E-book
6.95
drukowana A5
33.84
Tajemnica zamku

Bezpłatny fragment - Tajemnica zamku

MBX: część I


Objętość:
199 str.
ISBN:
978-83-8126-469-3
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 33.84

Ten tom dedykuję moim rodzicom oraz bratu i jego żonie za wsparcie

A także Paulinie Gołębiewskiej za pomoc. Elwirze Hajduga, Ance Leśniewskiej,

A. Andrzejewskiej i byłej Klasie III,,B” z L. O. w Bolkowie, rok
2004/2005, za natchnienie

Prolog

Od zarania dziejów zło toczy walkę z dobrem. Swymi ciemnymi

mocami opanowuje osoby, które nie zaznały nigdy prawdziwego

szczęścia, miłości czy radości. Otwierają oni wtedy drogę dla Cienia,

niematerialnego lęku, który pochłania świat, powodując Nicość.

Walczyć z nim może tylko osoba o czystym sercu, nieskalana

złem. Na przestrzeni wieków pojawia się siedem osób, mających

w sobie wielką moc. Lecz ich największą siłą jest jedność — Moc

Siedmiu. Tylko oni mogą przeciwstawić się złu. Ale muszą być

razem, a nie zawsze moc wszystkim naraz się objawia. Muszą oni

odnaleźć Symbole Władzy, mające wielką siłę. Gdyby wpadły

w nieodpowiednie ręce, nie byłoby dla Świata ratunku.

Rozdział 1
Legenda

Nazywam się Maciej Malester, ale wszyscy mi mówią Majk, gdyż to jest mój pseudonim. Jestem tajnym agentem tajnej międzynarodowej agencji zajmującej się trudnymi do wyjaśnienia zagadkami. Jestem wzywany zwłaszcza do rozwiązywania zagadek dotyczących skarbów i trudnych morderstw. Mam 35 lat. Swą pierwszą zagadkę razem z grupą przyjaciół rozwiązałem w wieku 16 lat. Stworzyliśmy razem brygadę MBX i próbowaliśmy rozwiązywać różne dziwne zagadki. Morderstwa, kradzieże, poszukiwanie zaginionych skarbów i tym podobne. Już wtedy poznałem co to ból i cierpienie. Jeden z członków naszej organizacji zginął. Przeżyliśmy niesamowite przygody, w które nikt nie uwierzył i dalej nie wierzy. To co nas spotkało, jest bardzo dziwne, ale o tym później.

Brygadę MBX stworzyłem ja, mój brat Łukasz, przyjaciółka Katrina Mirlian, Alicja Kalina, kolega Bartek Gołąbek oraz jego kuzynka Sandra Agrawka. Wszyscy wymyśliliśmy sobie nowe imiona, nasze pseudonimy, i tak ja zostałem Majkiem, Katrina — Kimberli lub po prostu Kim, Alicja zwała się Aszli, Łukasz — Jupiter lub w skrócie Jupi, a Bartek nazywał się Bob. Jedynie Sandra nie chciała żadnego przezwiska. Prawowita nazwa brygady brzmiała MABJK BRYGADY X, w skrócie MBX. Po pewnych przeżyciach, między innymi przez zamek w Płoninie, posiedliśmy wiele niezwykłych umiejętności, wyostrzyły się nam wszystkie zmysły, ale staraliśmy się, by nikt o tym nie wiedział. Poza tym każdy z nas miał inną jakby moc zdolność niczym mutant. Ja panowałem nad ziemią i roślinami, Alicja nad wodą, Łukasz nad ogniem, Katrina nad powietrzem i pogodą, Bartek nad metalem, a Sandra potrafiła zamrażać czas oraz rzeczy. Lecz nasze moce ukazały się długo po przeżyciach w tym zamku. Ale nim opowiem, jak utworzyliśmy brygadę w wakacje, gdy skończyłem gimnazjum, cofniemy się kilka lat wstecz, by usłyszeć, skąd się wzięła legenda o skarbie.

Jest rok 1000, w Gnieźnie, obecnej stolicy Polski dochodzi do zjazdu ważnych osobistości. Tymczasem na Dolnym Śląsku, w wiosce, która potem przerodziła się w miasto Świdnicę, która swego czasu była nawet stolicą Księstwa Świdnicko-Jaworskiego, mieszkał chłopiec, który był woźnicą członka rodu Hochbergów. Do nich należał zamek Książ, zbudowany długo później.

Pewnego dnia, gdy chłopiec wiózł swego już starszego pana do rodziny, ten wyjawił mu sekret i wręczył żółty, czysty kawałek papieru. Wiedział, że umrze i dlatego powiedział to jedynej osobie, która mogła go wysłuchać.

— Ogromny skarb jest tu ukryty. W przyszłości będą do niego prowadzić cztery klucze ukryte w zamkach. Kluczem do znalezienia tamtych kluczy jest ta kartka. Pamiętaj jednak, ten skarb jest zbyt potężny dla jednego człowieka.

Po tych słowach umarł. Chłopiec wszedł w skład jego rodziny, żeniąc się z wnuczką swego pana. Po jego śmierci skarb zdobywa wiele osób, aż nadchodzi czas Templariuszy. Oni, po powrocie z Jerozolimy, odnajdują skarb i dzierżą go aż do zlikwidowania zakonu w roku 1307. W tym roku wielu Templariuszy straciło życie. Wiadomo też, że ostatni członek zakonu zginął w Bolkowie, gdzie też mieli jedną ze swych siedzib. W niej znajdował się żółty kawałek pergaminu, który otrzymał woźnica. Po drugiej wojnie światowej odnaleziono ten kawałek papieru. Po przeanalizowaniu go i po odczytaniu niewidocznego pisma, wywnioskowano, że gdzieś na Dolnym Śląsku jest ukryty potężny skarb, ale nie wiadomo gdzie, gdyż dalszy kawałek kartki został oderwany i go niestety nie znaleziono. Ale obok tych wydarzeń powstała legenda, że ktoś ukrył skarb w zamku „Niesytno”, w Płoninie. Nie wiadomo tylko, czy to prawda, czy ta legenda nie powstała po to, by odwrócić uwagę od prawdziwego skarbu. Mimo to wielu śmiałków próbowało go znaleźć, ale nikomu się nie udało.

W roku 1955 na zlecenie Sowieckiego wywiadu (KGB) profesor historii, Jan Kowalski oraz kilku rosyjskich naukowców i archeologów prowadziło wykopaliska w Płoninie. Próbowano odnaleźć cztery słynne skrzynie, w których hitlerowcy ukryli Bursztynową Komnatę. Wiadomo było tylko, że jest ukryta na Dolnym Śląsku, ale nikt nie wiedział, w którym miejscu. A miejsce owiane legendami było idealną kryjówką.

Niestety, nie znaleziono Komnaty Bursztynowej. Choć profesor podobno coś odkrył, to jednak nie ujrzało to światła dziennego. Razem ze swą ekipą zaginął. Później komunizm upadł i zapomniano o tym miejscu. Przez kilka lat zamek był we władaniu państwa, a obecnie jest w rękach prywatnych. Jednak właściciele pozwalają tam wchodzić i amatorzy skarbów mogą próbować dalej ich szukać.

Nadszedł rok 2002, z gimnazjum wyszli pierwsi absolwenci, wśród nich ja. Razem z przyjaciółmi mieszkałem w Starych Rochowicach. Z utęsknieniem czekaliśmy na odebranie świadectwa, gdyż dzisiaj mieliśmy organizować nową brygadę detektywistyczną. Naładowani

pomysłami na wakacje, czekaliśmy na ostatni dzwonek.

* * *

— No, nareszcie koniec szkoły — rzekł Bartek, podchodząc do przyjaciół, siedzących na ławkach przed szkołą.

Szkoła była świeżo po remoncie. Miała nowe okna i właśnie kończono ją malować. Z góry swym wyglądem przypominała dwupiętrową literę E, z ogonkiem w kształcie dwóch sal gimnastycznych.

Obok niej stał bardzo podobny budynek, w którym znajdowała się stołówka i świetlica. Też po gruntownym remoncie.

— No, jeszcze nie całkiem. Będziemy musieli stać długo w tym palącym słońcu, na apelu.

— Nie przesadzaj, Kim, nie będzie tak źle. Przecież i tak wyjdziesz po świadectwo z czerwonym paskiem — odrzekł Maciej.

Katrina najlepiej się uczyła z całej piątki mieszkającej w Starych Rochowicach.

— Jaka średnia, Kim?

— 5,1. Bob, a twoja?

— Lepiej nie mówić.

— Masz jakąś pałę? — spytał Łukasz.

— A zaskoczę cię, Jupi, bo nie mam żadnej.

— To świetnie. Pewnie same dwóje masz — rzekła Katrina. Dalszą rozmowę przerwał Maciej.

— Chodźcie, już czas — zapowiedział, spoglądając na zegarek.

Oni wstali z ławek i mijając budynek stołówki, poszli do szkoły. Do niej prowadziły dwa wejścia, jedno dla podstawówki, a drugie kawałek dalej dla gimnazjum. Przed wejściem stały klomby z bratkami, a obok nich rosła jarzębina.

Maciej pierwszy pchnął metalowe drzwi i wszedł do środka, za nim Katrina, Łukasz, Alicja i Bartek. Przeszli obok portierni i wyszli tylnym wyjściem na plac, pomiędzy dwoma segmentami.

Każdy poszedł do swojej klasy. Ustawili się czwórkami i wysłuchali nudnego przemówienia dyrektora, po czym odczytane zostały nazwiska osób z czerwonym paskiem na świadectwie, takie otrzymała Katrina. Po kilku ogłoszeniach, których prawie nikt nie słuchał, udali się do klas po odbiór nagród i innych świadectw.

Majk wraz ze swoją klasą wspinał się mozolnie na drugie piętro. Był wysokim i chudym chłopcem, ale za to silnym i sprytnym. Ciekawiły go zamki i pragnął przeżyć prawdziwą przygodę. Gdy szedł łącznikiem na segment B (wchodziło się przez segment A), myślał, co będzie robił na wakacjach. Najbardziej bał się ich końca.

Jego myśli zaprzątała nowa szkoła, do której miał się udać we wrześniu. Wszedł na korytarz, prowadzący do jego klasy, która znajdowała się na samym końcu. Przed nią wszyscy czekali na wychowawczynię. Maciej oparł się o zimną ścianę, wyczekując momentu

opuszczenia tej szkoły.

Po chwili ukazała się wychowawczyni. Była to młoda nauczycielka zaraz po studiach. Oni byli jej pierwszą klasą i wszyscy bardzo się z nią zżyli. Dzięki niej nikt nie został w tej samej klasie.

Uczyła ich niemieckiego, a nazywała się Ilona Pawłowska. Szybko otworzyła drzwi, a uczniowie rzucili się do klasy. Zajęli miejsca. Majk usiadł w drugiej ławce, koło okna. Klasa ogólnie dość przyjaźnie wyglądająca, ale wiele ławek było porysowanych i popisanych.

Nauczycielka po kolei odczytała nazwiska osób z najwyższą średnią w klasie i wręczyła im książki.

— Pierwsze miejsce ma Magda Olszewska, średnia 5,35 — rzekła

wychowawczyni. — Drugie: Kasia Urbaniak, Małgorzata Uchmanowicz

i Martyna Janas, średnia 5,0. Gratulujemy.

Po tych słowach rozdała resztę świadectw i nagród, uczniowie zajęli się rozmową.

— Gdzie idziesz do szkoły, Maciej? — spytała Kaśka, była to drobna szatynka o silnym charakterze. Siedziała ławkę przed nim.

— Tutaj, do ogólniaka. A ty?

— Ja też, ale z rozszerzonym niemieckim.

— To tak jak ja.

— Wiele osób idzie tutaj do szkoły — przyłączyła się do rozmowy Gośka. — Jedynie ja idę do Jeleniej Góry.

— Na pewno nie — rzekła Karolina Wierzbicka ze współczuciem. Miała czarne włosy i niebieskie oczy. Była szczupła tak jak pozostałe dziewczyny. — Inni też idą do innych szkół.

— A ty? — spytała Kaśka, miała ciemne, długie włosy, zebrane w kucyk.

— Ja? Ja idę tu do szkoły.

— No, widzisz — wpadła jej w słowo Gośka, miała najkrótsze włosy. — Będę sama w innej klasie.

— Nie przejmuj się — wtrąciła z tyłu siedząca Magda. Miała długie do pasa, jasne włosy i siedziała obok Martyny. Ona miała krótkie i ciemne. Lecz dalszą rozmowę przerwała wychowawczyni,

wymawiając imię Majka.

— Maciej Malester — usłyszał Majk, wstał więc, odebrał świadectwo i książkę, po czym wrócił na miejsce.

— Czemu nie masz czerwonego paska? — zagadnęła Kaśka.

— Zabrakło mi dwóch piątek — odrzekł.

— To jest najgorsze. Jak brakuje ci tak niewiele — rzekła Karolina.

— Chciałam wam życzyć — doszedł do nich głos nauczycielki

— miłych, słonecznych, szczęśliwych i przede wszystkim bezpiecznych wakacji. Możecie iść. Do widzenia.

— Do widzenia! — odrzekła chórem klasa i powoli wymaszerowała z sali.

Przecisnęli się przez drzwi, przeszli przez korytarz i potem wyszli na dwór. Maciej usiadł na ławce, oczekując pozostałych. W tym samym czasie Kim odbierała nagrodę jako najlepsza uczennica w klasie. W jej klasie było 26 uczniów, w Maćka tylko 23. Prawie po połowie chłopców i dziewcząt. Jej wychowawczynią była starsza już nauczycielka, Elżbieta Starska. Katrina uwielbiała moment, gdy jest uznawana za najlepszą uczennicę. Pracowała ciężko przez cały rok i ta nagroda jej się należała. Posiadała długi warkocz ciemnych włosów, długie rzęsy i błękitne oczy. Jedynie czego jej brakowało to wzrostu, była najniższa z całej paczki.

Swe świadectwo otrzymała jako ostatnia, więc gdy usiadła, pani im życzyła słonecznych wakacji i wszyscy wyszli. Gdy wyszła z korytarza na łącznik, zauważyła Alicję. Stała do niej tyłem, a jej złote, rozpuszczone włosy sięgały do pasa. Gdy podeszła bliżej, zorientowała się, na co ona patrzy.

Alicja spoglądała krzywym wzrokiem na swoje oceny, a nie były one najpiękniejsze.

— Jak poszło? — zagadnęła Katrina.

— A, tak sobie — odrzekła i szybko schowała świadectwo.

— A masz jakieś dwóje?

— Tak, chyba trzy — po czym szybko dodała — ale to co?

— Hej, co tak stoicie? — spytał Bartek, podchodząc do nich.

Wyszedł z klasy od chemii, znajdującej się tuż obok schodów. W szerokim uśmiechu prezentował swoje białe zęby. Doskonale kontrastowały z jego czarnymi włosami. Był niski i przeraźliwie chudy, choć jego ulubionym zajęciem było jedzenie wszystkiego, co było do jedzenia, a zwłaszcza słodyczy.

— A, tak sobie — chłodnie odparła Katrina.

— A jak leci? — żartował sobie, bardzo to lubił. Ale najlepiej wychodziło mu denerwowanie Katriny i Alicji.

— A jak może lecieć! — warknęła na niego Alicja.

— Co ją ugryzło? — szepnął Bartek do koleżanki.

— Ma trzy dwóje — odpowiedziała równie cicho Katrina.

— Co? — spytał już głośniej. — Masz dwóję, Alicjo?

Ta spojrzała na niego morderczym wzrokiem, jeszcze chwila, a mogłaby go nim zamordować.

— Nie przejmuj się — on mówił dalej, nie zwracając na nic uwagi.

— Ja mam same dwóje i się tym nie przejmuję.

Po czym roześmiał się. Ale tylko on, nikomu więcej nie było do śmiechu. Milcząc, skierowali się na schody, by wyjść z tego budynku. Na parterze przyłączył się do nich Jupiter. Wyszedł z przeciwległego korytarza. Cała czwórka znalazła się na korytarzu prowadzącym do wyjścia.

— I co, zdałeś? — zagadnęła Łukasza Katrina.

— Jasne, że tak. Nawet mam nagrodę.

— Nie żartuj! — wykrzyknął Bartek.

— Pokaż! — rozkazała mu Alicja.

Wyciągnął z marynarki książkę. Był najgrubszy z całej brygady, choć nie był taki bardzo gruby. Nosił okulary i uwielbiał piłkę nożną w każdej postaci, a zwłaszcza oglądać.

— Dostałeś słownik ortograficzny? — zdziwiła się Alicja.

— Tak.

— Pokaż świadectwo — rozkazała Katrina.

On je wyciągnął, a ona bezczelnie mu je wyrwała z ręki. Przeglądając oceny, czytała je cicho pod nosem.

— Dobry, dostateczny, dostateczny, dostateczny… Hej, przecież ty masz same tróje — rzekła, podnosząc głowę znad świadectwa.

— No to co, że mam tróje.

— To jak mogłeś dostać nagrodę? — nie poddawała się.

— Nie tylko oceny się liczą. Zachowanie, opuszczone godziny również.

Po tych słowach zabrał jej świadectwo i schował do kieszeni razem z książką.

W tej samej chwili Alicja zauważyła czekającego na nich na ławce Maćka. Więc przyspieszyli kroku i szybko obok portierni wyszli na zewnątrz.

— Pośpieszcie się! — krzyknął do nich Maciej, gdy tylko wyszli ze szkoły. — Zaraz autobus nam ucieknie.

— Co? — spytała Katrina.

— Autobus nam ucieka, mam ci to przeliterować? — rzekł Bartek.

— Nie, nie trzeba, i tak nie potrafisz — odgryzła się Katrina.

Cała piątka puściła się biegiem na przystanek. Znajdował się on obok świetlicy, tylko trochę niżej. Cała szkoła stała na wzniesieniu, a niedaleko niej, na północ, znajdował się zamek Bolków. Uczniowie już się ładowali do trzech autobusów, dwóch pomarańczowych

gimbusów, jednego małego, drugiego dużego, oraz niebiesko-białego, zwyczajnego autobusu.

Oni wsiedli do małego Gimbusa. Jak zwykle nie było gdzie usiąść, więc musieli stać. Po około pięciu minutach ruszyli. Wjechali do miasta, po czym skręcili obok przystanku PKS. Po tej samej stronie znajdował się pałac przerobiony na szkołę, był otoczony srebrzystymi świerkami, więc nie było go za bardzo widać.

— Hej, spójrzcie w lewo — rzekł Maciej do przyjaciół. — To będzie moja przyszła szkoła.

Wszyscy przysunęli się do okna, ale nie mogli zbyt długo podziwiać, gdyż autobus ruszył dalej i wjechał na główną drogę. Teraz mijali niedokończony dom i nowe budynki po lewej stronie, a po prawej — ogródek jordanowski i Ośrodek Zdrowia.

Minęli kolejne skrzyżowanie, sklep z kwiatami i młyn, po czym wyjechali z miasta. Po prawej mieli skarpę, porośniętą drzewami, a po lewej: wąwóz, którego dnem płynęła rzeka. Dalej minęli tamę i samotny dom, i zjechali w lewą stronę na Stare Rochowice. Minęli pierwsze 10 domów i zatrzymali się.

Kilka osób wysiadło i zrobiło się luźniej. Bartek i Katrina usiedli, reszta nadal musiała stać. W końcu, po pięciu minutach wysiedli na drugim przystanku. Obok numeru 33. Gdy autobus pojechał dalej, zeszli na lewą stronę. Przez chwilę stali jeszcze razem.

— To o której przyjdziesz, Bartek? — spytał Łukasz.

— Około czwartej, gdy Sandra przyjedzie.

— Czyli koło piątej mamy czekać — rzekła Katrina.

— Jak to?

— No, przecież ty nie znasz się na zegarku i przychodzisz… — ale nie dokończyła, przerwał jej Bartek.

— Chcesz powiedzieć, że ja jestem taki głupi i nie znam się na zegarku?

— Nie, nie to miałam na myśli — broniła się Katrina.

— A co?

— Nic, po prostu chciałam ci uzmysłowić, że ty się ciągle spóźniasz, a dzisiaj jest ważny dzień dla nas.

— Tak, wiem, Katrina, dziś tworzymy nową brygadę o nazwie MBX…

— Mabjk (czyt. Mabik) Brygady X — przerwał mu Łukasz, ale on nie zwrócił na to uwagi i ciągnął dalej:

— Która ma zastąpić Brygadę X. Mamy się zastanowić nad tym, czy kogoś przyjmiemy, nad regulaminem i gdzie będzie nasza siedziba. Poza tym dzisiejszą datę, 24 czerwca 2001 roku, mamy wyryć na korze Dużego Drzewa. A, i ustalimy swoje nowe imiona, albo raczej je zatwierdzimy.

— No właśnie, więc choć raz się nie spóźnij — wpadła mu w słowo Katrina.

— A co jeśli Sandra się spóźni. Co wtedy?

— Wtedy — rzekła Katrina — będziesz usprawiedliwiony.

— Niech ci będzie — odparł Bartek. — Do zobaczenia.

Odwrócił się w stronę, skąd przyjechali i odszedł od przyjaciół. Natomiast czwórka, która została, poszła w drugą stronę. Weszli do dawnego PGR-u, przeszli przez most i obok drewnianego płotu, otaczającego ruiny pałacu, podążając do samotnego bloku. Po obu stronach drogi rosło mnóstwo krzaków, tworząc istny gąszcz. Oni po prawej mieli pałac i stuletnią lipę a po lewej nieskoszony i zarośnięty chwastami trawnik i klony. Idąc do domu, okrążali pałac,

mając go cały czas po lewej stronie.

Jego główne wejście, umieszczone w kwadratowej wieży, było ustawione na południe. Na przeciw drzwi rosły dwa duże kasztany, pomiędzy którymi biegła droga do bloku, w którym mieszkały cztery rodziny. Za kasztanami znajdowały się budynki gospodarcze, czyli obora, cielętnik i stodoły. Obecnie wszystko było zaniedbane i popadało w ruinę. Tuż przy zachodnim skrzydle późno barokowego pałacu z XVIII wieku stał jednopiętrowy blok z oknami z przodu i z tyłu. Tu mieszkała Alicja, na górze po prawej, a na dole po prawej Katrina, a po lewej dwaj bracia. Wszyscy udali się do siebie, by przygotować się na czwartą.

Około czwartej godziny Maciej, Katrina, Łukasz i Alicja czekali na Bartka. Wszyscy byli ubrani w dżinsy, siedzieli pod rozłożystą lipą, którą nazywali Dużym Drzewem. Było to bardzo stare drzewo, które kiedyś się paliło, przez co straciło całe swoje wnętrze i została tylko gruba kora, z której wyrastają konary. Tuż przy jego pniu ustawili prowizoryczne ławki, a poza zasięgiem gałęzi, z kilku cegieł zbudowali miejsce na ognisko. Kawałek dalej znajdowało się miejsce na drugie ognisko (już bardzo duże), odgrodzone od zarośli bzem pachnącym (lilak) i różą. Za nimi były pokrzywy. Dalej znajdował się plac, na którym grali w piłkę.

Czwórka osób siedząca na dwóch ławkach, Maciek z Katriną plecami do drzewa i na drugiej Alicja z Łukaszem, czekali na przyjaciela, który się spóźniał już pięć minut. Jego postępowanie bardzo denerwowało Katrinę.

Przyszli założyciele MBX spotkali się tutaj, ponieważ ich właściwa baza, znajdująca się w jałowniku, została zniszczona przez Ewelinę Grzejnik, z którą się kiedyś kolegowali. Maciej, Alicja, Katrina, Bartek i Łukasz stworzyli wiele brygad i zawsze posługiwali się imionami: Majk, Aszli, Kim, Bob i Jupi, i teraz również chcą się nimi posługiwać. Przyjmowali do nich różne osoby i te, które były wierne, i te, które niszczyły. I tak upadło wiele brygad, a było ich z 10, najważniejsze to:,,Brygada RR”,,, Akapulko” czy,,J przez P”, a także wiele klubów jak,,Klub Ściśle Tajny” (KŚT), założony przez Bartka. Po około dziesięciu porażkach zdecydowali się na ostatnią próbę, na stworzenie,,Mabjk Brygady X”, ulepszonej i dobrze zorganizowanej brygady, która by przetrwała długi czas. Z taką burzą myśli czekali.

W końcu dotarł Bartek i Sandra. Dziewczyna miała czarne oczy i jasne, kręcone włosy. Była wysoka i zgrabna. Łukasz w skrycie się w niej podkochiwał. Jej nazwisko to Agrawka (jak zwykła agrafka, tylko że z błędem).

— No, nareszcie! — wykrzyknęła Katrina, gdy dwie postacie znalazły się pod gałęziami lipy.

— Sorry, ale autobus się spóźnił — rzekł Bartek.

— Co ty nie powiesz? — zadrwiła panna Mirlian.

— Oj, dajcie spokój. Jesteśmy tu, by postanowić coś z naszą najnowszą brygadą, MBX-em, a nie kłócić się — uciął Łukasz rozmowę Katriny z Bartkiem, która mogła przeobrazić się w kłótnię.

Sandra i Bartek usiedli z boku na osobnej ławce. Dziewczyna siedziała koło Katriny a Bartek obok Łukasza. Gdy wszyscy usiedli, Maciej wyjął z brązowej torby zeszyt i długopis, i położył obok siebie na ławce.

— Po pierwsze, trzeba się spytać wszystkich tu zebranych, czy chcą uczestniczyć w tej brygadzie — zaczął Maciej.

— Tak, no pewnie, jasne, że chcemy — usłyszał odpowiedzi od reszty.

— W takim razie — ciągnął dalej Maciej — podpiszcie się na tej kartce.

Chłopak wyciągnął kartkę, której nagłówek brzmiał:,,Ja, niżej podpisany, przystępuję do Mabjk Brygady X z własnej, nieprzymuszonej chęci”.

Po podpisaniu tej kartki przez wszystkich, Maciej schował ją do koperty i położył na ławce.

— To teraz zagłosujmy, czy chcemy mieć przywódcę? Jak myślicie, jest nam on potrzebny? — spytała Katrina.

— No, nie wiem — odparła Alicja.

— Ja też nie wiem — powtórzył Bartek.

— No, to głosujemy — zdecydował Maciej. — Kto za tak?

Rękę podniosła Katrina i Sandra.

— A kto za nie?

Zgłosił się Łukasz i Bartek.

— Ja się wstrzymuję — rzekł Maciej, spojrzał na Alicję. — Ona też, więc jest pół na pół. A więc rozstrzygniemy to kiedy indziej.

— Dobra, ale czy będziemy kogoś przyjmować do brygady? — zapytała Alicja.

— To zależy kogo. Tylko tych, co lubimy — odparł Bartek.

— Ale jak ja kogoś lubię, to nie znaczy, że ty go lubisz lub kto inny z brygady. Bo możecie go w ogóle nie znać — rzekł Łukasz.

— Trzeba dać szansę wszystkim — podsumowała Sandra.

— I znowu ktoś wszystko popsuje, tak jak wcześniej — wyrzuciła z siebie Alicja.

— W takim razie musimy wymyślić dla nich testy, aby ci, co będą chcieli tylko namieszać, nie przeszli — powiedział Łukasz.

— Bardzo dobrze, to jest to — pochwalił brat.

— Ale jakie testy?

— Pomyśl, Katrina — rzekł do niej Bartek. — Ty przecież umiesz myśleć, bo masz czerwony pasek na świadectwie.

— Ale ty jesteś irytujący i… — zaczęła Katrina, przerwał jej Maciek:

— Już wiem, każdy z nas wymyśli swój własny test i jeden wspólnie napiszemy. Aby ktoś został członkiem, musi zdać 3 testy od kogoś i ten wspólny, czyli 4 z 7.

— To bardzo dobry pomysł, ale co ma być na tych testach? — zapytała Sandra.

— Co chcesz — odparł Maciej. — Sprawność fizyczna, logiczne myślenie, znajomość historii brygad itp.

— A skąd będą oni wiedzieć o naszych brygadach?

— To proste, Łukasz — odparł jego brat. — Każdy, kto będzie chciał, abyśmy kogoś przyjęli, najpierw zgłosi to pozostałym założycielom, czyli naszej szóstce, ewentualnie piątce. Jeżeli podczas głosowania będą 4 głosy na tak, to kandydat ma tydzień na przygotowanie się do testów. Pomagać mu będzie ten, co zgłosił jego kandydaturę. Jeśli ich nie zda, przez 2 lata nie może próbować ponownie. Dopiero później znów będziemy głosować i tak dalej, o ile

on jeszcze będzie chciał.

— To wspaniały pomysł — pochwaliła kolegę Katrina.

— W takim razie trzeba to spisać i aby każdy się pod tym podpisał — rzekł Bartek.

— No, to mamy problem — zaczął Łukasz. — Bo nie mamy sekretarza.

— To trzeba go wybrać — zaproponowała Alicja.

— Tak, a kto będzie kandydował? — spytała Sandra.

— Wszyscy — odparła Katrina.

— No, to ty zagłosujesz na siebie, ja na siebie i tak każdy, i nic z tego nie będzie — stwierdziła Sandra.

— W takim razie proponuję inne rozwiązanie.

— Jakie Maciek? — dopytywał się brat.

— Mam tu zeszyt — wyciągnął go na kolana — i każdy, kto coś wymyśli i zostanie to przyjęte, zapisze to w tym zeszycie, i ci, którzy się na to zgadzają, podpiszą to również. Jeśli coś będzie miało trzy lub mniej głosów, zostanie wykreślone, a jeśli więcej, wejdzie w życie. A kto nie będzie przestrzegał tego, co tu jest napisane, stanie przed sądem i my będziemy decydować, czy zostanie w brygadzie, czy zostanie wyrzucony. A i jeszcze jedno, każdy właściciel punktu regulaminu podpisze się z lewej, a pozostali z prawej. I podpisujemy się tylko imionami zmyślonymi, chyba że ktoś takiego nie ma. Co wy na to?

— Nic, bo musisz to napisać. To będzie pierwszy punkt naszego regulaminu — zadecydowała Katrina.

— Dobra, już piszę.

Chłopak otworzył zeszyt na pierwszej stronie i zamieścił dużymi litrami nagłówek:,,REGULAMIN”, po czym przewrócił stronę i napisał:


Punkt 1


Każdy autor nowego punktu w regulaminie ma obowiązek wpisać go do Regulaminu i pod nim podpisać się z lewej strony, ci co się zgadzają po prawej. (Ten punkt dotyczy tylko szóstki założycieli.) Ci, którzy mają pseudonimy, podpisują się tylko nimi, rozmawiając, używają tylko ich.

Majk Malester

Kimberli Mirlian

Jupiter Malester

Aszli Kalina

Bob Gołąbek

Sandra Agrawka


Po podpisaniu przez wszystkich punktu pierwszego, zeszyt wrócił znów do Majka.

— Od teraz posługujemy się tylko zmyślonymi imionami — rzekł Maciej.

— Napisz jeszcze to, co mówiłeś wcześniej — rzekła Kim.

— Już napisałem.

— Ale napisz wszystko to, co wcześniej też — dopowiedziała Aszli.

— Okay.


Punkt 2


Każde nieprzestrzeganie regulaminu będzie karane. Ostateczną karą jest wyrzucenie z brygady MBX. Osoba, która złamała regulamin, będzie sądzona, i sąd podejmie decyzję w związku z jej przewinieniem. Decyzja sądu może być odwołana po upływie 2 lat. W skład sądu, do którego należy oskarżyciel, obrońcy, sędzia i ława przysięgłych, mogą wchodzić jedynie osoby z Wielkiej Szóstki (założycieli).

Majk Malester

Kimberli Mirlian

Jupiter Malester

Aszli Kalina

Bob Gołąbek

Sandra Agrawka

— No, to zakończone — rzekł Majk.

— Jeszcze nie. A o testach nie piszesz w tym zeszycie? — spytała Kim.

— Przecież ty to wymyśliłaś, napisz to sama — odparł Majk.

— Ale to ty większość wymyśliłeś.

— Ale nie tylko ja mam pisać w tym zeszycie. Ty też możesz.

— No dobra — powiedziała Kim, wzięła zeszyt z rąk kolegi i zaczęła pisać.


Punkt 3


Nim do brygady ktokolwiek dołączy, najpierw musi przejść szereg testów. Na samym początku odbywa się głosowanie, musi uzyskać 4 głosy z 6, by przejść dalej. Potem jedna osoba uczy ją przez tydzień, czego może się spodziewać na testach od Wielkiej Szóstki i jednego wspólnego. Po zdaniu 7 testów musi mieć zdane 4 przynajmniej na 2, by przejść dalej, podpisuje się z tyłu zeszytu i respektuje regulamin. W ten sposób staje się członkiem MBX. Jeśli nie zda pomyślnie testów, to kolejną próbę może podjąć dopiero za 2 lata. Po 2 latach, jeśli będzie chciał, zostanie rozpatrzona jego kandydatura ponownie.

Osoba, która z wszystkich testów, które udało się zdać, uzyska średnią poniżej 3 i równą 3, w następnym roku ponownie zdaje testy. Jeśli się nie powiedzie, zostanie usunięty z brygady.

Kimberli Mirlian

Jupiter Malester

Aszli Kalina

Bob Gołąbek

Sandra Agrawka

Majk Malester


— No dobra — zaczął Majk. — Trzy najważniejsze prawa zostały napisane i uchwalone jednogłośnie. Teraz możemy się zastanowić, kogo by tak przyjąć.

— Ja tam myślę, że na razie nikogo nie powinniśmy przyjmować. Najpierw musimy zbudować bazę…

— Chyba raczej odbudować — przerwała Jupiterowi Kim.

— Nieważne, zbudować czy odbudować — ciągnął dalej — ale musimy mieć miejsce, gdzie będziemy się spotykać. Bo przecież nasze zebrania nie mogą być organizowane tu, pod drzewem. Musimy wyremontować naszą dawną bazę, znajdującą się w jałowniku.

— Ale tam już mieliśmy bazę, chociażby w brygadach Trójka i BX — rzekła Aszli.

— No to co! — odparł Majk. — To jest idealne miejsce. Bo tam już jest wszystko, trzeba tylko trochę uporządkować i ponaprawiać niektóre rzeczy.

— Co masz na myśli, mówiąc,,trochę”? Przecież tam jest masa roboty — dodała Kim.

— Tak, ale to jest miejsce zadaszone, gdzie nie pada — rzekł Bob.

— No dobra, macie rację. Chodźmy uporządkować ten,,śmietnik”

— zgodziła się w końcu Kim. — Ale potem przejdziemy się na wycieczkę, dobra?

— Okay — odparł Majk. — Ale musimy się szybko uwinąć.

Rozdział 2
Nieoczekiwane spotkanie

Naraz wszyscy wstali i poszli w kierunku najbliższego jałownika. Podeszli do zielonych, dwuskrzydłowych drzwi. Do wnętrza jałownika prowadziły trzy takie bramy. Oni stali przy tej najbliżej drzewa. Jupiter schylił się i z trawy koło progu wyciągnął małe pudełeczko z kluczem do kłódki, po czym otwarł drzwi i wpuścił wszystkich do środka.

Ich oczom ukazał się paskudny widok. Baza, którą budowali i wiele razy remontowali, była w ruinie. Stoły powywracane, szafki powywalane. Wszędzie panował nieład i chaos. Nawet ściana, którą sami zbudowali, aby nikt z zewnątrz nie wszedł, była zburzona. Przyjaciele oniemieli i bez słowa ruszyli do pracy. Każdy wiedział, co ma robić. Jupiter z Majkiem postawili z powrotem ścianę odgradzającą kuchnię od reszty jałownika. Kim i Aszli posprzątały pokoje, ustawiały szafki, wersalki itp. Bob i Sandra naprawiali połamane stoły czy krzesła i pomagali w sprzątaniu.

Baza była zrobiona w starym magazynie. Jego szerokość wynosiła około 4 metry, a długość od drzwi do ściany, którą sami zbudowali, mniej więcej 9 metrów. Co 3 metry znajdowały się belki wychodzące ze ściany i podtrzymujące dach. Ściany zrobione z pustaków były nie otynkowane. Z prawej strony, blisko siebie, znajdowały się małe okna.

Jak szóstka dobrze zorganizowanych osób wzięła się do pracy, to baza w oka mgnieniu zrobiła się możliwa do użytkowania. Teraz wyglądała jak mieszkanie lub biuro. Zaraz przy wejściu, naprzeciw siebie, stały dwie wersalki, pomiędzy nimi, na czerwonym dywanie, znajdował się okrągły stolik. Na ścianie obok drzwi wisiała czarna tablica. A po bokach obrazy i zegarek. Za łóżkami były szafki i kolejny stół na środku, a przy nim 6 krzeseł. Tam znajdowały się okna, naprzeciwko których był kwietnik. A dalej kuchnia, oddzielona od pokoju białą firanką. W koncie stał zlew, na ścianach wisiały szafki z naczyniami i szklankami, oraz stoły i 2 taborety. U góry były żyrandole. Tak z grubsza wyglądała ich baza. Ścianę zrobili z trzech drzwi, które pozbijali deskami i przymocowali do pustaków.

— No i po robocie — rzekł Majk, gdy wszyscy skończyli i usiedli na wersalkach. On z bratem po lewej, a reszta po prawej, tylko Kim usiadła na krześle.

— Akurat się udało uporządkować wszystko szybko — odparła Kim.

— No, teraz mamy prawdziwą bazę — stwierdził Bob.

— No… I teraz będziemy mogli rozszerzać naszą brygadę na innych członków — zawtórowała Aszli.

— Jasne — poparł ją Majk.

— No dobra, chodźmy teraz się przejść, póki nie jest jeszcze ciemno — zaproponowała Kim.

— Dobra, ale idziemy tą drogą do lasu, a nie do wioski — zgodził się Bob.

— Dobry pomysł, będzie przyjemniejszy spacer — pochwaliła go panna Mirlian.

Wszyscy wstali i wyszli. Przeszli przez plac do gry i obok bloku skierowali się do kasztanów. Za nimi skręcili w prawo. Przeszli pomiędzy dwiema stodołami i wdrapali się na niewielkie wzniesienie. Teraz widzieli całą panoramę Starych Rochowic i Zamek Bolków

w oddali. Przed nimi malowały się piękne lasy pokrywające góry i pola obrośnięte pszenicą. Wśród nich był okrągły las, w jego wnętrzu znajdowała się polana.

Wtem coś między drzewami błysnęło. Pchani ciekawością podążyli w tym kierunku. Szli polną drogą, aż dotarli do rozwidlenia. Nie poszli prosto ani też w lewo, tylko odrobinkę

zboczyli ze ścieżki w prawą stronę. Szli przez pole pszenicy, przez które ktoś zrobił sobie przejazd, gdyż wyraźnie było widać odciski kół, i to nie były ślady ciągnika. Doszli do lasu. W dolnych jego partiach przeważały zarośla takie jak tarnina czy dzika róża, w wysokich drzewach dęby i dzikie czereśnie, gdzieniegdzie ukazywała się brzoza czy lipa. Do polany prowadziła tylko jedna ścieżka, którą coś wcześniej jechało. Gdy nią szli, usłyszeli nagle jakieś głosy, naturalny instynkt kazał im się schować. Wskoczyli w krzaki z prawej strony i przebijając się przez zarośla, okrążyli polanę. Po drugiej stronie znajdowały się głazy, za którymi się schowali. Ostrożnie wysunęli głowy, by zobaczyć, co się dzieje na polanie. A widok ich wielce zdziwił.

Na polanie stały trzy zagraniczne samochody. Były nowiutkie, gdyż jeszcze lakier błyszczał i nie było widać najmniejszego zadrapania. Dwa były czerwone, a jeden, stojący do nich bokiem, żółty. Ich właściciele stali na środku polany i o czymś dyskutowali. Nie

wiadomo było, kto mówi, ale cała trójka mężczyzn miała czarne garnitury i okulary przeciwsłoneczne. Do brygady MBX dotarł strzęp rozmowy:

— Czemu się tutaj spotykamy? — zapytał jeden.

— Ponieważ tu nas nikt nie zauważy. Ta droga nie jest często uczęszczana — odparł drugi, stał do Jupitera i pozostałych przodem.

— A nie byłoby lepiej spotkać się w kawiarni?

— Nie, bo ktoś mógłby usłyszeć.

— W jakim celu nas tu ściągnąłeś? — odezwał się trzeci.

— Ponieważ dowiedziałem się o ukrytym skarbie, tutaj, w Płoninie — odparł pierwszy. Brygada MBX zamarła z wrażenia.

— Dobra, ale to są Stare Rochowice — rzekł znów trzeci.

— Ale tu, w tym pałacu, jest ukryty klucz do skarbu — odparł pierwszy.

Kim szeroko otworzyła oczy i usta ze zdziwienia.

— No to nie ma żadnego problemu — rzekł pierwszy.

— Jest, gdyż zamek w Płoninie jest własnością prywatną.

— No to co, zastrzelić właściciela i już — zdecydował pierwszy.

— O Boże, oni chcą kogoś zabić — szepnęła za głazami Kim.

— Chyba tak — rzekł Bob.

— I tak spokojnie przyjmujesz to do wiadomości? — spytała Kim.

— Tak, bo to nie mnie chcą zabić — odpowiedział Bob.

— Czyżby? — rozległ się głos za ich plecami.

Cała szóstka naraz się odwróciła. Przed sobą ujrzeli dwie osoby z wyciągniętą bronią. Znajdowały się dwa metry od nich. Jeden celował w Jupitera, drugi w Kim.

— Dobra, wychodzić grzecznie, a nic wam się nie stanie — rzekł jeden z nich, a twarz się jemu skrzywiła w nieprzyjemnym uśmiechu.

— Akurat, zabijecie nas, by nie mieć świadków — powiedziała Kim.

— No, jeśli chcesz, to cię zabiję tu i teraz — zbir zaczął powoli naciskać spust pistoletu.

Oczy dziewczyny powiększyły się ze strachu, trwało to chwilę, a jej wydawało się, że całą wieczność. Przed oczami ujrzała całe swoje życie. Wtem Majk kopnął bandytę w rękę, broń wystrzeliła, ale spudłowała. Kulka trafiła w drzewo, ale huk usłyszeli inni i zaczęli biec w ich stronę. Majk zrobił półobrót i trafił przeciwnika w twarz, ten upadł na ziemię. Drugiego Jupiter kopnął w brzuch, a Aszli uderzyła nadgarstkiem w nos. Przeciwnik upadł. Członkowie MBX rzucili się do ucieczki.

Majk z Kim i Sandrą uciekli tą samą drogą, co przyszli. Wtem Sandra upadła — jej noga zaczepiła się o jeżyny. Majk i Kim się zatrzymali i nagle ktoś złapał dziewczynę za rękę i pchnął nią w drzewo. Ona uderzyła w nie plecami, aż zabrakło jej na chwilę tchu. Jeden z bandytów ich znalazł. Teraz podchodził do Majka. Ten podskoczył, złapał się gałęzi i się rozhuśtał. Nogami zahaczył o następną, gdy tylko przeciwnik się przybliżył, z całą mocą uderzył go w twarz. Ten poleciał do tyłu, a chłopak zeskoczył na ziemię, zwinnie niczym kot. Kim powoli się podniosła i pomogła Sandrze wyplątać się z jeżyn, po czym cała trójka rzuciła się do ucieczki. Wbiegli na drogę prosto do domu. Gdy byli już przy stodołach, Kim spojrzała do tyłu i ujrzała dwóch zbirów. Majk też wiedział, że ich gonią, dlatego nie biegł prosto do domu, ale skręcił w stronę obory. Gdy wchodzili przez okno do budynku, prześladowcy weszli do PGR-u. Majk właśnie podał rękę Sandrze, gdy pocisk uderzył obok nich w ścianę. Naraz cała trójka się schyliła. Przeszła przez drzwi. Obok nich stała kamienna wanna, do której schował się Majk, na siebie rzucił jakąś starą szmatę. Dziewczyny wbiegły do chłodni i tam za pusty baniak po wodzie obie się wcisnęły. W napięciu słuchali, czy idą ich prześladowcy. A oni podążali ich śladem. W końcu dotarli do ich kryjówek. Jeden poszedł dalej, a drugi wszedł do chłodni z wyciągniętą i gotową do strzału bronią.

Tymczasem pozostali członkowie brygady uciekli w przeciwnym kierunku. Biegli przez pola, co chwila oglądając się, czy ktoś za nimi nie biegnie. Mieli nadzieję, że nie, ale było inaczej. Za nimi podążało trzech zbirów, którzy do tego strzelali. Jupi, Aszli i Bob uciekali co sił w nogach, aż stanęli nad wąwozem, którego dnem biegły tory kolejowe.

— Nie możemy schodzić. Wystrzelą nas jak kaczki — rzekł Jupi.

— To co zrobimy? — spytała Aszli, trzęsąc się ze strachu.

— Skoczymy — odparł Jupi.

— Co? — przestraszyli się pozostali.

Ale on już nie odpowiedział. Wiedział, co mają zrobić. Tuż nad torami rosło wysokie drzewo i ktoś sobie zrobił na nim huśtawkę. Sięgała ona od jednego brzegu do drugiego. Przywiązana była do drzewa obok nich. Jupi odwiązał ją, złapał się jej i spojrzał na przyjaciół, oni bez słowa zrozumieli. Gdy wszyscy się dobrze trzymali, podnieśli nogi i polecieli. Lecieli z 5 metrów nad ziemią, gdyby się urwało, mogliby nie przeżyć. Z ich piersi wydobył się okrzyk strachu. Lecz już po chwili byli po drugiej stronie. Tam się zatrzymali,

łapiąc się drzewa. Przywiązali huśtawkę i uciekali dalej. Bandyci dobiegli do przepaści i stanęli. Nie wiedzieli, gdzie oni pobiegli. Poza tym za dużo czasu by stracili, schodząc na dół i wchodząc z powrotem, więc zawrócili. Jupiter, Bob i Aszli byli bezpieczni,

choć o tym nie wiedzieli i dalej biegli na oślep.

A w oborze Kim i Sandra przechodziły trudne chwile. Zbir był o dwa kroki od nich, ale na szczęście nie patrzył w ich stronę. Kim złapała jakąś rurę i uderzyła nią wroga w tył głowy, po czym rzuciła się do ucieczki. Wypadła z chłodni na korytarz, po jej prawej stronie, na końcu, stał drugi zbir. Przez chwilę się w nią wpatrywał, po czym podniósł broń. Kim zesztywniała i nie mogła się poruszyć. Majk zrzucił z siebie worek, pod którym się ukrywał, po czym złapał koleżankę za rękę i w ostatniej chwili pociągnął za sobą. Padły naraz 2 strzały. Wtem Sandra wyszła z chłodni.

— Uciekaj — krzyknął do niej Majk.

Ona odwróciła się tyłem do zbira i rzuciła się na drzwi przed sobą. Lecz one nie chciały się otworzyć. Nogą wyrąbała sobie dziurę. Wsadziła prawą nogę i powoli się przeciskała. Wtem się przewróciła, jej lewa noga zahaczyła o wystający gwóźdź. W deski uderzyły dwa pociski. Sandra szarpnęła nogę. Nogawka się rozpruła, ale dziewczyna była wolna. Momentalnie skoczyła na nogi i uciekła. Po chwili w dziurze ukazał się bandyta. Przeszedł przez nią i zaczął mierzyć do Sandry, która uciekała na oślep, nie wiedząc, co zrobić. Po jego prawej stał Majk, który widząc, jak zbój celuje do jego przyjaciółki, postanowił za wszelką cenę ją obronić. Złapał pierwszą rzecz, jaką zauważył, czyli kołpak samochodowy. Nie

zastanawiał się, skąd on tu jest, tylko nim rzucił w bandytę. Ale ten zrobił unik i Majk chybił. Przeciwnik odwrócił się w jego stronę. Wtem kołpak odbił się od ściany i trafił go w tył głowy. Zbir padł twarzą do ziemi. Majk, Kim i Aszli wyszli z powrotem przez okno i uciekli w pole pszenicy. Tam kucnęli i czekali, co się stanie. Po kilku godzinach usłyszeli, jak samochody odjechały. Ale dopiero po zmroku odważyli się wyjść z kryjówek i pójść do domu.

W drodze do domu spotkali pozostałych, z czego obie drużyny się bardzo ucieszyły. Razem było im już raźniej. Opowiadali sobie, jak wykiwali bandziorów, ale czy na pewno się ich pozbyli?

— Jak myślicie, o co im chodziło z tym skarbem? — spytał Majk.

— Pewnie go szukają do swych niecnych celów — odparła Kim.

— A co by zrobili, gdybyśmy my go znaleźli, a nie oni? — spytała Aszli.

— To jest to. Damy im nauczkę, że nie warto zadzierać z brygadą MBX — odparł Jupiter.

Wszyscy się z tym zgodzili. Chcą dać im nauczkę, ale jeszcze się nie spodziewają, ile ich to będzie kosztować. Ale czy ten skarb rzeczywiście istnieje?

Rozdział 3
Otwarte Oko

Następnego dnia wszyscy o 10 rano udali się na autobus i pojechali do Bolkowa poszukać jakichś informacji o skarbach na Dolnym Śląsku. Podzielili się na dwie grupy. Jupi, Sandra i Bob poszli do kafejki komputerowej poszukać czegoś w Internecie. A reszta ruszyła do biblioteki. W czytelni usiedli i przeglądali książki o Bolkowie oraz stare gazety. Niektóre były po niemiecku, ale jakoś potrafili je przetłumaczyć. Po godzinie przyszedł do nich Bob.

— I co, macie coś? — spytał na powitanie.

— Niestety nie — odparła Kim.

— A wy co znaleźliście? — zapytała Aszli.

— Na razie nic — odpowiedział Bob. Po chwili dodał — no to idę z powrotem.

W bibliotece znów zapanowała grobowa cisza. Po około pół godziny Majk wykrzyknął:

— Mam!

— Ciszej — zasyczała Kim, gdy bibliotekarka na nich dziwnie spojrzała.

— Chodźmy do Jupitera — rzekł Majk.

Szybko wstali i udali się do wyjścia, wypożyczając gazetę, w której znaleźli interesujący artykuł. Szli ulicą w dół, na skrzyżowaniu skręcili w prawo. Przeszli przez ulicę, targ i doszli do kafejki. Weszli do środka. Jupi i Bob pracowali na komputerze przy ścianie w kącie. Zaraz do niego podeszli.

— I co, macie coś? — spytała Kim.

— Nie, a wy? — odezwał się Jupi.

— Tak — tryumfalnie powiedziała Aszli. — Majk coś znalazł.

— Dowiedzieliśmy się, że — zaczął mówić Majk — ktoś tu kiedyś prowadził wykopaliska i podobno coś znalazł. Lecz zaraz potem zaginął.

— Jak to zaginął? — zdziwił się Bob.

— Po prostu przepadł, zniknął, rozumiesz? On na coś trafił i ktoś go za to sprzątnął — wytłumaczyła Kim.

— A gdzie prowadził te wykopaliska? — spytał Jupi.

— W zamku Niesytno, w Płoninie — odparła Aszli.

Po krótkiej chwili ciszy przemówił Jupi:

— My też coś znaleźliśmy.

— Co? — spytała Kim.

— Tylko że nie w związku ze skarbem, ale z tymi, którzy nas gonili — rzekł Jupi.

— No, mówże o co chodzi — nie mogła się do czekać Aszli.

— A więc niejaki Sładowski jest poszukiwany w Rosji za kradzież, przemyt i morderstwo, a także tym podobne przewinienia. I ostatnio był widziany na Dolnym Śląsku. Tu jest jego zdjęcie — szybko odparł Jupiter.

Na monitorze ukazał się siwy pan z groźnym wyrazem oczu.

— Przecież to ten sam co mówił, by kogoś sprzątnąć — stwierdziła Kim.

— Czyli weszliśmy za skórę mafii? — spytała Aszli.

— Niestety tak — odrzekł Bob.

Wtem Kim spytała:

— Która godzina?

— Dla biednych na ratuszu — zażartował Jupi.

— Wpół do trzeciej — odparł Majk, spoglądając na żółty zegarek na ręce.

— O rany, jak późno — wystrzeliła Kim.

— Trzeba koniecznie jechać na obiad, inaczej rodzice będą źli — wtrącił Jupi.

— Masz rację, zresztą akurat mamy autobus do Rochowic. Po obiedzie zbieramy się pod Dużym Drzewem — rzekł Majk.

Wszyscy razem wyszli z kafejki i udali się na przystanek. Ponownie wsiedli do granatowej nyski i zapłaciwszy 2,50 zł pojechali „do wioski”. Znów mijali te same drzewa, domy, pola. Podróż trwała około 15 minut i pojawili się w Starych Rochowicach. Zaraz na pierwszym przystanku wyszedł Bob. Reszta przyjaciół pojechała dalej. Na drugim przystanku wysiedli i skierowali się w najbliższą uliczkę, która skręcała w lewo. Przeszli przez rzekę, potem obeszli

stary, rozpadający się pałac, otoczony płotem, i udali się do jednopiętrowego bloku. Tam rozdzielili się na parterze i każdy udał się do swojego mieszkania.

Po obiedzie wszyscy prócz Boba spotkali się pod Dużym Drzewem. Jego konary wspaniale chroniły przed palącym słońcem, jakie grzało pod koniec czerwca.

— Będziemy jechać do Płoniny? — spytała Kim.

— Na zamek Niesytno? Czemu nie? — odparł bez zastanowienia Majk.

— A kiedy? — wtrąciła Aszli.

— Choćby zaraz — odpowiedział Majk.

— Poczekajmy na Boba — rzekł Jupi.

— Po co? — zapytała Kim.

— Bo on należy do naszej brygady — odparł Jupiter.

— No właśnie, należy do brygady MBX. I pewnie zaraz przyjdzie — wtrącił Majk.

— To co robimy do tego czasu, aż Bobek przyjedzie?

— Nic, Kim, bo on właśnie tu jedzie — powiedział Jupi.

— Cześć, Bob! — zawołał Majk do nadjeżdżającego na rowerze przyjaciela.

— Cześć — odpowiedział, zsiadając ze swojej maszyny.

— Jedziesz z nami do Płoniny? — wypalił Jupi.

Gdy to mówił, Aszli za jego plecami kiwała głową,,nie”. Bob, spojrzawszy na nią, odparł:

— Z przyjemnością pojadę.

— A niech to — jęknęła Aszli.

— Co? — spytał Jupi, odwracając się w jej stronę.

— Nic — szybko odparła.

— Zaraz, zaraz… — rzekł Bob.

— Co? — spytał Majk.

— Przecież klucz do skarbu jest tu, w tym rozpadającym się pałacu

— powiedział Bob.

— A, rzeczywiście, masz rację — przyznał Jupi.

— Więc po co mamy jechać do Płoniny, najpierw poszukajmy

tutaj — zaproponował Bob.

— Dobry pomysł — zgodził się Majk.

Pałac w Starych rochowiacach a właściwie późnorenesansowy dwór wzniesiony został na

początku XVII w. przez rodzinę von Kurschwand. W latach 40 — tych XVIIIw. barokizowany. Z tego okresu pochodzą tynki z ekspozycją części zachodniej skierowanej w stronę nieistniejącego już parku. Pozostałe elewacje ozdobione zostały lizenami. Po obu stronach wieży znajdują się czteroosiowe skrzydła, nad którymi wznosił się dwuspadowy dach. Okna ozdobione są opaskami. Część pomieszczeń zachowała fragmenty pierwotnych sklepień kolebkowych z lunetami.

Wszyscy wyszli z kojącego cienia na słońce, po czym po cichu przeszli obok bloku i tuż obok kasztanów przeszli przez płot do pałacu. Weszli przez drzwi umieszczone w wieży. Ujrzeli posadzkę z kafelek, zasypaną mocno tynkiem i piaskiem ze ścian i sufitu. Sklepienie było krzyżowe. Kiedyś na pewno był piękny, ale teraz wszystko było w ruinie. Oni mieli do wyboru dwa wyjścia, iść na parter lub zejść schodami do piwnic. Pałac miał tylko 1 piętro

i strych.

— Co robimy? — spytała Aszli.

— Idziemy na razie do góry, a potem wrócimy do piwnic — zadecydował Majk. MBX nie miało przywódcy, ale główną rolę w brygadzie odgrywali Majk i Kim.

Wszyscy weszli na parter. Ale po chwili weszli znów na schody, na 1 piętro. Stopnie były w ruinie, ktoś oderwał kafelki, a woda spowodowała erozje. Gdy wyszli do holu, nad nimi, wśród zgniłych desek, na których trzymała się konstrukcja dachu, szumiał wiatr. Wszystko groziło zawaleniem. Ale oni nie zwracali na to uwagi. W kątach, gdzie słońce dochodziło, rosły krzaki i drzewa. Sale późnobarokowego pałacu, w których kiedyś bawiła się szlachta,

pochłaniał las.

— Czego mamy szukać? — spytała Kim.

— Nie wiem, chyba czegoś, co nie za bardzo pasuje do tego miejsca — odparł Jupiter.

Wszyscy się rozdzielili. Majk i Kim poszli w głąb budynku na wprost od schodów. Sandra z kuzynem udali się w lewo, a pozostali w prawo. Aszli i Jupiter stanęli w drzwiach do jednej z dawnych komnat. Przed nimi rozpościerał się fragment spróchniałej podłogi, zauważyć dał się brak sufitu oraz dachu. Powoli i ostrożnie panna Kalina pierwsza weszła do pomieszczenia. Za nią jej kolega. Szybko przeszli na drugą stronę i weszli do następnego pokoju. Tu wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Podłoga była cała i nie zgnita, ściany w miarę otynkowane, a nad nimi był sufit z przepięknym wzorkiem. Ale wszystko było puste, jedynie w oknie znajdywały się kraty. Po lewej stronie od wejścia znajdował się komin, w którym była wybita dziura. Jupi schylił się i wsadził tam nogę, po czym cały znalazł się po drugiej stronie. Tu było podobnie, jedynie połowa podłogi została zawalona przez olbrzymią kłodę, spadającą z dachu. Po obejrzeniu wszystkich miejsc, do których mogli dojść, powrócili.

Bob ze swą kuzynką miał pewne kłopoty w zbadaniu zachodniego skrzydła. Podłoga w pierwszym pomieszczeniu trzymała się tylko na jednej belce, i gdy Sandra jej dotknęła, obniżyła się o kilka cali. Nie mogli nią przejść, więc tylko bacznie oglądali ściany. Naprzeciwko w ścianie ujrzeli dziwną płaskorzeźbę. Przypominała bluszcz ciągnący się po ścianie, tworzący w jednym miejscu koło.

— Co to może być? — spytała Sandra, wskazując na to ręką.

— To takie miejsce na lustro. W starych domach zamieszczano specjalne rysy, w których umieszczano lustro. Wyglądało to bardziej naturalnie, niż powieszenie lustra na zwykłym gwoździu. A i ładniej — odparł kuzyn.

— Aha.

Kim i Majk nic nie znaleźli, ich droga szybko się skończyła. Hol nie był zbyt długi, a dalsze pomieszczenia nie były dostępne. Po kilku minutach wszyscy zebrali się przy schodach na naradę.

— Macie coś? — spytał Bob na wstępie.

— Nie — odparł Jupi.

— Nic tu nie ma — odezwał się Majk. — Uważam, że jeśli ktoś tu coś ukrył to w piwnicy.

— Masz rację, też tak uważam — dodała Kim.

— A mamy latarkę? — spytał Jupi.

— Tak — odpowiedział Bob.

Powoli zeszli schodami, uważając, by się nie poślizgnąć, bo krawędzie stopni były ostre. Przy wyjściu skręcili do piwnic. Tu było inaczej niż na górze. Sufit cały, podłoga w miarę czysta, bez piachu. Wyglądało to na zwyczajną piwnicę, poza tym było bardzo chłodno. Gdy schody się skończyły, zaraz obok zobaczyli w świetle latarek korytarz prowadzący jeszcze niżej. Bez namysłu weszli tam. Tunel powoli opadał i zwężał się. Na początku mogli wszyscy iść obok siebie, ale po dojściu do końca, obok siebie mogły stać tylko trzy osoby. Korytarz miał długość około 30 metrów, po czym nagle się skończył.

— Co to, koniec? — zapytał Bob.

— Na pewno nie — rzekł Majk. — Nie powstał tak ot. Na pewno skrywa jakąś tajemnicę, nikt nie buduje bez potrzeby. Coś tu jest, tylko trzeba to znaleźć.

Centymetr po centymetrze sprawdzali ściany, oświetlając je latarkami. Wtem Aszli natrafiła na jakieś regularne wgłębienie. Po wydmuchaniu piasku i ściągnięciu pajęczyn ujrzeli kamienne oko bez powieki. Spoglądając na nie, zrozumieli, że ono coś obserwuje. Na przeciwległej ścianie Majk zaczął sprawdzać, czy czegoś nie ma. Wtem w prostej linii natknął się na takie samo oko. Zaczął je czyścić, a w tym samym czasie Aszli dotknęła pierwszego oka po lewej od wejścia. Nagle oczy cofnęły się, a podłoga opadła z przodu o kilka metrów, tworząc pochyłą płytę, po której wszyscy zjechali na dół. Rozpaczliwie próbowali się czegoś łapać, ale się nie udało. Jeden po drugim zjechali w czarne czeluści tuż pod ścianą. Gdy Aszli jako ostatnia zniknęła pod ścianą, podłoga powróciła do pierwotnego stanu.

Rozdział 4
Wskazówka

Majk, Jupiter, Kimberli, Aszli, Sandra i Bob znaleźli się w egipskich ciemnościach. Pod sobą czuli mnóstwo piasku, lecz nic nie widzieli. Po omacku szukali latarek. Bob powoli się podniósł i stanął na nogi. Wtem po obu stronach wzdłuż korytarza samorzutnie zapaliły się pochodnie. Ujrzeli za sobą ścianę. Nie mieli żadnych szans, by tędy wrócić. Więc, chcąc nie chcąc, musieli pójść przed siebie. Po przebyciu krótkiego odcinka drogi nagle ze ściany z prawej wyleciała włócznia i utknęła obok Majka w ścianie. Dziewczyny pisnęły.

— Spokojnie, nic mi nie jest — rzekł Majk.

— Musimy iść ostrożnie, gdyż jak widać, są tu pułapki — dodał Jupiter.

Teraz jeszcze wolniej posuwali się do przodu, uważając, by na nic nie nadepnąć. Szli tak z pół godziny, aż trafili na skraj przepaści. Była to olbrzymia grota, ciągnąca się w dół ze 100 metrów albo jeszcze dalej. Około 4 metry od nich znajdowały się drewniane rusztowania. Przez chwilę przyjaciele szukali innej drogi, gdyż nie chcieli skakać, zwłaszcza że nie wiedzieli, czy rusztowania są stabilne. Przez wiele lat były pozostawione na pastwę korników i niszczącej siły wody. Ale nie było innej drogi.

— Nie mamy wyjścia. Musimy skakać — rzekł Majk.

— Chyba nie mówisz poważnie? — zaczęła Kim. — Przecież tamto może się zawalić.

— Śmiertelnie poważnie — odparł Majk. — Przecież widzisz, że nie mamy innego wyjścia, co nie?

— No nie, nie mamy odwrotu — potwierdziła Kimberli.

— Więc skaczemy. Ja pójdę pierwszy — zakomunikował Majk.

Wziął krótki rozbieg i skoczył. Przeleciał nad ciemnością, po czym wylądował na deskach, podpierając się niczym kot rękami. Wstał i odwrócił się do przyjaciół.

— Skaczcie — rzekł do nich.

Teraz przygotowała się Kim. Oderwała swe stopy od ziemi i poszybowała do Majka. On jej pomógł, łapiąc ją, by nie upadła. Podobnie było z Aszli. Dopiero Sandra, mając lęk wysokości, źle się wybiła i stanęła na końcu deski. Palce znajdowały się na podłodze

a pięty w powietrzu. Dziewczyna zaczęła rozpaczliwie machać rękami. Zaraz do pomocy rzucił się Majk i Kim. Złapali ją za ręce i wciągnęli do góry. Musieli się przy tym namęczyć, bo aż upadli, by koleżanka była bezpieczna. Dziewczyna przerażona stanęła na środku, by nie patrzeć w dół. Zaraz do nich skoczył Bob, a na końcu Jupiter. On ważył najwięcej. Wziął rozbieg i skoczył. Gdy obie jego nogi dotknęły podłogi, cała konstrukcja się zatrzęsła, a on sam spadając na podłogę, wybił dziurę i zleciał piętro niżej.

Uszkodzone zostało wszystko. Cała platforma z jednej strony opadła niżej, tworząc zjeżdżalnię. Bob upadł na plecy i zjechał na niższy poziom. Sandra i Aszli wpadły na barierkę chroniącą przed spadnięciem w otchłań. Ta, pod ich ciężarem, pękła i odpadła. Jedna i druga — poleciały do tyłu. Aszli zdążyła się złapać podłogi, a Sandra wpadła na niższy poziom. Majk i Kim, stojący po drugiej stronie, polecieli razem z fragmentem podłogi na ścianę. Cała konstrukcja zaczęła trzeszczeć, deski łamały się jak zapałki. Przez uderzenie jedna z dwóch belek, na których się trzymali, pękła i oboje upadli. Podłoga jeszcze mocniej się przechyliła, przez co Kim zaczęła zjeżdżać na dół. Odwróciła się na brzuch i próbowała się czegoś złapać. Wtem wyciągnął do niej rękę Majk. Dziewczyna mocno ją złapała i próbowała się wdrapać do góry. Przez jej ruchy druga belka strzeliła i cała platforma, na której się znajdowali, zaczęła się huśtać. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, po czym Majk spytał:

— Ufasz mi?

— Słucham?

— Odpowiedz mi, czy mi ufasz?

— Tak, a bo…

Ale nie dokończyła. Majk nagle puścił jej rękę. Ona zsunęła się po podłodze z przerażeniem w oczach. Powoli spadała w ciemność. Wtem uderzyła nogami o deski. Znalazła się dwa piętra niżej. Spadła około 5 metrów z góry. Tam też chciał zeskoczyć Majk, ale gdy się poruszył, podłoga pękła na pół. Wszystkie deski się odczepiły i zaczęły spadać razem z chłopakiem. W ostatniej chwili zdążył się złapać łańcucha i na nim, niczym Tarzan, poleciał w rusztowania. Wpadł w barierkę, którą rozwalił swoim ciałem, po czym puścił łańcuch i ciężko dysząc, znalazł się na środku podłogi. Tuż obok niego zaraz pojawili się przyjaciele i powoli go podnieśli. Potem razem zeszli na sam dół.

— To chyba jakaś kopalnia — przemówił Majk.

— Chyba tak. Spójrzcie, tam są jakieś skrzynie — rzekła Kim, pokazując w prawy kąt.

— Chodźmy — zawołał Jupi.

Brygada MBX dotarła do jednej, bardzo starej skrzyni. Kłódka, która ją zamykała, już dawno się rozpadła. Powoli podnieśli wieko. W środku nie było nic prócz małego, miedzianego pieniążka i żółtawej kartki. Majk wziął kartkę i ją obejrzał. Gdy nic nie znalazł, schował ją do kieszeni. Po chwili wyciągnął monetę.

— Co? To wszystko? — zawołał Bob.

— Nie, to kolejna wskazówka — rzekł Majk.

— Pokaż mi ją — zażądała Kim i wzięła od Majka monetę. — Tu jest coś napisane, ale nie po polsku, chyba po niemiecku.

— Pokaż — poprosił Majk. W palcach zaczął przewracać pieniążek, próbując odczytać napis. — Tu jest napisane:,,Tam gdzie jest odbicie, jest twa odpowiedź”. Co to może znaczyć?

— Chodzi o coś, gdzie można ujrzeć odbicie czegoś — zgadywała Aszli.

— Coś takiego jak lustro lub szkło — dodał Jupi.

— Albo miejsce przeznaczone na lustro — skwitował Majk.

— Zaraz, my coś takiego widzieliśmy u góry — rzekł Bob.

— Tak? Co takiego? — dopytywał się Jupi.

— Miejsce, gdzie zawiesza się lustro. Było wyrzeźbione w ścianie — odparła Sandra.

— A była tam jakaś szczelina, by móc wsadzić monetę? — zapytał Jupiter.

— Nie wiem, nie mogliśmy się tam przybliżyć, bo nie było dojścia — odrzekł Bob.

— Będzie trzeba to potem sprawdzić — zadecydował Majk. — Na razie musimy się stąd wydostać.

— To nie będzie trudne, tu masz schody, chyba na samą górę — rzekła Aszli.

Majk schował monetę do kieszeni, po czym wszyscy udali się w kierunku wskazanym przez koleżankę. Tam znajdowały się schody, którymi wdrapali się na samą górę. Po około godzinie znaleźli się znów w piwnicy. Ale jak tam trafili, nie wiedzieli, bo tunel, którym przyszli, zniknął za ścianą kamieni. Wszyscy razem udali się na parter, a potem na pierwsze piętro.

— Gdzie jest ta płaskorzeźba? — spytał Majk.

— Tutaj, chodźcie za mną — odparł Bob.

Poszli za nim. Stanęli w drzwiach do komnaty z pochyłą podłogą i malowniczymi rysami na ścianie.

— Jak się tam dostaniemy? — zapytała Aszli.

— Wszyscy nie musimy iść. Wystarczy, że sam tam dotrę — rzekł Majk.

Nim ktoś coś zaprotestował, ostrożnie postawił nogę na desce przy ścianie. Szedł blisko ściany, aby w razie potrzeby mieć się czego złapać. Poszedł w prawo. Powoli posuwał się do przodu. Podłoga pod nim skrzypiała. Lecz on na to nie zwracał uwagi, tylko szedł dalej. Wtem zapadła mu się prawa noga. Prawie stracił równowagę, przez co wpadł w dziurę po kolano. Dziewczyny pisnęły ze strachu, a Majk ostrożnie zaczął wyciągać nogę.

— Pomożemy ci — zawołał Jupi.

— Nie, bo zawalicie całkiem tę podłogę — szybko odparł jego brat.

Majk sam stanął z powrotem na nogi i podążył dalej. W końcu dotarł do końca. Znalazł się przy tym tajemniczym kole na lustro. Wyciągnął z tylniej kieszeni monetę i zaczął bacznie się przyglądać, czy nie ma jakiejś dziury, w którą mógłby ją wsadzić. Ale takiego czegoś nie było. Położył więc pieniążek w obrębie koła na dole. Gdy nic się nie wydarzyło, zaczął po ścianie przeciągać go do góry. Gdy znalazł się w środku, przykleił się i chłopak nie mógł go wyciągnąć. Nagle wciągnęło go do wnętrza, a z jednego miejsca do wnętrza koła zaczął powoli wysuwać się stary, trochę zardzewiały klucz. Jego oczko miało kształt prostokąta z zaokrąglonymi końcami. Majk zabrał go i się odwrócił, z jego gardła wyleciał niemy krzyk.

Przed nim, tam gdzie byli przyjaciele, stało dwóch zbirów. Ci sami, przed którymi wcześniej uciekali. Obaj mieli przygotowaną broń do strzału. Z boku, po prawej, było widać rękę Jupitera, zapewne reszta też była za ścianą pilnowana przez jeszcze jednego bandytę.

— Oddaj nam klucz — zaczął pierwszy. — Inaczej pozostaniesz sam w swej brygadzie MBX.

— Co? Skąd o tym wiecie?

— Nieważne, rzuć nam pierwszy klucz — rozkazał drugi.

Majk niechętnie uniósł dłoń, by rzucić, lecz na chwilę się zamyślił. Jeśli go odda, stracą wszelkie szanse na znalezienie skarbu, ale jeśli nie odda, oni mogą kogoś skrzywdzić. Poza tym wcale nie jest pewne, czy jak im go odda, to ich zostawią, też mogą ich zabić. Wtem z zadumy wybił go głos pierwszego zbira.

— Rzuć go nam, albo ta tu zginie.

Z cienia wyciągnął na słońce Kim. Przystawił jej broń do głowy i czekał na reakcję Majka. On nie miał wyjścia, musiał oddać. Wziął więc rozmach i rzucił ich ostatnią nadzieję. Kiedy klucz był w powietrzu, Kimberli krzyknęła — „Nie!” — i nacisnęła obcasem na palce u nogi tego, co ją trzymał. Gdy ten rozluźnił uścisk, uderzyła go z łokcia w nos. On zrobił kilka kroków do tyłu. Ten moment wykorzystała dziewczyna i się od niego uwolniła. Kiedy klucz już prawie lądował w wyciągniętej dłoni pierwszego zbira, Kim skoczyła do przodu i w locie złapała klucz przed wrogiem, po czym spadła na brzuch na pochyłą podłogę, która strzeliła i opadła niżej. Dziewczyna zaczęła się obracać wzdłuż i spadła. Kiedy znikła im z oczu, huk rozwalającej się podłogi usłyszeli inni. Na zewnątrz rozległy się jakieś głosy. Bandyci szybko zniknęli, tak jak się pojawili. Tymczasem członkowie MBX nawoływali Kim.

— Kim, gdzie jesteś? — krzyczała Aszli.

Majk piorunem powrócił do pozostałych i razem z resztą chłopaków zbiegli na dół, szukając koleżanki. Natomiast ona, gdy ześlizgiwała się z podłogi, zwinęła się w kłębek, jakby robiła przewrót w przód i wpadając na deskę, zrobiła na niej kilka obrotów, a następnie wpadła w piach i gruz na parterze. Na chwilę upadek ją ogłuszył, ale zaraz doszła do siebie, jedynie plecy ją bolały.

— Tu jestem! — krzyknęła, gdy usłyszała nawoływania pozostałych.

Powoli się wygramoliła z dziury, w którą wpadła i doszła do holu na parterze. W jej kieszeni znajdował się klucz do skarbu. Tam też pojawili się pozostali. Gdy wszyscy się znaleźli, po kolei wyszli z pałacu i przeskoczyli płot. Na szczęście nikt ich nie widział, więc jakby nigdy nic udali się do bazy. W drodze Majk był oburzony lekkomyślnością Kim.

— To była najgłupsza rzecz, jaką mogłaś zrobić. Skoczyć na niestabilną podłogę na pierwszym piętrze.

— A co miałam robić? Patrzeć, jak oddajesz ostatni klucz kryminalistom?

— A jak byś się połamała lub nadziała na jakaś belkę? — upierał się Majk.

— Ale nic się nie stało. Nie ma co żałować, mamy klucz, a reszta to już przeszłość — odparła Kim.

— Ale…

— Daj jej spokój, Majk — rzekła Aszli. — Dzięki niej mamy klucz i możemy rozwiązać zagadkę zamku.

— Ciekawe jaką i za jaką cenę? — burknął Majk.

— Chodzi mi o to, gdzie ukryty jest skarb i jak do niego dojść. A za cenę kilku sińców warto przeżyć świetną przygodę — odpowiedziała Aszli.

— Czy wy nic nie rozumiecie?! — Majk stanął do nich przodem i dalej mówił, gdy oni się zatrzymali na środku placu do gry. — To już nie jest zabawa. Możemy przy tym zginąć, to są prawdziwi kryminaliści i nie cofną się przed niczym, by zdobyć ten klucz.

— No, to co?

— Jak to co, Sandra? Wszyscy jesteśmy w niebezpieczeństwie — wyjaśnił Majk.

— Nie przesadzaj — odezwała się Kim i go ominęła, podążyła do bazy. — To ja skakałam na niebezpieczną podłogę i spadłam, i nic mi się nie stało. Uważam, że nie możemy pozwolić, by ci kryminaliści dostali skarb.

— Masz rację — odparli wszyscy prócz Majka.

On burknął po chwili.

— Niech ci będzie, ale obyśmy tego nie żałowali.

Po tych słowach wszyscy weszli do bazy. Usiedli na wersalkach, a Kim położyła na stoliku klucz. Przez chwilę wszyscy się mu przyglądali w milczeniu, którą przerwał Jupi.

— Po co są cztery klucze?

— Bo to ma związek z czterema kierunkami — odrzekł Majk.

— Ale ja tu czegoś nie rozumiem — zaczęła Kim. — Skarb jest w Płoninie, a klucze do niego tutaj. A przecież te dwa rody się nie lubiły.

— Może się pogodzili — podpowiedział Bob.

— Nie, to raczej coś znaczy. Tylko co? — rzekła Kim.

— Chyba że jest to jakaś głębsza afera.

— O czym ty mówisz, Majk? — zapytała Aszli.

— Legenda mówi o czterech kluczach, a tu jest tylko jeden, co nie?

W milczeniu pozostali kiwnęli głowami. On wstał i przeszedł się do drzwi i z powrotem, mówiąc:

— Może legenda o skarbie w Płoninie powstała po to, by zmylić poszukiwaczy skarbów. Ten klucz może prowadzić do czegoś innego, nie do Płoniny. Poza tym widzieliście znak oka. To był symbol Templariuszy. A zamek Niesytno nie był w ich władaniu.

— Co chcesz przez to powiedzieć? — spytała Kim.

— Nie wiem, to jakaś dziwna tajemnica. Ale mogę się założyć, że do kolejnego klucza to prowadzi — odparł Majk i z kieszeni wyciągnął pożółkły papier i położył na stole obok klucza.

— Co to ma być? — spytała Aszli.

— Pewnie jakaś zwykła kartka — odparł Bob.

— Niekoniecznie — zaczął Jupi, lecz po jej obejrzeniu rzekł: — Tu nic nie ma.

— I o to chodzi — powiedziała Kim. — To niewidoczny atrament.

Teraz też coś takiego zrobili. Długopisy ze specjalnym atramentem, który widać tylko, jak się poświeci specjalną żarówką z ultrafioletem — zaczęła szperać w swojej czarnej małej torebce. — Dzięki tej żarówce można dojrzeć takie rzeczy. No, gdzie to jest? O jest.

Z torebki wyciągnęła biały długopis, z boku miał przycisk. Nacisnęła go, maleńka latarka zapaliła się wątłym światłem. Zabrała żółtą kartkę Jupiterowi i przybliżyła do niej swój długopis. Powoli przesuwała rękę od lewej do prawej strony, zmierzając powoli w dół. Po dojściu do końca oznajmiła:

— Tu nic nie ma.

— Musi być — upierał się Majk.

— Nawet jeśli jest, to jak to sprawdzić? — spytała Sandra.

— Już wiem! — wykrzyknął Jupi. — Mamy cytryny?

— Tak — odparł zdziwiony Majk.

— Co chcesz zrobić? — zapytała Kim.

— Potrzebuję trochę soku z cytryny i ciepła.

— Już wiem, co chcesz zrobić — rzekł Majk do brata i razem udali się do kuchni.

Po chwili wrócili z przekrojoną cytryną i lampą naftową. Jupi pokropił kawałek szmatki sokiem z cytryny i posmarował nim papier. Majk zapalił lampę, założył klosz i postawił ją na stół. Jupiter razem z Kim podnieśli ostrożnie posmarowany sokiem z cytryny papier do góry. Pod niego Majk włożył swą lampę naftową. Trzymając kartkę, przesuwali nim powoli, by cały otrzymał wystarczającą ilość ciepła i wyjawił swój sekret. Nagle zaczęły się ukazywać dziwne, czarne linie. Powoli zaczęły łączyć się w rysunek i napis w dolnym lewym rogu.

— Co to jest? — spytała Sandra, spoglądając na rysunek.

— To mi przypomina jakby jakiś klin — rzekł Majk, mrużąc oczy i przekrzywiając głowę w lewo.

— Co tu jest napisane? — zapytała Aszli, pokazując palcem lewy, dolny róg.

— Nie bardzo widać — zaczął Majk — ale chyba da się przeczytać, jest po polsku.

— No, to czytaj — ponaglała Kim.

— Tu jest napisane:,,Władza ci wskaże, gdy czas zabiegnie ku końcowi”.

— Tylko tyle, Majk? — dopytywała się Kim.

— Tak — odparł kolega.

— Jesteś pewien? — nie dawała za wygraną.

— Tak, tak, tak i jeszcze raz, tak.

— To zagadka — rzekł nagle Bob. — Chodzi o miejsce i odpowiedni czas.

— Ale ty genialny — prychnęła Aszli. — Akurat to wiemy.

— Zaraz, zaraz — rzekł Majk, myśląc głośno o zagadce. — Spójrzcie na tę rycinę. Nic wam ona nie przypomina?

— Nie — odparli pozostali chórem.

— Przecież to wieża zamkowa w kształcie klina. A w zamku Bolków znajduje się taka, jedyna na terenie Polski — wyjaśnił Majk.

— I co z tego? — zapytał Bob.

— Czy ty nigdy nic nie rozumiesz? — rzekła Sandra i pokręciła głową. — Przecież to jest pierwsza część zagadki. Mamy miejsce ukrycia kolejnej wskazówki.

— No, nie wiem do końca, czy miejsce ukrycia.

— Co to znaczy, Majk? — spytała Aszli.

— To, że zagadka mówi:,,władza ci wskaże”, czyli wieża ma nam coś pokazać.

— Albo — zaczął Jupiter — trzeba wejść na wieżę i z niej spojrzeć.

— Tylko w którym kierunku?

— Jak to w którym, Majk? — zdziwiła się Kim. –,,Władza ci wskaże”, co nie? Przecież miastem zarządza burmistrz. Czyli trzeba patrzeć w stronę ratusza. Mogę się założyć, że chodzi o jego szczyt, o tę antenę na górze.

— Może masz rację. To jego cień ma wskazać miejsce ukrycia — Jupiter przyznał rację słowom Kim.

— Nie jestem pewien, bo cień ci może najwyżej wskazać jakiś sklep. A wątpię, by tam coś było ukryte. Nie, tu nie chodzi o cień. Tu raczej chodzi o położenie słońca. Trzeba zastanowić się nad drugą linijką:,,gdy czas zabiegnie ku końcowi”. Kiedy coś zmierza ku końcowi? — zapytał Majk.

— Gdy mija połowę. Czyli jeśli chodzi o godzinę, to będzie to po górowaniu słońca, czyli po dwunastej.

— Właśnie, masz rację, Bob. Dzień chyli się ku końcowi, gdy mija 12 godzina. Godzina mija, gdy dłuższa wskazówka minie dwunastkę — powiedziała Kim.

— Tak, ale o której dokładnie to ma być 12, jest 60 możliwości — rzekł Jupiter.

— Chodzi o 12:15.

— Skąd wiesz, Majk? — spytał Jupi.

— Popatrz, Jupi, na słowo:,,zabiegnie”. Kiedy coś zaczyna biec? Kiedy spada w dół. Gdy duża wskazówka mija 15 minutę, to zmierza w dół, czyli niejako biegnie. Ale na liczbie 15 dopiero zaczyna biec, czyli dopiero zabiegnie.

— Masz rację, Majk — pochwaliła go Kim, po czym dodała: –Ale dziś już jest po 3, więc nic nie zrobimy. Musimy poczekać do jutra.

Rozdział 5
Bolków

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 33.84