E-book
16.38
drukowana A5
36.53
Tajemnica pensjonatu nad jeziorem

Bezpłatny fragment - Tajemnica pensjonatu nad jeziorem


5
Objętość:
264 str.
ISBN:
978-83-8221-450-5
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 36.53

Wszyscy skrywamy w najgłębszych zakamarkach duszy jakiś sekret.

Carlos Ruiz Zafón


Każdy człowiek jest swoistą zagadką. Problem w tym, że jesteśmy zagadką nie tylko dla innych, ale także dla siebie.

Mark Fisher


Podejrzliwość w stosunku do wszystkich jest męcząca, trzeba komuś ufać, bo trzeba przy kimś odpocząć.

Ryszard Kapuściński

Rozdział 1

Ten dzień nie mógł zacząć się gorzej, mimo że wstał niezwykle piękny i słoneczny.

Jacek jechał szybko, momentami przekraczając dozwoloną prędkość, jednak to złość i gniew były tego przyczyną. Szosa prowadziła przez pola i łąki, od czasu do czasu pojawiał się jakiś dom, albo większa osada, jednak większość trasy prowadziła przez tereny porośnięte lasem.

Mężczyzna spojrzał na zegarek. Dochodziła piętnasta, a on od prawie trzech godzin prowadził. Na szczęście do celu podróży zostało już jakieś czterdzieści, góra pięćdziesiąt kilometrów. Podkręcił głośniej radio i wnętrze auta wypełniło się lekkimi, wakacyjnymi rytmami, dzięki którym Jacek poczuł się wreszcie odprężony.

Wrócił myślami do poranka, na wspomnienie którego jego przystojna twarz wykrzywiła się w grymasie złości. Od dziesięciu lat pracował w Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy jako kierownik jednego z referatów. Długie godziny spędzone w dusznym biurze sprawiały, że zaczął nienawidzić swojej pracy. Od dawna nie miał urlopu, ale czarę goryczy przelała dzisiejsza lawina petentów, którzy od samego rana ciągle czegoś od niego chcieli. A to zaświadczenia, a to ksera dokumentów, a to udzielenia informacji. Normalnie drzwi się nie zamykały.

Koło dziesiątej uznał, że ma dość.

„Nie, tak dłużej być nie może! Jest lipiec. Wszyscy powinni dawno wyjechać z miasta, a nie załatwiać urzędowe sprawy” — zirytował się i wstał zza biurka, po czym wyszedł z pokoju trzasnąwszy drzwiami, zostawiając bez słowa wyjaśnienia siedzącego w nim petenta.

Natychmiast skierował swoje kroki do działu kadr, a gdy kadrowa ujrzała jego wyraz twarzy bez słowa podała mu druczek z wnioskiem urlopowym do wypełnienia. Dokonał niezbędnych formalności i już po kwadransie był wolny. Ulga, z jaką odetchnął, gdy opuszczał budynek urzędu była ogromna. Dawno tak nie cieszył się z wolnego, o ile w ogóle. Chyba faktycznie wpadał w pracoholizm. Na szczęście w porę się opamiętał.

„Trzeba gdzieś wyjechać, byle szybko!”

Postanowił, że jeszcze tego samego dnia znajdzie w internecie ciekawy pensjonat i wybierze się w krótką podróż. Najlepiej z dala od zgiełku miasta i ludzi. Marzył mu się wyjazd nad niewielkie jezioro, usytuowane gdzieś, gdzie jest mnóstwo zieleni i ani jednej żywej duszy.

Oczywiście w pełni sezonu nie ma, co o tym marzyć, ale niewielki, zaciszny pensjonat może uda się jeszcze znaleźć. Jacek nie tracił optymizmu, był pełen nadziei i energii do działania.

Gdy tylko znalazł się w domu, od razu wszedł do gabinetu i po włączeniu komputera wyszukał w internecie kilka interesujących miejsc, które warto byłoby odwiedzić.

W większości pensjonatów wszystkie miejsca były już jednak zarezerwowane. Aż wreszcie po dobrej godzinie wiszenia na telefonie, udało mu się znaleźć wolne miejsce w niewielkim, ale bardzo obiecującym pensjonacie na Mazurach. Słońce, jezioro, las, łąki tego mu było potrzeba. Tylko on, natura i nic więcej.

„Tak, tylko w ten sposób uda mi się zrelaksować i naładować baterie” — myślał.

Spakował do torby podróżnej najpotrzebniejsze rzeczy i nie oglądając się za siebie wsiadł za kierownicę swojego mercedesa i ruszył w drogę.


֎


Zbliżała się szesnasta, kiedy Jacek wreszcie dojechał na miejsce.  Pensjonat znajdował się w malowniczym otoczeniu jeziora Jagodne. Miejsce to od razu przypadło mu do gustu. Niewielki, drewniany dworek, spokojna okolica, nieopodal las, jezioro w zasięgu wzroku, świeże powietrze i słońce.

„Tak, tego mi było potrzeba” — pomyślał.

Jego rozmyślania przerwało wyjście właścicielki pensjonatu, która okazała się być kobietą po trzydziestce, niezwykle urodziwą, z długimi ciemnymi włosami. Miała miły, przyjazny uśmiech wzbudzający sympatię od pierwszej chwili, ale największe wrażenie robiły jej oczy w kolorze błękitu nieba. Przyciągające jak magnes.

Jacek wpatrywał się w nie jak urzeczony. Od dawna żadna kobieta samym już swoim wyglądem nie wzbudziła w nim takiego zainteresowania. Zaskoczony własną niespodziewaną reakcją starał się nie gapić na piękną właścicielkę i zachować w miarę obojętny wyraz twarzy, co z trudem mu się udało.

„Ten wyjazd zapowiada się o wiele ciekawiej niż myślałem” — pomyślał i uśmiechnął się pod nosem, widząc zbliżającą się kobietę, która gdy tylko podeszła bliżej, wyciągnęła do niego dłoń i przedstawiła się:

— Marcelina Zasielska. Jestem właścicielką pensjonatu. Miło mi pana gościć w „Pensjonacie pod Gruszą”. Zapraszam do środka — mówiąc to, zrobiła zachęcający gest ręką.

— Jacek Andrut. Miło mi — odpowiedział na powitanie, z trudem udało mu się ukryć uśmiech. Niespiesznie ruszył do wejścia za właścicielką dworku, ciągnąc za sobą walizkę.

Wnętrze pensjonatu zrobiło na gościu niemałe wrażenie. Zapach drewna, płynu do podłóg i kwiatów begonii mieszał się z ledwie wyczuwalnym zapachem lawendy, która stała w kilku białych doniczkach na kominku.

Sala, do której weszli była połączeniem kuchni z jadalnią i salonem; dosyć obszerna. Dominowały kolory stonowane, głównie szarość, co zostało przełamane pastelowymi dodatkami i kwiatami, których było mnóstwo. Stały nie tylko w wazonie na stole, ale również na kredensie i na przeszklonej etażerce w głębi salonu. Bielone meble w stylu wiejskim dopełniały całość.

Kuchnia zastawiona była doniczkami z ziołami, rondlami, patelniami i mnóstwem innych, z pewnością przydatnych gospodyni sprzętów.

— Pana pokój znajduje się na piętrze — wyrwał go z zamyślenia głos Marceliny, która z uwagą obserwowała reakcję gościa — proszę za mną, panie Jacku.

Weszli po schodach na piętro i zatrzymali się przy pierwszych drzwiach znajdujących się po lewej stronie korytarza.

Marcelina otworzyła drzwi, po czym gestem zachęciła gościa i oboje weszli do środka.

Pokój był średnich rozmiarów, urządzony skromnie, ale stylowo. Ściany pomalowane na biało, po prawej stronie od wejścia stało bielone, drewniane łóżko z zagłówkiem. Zarówno pościel jak i poduszki powleczone były w kołdrę i poszewki w biało-niebieskie pasy. Pod oknem umieszczono mały stoliczek, na którym stał szklany wazon ze świeżymi, polnymi kwiatami, przy stole znajdowały się dwa krzesła. Na drewnianej podłodze leżał niewielki chodnik, na przeciwległej ścianie od łóżka znajdowała się duża szafa ze zdobieniami w wiejskim stylu.

Pokój przypadł Jackowi do gustu, był zgodny z jego oczekiwaniami. Zresztą mężczyzna miał niewielkie wymagania i tak naprawdę wystarczyłoby tylko wygodne łóżko. Nie zamierzał zbyt długo przesiadywać w pokoju, gdy za oknem panowała idealna pogoda do pieszych wędrówek.

A widok z okna zachwycał. Zieleń drzew, morski odcień jeziora mieniącego się w słońcu.

— Bardzo mi się tutaj podoba. Marzył mi się dokładnie taki pokój z widokiem na jezioro i las. Ten idealnie pokrywa się z moimi wyobrażeniami. A jak jest z posiłkami?

— Rano od ósmej do dziewiątej wydajemy śniadania w jadalni, albo, jak kto woli, na tarasie. Obiad jest zwykle od czternastej do piętnastej trzydzieści, a kolacja o osiemnastej. Oczywiście wszystko wliczone jest w cenę pobytu. Łazienka dla gości znajduje się na końcu korytarza, jest tam prysznic i duża wanna, świeże ręczniki, mydło. Gdyby czegoś było potrzeba proszę mnie powiadomić. W pobliżu pensjonatu znajdzie pan wiele ciekawych miejsc do odpoczynku, można wybrać się na spacer do pobliskiego lasu lub nad jezioro. Jest tam wypożyczalnia kajaków, motorówek. Organizujemy też piesze i rowerowe wycieczki po okolicy.

— Bardzo dziękuję, pani Marcelino. Na pewno skorzystam z tych wszystkich atrakcji, ale najpierw chciałbym się odświeżyć po podróży.

— Oczywiście, jak pan odpocznie proszę zejść na kolację. — Uśmiechnęła się lekko.

— Dziękuję — odrzekł, odwzajemniając uśmiech.

Chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Spojrzenie Marceliny było nieodgadnione, ale bezkresne jak jezioro za oknem. Właścicielka pensjonatu wzbudziła w Jacku dawno uśpione pragnienia.

Nieświadoma kłębiących się w nim uczuć Marcelina zeszła na parter.

Jacek rozpakował walizkę, wziął świeże ubranie i ruszył do łazienki. Po dziesięciu minutach wykąpany i pełen energii przebrał się w luźny podkoszulek i jeansy, po czym zszedł na dół na kolację.

Pierwsze, co poczuł to zapach duszonego mięsa; jego żołądek fiknął koziołka i zaczął domagać się pożywienia.

— Jeśli gotuje pani tak jak wygląda to jestem gotów się z panią ożenić — powiedział, nim pomyślał.

— Nie wiedziałam, że z pana taki pochlebca. — Marcelina zarumieniła się jak nastolatka i odwróciła w stronę gościa.

— Zwykle nie jestem taki bezpośredni. Nie poznaję samego siebie. Może to powietrze mazurskie ma na mnie taki wpływ — odrzekł i wyszczerzył zęby w uśmiechu, który miał zamaskować jego zmieszanie.

Marcelina popatrzyła uważnie na Jacka, ale po namyśle stwierdziła, że najlepiej będzie obrócić wszystko w żart, zwłaszcza ukryć swoje zmieszanie. Rzadko słyszała komplementy, a już od zupełnie obcych jej mężczyzn — w ogóle. Od dawna nie usłyszała żadnego miłego słowa pod swoim adresem. Ostatnimi czasy w jej życiu nie pojawiało się zbyt wielu przedstawicieli męskiego gatunku, a jeśli już byli to albo ojcowie rodzin, albo starsi panowie.

— Całkiem możliwe — rzekła z przekąsem. — Prawdę mówiąc, nie wygląda pan na podrywacza. Raczej na spokojnego, zrównoważonego mężczyznę — oceniła.

— Bo taki jestem, niestety. — Rozłożył ręce. — Nudny, zwyczajny facet, który cały dzień ślęczy nad biurkiem — dodał z rozbrajającą szczerością.

— Może jest pan dla siebie zbyt surowy? — Posłała mu jeden ze swoich ciepłych uśmiechów. — Jak pan zje pożywny posiłek od razu panu przejdzie to całe ponuractwo. Więcej optymizmu, panie Jacku.

— Jest pani aniołem, Marcelino.

Przeszedł niechcący na ty, czego ona najwyraźniej nie zauważyła, zajęta nakładaniem solidnej porcji gulaszu na talerz. Do tego gruba kromka żytniego chleba i gorąca, mocna herbata. Postawiła to wszystko przed Jackiem, życząc mu smacznego, po czym oddaliła się tłumacząc, że musi posprzątać na tarasie.

Gdy tylko Marcelina wyszła Jacek pochylił się nad talerzem i zaczął się posilać.

„Niebo w gębie” — taka była jego pierwsza myśl — „ambrozja smaku”. Dawno nie jadł niczego tak dobrego, a był to przecież najzwyklejszy gulasz.

Kiedy kończył posiłek zjawiła się gospodyni niosąc na tacy dzbanek po kawie i filiżanki.

— Smakowała panu kolacja? — zagaiła.

— Była wyśmienita — pochwalił — jest pani znakomitą kucharką Marcelino.

Roześmiała się, oczy jej błyszczały.

— Oj, panie Jacku, jaki pan miły, że tak mówi. To przecież najzwyklejszy gulasz. Żadne tam wymyślne danie. Widocznie był pan bardzo głodny, że tak panu smakowało.

— Bardzo pani skromna. Nie docenia się pani. Znakomicie pani gotuje, aż dziwne, że nie ma pani męża — powiedział i natychmiast pożałował swoich słów, widząc jak na jej twarzy występuje rumieniec gniewu.

Marcelina wzięła głęboki oddech i jakoś zdołała się opanować. Chłodnym, ale uprzejmym głosem odparła:

— Miałam męża. Jestem wdową, niestety. Mój mąż zginął w wypadku półtora roku temu. — I opuściła jadalnię.

Jacek poczuł się jak idiota. W jednej chwili cały jego dobry humor szlag trafił.

„Kretyn, skończony kretyn, że też się nie ugryzłem w język.”

Rozdział 2

Gdy Jacek zszedł rano na śniadanie w jadalni nie było żywego ducha.

— Ciekawe, czy oprócz mnie ktoś jeszcze gości w pensjonacie — zastanawiał się — zważywszy na ciszę, jaka tutaj panuje.

Choć z drugiej strony, właśnie, dlatego zdecydował się na to miejsce skuszony spokojem, pięknem okolicy i samym pensjonatem.

No i właścicielka. Na wspomnienie Marceliny poczuł dziwną tęsknotę. I jednocześnie zawstydzenie spowodowane swoim wczorajszym zachowaniem. Jacek doszedł do wniosku, że musi jakoś naprawić swoje faux pas, nie wiedział jeszcze, jak, ale zrobi to na pewno.

Swobodnym krokiem wyszedł na taras pensjonatu i zapatrzył się przed siebie.

To był zachwycający widok. Poranne promienie słońca delikatnie odbijały się w przejrzystej tafli jeziora, ptaki śpiewały w zagajniku nieopodal dworku, zieleń drzew i zapach kwiatów dopełniały ten idylliczny obraz.

— Cisza, spokój, piękne widoki. Tak, tutaj można odpocząć. — Odetchnął głęboko, po czym ruszył w stronę jeziora.

„Spacer przed śniadaniem podsyci mój apetyt” — pomyślał.

Szedł spokojnym krokiem, jezioro z każdą chwilą przybliżało się. W powietrzu unosił się jego niepowtarzalny zapach. Wszystkie napięcia z ostatnich tygodni powoli opadały.

Jacek przystanął i rozejrzał się po okolicy. Dostrzegł kilka żaglówek poruszających się na falach porannego szkwału. Ten piękny obrazek zasługiwał na uwiecznienie. Mężczyzna pożałował, że nie zabrał ze sobą aparatu. Mógłby zrobić kilka zdjęć i oglądałby je potem w deszczowe, jesienne wieczory. Postanowił, że po śniadaniu wybierze się na spacer po okolicy i zabierze aparat.

Spojrzał na zegarek, dochodziła ósma. Wrócił, więc do pensjonatu i rozejrzał się za właścicielką.

Niestety, nigdzie jej nie było. Natomiast na stole pojawiło się śniadanie. Kawa w dzbanku, talerzyk z masłem, świeżym pieczywem, pomidory, kozi ser z tymiankiem, wędlina.

Zasiadł więc do stołu i sięgnął po znajdujące się na nim smakołyki.

Był w trakcie śniadania, gdy do jadalni weszła Marcelina. Ubrana była w luźną białą sukienkę w słoneczniki. Włosy związała w warkocz. Wyglądała młodo i świeżo.

— Dzień dobry, panie Jacku. Jak się panu spało na nowym miejscu? — Zagaiła, ale w jej głosie nie było wczorajszej serdeczności, a uśmiech, który pojawił się na chwilę był jakby wymuszony.

„To wszystko moja wina” — zganił się w duchu. „Zraniłem ją swoją nieprzemyślaną uwagą. Muszę ją przeprosić i to jak najszybciej.”

— Dziękuję, bardzo dobrze. Spałem jak niemowlę. — Uśmiechnął się lekko, próbując rozładować panujące w jadalni napięcie, po czym podniósł się z krzesła. — Pani Marcelino chciałbym przeprosić za moje wczorajsze zachowanie. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Nie powinienem był tego mówić — dodał poważnym tonem. — Nie chciałem pani zranić.

— Skąd mógł pan wiedzieć… — Machnęła ręką. — Ja też niepotrzebnie zareagowałam tak emocjonalnie. Zapomnijmy o tym, co się stało — odrzekła, wzruszając ramionami.

— Bardzo pani wspaniałomyślna. Dziękuję. Postaram się na przyszłość unikać zbędnych komentarzy. Raz jeszcze przepraszam — odparł z wyraźną ulgą.

Kobieta uśmiechnęła się słysząc jego słowa. I tym razem był to radosny uśmiech. Błękitne oczy rozbłysły.

Jacek patrzył w nie jak urzeczony. Trwało to o wiele za długo. Potrząsnął głową, żeby wyrwać się z zauroczenia, i zapytał:

— Jak pani sobie radzi sama z tym wszystkim? — Ogarnął wzrokiem całe pomieszczenie. — Musi być pani bardzo zorganizowaną kobietą. Szczerze podziwiam, nie wiem czy ja umiałbym poradzić sobie z tyloma obowiązkami — starał się by zabrzmiało to jak podziw, bo naprawdę zaczął coraz bardziej podziwiać Marcelinę.

— Na początku, gdy mąż zginął, było mi bardzo ciężko. Zostałam sama z wielkim pensjonatem, przez chwilę zastanawiałam się, czy go nie sprzedać. Ale rodzina i przyjaciele zaoferowali pomoc i jakoś to ruszyło dalej. Po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że zapominam o bólu, gdy zajmuję się pracą.

— To prawda, że praca i obowiązki odwracają naszą uwagę od trosk i zmartwień — przyznał jej rację. — Trzeba tylko pamiętać, że nie samą pracą człowiek żyje i znaleźć czas na odpoczynek i drobne przyjemności.

— A jakie ja mogę mieć przyjemności? — spytała, przy czym nie udało jej się ukryć goryczy w głosie. Marcelina była realistką. Życie pozbawiło ją złudzeń. W jednej chwili straciła wiele. Męża i poczucie bezpieczeństwa. Niełatwo jej było stanąć na nogi. Gdyby nie wsparcie rodziców i przyjaciół, nie poradziłaby sobie.

— Wie pan, jak to jest, człowiek z czasem przyzwyczaja się do samotności. — Popatrzyła gdzieś w przestrzeń przed siebie nostalgicznym spojrzeniem.

— Przecież przed panią jeszcze całe życie. Jak to mówią coś się kończy, żeby zrobić miejsce czemuś nowemu. Lepszemu — stwierdził, patrząc na nią uważnie.

— Filozof z pana. — Uśmiechnęła się delikatnie. — Może i ma pan trochę racji, ale ja myślę, że życie jest niesprawiedliwe. Najpierw nam coś daje, a później to odbiera. — W jej głosie pojawiła się kolejna nuta goryczy i żalu.

Jacek bardzo pragnął ją jakoś pocieszyć, dodać otuchy, ale z drugiej strony nie chciał też znowu popełnić jakiejś gafy. A przy Marcelinie zdarzało mu się to zadziwiająco często. Domyślał się tylko, ile bólu i łez kobieta musiała wylać po stracie męża.

Nie zdążył nic powiedzieć, bo nagle Marcelina jakby zreflektowała się i szybko wyrzuciła z siebie:

— Muszę wracać do swoich obowiązków. Przepraszam, że zawracam panu głowę swoimi problemami. Jest pan na urlopie i przyjechał wypocząć, a nie słuchać moich smędzeń. — Po czym nie czekając na jego odpowiedź, wybiegła z jadalni.

Zaskoczony jej reakcją, siedział dłuższą chwilę bez ruchu.

„Już ja poruszę niebo i ziemię byleby te piękne, błękitne oczy nie patrzyły na świat z takim smutkiem, jaki przed chwilą w nich zobaczyłem” — zdecydował.


֎


Jacek szedł żwawym krokiem w stronę jeziora. W plecaku niósł kanapki, wodę mineralną, książkę, koc i aparat fotograficzny. Wiedział, że długi spacer na świeżym powietrzu dobrze mu zrobi. A pogoda do pieszych wędrówek była idealna.

Słońce świeciło wysoko na niebie, błękit nieba zasnuwały tylko pojedyncze białe obłoki, lekki wietrzyk przynosił ze sobą zapach kwiatów i ziół z łąki nad zagajnikiem. Jezioro, które znajdowało się jakieś pół kilometra na prawo, też wyglądało tak, że zapierało dech. Liczne kajaki i żaglówki poruszały się po jego przejrzystej tafli. Na małej plaży nad jeziorem rozłożyli się zwabieni słońcem i piaskiem plażowicze.

Jacek chłonął całym sobą wszystko to, co znajdowało się w zasięgu jego wzroku. Ani przez chwilę nie żałował, że tutaj przyjechał.

Przystanął i obejrzał się na dworek Marceliny. Pensjonat wyglądał pięknie i swojsko. Był prześliczny z tymi drewnianymi kolumienkami przy wejściu na taras i bladoniebieskimi okiennicami. Na parapetach rosły kolorowe pelargonie. Dworek z jednej strony okalał park, a z drugiej przestronny ogród, w którym rosło zatrzęsienie krzewów owocowych i warzyw, a przede wszystkim kwiaty. Od nagietków, stokrotek i fiołków po tulipany i maciejkę.

Jacek, niewiele się zastanawiając, wyciągnął z plecaka aparat i zrobił kilka zdjęć dworku.

— Ten widok wart był uwiecznienia — uznał, gdy przeglądał zrobione przez siebie zdjęcia.

Parę ujęć jeziora, zagajnik, łąka pełna kwiatów. Było tyle pięknych miejsc, które musiały być sfotografowane.

Po kilku godzinach wędrówki po okolicy zdecydował, że czas na odpoczynek. Usiadł w cieniu, pod wierzbą rosnącą w niewielkim oddaleniu od drogi prowadzącej na plażę, wyciągnął z plecaka kanapki i wodę, i zaczął niespiesznie jeść.

Gdy skończył, zdecydował, że poleży chwilę w cieniu, nim wybierze się nad jezioro. Miał jeszcze w planie z bliska poobserwować żaglówki i zrobić im kilka zdjęć. Wyjął książkę z plecaka i zaczął czytać. Nie upłynęło jednak dziesięć minut, jak książka wypadła mu z rąk, a on sam zapadł w drzemkę.

Rozdział 3

W tym samym czasie Marcelina przygotowywała obiad dla gości pensjonatu, wśród których znajdował się sześćdziesięcioletni profesor psychologii Ksawery Płosiński pracujący nad poradnikiem dla osób zmagających się z depresją, seniorka rodu, Antonina Koniecpolska odpoczywająca po chorobie, której towarzyszyła wnuczka Gabrysia — trzynastolatka rozmiłowana w poezji. I ostatni gość, Jacek Andrut, mężczyzna, który zrobił największe wrażenie na Marcelinie.

Kobieta nie pamiętała, aby ktokolwiek dotąd działał na nią aż tak silnie. Nawet zmarły mąż. A przecież bardzo go kochała. Gdy Tadek umarł zawalił jej się świat. Nie widziała sensu życia. Ale z czasem powrócił spokój, blizny zagoiły się. Pomogła jej praca w pensjonacie, życzliwi ludzie.

A teraz, gdy wszystko wróciło do normy, gdy poukładała sobie cały świat pojawił się ON. Przystojny, opanowany, tajemniczy. Jacek miał w sobie coś takiego, że serce Marceli drgnęło na jego widok. Przestraszyła się swojej reakcji.

Lecz później doszła do wniosku, że nikt dawno nie powiedział jej żadnego komplementu, to stąd tak nerwowo zareagowała na słowa Andruta. Na szczęście wszystko sobie wyjaśnili. Od tamtej pory Marcela postanowiła trzymać się na dystans, a swoje emocje na wodzy.

Choć nie było to łatwe. Zdała sobie sprawę, że Jacek obudził w niej dawno uśpione tęsknoty. Jednak nie zamierzała wdawać się w żadne romanse.

„Życie w pojedynkę jest samotne, to prawda, ale przynajmniej człowiek nie jest narażony na cierpienie i złamane serce. Raz już kochała i co jej z tego przyszło?” — wspominała.

Los zakpił sobie z jej uczuć odbierając ukochanego męża. Od wypadku Marcelina stała się inną osobą. Spokojną, cichą, melancholijną. Kiedyś była kobietą energiczną, pełną pasji, ciekawości życia. Pełną namiętności.

A teraz stała się cieniem dawnej siebie. Przyjazd Jacka uświadomił jej, że tamtej Marceliny już nie ma, ale jej serce, mimo że rozum pozostawał chłodny i opanowany, nakazywało otworzyć się i ponownie zaufać. To brązowe, spokojne, ale uważne spojrzenie sprawiało, że krew krążyła jej szybciej w żyłach, serce waliło jak oszalałe, a ręce drżały. Zachowywała się jak zakochana nastolatka. A przecież miała już trzydzieści siedem lat.

„To wiek, kiedy trzeba myśleć i działać racjonalne, a nie głupieć na widok przystojnego faceta” — myślała.

Dlatego postanowiła, że dopóki Jacek będzie w pensjonacie zachowa dystans. Z tej znajomości i tak nic by nie wyszło, bo on za kilkanaście dni wyjedzie.

„Tak będzie najlepiej. Nikogo nie zranię, ani nikt nie zrani mnie. Nie chcę znowu cierpieć. Co to to nie! Będę miła i uprzejma, ale nic ponadto.”

Zajęta myślami na temat Jacka nawet nie zauważyła, jak nadeszła pora obiadu. W jadalni pojawiły się już Antonina Koniecpolska z wnuczką.

Marcela w pośpiechu podała zupę krem z brokułów, życząc gościom smacznego i wróciła do części kuchennej, która oddzielona była od jadalni przestronną wyspą.

Po chwili na schodach słychać było kroki profesora i jego głos życzący paniom smacznego.

Brakowało tylko Andruta, który nie pojawił się na obiedzie, co trochę zaniepokoiło Marcelinę, ale ta myśl umknęła jej równie szybko, jak się pojawiła.

Wniosła drugie danie schab ze śliwkami i purée ziemniaczane i postawiła parujące półmiski na stole.

Goście zajęci rozmową niemal jej nie zauważali, skinęli tylko głowami w geście podziękowania.

Profesor zapamiętale opowiadał o swojej pracy nad poradnikiem z dziedziny psychologii. Był to szczupły, siwowłosy mężczyzna, ubrany w koszulę i jasne spodnie.

— Nawet pani nie wie, Antonino, ilu ludzi w tym kraju cierpi na depresję, a ilu popełnia samobójstwo nie mogąc sobie poradzić z wszechogarniającym smutkiem — perorował z twarzą rozognioną i błyszczącymi oczami, skrytymi za okularami w złotej oprawce. — Mój poradnik będzie dla nich drogowskazem jak przetrwać trudne chwile, jak radzić sobie ze smutkiem i czego unikać. To będzie sukces, droga pani!

— Zapewne profesorze — odrzekła chłodnym głosem kobieta ocierając usta serwetką. — Czytałam, że depresja to plaga XXI wieku. Nie każdy wie jak sobie z nią radzić — mówiąc to, zerknęła przelotnie na wnuczkę.

Gabrysia miała delikatne rysy twarzy, duże błękitne oczy i jasne włosy. Sylwetkę tak szczupłą, że niemal kościstą, czego nie udało się ukryć pod bawełnianą sukienką w kolorze oliwkowym. Nie wyglądała najlepiej, co bardzo martwiło jej babkę, która podejrzewała, że jej wnuczka cierpi na anemię.

„Prawie nic nie je, tylko przesiaduje w pokoju z nosem w książce” — ubolewała Antonina.

Kobieta miała nadzieję, że dzięki temu wyjazdowi uda jej się zbliżyć do wnuczki i wybadać, co jej dolega. Od dłuższego czasu martwiła się o nią, widząc, w jakim stanie jest dziewczyna. Tylko by czytała i spała. To nie jest normalne w jej wieku. I ta jej chudość.

„Nikt zdrowy przecież tak nie wygląda!” — powtarzała sobie.

Co więcej rozmowa z profesorem uświadomiła jej, że Gabi może cierpieć na depresję. Postanowiła, zatem działać, czym prędzej. Najpierw musiała wybadać grunt, a okazja sama pchała się jej w ręce.

— Profesorze, po czym rozpoznać pierwsze symptomy depresji u nastolatków? — spytała ściszając głos, przy czym zerknęła dyskretnie na wnuczkę.

Profesor podchwycił to spojrzenie i pokiwał ze zrozumieniem głową.

„Tak, to mogła być depresja. Trzeba pomóc temu dziecku nim będzie za późno” — pomyślał.

Gabrysia niczego nieświadoma niemrawo gmerała widelcem w swoim talerzu. Wyglądała na nieobecną.

— Trafne pytanie — powiedział profesor, przerywając na chwilę jedzenie i skupiając wzrok na siedzącej naprzeciwko kobiecie. — Z badań, które przeprowadziłem wynika, że aż dziesięć do piętnastu procent młodzieży cierpi na to zaburzenie. Zwykle jego przyczyną jest negatywny wpływ otoczenia. Ale nie zawsze. Może również towarzyszyć innym schorzeniom psychicznym takim jak anoreksja czy bulimia. Objawy depresji u dzieci i młodzieży są bardzo różne. Może się ona objawiać zaburzeniami łaknienia i snu. Zwykle osoba, u której rozpoznaje się depresję jest wyobcowana, unika kontaktu z otoczeniem, zamyka się w sobie, jest apatyczna, wszystko jest jej obojętne, nic ją nie cieszy. Podstawą leczenia depresji jest psychoterapia. Dziecko z objawami depresji wymaga szczególnej opieki i wsparcia rodziców. Jeśli psychoterapia zawiedzie zostaje leczenie farmakologiczne, w tym przypadku są to leki przeciwdepresyjne, które jak wiadomo niosą ze sobą ryzyko działań niepożądanych. To tyle w skrócie hrabino, jeśli jest pani zainteresowana tym tematem proszę przyjść po kolacji do salonu, tam w spokoju porozmawiamy przy kawie i ciasteczkach — zaproponował. — Jak zdążyłem zauważyć w pensjonacie oprócz nas gości jeszcze tylko jedna osoba, więc nikt specjalnie nie powinien nam przeszkadzać.

Koniecpolska lekko skinęła głową na znak zgody, cały czas miała w głowie słowa profesora, po czym sięgnęła po półmisek z drugim daniem.

Gabrysia nadal niczego nieświadoma pogrążona była we własnych myślach. Niemrawo jadła obiad, choć było widać, że wyraźnie nie ma apetytu i na siłę próbuje przełknąć tych kilka kęsów.

Starsza pani zadowolona ze swojej spostrzegawczości, ani przez chwilę nie brała pod uwagę tego, że może nie mieć racji.

Profesor przerwawszy swój psychologiczny wywód także się zamyślił, ale nie przeszkodziło mu to w pałaszowaniu całkiem sporej porcji schabu ze śliwkami.

I tylko Jacek Andrut nadal pozostawał nieobecny, co wzbudzało dodatkowy niepokój Marceli kończącej przygotowywanie obiadu.

Jednak na krótką chwilę kobieta zapomniała o swoich obawach względem Andruta i zajęła się krojeniem szarlotki, jeszcze ciepłej po wyjęciu z piekarnika i posypywaniem jej cukrem pudrem. Z zamrażalnika wyjęła lody waniliowe i ułożyła na każdej porcji ciasta sporą gałkę chłodnego przysmaku. Deser wyglądał przepysznie i jeszcze lepiej pachniał. W powietrzu unosił się aromat pieczonych jabłek i cynamonu zmieszany z nutą melancholii, która towarzyszyła Marcelinie za każdym razem, gdy spojrzała na zegar.

„Za pół godziny zakończy się pora wydawania obiadu a po Jacku ani śladu. Co mogło go tak zaabsorbować, że zapomniał o posiłku?” — zastanawiała się.

— Czas wracać do obowiązków — pogoniła samą siebie.

Jednak uczucie dziwnej, niczym nieokreślonej tęsknoty nie chciało jej opuścić.

„Trudno, jakoś to w sobie stłumię” — postanowiła, niosąc gościom deser. — „Za parę dni Andrut wyjedzie, a ja odetchnę z ulgą”.

Rozdział 4

Zbliżała się siedemnasta, gdy Jacek znalazł się wreszcie na przystani, by pooglądać upragnione żaglówki.

Od dawna marzył, żeby zobaczyć je z bliska. Będąc małym chłopcem razem z tatą często chodzili nad pobliski zalew. I tam obserwowali smukłe łodzie, motorówki, a raz nawet udało im się przepłynąć starą omegą. Do tej pory pamiętał tę radość, wiatr na twarzy, słony smak kropelek wody, to uczucie wolności i jakąś nieokreśloną tęsknotę za czymś nieuchwytnym.

Teraz nadarzała się idealna okazja, by z bliska zobaczyć żaglówki i jachty przycumowane przy brzegu i Jacek nie zamierzał jej zmarnować.

Przyszedłby szybciej na przystań nad jeziorem, ale zmęczony długim spacerem przysnął w cieniu pod wierzbą na skraju zagajnika, a gdy się obudził na zegarku była już czwarta po południu.

„Widocznie mazurskie powietrze tak wpływa na organizm, że człowiek staje się rozleniwiony i senny” — pomyślał i uśmiechnął się.

Nie żałował swojej decyzji o wyjeździe na Mazury. W mieście wdychałby kurz i spaliny, a tutaj tylko czyste, świeże powietrze. Wziął głęboki oddech i poczuł, jak ogarnia go spokój.

Już nie mógł się doczekać tych wszystkich atrakcji, o których wspominała Marcelina. Zastanawiał się czy uda się mu ją namówić na małą przejażdżkę rowerem po okolicy. Wiedział, że kobieta ma dużo obowiązków w pensjonacie, ale doszedł do wniosku, że i jej przyda się chwila odpoczynku.

„Nie samą pracą przecież człowiek żyje” — stwierdził.

Z tymi myślami wszedł na przystań. Jachty przycumowane jeden przy drugim wyglądały na smukłe i wdzięczne. Lekko kołysały się poruszane podmuchami wiatru wiejącego od strony jeziora.

Trzy najbliżej stojące miały złożone żagle i wykonane zostały z jasnego jesionowego drewna. Na każdej burcie namalowano nazwę — Nereida, Nimfa i Fleur. Imiona były kobiece i Jacek zastanawiał się, jaki mężczyzna mógłby je tak nazwać. Oczarowany ich widokiem wyciągnął aparat i zrobił kilka zdjęć.

Już miał go schować do plecaka, gdy z jednej z żaglówek, nazwanej Nereida, usłyszał rumor, a później jakieś zgrzyty i piski, jakby ktoś coś z trudem przesuwał.

Zaniepokojony i zaciekawiony jednocześnie poczuł, że musi to sprawdzić.

Jednym zwinnym susem, o który sam by siebie nie podejrzewał, znalazł się przy łodzi. W następnej chwili na jej pokładzie pokazała się rumiana, wąsata twarz starszego, siwowłosego mężczyzny, ubranego w biały bawełniany podkoszulek i podniszczone spodnie bojówki z wypchanymi kieszeniami.

Mężczyzna trzymał w ręku jutowy worek, dosyć sporych rozmiarów, wypchany czymś do połowy.

Na widok Jacka znieruchomiał, a jego spojrzenie stało się czujne i podejrzliwe. Obrzucił niechętnym spojrzeniem trzymany w dłoni Jacka aparat.

„Chyba nie przepada za wczasowiczami” — przebiegło Jackowi przez myśl.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 36.53