało się w gabinecie lekarza Lipińskiego. Dokładniej mówiąc, w małym pokoiku w samym gabinecie, znacznie później przeniosłem je do piwnicy. Otworzyłem drzwi i przeszedłem obok dyżurki głównej pielęgniarki, Aleftyna oczywiście wróciła do klasztoru i dawno już spała. Skręciłem w ciemny korytarz, który prowadził właśnie do gabinetu Lipińskiego.
Zrobiło mi się trochę nieswojo, gdy przypomniałem sobie, że muszę iść przez gabinet mojego nauczyciela, ale nie było wyboru. Szedłem ostrożnie, ledwie, ciężko powiedzieć, czy dlatego, że się bałem, czy dlatego, że coś mnie zatrzymywało. Moje kroki dudniły gdzieś daleko w pustym korytarzu, a drogę oświetlał księżyc. Idąc, wydawało mi się nawet, że tej drogi nie zdołam pokonać.
Przez cały rok nikt tu nie wchodził. Gdy doszedłem do tych samych lakierowanych drzwi, nadal były opieczętowane, moje serce spadło w dół, jak w tamten straszny dzień. Zerwałem pieczęcie, które zagradzały mi drogę do gabinetu. Otworzywszy drzwi, owionęło mnie stęchłe powietrze. Wszedłem do środka, włączyłem światło. Ukazał mi się dość smutny widok: wewnątrz wszystko było pokryte grubą warstwą kurzu, pajęczyna wisiała w kątach, a skórzany fotel był odwrócony do okna, tak samo jak wtedy, gdy siedziało tam to, co kiedyś było Lipińskim. Na jedną chwilę zrobiło mi się bardzo smutno. Ale w końcu nie po to tu przyszedłem. Przeszedłem obok biurka i oparłem się o drzwi prowadzące do pokoju z archiwum.
Otworzywszy drzwi, stanąłem przed półkami, gdzie archiwum stało w porządku alfabetycznym, osobiste karty chorych i w ogóle wszystkie informacje. Zacząłem kartkować, grzebać, szukając znajomego nazwiska. Szukałem. Nie wiem, ile czasu to zajęło, ale moje ręce były umazane kurzem, a ze skroni spływał pot.
Znalazłem potrzebną mi kartotekę. W końcu przypomniałem sobie, jak nazywa się ta fatalna kobieta: Sara Braga. Spojrzałem na datę wypełnienia i z przerażenia zaschło mi w gardle. Ale nie zdążyłem o tym pomyśleć, gdy w kącie pokoju zobaczyłem Lipińskiego, tylko na jedną chwilę. Ale stało się dla mnie jasne — to nie do końca był on, z oczu nic nie zostało, a mięśnie i skóra schodziły płatami, nawet poczułem trupią woń, która od niego szła. Szczęka trupa otworzyła się i on zachrypiałym głosem powiedział, wykrakał:
— Nie chodź do dworu „Piwonia”.
Rozdział 8
Nie bardzo pamiętam, jak dostałem się do domu. Właściwie to nie jest bardzo ważne. Obudziłem się od tego, że słońce jasno świeciło mi w okno. Byłem ubrany tak samo, przecież się nie rozbierałem, a po prostu upadłem i zasnąłem w tym, w czym byłem.
W końcu skierowałem się do łazienki i doprowadziwszy się do ładu, zebrałem się, by pójść do szpitala. Włożywszy płaszcz i kapelusz, wyszedłem z posiadłości i poszedłem w stronę drogi. Szedłem, oddychając świeżym zimowym powietrzem, a pod nogami skrzypiał śnieg.
Zatrzymałem się przy latarni ulicznej i stanąłem, czekając na przewoźnika konnego. Wokół wszystko całkowicie zasypało przez noc. Bruku nie było widać, tylko biały śnieg, który odbijał promienie słońca i oślepiał oczy. A pośrodku drogi była wąziutka ścieżka, to konie wytyczyły sobie drogę. W końcu podjechała dorożka, do której wsiadłem.
— Do szpitala, proszę pana! — zachrypiałem.
Dorożka szarpnęła i niespiesznie mnie powiozła. To nie było szybko. Przejeżdżaliśmy i obok dworu „Piwonia”. Wyjrzałem przez okno. Brama była otwarta na oścież, a obok domu i na ganku chodzili ludzie. Drzwi wejściowe też były otwarte. A na letnim tarasie stała kobieta, owinięta cała w czerń, miałem możliwość przyjrzeć się jej twarzy. Była dość ładna, ale koloru woskowej świecy. Powiedziałbym, że to maska, maska śmierci. Dopiero tu zamyśliłem się: kim ona jest? I czy w ogóle Sara jest człowiekiem?
Dorożka skręciła w lewo i dwór zniknął, tak samo szybko, jak się pojawił, zostawiając mnie z moimi myślami sam na sam. Jak zawsze nie zauważyłem, jak znalazłem się przy szpitalu. Oddawszy woźnicy srebrne monety, szybko przeszedłem holem, omijając siostrę Aleftynę, otworzywszy drzwi na oścież, po prostu wbiegłem do dyżurki. Za stołem siedziała Maria, która zdziwiona podniosła na mnie oczy.
— Znalazłem! — ledwie powiedziałem zdyszany.
Balicka uśmiechnęła się, opuściwszy pióro, które trzymała, i powiedziała:
— Byłeś w archiwum?
— Tak… — powiedziałem. — Co więcej… To wszystko już było…
I tu zacząłem opowiadać wszystko, co przeczytałem w starej karcie, którą wypełniał Lipiński. Opowiedziałem też o moich rozmyślaniach, o tym, jak szedłem korytarzem, i o tym, jak zobaczyłem Lipińskiego, a raczej to, co z niego zostało…
Maria stała się poważna, a ja wszystko opowiadałem i opowiadałem, ledwo można było mnie zatrzymać. Nagle otworzyły się drzwi i na progu stanęła Aleftyna. Poczułem, że moje policzki zapłonęły tak, jakby zakonnica zastała nas z Marią na czymś nieprzyzwoitym. Spojrzała na mnie i na Marię po kolei i powiedziała:
— Przepraszam… Ale tu do was delegacja z Kościoła katolickiego, panie doktorze.
Westchnąłem i zapytałem:
— Może miała pani na myśli, że to monsinior, siostro?
— Nie, właśnie delegacja… I monsinior też… Właściwie to przyprowadzili trzech chorych… Powinien ich pan przyjąć.
— Dobrze, siostro… Proszę nam dać pięć minut!
Ale… — zaczęła Aleftyna.
Podniosłem rękę i powiedziałem:
— Pięć minut.
Skinęła głową i bardzo gwałtownie zamknęła drzwi za sobą. Przeniosłem wzrok na Balicką i powiedziałem:
— Patkowski umarł.
Maria ze zdziwienia prawie spadła ze swojego miejsca i w zamyśleniu powiedziała:
— Tego można było się spodziewać… Nie jestem bardzo zdziwiona… Tylko dlatego… Że to stało się bardzo szybko…
— Jest jeszcze coś… — tu podrapałem się po potylicy, dobierając słowa. — To stara sprawa… Bardzo stara… Sara Braga zwracała się do Lipińskiego w 1875 roku, z patologicznym pociągiem seksualnym do mężczyzn…
— To niemożliwe… — cicho powiedziała Maria.
— Miała wtedy 45 lat… To prawie 40 lat temu, Mario… Mamy do czynienia na pewno nie z człowiekiem!
Rozdział 9
Otworzyłem drzwi i wyjrzałem na korytarz, który wypełnił jak rzekę na wiosnę tłum księży różnych rang. Przewodził tej „pielgrzymce” arcybiskup Władysław Bandurski. Wyszedł naprzód i uśmiechając się, powiedział:
— Dzień dobry, panie doktorze… Właściwie jak obiecałem, przyprowadziłem tych… Jednym słowem, sam pan zobaczy. Ale przyprowadziłem przedstawicieli duchowieństwa. Ci księża służą w specyficznym zakonie kościelnym, którym we Lwowie zawiaduje Mateusz Błowacki… Ojcze Mateuszu, gdzie pan jest?
Rozpychając innych, naprzód wyszedł ksiądz w czarnej sutannie i białej koloratce — symbolu cnoty i ubóstwa kapłana — był w średnim wieku, chudy i blady, a pod oczami miał szare cienie. Kapłan zmęczonym wzrokiem spojrzał na mnie i zapytał:
— Co przed badaniem musi pan, panie doktorze, wiedzieć o braciach, którzy ucierpieli?
Przełknąłem gulę w gardle i opanowawszy się, powiedziałem:
— Po pierwsze, proszę was, ojcze Mateuszu, monsiniora i poszkodowanych braci, by przeszli do dyżurki… I tam będziecie mogli wszystko opowiedzieć. Zbadam ich i lekarka Balicka mi pomoże.
Błowacki uważnie spojrzał na mnie, kiwnął głową i podniósł rękę, wskazując mnichom, by przeszli do dyżurki.
Wszedłem pierwszy, przytrzymując drzwi, wpuszczając wszystkich pozostałych, pierwszy był Bandurski, potem Błowacki i kupa mnichów, którzy prowadzili trzech księży w podartych sutannach, z czarnymi workami na głowach, związanych ciężkimi łańcuchami. Tymczasem Maria, z bladą twarzą, wstała zza stołu i jak w transie kiwała głową każdemu nieznajomemu jej mężczyźnie.
Zamknąłem za wszystkimi drzwi i przeszedłszy obok, usiadłem za swoim biurkiem, dając znak Marii, że ona też może siadać na swoje miejsce. Naprzód znowu wyszedł ojciec Mateusz i odchrząknąwszy, cicho zaczął mówić:
— Tych trzech… Mieli wykonywać zadanie badania podziemi… — spojrzał na nich i dał znak mnichom, którzy zdjęli worki z głów zakutych mężczyzn. — Ale, panie doktorze, ciekawość była większa od nich… I oni, na swoich dyżurach, zaczęli badać…
Tu jakby się opamiętał i spojrzał na arcybiskupa, ten kiwnął głową i Mateusz kontynuował:
— Zaczęli badać to zapadlisko, które się otworzyło… Pierwszy z nich to był oto on… — wskazywał na najstarszego z tych świętych ojców. — Andrzej Damczuk… Był postawiony przy tym miejscu, z jedynym celem — nie dopuścić nikogo w to miejsce. Jednak jego ciekawość była większa od ślubów.
— Mateuszu, proszę cię — arcybiskup uśmiechnął się ironicznie.
Kapłan wypuścił powietrze i kontynuował:
— Pewnego wieczoru wziął patyk, szmatę i zrobił pochodnię. Nie ostrzegł nikogo o swoich zamiarach i w nocy wpełzł w to zapadlisko. Właściwie znaleziono go przy zapadlisku, z wielkim ugryzieniem na ręce… Bez przytomności, z gorączką…
Ja z kolei tylko nadążałem wypełniać formularz Andrzeja — byłego księdza — ubrudziwszy ręce atramentem. A ojciec Mateusz wszystko mówił i mówił. W jednej chwili zamieniłem się w maszynę do wypełniania formularzy chorych.
Wydawało się, że całą wieczność opowiadał o tym, co stało się z księżmi. Uważnie spojrzałem na trzech związanych ludzi i do głowy przyszła mi ciekawa myśl, podniosłem rękę do góry — jak w szkole — i powiedziałem dość szybko, póki ojciec Mateusz nabierał powietrza w płuca:
— Przepraszam, ojcze…
Kapłan zdziwiony spojrzał na mnie, otworzywszy szerzej oczy.
— A czy można rozwiązać tych ludzi?
Mateusz, zdawało się, przestraszył się i odsunął się ode mnie. Naprzód wyszedł monsinior Władysław i spokojnie, ale natarczywie powiedział:
— Chciałbym podkreślić jeszcze raz, panie doktorze, nie można go rozwiązywać i w ogóle ruszać, no… — tu zaciął się i spojrzał na mnie oceniająco, potem kontynuował: — Przynajmniej w miejscu publicznym… I w ogóle nie można ich utrzymywać w zwykłej sali, tylko w izolowanej.
Uśmiechnąłem się na tę ripostę starego kapłana. Ale wywołało to więcej pytań niż, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, odpowiedzi.
Z pomocą Marii w końcu zakończyłem rejestrację trzech nowych chorych. Tymczasem, póki kończyłem z chorymi, Aleftyna przygotowała trzy nowe, nigdy nie używane miękkie pokoje i kaftany bezpieczeństwa.
Księża, chwytając chorych pod ręce, pociągnęli w stronę pokoi z miękkimi ścianami. Mężczyźni, zdawało się, nie byli przeciw, a po prostu szli, ale dokładnie do momentu, gdy bracia, którzy im towarzyszyli, nie zdjęli z nich okowów. Zapamiętałem właśnie brata Andrzeja. Ani imion, nic, oprócz tego strasznego mnicha. Gdy okowy upadły na podłogę, księża ledwie wepchnęli ich do pokoi i zamknęli za nimi drzwi.
Za chwilę korytarz był pusty, zostaliśmy stać tylko ja i arcybiskup Bandurski, który patrzył w okrągłe małe okienko w drzwiach sali. Na chwilę odwrócił się, szybko, jakby bał się, że ktoś zobaczy, przeżegnał się. Ja też spojrzałem w to małe okienko do obserwacji.
Moim oczom ukazał się straszny obraz: Brat Andrzej siedział w kucki i warczał jak pies, ryczał jak dzikie zwierzę. On — a raczej ono — podskoczył, jakby zrozumiał i usłyszał mnie, do samych drzwi, warknąwszy, pokazując ciemne, zgniłe zęby, uderzył rękami w drzwi. Odchyliłem się i zdawało mi się — prawie byłem tego pewien — na jedną chwilę, że oczy mu zamigotały czerwonym jak krew światłem. Nie pozostało mi nic innego, jak się odchylić. Spojrzałem na Bandurskiego, który stał przy oknie, smutno patrząc gdzieś za horyzont. Myśl, która przyszła mi do głowy, dała mi odpowiedzi na więcej niż połowę pytań, które miałem. Po prostu podszedłem do arcybiskupa i powiedziałem:
— Monsiniorze, przepraszam, możemy porozmawiać?
Rozdział 10
Ledwie wytrzymałem trzy dni, które kazał czekać monsinior Władysław. Nie mogłem w żaden sposób, jak dziecko, usiedzieć na miejscu. I oto już stałem na Cmentarzu Łyczakowskim, gdzie dwóch robotników cmentarnych łomami otwierało rodzinny grobowiec Patkowskich. Patrzyłem, jak wyciągają trumnę z krypty. Zasłaniając twarze chustą, mężczyźni załadowali trumnę na wóz.
Ci sami mężczyźni położyli ją w laboratorium, na wcześniej posprzątanym stole. Tylko światło zachodzącego słońca odbijało się od pokrytej lakierem trumny. Chodziłem wokół, to był dla mnie jak prezent, którego bałem się otworzyć. W końcu nie wytrzymałem i pobiegłem korytarzem obok Aleftyny, która tylko pokręciła głową. Gwałtownie otworzyłem drzwi dyżurki, gdzie siedziała Balicka, która spojrzała na mnie zdziwiona.
— Przywieźli ciało Patkowskiego! — ciężko oddychając, z radością patrząc na Marię, powiedziałem.
Tu już ona podskoczyła i pobiegła do laboratorium, prawie przewracając starą zakonnicę. Wbiegliśmy do pomieszczenia. Balicka szybko założyła gumowe rękawiczki i maskę na twarz. We dwójkę otworzyliśmy trumnę, pokój wypełnił się słodkawo-jajecznym zapachem rozkładu. Zajrzeliśmy do środka, gdzie pod przykryciem z żółtego jedwabiu można było dostrzec kontury męskiego ciała. Szybko odrzuciliśmy koc i przełożyliśmy ciało na metalowy stół, a pod głowę podłożyliśmy drewnianą poduszkę.
Jego twarz nabrała koloru świecy kościelnej, spuchła, tracąc ludzki wygląd. Przeprowadziliśmy sekcję. Tak samo, jak nas uczono na uniwersytecie. Cięcie w kształcie litery Y i taki sam szew. Wszystko jak z podręcznika. Szukaliśmy czegokolwiek, czego moglibyśmy się uchwycić, ale nie, wszystko na marne. Nie było śladów trucizny ani w żołądku, gdzie na zawsze pozostało niestrawione mięso z warzywami, ani w osoczu. Ale było widać, że zmarł nie z przyczyn naturalnych, umarł w wyniku bardzo silnego wyczerpania. Jednak dowodów na to nie było. Na tym koniec. Weszliśmy w kąt.
Z Marią zaczęliśmy układać ciało mężczyzny w trumnie, gdy przez laboratorium przetoczył się stukot, drzwi się otworzyły i na progu stanęła siostra Aleftyna, która szybko wystrzeliła:
— Panie doktorze Brzeziński… O Boże, co to jest?
Zakonnica przycisnęła rękę do nosa, krzywiąc się jak stara żaba:
— Czym to śmierdzi w całym laboratorium? Otworzyliście trumnę z nieboszczykiem? Przecież zasmrodzicie cały szpital, na miłość Matki Boskiej… Tego nie wolno robić…
— Siostro Aleftyno, czego pani chciała? — syknąłem ze złością.
Zakonnica zbladła, zakaszlała i ledwie powiedziała: