E-book
15.02
drukowana A5
39.99
Tajemnica pensjonatu nad jeziorem

Bezpłatny fragment - Tajemnica pensjonatu nad jeziorem


5
Objętość:
265 str.
ISBN:
978-83-8221-450-5
E-book
za 15.02
drukowana A5
za 39.99

Wszyscy skrywamy w najgłębszych zakamarkach duszy jakiś sekret.

Carlos Ruiz Zafón


Każdy człowiek jest swoistą zagadką. Problem w tym, że jesteśmy zagadką nie tylko dla innych, ale także dla siebie.

Mark Fisher


Podejrzliwość w stosunku do wszystkich jest męcząca, trzeba komuś ufać, bo trzeba przy kimś odpocząć.

Ryszard Kapuściński

Rozdział 1

Ten dzień nie mógł zacząć się gorzej, mimo że wstał niezwykle piękny i słoneczny.

Jacek jechał szybko, momentami przekraczając dozwoloną prędkość, jednak to złość i gniew były tego przyczyną. Szosa prowadziła przez pola i łąki, od czasu do czasu pojawiał się jakiś dom, albo większa osada, jednak większość trasy prowadziła przez tereny porośnięte lasem.

Mężczyzna spojrzał na zegarek. Dochodziła piętnasta, a on od prawie trzech godzin prowadził. Na szczęście do celu podróży zostało już jakieś czterdzieści, góra pięćdziesiąt kilometrów. Podkręcił głośniej radio i wnętrze auta wypełniło się lekkimi, wakacyjnymi rytmami, dzięki którym Jacek poczuł się wreszcie odprężony.

Wrócił myślami do poranka, na wspomnienie którego jego przystojna twarz wykrzywiła się w grymasie złości. Od dziesięciu lat pracował w Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy jako kierownik jednego z referatów. Długie godziny spędzone w dusznym biurze sprawiały, że zaczął nienawidzić swojej pracy. Od dawna nie miał urlopu, ale czarę goryczy przelała dzisiejsza lawina petentów, którzy od samego rana ciągle czegoś od niego chcieli. A to zaświadczenia, a to ksera dokumentów, a to udzielenia informacji. Normalnie drzwi się nie zamykały.

Koło dziesiątej uznał, że ma dość.

„Nie, tak dłużej być nie może! Jest lipiec. Wszyscy powinni dawno wyjechać z miasta, a nie załatwiać urzędowe sprawy” — zirytował się i wstał zza biurka, po czym wyszedł z pokoju trzasnąwszy drzwiami, zostawiając bez słowa wyjaśnienia siedzącego w nim petenta.

Natychmiast skierował swoje kroki do działu kadr, a gdy kadrowa ujrzała jego wyraz twarzy bez słowa podała mu druczek z wnioskiem urlopowym do wypełnienia. Dokonał niezbędnych formalności i już po kwadransie był wolny. Ulga, z jaką odetchnął, gdy opuszczał budynek urzędu była ogromna. Dawno tak nie cieszył się z wolnego, o ile w ogóle. Chyba faktycznie wpadał w pracoholizm. Na szczęście w porę się opamiętał.

„Trzeba gdzieś wyjechać, byle szybko!”

Postanowił, że jeszcze tego samego dnia znajdzie w internecie ciekawy pensjonat i wybierze się w krótką podróż. Najlepiej z dala od zgiełku miasta i ludzi. Marzył mu się wyjazd nad niewielkie jezioro, usytuowane gdzieś, gdzie jest mnóstwo zieleni i ani jednej żywej duszy.

Oczywiście w pełni sezonu nie ma, co o tym marzyć, ale niewielki, zaciszny pensjonat może uda się jeszcze znaleźć. Jacek nie tracił optymizmu, był pełen nadziei i energii do działania.

Gdy tylko znalazł się w domu, od razu wszedł do gabinetu i po włączeniu komputera wyszukał w internecie kilka interesujących miejsc, które warto byłoby odwiedzić.

W większości pensjonatów wszystkie miejsca były już jednak zarezerwowane. Aż wreszcie po dobrej godzinie wiszenia na telefonie, udało mu się znaleźć wolne miejsce w niewielkim, ale bardzo obiecującym pensjonacie na Mazurach. Słońce, jezioro, las, łąki tego mu było potrzeba. Tylko on, natura i nic więcej.

„Tak, tylko w ten sposób uda mi się zrelaksować i naładować baterie” — myślał.

Spakował do torby podróżnej najpotrzebniejsze rzeczy i nie oglądając się za siebie wsiadł za kierownicę swojego mercedesa i ruszył w drogę.


***


Zbliżała się szesnasta, kiedy Jacek wreszcie dojechał na miejsce.  Pensjonat znajdował się w malowniczym otoczeniu jeziora Jagodne. Miejsce to od razu przypadło mu do gustu. Niewielki, drewniany dworek, spokojna okolica, nieopodal las, jezioro w zasięgu wzroku, świeże powietrze i słońce.

„Tak, tego mi było potrzeba” — pomyślał.

Jego rozmyślania przerwało wyjście właścicielki pensjonatu, która okazała się być kobietą po trzydziestce, niezwykle urodziwą, z długimi ciemnymi włosami. Miała miły, przyjazny uśmiech wzbudzający sympatię od pierwszej chwili, ale największe wrażenie robiły jej oczy w kolorze błękitu nieba. Przyciągające jak magnes.

Jacek wpatrywał się w nie jak urzeczony. Od dawna żadna kobieta samym już swoim wyglądem nie wzbudziła w nim takiego zainteresowania. Zaskoczony własną niespodziewaną reakcją starał się nie gapić na piękną właścicielkę i zachować w miarę obojętny wyraz twarzy, co z trudem mu się udało.

„Ten wyjazd zapowiada się o wiele ciekawiej niż myślałem” — pomyślał i uśmiechnął się pod nosem, widząc zbliżającą się kobietę, która gdy tylko podeszła bliżej, wyciągnęła do niego dłoń i przedstawiła się:

— Marcelina Zasielska. Jestem właścicielką pensjonatu. Miło mi pana gościć w „Pensjonacie pod Gruszą”. Zapraszam do środka — mówiąc to, zrobiła zachęcający gest ręką.

— Jacek Andrut. Miło mi — odpowiedział na powitanie, z trudem udało mu się ukryć uśmiech. Niespiesznie ruszył do wejścia za właścicielką dworku, ciągnąc za sobą walizkę.

Wnętrze pensjonatu zrobiło na gościu niemałe wrażenie. Zapach drewna, płynu do podłóg i kwiatów begonii mieszał się z ledwie wyczuwalnym zapachem lawendy, która stała w kilku białych doniczkach na kominku.

Sala, do której weszli była połączeniem kuchni z jadalnią i salonem; dosyć obszerna. Dominowały kolory stonowane, głównie szarość, co zostało przełamane pastelowymi dodatkami i kwiatami, których było mnóstwo. Stały nie tylko w wazonie na stole, ale również na kredensie i na przeszklonej etażerce w głębi salonu. Bielone meble w stylu wiejskim dopełniały całość.

Kuchnia zastawiona była doniczkami z ziołami, rondlami, patelniami i mnóstwem innych, z pewnością przydatnych gospodyni sprzętów.

— Pana pokój znajduje się na piętrze — wyrwał go z zamyślenia głos Marceliny, która z uwagą obserwowała reakcję gościa — proszę za mną, panie Jacku.

Weszli po schodach na piętro i zatrzymali się przy pierwszych drzwiach znajdujących się po lewej stronie korytarza.

Marcelina otworzyła drzwi, po czym gestem zachęciła gościa i oboje weszli do środka.

Pokój był średnich rozmiarów, urządzony skromnie, ale stylowo. Ściany pomalowane na biało, po prawej stronie od wejścia stało bielone, drewniane łóżko z zagłówkiem. Zarówno pościel jak i poduszki powleczone były w kołdrę i poszewki w biało-niebieskie pasy. Pod oknem umieszczono mały stoliczek, na którym stał szklany wazon ze świeżymi, polnymi kwiatami, przy stole znajdowały się dwa krzesła. Na drewnianej podłodze leżał niewielki chodnik, na przeciwległej ścianie od łóżka znajdowała się duża szafa ze zdobieniami w wiejskim stylu.

Pokój przypadł Jackowi do gustu, był zgodny z jego oczekiwaniami. Zresztą mężczyzna miał niewielkie wymagania i tak naprawdę wystarczyłoby tylko wygodne łóżko. Nie zamierzał zbyt długo przesiadywać w pokoju, gdy za oknem panowała idealna pogoda do pieszych wędrówek.

A widok z okna zachwycał. Zieleń drzew, morski odcień jeziora mieniącego się w słońcu.

— Bardzo mi się tutaj podoba. Marzył mi się dokładnie taki pokój z widokiem na jezioro i las. Ten idealnie pokrywa się z moimi wyobrażeniami. A jak jest z posiłkami?

— Rano od ósmej do dziewiątej wydajemy śniadania w jadalni, albo, jak kto woli, na tarasie. Obiad jest zwykle od czternastej do piętnastej trzydzieści, a kolacja o osiemnastej. Oczywiście wszystko wliczone jest w cenę pobytu. Łazienka dla gości znajduje się na końcu korytarza, jest tam prysznic i duża wanna, świeże ręczniki, mydło. Gdyby czegoś było potrzeba proszę mnie powiadomić. W pobliżu pensjonatu znajdzie pan wiele ciekawych miejsc do odpoczynku, można wybrać się na spacer do pobliskiego lasu lub nad jezioro. Jest tam wypożyczalnia kajaków, motorówek. Organizujemy też piesze i rowerowe wycieczki po okolicy.

— Bardzo dziękuję, pani Marcelino. Na pewno skorzystam z tych wszystkich atrakcji, ale najpierw chciałbym się odświeżyć po podróży.

— Oczywiście, jak pan odpocznie proszę zejść na kolację. — Uśmiechnęła się lekko.

— Dziękuję — odrzekł, odwzajemniając uśmiech.

Chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Spojrzenie Marceliny było nieodgadnione, ale bezkresne jak jezioro za oknem. Właścicielka pensjonatu wzbudziła w Jacku dawno uśpione pragnienia.

Nieświadoma kłębiących się w nim uczuć Marcelina zeszła na parter.

Jacek rozpakował walizkę, wziął świeże ubranie i ruszył do łazienki. Po dziesięciu minutach wykąpany i pełen energii przebrał się w luźny podkoszulek i jeansy, po czym zszedł na dół na kolację.

Pierwsze, co poczuł to zapach duszonego mięsa; jego żołądek fiknął koziołka i zaczął domagać się pożywienia.

— Jeśli gotuje pani tak jak wygląda to jestem gotów się z panią ożenić — powiedział, nim pomyślał.

— Nie wiedziałam, że z pana taki pochlebca. — Marcelina zarumieniła się jak nastolatka i odwróciła w stronę gościa.

— Zwykle nie jestem taki bezpośredni. Nie poznaję samego siebie. Może to powietrze mazurskie ma na mnie taki wpływ — odrzekł i wyszczerzył zęby w uśmiechu, który miał zamaskować jego zmieszanie.

Marcelina popatrzyła uważnie na Jacka, ale po namyśle stwierdziła, że najlepiej będzie obrócić wszystko w żart, zwłaszcza ukryć swoje zmieszanie. Rzadko słyszała komplementy, a już od zupełnie obcych jej mężczyzn — w ogóle. Od dawna nie usłyszała żadnego miłego słowa pod swoim adresem. Ostatnimi czasy w jej życiu nie pojawiało się zbyt wielu przedstawicieli męskiego gatunku, a jeśli już byli to albo ojcowie rodzin, albo starsi panowie.

— Całkiem możliwe — rzekła z przekąsem. — Prawdę mówiąc, nie wygląda pan na podrywacza. Raczej na spokojnego, zrównoważonego mężczyznę — oceniła.

— Bo taki jestem, niestety. — Rozłożył ręce. — Nudny, zwyczajny facet, który cały dzień ślęczy nad biurkiem — dodał z rozbrajającą szczerością.

— Może jest pan dla siebie zbyt surowy? — Posłała mu jeden ze swoich ciepłych uśmiechów. — Jak pan zje pożywny posiłek od razu panu przejdzie to całe ponuractwo. Więcej optymizmu, panie Jacku.

— Jest pani aniołem, Marcelino.

Przeszedł niechcący na ty, czego ona najwyraźniej nie zauważyła, zajęta nakładaniem solidnej porcji gulaszu na talerz. Do tego gruba kromka żytniego chleba i gorąca, mocna herbata. Postawiła to wszystko przed Jackiem, życząc mu smacznego, po czym oddaliła się tłumacząc, że musi posprzątać na tarasie.

Gdy tylko Marcelina wyszła Jacek pochylił się nad talerzem i zaczął się posilać.

„Niebo w gębie” — taka była jego pierwsza myśl — „ambrozja smaku”. Dawno nie jadł niczego tak dobrego, a był to przecież najzwyklejszy gulasz.

Kiedy kończył posiłek zjawiła się gospodyni niosąc na tacy dzbanek po kawie i filiżanki.

— Smakowała panu kolacja? — zagaiła.

— Była wyśmienita — pochwalił — jest pani znakomitą kucharką Marcelino.

Roześmiała się, oczy jej błyszczały.

— Oj, panie Jacku, jaki pan miły, że tak mówi. To przecież najzwyklejszy gulasz. Żadne tam wymyślne danie. Widocznie był pan bardzo głodny, że tak panu smakowało.

— Bardzo pani skromna. Nie docenia się pani. Znakomicie pani gotuje, aż dziwne, że nie ma pani męża — powiedział i natychmiast pożałował swoich słów, widząc jak na jej twarzy występuje rumieniec gniewu.

Marcelina wzięła głęboki oddech i jakoś zdołała się opanować. Chłodnym, ale uprzejmym głosem odparła:

— Miałam męża. Jestem wdową, niestety. Mój mąż zginął w wypadku półtora roku temu. — I opuściła jadalnię.

Jacek poczuł się jak idiota. W jednej chwili cały jego dobry humor szlag trafił.

„Kretyn, skończony kretyn, że też się nie ugryzłem w język.”

Rozdział 2

Gdy Jacek zszedł rano na śniadanie w jadalni nie było żywego ducha.

— Ciekawe, czy oprócz mnie ktoś jeszcze gości w pensjonacie — zastanawiał się — zważywszy na ciszę, jaka tutaj panuje.

Choć z drugiej strony, właśnie, dlatego zdecydował się na to miejsce skuszony spokojem, pięknem okolicy i samym pensjonatem.

No i właścicielka. Na wspomnienie Marceliny poczuł dziwną tęsknotę. I jednocześnie zawstydzenie spowodowane swoim wczorajszym zachowaniem. Jacek doszedł do wniosku, że musi jakoś naprawić swoje faux pas, nie wiedział jeszcze, jak, ale zrobi to na pewno.

Swobodnym krokiem wyszedł na taras pensjonatu i zapatrzył się przed siebie.

To był zachwycający widok. Poranne promienie słońca delikatnie odbijały się w przejrzystej tafli jeziora, ptaki śpiewały w zagajniku nieopodal dworku, zieleń drzew i zapach kwiatów dopełniały ten idylliczny obraz.

— Cisza, spokój, piękne widoki. Tak, tutaj można odpocząć. — Odetchnął głęboko, po czym ruszył w stronę jeziora.

„Spacer przed śniadaniem podsyci mój apetyt” — pomyślał.

Szedł spokojnym krokiem, jezioro z każdą chwilą przybliżało się. W powietrzu unosił się jego niepowtarzalny zapach. Wszystkie napięcia z ostatnich tygodni powoli opadały.

Jacek przystanął i rozejrzał się po okolicy. Dostrzegł kilka żaglówek poruszających się na falach porannego szkwału. Ten piękny obrazek zasługiwał na uwiecznienie. Mężczyzna pożałował, że nie zabrał ze sobą aparatu. Mógłby zrobić kilka zdjęć i oglądałby je potem w deszczowe, jesienne wieczory. Postanowił, że po śniadaniu wybierze się na spacer po okolicy i zabierze aparat.

Spojrzał na zegarek, dochodziła ósma. Wrócił, więc do pensjonatu i rozejrzał się za właścicielką.

Niestety, nigdzie jej nie było. Natomiast na stole pojawiło się śniadanie. Kawa w dzbanku, talerzyk z masłem, świeżym pieczywem, pomidory, kozi ser z tymiankiem, wędlina.

Zasiadł więc do stołu i sięgnął po znajdujące się na nim smakołyki.

Był w trakcie śniadania, gdy do jadalni weszła Marcelina. Ubrana była w luźną białą sukienkę w słoneczniki. Włosy związała w warkocz. Wyglądała młodo i świeżo.

— Dzień dobry, panie Jacku. Jak się panu spało na nowym miejscu? — Zagaiła, ale w jej głosie nie było wczorajszej serdeczności, a uśmiech, który pojawił się na chwilę był jakby wymuszony.

„To wszystko moja wina” — zganił się w duchu. „Zraniłem ją swoją nieprzemyślaną uwagą. Muszę ją przeprosić i to jak najszybciej.”

— Dziękuję, bardzo dobrze. Spałem jak niemowlę. — Uśmiechnął się lekko, próbując rozładować panujące w jadalni napięcie, po czym podniósł się z krzesła. — Pani Marcelino chciałbym przeprosić za moje wczorajsze zachowanie. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Nie powinienem był tego mówić — dodał poważnym tonem. — Nie chciałem pani zranić.

— Skąd mógł pan wiedzieć… — Machnęła ręką. — Ja też niepotrzebnie zareagowałam tak emocjonalnie. Zapomnijmy o tym, co się stało — odrzekła, wzruszając ramionami.

— Bardzo pani wspaniałomyślna. Dziękuję. Postaram się na przyszłość unikać zbędnych komentarzy. Raz jeszcze przepraszam — odparł z wyraźną ulgą.

Kobieta uśmiechnęła się słysząc jego słowa. I tym razem był to radosny uśmiech. Błękitne oczy rozbłysły.

Jacek patrzył w nie jak urzeczony. Trwało to o wiele za długo. Potrząsnął głową, żeby wyrwać się z zauroczenia, i zapytał:

— Jak pani sobie radzi sama z tym wszystkim? — Ogarnął wzrokiem całe pomieszczenie. — Musi być pani bardzo zorganizowaną kobietą. Szczerze podziwiam, nie wiem czy ja umiałbym poradzić sobie z tyloma obowiązkami — starał się by zabrzmiało to jak podziw, bo naprawdę zaczął coraz bardziej podziwiać Marcelinę.

— Na początku, gdy mąż zginął, było mi bardzo ciężko. Zostałam sama z wielkim pensjonatem, przez chwilę zastanawiałam się, czy go nie sprzedać. Ale rodzina i przyjaciele zaoferowali pomoc i jakoś to ruszyło dalej. Po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że zapominam o bólu, gdy zajmuję się pracą.

— To prawda, że praca i obowiązki odwracają naszą uwagę od trosk i zmartwień — przyznał jej rację. — Trzeba tylko pamiętać, że nie samą pracą człowiek żyje i znaleźć czas na odpoczynek i drobne przyjemności.

— A jakie ja mogę mieć przyjemności? — spytała, przy czym nie udało jej się ukryć goryczy w głosie. Marcelina była realistką. Życie pozbawiło ją złudzeń. W jednej chwili straciła wiele. Męża i poczucie bezpieczeństwa. Niełatwo jej było stanąć na nogi. Gdyby nie wsparcie rodziców i przyjaciół, nie poradziłaby sobie.

— Wie pan, jak to jest, człowiek z czasem przyzwyczaja się do samotności. — Popatrzyła gdzieś w przestrzeń przed siebie nostalgicznym spojrzeniem.

— Przecież przed panią jeszcze całe życie. Jak to mówią coś się kończy, żeby zrobić miejsce czemuś nowemu. Lepszemu — stwierdził, patrząc na nią uważnie.

— Filozof z pana. — Uśmiechnęła się delikatnie. — Może i ma pan trochę racji, ale ja myślę, że życie jest niesprawiedliwe. Najpierw nam coś daje, a później to odbiera. — W jej głosie pojawiła się kolejna nuta goryczy i żalu.

Jacek bardzo pragnął ją jakoś pocieszyć, dodać otuchy, ale z drugiej strony nie chciał też znowu popełnić jakiejś gafy. A przy Marcelinie zdarzało mu się to zadziwiająco często. Domyślał się tylko, ile bólu i łez kobieta musiała wylać po stracie męża.

Nie zdążył nic powiedzieć, bo nagle Marcelina jakby zreflektowała się i szybko wyrzuciła z siebie:

— Muszę wracać do swoich obowiązków. Przepraszam, że zawracam panu głowę swoimi problemami. Jest pan na urlopie i przyjechał wypocząć, a nie słuchać moich smędzeń. — Po czym nie czekając na jego odpowiedź, wybiegła z jadalni.

Zaskoczony jej reakcją, siedział dłuższą chwilę bez ruchu.

„Już ja poruszę niebo i ziemię byleby te piękne, błękitne oczy nie patrzyły na świat z takim smutkiem, jaki przed chwilą w nich zobaczyłem” — zdecydował.


***


Jacek szedł żwawym krokiem w stronę jeziora. W plecaku niósł kanapki, wodę mineralną, książkę, koc i aparat fotograficzny. Wiedział, że długi spacer na świeżym powietrzu dobrze mu zrobi. A pogoda do pieszych wędrówek była idealna.

Słońce świeciło wysoko na niebie, błękit nieba zasnuwały tylko pojedyncze białe obłoki, lekki wietrzyk przynosił ze sobą zapach kwiatów i ziół z łąki nad zagajnikiem. Jezioro, które znajdowało się jakieś pół kilometra na prawo, też wyglądało tak, że zapierało dech. Liczne kajaki i żaglówki poruszały się po jego przejrzystej tafli. Na małej plaży nad jeziorem rozłożyli się zwabieni słońcem i piaskiem plażowicze.

Jacek chłonął całym sobą wszystko to, co znajdowało się w zasięgu jego wzroku. Ani przez chwilę nie żałował, że tutaj przyjechał.

Przystanął i obejrzał się na dworek Marceliny. Pensjonat wyglądał pięknie i swojsko. Był prześliczny z tymi drewnianymi kolumienkami przy wejściu na taras i bladoniebieskimi okiennicami. Na parapetach rosły kolorowe pelargonie. Dworek z jednej strony okalał park, a z drugiej przestronny ogród, w którym rosło zatrzęsienie krzewów owocowych i warzyw, a przede wszystkim kwiaty. Od nagietków, stokrotek i fiołków po tulipany i maciejkę.

Jacek, niewiele się zastanawiając, wyciągnął z plecaka aparat i zrobił kilka zdjęć dworku.

— Ten widok wart był uwiecznienia — uznał, gdy przeglądał zrobione przez siebie zdjęcia.

Parę ujęć jeziora, zagajnik, łąka pełna kwiatów. Było tyle pięknych miejsc, które musiały być sfotografowane.

Po kilku godzinach wędrówki po okolicy zdecydował, że czas na odpoczynek. Usiadł w cieniu, pod wierzbą rosnącą w niewielkim oddaleniu od drogi prowadzącej na plażę, wyciągnął z plecaka kanapki i wodę, i zaczął niespiesznie jeść.

Gdy skończył, zdecydował, że poleży chwilę w cieniu, nim wybierze się nad jezioro. Miał jeszcze w planie z bliska poobserwować żaglówki i zrobić im kilka zdjęć. Wyjął książkę z plecaka i zaczął czytać. Nie upłynęło jednak dziesięć minut, jak książka wypadła mu z rąk, a on sam zapadł w drzemkę.

Rozdział 3

W tym samym czasie Marcelina przygotowywała obiad dla gości pensjonatu, wśród których znajdował się sześćdziesięcioletni profesor psychologii Ksawery Płosiński pracujący nad poradnikiem dla osób zmagających się z depresją, seniorka rodu, Antonina Koniecpolska odpoczywająca po chorobie, której towarzyszyła wnuczka Gabrysia — trzynastolatka rozmiłowana w poezji. I ostatni gość, Jacek Andrut, mężczyzna, który zrobił największe wrażenie na Marcelinie.

Kobieta nie pamiętała, aby ktokolwiek dotąd działał na nią aż tak silnie. Nawet zmarły mąż. A przecież bardzo go kochała. Gdy Tadek umarł zawalił jej się świat. Nie widziała sensu życia. Ale z czasem powrócił spokój, blizny zagoiły się. Pomogła jej praca w pensjonacie, życzliwi ludzie.

A teraz, gdy wszystko wróciło do normy, gdy poukładała sobie cały świat pojawił się ON. Przystojny, opanowany, tajemniczy. Jacek miał w sobie coś takiego, że serce Marceli drgnęło na jego widok. Przestraszyła się swojej reakcji.

Lecz później doszła do wniosku, że nikt dawno nie powiedział jej żadnego komplementu, to stąd tak nerwowo zareagowała na słowa Andruta. Na szczęście wszystko sobie wyjaśnili. Od tamtej pory Marcela postanowiła trzymać się na dystans, a swoje emocje na wodzy.

Choć nie było to łatwe. Zdała sobie sprawę, że Jacek obudził w niej dawno uśpione tęsknoty. Jednak nie zamierzała wdawać się w żadne romanse.

„Życie w pojedynkę jest samotne, to prawda, ale przynajmniej człowiek nie jest narażony na cierpienie i złamane serce. Raz już kochała i co jej z tego przyszło?” — wspominała.

Los zakpił sobie z jej uczuć odbierając ukochanego męża. Od wypadku Marcelina stała się inną osobą. Spokojną, cichą, melancholijną. Kiedyś była kobietą energiczną, pełną pasji, ciekawości życia. Pełną namiętności.

A teraz stała się cieniem dawnej siebie. Przyjazd Jacka uświadomił jej, że tamtej Marceliny już nie ma, ale jej serce, mimo że rozum pozostawał chłodny i opanowany, nakazywało otworzyć się i ponownie zaufać. To brązowe, spokojne, ale uważne spojrzenie sprawiało, że krew krążyła jej szybciej w żyłach, serce waliło jak oszalałe, a ręce drżały. Zachowywała się jak zakochana nastolatka. A przecież miała już trzydzieści siedem lat.

„To wiek, kiedy trzeba myśleć i działać racjonalne, a nie głupieć na widok przystojnego faceta” — myślała.

Dlatego postanowiła, że dopóki Jacek będzie w pensjonacie zachowa dystans. Z tej znajomości i tak nic by nie wyszło, bo on za kilkanaście dni wyjedzie.

„Tak będzie najlepiej. Nikogo nie zranię, ani nikt nie zrani mnie. Nie chcę znowu cierpieć. Co to to nie! Będę miła i uprzejma, ale nic ponadto.”

Zajęta myślami na temat Jacka nawet nie zauważyła, jak nadeszła pora obiadu. W jadalni pojawiły się już Antonina Koniecpolska z wnuczką.

Marcela w pośpiechu podała zupę krem z brokułów, życząc gościom smacznego i wróciła do części kuchennej, która oddzielona była od jadalni przestronną wyspą.

Po chwili na schodach słychać było kroki profesora i jego głos życzący paniom smacznego.

Brakowało tylko Andruta, który nie pojawił się na obiedzie, co trochę zaniepokoiło Marcelinę, ale ta myśl umknęła jej równie szybko, jak się pojawiła.

Wniosła drugie danie schab ze śliwkami i purée ziemniaczane i postawiła parujące półmiski na stole.

Goście zajęci rozmową niemal jej nie zauważali, skinęli tylko głowami w geście podziękowania.

Profesor zapamiętale opowiadał o swojej pracy nad poradnikiem z dziedziny psychologii. Był to szczupły, siwowłosy mężczyzna, ubrany w koszulę i jasne spodnie.

— Nawet pani nie wie, Antonino, ilu ludzi w tym kraju cierpi na depresję, a ilu popełnia samobójstwo nie mogąc sobie poradzić z wszechogarniającym smutkiem — perorował z twarzą rozognioną i błyszczącymi oczami, skrytymi za okularami w złotej oprawce. — Mój poradnik będzie dla nich drogowskazem jak przetrwać trudne chwile, jak radzić sobie ze smutkiem i czego unikać. To będzie sukces, droga pani!

— Zapewne profesorze — odrzekła chłodnym głosem kobieta ocierając usta serwetką. — Czytałam, że depresja to plaga XXI wieku. Nie każdy wie jak sobie z nią radzić — mówiąc to, zerknęła przelotnie na wnuczkę.

Gabrysia miała delikatne rysy twarzy, duże błękitne oczy i jasne włosy. Sylwetkę tak szczupłą, że niemal kościstą, czego nie udało się ukryć pod bawełnianą sukienką w kolorze oliwkowym. Nie wyglądała najlepiej, co bardzo martwiło jej babkę, która podejrzewała, że jej wnuczka cierpi na anemię.

„Prawie nic nie je, tylko przesiaduje w pokoju z nosem w książce” — ubolewała Antonina.

Kobieta miała nadzieję, że dzięki temu wyjazdowi uda jej się zbliżyć do wnuczki i wybadać, co jej dolega. Od dłuższego czasu martwiła się o nią, widząc, w jakim stanie jest dziewczyna. Tylko by czytała i spała. To nie jest normalne w jej wieku. I ta jej chudość.

„Nikt zdrowy przecież tak nie wygląda!” — powtarzała sobie.

Co więcej rozmowa z profesorem uświadomiła jej, że Gabi może cierpieć na depresję. Postanowiła, zatem działać, czym prędzej. Najpierw musiała wybadać grunt, a okazja sama pchała się jej w ręce.

— Profesorze, po czym rozpoznać pierwsze symptomy depresji u nastolatków? — spytała ściszając głos, przy czym zerknęła dyskretnie na wnuczkę.

Profesor podchwycił to spojrzenie i pokiwał ze zrozumieniem głową.

„Tak, to mogła być depresja. Trzeba pomóc temu dziecku nim będzie za późno” — pomyślał.

Gabrysia niczego nieświadoma niemrawo gmerała widelcem w swoim talerzu. Wyglądała na nieobecną.

— Trafne pytanie — powiedział profesor, przerywając na chwilę jedzenie i skupiając wzrok na siedzącej naprzeciwko kobiecie. — Z badań, które przeprowadziłem wynika, że aż dziesięć do piętnastu procent młodzieży cierpi na to zaburzenie. Zwykle jego przyczyną jest negatywny wpływ otoczenia. Ale nie zawsze. Może również towarzyszyć innym schorzeniom psychicznym takim jak anoreksja czy bulimia. Objawy depresji u dzieci i młodzieży są bardzo różne. Może się ona objawiać zaburzeniami łaknienia i snu. Zwykle osoba, u której rozpoznaje się depresję jest wyobcowana, unika kontaktu z otoczeniem, zamyka się w sobie, jest apatyczna, wszystko jest jej obojętne, nic ją nie cieszy. Podstawą leczenia depresji jest psychoterapia. Dziecko z objawami depresji wymaga szczególnej opieki i wsparcia rodziców. Jeśli psychoterapia zawiedzie zostaje leczenie farmakologiczne, w tym przypadku są to leki przeciwdepresyjne, które jak wiadomo niosą ze sobą ryzyko działań niepożądanych. To tyle w skrócie hrabino, jeśli jest pani zainteresowana tym tematem proszę przyjść po kolacji do salonu, tam w spokoju porozmawiamy przy kawie i ciasteczkach — zaproponował. — Jak zdążyłem zauważyć w pensjonacie oprócz nas gości jeszcze tylko jedna osoba, więc nikt specjalnie nie powinien nam przeszkadzać.

Koniecpolska lekko skinęła głową na znak zgody, cały czas miała w głowie słowa profesora, po czym sięgnęła po półmisek z drugim daniem.

Gabrysia nadal niczego nieświadoma pogrążona była we własnych myślach. Niemrawo jadła obiad, choć było widać, że wyraźnie nie ma apetytu i na siłę próbuje przełknąć tych kilka kęsów.

Starsza pani zadowolona ze swojej spostrzegawczości, ani przez chwilę nie brała pod uwagę tego, że może nie mieć racji.

Profesor przerwawszy swój psychologiczny wywód także się zamyślił, ale nie przeszkodziło mu to w pałaszowaniu całkiem sporej porcji schabu ze śliwkami.

I tylko Jacek Andrut nadal pozostawał nieobecny, co wzbudzało dodatkowy niepokój Marceli kończącej przygotowywanie obiadu.

Jednak na krótką chwilę kobieta zapomniała o swoich obawach względem Andruta i zajęła się krojeniem szarlotki, jeszcze ciepłej po wyjęciu z piekarnika i posypywaniem jej cukrem pudrem. Z zamrażalnika wyjęła lody waniliowe i ułożyła na każdej porcji ciasta sporą gałkę chłodnego przysmaku. Deser wyglądał przepysznie i jeszcze lepiej pachniał. W powietrzu unosił się aromat pieczonych jabłek i cynamonu zmieszany z nutą melancholii, która towarzyszyła Marcelinie za każdym razem, gdy spojrzała na zegar.

„Za pół godziny zakończy się pora wydawania obiadu a po Jacku ani śladu. Co mogło go tak zaabsorbować, że zapomniał o posiłku?” — zastanawiała się.

— Czas wracać do obowiązków — pogoniła samą siebie.

Jednak uczucie dziwnej, niczym nieokreślonej tęsknoty nie chciało jej opuścić.

„Trudno, jakoś to w sobie stłumię” — postanowiła, niosąc gościom deser. — „Za parę dni Andrut wyjedzie, a ja odetchnę z ulgą”.

Rozdział 4

Zbliżała się siedemnasta, gdy Jacek znalazł się wreszcie na przystani, by pooglądać upragnione żaglówki.

Od dawna marzył, żeby zobaczyć je z bliska. Będąc małym chłopcem razem z tatą często chodzili nad pobliski zalew. I tam obserwowali smukłe łodzie, motorówki, a raz nawet udało im się przepłynąć starą omegą. Do tej pory pamiętał tę radość, wiatr na twarzy, słony smak kropelek wody, to uczucie wolności i jakąś nieokreśloną tęsknotę za czymś nieuchwytnym.

Teraz nadarzała się idealna okazja, by z bliska zobaczyć żaglówki i jachty przycumowane przy brzegu i Jacek nie zamierzał jej zmarnować.

Przyszedłby szybciej na przystań nad jeziorem, ale zmęczony długim spacerem przysnął w cieniu pod wierzbą na skraju zagajnika, a gdy się obudził na zegarku była już czwarta po południu.

„Widocznie mazurskie powietrze tak wpływa na organizm, że człowiek staje się rozleniwiony i senny” — pomyślał i uśmiechnął się.

Nie żałował swojej decyzji o wyjeździe na Mazury. W mieście wdychałby kurz i spaliny, a tutaj tylko czyste, świeże powietrze. Wziął głęboki oddech i poczuł, jak ogarnia go spokój.

Już nie mógł się doczekać tych wszystkich atrakcji, o których wspominała Marcelina. Zastanawiał się czy uda się mu ją namówić na małą przejażdżkę rowerem po okolicy. Wiedział, że kobieta ma dużo obowiązków w pensjonacie, ale doszedł do wniosku, że i jej przyda się chwila odpoczynku.

„Nie samą pracą przecież człowiek żyje” — stwierdził.

Z tymi myślami wszedł na przystań. Jachty przycumowane jeden przy drugim wyglądały na smukłe i wdzięczne. Lekko kołysały się poruszane podmuchami wiatru wiejącego od strony jeziora.

Trzy najbliżej stojące miały złożone żagle i wykonane zostały z jasnego jesionowego drewna. Na każdej burcie namalowano nazwę — Nereida, Nimfa i Fleur. Imiona były kobiece i Jacek zastanawiał się, jaki mężczyzna mógłby je tak nazwać. Oczarowany ich widokiem wyciągnął aparat i zrobił kilka zdjęć.

Już miał go schować do plecaka, gdy z jednej z żaglówek, nazwanej Nereida, usłyszał rumor, a później jakieś zgrzyty i piski, jakby ktoś coś z trudem przesuwał.

Zaniepokojony i zaciekawiony jednocześnie poczuł, że musi to sprawdzić.

Jednym zwinnym susem, o który sam by siebie nie podejrzewał, znalazł się przy łodzi. W następnej chwili na jej pokładzie pokazała się rumiana, wąsata twarz starszego, siwowłosego mężczyzny, ubranego w biały bawełniany podkoszulek i podniszczone spodnie bojówki z wypchanymi kieszeniami.

Mężczyzna trzymał w ręku jutowy worek, dosyć sporych rozmiarów, wypchany czymś do połowy.

Na widok Jacka znieruchomiał, a jego spojrzenie stało się czujne i podejrzliwe. Obrzucił niechętnym spojrzeniem trzymany w dłoni Jacka aparat.

„Chyba nie przepada za wczasowiczami” — przebiegło Jackowi przez myśl.

Nie chcąc być niegrzecznym postanowił zrobić cokolwiek, byleby tylko starszy mężczyzna poczuł, że nie należy się go obawiać.

Przywołał na twarz uprzejmy uśmiech i zapytał:

— Może panu pomogę? Widać, że ten wór musi być strasznie ciężki.

Na twarzy nieznajomego odmalowało się zaskoczenie tak wielkie, że aż otworzył usta.

Opanował się jednak i chropawym, nieprzyjaznym głosem odparł:

— Czy ja wyglądam na kogoś, kto potrzebuje pomocy? Nie zawracaj mi pan głowy. Spieszę się. — I szybko wyminął Jacka, wyraźnie unikając jego wzroku, po czym odszedł pomostem ciągnąc za sobą swój worek.

Jacek spoglądał chwilę za oddalającym się mężczyzną. Dostrzegł, że kieruje się on w stronę drugiego krańca przystani, na którym przycupnęły trzy kolorowe rybackie domki.

Trochę zaniepokoiło go dziwne zachowanie żeglarza.

„O ile to był żeglarz” — zastanawiał się. „W dodatku strasznie gburowaty” — uznał, wzruszając ramionami. „Ludzie są dziwni, ale przez to tak interesujący”.

Mężczyzna spojrzał na zegarek.

„Trzeba wracać, bo robi się późno” — zdecydował i czym prędzej zapakował aparat do plecaka.

Najszybciej jak mógł zbiegł ze schodków przystani na piaszczystą ścieżkę prowadzącą do pensjonatu Marceliny. Za pół godziny zacznie się wydawanie kolacji, a on nie chciał się spóźnić ani iść spać z pustym żołądkiem.

Na myśl o smakołykach, jakie przygotowała właścicielka jeszcze przyspieszył, dzięki czemu po niecałych dwudziestu minutach znalazł się na miejscu.


***


W całej kuchni roznosił się wspaniały aromat pieczonych jabłek i cynamonu. Marcelina dopiero co wyjęła z piekarnika parującą blachę z ciastem. Obok niej stało już pięć innych, w tym dwie z domowym chlebem na zakwasie.

Jedną z pasji Marceli, oprócz miłości do literatury, stanowiło właśnie pieczenie i kobieta oddawała się ulubionemu zajęciu, gdy tylko mogła.

Jej spiżarnia pękała w szwach od nadmiaru jedzenia, a mimo to ona nadal nie przestawała piec. Goście mogli wybierać między sernikami, ciastem drożdżowym, plackiem ze śliwkami, szarlotką a muffinkami z owocami sezonowymi i czekoladą.

Zwłaszcza profesor Płosiński przepadał za słodkimi wypiekami Marceli, chwaląc jej talent pod niebiosa.

— Z pani zdolnościami powinna pani zgłosić się do jakiegoś Master Chefa! — mawiał. — Aż szkoda, żeby taki talent się marnował na tej mazurskiej wsi. Niechby świat usłyszał o pani wypiekach, a ludzie waliliby tabunami do pensjonatu, byleby tylko móc skosztować tych pyszności.

Marcela zwykle ze spokojem i uprzejmym uśmiechem słuchała tych wszystkich pochwał i pochlebstw profesora.

W skrytości ducha marzyła o tym, że może kiedyś uda się jej spełnić to marzenie, ale wiedziała, że poświęcając się pracy w pensjonacie należało zrezygnować z wielu innych rzeczy.

Zwłaszcza po nagłej śmierci męża, gdy została sama.

— Gdzie mi tam się pchać do tych wszystkich programów kulinarnych w telewizji — myślała. — Tylko bym się skompromitowała i ze stresu zamiast cukru dodała soli do kremu. Dopiero byłoby używanie!

Choć gdyby nadarzyła się okazja, Marcelina stwierdziła, że zaryzykowałaby i wzięła udział w jakimś konkursie kulinarnym. Może nie od razu program w telewizji, ale jakiś lokalny konkurs. Upiekłaby wtedy swoją ulubioną tartę z malinami.

Nie przyznałaby tego jednak głośno.

„Póki co musi mi wystarczyć pieczenie dla gości — zdecydowała. — Może kiedyś…”.

Nagle jej rozmyślania przerwały podniesione głosy dobiegające z tarasu.

— Co tam się dzieje? — pomyślała, nim wybiegła z kuchni.

Rozdział 5

Gabrysia od najmłodszych lat lubiła książki. Od czasu, gdy nauczyła się czytać, pochłaniała wszystko, co znalazła w biblioteczce ojca.

Będąc w podstawówce znała już całą klasykę polską, a lektury czytała z wyprzedzeniem.

Najbardziej lubiła prozę Elizy Orzeszkowej. „Nad Niemnem” czytała kilka razy, za każdym odkrywając na nowo historię Jana Bohatyrowicza i Justyny Orzelskiej.

Uwielbiała również klasykę literatury angielskiej, najbardziej pisaną przez Jane Austen.

A potem odkryła wiersze Marii Pawlikowskiej — Jasnorzewskiej i przepadła. By za chwilę zakochać się w wierszach Haliny Poświatowskiej. Niedawno do jej ulubionych poetów dołączyli Bolesław Leśmian i Julian Tuwim.

Nikt w rodzinie Koniecpolskich nie przejawiał zainteresowania poezją. Skąd, więc to zamiłowanie, tego Gabrysia nie wiedziała, ale z jej wrażliwością, nieśmiałością, melancholijną naturą i delikatną, niemal eteryczną urodą, wiedziała, że nie mogłaby być inna. Łatwo można ją było zranić, dlatego książki stanowiły jej azyl. To w nich szukała ukojenia i dzięki nim nie czuła się taka samotna.

Teraz, będąc w gimnazjum, Gabrysia nadal rozczytywała się w poezji, a co więcej sama zaczęła pisać wiersze, nikomu o tym nie mówiąc; bała się reakcji otoczenia, zwłaszcza koleżanek, które będą ją wyśmiewać.

Tym sekretem nie zamierzała dzielić się z nikim.

Aż zdarzyło się coś, co zmieniło jej podejście.

W środku roku szkolnego do ich klasy dołączył Kuba. Wysoki, szczupły, niebieskooki i czarnowłosy. Jednym słowem: ciacho.

Oczywiście wszystkie koleżanki z klasy Gabi wpatrzone były w niego jak w obrazek, zagadywały, uśmiechały się, oferowały pomoc w nadrobieniu zaległości w nauce, stroiły słodkie miny, próbując go poderwać.

Kuba traktował je uprzejmie, ale z dystansem.

Natomiast Gabrysia, jako jedyna nie narzucała się nowemu koledze. Nie to, żeby się jej nie podobał, bo podobał się jej i to nawet bardzo, ale ona ze swoją nieśmiałością nie miała odwagi, by do niego zagadać.

Raz tylko rzuciła mu nieśmiałe spojrzenie spod rzęs i napotkała jego wzrok.

I to wystarczyło. Zakochała się na zabój.

Przeżywała katusze będąc blisko niego, wszystkie swoje emocje przelewała w wiersze. Dzięki temu było jej łatwiej.

„Najgorsze, co może być to właśnie miłość bez wzajemności” — myślała, pogrążona w melancholii.

Siedziała w ostatniej ławce, dzięki czemu nikt nie zwracał na nią uwagi. Spokojna, łagodna i cicha, niemal niezauważana przez koleżanki, zwykle trzymała się na uboczu.

Nudziły ją rozmowy o ciuchach, kosmetykach i paznokciach. Ona wolała porozmawiać o poezji i o książkach.

Aż pewnego dnia stało się coś, od czego serce Gabrysi omal nie wyskoczyło z piersi z emocji.

Kuba podszedł do niej na dużej przerwie i poprosił o pomoc w wypracowaniu z języka polskiego.

Gabi zaskoczona przez dłuższą chwilę nie mogła wydobyć z siebie głosu. Jednak jakoś udało jej się wyszeptać:

— Biblioteka. Przyjdź po lekcjach do biblioteki.

I, nie czekając na jego odpowiedź, odeszła korytarzem.

Na ostatniej lekcji siedziała niczym na szpilkach, z nerwów rozbolał ją żołądek i było jej niedobrze. Dzwonek na przerwę sprawił, że poderwała się spłoszona i, wrzuciwszy zeszyt do torby, wybiegła z klasy.

Po kilku minutach wchodziła już do szkolnej biblioteki. Bibliotekarka, pani Kasia uśmiechnęła się na jej widok.

Gabrysia była jej ulubioną uczennicą. Często rozmawiały o książkach, literaturze, o poezji. Tylko tutaj dziewczyna czuła się swobodnie i gdyby mogła, nie opuszczałaby szkolnej biblioteki nawet na chwilę. A że było to niemożliwe cieszyła się każdą chwilą spędzoną wśród regałów pełnych książek.

Gabrysia rzuciła torbę na stolik i spojrzała na zegarek.

Kuba się spóźniał.

„A co jeśli nie przyjdzie?” — zaniepokoiła się i na jej policzki wystąpił rumieniec, bo w tej samej chwili drzwi się otworzyły i stanął w nich nie, kto inny jak Kuba. Zauważywszy dziewczynę uśmiechnął się lekko i ruszył w jej stronę.

— Cześć, długo czekasz? — zapytał i nie czekając na jej odpowiedź, wziął najbliżej stojące krzesło i przystawił do stolika, przy którym siedziała Gabi.

Zarumieniła się jeszcze bardziej, po czym lekko drżącym głosem odparła:

— Nie, przyszłam przed chwilą. To, w czym konkretnie miałabym ci pomóc? Nie napiszę za ciebie wypracowania, jeśli o to chodzi, to tracisz czas.

— Nie, no coś ty — zaprzeczył gwałtownie — chciałem żebyś mi wytłumaczyła, o co chodzi z tym Tygryskiem i jakąś Różą. Przyznam się, że nie czytałem tej lektury i miałem nadzieję, że mi opowiesz w skrócie, o czym jest i podasz najważniejsze fakty. — Puścił do niej oko.

Gabrysia parsknęła śmiechem, co było do niej niepodobne. Przywołała się jednak do porządku i, tłumiąc rozbawienie, odparła:

— Chcesz mi powiedzieć, że nie czytałeś „Tygrysa i Róży” Małgorzaty Musierowicz?

— No tak wyszło. Gdybym miał więcej czasu, przeczytałbym, ale najpierw ta przeprowadzka, a później choroba dziadka i jakoś wyleciało mi z głowy — wyznał, a jej zrobiło się go żal. Poczuła się okropnie.

— Przepraszam, nie wiedziałam. Pomogę ci.

I tak się zaczęła przyjaźń między nimi. Od tamtego dnia stali się niemal nierozłączni. Okazało się, bowiem, że Kuba też interesuje się literaturą i że czyta poezję, jednak on z kolei uwielbiał wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Cypriana Kamila Norwida.

Gabrysia poczuła, że wreszcie znalazła bratnią duszę. Spotykali się codziennie po szkole, razem odrabiali lekcje, później czytali, rozmawiali. Często wychodzili na spacery do parku albo na lody.

Po trzech miesiącach Kuba zapytał Gabrysię, czy zostanie jego dziewczyną. Zgodziła się, rzucając mu się na szyję i przytulając mocno. To była najpiękniejsza chwila w jej życiu.

Aż do tamtego feralnego dnia.

Po zakończeniu roku szkolnego umówili się, że spotkają się w kawiarni, żeby uczcić koniec szkoły. Gabi miała się chwilę spóźnić, bo chciała jeszcze odwiedzić w szpitalu babcię, a Kuba obiecał jej zaczekać w kafejce.

Po wizycie u babci nieco zasmucona Gabrysia szła powoli alejką w stronę kawiarni. Zadzwoniła do Kuby, żeby powiedzieć mu, że za chwilę będzie, ale chłopak nie odbierał. Nieco zaniepokojona przyspieszyła.

Gdy znajdowała się jakieś dwieście metrów od kawiarni, ze środka wyszedł Kuba. Nie zauważył jej, bo akurat oglądał się za siebie i coś do kogoś mówił.

Nie to było jednak najgorsze. Tym kimś okazała się szczupła, bardzo ładna brunetka, która odpowiedziała coś, i nachyliwszy się w stronę Kuby, pocałowała go w policzek, a on ją przytulił.

Gabi, widząc to, pobladła, aż ją zamurowało.

„Nie, to niemożliwe! Jak on mógł!” — kipiała ze złości. Wszystko w niej krzyczało.

Trzęsąc się z oburzenia, podbiegła do nich, a widząc zaskoczony wzrok Kuby, zadziałała odruchowo i uderzyła go w twarz.

Chłopak złapał się za policzek, i sycząc z bólu, rzucił rozpaczliwym tonem:

— To nie tak jak myślisz, wszystko ci wytłumaczę! Gabi! Proszę!

Gabrysia nie zamierzała go jednak słuchać. To, co zobaczyła, nie potrzebowało wyjaśnień.

Ze łzami w oczach rzuciła:

— Z nami koniec!

I, nie czekając na jego reakcję, odwróciła się na pięcie i uciekła.

Od tego momentu minęły dwa tygodnie. Gabi czuła się jak zombie. Nie jadła, w nocy nie mogła zasnąć. Całe dnie leżała wpatrując się w sufit albo w okno.

Kuba dzwonił do niej wiele razy, ale odrzucała jego połączenia. SMS-y też ignorowała lub kasowała bez ich odczytania. Nie chciała go znać.

Wciąż wracał do niej jego obraz tulącego się do tamtej dziewczyny. Przez pierwsze dni ciągle płakała, ale teraz nie miała już nawet siły na płacz.

„Nic nie uleczy złamanego serca. Nic!” — mówiła sobie w duszy.

Rodzice, widząc, w jakim jest stanie próbowali jakoś do niej dotrzeć. Na próżno. Gabrysia nie chciała z nikim rozmawiać. Jednak, kiedy babcia zaproponowała jej, żeby pojechała z nią na krótki wypoczynek na Mazury, Gabi pomyślała, że zmiana miejsca dobrze jej zrobi. I zgodziła się.

A teraz od kilku dni tkwiła w tym pensjonacie, gdzieś nad jeziorem, w środku lasów. Z dala od zgiełku miasta i od chłopaka, który złamał jej serce.

Odkąd przyjechała całe dnie tylko czytała wiersze i pisała zamknięta w swoim pokoju.

Najbardziej wkurzało ją to, że babcia wmówiła sobie, że ona może mieć anoreksję albo depresję.

„To już przesada!” — myślała. „Muszę coś zrobić, żeby dała mi święty spokój” — postanowiła nim zapadła w niespokojny sen.

Rozdział 6

Kiedy Marcelina pojawiła się na tarasie przed dworkiem, znajdowali się już tam pozostali goście pensjonatu — profesor Płosiński, seniorka Koniecpolska i Jacek Andrut, brakowało jedynie Gabrysi.

Ksawery chodził w kółko po trawniku, mamrocząc coś do siebie.

Antonina siedziała na wiklinowym fotelu, tuż przy wyjściu, i wachlowała się chusteczką.

Jedynie Jacek zachowywał względny spokój i opanowanie, z uwagą wpatrując się w coś, co leżało na chodniku przed wejściem do pensjonatu.

— Co się tutaj dzieje? — Marcelina spojrzała po twarzach otaczających ją ludzi.

Starsza pani zrobiła gwałtowny ruch jakby chciała wstać, ale natychmiast opadła na fotel i złapała się za serce.

Profesor zaprzestał biegania w kółko i, spojrzawszy na Marcelinę, wykrzyknął:

— Coś takiego! To się w głowie nie mieści!

Marcelina słysząc wzburzenie w głosie profesora podeszła do niego i wzięła go delikatnie pod ramię.

— Niech pan się uspokoi i powie, co się stało — zachęciła go łagodnie.

Spojrzał na nią błędnym wzrokiem.

— Coś podobnego! — powtórzył, wyraźnie wstrząśnięty.

Wtedy odezwał się milczący dotąd Jacek.

— Musi to pani zobaczyć. Proszę tutaj podejść — rzekł z zimną krwią. — Nie mam pojęcia, kto mógł coś takiego zrobić, ale nikt normalny. To pewne… — Pokręcił głową.

Marcelina bez namysłu podeszła do mężczyzny i spojrzała mu przez ramię.

Ciekawość okazała się silniejsza niż strach. Jednak to, co zobaczyła sprawiło, że zabrakło jej tchu.

Wstrząśnięta wpatrywała się w leżącą na chodniku martwą rybę. Nie to jednak było najgorsze. Tam, gdzie powinna być jej głowa znajdowała się krwawa miazga, jakby ktoś rozbił jej czaszkę tłuczkiem albo młotkiem. Plama krwi wokół ryby zdążyła już zakrzepnąć, ale wyglądało to potwornie.

Marcelina wzdrygnęła się i, próbując opanować nudności, cofnęła się, jednocześnie zakrywając usta dłonią.

Pobladła i z przestrachem w oczach spojrzała na Jacka.

— Zaraz to posprzątam — oznajmił widząc jej reakcję. — Proszę się nie martwić. Może to jakiś głupi żart? — powiedział, chcąc podnieść ją na duchu.

Domyślał się, że kobieta musi być wstrząśnięta incydentem.

„Bo jak to inaczej nazwać niż głupim kawałem? Chyba, że ktoś zrobił to celowo. Wtedy cała sprawa nabiera zupełnie innego znaczenia…” — zamyślił się, pocierając brodę.

Od dziecka pasjonowały go wszelkie zagadki detektywistyczne, uwielbiał czytać kryminały i oglądać seriale kryminalne zwłaszcza te oparte na książkach Agathy Christie i Arthura Conana Doyle’a.

Marcelina popatrzyła na niego niepewnie, doskonale zdając sobie sprawę, że za żadne skarby świata nie może się zdradzić ze swoimi podejrzeniami.

— Żart? Myśli pan, że to sprawka jakichś wyrostków? — zapytała, udając zdziwienie.

— Możliwe.

— Nie, to się nie dzieje naprawdę. — Marcelina z niedowierzaniem pokręciła głową. — Wejdźmy do środka, tam porozmawiamy. Musicie mi państwo opowiedzieć wszystko po kolei — zwróciła się do obecnych.

Profesor przytaknął, starsza pani również, oboje nie byli w stanie wydobyć głosu, więc tylko przysłuchiwali się rozmowie.

— Tak, wejdźcie proszę do środka. — Jacek wskazał ręką wejście do pensjonatu. — Ja w tym czasie sprzątnę z chodnika to, co zostało z tej ryby — oznajmił. — Jeśli tutaj dłużej poleży zacznie się rozkładać i przyciągnie wszystkie okoliczne koty.


***


Pół godziny później wszyscy siedzieli w salonie. Antonina Koniecpolska piła uspokajające ziółka z filiżanki w kwiatki, profesor Płosiński pił herbatę, czarną i mocną.

Jedynie Jacek Andrut poprosił o szklankę mrożonego soku, nie miał ochoty na nic gorącego.

„Wystarczyło, że atmosfera w pensjonacie podnosiła ciśnienie” — myślał zaintrygowany. „Jak nic z pewnością dziś nie zasnę.”

Tak bardzo był podekscytowany rozgrywającymi się wydarzeniami. Jego czujny detektywistyczny nos podpowiadał mu, że jest na tropie jakiejś afery. Wtedy Jacek zachowywał się jak pies tropiący i nie ustąpił dopóki nie odkrył prawdy. Tym razem również zamierzał wyjaśnić sprawę do końca.

Marcelina przysiadła z gośćmi przy stole i sączyła kawę ze swojego kubka w czerwone groszki.

W salonie panowała martwa cisza, przerywana jedynie tykaniem zegara, który stał na komodzie.

Jacek odstawił szklankę, rzucił przelotne spojrzenie na Marcelinę i postanowił sam zacząć rozmowę, widząc, że ona nie wykazuje najmniejszego zainteresowania, chociaż to z jej inicjatywy tutaj siedzieli.

„Sądząc po jej zamyślonej minie, będą tak czekać do rana”.

— Kto z państwa znalazł rybę, jako pierwszy? — zapytał, przerywając chwilę pełnej napięcia ciszy.

Profesor aż podskoczył na fotelu, słysząc pytanie. Lekko zmieszany przyznał:

— Wychodzi na to, że ja. Przed kolacją chciałem przejść się na krótki spacer. Wyszedłem na taras i wtedy to zobaczyłem. W pierwszej chwili pomyślałem, że to mi się tylko przywidziało. Podszedłem bliżej i o mało co nie dostałem zawału. Ten makabryczny widok będzie śnił mi się po nocach. Wciąż mam go przed oczami. — Wzdrygnął się. — To się nie mieści w głowie, że ktoś mógłby sobie w ten sposób żartować. Kto mógł coś takiego zrobić? Niepojęte… — osądził, poprawiając zsuwające się z nosa okulary.

Antonina tylko przytakiwała głową i wachlowała się chusteczką. Jej twarz również nie kryła wzburzenia, a oczy rzucały wściekłe błyski.

— Zgadza się. To jakiś zwyrodniały osobnik. Przecież mogła to zobaczyć moja wnuczka! Co jeśli by zemdlała? — spytała z naganą. — Ona ma słabe zdrowie, nie potrzebuje dodatkowych atrakcji. Ja też mam arytmię. Mogłabym zasłabnąć. Dobrze, że profesor mnie uprzedził i kazał odwrócić wzrok, nim zdążyłam na to spojrzeć.

Marcelina pogrążona w myślach zastanawiała się, kto mógł stać za tym incydentem, a jej obawy trudno było ukryć. Jej zdenerwowanie potęgowało wzburzenie gości, obawiała się, że wczasowicze będą chcieli opuścić pensjonat.

— Bardzo państwa przepraszam. Nie wiem, kto mógł coś takiego zrobić, może to jakieś zwierzę przyniosło tę rybę, nie wiem, pies albo kot. — Wzruszyła ramionami. — Jeśli zechcą państwo skrócić swój pobyt, zrozumiem to. Nie będę miała o to żalu.

Ksawery spojrzał na nią zdziwiony.

— Ależ Marcelino! Nie zamierzam wyjeżdżać. Owszem… to, co się wydarzyło, nie było najprzyjemniejsze, ale nie wyjadę przed końcem urlopu. Dokończę swój poradnik tak jak zaplanowałem — zadeklarował.

Antonina pokiwała głową na znak zrozumienia i powiedziała:

— Ja również zostaję. Co prawda moje nerwy są całe w strzępach, ale nie przerwę pobytu. Gabi potrzebuje świeżego powietrza i dla dobra wnuczki jestem w stanie poświęcić swoje zdrowie.

Marcelina odetchnęła z ulgą.

„Dobre i to w tej sytuacji, goście okazali wyrozumiałość i współczucie” — pocieszyła samą siebie.

Była im bardzo wdzięczna. Uśmiechnęła się.

— Dziękuję, postaram się jakoś państwu wynagrodzić to nieprzyjemne zdarzenie. Upiekę tort z marcepanu. Na pewno państwu posmakuje — zapewniła.

Jacek, widząc lekkie podejście Marceliny do całego zdarzenia, postanowił wyjaśnić sprawę do końca.

„Nie można tego tak zostawić. Skąd wiadomo, że to sprawka jakichś wyrostków albo zwierząt?" — pomyślał. "A, co jeśli ktoś źle jej życzy albo komuś z gości? Co jeśli ktoś chciał ich w ten sposób nastraszyć?”

— A co jeśli to nie był kawał? — stwierdził z satysfakcją, obserwując pozostałych. — Marcelino czy kogoś mogłaby pani podejrzewać o to, że źle pani życzy? Może ktoś pani ostatnio groził?

Marcelina zmieszała się odrobinę. Pytania Jacka lekko ją zaskoczyły. Mimo to postanowiła nie mówić mu o swoich podejrzeniach. Nie może go mieszać w swoje sprawy. Jacek jest przecież jej gościem. Przyjechał tu odpoczywać, a nie prowadzić śledztwo.

— Nie, panie Jacku. Nikt, kto mógłby mi grozić nie przychodzi mi do głowy. Może to faktycznie tylko jakiś głupi żart, a my niepotrzebnie panikujemy — przyznała, siląc się na swobodny ton.

— Zgadzam się z Marceliną — profesor przytaknął. — Dzisiejsza młodzież ma diabelskie poczucie humoru. Moim zdaniem to jakieś tutejsze nastolatki. Nudzą się i wymyślają takie żarty.

— A ja myślę, że trzeba popytać miejscowych rybaków. Może ktoś ostatnio łowił szczupaki? — wtrącił się do rozmowy Jacek. — Ktoś musiał tę rybę tutaj podrzucić. Sama przecież nie przyszła… — zawiesił głos.

— Nie ma wielu rybaków na naszym terenie — przyznała Marcelina. — Jeden mieszka nad jeziorem, a kilku innych w okolicy.

— To się dobrze składa, można by ich jutro dyskretnie podpytać — ucieszył się Jacek i aż zatarł ręce.

„To się robi coraz ciekawsze” — pomyślał.

— Nie! — Marcelina aż podskoczyła na krześle. Wyraźnie była wzburzona. — Nie życzę sobie żadnych śledztw, żadnego wypytywania! Zapomnijmy o tej martwej rybie. Proszę, panie Jacku… — Spojrzała błagalnie na mężczyznę.

Zdziwiony jej zachowaniem, zapominając o tym, że oficjalnie nie byli na „ty”, odparł:

— Jesteś tego pewna? A co, jeśli to się powtórzy?

— Wtedy zgłosimy to na policję. Nie ma sensu po jednym incydencie robić z tego afery. — Jej ton był zdecydowany i pewny.

Jacek pokręcił głową, nie był zadowolony z tej decyzji, ale nie zamierzał naciskać.

— Jasne, nie zrobię niczego wbrew twojej woli. Moim zdaniem nie powinniśmy tego tak zostawiać, ale to ty jesteś właścicielką i ty tutaj podejmujesz decyzję. Proszę pamiętaj o tym, że w razie, czego służę ci pomocą — zaoferował się.

— Dziękuję, doceniam to, co dla mnie robisz Jacku. Jestem ci za to bardzo wdzięczna — zapewniła.

Po czym, by zmienić temat wymownie spojrzała na zegar i ziewnęła, zakrywając usta dłonią.

— To był męczący wieczór. Czas na odpoczynek — stwierdziła.

Jacek zareagował milczeniem, patrzył tylko na Marcelinę nieodgadnionym wzrokiem. Domyślił się, że kobieta stara się coś przed nim ukryć, ale póki co postanowił nie drążyć tematu.

„Może sama mi zaufa i powie o dręczących ją podejrzeniach. Muszę tylko być cierpliwy. To najlepsza droga do odkrycia prawdy. Pomogę jej, czy Marcela chce tego, czy nie” — zdecydował.

— Zgadza się. To był męczący wieczór — odezwała się seniorka Koniecpolska. — Idę się położyć. Gabrysia pewnie już śpi, zajrzę do niej — stwierdziła, po czym podniosła się z fotela i powolnym, dystyngowanym krokiem wyszła z pokoju.

Profesor widząc to, podniósł się od stołu i życząc dobrej nocy również opuścił salon.

Po jego wyjściu zapadła niezręczna i pełna napięcia cisza.

Marcelina z niepokojem patrzyła na Jacka, który również nie spuszczał z niej uważnego spojrzenia.

Zarumieniła się, serce zaczęło jej mocniej bić. Jacek sprawiał, że czuła się jak zauroczona nastolatka. Za nic w świecie jednak nie chciała pokazać, że jej na nim zależy.

„Trzeba grać obojętną. To jedyny ratunek dla mojego spłoszonego serca” — myślała.

Mężczyzna widząc jej reakcję uśmiechnął się lekko, podejrzewając, że kobieta toczy ze sobą wewnętrzną walkę.

— Wiem, że krótko się znamy, ale tak jak mówiłem, możesz liczyć na moją pomoc — powiedział, wstając. — Jeśli będzie trzeba przedłużę urlop. Nie zostawię cię samej, obiecuję — zapewnił, po czym również opuścił salon.

Dopiero wtedy Marcelina odetchnęła z ulgą. Wciąż jednak nie potrafiła ukryć obaw.

Z jednej strony, była mu wdzięczna za to, że zaoferował jej pomoc, a z drugiej obawiała się, że długo nie ukryje przed Jackiem prawdy, i że będzie musiała mu zaufać i powiedzieć o tym, co się stało półtora roku temu.

Że śmierć jej męża mogła nie być wypadkiem, i że ktoś chciał jej o tym przypomnieć, podrzucając martwą rybę.

Rozdział 7

Marcelinie śnił się zmarły mąż. We śnie widziała jego bladą, nieruchomą twarz, sine wargi i oczy, w których nie było życia. Stała nad jego ciałem i nie mogła się ruszyć, jej nogi jakby wrosły w ziemię. Wokoło szumiał wiatr i zacięcie padał deszcz. Robiło się coraz ciemniej i zimniej. I nagle, ktoś chwycił ją za ramię.

Obudziła się z krzykiem. Koszmarny sen wywołał w niej przerażenie. Powróciły dawne obawy i wątpliwości, że śmierć Tadka nie była wypadkiem.

„Może powinnam komuś powiedzieć o swoich podejrzeniach? Może Jacek mi pomoże? Chociaż z drugiej strony nie wiem, czy wplątywać go w tę całą sprawę. On i tak zaraz wyjedzie, a ja zostanę z tym sama. Lepiej zostawić wszystko tak, jak jest. Przeczekać aż wszystko się uspokoi. Tadkowi życia i tak nic już nie wróci…” — rozmyślała, leżąc w pościeli.

Za oknem robiło się już widno. Marcelina spojrzała na zegarek. Dochodziła czwarta nad ranem.

„Trzeba wstawać i zająć się śniadaniem, i tak już nie zasnę”.


***


Jacek nie mógł zmrużyć oka, przez całą noc zastanawiał się, jak przekonać Marcelinę, żeby się przed nim otworzyła i opowiedziała o swoich podejrzeniach.

Pomimo tego, że znali się krótko, zdążył już ją trochę poznać i wiedział, kiedy kobieta nie mówi prawdy, bo zdradzały ją drobne gesty, takie jak uciekanie wzrokiem czy chociażby ton głosu.

„Ona coś ukrywa i dowiem się, o co chodzi” — postanowił.

Trzeba albo zapytać ją wprost i liczyć na to, że pod wpływem zaskoczenia wszystko mi opowie, albo zrobić to dyskretnie, zadając jej podchwytliwe pytania.

„Ciekawe, co w tej sytuacji zrobiłby Herkules Poirot?” — zastanawiał się.

Od zawsze czytywał kryminały, a powieści Agathy Christie były jego ulubionymi. Teraz, gdy nadarzyła się okazja, będzie mógł sprawdzić jak się mają jego szare komórki, i czy uda mu się rozwiązać zagadkę.

Gdy nie mógł zasnąć zaczął analizować całą sprawę i doszedł do wniosku, że tajemniczy „Ktoś” chciał nastraszyć Marcelinę.

Zarówno profesor, jak i starsza pani z wnuczką, byli w pensjonacie zbyt krótko, żeby komuś się narazić. Jedynie właścicielka mogła mieć wrogów w okolicy.

Ta martwa ryba to zły sygnał. Jej cel mógł być tylko jeden — ostrzeżenie. I został osiągnięty, bo Marcelina wystraszyła się; Jacek widział lęk w jej oczach.

Nie mógł pozwolić, żeby jej się coś stało. Odezwał się w nim instynkt opiekuńczy, o który sam siebie nigdy by nie podejrzewał.

Z natury był samotnikiem, skrytym, cichym i spokojnym, a jednak to miejsce, pobyt tutaj sprawił, że Jacek zatęsknił za przygodą, za przeżyciem czegoś ekscytującego, co pozwoli mu na przerwanie nudy i marazmu.

— Dlatego, jak tylko wstanę, pójdę do niej i porozmawiam — zdecydował.

„Tak, to będzie najlepsze wyjście. Zaoferuję jej wsparcie. Znając więcej faktów będę mógł jej pomóc, nie zostawię jej z tym samej.”

Rozmyślając usłyszał podejrzany rumor. Napiął mięśnie i wytężył słuch.

Ktoś był na dole!

Spojrzał na zegarek. Było wpół do piątej.

„Może to włamywacz? Albo ten, kto podrzucił martwą rybę? Jeśli tak, już ja mu pokażę!”

I bez wahania wyskoczył z łóżka. Podbiegł do drzwi, przez chwilę nasłuchując, po czym otworzył je ostrożnie i wyszedł na korytarz. Skradając się po cichu zszedł schodami na dół i rozejrzał uważnie po salonie.

Nikogo jednak nie zauważył.

Wszedł głębiej do pomieszczenia i wtedy usłyszał podejrzany hałas dobiegający z części kuchennej.

„Tam się ukryłeś gagatku” — pomyślał.

Skradając się podszedł do kuchennej wyspy, za którą bez wątpienia ktoś się znajdował, bo słychać było stamtąd podejrzane hałasy, i krzyknął:

— Mam cię złodzieju!

— Aaaaa!!! — Przeciągły kobiecy wrzask dobiegł jego uszu.

Marcelina aż podskoczyła z rondlem w ręku i złapała się za serce, oddychając z trudem. Trzęsła się jakby drżała z zimna.

— Ale mnie wystraszyłeś! O mało co nie dostałam zawału. Czemu mnie straszysz? — mruknęła z wyrzutem.

Jacek spojrzał na nią z wyraźną skruchą.

„Ale się wygłupiłem. Znowu… Tylko przy niej mi się to zdarza” — zganił się w duchu.

— Wybacz mi. Myślałem, że to złodziej — wyjaśnił przepraszającym tonem, uciekając wzrokiem.

Marcelina, widząc zakłopotanie Jacka, szybko pospieszyła z zapewnieniem:

— Rozumiem. Nic się nie stało. — Machnęła lekceważąco ręką. Wciąż jednak była blada. — To miłe, że się o mnie troszczysz. — Uśmiechnęła się niepewnie.

Jacek odetchnął z ulgą.

— Czyli wszystko okej? — upewnił się, patrząc jej w oczy. — Ale ze mnie kretyn. Chciałem dobrze, a wyszło jak zawsze…

— Skąd mogłeś wiedzieć, że wstanę tak rano. — Marcelina wzruszyła ramionami. — Nie mogłam spać, bo przyśnił mi się koszmar. — Wzdrygnęła się, przymykając na moment oczy. — Więc postanowiłam, że skoro i tak już nie zasnę to mogę zrobić coś pożytecznego i upiekę słodkie bułeczki na śniadanie.

— Ja też nie mogłem zmrużyć oka — przyznał. — Cały czas myślałem o tym, co się wczoraj wydarzyło. Może porozmawiamy na spokojnie? — Spojrzał na nią szczerze i z nadzieją.

— Nie wiem, czy powinnam cię mieszać w swoje sprawy. — Marcelina nie kryła wątpliwości. — Ty za dwa tygodnie wyjedziesz, a ja zostanę z tym sama. Lepiej zostawić wszystko tak, jak jest.

— A jeśli ci przyrzeknę, że nie wyjadę?

Spojrzała na niego zdziwiona.

— Co takiego? Dlaczego?

— Bo chcę ci pomóc. Powiesz mi, o co chodzi? Domyślam się, że coś cię niepokoi…

W odpowiedzi kobieta westchnęła i z rezygnacją odłożyła trzymany w ręku rondel.

— Dobrze, tylko zrobię herbatę i wszystko ci wyjaśnię — powiedziała i włączyła czajnik.


***


Piętnaście minut później oboje siedzieli przy stole w salonie z filiżankami parującej herbaty. W całym pensjonacie panowała błoga cisza, słychać było tylko tykanie zegara.

— To od czego chcesz zacząć? — zapytał Jacek, gdy upił łyk herbaty. Smakowała bosko. Z nutą imbiru, odrobiną miodu i cytryną. Taką, jaką robiła kiedyś jego babcia.

Powróciły wspomnienia i mężczyzna na chwilę zatracił się w nich, zapominając o towarzyszącej mu kobiecie.

Wreszcie wyrwał się z zamyślenia i uważnie wpatrując się w oblicze Marceliny zaproponował:

— Może zacznijmy od początku. Dobrze? — Spojrzał na nią wyczekująco.

— Jasne, tak chyba będzie najlepiej — westchnęła, odsuwając filiżankę. — Powiem ci prawdę. Nikomu poza policją o tym nie mówiłam, ale myślę, że śmierć Tadka nie była wypadkiem.

— A powiesz mi, co się wydarzyło? Wspomniałaś tylko, że mąż zginął tragicznie. Co konkretnie się stało?

Marcelina wzięła do ręki łyżeczkę od herbaty, obróciła ją kilka razy w dłoni, po czym zaczęła opowiadać:

— Tadeusz utonął w jeziorze. Mój mąż z wykształcenia był historykiem sztuki. W ostatnim czasie zaczął interesować się historią naszych okolic, często wychodził na wycieczki z wykrywaczem metalu. A później zaczął też wypływać na jezioro. W dniu wypadku wypożyczył łódkę, mówiąc, że płynie na jedną z wysp, a kiedy nastał wieczór, a on wciąż nie wracał, zaczęłam się niepokoić. Rano zawiadomiłam policję. — Głos zaczął jej się łamać, ręce trząść, nie udało jej się powstrzymać łez.

Jacek położył rękę na dłoni Marceliny i spojrzał jej uważnie w oczy.

— Oddychaj. Jestem przy tobie — powiedział, starając się dodać jej otuchy.

Marcelina przymknęła na chwilę oczy, wzięła kilka głębokich wdechów, łzy płynęły jej po twarzy, ona jakby nie zwracała na to uwagi.

Widząc to zapytał cicho:

— Co było dalej?

— Od razu zarządzili poszukiwania — wyjaśniła, ocierając łzy. — Nie wiem, ile to trwało, ale kiedy wreszcie policjanci pojawili się na tarasie, wiedziałam już, co powiedzą. Znaleźli jego ciało. Powiedzieli, że bardzo im przykro i że mój mąż nie żyje. Zakwalifikowali to jako nieszczęśliwy wypadek.

— Ale ty miałaś wątpliwości?

— Tak. Podejrzewałam, że ktoś z nim był na łódce, gdy to się stało…

— Dlaczego?

— Bo Tadek był świetnym pływakiem. Nie mógł tak po prostu wypaść z łodzi i się utopić. — Pokręciła głową. — I ta rana na skroni. Niewielki, podbiegły krwią siniak, z lewej strony głowy. Nie dawało mi to spokoju. Zauważyłam go, gdy ubierałam męża do trumny… — Głos jej się zaczął łamać, na samo wspomnienie tamtych trudnych chwil, jej ciałem wstrząsały dreszcze. Mocniej zacisnęła dłonie na kubku, aż pobielały jej kostki.

— Mówiłaś, że powiedziałaś o swoich przypuszczeniach policji… — przypomniał sobie, z obawą obserwując Marcelinę.

W duchu ganił się za to, że zmusza ją do powrotu do tych bolesnych wspomnień, ale musiał poznać wszystkie fakty, żeby rozwiązać sprawę śmierci jej męża, bo może faktycznie to nie był wypadek.

— Po pogrzebie poszłam na komisariat i powiedziałam o tym komendantowi Floriańskiemu, ale on najzwyczajniej w świecie mnie zbył, mówiąc, że śledztwo w tej sprawie zakończono. I to tyle — powiedziała oschłym tonem, a jej spojrzenie nabrało ostrości.

Jacek przez chwilę milczał, próbując zebrać myśli.

— A ta martwa ryba? Co cię tak w niej przeraziło?

Marcelina upiła łyk herbaty, pociągając nosem. Popatrzyła za okno, a później dopiero na Jacka.

— To było ostrzeżenie. Ktoś chciał mi o sobie przypomnieć i udało mu się to — zawstydziła się.

— Skąd to przypuszczenie? — zapytał, widząc jej reakcję.

— Jakiś czas po śmierci męża, zaczął mnie nachodzić pewien mężczyzna, twierdząc, że przekazał coś Tadkowi na przechowanie i, że chce to odzyskać — zaczęła tłumaczyć. — Do tej pory nie wiem, co to mogło być. — Pokręciła głową. — Powiedziałam mu, że nic nie wiem, i po pewnym czasie facet dał mi spokój. Widziałam go później parę razy, jak kręcił się pod pensjonatem, ale nie rozmawiałam z nim więcej. A on, gdy mnie widział zaraz odchodził. Wydało mi się to podejrzane, ale szybko o tym zapomniałam. — Upiła łyk herbaty. — Po śmierci Tadka wszystko zostało na mojej głowie, sama musiałam zająć się pensjonatem, mieliśmy dużo rezerwacji, goście wciąż napływali. Dobrze, że pomogli mi rodzice i moja przyjaciółka Justyna, bo byłam tak załamana, że chciałam sprzedać dworek i wyjechać jak najdalej stąd. Po pewnym czasie wszystko zaczęło wracać do normy, a ja zdałam sobie sprawę, że ból i cierpienie, można zagłuszyć pracą.

— Musiało być ci ciężko. Podziwiam cię. Dałaś sobie radę, jesteś silną kobietą. Nie każdy na twoim miejscu by sobie z tym poradził, wielu poddałoby się. — Starał się ją podnieść na duchu.

Uśmiechnęła się ciepło na te słowa.

— To miłe, co mówisz. Pochlebca z ciebie, Jacku. — Spojrzała na niego cieplejszym wzrokiem, ale szybko się zreflektowała. — Wróćmy do tematu. Teraz, gdy znasz już całą prawdę, co zamierzasz z tym dalej zrobić? — zapytała, patrząc na niego uważnie.

Jacek odstawił filiżankę i spojrzał jej w oczy.

— W pierwszej kolejności dowiem się, czegoś więcej o wypadku twojego męża — wyjaśnił. — Może w lokalnej prasie znajdę coś na ten temat, popytam ludzi. Poszukam również informacji o historii tego regionu. Może w bibliotece albo w jakimś archiwum? Macie tu coś takiego? Możliwe, że twój mąż coś odkrył.

— Mamy w pobliskim miasteczku bibliotekę, może tam mają coś w dziale regionalnym. Musiałbyś poszukać. Daję ci wolną rękę. W razie potrzeby pomogę, ale nie wiem, co mogłabym jeszcze zrobić. — Rozłożyła bezradnie ręce.

— O nic się nie martw, ja się wszystkim zajmę — zapewnił ją. — Masz na to moje słowo.

Jacek był pełen optymizmu. Już zdecydował, rozwiążę tę zagadkę i dowie się prawdy.

Dzięki temu Marcelina odzyska spokój i będzie mogła wreszcie zamknąć ten przykry rozdział swojego życia i zacząć wszystko od nowa.

„Ta kobieta zasługiwała na to, co najlepsze. Los już ją wystarczająco doświadczył. Dowiem się, co się stało i czy ktoś mógł przyczynić się do śmierci Tadeusza. Przyjazd tutaj to była świetna decyzja” — podsumował.

Jacek od dawna nie czuł takiego entuzjazmu i podekscytowania. Teraz doskonale rozumiał, co musiał czuć Herkules Poirot, gdy wpadał na jakiś trop, który mógł pomóc mu przybliżyć się do rozwiązania sprawy.

Rozdział 8

Jeśli na nasze życie ma wpływ jakaś strata to bez wątpienia jest nią utrata najbliższej osoby. Od tego momentu nasze życie zmienia się nieodwracalnie. Tęsknota, ból, smutek czy żal do losu, sprawiają, że podejmujemy decyzje, jakich dotąd nie bylibyśmy w stanie podjąć.

Tak właśnie było w przypadku profesora Ksawerego Płosińskiego. Śmierć żony otworzyła w nim ranę, której nic nie było w stanie zagoić przed długi czas.

Choroba Janki, jej depresja, a później nagłe odejście sprawiły, że ten życzliwy, pogodny, niezwykle sympatyczny mężczyzna stał się zgorzkniały i mrukliwy. Zamknięty w czterech ścianach gabinetu godzinami potrafił analizować każde nawet, najmniej znaczące słowo, każdy gest swojej żony.

„Czyżbym przeoczył jakiś sygnał?” — zastanawiał się, strapiony i pełen poczucia winy.

On — taki dociekliwy i wnikliwy obserwator — miałby zignorować nieme wołanie żony o pomoc?

„Nie, to niemożliwe” — stwierdził.

A przecież już było lepiej. Janina zaczęła wychodzić na spacery, nawet spotkała się z przyjaciółką, wrócił jej apetyt i uśmiech częściej gościł na jej twarzy.

A jednak dwa tygodnie później Ksawery znalazł żonę leżącą bezwładnie na łóżku, a na stoliku nocnym szklankę wody i puste opakowanie po środkach nasennych. Janka była blada, wyglądała jakby zasnęła, ale gdy dotknął jej dłoni, ta okazała się być zimna.

Kolejne dni po śmierci i po pogrzebie Janki, Ksawery spędził jakby w letargu.

Codziennie chodził na cmentarz, by przez długie godziny siedzieć na ławce i w milczeniu wpatrywać się w zdjęcie na nagrobku żony. W jej ciemne, pełne smutku oczy. Niezdolny na uronienie ani jednej łzy, czuł się jak pozbawiony emocji robot. Wciąż się obwiniał o to, że niczego nie zauważył, może byłby w stanie w porę zareagować. A tak, było już za późno.

Długie godziny rozmów z Janką okazały się bezskuteczne.

On — jeden z najlepszych specjalistów w dziedzinie psychologii klinicznej — nie potrafił pomóc własnej żonie!

Wciąż miał do siebie żal o to, że nie dostrzegł w porę niebezpieczeństwa. Rozgoryczenie i gniew na samego siebie sprawiły, że odciął się od ludzi, zrezygnował z pracy na uczelni oraz z przyjęć pacjentów w przychodni.

W tym roku mijało pięć lat od śmierci Janki. To dlatego zdecydował, że musi coś zrobić ze swoim życiem.

I właśnie, całkiem niedawno wpadł na pomysł napisania poradnika dla osób zmagających się z depresją. Wkrótce okazało się, że jest to dla niego nie tylko terapia, ale i sposób na pozbycie się dręczącego poczucia winy.

Z doświadczenia wiedział, że osoba w głębokiej depresji inaczej postrzega świat. Jednak miłość do żony odebrała mu racjonalne myślenie, nie mówiąc już o racjonalnym działaniu.

Z początku pisanie szło mu świetnie, zapisywał kolejne strony drobnym, lekko pochyłym pismem, aż nagle po dwóch tygodniach, nadszedł pierwszy kryzys twórczy.

Kiedy mijały kolejne dni, a w poradniku nie pojawiał się nowy rozdział Ksawery zdecydował, że musi zmienić otoczenie.

„Może krótki wyjazd okaże się zbawienny dla mojego umysłu?” — zastanawiał się, nim podjął decyzję.

Zorganizowanie wyjazdu i miejsca pobytu zajęło mu trzy dni. Kolega, z którym kiedyś pracował na uczelni polecił mu cichy, spokojny pensjonat nad jeziorem Jagodne. I tak Ksawery znalazł się na Mazurach w „Pensjonacie pod Gruszą” Marceliny Zasielskiej.

Po kilku dniach pobytu w dworku nastrój profesora zaczął się poprawiać. Było to zasługą nie tylko mazurskiego powietrza, które, co prawda miało zbawienny wpływ na jego płuca, ale przede wszystkim znakomita kuchnia właścicielki.

Pełen nowej energii i zapału z zapamiętaniem spisywał kolejne pomysły do notesu, w którym powstawała pierwsza wersja poradnika.

Codzienne spacery nad pobliskie jezioro, do lasu i na łąkę, rozmowy z Marceliną, jej pogoda ducha, sprawiły, że profesor — wcześniej smutny i przygaszony — odżył.

A kiedy pod koniec tygodnia do pensjonatu przyjechała Antonina Koniecpolska z wnuczką, profesor Płosiński postanowił poznać bliżej starszą panią.

I tak się stało. Wspólne spacery i długie rozmowy zbliżyły ich do siebie. Antonina, na pierwszy rzut oka, apodyktyczna, oschła i nieprzystępna, przy bliższym poznaniu okazała się kobietą wrażliwą, troskliwą, o dobrym sercu i ciepłym spojrzeniu.

Tego poranka tuż po śniadaniu wybrali się, jak co dzień, na spacer po okolicy. Wiał przyjemny letni wietrzyk. Ksawery rozejrzał się, na dłuższą chwilę zatrzymując wzrok na znajdującym się po jego lewej stronie jeziorze. Mimo wczesnej godziny wiele osób spacerowało wzdłuż brzegu, dzieci biegały piszcząc i powodując hałas. Na kilku kolorowych kocach rozłożyli się spragnieni słońca plażowicze, wystawiając swoje opalone ciała na dotyk palących promieni. Jezioro mieniło się odbijając ciemnoniebieski kolor nieba. W powietrzu unosił się zapach alg i wodorostów, a każdy mocniejszy podmuch wiatru od strony jeziora pobudzał zmysł węchu.

— Nad czym się tak pan zamyślił, profesorze? — wyrwał go z zamyślenia głos seniorki Koniecpolskiej.

Ksawery spojrzał na nią, jakby nagle przypominając sobie o jej istnieniu. Miała na sobie jasnoróżową suknię, a na ramiona zarzuciła lekki szal w błękitne kwiaty. Jej włosy, popielato blond tego dnia upięte były na karku, kilka kosmyków wymknęło się z uczesania i powiewało na wietrze. Jej błękitne spojrzenie było łagodne, a jednocześnie zaciekawione.

Profesor odchrząknął, próbując zamaskować zmieszanie, po czym uprzejmym tonem odparł:

— Myślę o tym, jaki jestem szczęśliwy, że tutaj przyjechałem. Nie sądziłem, że pobyt w pensjonacie tak wpłynie na moje samopoczucie.

Spojrzała na niego z uśmiechem, lekko skinęła głową.

— Wie pan, że myślę tak samo. Przyznam się panu, że obawiałam się tego wyjazdu, ale teraz czuję się spokojniejsza. Co prawda martwię się o Gabrysię, ale po cichu liczę, że pomoże mi pan jakoś do niej dotrzeć. To dziecko potrzebuje pomocy. Może przy panu się otworzy?

— Może — odparł z wahaniem w głosie. — Wie pani, że to są delikatne sprawy, a nastolatki w tym wieku są bardzo wrażliwe. Ale postaram się pomóc, wiem, że to dla pani ważne.

— Gabrysia jest dla mnie najważniejsza. Zrobię wszystko, żeby dowiedzieć się, co jest przyczyną jej apatii i braku apetytu. Oby to nie była depresja. — Zrobiła zmartwioną minę i załamała ręce. — Tego najbardziej się boję. Gabi jest taka wrażliwa, ale przy tym jednocześnie taka skryta i nieśmiała.

Profesor spojrzał na nią ze zrozumieniem. Wiedział też z doświadczenia, że ludzka psychika jest bardzo skomplikowana.

— Może pani na mnie liczyć, Antonino — zapewnił ją. — A pani, jak sobie radzi z samotnością? Wspominała pani, że mąż zmarł kilka lat temu i od tamtej pory jest pani sama.

— W istocie, drogi profesorze — odparła. — Kiedy trzy lata temu odszedł mój mąż Edward, nagle odczułam wielką pustkę. Dom stał się taki cichy i obcy, a codzienność pozbawiona kolorów. Dotąd żyłam w przekonaniu, że śmierć to odległa perspektywa, że przed nami jeszcze wiele wspólnych lat. Że jeszcze będziemy mogli wspólnie cieszyć się sobą i przeżywać drugą młodość. Dopiero nagła śmierć Edka uświadomiła mi kruchość życia — przyznała, poprawiając zsuwający się z ramienia jedwabny szal. Jej policzki były lekko zaróżowione, a oczy nagle zwilgotniały. Odwróciła twarz w stronę jeziora, nie chcąc, żeby Ksawery zobaczył jej łzy.

Profesor spojrzał na nią z troską, lecz szybko odwrócił wzrok. Był wyraźnie zmieszany widząc łzy Antoniny. Doskonale jednak ją rozumiał, bo myślał podobnie.

— To prawda — przyznał, poprawiając zsuwające się okulary. — Dopiero utrata bliskiej osoby uświadamia nam, że życie jest kruche, a my niepotrzebnie zajmujemy się sprawami z gruntu rzeczy nieistotnymi, w pogoni za tym, co materiale, zatracamy się, nie dostrzegając drugiej osoby, i nie mówiąc jej ile dla nas znaczy… — zawiesił głos.

Szli niespiesznie ścieżką prowadzącą wzdłuż plaży. Droga była piaszczysta, stopy co i rusz zapadały się w grząski, gorący piasek.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.02
drukowana A5
za 39.99