Prolog
Lindenau, 13 października 1944 r.
* * *
Kochana Margareto!
Piszę do Ciebie wieczorem, kiedy wreszcie jest chwila ciszy i właśnie skończyłem służbę.
Wreszcie mogę usiąść i pomyśleć o Was, o domu, o tym, jak wygląda teraz nasza maleńka Anna.
Wiem, że rośnie z dnia na dzień i żałuję, że mnie przy tym nie ma.
Próbuję sobie wyobrazić jej twarz, jej oczy, to, jak ją trzymasz na rękach i tulisz.
Pewnie jest spokojna, a może już pokazuje charakter po mamie?
Tu, jak wiesz, dni są do siebie podobne: dużo służb, mało snu, ale człowiek się przyzwyczaja. Najgorzej jest wieczorem, kiedy zostaje się samemu ze swoimi myślami.
Wtedy najbardziej brakuje domu.
Często wracam pamięcią do naszych zwykłych dni. Do kuchni, do stołu, do rozmów, które wtedy wydawały się takie oczywiste. Teraz człowiek rozumie, ile były warte.
Choć ostatnie dni były trudne, to mam nadzieję, że to się uspokoi i gdy tylko otrzymam przepustkę, przyjadę do Was, opowiem o wszystkim i choć przez chwilę znowu będziemy razem, więc nie martw się na zapas, Kochanie. Będzie dobrze, musi!
Tęsknię za Wami i bardzo obie Was kocham.
Wytrzymaj to wszystko, Margareto. Dbaj o siebie i o małą Annę tak, jak potrafisz najlepiej.
Nie wiem, kiedy znowu będę mógł napisać, bo coraz większe tu zamieszanie, ale myślę o Was każdego dnia. To mi wystarcza, żeby iść dalej.
Uściskaj Anię ode mnie i powiedz, że ojciec o niej pamięta, nawet jeśli jeszcze tego nie rozumie.
Twój Karl
Ps. List przesyłam przez Hansa, bo właśnie dostał przepustkę, więc dotrze tego samego dnia.
* * *
Lindenau, 20 października 1944 r.
godzina 02:40
* * *
Silnik BMW R12 miarowo mruczał pod leutnantem Karlem Weberem, gdy ten mijał lotnisko w Lindenau. Spojrzał w lewo i nagle zwolnił.
Na pasie, wbrew wszelkim planom, lądowała nieznana maszyna.
Z wnętrza wysiadł wysoki oficer SS.
Czterech żołnierzy natychmiast zaczęło wynosić ciężkie, okute skrzynie. Mercedes szefa lotniska czekał z ciemnymi szybami, nie wypuszczając nikogo ze środka, gdy grupa milczących jeńców przeładowywała skrzynie na ciężarówkę. Gdy skończyli, oficer zniknął w limuzynie i kolumna ruszyła na zachód.
Leutnant Weber odczekał chwilę, czując narastający niepokój. Coś było nie tak.
Nagła seria z karabinów przeszyła ciszę. Już nie kalkulował. Ruszył w stronę, skąd dochodziły strzały. Po kilkuset metrach skręcił z pasa w leśny dukt, postawił motor w gęstwinie i ruszył pieszo.
W mroku lasu dostrzegł żółte światła latarek.
Widział tylko ludzkie cienie, które niosąc skrzynie, zdawali się znikać w zboczu i wracać po chwili z pustymi rękami.
I wtedy nad lasem przeciągnął się niski pomruk samolotów.
Odruchowo spojrzał w górę.
Nalot. Eksplozja uderzyła gdzieś niedaleko lotniska, a potem następna.
Ziemia lekko drgnęła pod nogami.
W lesie zapanował chaos. Ktoś krzyknął. Światła latarek zatańczyły gwałtownie między drzewami.
Karl Weber padł na wilgotną ściółkę.
Gdy wszystko ucichło, ruszył w stronę motoru, ale po paru metrach zamarł.
Głosy… I wtedy ich zobaczył.
Dwaj żołnierze stali oparci o łopaty, paląc papierosy nad ciałami rozstrzelanych jeńców.
— Scheiße, niech tych cholernych Anglików szlag trafi — mruknął jeden z żołnierzy.
Drugi splunął tylko pod nogi.
Karl chciał się cofnąć, gdy nagle poczuł na plecach czyjś wzrok,
a potem trzasnęła gałązka.
Gdy się odwrócił, w mroku nie było nikogo. Chwilę stał nieruchomo. Cisza.
I wtedy ją zobaczył. Trzecią łopatę.
Stała wbita pionowo w ziemię tuż obok palących żołnierzy.
Poczuł, jak lodowaty pot spływa mu po karku. Już wiedział, że powinien stąd uciekać.
Kiedy usłyszał głuchy dźwięk zwłok uderzających o dno dołu, zaczął się wycofywać.
Powoli. Najciszej, jak potrafił.
Dopiero gdy dotarł do motoru, odważył się odetchnąć.
Ręce trzęsły mu się tak mocno, że dwa razy nie trafił kluczem do stacyjki.
Pchał ciężki motocykl przez las w absolutnej ciszy, aż poczuł, że jest bezpieczny. Dopiero wtedy odpalił silnik.
Gdy zatrzymał się pod domem Gerdy Muller, był mokry od potu. Ręce drżały mu na kierownicy.
Zrozumiał to nagle i z całą ostrością: ta jazda za ciężarówką była najgłupszą rzeczą, jaką zrobił w życiu.
* * *
Berlin, 20 października 1944 r., godzina 11:23
* * *
Pokój był surowy, niemal ascetyczny.
Wysokie szafy z ciemnego drewna, a na biurku piętrzyły się teczki z wytłoczoną, czarną gapą trzymającą swastykę. Przez dwa wysokie okna sączyło się brudne światło październikowego poranka.
Za biurkiem siedział starszy mężczyzna. Nie miał na sobie munduru, tylko cywilny, nieco za duży garnitur i rozpięty płaszcz, jakby przed chwilą wrócił z inspekcji zniszczonego miasta.
Miał chudą, niemal lisią twarz, zapadnięte policzki i małe, świdrujące oczka ukryte za okrągłymi okularami w cienkiej oprawie. Wyglądał niepozornie, jak urzędnik niższego szczebla, ale bił od niego chłód, który mroził krew w żyłach.
Na schodach rozległy się miarowe, twarde kroki. Ktoś zatrzymał się pod drzwiami. Po krótkim wahaniu nastąpiło pukanie — suche i konkretne.
— Wejść — rzucił beznamiętnym głosem, nie podnosząc głowy znad dokumentów.
Drzwi otworzyły się i do środka wszedł wysoki mężczyzna w mundurze SS. Stanął na baczność, wyprężony jak struna. Cywil powoli uniósł wzrok, mierząc go spojrzeniem, które zdawało się przenikać na wylot.
— Melduj, Max — powiedział cicho.
— W Lindenau wszystko wykonane zgodnie z rozkazem — zameldował SS-man. — Przesyłka zabezpieczona.
— Posprzątano? — padło kolejne pytanie.
— Tak jest. Teren czysty.
— Ci, którzy sprzątali, również? — cywil mrużył oczy, a jego lisia twarz nie zdradzała żadnych emocji.
Oficer zawahał się ułamek sekundy, ale szybko przytaknął.
— Tak. Wystąpił niewielki problem, ale zostanie rozwiązany w ciągu najbliższych dni. Jeden z oficerów obsługi lotniska widział więcej, niż powinien. Podjęto już odpowiednie kroki.
Starszy mężczyzna przyglądał mu się w milczeniu, jakby ważył każde jego słowo.
— Czy to wszystko? — zapytał szeptem. — Jesteś pewien, że przesyłka będzie bezpieczna, gdy wrócimy po nią za kilka miesięcy?
Oficer poczuł, jak kropla potu spływa mu po karku. Przez myśl przemknął mu obraz pistoletu z grawerunkiem, który zgubił podczas nalotu, ale strach przed siedzącym przed nim człowiekiem był większy niż uczciwość. Przemilczał to.
— Zapewniam, że wszystko jest według rozkazu.
Cywil jeszcze przez chwilę świdrował go wzrokiem, po czym wykonał niedbały gest dłonią.
— Możesz odejść.
SS-man zasalutował przepisowo i niemal wybiegł z pokoju. Gdy kroki na schodach ucichły, a ciężkie drzwi wejściowe na dole trzasnęły, mężczyzna za biurkiem powoli sięgnął po paczkę papierosów. Zapalił jednego, wypuszczając gęsty, błękitny dym, który zaczął snuć się w martwym powietrzu pokoju.
Podniósł słuchawkę telefonu i wykręcił krótki numer.
— Właśnie wyszedł — powiedział do słuchawki, gdy ktoś odebrał po drugiej stronie. Przytakiwał w milczeniu.
— Tak, przesyłka na miejscu. Wszystko zgodnie z planem, ale… zauważyłem u niego wahanie. Trzeba to przeciąć w tym miejscu.
Zamilkł na chwilę, słuchając rozmówcy, po czym dodał z lodowatym spokojem:
— Niech to wygląda na wypadek. I uruchomcie Młodego. Ma na nas tam czekać, ile będzie trzeba. Nie ruszać, tylko pilnować. Odezwiemy się, gdy przyjdzie czas. Wykonać.
Odłożył słuchawkę z głuchym stukotem. Podszedł do okna i spojrzał na Berlin.
Miasto, bombardowane niemal każdej nocy, dymiło w oddali, ale wciąż starało się żyć, kurczowo trzymając się ruin.
Starszy mężczyzna wiedział jednak, że to, co ukryli w Lindenau, przetrwa znacznie dłużej niż te mury.
Rozdział 1
Lipowice, 2025 r.
* * *
Młotek uderzył w deskę raz, drugi i trzeci.
Jakub Krab przerwał na chwilę pracę i wyprostował plecy. Przez otwarte okno wleciał zapach rozgrzanego lasu.
Kiedyś jako Lindenau tętniło rykiem silników Luftwaffe, później przez niemal pół wieku rozbrzmiewały tu rosyjskie komendy. Dopiero po wyjściu wojsk w 1993 roku miejscowość przestała być białą plamą na mapie. Dziś była spokojną enklawą otoczoną lasem, który powoli odzyskiwał teren zabrany mu przez beton.
Stare budynki odremontowano, nowe tworzyły kolejne osiedla domków jednorodzinnych.
Major Jakub Krab nie szukał towarzystwa.
Jego dom stał na samym skraju miejscowości, niemal wchodząc
w ścianę sosen. Kupił go jeszcze przed rozwodem, będąc na kolejnej misji, gdy jeszcze naiwnie wierzył, że emerytura będzie czasem spędzonym z rodziną.
Życie zweryfikowało te plany. Dom stał pusty przez kilka lat, bezpieczny pod kluczem, czekając, aż Jakub zdejmie mundur na dobre.
Teraz, w wieku 48 lat, Krab był tu sam.
Remont stał się jego formą terapii. Każda zerwana deska, każda położona gładź i każdy wbity gwóźdź pozwalały mu uciszyć wspomnienia, których nie dało się wymazać — kurz Afganistanu, huk wybuchów i twarze kolegów, którzy nie mieli tyle szczęścia co on.
Jakub spojrzał na stertę desek pod ścianą domu, westchnął cicho
i odłożył młotek.
Ostatni segment płotu był gotowy — równe, dębowe sztachety odcinały jego posesję od ściany lasu.
Wstał powoli, prostując kręgosłup, który po latach noszenia szpeju
i kamizelek balistycznych, przy gwałtowniejszym ruchu odzywał się czasem tępym bólem.
Teraz miał na sobie sprany, oliwkowy t-shirt i stare spodnie od munduru, umazane pyłem z gładzi szpachlowej.
Jego twarz była mapą doświadczeń: głębokie zmarszczki wokół oczu od mrużenia ich na słońcu pustyni i krótko przystrzyżony, siwiejący zarost. W ruchach nadal było widać wojskową sprężystość i zdecydowanie. Choć major był w stanie spoczynku, wciąż pozostawał w doskonałej formie.
Wszedł na ganek po dwóch drewnianych schodkach i usiadł na ławce.
Z lodówki turystycznej wyciągnął butelkę piwa. Chłód szkła przyniósł natychmiastową ulgę.
Siedział w milczeniu, oparty o ścianę domu, a u jego stóp, z głośnym uderzeniem ogona o deski, ułożył się Kapral.
Był to szorstkowłosy kundel o nieokreślonej maści i jeszcze bardziej zagadkowej przeszłości, którego Jakub przygarnął pół roku temu, gdy ten błąkał się wychudzony w pobliżu starych magazynów.
Major nazwał go Kapralem, żeby od razu ustalić hierarchię; w końcu nie mógł dzielić dachu z kimś, kto nie znał swojego miejsca w szeregu.
Pies, jak na podwładnego przystało, uniósł łeb i krótko fuknął nosem, meldując, że w promieniu stu metrów od płotu panuje spokój.
Z tej perspektywy Lipowice wyglądały niemal sielankowo.
Słońce powoli chowało się za korony sosen, kładąc długie cienie na trawie. Jakub pociągnął długi łyk, czując, jak napięcie w karku odpuszcza.
W powietrzu unosił się zapach żywicy i świeżo ciętego drewna.
Po latach hałasu, rozkazów i krzyków, ta wiejska cisza była jedynym lekarstwem, które na niego działało.
Właśnie uniósł butelkę, gdy Kapral podniósł głowę i wydał z siebie niskie, ostrzegawcze warknięcie. Nie był to sygnał ataku, raczej służbowy meldunek: Ktoś idzie. Obcy w sektorze.
— Spocznij, Kapral — mruknął Jakub, nie zdejmując nóg z barierki ganku.
Przez furtkę przechodziła kobieta, która w Lipowicach znaczyła więcej niż jakikolwiek mundur. Krystyna Wieczorek, sekretarz gminy, poruszała się z pewnością kogoś, kto od dekad zarządza lokalną rzeczywistością.
Miała na sobie letnią sukienkę, podkreślającą jej dojrzały wiek, który wciąż potrafi przyciągnąć wzrok mężczyzny w promieniu kilometra.
W ręku niosła małą papierową torbę, z której wystawały szyjki dwóch butelek rzemieślniczego piwa — zdecydowanie lepszego niż to, co stało w lodówce Jakuba.
— Ładny ten płot. Solidny. W sam raz, żeby się odgrodzić od świata — powiedziała, zatrzymując się u stóp ganku.
Jakub odstawił piwo.
— Praca uszlachetnia, pani Krystyno. A płot ma trzymać Kaprala na posesji, nie mnie przed ludźmi — skłamał gładko, choć oboje wiedzieli, że jest inaczej.
— Jasne. Dlatego kupił pan dom na samym końcu drogi, gdzie kończy się asfalt, a zaczynają tajemnice — zaśmiała się, kładąc torbę na schodku. — Przyniosłam coś z lokalnego browaru. W podzięce za tę cieknącą rurę w urzędzie. Konserwator miał być za tydzień, a pan załatwił to w pięć minut.
Jakub poczuł się lekko osaczony, ale w ten niegroźny, cywilny sposób.
Krystyna była inteligentna, wpływowa i najwyraźniej postawiła sobie za punkt honoru, by Major Krab przestał być tylko „tym nowym z Dino”.
— To była tylko uszczelka — odparł krótko.
— Dla pana uszczelka, dla nas uratowane archiwum na dole — mrugnęła do niego, a w jej oczach błysnęło coś, co Jakubowi kazało zachować czujność.
— Widuję tu czasem takiego młodego człowieka, kiedy przejeżdżam obok mojego domu, więc jednak czasem rezygnuje pan z tej samotności.
Krab upił łyk piwa, a jego wzrok na moment złagodniał.
— To mój syn, Marek — odparł, a w jego głosie po raz pierwszy tego wieczoru zabrzmiała nuta dumy.
Pani Krystyna uśmiechnęła się szerzej.
— Przystojny. Prawie tak samo jak jego ojciec — rzuciła z rozbawieniem. — Często tu bywa?
— Niestety rzadko. Studiuje geoinformatykę we Wrocławiu. Za kilka dni przyjedzie na tydzień, ale długo nie zabawi. Musi znaleźć miejsce na staż.
— Geoinformatyka? — zainteresowała się Krystyna. — To znaczy mapy, GPS-y, drony i cała ta nowoczesna technika?
— Mniej więcej.
Przez chwilę milczała, jakby coś układała sobie w głowie.
— A wie pan co? Niech go pan przyśle do mnie. Może coś wymyślimy. Gmina też ma trochę roboty, z którą sami sobie nie radzimy. Niedawno dostaliśmy drona i prawdę mówiąc, na razie bardziej stoi w szafie, niż pracuje, bo wszyscy boją się go ruszać, żeby nie zepsuć. Jak chłopak się na tym zna, to może zaliczy praktyki, a my przy okazji będziemy mieli z niego pożytek.
Jakub uśmiechnął się.
— Brzmi kusząco. Ja dłużej nacieszę się synem, a gmina coś z tego będzie miała.
— No widzi pan. Czasem da się pogodzić przyjemne z pożytecznym.
— Zresztą, Kuba, umówmy się, że to „panowanie” zostawimy dla petentów w urzędzie. Co ty na tak?
Jakub uniósł butelkę w krótkim, żołnierskim toaście, akceptując nową zasadę. Krystyna miała w sobie coś, co potrafiło skruszyć nawet jego oficerski pancerz, a Kapral, jakby wyczuwając zmianę statusu gościa, cicho mruknął i mocniej docisnął łeb do jej kolana.
— Z przyjemnością — odparł, a kącik jego ust uniósł się w ledwo dostrzegalnym uśmiechu. — Ale ostrzegam, że jako sąsiad bywam mało rozmowny.
Kapral odpowiedział radosnym szczeknięciem, w pełni zgadzając się ze swoim dowódcą. Krystyna też się zaśmiała, dopijając piwo, nieświadoma, że los bywa bardziej złośliwy niż plotki z urzędu gminy.
— Dobra, Majorze, czas na mnie, urzędnik też musi kiedyś odpocząć — powiedziała, zerkając na puste butelki. — Obiecaj, że podeślesz nam Marka. Przyda nam się taki darmowy pracownik — zaśmiała się pani sekretarz.
— Porozmawiam. Ale myślę, że nie będzie potrzeby go namawiać. Gdy się dowie, że może się załapać na praktyki i to jeszcze z dronem w bonusie, to będzie naprawdę szczęśliwy — odparł Jakub, również wstając, i ruszyli w stronę furtki.
Krystyna zatrzymała się na moment, opierając dłoń na nowym, dębowym słupku płotu.
— I trzymam cię za słowo w kwestii sąsiedzkich kontaktów. Następne piwo pijemy u mnie.
Jakub skinął głową, a Kapral odprowadził ją merdaniem ogona aż do samej bramki.
Kiedy echo jej kroków ucichło na asfaltowej drodze, na skraju lasu zapadła głęboka, gęsta cisza, przerywana jedynie stukaniem dzięcioła, który właśnie doszedł do wniosku, że czas na kolację.
Cień starego dębu, który rósł nieopodal, kładł się na ganku ciemną plamą. Jakub westchnął cicho i machnął ręką na psa.
— Idziemy, Kapral. Czas na jedzenie.
Pies nie czekał na drugie zaproszenie.
Jednym skokiem pokonał schody i stanął pod drzwiami, uderzając ogonem o elewację. Jakub wszedł za nim do środka, a chłód wnętrza natychmiast przyniósł ulgę.
Parter był jego królestwem, które niemal własnoręcznie wydarł ruinie.
Kuchnia, połączona z pokojem dziennym, stanowiła serce domu.
Surowe, drewniane blaty, nowoczesne, ale proste meble i zapach świeżej farby zmieszany z aromatem kawy, który wciąż unosił się w powietrzu.
To tutaj toczyło się ich codzienne życie — między lodówką a wygodną, skórzaną kanapą, na której Jakub czasem zasypiał przy włączonym telewizorze, zbyt zmęczony, by iść do sypialni.
Kapral usiadł karnie, wbijając wzrok w miskę.
— Cierpliwości, żołnierzu — mruknął Krab, wsypując chrupki.
Sam nie był głodny, ale wiedział, że musi coś zjeść. Wyciągnął
z lodówki resztę szynki i pajdę wiejskiego chleba. Jedząc na stojąco przy blacie, jego myśli mimowolnie zeszły do piwnicy.
Tam właśnie obecnie prowadził prace remontowe.
Na początku miało to być sprzątanie, ale zobaczywszy ogromny potencjał tego miejsca, postanowił zrobić tam siłownię i warsztat
z prawdziwego zdarzenia.
Przeżuwając chleb, spojrzał przez okno na ciemniejący las.
Nadchodziła noc.
Rozdział 2
Tej nocy jednak spokój był tylko pozorny.
Jakub obudził się sekundy przed tym, jak niebo pękło na pół. Wojskowy zegar biologiczny, wyostrzony na misjach, zareagował na nagły spadek ciśnienia, zanim jeszcze pierwszy grom uderzył w okoliczne wzniesienia.
Kapral, który spał opodal na swoim legowisku, usiadł i warknął głucho, patrząc uważnie na pana.
— Spokojnie, Kapral, to tylko fajerwerki natury — uspokoił psa, który jednak nadal siedział i spoglądał czujnie.
Major położył się, licząc sekundy między błyskiem a grzmotem. Front był tuż nad nim. Kapral znowu cicho zawarczał.
Gdy nawałnica uderzyła, dom zadrżał w posadach.
To nie był zwykły deszcz — to była ściana wody, która bębniła o szyby z furią karabinu maszynowego, sprawdzając szczelność każdej ramy.
Za oknem wielki dąb, choć smagany wiatrem, stał pewnie — jego potężna sylwetka jedynie kłaniała się żywiołowi, jakby rzucała mu wyzwanie. Po kilkunastu minutach najgorsza fala przeszła.
— Jeszcze trochę pośpimy — zagadał do psa, który widać miał takie same zdanie, bo rozłożył się na swoim posłaniu, i w pomieszczeniu zaległa cisza, przerywana oddalającą się burzą.
Rano świat wyglądał już inaczej.
Niebo było wypłukane, a powietrze rześkie i pachnące mokrą ziemią. Krab zjadł niespieszne śniadanie, popijając je mocną kawą,
a Kapral z zapałem pochłonął swoją porcję chrupek cielęcych i ruszyli na obchód.
Gdy już porannym czynnościom stało się zadość, oboje wyszli obejrzeć, co się zadziało po nocnej nawałnicy.
Straty były znikome.
Kilka grubszych gałęzi dębu zaśmiecało trawnik, a na granicy działki leżała powalona, niewielka brzoza — jej kruchy pień nie wytrzymał bocznego uderzenia szkwału.
Major odnotował to w pamięci jako zadanie dla pilarki na popołudnie.
Kapral ruszył na poranny obchód przy płocie, żadnych podcieków. Wszystko wydawało się w porządku, dopóki nie wszedł na strych.
W półmroku poddasza od razu poczuł inny zapach — ciężką, wilgotną woń muru.
Skierował wzrok na komin. Na szarym tynku wykwitł potężny, ciemny zaciek; ciągnął się od samej góry aż do podłogi.
Jakub nie tracił czasu na przekleństwa. Rozstawił aluminiową drabinę, wspiął się zwinnie i uchylił okienko dachowe. Gdy wychylił się na zewnątrz, powód stał się jasny.
Wichura musiała podważyć blachę, a ulewa dokończyła dzieła — opierzenie komina rozszczelniło się, tworząc idealną rynnę dla deszczówki.
— No to mamy dzisiaj plan — mruknął, oceniając szerokość szczeliny. Wiedział, że uszczelnianie opaski to dopiero początek.
Zszedł z drabiny, odłożył ją pod ścianę i stanął nieruchomo u stóp komina, mrużąc oczy.
Choć strych tonął w półmroku, świeży, ciemny zaciek na szarym tynku był aż nadto wyraźny.
To, co jednak przykuło jego uwagę, znajdowało się wyżej — na wysokości około dwóch metrów nad podłogą. Woda, spływając po starej, łuszczącej się warstwie wapna, odsłoniła prostokątny fragment o zupełnie innej barwie.
Major rozstawił drabinę i wspiął się na górę.
Gdy jego twarz znalazła się na poziomie zacieku, poczuł zapach rozpuszczonego wapna zmieszanego z kurzem. Woda zadziałała jak rozpuszczalnik — zmyła dekady kurzu i resztki wapna, ukazując cegły, które wyraźnie różniły się od reszty. Miały ostrzejsze krawędzie i głębszy odcień czerwieni.
Wyciągnął z kieszeni spodni śrubokręt.
Zaczął miarowo, niemal rytmicznie, opukiwać cegłę po cegle rękojeścią narzędzia. Dźwięk był suchy i wysoki, aż nagle — dokładnie tam, gdzie tynk był najbardziej rozmoczony — odgłos stał się głuchy i pusty.
— No proszę — mruknął do siebie.
Czubek śrubokręta bez trudu wgryzł się w spoinę. Stara zaprawa, rozmiękczona nocną ulewą, kruszyła się jak piasek, sypiąc się na ręce i ramiona. Pracował precyzyjnie, wydłubując kolejne fragmenty wypełnienia wokół jednej z cegieł. Po kilku minutach poczuł, że cegła zaczyna pracować, i wreszcie wysunęła się z muru charakterystycznym, piaszczystym zgrzytem.
Z kolejną poszło już sprawniej i w ścianie zrobiła się ciemna dziura.
Major wyjął z kieszeni smartfon, włączył funkcję latarki i skierował snop światła do środka.
Ze zdziwieniem zobaczył, że zamiast czarnej, osmolonej przestrzeni, miał przed oczami fragment czystej ściany.
W jednej chwili zrozumiał, że do komina, po tej stronie, dobudowano dodatkową ścianę, która na pewnej przestrzeni była w środku pusta, tworząc pionową niszową przestrzeń.
Poświecił jeszcze raz do środka, a potem ostrożnie wsunął rękę w głąb niszy. Ramię weszło prawie do połowy przedramienia, ale prócz szorstkich cegieł nic tam nie wyczuł.
Już miał rękę wyjąć, gdy nagle poczuł coś twardego. Zacisnął na tym palce i wyciągnął rękę.
W palcach trzymał coś zawiniętego w materiał przypominający brudny brezent, obwiązany zardzewiałym drutem.
Zszedł z drabiny i położył je na starym warsztatowym stole pod oknem.
Wsadził śrubokręt pod drut, przekręcił go parę razy i drut pękł z suchym trzaskiem, jak stara gałązka.
Gdy zaczął odwijać kolejne warstwy sparciałego brezentu, spod brudu wyłonił się najpierw zarys rękojeści, a potem lufa pistoletu.
Przez chwilę przyglądał się uważnie znalezisku, a potem znowu wszedł na drabinę i ponownie zagłębił rękę w otworze.
Znowu macał w środku, ale na nic nie natrafiał.
Tym razem jednak nie rezygnował. Chcąc sięgnąć głębiej, przywarł mocno do ściany i wtedy poczuł coś pod palcami.
Na samym dnie niszy leżało drugie zawiniątko, mniejsze i lżejsze.
Zszedł z drabiny i położył znalezisko obok pistoletu. Było owinięte w woskowany papier, który pod wpływem wilgoci stał się lepki i półprzezroczysty.
Ostrożnie, niemal wstrzymując oddech, rozchylił warstwy papieru.
W środku znajdował się brulion w twardej, płóciennej oprawie.
Okładka była już zjedzona przez bezlitosny, biały nalot pleśni,
A płótno, niegdyś sztywne, teraz łuszczyło się płatami. Gdy mocniej ścisnął krawędź, poczuł, jak struktura oprawy poddaje się pod palcami. Spod warstwy brudu przebijał wyciśnięty zarys gapy otoczony wieńcem.
Major delikatnie otworzył brulion.
Na pożółkłej już kartce widniał tekst pisany po niemiecku.
Patrzył przez chwilę na znalezisko, a potem ostrożnie zawinął przedmioty w ręcznik i zamknąwszy drzwi od strychu, zszedł do kuchni.
Nastawił ekspres i zanim wpuścił Kaprala, któremu znudziło się obszczekiwanie ptaków, po pomieszczeniu rozszedł się zapach parzonej kawy.
Postawił dymiący kubek na stole, obok „skarbów” na szarym ręczniku.
Kapral, czując, że będzie „rozmowa” pana z psem, z głośnym westchnieniem wyciągnął się u jego stóp.
— No i co my tu mamy, Kapral? — mruknął, odwijając ręcznik.
Najpierw wziął pistolet. W świetle rzucanym przez okno stal wydawała się niemal czarna.
Major odruchowo sprawdził komorę — była pełna, broń była nabita i najwyraźniej całkowicie sprawna. Przyjrzał się jej dokładniej. Teraz dostrzegł detale, które wcześniej, w mroku strychu, mu umknęły.
Na zamku, tuż obok misternie wygrawerowanej korony, widniała mała, sześcioramienna gwiazdka. Wyglądała jak znak rzemieślniczy, wbity głęboko w stal. Poniżej, na szkielecie broni, widniał numer seryjny: 000-SP-1944.
— Widzisz to? „SP”. Sonderprojekt. Albo coś podobnego. To nie była seryjna produkcja dla Wehrmachtu, stary. To robota na zamówienie. Ktoś bardzo ważny musiał to nosić. A ta gwiazdka… to znak odbioru technicznego z zakładów, które oficjalnie w czterdziestym czwartym już nie istniały.
Kapral uniósł łeb, uderzając ogonem o podłogę.
— Niezłe znalezisko i w jak dobrym stanie — ze zdziwieniem stwierdził Jakub, pociągając łyk gorącej kawy.
Przez dłuższą chwilę jeszcze oglądał pistolet, a potem odstawił kubek i sięgnął po brulion. Teraz, przy dobrym świetle, widział, że kartki były tak delikatne, że bał się ich dotknąć, by się nie rozpadły.
Nagle Jakub zamilkł. Na kolejnej stronie widniał napis: „Wolfsangel”.
— Wygląda na to, że bez wujka Google’a się nie obejdzie — mruknął do siebie i ruszył do gabinetu, skąd przyniósł laptop.
Włączył przeglądarkę, wpisał nazwę, która nie wiedzieć czemu wydała mu się znajoma, i po chwili czytał:
„Wolfsangel” (wilczy hak) to dawny symbol heraldyczny i ochronny, oznaczający pierwotnie pułapkę na wilki. W XX wieku został zawłaszczony przez nazistów, stając się emblematem jednostek Waffen-SS (np. 2. Dywizji Pancernej SS „Das Reich”) i Hitlerjugend. Współcześnie funkcjonuje jako symbol neonazistowski oraz skrajnie prawicowy, kojarzony z „ideą nacji”.
— No, to mamy pewność, że właśnie odezwała się przeszłość — szepnął Jakub, a Kapral natychmiast usiadł, wyczuwając zmianę w głosie pana. — Więc ta nazwa mogła oznaczać wszystko: kryptonim operacji albo miejsce, z którego się nie wraca. I coś jeszcze, przyjacielu — ten papier jest tak kruchy, że wystarczy silniejszy podmuch, żeby historia tu zapisana zamieniła się w konfetti. Musimy być sprytniejsi od czasu.
Pies obserwował go z uwagą, jakby rozumiał wagę operacji „Archiwum”. Jakub wyciągnął smartfon i kolejno fotografował każdą stronę. Kiedy skończył, odetchnął z ulgą. Papierowy ślad był bezpieczny, tu się nie skruszy ani nie rozpadnie.
Ostrożnie wsunął brulion do antystatycznej koszulki, zamknął w sztywnej, papierowej teczce i zaniósł do gabinetu. Gdy wrócił, zrzucił zrobione fotografie i na ekranie pojawił się nowy folder o nazwie „Nowy 5”. Jakub zawahał się przez sekundę. Jego palce zawisły nad klawiaturą.
— Zmienimy mu imię, Kapralu — mruknął i szybko wpisał nową nazwę: „strych”.
Otworzył pierwszy folder ze zdjęciami. Teraz, gdy emocje nieco opadły, musiał zmierzyć się z barierą językową.
— Stary, musimy sprawdzić, co ten nasz Niemiec tak naprawdę tu nabazgrał — powiedział, otwierając w przeglądarce zaawansowane narzędzie do rozpoznawania tekstu i tłumaczenia.
Jakub wpatrywał się w ekran laptopa. Tłumacz nie musiał się wysilać — raport był krótki, pisany od linijki, jak na odprawie.
— Patrz, Kapralu. Żadnej poezji — mruknął Jakub, przesuwając wzrokiem po monitorze.
* * *
Lindenau, 20 października 1944 r.
„02:40: Lądowanie Junkers Ju-52. Samolot opuszcza oficer SS
i czterech żołnierzy tej samej formacji.
03:00: Rozładunek 3 skrzyń przez żołnierzy. Oznakowanie: brak oznaczeń. Żołnierze wracają do samolotu.
03:15: Przejazd ciężarówki Opel Blitz i czarnego Mercedesa (SS-1044-WH), do którego wsiada oficer. Załadunek skrzyń na ciężarówkę przez jeńców. Odjazd w kolumnie za czarnym Mercedesem. Kierunek: południowy zachód.
03:40: Nalot. Brak większych zniszczeń”.
Pies kichnął, jakby potwierdzał, że to nudne dane. Ale dla Jakuba to była trasa przejazdu.
— Potem przerwa. Cisza. I ostatni wpis — zakomunikował Kapralowi, który cicho sapnął.
„04:10: Powrót Mercedesa. Oficer SS opuszcza samochód i wsiada do samolotu. Samochód opuszcza pas startowy.
04:27: Start samolotu”.
* * *
Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w tekst.
— Ktoś tu opisał przylot i odlot jakiegoś samolotu oraz rozładunek
i załadunek skrzyń. Ale przecież to lotnisko, więc po cholerę to pisał i chował? Chyba że dlatego, że były bez oznaczeń, a powinny być… Jak myślisz, Kapralu?
Pies widać nie miał wyrobionego zdania na ten temat, bo milczał.
— Przeliczmy czas całej operacji, może to coś wyjaśni — mruknął
i zaczął liczyć. — Między odjazdem ciężarówek a powrotem Mercedesa minęło dokładnie pięćdziesiąt pięć minut, więc musieli to wyładować gdzieś blisko, w zasięgu lotniska.
Miał do obejrzenia jeszcze cztery zdjęcia kartek, ale gdy spojrzał w okno, zobaczył, że niebo wyraźnie zamieniło piękny błękit poranka na granatowo szare chmury.
— Cholera, chyba będzie padać — i odruchowo zerknął na biały sufit. Zacieków nie było. Na razie.
— Najpierw trzeba załatać dziurę — zadecydował. — Dobra, stary. Koniec biura na dzisiaj — mruknął, zamykając laptopa. — Musimy ochłonąć od zmagań umysłowych i przechodzimy na tryb fizyczny.
Wyszedł na ganek. Powietrze po burzy pachniało ozonem i mokrym igliwiem. Major oparł się o barierkę, patrząc na swój ogród. Złamana brzoza wciąż leżała na granicy działki, przypominając, że ma robotę do wykonania. Ale jego wzrok uciekał dalej — w stronę ściany lasu, gdzie kiedyś, osiemdziesiąt lat temu, lądowały samoloty i gdzie wjechały te trzy skrzynie.
Teraz, gdy znał suchy raport z brulionu, las nie był już tylko tłem. Stał się konkretnym obszarem operacyjnym. „Kierunek: południowy zachód”. To było tam. Pięć, może osiem kilometrów od miejsca, w którym stał.
Wziął głęboki oddech.
— Kapral, jedziemy do Castoramy, bo jak lunie deszcz z tej chmury, która zaraz może ruszyć do natarcia, to nam zaleje pół chałupy — rzucił do psa, który na dźwięk słowa „jedziemy” natychmiast znalazł się przy furtce.
Major nie wiedział jeszcze, że kiedy będzie pakował do bagażnika worki z zaprawą, gdzieś setki kilometrów od niego ktoś właśnie wsiada do samochodu, by się zmierzyć z przeszłością. Na razie był po prostu emerytem, który miał zamiar wygrać walkę z nieszczelnym dachem i miał w kieszeni telefon z folderem „strych”.
Rozdział 3
Kolacja tym razem miała być na bogato. Na patelni skwierczał boczek, a po chwili dołączyły do niego jajka.
Jakub zsunął jajecznicę na talerz, ukroił dwie grube kromki chleba z małej piekarni koło Castoramy i nalał do kubka mocnej herbaty.
Kapral w tym czasie opróżniał swoją miskę, stukając nią o podłogę.
Jedząc, rozliczał ostatnie dni.
Zakupy zrobione. Opaska przy kominie uszczelniona, leki zdobyte i, co najważniejsze, burza nie wróciła.
Po kolacji zaniósł naczynia do zlewu, umył je, przetarł ręce ścierką i wrócił do stołu.
Laptop czekał tam, gdzie go zostawił. Gdy go włączył, ten mruknął cicho, meldując gotowość do pracy. Folder ze zdjęciami pożółkłych stron brulionu czekał na środku pulpitu.
— No dobrze — mruknął pod nosem, pocierając zmęczone oczy. — Zobaczmy, co jeszcze zapisałeś.
Usiadł wygodniej, przybliżył kursor i otworzył kolejny plik.
Na ekranie wykwitł tekst kreślony twardą ręką. Litery były ostre, pozbawione ozdobników, stawiane z wojskową dyscypliną. Jakub zaczął czytać, a każde zdanie brzmiało mu w głowie jak raport składany przed dowódcą.
* * *
Lindenau, 24 października 1944 r.
Dziwna sytuacja.
Po powrocie z przepustki sprawdziłem dziennik służbowy. Strona z 20 października została usunięta. Ktoś wyrwał ją czysto, tuż przy grzbiecie. Raport o nocnym lądowaniu transportowca bez oznaczeń przestał istnieć. Oficjalnie: tej nocy na lotnisku nie działo się nic.
Zdecydowałem nie zgłaszać braku kartek. Pytanie o nie oznaczałoby przyznanie, że treść raportu mnie interesuje.
Bardziej od zniknięcia raportu niepokoi mnie jednak Karl. Nie wrócił na noc do kwatery. Pani Gerda twierdzi, że widziała go, jak wychodził na nocną służbę. Potem już nie.
Przed moim wyjazdem Karl zachowywał się jak obcy człowiek. Milczał godzinami, gapiąc się w ścianę. Twierdził, że to przez cofniętą przepustkę do żony, ale to bzdura. Już wcześniej mu cofali urlopy i tylko klął pod nosem. Tym razem wyglądał na przerażonego. Jakby wiedział coś, co sprawiło, że się tak bał.
Z jego szuflady zabrałem pistolet. Na pewno nie był jego. Nie wiem skąd i od kogo go miał, ale na wszelki wypadek schowałem go na razie u siebie w tej szczelinie w oknie. Potem znajdę coś solidniejszego.
W jego szafie niczego nie brakuje, ale nadal szukają Karla.
* * *
Krab patrzył na przetłumaczony tekst i próbował sobie to poukładać. Przeczytał go jeszcze raz. Nie był pewien, na ile tłumaczenie jest dokładne, ale już z tych kilku zdań mógł się domyślić, że pisał to żołnierz — i na pewno nie szeregowy. Ktoś, kto najprawdopodobniej służył przy obsłudze lotów lub nadzorze lotniska.
Powiększył kolejną kartkę i przetłumaczył.
* * *
27 października 1944 r.
Wczoraj wróciłem z przepustki. Nie spodziewałem się jej, bo przecież niedawno byłem w domu. Tym bardziej dziwi mnie to, co zastałem po powrocie.
Na zmianie nie ma już nikogo z ludzi, z którymi służyłem od miesięcy. Cała obsada została wymieniona. Mówią, że wszystkich przeniesiono do fabryki amunicji Nobel, Dynamit-Actien-Gesellschaft. Nie wiem, czy to prawda. Nikt nie mówi o tym chętnie.
Najbardziej boli mnie jednak to, że nadal nie odnaleziono Karla. Coraz częściej słyszę, że zdezerterował. To kłamstwo. Znałem go zbyt dobrze. Karl nigdy by tego nie zrobił.
Od tamtej nocy zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Ludzie znikają. Innych nagle przenoszą. Na lotnisku pojawili się funkcjonariusze Gestapo. Przeszukali pokój Karla. Kręcą się po hangarach i biurach, zaglądają do dokumentów.
* * *
28 października 1944 r.
Jutro po służbie mam się stawić u Hauptmanna Bauera. Nie wiem, czego ode mnie chcą. Karla nie znaleziono.
* * *
Jakub odsunął się od stołu i przez chwilę patrzył na ekran. Przewinął zdjęcia jeszcze raz, powoli, kartka po kartce. Na ostatniej widniała data:
* * *
28 października 1944 r.
Chyba jestem następny.
* * *
Dalej nie było już nic. Kolejne strony brulionu były puste.
Major odchylił się w fotelu i potarł dłonią brodę. Robiło się coraz ciekawiej.
— Czyli tyle zdążył napisać… — mruknął pod nosem.
Kapral uniósł łeb znad miski, jakby chciał sprawdzić czy to było pytanie.
Spojrzał jeszcze raz na ekran. Najpierw nocny transport, potem znika raport i wreszcie Karl przepada bez wieści. Czystka wśród żołnierzy na lotnisku, na koniec Gestapo, a potem cisza. Żadnego kolejnego wpisu. Żadnego wyjaśnienia. Jakby autor brulionu nagle przestał istnieć.
Czy to on schował ten brulion, czy może ktoś inny? Dlaczego był taki ważny, że go tak ukryto i po co? Pytań bez odpowiedzi przybywało, a odpowiedzi brak.
Przetarł ręką czoło i powoli zamknął laptop.
— No dobrze… — powiedział cicho. — To teraz najważniejsze pytanie brzmi: czy ten, kto to pisał, po prostu przestał notować… czy ktoś mu w tym pomógł?
Major wstał i podszedł do okna. Las za ogrodem wyglądał zwyczajnie, spokojnie. Ciemna ściana sosen ciągnęła się aż po horyzont. A jednak gdzieś tam, według starego raportu z lotniska, pojechały trzy skrzynie i ktoś bardzo pilnował, żeby nikt o nich nie pamiętał.
Zmrużył oczy.
— Pięć do ośmiu kilometrów… — mruknął.
Teraz ta historia zaczynała go interesować naprawdę, ale nie zdawał sobie sprawy, z czym przyjdzie mu się zmierzyć. Włączył laptop.
Harmonijka kwiliła cicho, a Jakub wpatrywał się w pistolet leżący na stole obok niedopitego piwa. Jako major rezerwy znał procedury na pamięć: telefon, zgłoszenie znaleziska, przyjazd patrolu, zabezpieczenie terenu. A potem? Potem zaczęłaby się gehenna. Wiedział, jak to działa. Jedna stara klamka w ścianie wystarczy, by prokurator przysłał tu ekipy z georadarem. Rozprują mu świeżo załatany komin, przekopią ogród, w którym dopiero co posadził drzewka, a Kaprala zamkną w kojcu, bo będzie przeszkadzał technikom.
Zjadą się wszyscy: od saperów szukających niewybuchów po historyków z IPN-u i dziennikarzy węszących sensację. Spokojna emerytura pryśnie jak bańka mydlana.
— I co im powiem? — mruknął do siebie, obracając w dłoni magazynek. — Że komin mi przeciekał?
Jako były wojskowy wiedział jednak, że system przemieli go razem z tym pistoletem. Zrobią z niego przestępcę za nielegalne posiadanie, zanim zdąży wyjaśnić, że dopiero co wyciągnął to z muru.
— Nie, stary — szepnął, patrząc na pochrapującego Kaprala. — Nie dam im przeorać tej posesji.
Decyzja zapadła. Zadziałał nawyk wypracowany przez lata służby: dbałość o sprzęt.
Sięgnął po puszkę z olejem do konserwacji i czystą szmatkę. Zaczął czyścić pistolet. Usuwał rdzę i pył, aż stalowa oksyda odzyskała swój głęboki, groźny blask. Przesmarował mechanizmy, usłyszał kojący szczęk zamka.
Gdy skończył, zawinął pistolet w naoliwioną tkaninę, a potem szczelnie w folię, oklejając całość taśmą. Powstał szary, bezkształtny pakunek.
Wstał od stołu, omijając śpiącego psa, zszedł do piwnicy i wyjął z niej sporej wielkości skrzynkę. Wysypał z niej różnej wielkości śrubki, nakrętki i inne małokalibrowe żelastwo, a na dnie umieścił pakunek, na który wrzucił całą zawartość, którą stamtąd wysypał.
Schował skrzynkę na swoje miejsce, odetchnął i wrócił do kuchni, po czym wyłączył radio.
Na stole nie było już nic oprócz kółka po mokrej szklance. Zagasił światło i ruszył w stronę łazienki. Po chwili ciszę w mieszkaniu zakłócił szum wody i pochrapywanie Kaprala.
Reszta miała dopiero nadejść.
Rozdział 4
Berlin, 2025 r.
Julia Linder siedziała przy kuchennym stole, na którym stał koszyk, a w nim pamiątki po zmarłej tydzień temu babci Annie. W brązowej wiklinie leżało czyjeś życie.
— Niewiele tego — pomyślała Julia i oczy znowu napełniły się łzami. Jej ukochanej babci Ani już nie było.
Nie mogła sobie darować, że nie zdążyła się pożegnać, że w tamtą niedzielę przełożyła wyjazd, na który tak bardzo czekała. Teraz już nic nie można było zrobić.
Przez otwarte okno wpadało ciepłe, lipcowe powietrze przedmieść Berlina. Gdzieś w oddali słychać było bicie dzwonów, ale tu, w jej mieszkaniu na parterze, panowała cisza pogrzebu, która nie chciała odejść.
Julia odsunęła na bok filiżankę z wystygłą kawą i przysunęła do siebie kosz. To tu, wśród zapachu lawendy i starego papieru, drzemała ich rodzinna historia.
Zaczęła od zdjęć. Wyjmowała je ostrożnie, jakby bała się, że dotyk zniszczy te ulotne chwile. Najpierw trafiła na małą, czarno-białą fotografię z 1941 roku. Grupa roześmianych młodych mężczyzn
w mundurach Luftwaffe stała przed kadłubem transportowca z wyraźnymi czarnymi krzyżami na skrzydłach. W samym środku, z lekko przekrzywioną furażerką i tym samym błyskiem w oku, który Julia widziała codziennie rano w lustrze, stał Karl Weber. Młody, roześmiany, szczęśliwy.
Potem przyszły kolejne. Przesuwała palcami po krawędziach fotografii, czując pod opuszkami szorstkość czasu.
W drugiej przegródce leżały dokumenty. Suche fakty oprawione
w urzędowy język. Akty urodzenia, świadectwa ślubów, a pod nimi sztywny, pożółkły arkusz z pieczęcią Wehrmachtu — oficjalne powiadomienie o zaginięciu porucznika Karla Webera. Obietnice poszukiwań, formułki o honorze i obowiązku, które w 1945 roku nie znaczyły już nic.
Julia poczuła ucisk w gardle. I wtedy go zobaczyła. Mały plik listów przewiązany jedwabną, wyblakłą wstążką. Te koperty różniły się od pozostałych. Były cieńsze, wielokrotnie składane.
Drżącymi rękami rozwiązała supeł. Wyjęła pierwszą kartkę. Pismo Karla było ostre, męskie, ale w tych słowach nie było wojny. Była tęsknota.
„Moja najdroższa Margareto…” — zaczynał się pierwszy list.
Czytała powoli, chłonąc każde zdanie. Dopiero przy ostatnim liście, datowanym na październik 1944 roku, serce zabiło jej mocniej. Pradziadek pisał o strachu, który nadchodził wraz z angielskimi bombowcami, o nerwowości i niepewności.
Aż sięgnęła po ostatni list. Na nieskazitelnie białej kopercie widniały trzy słowa:
„Do mojej wnuczki Julii”.
Julia otworzyła kopertę i wyjęła z niej kartkę, na której babcia napisała kilka zdań. Pismo było rozchwiane, litery nierówne. Julia zdała sobie sprawę, że babcia musiała to pisać niedawno, gdy już była słaba. Otarła łzy, które znowu napłynęły jej do oczu, rozmywając ostrość liter, i zaczęła czytać.
Najdroższe moje dziecko!
Widocznie nie mogłaś przyjechać, więc piszę, bo jakoś się słabo czuję, a chciałabym Cię, Juleczko, poprosić o coś, o co także prosiła mnie moja mama, a Twoja prababcia, do której tak bardzo jesteś podobna.
Jak wiesz, Twój Pradziadek Karl nie wrócił z wojny i nigdy nie dowiedzieliśmy się, co się z nim stało.
Obiecałam Mamie, że będę szukać, ale choć się starałam, nie udało mi się. Teraz ja proszę Ciebie, moje Drogie Dziecko, o to samo. Może Tobie się uda? Czasy są już inne, a i ludzie też. Może wreszcie mój Tato mógłby być znowu ze swoją żoną.
Najdroższa Moja. Byłaś mi słońcem i wielką radością.
Niech Cię Bóg i Dobre Anioły strzegą.
Twoja Babcia Anna.
Ps. Zostawiam Ci obrączkę Prababci Margarety, a mojej Mamy. Ma wygrawerowaną datę moich urodzin: 12.05.1944 r. Gdy odeszła, nosiłam ją na łańcuszku i dzięki temu czułam, że jest przy mnie, nawet dziś. Mama nigdy jej nie zdejmowała, a gdy spytałam, dlaczego, powiedziała, że tak przyrzekli sobie. Jej mąż Karl nosił taką samą. Żegnaj.
* * *
Julia poczuła dreszcz.
Zajrzała do koszyka. Na jego dnie leżało małe czerwone pudełko. Otworzyła je i wyjęła niewielką, skromną obrączkę. Na wewnętrznej stronie złotego krążka wygrawerowana była data: 12.05.1944 r.
Wsunęła obrączkę na palec. Pasowała idealnie, jakby Anna osobiście przekazała jej sztafetę.
— Znajdę go, babciu — szepnęła, zaciskając dłoń. — Znajdę drugą do pary.
Nauczycielka z Berlina nagle stała się depozytariuszką tajemnicy, która nie dawała spokoju trzem pokoleniom kobiet w jej rodzinie.
Nazajutrz usiadła przed laptopem, wpisała w wyszukiwarkę nazwę miejscowości z listów, a potem jej współczesny, polski odpowiednik: Lipowice.
Otworzyła mapę satelitarną. Przesuwała kursor nad zielonymi plamami lasów i błękitem jeziora, które lśniło tuż obok miejscowości. Widok z góry był przejrzysty. Koszarowce niemieckie
i rosyjskie, małe jednorodzinne domy poniemieckie, kościół, duża szkoła, boisko, dwa sklepy i dużo zieleni.
Gdy przełączyła na tryb widoku ulicy, serce zabiło jej mocniej. Lipowice wyglądały na spokojną miejscowość z niewielką bazą turystyczną.
Wpisała „Lipowice noclegi”. Na ekranie wyskoczyło kilka pinezek. Jedna z nich, „Pensjonat pod lipami”, przykuła jej uwagę. Zdjęcia pokazywały schludny dom z dużym ogrodem, zaledwie kilka minut spacerem od jeziora.
Wybrała numer. Po trzech sygnałach usłyszała głos kobiety.
— Słucham?
— Dzień dobry — Julia starała się, by jej polszczyzna brzmiała jak najpewniej, choć twardy akcent był nie do ukrycia. — Chciałabym wynająć pokój na tydzień. Od jutra.
Formalności zajęły minutę. Julia zamknęła laptop. Około 200 kilometrów. Niecałe dwie godziny jazdy gładką autostradą, potem kawałek przez lasy. Dla kogoś, kto całe życie spędził w Berlinie, to była odległość na popołudniową kawę.
Spakowała torbę, wrzuciła do niej aparat, brulion babci i nałożyła na palec obrączkę prababci Margarety. Czuła, że koło historii właśnie ruszyło. Trzy godziny później jej Volkswagen mijał tablicę z napisem „Lipowice”. Słońce powoli chowało się za ścianą lasu, gdy zaparkowała samochód przy pensjonacie.
* * *
Lipowice, 2025 r.
Pustynia nie jest cicha, ona szeleści. Jakub czuje piasek pod powiekami i ostry, suchy pył w płucach. Idą środkiem syryjskiej wioski,
z której właśnie wyparli dżihadystów. Wiatr hula między glinianymi ścianami, trzaskając niedomkniętymi okiennicami. Cisza jest tu nienaturalna, lepka.
Mieszkańcy, o ile jacyś pozostali, pochowali się, gdzie mogli. Docierają do placu. Słońce stoi w zenicie, wypalając kolory z otoczenia. W kurzu leżą splątane ciała — brodaci mężczyźni w szpeju i miejscowi, których śmierć dopadła w biegu. Żołnierze rozchodzą się instynktownie, lufy karabinów omiatają puste otwory drzwiowe.
Naglę krzyk. Wysoki, nieludzki.
Kapitan Krab obraca się na pięcie. Widzi Sosnowskiego, jednego z najtwardszych w sekcji. Chłopak opiera się jedną ręką o chropowaty mur domu, drugą trzyma się za brzuch. Wymiociny chlapią o suchą ziemię. Sosnowski osuwa się wzdłuż ściany, ściąga hełm i zakrywa twarz dłońmi. Zaczyna szlochać — bezgłośnie, całym ciałem. Jakub zagląda za róg domu, na podwórze. Powietrze drga od brzęczenia tysięcy much. Na gałęziach starego drzewa wiszą dwa ciała — kobieta i mężczyzna. Są nienaturalnie wydłużeni. Ich brzuchy zostały rozprute precyzyjnym cięciem, a wnętrzności zwisają ku ziemi niczym krwawe girlandy. Pod nimi, w cieniu rozkładu, z ubitej ziemi wystają dwie małe głowy. Chłopcy. Zakopani żywcem, z szeroko otwartymi, martwymi oczami, w których zastygł piach.
Jakuba uderza fizyczny ból. Gdzieś za potylicą pulsuje stalowe imadło, mózg próbuje wymazać to, co widzą oczy. W wiecznym zapisie pamięci właśnie wypala się piętno, którego nie zmyje żadna wódka.
Wtedy ta martwa cisza pęka.
Z cienia za domem, prosto z tej krwawej scenerii, wyskakuje potężny, czarny kształt. Bestia o mętnych oczach i obnażonych kłach rzuca się prosto do jego gardła, a jej wściekły, ogłuszający jazgot wypełnia całe podwórze.
Jakub szarpie się, chce unieść broń, ale palce ma z waty…
Rozdział 5
Kolejny dzień zaczął się dla Jakuba od zapachu smaru i kawy. Ranek kontynuował w piwnicy, centrując koło z taką precyzją, jakby od tego zależało życie.
Kiedy o dziesiątej podjechał pod pensjonat, słońce już podgrzewało wszystko i wszystkich. Wystawił rower z paki pikapa. Lśnił.
Łańcuch był czysty i naoliwiony, a koło kręciło się bez najmniejszego bicia. Kapral, jakby czując, że wracają do „pacjentki”, pierwszy pognał pod furtkę.
Julia siedziała na ganku, na wiklinowym fotelu. Stopa i kostka obwiązana elastycznym bandażem spoczywała na niskim stołku, a obok leżała otwarta książka, której najwyraźniej nie czytała. Miała na sobie letnią białą sukienkę na ramiączkach w maleńkie bławaty i słomkowy kapelusz na głowie.
— Pacjent wypisany ze szpitala — rzucił Jakub, prowadząc rower pod same schody. — Koło proste, hamulce dociągnięte. Można śmigać, jak tylko noga pozwoli.
Julia uśmiechnęła się szeroko, a w jej oczach błysnęło autentyczne uznanie.
— Panie Jakubie, wygląda lepiej niż w dniu, w którym go wynajęłam. Naprawdę, nie wiem, jak mam Panu podziękować.
— Najlepiej nie wjeżdżając w mojego psa przez najbliższy tydzień — odparł z suchym uśmiechem, opierając rower o barierkę. — Jak noga?
— Pulsuje, ale leki od pana doktora działają. Basia karmi mnie jak na rzeź, więc sił mi nie braknie — zaśmiała się, wskazując na pusty talerz po cieście stojący na stoliku. — Usiądzie Pan na chwilę? Herbata jeszcze gorąca.
Jakub zawahał się.
— Niech pan nie sterczy jak na warcie — wskazała wolny fotel. — Proszę siadać, nie gryzę.
Jakub mruknął coś pod nosem, ale usiadł. Sztywno, jakby zaraz miał się zerwać. Kapral za to nie miał oporów — podszedł do niej, zakręcił się i rypnął ciałem o deski tarasu, kładąc łeb prosto na jej zdrowej stopie.
— No proszę — zaśmiała się, drapiąc psa za uchem. — Kapral wyraźnie nie ma ochoty na żadne przebieżki. Wybrał lepsze towarzystwo.
Jakub spojrzał na psa, mrużąc oczy.
— Ty zdrajco… — rzucił szeptem. — Poczekaj, wrócimy do bazy, to pogadamy o dyscyplinie.
Pies tylko raz uderzył ogonem o podłogę i przymknął ślepia. Julia odłożyła książkę i spojrzała Jakubowi prosto w oczy.
— Jak długo pan tu mieszka, panie Jakubie? — zapytała spoglądając na niego zaciekawiona.
— Drugi rok — remontuję go powoli, teraz jestem na etapie piwnicy — powiedział śmiejąc się.
— Sam? — uniosła brwi.
— Sam. Większość życia spędziłem w wojsku. Tam ciągły hałas, rozkazy, tłum ludzi. Szukałem czegoś cichego, bez sąsiadów za ścianą. Tu się trafiło, była okazja, więc kupiłem i osiadłem.
Julia pokiwała głową, patrząc na las, który powoli zaczynał tonąć
w jasnych smugach światła.
— To zrozumiałe. Spokój bywa bezcenny.
— No właśnie — Jakub spojrzał na nią badawczo. — Ale to jest zadupie dla takich emerytów jak ja, pani Julio. Tu się nic nie dzieje. Co taką młodą osobę tu przygnało? Odpocząć można wszędzie, a tu nawet porządnej kawiarni nie ma.
Julia roześmiała się szczerze i ten młodzieńczy dźwięk sprawił, że Krab poczuł się starszy niż był.
— Też nie lubię hałasu. Mam go aż nadto na co dzień — przyznała
z błyskiem w oku. — Jestem nauczycielką w liceum. Proszę mi wierzyć, w szkole cicho nie bywa.
Jakub uniósł brwi, skanując ją wzrokiem.
— Nauczycielką? — uśmiechnął się kącikiem ust. — To by wyjaśniało, dlaczego tak dzielnie znosi pani tą kontuzję. Nauczyciele mają wyższy próg bólu, przynajmniej głowy, ale widzę, że kostki też.
— Coś w tym jest. Ale tutaj faktycznie jest ten spokój, o którym pan mówił. Tego szukałam — dodała, patrząc na las, a jej palce pogładziły obrączkę, która widniała na jej serdecznym palcu.
Jakub widząc to, chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zrezygnował i rzucił wstając.
— Na nas już czas — powiedział szybko, a Kapral jakby rozumiał, że koniec wizyty, od razu zameldował się przy nim.
Julia lekko zdziwiona takim obrotem sprawy, skinęła głową, lekko zmrużyła oczy.
— Na obiad nie będę zapraszać, bo widać, że czas pana goni — powiedziała, próbując zachować lekki ton, choć w jej głosie słychać było nutę dezorientacji. — Dziękuję za wszystko. Na pewno się jeszcze spotkamy.
— Na pewno — przytaknął Jakub, już odwrócony w stronę schodów. — To mała mieścina, nie ma szans na całkowitą samotność.
Uśmiechnął się blado, ale ten uśmiech nie sięgnął oczu. Ruszył szybkim krokiem w stronę bramki, a pies karnie dreptał za nim oglądając się za siebie.
Po chwili praca silnika pikapa zagłuszyła ciszę, a kurz z podjazdu zaczął powoli opadać, gdy auto zniknęło za zakrętem.
Julia została sama na tarasie, wciąż trzymając dłoń na obrączce.
— Cholera… co to było? — rzuciła cicho do pustego ogrodu.
Z zamyślenia wyrwał ją głos pani Barbary, a właściwie Basi, bo panie wczoraj, przy czynnościach uzdrawiających, przeszły na ty.
— I co, odjechał ten nasz milczek? — Właścicielka stanęła w drzwiach z tacką pełną owoców — Zjedz coś, kochanie. Noga potrzebuje siły,
a nie tylko moich smarowideł.
— Odjechał. Naprawił rower i zniknął — odparła Julia, pomagając Barbarze ustawić tacę na stoliku. — Dziwny jest ten twój sąsiad.
Barbara przysiadła na krześle obok.
— Dziwny? Może. Ale w Lipowicach każdy, kto szuka spokoju, ma jakąś historię, o której nie chce gadać. On nikomu w paradę nie wchodzi, złego słowa nie powie. Solidny chłop, choć fakt, że gada tyle, co ten jego pies.
— Długo tu mieszka?
— Drugi rok. Kupił tę ruinę pod lasem, wyremontował tyle, żeby dało się żyć, a potem już zaczął porządny remont. Pomieszczenie po pomieszczeniu. Raz tam byłam i muszę przyznać, że bardzo ładnie i funkcjonalnie to zrobił. — Barbara uśmiechnęła się z uznaniem, wspominając surowe wnętrza domu Kraba.
— Teraz parter już ma do użytku i teraz, jak się kiedyś wygadał, robi piwnicę. Dla nas to po prostu pan Jakub. Porządny, choć nieprzenikniony jak ten beton na lotnisku.
Julia pokiwała głową, przeżuwając powoli.
Ten mężczyzna zaczynał ją interesować co raz bardziej. Już te kilka dni, pozwoliły jej mieć pewność, że może jej się przydać w tym, po co tutaj przyjechała.
* * *
Pora obiadowa zastała Jakuba w samym środku walki z pylącymi cegłami. Skończył właśnie gruntować ostatnią ścianę, gdy w kieszeni spodni odezwał się telefon. Zerknął na wyświetlacz. Marek.
— Melduję, że za pół godziny będę u ciebie — głos w słuchawce był głośny i pewny siebie. — Jaką pizzę mam przywieźć? Bo jestem pewny, że obiadu nie zrobiłeś, a ja umieram z głodu. Zajadę po drodze do „Domowej”.
Jakub otarł pot z czoła, patrząc na świeżo pomalowany mur.
— Weź to samo co zwykle.
— Czyli dwie rzeźnickie? Dobra, będę za moment — Marek rozłączył się, nie czekając na potwierdzenie.
Jakub odłożył pędzel i zakręcił puszkę z gruntem. Cholerstwo śmierdziało niemiłosiernie, wypełniając piwnicę chemicznym, duszącym odorem. Zostawił robotę, otworzył szerzej drugie okienko pod sufitem, żeby wyciągnęło ten zaduch, i poszedł na górę.
Musiał się wyszorować i przebrać; czuł, jak impregnat lepi mu się do skóry. Szybki prysznic i gdy kończył zmywać w zlewie ostatnie naczynia po śniadaniu, usłyszał znajomy warkot silnika i chrzęst żwiru na podjeździe.
Kapral zareagował natychmiast — radosne, tubalne szczekanie niosło się po całym podwórku. Pies uwielbiał Marka.
Jakub wyjrzał przez okno. Czarny golf zaparkował tuż przy garażu, a zza kierownicy wysiadł wysoki, szczupły blondyn w bluzie z kapturem. Marek.
Miał dwadzieścia dwa lata i był jedyną osobą, która potrafiła tak bezceremonialnie wbić się Jakubowi na chatę z dwiema rzeźnickimi pizzami.
Młody Krab wypuścił psa z objęć, chwycił parujące pudełka z dachu auta i ruszył w stronę ganku, uśmiechając się szeroko do ojca stojącego w oknie.
— Melduję się na posterunku! — zawołał, wchodząc do kuchni, która natychmiast wypełniła się zapachem pieczonego mięsa i czosnku. — Ale tu u ciebie wali chemią, tato. Znowu coś maziałeś w tej swojej jaskini?
Jakub uśmiechnął się półgębkiem. Widok syna zawsze działał na niego lepiej niż jakakolwiek terapia. Uścisnęli sobie ręce.
— Gruntowałem ściany, żeby mi się na głowę nie sypało. Kładź to na stole, zaraz podam talerze.
— Daj spokój z talerzami, prosto z kartonu najlepiej smakuje — Marek rzucił pudełka na blat i od razu sięgnął po pierwszy kawałek. — Co tam w Lipowicach? Dalej nuda, czy może wreszcie coś konkretnego wykopałeś? Bo wiesz, te zardzewiałe ruskie guziki, co je znosiłeś w zeszłym roku, to się nie liczą jako znalezisko. Chyba już czas na coś poważnego.
Jakub zamarł na sekundę przy szafce, trzymając w ręku kubki.
Przypomniał sobie te wszystkie godziny spędzone z detektorem w lesie, kiedy Marek był jeszcze podlotkiem i towarzyszył ojcu z wypiekami na twarzy.
Ostatnio rzadziej wyciągał „piszczałkę” z pokrowca, ale instynkt poszukiwacza wciąż w nim siedział.
— Guziki to też historia, młody — odparł spokojnie, siadając naprzeciwko syna. — Na razie nic nowego. Ziemia tu jest twarda i niechętnie oddaje to, co zabrała.
Marek przeżuł kawałek pizzy i spojrzał na ojca z błyskiem w oku.
— Wiesz, na uniwerku bawimy się teraz nakładaniem starych map lotniczych na współczesne skany LiDAR. Może bym ci wygenerował jakąś porządną mapę tych twoich krzaków?
Jakub uniósł brwi.
Propozycja syna uderzyła w punkt, o którym myślał od spotkania z Julią.
Wyszli na ganek, niosąc pudełka z pizzą. Jakub wyciągnął z lodówki sześciopak i usiedli obok siebie na drewnianych schodach.
— Mam dla ciebie coś ciekawego — powiedział Jakub. — O studiach nie gadamy, wakacje są. Ale wspomniałem pani sekretarz z gminy, że zaraz będziesz musiał znaleźć miejsce na praktyki.
Marek uniósł wzrok.
— I?
— Powiedziała, żebyś do niej zajrzał. Jeśli się dogadacie, to mogą cię przyjąć.
Przez chwilę nic nie mówił.
— To byłoby nawet niezłe.
— Podobno dostali drona, mają trochę starych map i chcą uporządkować dokumentację terenów.
* * *
Uznała, że ktoś po geoinformatyce może im się przydać.
Marek pokiwał głową.
— Brzmi sensownie.
— Pójdziesz?
— Pewnie. I tak muszę gdzieś te praktyki zrobić. Lepiej tutaj niż później ganiać po firmach we Wrocławiu i prosić się o miejsce.
Jakub uśmiechnął się.
— Też tak pomyślałem.
— To jutro podjadę i zobaczę, o co chodzi.
Siedzieli na schodach, gdy Kapral nagle uniósł łeb i krótko szczeknął w stronę bramy.
Jakub spojrzał w tamtą stronę.
Ścieżką, prosto w stronę ich domu, nadjeżdżał rower. Julia, w brązowej bluzie z kapturem, w beżowych jeansach i białych New Balancach, z blond włosami, które wiatr zdejmował z jej ramion, wyglądała jak studentka pierwszego roku.
Podjechała pod sam płot i delikatnie zsiadła z siodełka — widać było, że noga już działa, lecz jeszcze nie do końca.
Jakub wstał powoli, starając się ukryć zaskoczenie. Podszedł do ogrodzenia, zachowując swój zwykły, spokojny dystans.
— Pani Julio. Widzę, że noga już prawie nosi — rzucił zamiast powitania, omiatając wzrokiem jej sylwetkę.
— Cudotwórczyni ta pana sąsiadka, panie Jakubie! — roześmiała się, opierając rower o płot. — Musiałam sprawdzić, jak się jeździ po tej pańskiej „operacji”. Rower płynie! A noga jeszcze moment i będzie jak nowa.
Stali tak przy płocie, wymieniając uprzejmości, gdy nagle obok Jakuba wyrósł Marek. Chłopak otarł dłonie o spodnie i z błyskiem rozbawienia w oczach spojrzał na ojca.
— Tato, może nas przedstawisz? — zapytał, ewidentnie ciesząc się
z konsternacji Jakuba.
— Tak… oczywiście — Jakub chrząknął, czując, że traci kontrolę nad sytuacją. — To Julia Linder, znajoma z lasu. A to mój syn, Marek.
Chłopak nie czekał na dalsze uprzejmości. Przesunął dłoń nad płotem i uścisnął rękę Julii ze szerokim uśmiechem.
— Bardzo mi miło. Słuchajcie, przecież nie będziemy tak stać przy płocie jak na przesłuchaniu. Zapraszamy na taras, mamy zimne piwo i jak trzeba, gorącą kawę.
— Dziękuję, ale ja tylko… — zaczęła Julia, lekko speszona, ale Marek już jej nie słuchał.
Bezceremonialnie otworzył bramkę, chwycił jej rower jedną ręką,
a drugą delikatnie ujął ją pod łokieć, kierując w stronę schodów.
— Żadnych „tylko”. Rower odpocznie pod gankiem, a pani z nami. Tato, podaj jeszcze jedną puszkę!
Jakub stał przez chwilę jak zamurowany, patrząc na plecy syna i lekko zdezorientowaną Julię, którą Marek właśnie usadzał na drewnianym stopniu.
Krab musiał przyznać jedno — młody miał tupet, którego jemu samemu dawno zabrakło.
— No tak… Marek ma rację. Proszę usiąść — wykrztusił w końcu Jakub, podchodząc do nich i wyciągając z sześciopaku chłodną puszkę.
Julia przyjęła piwo, patrząc na niego z rozbawieniem, którego nie potrafiła ukryć.
Siedząc między surowym weteranem a jego energicznym synem, wyraźnie dobrze się bawiła.
Jakub milczał, obserwując syna, który czuł się tu teraz bardziej jak gospodarz niż on sam.
— No i jak tam, Pani Julio? — zagaił Marek uśmiechając się półgębkiem. — Odpuściła już Pani winowajcom tę kontuzję, czy Kapral wciąż ma zakaz zbliżania się do roweru?
— A skąd ta wiedza?
— Tato nie omieszkał mi się wczoraj pochwalić, jak to ratował kobietę w potrzebie — odpowiedział Marek, niewinnie zerkając na ojca.
Julia zaśmiała się cicho, rzucając okiem najpierw na Jakuba a potem na psa, który z nadzieją wpatrywał się w jej niebieskie oczy. Jakub udał, że tego nie widzi.
— Tak się mną po tym wszystkim zaopiekowali, że wszystkie winy zostały uroczyście odpuszczone. Nie mam serca się gniewać — powiedziała i pogłaskała psa, który w jednej chwili znalazł się przy niej.
Marek odstawił pustą puszkę i podparł brodę ręką, patrząc na nią ciekawie.
— Ten akcent… — Marek zawiesił głos, przyglądając się jej z zaciekawieniem. — Brzmi znajomo, ale jakoś tak twardo. Jakby polski był pani drugim językiem.
W tej samej chwili słońce schowało się za chmurami, a od lasu pociągnął lekki chłód. Julia drgnęła, odruchowo zapięła bluzę pod samą szyję i po krótkim namyśle odpowiedziała:
— Bo tak jest. Ojciec Niemiec, matka Polka. Mama pilnowała języka, ale szkoła i praca zrobiły swoje.
Jakub pokiwał głową z uznaniem.
— Rzadkość, po tylu latach.
— Podstawa — ucięła Julia. — Szlifowałam go co wakacje u rodziny pod Łodzią. Tu przyjechałam po ciszę.
Spojrzała na Jakuba, a ten odwzajemnił uśmiech.
— Ale nie tylko — dodała poważniej. — Także po historię rodzinną, która nie daje mi spokoju.
Jakub odstawił puszkę, chciał dopytać, ale Marek był szybszy.
— Dobra, słuchajcie. Pijemy piwo z tego samego sześciopaku, czochramy tego samego psa, a „panujemy” sobie jak u biskupa. Jestem Marek, to Jakub, ty jesteś Julia. Tak będzie prościej. Co wy na to?
Jakub skwitował propozycję syna krótkim mruknięciem i wyciągnął dłoń.
— Marek ma rację. Jakub.
— Julia. Dla przyjaciół Julka — roześmiała się, mocno ściskając jego dłoń. — Od razu lżej.
— Marek — dorzucił chłopak, przytrzymując dłoń o ułamek sekundy za długo, co nie umknęło uwadze Jakuba.
— No! To, skoro protokół mamy z głowy, dziel się tą historią, Julko — powiedział uwalniając dłoń dziewczyny.
Jakub drgnął. Chciał go mitygować, uciąć tę studencką bezpośredniość, ale słowa już padły.
Julia siedziała z puszką w dłoni, patrząc to na jednego, to na drugiego, a po chwili westchnęła i wstała.
— Następnym razem — ucięła z uśmiechem, odstawiając pustą puszkę na stopień. — Na dzisiaj limit wrażeń wyczerpany.
Jakub natychmiast ruszył w stronę roweru opartego o ganek. Podał jej kierownicę. Ruszyli w stronę bramki, z Kapralem drepczącym dumnie na przedzie, jakby to on był tu głównym dowódcą warty.
Gdy Julia przeszła na drugą stronę płotu i chwyciła siodełko, Marek, opierając się o słupek, rzucił jakby od niechcenia:
— Słuchaj, Julka. Wymienimy się numerami?
Jakub drgnął i zawahał się, czując, że to kolejna bariera, którą jego syn forsuje bez pytania. Ale ona już wyciągała telefon.
— Jasne. Dyktuj — powiedziała, uśmiechnięta.
Marek wyrecytował swój numer, a potem spojrzał na ojca z wyczekiwaniem. Jakub, pod ciężarem spojrzeń ich obojga, westchnął cicho i wyciągnął smartfon.
— Zapisz też mój. Na wypadek, gdyby ten młody gniewny znowu zapomniał naładować baterię — mruknął Jakub.
Wymiana trwała chwilę. Cyfry zapisały się w pamięci telefonów, tworząc nową, niewidzialną więź.
— Do zobaczenia, panowie! Dzięki za piwo i.…, za wszystko — zawołała, wskakując na siodełko.
Pomachała im ręką i ruszyła drogą. Patrzyli w milczeniu, jak jej sylwetka powoli maleje, aż w końcu zniknęła za zakrętem. Już zmierzchało, a w powietrzu czuć było wilgoć nadchodzącej nocy.
— No, tato… — Marek trącił go ramieniem, wciąż patrząc w stronę, gdzie odjechała. — Muszę przyznać, że masz bardzo ciekawych „znajomych z lasu”.
Jakub nie odpowiedział. Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę domu.
W kuchni panował spokój, przerwany jedynie chrupaniem karmy przez Kaprala. Jakub i Marek dojadali resztki pizzy, popijając je herbatą.
— Dobra, tato. Rano jadę do gminy i zgłoszę się do pani sekretarz. Zobaczę, co przygotowali dla praktykanta. Jeśli dostanę stare mapy lotniska i archiwalne materiały, to może uda się z tego wyciągnąć coś ciekawego.
Jakub pokiwał głową, patrząc na syna z lekkim uśmiechem. Podobał mu się ten zapał.
— Rób swoje. Tylko pamiętaj, to urząd, nie uniwerek, a ty nie wykładowca tylko stażysta. Ja rano lecę z Kapralem na dłuższą pętlę. Do bunkra i z powrotem, muszę trochę przewietrzyć płuca.
— Dziesiątka? — zapytał Marek, przeciągając się leniwie.
— Co najmniej. Kapral też potrzebuje wycisku po tym dzisiejszym lenistwie na ganku — Jakub spojrzał na psa, który na dźwięk swojego imienia uniósł łeb.
Marek wstał i klepnął ojca w ramię.
— To do jutra. Idę spać, bo te wasze Lipowice wykańczają człowieka szybciej niż sesja we Wrocławiu.
Jakub zgasił światło w kuchni i przez chwilę stał w ciemności, patrząc na poświatę księżyca padającą na podłogę.
Rozdział 6
Marek zaparkował pod niskim, tynkowanym budynkiem urzędu gminy i wygładził koszulę. Poprawił torbę z laptopem i ruszył korytarzem, który pachniał płynem do podłóg i poranną kawą.
Pukanie do drzwi z tabliczką „Sekretarz Gminy” spotkało się z natychmiastowym, dźwięcznym zaproszeniem. W środku, za biurkiem zawalonym papierami, siedziała pani Krystyna Wieczorek.
— Dzień dobry, pani sekretarz. Marek Krab — przedstawił się.
Sekretarz uśmiechnęła się szerzej niż wymagał tego urzędowy protokół. Znała Jakuba, widywała go w sklepie, czasem mijała na drodze, ale syna widziała dotąd tylko przelotem. Teraz, gdy stanął przed nią — młody, wysoki blondyn, z tym samym błyskiem w oku co ojciec — od razu poczuła przypływ sympatii.
— Ach, młody pan Krab! — zaćwierkała, wstając. — Proszę, niech pan siada. Kawa? Herbata?
Marek usiadł, kładąc laptop na blacie.
— Kawa brzmi świetnie, ale ojciec mówił, że podobno mogę się tu przydać.
Krystyna sięgnęła po telefon stojący na biurku.
— Najpierw kawa. Przy poważnych rozmowach kawa jest obowiązkowa.
Po chwili odłożyła słuchawkę i oparła przedramiona o blat.
— Pański tata wspomniał, że musi pan odbyć praktyki.
— Tak.
— No to dobrze się składa. My z kolei od dawna odkładamy kilka spraw, na które zwyczajnie brakuje ludzi. Pomyślałam, że może uda się połączyć jedno z drugim.
Marek skinął głową.
— A czym miałbym się zająć?
Krystyna otworzyła jedną z szaf i wyjęła grubą teczkę.
— Terenami po dawnym lotnisku. W archiwum leżą mapy z różnych okresów — niemieckie, radzieckie i nasze. Do tego dochodzą zdjęcia, pomiary i cała masa dokumentów, z których niewiele dziś wynika. Każdy coś dopisywał, coś zmieniał, a porządku nikt z tym nie zrobił.
Położyła teczkę przed Markiem.
— Nie oczekuję cudów. Chciałabym po prostu wiedzieć, co właściwie mamy.
Marek otworzył teczkę i przejrzał kilka pierwszych stron.
— W jakiej formie są materiały?
— Głównie papierowej.
— To dobrze.
Spojrzała na niego zaskoczona.
— Dobrze?
— Papier da się zeskanować, opisać i połączyć z obecnymi mapami. Jeśli dokumentacja jest kompletna, można z niej zrobić całkiem porządną bazę danych.
Krystyna uśmiechnęła się z wyraźną ulgą.
— Właśnie na coś takiego liczyłam.
W tym momencie do gabinetu zapukała sekretarka z dwoma kubkami kawy.
— Dziękuję, pani Halinko.
Poczekała, aż drzwi się zamkną.
— Jest jeszcze jedna sprawa. Dron.
— Dron?
— Wygraliśmy go w konkursie dla gmin. Leży od miesiąca u wójta, bo wszyscy boją się go uruchomić.
Na twarzy Marka pojawił się pierwszy, szczery uśmiech.
— Ja się nie boję.
— Pański tata uprzedzał, że ma pan uprawnienia.
— Robimy na nich sporo projektów na uczelni.
— W takim razie będzie pan pierwszą osobą, która naprawdę zrobi z niego użytek. Jak tylko wójt wróci z terenu, podpisze użyczenie i będzie pan mógł go zabrać.
Krystyna przez chwilę taksowała Marka wzrokiem, aż wreszcie z uśmiechem powiedziała:
— Proszę potraktować to jako pierwsze zadanie na praktykach. Proszę obejrzeć teren dawnego lotniska, zrobić dokumentację fotograficzną i zobaczyć, czy uda się uporządkować to wszystko z archiwami. Nie zależy mi na sensacji. Chciałabym po prostu mieć porządek w dokumentacji.
Marek pokiwał ze zrozumieniem głową.
— Rozumiem i myślę, że sprostam wymaganiom — stwierdził pewnym głosem.
Kilka minut potem drzwi gminy zamknęły się za nim, a on, patrząc na ulicę pełną samochodów, z ulgą stwierdził, że teraz to już będzie z górki.
Od tamtego spotkania minęło kilka dni, podczas których upał w Lipowicach tylko przybrał na sile.
Gdy Marek zaparkował golfa pod domem, od razu poczuł zapach smażonej cebuli i mięsa. Jakub, zgodnie z obietnicą, „upitrasił” konkretny, męski obiad — schabowe z młodymi ziemniakami. Kapral przywitał chłopaka na podjeździe, merdając ogonem tak mocno, że aż obijał się o zderzak samochodu.
W kuchni panowała atmosfera roboczego spokoju. Jakub nałożył synowi solidną porcję, a Marek, głodny jak wilk, od razu zabrał się do jedzenia.
— No i jak tam w urzędzie? Jakoś się nie chwaliłeś — zagaił Jakub, siadając naprzeciwko. — Krysia cię nie zamęczyła tymi papierami?
Marek przełknął kęs i uśmiechnął się szeroko.
— A co tu mówić. Wszystko pod kontrolą, a Krysia jest specyficzna, tato. Nawiasem mówiąc, zaprasza nas na piwo na taras. Ma jakąś sprawę do ciebie albo po prostu chce, żebyś w końcu przestał być samotnikiem.
Jakub mruknął coś niewyraźnie pod nosem, co brzmiało jak „nie mam czasu na tarasy”, ale Marek tylko machnął ręką.
Po obiedzie wyszli na ganek. Jakub wyciągnął z lodówki dwa chłodne piwa, a Marek pokazał ojcu mapy, które dostał z gminy.
— Mam obejrzeć teren dawnego lotniska, zrobić dokumentację fotograficzną, uporządkować, uzupełnić i właściwie już sporo zrobiłem. Może teraz coś z gatunku wakacji? Jedźmy nad jezioro, wykąpałbym się — zaproponował chłopak, zwijając mapy.
Po kilku minutach wsiedli na rowery i ruszyli przez las. Kapral trzymał tempo, wyraźnie zadowolony z ruchu.
Jakub prowadził bezbłędnie, omijając główne kąpielisko i głośny pomost, wybierając wąską, niemal niewidoczną ścieżkę w trzcinach.
Dotarli do jego ulubionej zatoczki — miejsca, gdzie dno było piaszczyste, a woda krystalicznie czysta i, co najważniejsze, nie było tu ludzi.
Tym razem stanął zaskoczony.
Kawałek dalej, na suchej trawie, leżał rozłożony duży, wzorzysty ręcznik, a obok niego porzucone w nieładzie kobiece ubranie i sandały.
— No, tato, wygląda na to, że nie tylko ty cenisz sobie prywatność — zażartował Marek, zdejmując koszulkę i rzucając ją na ramę roweru.
Jakub mruknął coś pod nosem, ściągnął t-shirt i buty, zostając w samych kąpielówkach. Bez słowa ruszył w stronę wody, brodząc energicznie, aż zanurkował z cichym pluskiem.
Marek ruszył w jego ślady, wbiegając do jeziora z młodzieńczą brawurą. Kapral natomiast ani myślał o kąpieli. Podszedł do ich ubrań, pochłeptał trochę wody z brzegu, po czym dostojnie usiadł na piachu, kładąc pysk na łapach.
— Pilnuj! — rzucił Jakub, wynurzając się kilka metrów dalej.
Pies krótko warknął, potwierdzając rozkaz i zajął pozycję obserwacyjną. Ojciec i syn ruszyli miarowym kraulem w stronę środka zatoki. Ramiona Jakuba cięły wodę z precyzją maszyny, a Marek, płynąc tuż obok, bez wysiłku dotrzymywał mu tempa.
Jezioro było przyjemnie chłodne.
Woda w tej części była orzeźwiająca, ale Jakub poczuł nagły skok temperatury, gdy zza pasa gęstych trzcin wypłynęła jakaś postać.
— Czy to nie Julka? — Marek uniósł się na wodzie, mrużąc oczy od słońca.
Jakub zatrzymał się, wyrównując oddech. Zanim jednak zdążył cokolwiek mruknąć, syn już nie czekał na potwierdzenie. Z radosnym okrzykiem ruszył w jej stronę, rozpryskując wodę wokół siebie. Jakub, czując nagły przypływ irytacji zmieszanej z dziwnym skrępowaniem, zawrócił i spokojnym tempem dopłynął do brzegu.
Usiadł na suchym piachu, czując, jak słońce natychmiast zaczyna pić wilgoć z jego ramion. Kapral, który dotąd trwał na posterunku, teraz merdał ogonem, patrząc na zbliżającą się parę.
Marek i Julka wychodzili z wody, śmiejąc się i rozmawiając tak swobodnie, jakby znali się od lat. Jakub obserwował ich spod zmrużonych powiek. Po raz pierwszy widział ją w stroju kąpielowym.
Julia miała na sobie jednoczęściowy, czarny kostium, który doskonale eksponował jej wysportowaną sylwetkę. Każdy muskuł opalonych ramion i długich nóg grał pod skórą przy każdym kroku na piasku.
— Cześć! — rzuciła radośnie w stronę Jakuba, przeczesując palcami mokre włosy.
Marek szedł krok za nią.
Krab widział, jak syn bezceremonialnie „skanuje” jej plecy i nie tylko, uśmiechając się przy tym od ucha do ucha.
— Melduję, że właśnie przyjęliśmy zaproszenie! — zawołał, otrzepując się z wody jak pies. — Idziemy do Julii na kawę i sernik. Podobno piwo też się znajdzie, jeśli będzie ochota.
Jakub drgnął i odruchowo spojrzał na swoje ubranie leżące na rowerze.
— Miałem na dzisiaj zaplanowane kończenie piwnicy… — zaczął.
Kuba, piwnica nie ucieknie — ucięła Julia, stając nad nim i patrząc mu prosto w oczy. — Nie przyjmuję odmowy. Pomagałam Basi piec ten sernik specjalnie dla was. To ma być oficjalne podziękowanie za naprawę roweru i te wszystkie wycieczki po lekarzach. No i… — ściszyła nieco głos, a jej spojrzenie stało się poważniejsze — obiecałam przecież opowiedzieć coś więcej o tamtej historii. Pamiętasz?
Jakub spojrzał na rozpromienionego Marka, potem na pewną siebie Julię i w końcu na Kaprala, który już lizał ją po mokrej dłoni.
— Sernik Basi to poważny argument — mruknął w końcu, wstając i sięgając po t-shirt. — Dobrze. Ale tylko na chwilę.
Marek oblizał widelec i sięgnął po dokładkę, ignorując kpiące spojrzenie ojca.
— Serio, Julia, ten sernik to petarda. Basia powinna otwierać cukiernię, a nie pensjonat.
— Słyszałam! — dobiegło ich zza tarasu, gdzie Basia dopieszczała kwiaty na rabatce. — Cieszę się, że smakowało. Jakby co, dokroję — zapewniła.
Jakub oparł łokcie o kolana i pochylił się w stronę dziewczyny.
— No dobrze, Julia. Pośmialiśmy się, sernik zjedzony. Co to za rodzinna historia, o której wspominałaś? Co cię tu tak naprawdę przygnało?
Rozdział 7
Marek zatrzymał widelec z kawałkiem sernika w połowie drogi do ust. Uniósł brwi, przenosząc wzrok z ojca na Julię, która splotła palce na kolanach i wbiła wzrok w gęstniejący cień pod lasem. Wypuściła głośno powietrze, jakby w końcu zrzucała z siebie jakiś ciężar.
— Wszystko zaczęło się od pradziadka, Karla Webera — zaczęła cicho. — Służył tutaj, na lotnisku w Lindenau. Miał przyjechać na przepustkę do Berlina, ale w ostatniej chwili mu ją cofnięto.
Urwała nagle i zamyśliła się. Na tarasie zapadła cisza, którą mąciło jedynie miarowe sapanie Kaprala.
— W którym to było roku? — zapytał Jakub, mrużąc oczy.
— W połowie października 1944 roku. I to wtedy przyszedł list, w którym pisał o potwornej tęsknocie za żoną Margaretą i córeczką Anną. Ta ostatnia wiadomość od niego nie przyszła pocztą, przyniósł ją Hans, jego przyjaciel i współlokator. To był ostatni list i ostatni ślad po Karlu.
Marek zmarszczył czoło.
— Nikt nie próbował go szukać? Przecież były jakieś ewidencje, dowództwo, Czerwony Krzyż…
— Próbowali, ale to była końcówka wojny — wyjaśniła Julia, patrząc mu prosto w oczy. — Rosjanie byli już tuż-tuż, panował chaos. Trudno było się z kimkolwiek skontaktować, a co dopiero szukać jednego żołnierza.
Jakub w zamyśleniu bawił się przez chwilę uchem kubka. Myśl, która właśnie zaświtała mu w głowie, była tak nierealna, że aż potrząsnął z niedowierzaniem głową.
— A Hans? — drążył dalej Marek. — Skoro Hans był jego kolegą z jednostki i dobrze się znali, to on musiał coś wiedzieć.
— Pytali go — przytaknęła. — Hans sam przyniósł ten ostatni list do ich mieszkania na Epsteinstrasse. Margareta pytała go wtedy, co z Karlem, dlaczego nie przysłał tego pocztą. Hans powiedział tylko, że to jemu, a nie Karlowi, dali przepustkę w ostatniej chwili. Karl dał mu ten list do ręki, bo tak było szybciej i pewniej.
Jakub odstawił kubek i spojrzał na Julię.
— Przez tyle lat… nikt nie próbował go szukać oficjalnie? Czerwony Krzyż, archiwa, cokolwiek?
Julia wypuściła głośno powietrze, a jej ramiona lekko opadły.
— Szukali. Przez te wszystkie lata kolejne pokolenia próbowały odkryć, co się stało w Lindenau. Ale z każdym rokiem było coraz trudniej, ślady stygły, a ludzie umierali.
Zamilkła na chwilę, zaciskając dłonie na krawędzi stołu.
— Dowiedzieli się tylko tyle, że Karl rzekomo uciekł. Dezerter. Taką łatkę mu przypięto. Ale to nieprawda. Pomijając już ten cały żołnierski honor i ojczyznę, on nigdy by nie zostawił żony i córeczki w takiej nieświadomości. On po prostu taki nie był.
Jakub, widząc jej bezsilność, przesunął dłoń po blacie i delikatnie dotknął jej ramienia.
— Teraz będzie łatwiej, Julia. Ruskich już tu nie ma, nikt nie pilnuje tych lasów z karabinem. Poza tym nie jesteś już z tym sama. Ja i Marek ci pomożemy. Na pewno wszystko dobrze się skończy.
Młody Krab, chcąc rozładować gęstą atmosferę, zaśmiał się krótko i mrugnął do Julii porozumiewawczo.
— Tym bardziej że mój staruszek ma w gminie bardzo przychylną mu osobę. Pani sekretarz patrzy na niego jak kot na mysz, więc sprawa na pewno ruszy z kopyta. Archiwa stoją przed nami otworem.
Julia uśmiechnęła się blado, a Jakub tylko mruknął coś pod nosem, nie zabierając jednak ręki z jej ramienia.
Trochę napiętą atmosferę na tarasie przeciął nagły chrzęst żwiru. Pod bramkę pensjonatu podjechała taksówka. Kapral, dotąd znudzony, zerwał się na równe jej i z głośnym szczekaniem pognał w stronę ogrodzenia.
Z samochodu wysiadła młoda, drobna, ruda dziewczyna. Krótkie spodenki, koszulka na ramiączkach i bejsbolówka naciśnięta nisko na czoło. Przez ciemne okulary rzuciła niechętne spojrzenie na dom, podczas gdy taksówkarz wyciągał z bagażnika jej walizkę.
Dziewczyna pewnie pchnęła bramkę, ale drogę zagrodził jej Kapral. Pies stanął sztywno i wydał z siebie niski, ostrzegawczy warkot.
— A ty kto? Puść mnie, kundlu! — fuknęła, próbując go ominąć.
Na hasło „kundel” Kapral zareagował natychmiast — warknął głośniej, szczerząc zęby.
Dziewczyna zamarła w pół kroku, a Marek błyskawicznie zerwał się z krzesła.
— Kapral, do nogi! — huknął, zbiegając ze schodów na pomoc.
Pies posłusznie wycofał się do Jakuba, który też zdążył już wstać.
W tym samym momencie zza rogu domu wyłoniła się Barbara z wiadrem pełnym zielska.
— Piękne dzięki za odebranie mnie ze stacji! — zawołała dziewczyna, podnosząc plecak z ziemi i łapiąc walizkę za rączkę. — Trzeba zapłacić za kurs, mnie się forsa skończyła — rzuciła do Barbary.
Ruszyła w stronę domu, omijając osłupiałą gospodynię, która zaczęła nerwowo macać się po kieszeniach spodni. Taksówkarz, wyraźnie zniecierpliwiony, przytupywał przy samochodzie. Marek, widząc zamieszanie, podszedł do płotu, wyciągnął portfel i po krótkiej wymianie zdań kierowca wsiadł do auta i odjechał.
— Magda? Przecież miałaś być jutro, ósmego! — wykrztusiła wreszcie Barbara, patrząc to na gości, to na jej córkę.
— Mamo! Jakbyś wreszcie przyswoiła, że komórkę trzeba mieć włączoną, a nie wyciszoną w kuchni, to byś wiedziała, że stałam jak idiotka pod stacją! — odburknęła Magda, nie zwalniając kroku. — Poza tym dzisiaj jest ósmego, nie jutro.
Marek uniósł rękę z telefonem.
— Ma rację, dzisiaj jest ósmego — potwierdził z lekkim rozbawieniem.
Dziewczyna zmierzyła go gniewnym spojrzeniem i zniknęła w drzwiach pensjonatu.
Barbara, wciąż oszołomiona, ruszyła za nią, rzucając gościom przez ramię krótkie: „To moja córka”.
Na tarasie zapadła chwila ciszy. Jakub, odprowadzając ją wzrokiem, pokręcił głową.
— Co to właściwie było?
— To? To córka wraca do domu — odpowiedziała Julia, a panowie wybuchnęli śmiechem, rozładowując napięcie po burzliwym powrocie Magdy.
— Jeszcze po kawałku sernika? — spytała Julia, sięgając po talerz, na którym zostało jeszcze sporo ciasta.
Jakub odstawił szklankę, po której spływały resztki piwa, i wstał powoli, otrzepując spodnie z okruchów ciasta.
— Dziękujemy, sernik doskonały, ale na nas pora — rzucił spokojnie, posyłając Julii lekki, przepraszający uśmiech.
Marek uniósł brwi, zaskoczony nagłym komunikatem ojca. Spojrzał na niego uważnie, próbując wyczytać coś z jego twarzy.
— To ja może… — zaczął i nie dokończył.
Jakub nie odpowiedział. Zatrzymał na nim wzrok — to krótkie, twarde spojrzenie Marek znał aż za dobrze. Nie było sensu dyskutować.
— Jasne. Idziemy — Marek wstał i odsunął krzesło. — Dzięki, Julia. A co do sernika, to na mnie zawsze możesz liczyć — zaśmiał się i dodał: — Nigdy nie odmówię.
Julia, wyraźnie zdziwiona tak nagle zakończoną wizytą, przytaknęła i odprowadziła ich do samej bramki.
— Cześć — rzucił Jakub przez ramię, już ruszając przed siebie.
— Do zobaczenia — usłyszał w odpowiedzi.
Odwrócił się jeszcze na moment. Julia stała oparta o drewnianą furtkę, odprowadzając ich wzrokiem, dopóki nie zniknęli za zakrętem. Wyszli z pensjonatu, prowadząc rowery.
Szli w milczeniu, słysząc jedynie chrzęst żwiru pod butami i miarowy oddech Kaprala. Marek czekał na wyjaśnienia, ale Jakub szedł zamyślony, nie zwracając uwagi na pytające spojrzenia syna.
Po wejściu do domu od razu skierował się do piwnicy.
— Idź do kuchni, zaraz wracam — rzucił przez ramię.
Marek usłyszał szczęk metalowej szafy i przesuwanie skrzynek na dole. Po chwili Jakub wrócił z piwnicy i położył na blacie ciężkie zawiniątko w naoliwionej szmacie, potem usiadł przy stole i z szerokiej szuflady wyciągnął płócienny brulion.
— Co to? Kolejna unikatowa łyżka z grawerem kucharza z Wehrmachtu? — Marek uśmiechnął się kpiąco, nawiązując do pasji ojca. — Tato, przemierzasz kilometry po chaszczach z wykrywaczem, znosisz do domu guziki i aluminiowy złom, którego nawet na skupie by nie chcieli, a teraz robisz z tego taką scenę?
Jakub powoli odwinął szmatę. Czarna, chłodna stal pistoletu z numerem 21-04-12 matowo lśniła w świetle kuchennej lampy. Marek przestał się uśmiechać.
— To leżało na strychu, w skrytce przy kominie — Jakub wskazał na broń i brulion. Podszedł do laptopa i odpalił folder o nazwie „strych”.
Na ekranie pojawiły się zdjęcia pożółkłych stron zapisanych starannym pismem, a pod spodem ich tłumaczenie.
— Czytaj — rzucił Jakub krótko. — To są notatki pisane chyba przez jakiegoś żołnierza i to raczej oficera. I wymienia tam imię, które wielokrotnie dzisiaj Julia powtarzała. Karl. Karl, który zaginął.
Marek czytał w skupieniu, a Jakub nie przerywał ciszy.
— Skończyłem — odezwał się, po czym przeniósł wzrok na pistolet i spojrzał na ojca z lekkim wyrzutem. — I ty mi nic nie powiedziałeś? — wykrztusił w końcu. — Trzymałeś takie znalezisko w szufladzie pod sztućcami i w piwnicy między śrubami? Przecież to nie jest kolejny zardzewiały guzik, tato. To jest broń i żywa historia wojenna.
Jakub wzruszył ramionami i oparł się o krawędź ciężkiego stołu.
— A co miałem ci powiedzieć? Że znalazłem stary zeszyt z niemieckimi bazgrołami, z których nic nie wynikało? Potraktowałem to trochę jak makulaturę po Niemcach.
Dopiero gdy Julia zaczęła na tarasie opowiadać o tym swoim dziadku, o Karlu… coś mi kliknęło w głowie. Tu Karl i tam Karl. Ten sam? Musisz przyznać, że to brzmi jak scenariusz kolejnego odcinka Indiany Jonesa, a nie rzeczywistość.
— Masz rację, ale jeśli nie? Jeśli coś jest na rzeczy? No, a ten pistolet?
Marek ostrożnie dotknął palcem chłodnej lufy.
— Wyniosłem go do piwnicy i zabezpieczyłem, bo szkoda takiego dobrego egzemplarza — mruknął Jakub. — Gdybym zgłosił to na policję, miałbym tu jutro armię urzędników, saperów i prokuratora na karku. Nie po to kupiłem ten dom, żeby mi go teraz rozbierali na części przez głupi kawałek żelastwa.
Jakub przysunął laptop bliżej środka stołu. Ekran rozświetlił ich twarze bladym blaskiem.
— I co o tym myślisz?
Marek potarł kark, nie odrywając oczu od tekstu.
— Myślę, że to nie jest zwykła pamiątka, tato. Ten żołnierz pisze wyraźnie: „Z-pod jego materaca zabrałem pistolet. Na pewno nie był jego”. Skoro Karl był przerażony przed zniknięciem, to ten pistolet musiał mieć jakieś znaczenie, i to chyba takie, które wiązało się z czymś naprawdę niebezpiecznym.
Chłopak przybliżył zdjęcie strony z 14 października.
— Zobacz na te godziny. Od lądowania Junkersa do odjazdu kolumny mija trochę czasu. To było dokładnie zaplanowane i wykonane.
Jakub skinął głową i wskazał palcem na ekran.
— Masz rację. Ten fragment o czystce… „Na zmianie nie ma już nikogo z ludzi, z którymi służyłem od miesięcy”. Nobel-DAG. Wszyscy zniknęli w fabryce amunicji w ciągu kilku dni. Został tylko ten, który to pisał. I on też wiedział, że jest następny.
Przez chwilę milczeli obaj, jakby rozgryzając w myślach własne przypuszczenia.
— Julia mówiła, że jej dziadek Karl zniknął tak samo jak ten Karl, o którym wspomina autor zapisków. Sądząc po tym, w jaki sposób pisze o nim, był to ktoś mu bliski. Kolega, może nawet przyjaciel — Jakub przetarł czoło i zerknął w stronę lodówki. — Zaschło mi w gardle — powiedział, przełykając głośno ślinę. — Wyjmij coś odpowiednio mokrego.
Marek bez słowa wyjął dwie butelki piwa i postawił na stole.
— Z butelki?
— Z butelki, nie będziemy brudzić naczyń — burknął Jakub, wyjmując z szuflady otwieracz.
Piwo było takie, jakie powinno być. Chłodne, z odpowiednią goryczką.
— Skąd takie przypuszczenie? — Marek wrócił do przerwanej rozmowy.
— Sam zobacz — Jakub wskazał na tekst, o którym mowa. — Gdy zdaje sobie sprawę, że coś jest na rzeczy, idzie do pokoju Karla, zabiera stamtąd pistolet i go chowa. Widzi, że Gestapo czegoś szuka i że może również przeszukać pokój Karla.
— Jakub wyraźnie się rozkręcał. — Wiedział, że Karl był uczciwy i nigdy nie posunąłby się do kradzieży, a z kolei, gdyby go znalazł, na pewno by to zgłosił i oddał. Skoro tego nie zrobił, tylko schował go w domu, a na dodatek nie powiedział nic koledze, znaczy to, że zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą ta broń — dokończył, pociągając porządny łyk piwa. — Karl nic mu nie powiedział, bo go chronił, tak jak potem on, chowając pistolet przed Gestapo.
— To się trzyma kupy. Ale numer — stwierdził Marek i aż pokręcił z niedowierzaniem głową. — „Chyba jestem następny” — powtórzył ostatnie słowa z ekranu. — Autor tych notatek zaczynał się domyślać, że lądowanie Junkersa i zniknięcie Karla to wyrok. Dlatego schował brulion i pistolet tak, by nie wpadły w łapy Gestapo. A najważniejsze, żeby odsunąć od siebie niebezpieczeństwo.
Marek odsunął się od komputera i spojrzał na pakunek leżący obok cukiernicy.
— Jeśli to wszystko prawda, to my właśnie czytamy zeznania świadka, który bał się o własne życie. A ten pistolet i ten grawerunek muszą coś oznaczać.
W kuchni zapadła cisza, przerywana pomrukiwaniem Kaprala i lodówki. Marek jeszcze przez chwilę patrzył na ekran, jakby próbował wyczytać z niego coś więcej, niż tam było. Jakub sięgnął po pustą butelkę i odstawił na bok.
— Dobra, na dzisiaj wystarczy — mruknął Jakub, powoli zwijając pistolet w naoliwioną szmatę. — Wyłącz komputer.
— Powiemy o tym Julce? — zapytał cicho, kładąc rękę na brulionie.
Jakub zawahał się, czując ciężar pistoletu w dłoni.
— Julia szuka grobu dziadka, my mamy zagadkę wyciągniętą z komina i na razie niech tak zostanie. Gdy będziemy pewni, że te dwie sprawy się łączą, powiemy jej.
Marek nie protestował. Dom pracował cicho, drewno strzelało w ścianach, a za oknem czarna ściana lasu zdawała się przysuwać coraz bliżej ich płotu.
Poranne słońce bez krępacji myszkowało po kuchni, zaglądając w każdy kąt.
Marek odstawił pusty kubek po kawie, zgarnął z szafki kluczyki do golfa i po dwunastu minutach stał na skraju drogi pożarowej. Wyjął plecak, zamknął samochód i rozejrzał się. Jakieś sto metrów dalej stał mężczyzna, który na widok Marka zaczął iść w jego stronę.
— Witam, panie Krab — przywitał się. — Mam pana oswoić z okolicą — zaśmiał się rubasznie.
— Dzień dobry — Marek odwzajemnił uścisk i dodał: — Proszę mi mówić Marek, łatwiej mi się będzie oswajać.
Pan Mietek uśmiechnął się i spojrzał przed siebie.
— Od czego tu najlepiej zacząć?
Marek zarzucił plecak na ramię.
— Aż tak ciekawie?
— Jak człowiek chce poznać Lipowice, to powinien zacząć właśnie tutaj. Ruszyli powoli dawnym pasem technicznym. Po betonowych płytach zostały już tylko pojedyncze fragmenty wystające spod piasku i trawy.
— Pani Krysia mówiła, że mam poznać teren — odezwał się Marek.
— I dobrze mówiła. Z map wszystkiego się pan nie nauczy.
Przeszli jeszcze kilkadziesiąt metrów. Pan Mietek wskazał ręką przed siebie.
— Jak widzisz, tu jest sporo hangarów. Tam dalej główny pas. A za lasem jezioro.
Marek rozejrzał się.
— Ładnie tu, podobno sporo tu się działo.
— Oj.…, gdyby te drzewa umiały gadać…
Przez chwilę szli w milczeniu. Nagle od strony lasu dobiegł warkot silnika. Między drzewami pojawił się ciemnozielony SUV Lasów Państwowych.
— O.… — mruknął Mietek. — Sam pan nadleśniczy.
Samochód zwolnił. Stefan Szolc opuścił szybę.
— Dzień dobry.
— Dzień dobry, panie nadleśniczy.
Szolc spojrzał na Marka.
— Nowa twarz.
— Marek Krab. Od dziś odbywa staż w gminie.
Szolc skinął głową.
— Rozumiem. Student. — Jeszcze przez moment przyglądał się Markowi. — Jaki kierunek?
— Geoinformatyka.
— Oj, to będziesz miał pracy — skrzywił się. — Zanim ogarniesz, co niemieckie, co ruskie, a co polskie, to trochę minie.
— Myślę, że sobie poradzę — odpowiedział Marek, przyglądając mu się uważnie.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, aż wreszcie Szolc zapytał:
— Jakub Krab to…
— To mój ojciec — Marek wpadł mu w słowo i od razu zauważył nieznaczne skrzywienie ust.
— No tak — rzucił po chwili nadleśniczy i dodał: — Proszę tylko pamiętać, że chodząc tu po lotnisku i po lasach, trzeba uważać, bo można wpaść do jakiejś dziury albo studzienki.
— Zapamiętam.
— Powinien pan — Szolc podniósł szybę i SUV ruszył dalej.
Marek odprowadził go wzrokiem.
— Trochę sztywny facet.
Pan Mietek prychnął cicho.
— Eee… nie jest zły. Nawet ludziom czasem pozwoli gałęzie pozbierać po wyrębie, żeby na opał było. Tylko teraz… — urwał i pokręcił głową.
— Co teraz?
— Ojciec jego coraz słabszy i pewnie niedługo pożyje. Już chyba ponad dziewięćdziesiąt lat ma, więc nic dziwnego. No ale wiadomo… człowiek i tak chodzi jak nieswój.
Marek skinął głową, ale Mietek już się rozgadał.
— A jego stary to też był leśniczy. Jeszcze za Niemca zaczynał. Tyle że on się zawsze wypierał, że żaden tam Niemiec. Mówił, że po matce Ślązak i koniec.
Marek uniósł lekko brwi.
— I co, tak go zostawili?
— A gdzie tam — machnął ręką Mietek. — Do tej całej Hitlerjugend go wzięli, ale podobno zwiał. Po lasach się chował, aż wojna się skończyła. — Splunął w bok i poprawił czapkę. — Jak Ruscy weszli, to go nie ruszyli. Znał teren jak własną kieszeń. Wiedział, gdzie miny, gdzie przejść można, to się przydał.
— I tak został?
— No. Został. Potem się z jakąś repatriantką ożenił i całe życie w tej leśniczówce przesiedział. — Mietek spojrzał na drzewa, jakby widział coś sprzed lat. — Dziwny był, nie powiem. Ale robotę znał jak mało kto.
Marek zarzucił plecak na ramię i ruszył powoli w stronę drogi.
— A ten ojciec nadleśniczego… — zagadnął zaciekawiony. — Jaki był?
Pan Mietek przez chwilę milczał, jakby szukał słów.
— Małomówny — powiedział w końcu. — Nigdy go specjalnie do ludzi nie ciągnęło. Wolał las, zwierzęta… Miał powód.
— Jaki?
— Zaraz po wojnie lekko nie miał. Po polsku słabo mówił, po śląsku się jakoś dogadywał, ale ludzi to wtedy kłuło. Inne czasy były. Powojenne. Ludzie pamiętali Niemców. Marek skinął głową.
— Potem się to uspokoiło. Ożenił się z jedną z tych, co tu przyjechali, dzieci miał… jakoś to wszystko poukładał.
— Na chwilę zamilkł, patrząc przed siebie. — Ma już ponad dziewięćdziesiąt lat.
— To kawał życia.
— Tak… kawał — przytaknął Mietek. — Tylko na starość coś mu się poprzestawiało. Coraz częściej po niemiecku mówił. Jakby wracał do tego, co było kiedyś.
Marek spojrzał na niego z zaciekawieniem.
— Co mówił?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
— Różne rzeczy. Że do lasu nie wolno, że tam „jest złe”. Że drei Limetten stoją i zagrodzą drogę… takie tam. Że on strażnik lasu i takie tam bzdury. Ludzie na to z pobłażaniem patrzyli. Przez ostatnie lata to już tylko latem go na werandzie sadzali. Siedział, grzał się na słońcu i gadał do siebie. Czasem po polsku, czasem po niemiecku… więcej tego drugiego.
Marek nie odpowiedział.
— A widział pan tę leśniczówkę? Młody Szolc, to znaczy nadleśniczy, zrobił z niej prawdziwe cudo. Wszystko odremontowane, rozbudowane i bardziej to na dworek teraz wygląda niż na leśniczówkę.
— Nie widziałem, ale chyba się tam z Kapralem wybierzemy — powiedział Marek, popijając wodę z bidonu. Robiło się coraz cieplej.
Pan Mieczysław wyraźnie miał ochotę na dalszą rozmowę, bo zapytał:
— Z Kapralem? Jest pan wojskowym?
Marek spojrzał na niego, zaskoczony takim pytaniem, ale po chwili zrozumiał, skąd taki wojskowy temat nagle wyskoczył.
— Nie, ja jestem studentem, a Kapral to pies mojego ojca — tłumaczył ze śmiechem i dodał: — A takie imię, bo ojciec to były wojskowy.
Pan Mietek przez chwilę milczał, jakby się zastanawiał, czy nie pogniewać za ten śmiech, ale po chwili też się roześmiał i dopytał:
— A przepraszam, że pytam, jaki stopień na pagonach?
— Major.
— No tak — przyznał pan Mietek. — Teraz rozumiem, skąd ten Kapral. Przecież hierarchia musi być zachowana.
— I tu ma pan rację — zaśmiał się Marek. — No to wracamy. Na dzisiaj koniec.
Rozdział 8
Pokój był jasny od lipcowego światła, które wpadało przez szeroko otwarte okna.
Firany poruszały się lekko przy każdym podmuchu powietrza, rozpraszając ostre promienie słońca, żeby nie raziły w oczy. W środku było ciepło, duszno od lata i od ludzi, którzy od godzin czuwali przy łóżku.
Na łóżku, przykryty lekkim kocem, leżał Erwin Szolc.
Wychudzony, jakby już tylko cieniem samego siebie, z twarzą zapadniętą i spokojną w sposób, który nie pozostawiał złudzeń.
W pokoju było cicho. Tylko od czasu do czasu ktoś pociągał nosem, ktoś odwracał wzrok, żeby ukryć łzy.
Przy ścianie stała Malwina spoglądając ze smutkiem na teścia. Obok niej Eryka patrzyła na ojca nieruchomo, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół.
Dzieci nie rozumiały tej ciszy. Najmłodsze wierciły się niespokojnie, spoglądając to na dorosłych, to na łóżko.
W końcu najstarsza córka Stefana nachyliła się do nich i cicho szepnęła:
— Chodźcie, pójdziemy do ogrodu.
Wzięła młodszych za ręce i wyprowadziła z pokoju. Drzwi zamknęły się miękko, niemal bezgłośnie.
Została już tylko najbliższa rodzina i to ciężkie, nieruchome powietrze, w którym czuło się, że coś zaraz się skończy.
Erwin leżał nieruchomo, jakby już nieobecny. Oddech miał płytki, urywany, a klatka piersiowa unosiła się ledwie zauważalnie.
Stefan usiadł na łóżku, wziął wychłodzoną rękę ojca i zamknął w swojej.
Patrzył na niego tak, jak patrzy się na kogoś, kto powoli znika, a czego nie da się zatrzymać.
Minęła chwila. Może minuta. Może więcej.
Nagle starzec poruszył się niespodziewanie. Jego palce drgnęły, a potem zacisnęły się na dłoni Stefana z siłą, której nikt by się po nim nie spodziewał.
Stefan nachylił się odruchowo.
— Tato…? — Erwin otworzył oczy. Na krótką chwilę pojawiła się
w nich świadomość.
Ostra, skupiona, zupełnie niepasująca do tego wyniszczonego ciała.
Przyciągnął syna bliżej.
— Ty… — wyszeptał chrapliwie. — Ty teraz…
Złapał oddech, jakby każde słowo kosztowało go wysiłek.
— Strażnik… lasu…
Stefan zmarszczył brwi, próbując zrozumieć.
— Tato, spokojnie…
Ale Erwin nie słuchał.
— Czekaj… — wyszeptał. — Na nich… przyjdą…
Jego palce zacisnęły się mocniej.
— Nagrodzą…
Oddech urwał się na moment.
— Nie pozwól… kopać… tam… wolfsan….
Głos zgasł prawie całkowicie. Usta poruszyły się jeszcze raz, ledwie słyszalnie:
— Drei… Lind… Wolfs…
I ciszej, jak echo:
— Pamięt…
Dłoń rozluźniła się nagle.
Oczy, które jeszcze przed chwilą patrzyły przytomnie, zgasły.
Stefan trwał pochylony, nie od razu rozumiejąc, że to już koniec.
Poranek wszedł do domu miękkim światłem, które rozlało się po kuchni, zanim zdążyli pomyśleć o czymkolwiek.
Z kubków unosił się zapach świeżej kawy, gdzieś za oknem ptaki robiły swoje, a Kapral, pochylony nad miską, chrupał spokojnie, jakby to był najważniejszy punkt dnia.
Talerze po śniadaniu znikały ze stołu niemal odruchowo, jedno podane, drugie zabrane, aż w końcu zostali już tylko z kubkami w dłoniach i ciszą, która nie ciążyła.
Wyszli na ganek, usiedli na schodach, pozwalając, żeby poranek po prostu się wydarzył.
— Zawsze się zastanawiam — odezwał się Jakub po chwili, wpatrując się gdzieś przed siebie — dlaczego, mając ławkę na ganku i tak siadamy tutaj.
Pytanie zawisło na moment w powietrzu, jakby nie było pilne, jakby mogło poczekać.
Marek poruszył lekko kubkiem, spojrzał przed siebie, potem w dół, gdzie Kapral kończył swoje śniadanie.
— Może dlatego, że stąd świat wygląda trochę lepiej — powiedział w końcu. — A poza tym, zawsze można sprawdzić, jak to jest… z jego wysokości.
Jakub zerknął na psa, który właśnie oblizał miskę i zadowolony opadł na łapy.
— Jaki dziś dzień? — rzucił po chwili.
Marek uśmiechnął się pod nosem.
— Rozumiem, że pytasz jaki, niektóry. Środa. — upił łyk kawy. — I właśnie sobie przypomniałem, że muszę skoczyć do Wrocka. Jestem umówiony z mamą. Nie chciała powiedzieć o co chodzi.
— Cała ona — mruknął Jakub. — A tak… co u niej?
— Chyba dobrze. Ostatnio widziałem ją z jakimś bardzo dostojnym
i eleganckim panem. Wyglądała na zadowoloną.
Jakub skinął głową.
— To dobrze. Każdemu należy się to najlepsze.
Marek spojrzał na niego uważniej.
— A tobie?
Jakub nie odpowiedział. Przez chwilę patrzył przed siebie, jakby czegoś szukał w tym spokojnym poranku, po czym tylko lekko poruszył kubkiem i upił łyk kawy.
— Kiedy jedziesz?
— Dokończę kawę i ruszam. A kiedy wrócę… nie wiem. Zależy, co matka wymyśli. Jak będę coś wiedział, dam znać.
Uśmiechnął się pod nosem.
— Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni… młodych nie ma, chata wolna. Będzie bal?
Jakub pokiwał głową z udawanym politowaniem, ale zaraz sam się roześmiał.
— No dobrze, Podopieczny, zjeżdżaj. Tylko bądź grzeczny.
Marek zniknął na chwilę w domu, po czym wrócił z plecakiem przerzuconym przez ramię i kluczykami w dłoni.
— To uciekam — rzucił, przechodząc.
Po chwili czarny golf wyjechał na ulicę i po kilkudziesięciu metrach zniknął za zakrętem, a na ganku zostało to, co po nim zostało — cisza, niedopita kawa i poranek, który zdążył się już rozgościć.
Jakub dopił swój łyk i wszedł do środka. W kuchni było chłodniej, ale już lipcowe słońce zaczęło podgrzewać. Otworzył lodówkę — światło, szron i niewiele więcej.
— No to ładnie… — mruknął pod nosem.
Drzwi zamknęły się głucho. Chwilę postał, jakby jeszcze coś rozważał, po czym sięgnął po plecak.
Na podwórku Kapral podniósł łeb, czujny, gotowy.
— Zostajesz. Pilnuj chałupy.
Pies odpowiedział krótkim, niezadowolonym szczeknięciem, jakby chciał jeszcze coś dopowiedzieć.
— Nie dyskutuj — uciął Jakub spokojnie. — Masz słuchać. Bo jak nie, to zapomnij o przysmaczkach.
Kapral przez moment patrzył na niego, po czym odwrócił się i wrócił na ganek. Usiadł, prostując się jak wartownik.
Jakub skinął głową.
— No. I tak ma być.
Zapiął plecak, wyszedł na drogę i ruszył przed siebie.
Do sklepu było jakieś osiemset metrów, więc wydłużył krok.
— Trochę kardio przyda się, zawsze to tysiąc sześćset metrów lepszego pompowania — pomyślał i uśmiechnął się pod nosem.
Przy sklepie jak zwykle było tłoczno. Samochody, rowery, ludzie z okolicznych wiosek.
Może bez luksusu, ale to, co potrzebne, zawsze się tu znalazło.
Drzwi do sklepu rozsunęły się cicho.
Ktoś odsunął się z koszykiem, ktoś inny już wychodził, zwyczajny, sklepowy ruch obustronny.
W środku jak zwykle trochę ciasno, trochę głośno, znajome twarze, krótkie skinienia głową.
— Dzień dobry, panie Jakubie — rzuciła kobieta z mięsnego, zanim zdążył podejść bliżej. — Dzisiaj mamy świeżutką szyneczkę i wędzonkę, a karkówka w promocji, jakby się pan skusił.
Jakub uśmiechnął się pod nosem.
— To poproszę i to, i to. Niech będzie na zapas.
Po chwili w koszyku wylądowały kolejne produkty. Zerknął na koszyk, oceniając, ile jeszcze przyjmie. Jeszcze trochę. Podszedł do półki z alkoholami. Bez zastanowienia sięgnął po białe, półwytrawne, po chwili dorzucił czerwone słodkie. Dla młodego. Na koniec sześciopak piwa.
Przy kasie było kilka osób. Stanął na końcu, odruchowo poprawiając pasek plecaka i spojrzał na kasę i na drzwi, które znowu się otworzyły.
Do środka weszła Julia.
Jakub przez chwilę stał niezdecydowany, po czym wysunął się z kolejki i ruszył między alejki. Nie musiał długo szukać.
Znalazł ją przy owocach. Stała przed skrzynkami, przesuwając po nich wzrokiem, jakby nie wiedziała na co ma ochotę.
— Te winogrona są bez pestek — rzucił, stając obok. — Pani mi przed chwilą powiedziała.
Skinął lekko w stronę sprzedawczyni, która uśmiechnęła się, choć już nie tak uprzejmie jak wcześniej.
Julia spojrzała na niego zaskoczona.
— No proszę, jaki ten świat mały — zaśmiała się.
— Świat może nie, ale Lipowice tak — zgodził się Jakub i sięgnął z górnej skrzynki dorodną kiść winogron — ta będzie w sam raz.
Julka nie zaprotestowała.
Podstawiła koszyk, gdzie owoc znalazł miejsce obok puszki z kawą. Krążyli jeszcze chwilę między półkami, sięgając po to, co akurat wpadło w rękę. Kilka spojrzeń prześlizgnęło się za nimi, gdzieś w tle dało się słyszeć półgłosem rzucone uwagi, ale żadne z nich nie zwróciło na to większej uwagi.
Julia dorzuciła do koszyka kilka słodyczy. Widząc uśmiech Jakuba, wzruszyła ramionami.
— Tylko do kawy.
— Jasne — mruknął.
Po chwili jej wzrok zatrzymał się na jego koszyku.
— A to co? — wskazała na butelki. — Szykuje się jakaś impreza?
— Nie, skąd — odparł spokojnie. — Do kawy. Zamiast słodyczy.
Roześmiali się oboje, trochę za głośno jak na to miejsce. Ktoś spojrzał z wyraźną dezaprobatą, więc bez słowa ustawili się w kolejce.
— Jakie wino lubisz? — zagadnął po chwili Jakub. — Ja białe półwytrawne, młody słodkie czerwone.
— Mam podobnie jak ty — uśmiechnęła się — tylko bez „pół”. Lubię całe wytrawne.
Jakub zerknął w stronę regału, po czym wyszedł z kolejki, sięgnął po butelkę i z lekkim uniesieniem brwi pokazał ją Julii.
Zrobiła zdziwioną minę.
Wrócił, wrzucił butelkę do koszyka.
— To będzie twoje. Na wypadek, gdybyś kiedyś wpadła… a my akurat pili wino.
— Do kawy? — dopytała z uśmiechem.
— Oczywiście.
Wyszli ze sklepu razem, każde z własnym koszykiem spraw do ogarnięcia, które jakoś same zaczęły się układać.
— Jak noga? — zapytał Jakub, kiedy drzwi zamknęły się za nimi.
— Jest. I nawet działa jak należy — uśmiechnęła się lekko.
Skinął głową, jakby właśnie tego się spodziewał.
— To dobrze. W takim razie musimy się wybrać na jakąś wycieczkę rowerową.
Zerknął na nią kątem oka.
— Tym razem obiecuję, Kapral będzie grzeczny.
Julia parsknęła cicho.
— Tym razem?
— No… — zawahał się na ułamek sekundy. — Będzie się starał.
Szli jeszcze chwilę w milczeniu. Jakub zwolnił odrobinę, jakby zgubił rytm kroków i uciekającą myśl.
— Coś się stało? — zapytała, zerkając na niego.
Nie odpowiedział od razu. Przez moment patrzył przed siebie, potem przełożył plecak na drugie ramię.
— Wiesz… — zaczął, jakby jeszcze nie był pewien, czy chce to mówić na środku drogi. — Tak sobie pomyślałem… może wpadłabyś na kawę.
Spojrzała na niego uważniej.
— Na kawę?
— No… — wzruszył lekko ramionami. — I na rozmowę. Chciałbym wrócić do tego, co mówiłaś ostatnio. O pradziadku. W pensjonacie.
— Mam parę pytań — dodał spokojniej. — I coś mi się tam nie do końca składa.
Julia przez chwilę nic nie mówiła, tylko szła obok, patrząc przed siebie.
— Dobrze — powiedziała w końcu. — Kawa brzmi nieźle. Tylko zaniosę zakupy do pensjonatu.
Zaraz cię dogonię. Skinął głową.
— Jasne.
Patrzył jeszcze chwilę, jak odchodzi, po czym ruszył bez pośpiechu.
Zbliżając się do domu Krystyny, zwolnił odruchowo. Zanim zdążył przejść obok, usłyszał wołanie. Spojrzał w bok. Uśmiechnięta Krystyna już schodziła z ganku.
— Kuba! — zawołała z wyraźnym ożywieniem. — Ja tylko na chwilę, bo chciałam powiedzieć… ten pański Marek, to naprawdę złoty chłopak. Taki chętny do pracy, tak się zaangażował, że aż miło patrzeć.
Jakub uśmiechnął się pod nosem.
— Przekazał panu zaproszenie? — nie dała mu dokończyć. — Na imieninowego grilla. Mam nadzieję, że przyjdziecie. Oczywiście razem.
Nie zdążył odpowiedzieć.
— Już jestem? — odezwała się spokojnie Julia, stając obok.
Odwrócił się, jakby dopiero teraz zauważył, że już jest.
Przez chwilę zapadło milczenie, które przerwała Krystyna.
— Może nas przedstawisz? — zwróciła się do Jakuba.
— Oczywiście — mężczyzna odzyskał głos i z uśmiechem przedstawiło obie panie.
— To Pani sekretarz gminy, Krystyna Wieczorek, a to Julia Linder, która tu wypoczywa i jednocześnie poszukuje śladów jednego ze swoich przodków, który w czasie wojny stacjonował na tym lotnisku.
Obie panie wymieniły dyskretne skinienie głową, jednocześnie przyglądając się sobie.
Wieczorek patrzyła się na Julię uważniej, a w jej spojrzeniu coś się zmieniło — może cień zdziwienia, może coś jeszcze, trudnego do uchwycenia.
— Miło mi — powiedziała, już spokojniej i dodała — gdybym mogła jakoś w tych poszukiwaniach pomóc, to proszę się nie krępować.
— Dziękuję bardzo — odparła Julia z lekkim uśmiechem — będę bardzo wdzięczna.
— Tak jak mówiłam — wróciła do wcześniejszego tonu Krystyna — grill, imieniny… Mam nadzieję, że się zobaczymy.
Jakub skinął głową.
— Oczywiście. Z przyjemnością.
Krystyna zawahała się przez ułamek sekundy, po czym dodała:
— Pani Julia… oczywiście też jest zaproszona.
— Dziękuję — odpowiedziała.
Przez chwilę stali jeszcze, jakby nikt nie wiedział, czy coś jeszcze trzeba powiedzieć.
— To my już będziemy szli — odezwał się w końcu Jakub. — Dziękujemy za zaproszenie.
Pożegnali się i ruszyli dalej.
Jeszcze przez chwilę czuł na plecach jej spojrzenie.
Dochodząc do furtki, nawet nie zdążyli jej dobrze otworzyć, kiedy Kapral już był przy Julce, kręcąc się niespokojnie i merdając ogonem.
— No już, już… — pochyliła się, witając go, a pies odpowiedział tym swoim cichym, zadowolonym „mam cię”.
Weszli do środka. W kuchni nie było jeszcze gorąco, ale nagrzane powietrze już coraz bardziej wypierało rześkość poranka.
Julia bez zastanowienia usiadła przy stole, stawiając przed sobą kolorowe pudełko.
— To do kawy.
Jakub zsunął plecak z ramienia i zaczął rozpakowywać zakupy. Lodówka przyjęła swoje, cytrusy wylądowały w zlewie, a butelki wina na stole.
— Które? — rzucił, zerkając w jej stronę.
— Chyba trochę za wcześnie — uśmiechnęła się. — Niech zostaną na lepszą porę.
Kiwnął głową na zgodę i włączył ekspres. W kuchni rozszedł się znajomy dźwięk i zapach kawy. Sięgnął po pudełko, otworzył je i na moment się zatrzymał.
— To chyba nie jest…
— Nie — przerwała mu, z lekkim rozbawieniem. — To nie ten pieczony wspólnie z Basią. Ten jest świeży. Dzisiaj pieczony. Ledwo ostygł.
Uśmiechnął się pod nosem, przełożył kawałki na talerz, po czym sięgnął po talerzyki i widelczyki, stawiając je na stole.
Kawa już stała, para unosiła się leniwie nad kubkami. Kapral ułożył się pod stołem, jakby wiedział, że teraz jest „czas ludzi”.
Julia sięgnęła po widelec, spróbowała kawałka sernika i na moment przymknęła oczy.
— Dobry — mruknęła z uznaniem.
Jakub uśmiechnął się lekko.
— No… daje radę — rzucił, nabijając kolejny kawałek. Przez moment jedli w ciszy, przerywanej tylko cichym stuknięciem widelca o talerz.
Odstawił go w końcu i sięgnął po kubek z kawą.
— Wiesz… — zaczął, jakby ważył słowa. — Chciałbym ci opowiedzieć o pewnej sprawie. Takiej… która może mieć jakieś punkty wspólne z historią twojego pradziadka.
Julia uniosła lekko brwi, ale nic nie powiedziała.
— Tylko najpierw — dodał — chciałbym, żebyś spróbowała jeszcze raz, w miarę dokładnie, opowiedzieć mi, co było w tym liście. Masz go przy sobie?
Pokręciła głową.
— Nie. Został w domu. Nie przypuszczałam, że może się przydać.
— W takim razie… powiedz, co pamiętasz.
Julia odsunęła lekko talerz, oparła się wygodniej i na chwilę spuściła wzrok, jakby próbowała to sobie poukładać.
— On… pisał wieczorem — zaczęła powoli. — Że wreszcie miał chwilę ciszy po służbie. Że wtedy myśli o nich… o domu… o Margarete i o małej Annie.
Przez chwilę było cicho.
— Było też… — zmarszczyła lekko brwi — że ostatnie dni były trudne. Ale nie napisał, dlaczego. Tylko że ma nadzieję, że się uspokoi i jak dostanie przepustkę, to przyjedzie do domu.
Tu Jakub uniósł wzrok.
— „Trudne” — powtórzył cicho.
— Tak. Dokładnie tak to ujął.
Znów zapadła krótka cisza.
— Było coś jeszcze? — zapytał.
— Tak… na końcu. Że list daje Hansowi. Bo dostał przepustkę i przekaże go tego samego dnia.
Jakub powoli skinął głową.
— Hans… — powtórzył.
Julia spojrzała na niego uważniej.
— Coś ci tu pasuje?
Nie odpowiedział od razu.
Przez chwilę milczał, jakby coś sobie układał.
— Pamiętasz dokładnie datę? — zapytał nagle.
Spojrzała na niego bez wahania.
— Tak. Trzynasty października czterdziestego czwartego — wyrecytowała, po czym dodała ze smutkiem: — Ale kiedy prababcia go dostała od Hansa, niestety nie wiem.
Uniósł brwi.
— Dokładnie pamiętasz.
Uśmiechnęła się lekko, opierając łokcie o stół.
— Trzynastka to moja szczęśliwa liczba. Dziesięć… numer mojego domu. A czterdzieści cztery… — zawahała się na moment — no wiadomo. Niedługo koniec wojny.
Skinął powoli głową, ale już gdzieś odpłynął myślami.
— Mhm…
Palcem lekko postukał w blat stołu, jakby coś liczył albo zestawiał.
— To by się zgadzało… — mruknął bardziej do siebie niż do niej.
Przyglądała mu się uważnie.
— Co?
Jeszcze przez chwilę siedział nieruchomo, po czym podniósł wzrok.
— Wiesz… — zaczął spokojnie. — Znalazłem coś u siebie. Na strychu. W kominie, w skrytce.
Podniosła lekko brwi.
— Co?
— Brulion. Z zapiskami po niemiecku.
Zawahał się na moment.
— Stary. Na tyle, że bałem się go rozwijać za często, żeby się nie rozsypał, więc porobiłem zdjęcia każdej strony i wrzuciłem na dysk. Mam to przetłumaczone i w oryginale.
Julia już nie odrywała od niego wzroku.
— Ale… — dodał, wstając powoli. — Lepiej, jak zobaczysz sama.
Zniknął na chwilę w drugim pomieszczeniu. Słychać było tylko cichy szelest odsuwanej szuflady.
Wrócił po chwili, trzymając w ręku foliowy woreczek strunowy. Otworzył go, wyjął brulion i położył przed nią.
— Obejrzyj…, ale naprawdę ostrożnie. To się ledwo kupy trzyma.
Julia nachyliła się nad stołem. Przez chwilę tylko patrzyła, jakby sam widok wystarczał.
— To… naprawdę leżało w kominie? — zapytała półgłosem.
— Mhm.
Wyciągnęła dłoń, zawahała się na moment i w końcu bardzo ostrożnie dotknęła rogu. Potem uniosła lekko okładkę.
Kartki w środku były pożółkłe, miejscami przyciemnione, zapisane drobnym, równym pismem.
Atrament był gdzieniegdzie rozlany, jakby wilgoć próbowała zatrzeć słowa, ale nie dała rady do końca.
Przerzuciła jedną, może dwie strony.
Nie czytała, tylko patrzyła.
Po chwili zamknęła brulion tak samo delikatnie, jak go otwierała.
Jakub bez słowa wsunął go z powrotem do woreczka, zasunął zamek i odłożył go na ławę.
Przez chwilę krążył w milczeniu po kuchni, aż wreszcie oparł się lekko o parapet i zapatrzył się gdzieś przed siebie.
Julia wodziła za nim wzrokiem.
Milczeli. Każde z nich na swój sposób próbowało poukładać to, co właśnie zobaczyło.
W końcu odwrócił się.
— Jedno z tego wszystkiego na razie wynika — powiedział spokojnie. — Łączy to jedno imię. Karl.
Zmarszczyła lekko brwi.
— Tylko że… — zawahała się — to może być przypadek. To nie jest jakieś rzadkie imię.
— Wiem. — Skinął głową. — I masz rację.
Na moment znów zapadła cisza.
— Dlatego nie ma co zgadywać.
Spojrzała na niego pytająco.
— Czyli?
Podszedł bliżej, przesunął krzesło i usiadł naprzeciwko niej.
— Będziemy sprawdzać. Co się zgadza, co nie. Co się łączy, a co się rozjeżdża. Bez dorabiania teorii.
Julia przez chwilę patrzyła na niego, jakby jeszcze nie do końca łapała.
Krab odwrócił laptop w jej stronę, otworzył klapę i po chwili kliknął w jeden z folderów.
Na ekranie pojawiła się nazwa:
„strych”
— Zobaczymy, co z tego wyjdzie — powiedział.
Po kolei otwierała kolejne zdjęcia. Przesuwała je spokojnie, bez pośpiechu, dając sobie czas.
Najpierw tylko przebiegała wzrokiem, potem zatrzymywała się dłużej, cofała, czytała dokładniej. Czasem marszczyła brwi, czasem lekko poruszała ustami, jakby układała w głowie tłumaczenie.
W kuchni zrobiło się cicho. Słychać było tylko cichy szum ekspresu, który już dawno skończył pracę.
— Przeczytałam — powiedziała spokojnie.
Jeszcze przez chwilę patrzyła w ekran, jakby chciała z niego wyczytać coś więcej niż tam było. W końcu odsunęła się lekko, spojrzała na Jakuba i westchnęła.
W jej oczach pojawił się błysk.
Jakub bez słowa przykrył dłonią jej dłoń i lekko ją uścisnął.
— I tak zrobię wszystko, żeby ci pomóc.
Skinęła lekko głową.
Pod stołem Kapral poruszył się, jakby uznał, że jego też to dotyczy, i cicho zasapał.
Jakub zerknął w dół.
— No dobra, ty też — mruknął pod nosem.
Cofnął dłoń, ale jeszcze przez chwilę siedział w tej samej pozycji.
— Skoro wiemy już to samo — powiedział spokojnie — to możemy swobodnie wymieniać się przemyśleniami.
Skinęła głową. Przez następnych kilka minut porównywali daty z listu Margarete z wpisami w brulionie. Julia zapisywała kolejne liczby, Jakub przewijał ekran laptopa, co chwilę wracając do wcześniejszych notatek.
Im dłużej analizowali chronologię, tym wyraźniej wyłaniał się jeden obraz. Dwa wątki — brulion i zaginiony Karl — zaczęły się właśnie łączyć.
— Karl napisał list do żony trzynastego października. Jeszcze dwudziestego nie było o nim ani słowa. Cztery dni później Hans zapisał już tylko jedno… — zaczął Jakub.
— Karl zaginął — dopowiedziała Julia. — I tu jest niewiadoma.
Krab z uznaniem spojrzał na dziewczynę.
Zaróżowione policzki, błyszczące niebieskie oczy i niesforny blond kosmyk, który uparcie spadał na twarz. Wyglądała tak, że przez chwilę Jakub poczuł coś, co absolutnie nie pasowało do obecnej sytuacji.
Julia chyba coś wyczuła, bo spojrzała na niego uważniej, ale tym razem nie uciekł wzrokiem. Wymiana spojrzeń chyba ich oboje zaskoczyła, bo z lekkim zmieszaniem wrócili do tematu.
— Między tymi datami pozostawało jedenaście dni. Jedenaście dni, które wyglądają jak wyrwana kartka z historii — powiedział w zamyśleniu.
— Myślisz, że Karl nic Hansowi nie powiedział? — zapytała.
— Myślę, że chciał go chronić. Gdyby podzielił się tym, co wiedział, naraziłby również jego.
Julia milczała chwilę i dodała:
— A potem zaczęły się przeszukania.
— Czyli ktoś czegoś szukał. Albo kogoś. Ja stawiałbym na coś.
Przez chwilę milczeli.
— Hansa wzywają do przełożonego… Za co? Albo po co? I jeśli to ma związek z Karlem, to znaczy, że wiedział więcej, niż napisał.
Jakub pokręcił głową.
— Może nie wiedział. Może tylko się domyślał. Ale zniknięcie przyjaciela utwierdziło go w przekonaniu, że miał rację.
Julia przez chwilę obracała długopis w palcach.
— Jest jeszcze to słowo… „zaginął”. Co ono właściwie znaczy?
— Oficjalnie, że nie wiadomo, gdzie jest. Nieoficjalnie…, że ktoś mógł doskonale wiedzieć.
— Czy ktoś w ogóle go szukał?
— Albo czy miał go szukać.
Zapadła cisza.
— Myślisz, że Hans przeczuwał, że Karl już nie wróci?
— Jeśli tak, nie napisał tego wprost. Ale samo ukrycie brulionu wiele mówi. Była wojna, front się zbliżał. Zaginięcie jednego żołnierza mogło po prostu zginąć w wojennym chaosie.
Julia powoli zamknęła notes.
— Czyli wciąż mamy za mało.
— Za mało odpowiedzi, ale wiemy już, czego szukać. Potwierdzenia, że to twój Karl, i tego, co wydarzyło się w tych jedenastu dniach.
Jeszcze przez chwilę patrzyła na zapisane daty. Długopis zawisł nad kartką, lecz niczego już nie dopisała.
— Jedenaście dni… — powiedziała półgłosem.
Jakub zamknął laptop.
— Na dziś wystarczy.
Przez chwilę siedzieli w ciszy. Kawa dawno wystygła, sernik został tylko napoczęty, a za oknem dzień z wolna wchodził w popołudnie.
Kapral podniósł łeb, spojrzał na nich, po czym znów ułożył się na łapach, jakby uznał, że nic się już dziś nie wydarzy.
Julia zamknęła notes i przesunęła go na bok.
— Dziękuję — powiedziała cicho.
Jakub skinął głową.
— To dopiero początek.
Spojrzeli jeszcze raz na stół, na którym przed chwilą próbowali poukładać czyjeś życie w kilku datach.
Nie wyszło i chyba oboje wiedzieli, że łatwo nie będzie.
Julia jeszcze raz spojrzała na notes, potem na zegarek.
— Wiesz co… chyba jestem głodna.
Jakub parsknął cicho.
— No proszę, a już myślałem, że to tylko mnie ssie w dołku.
— Mam co prawda wykupione obiady w pensjonacie, ale… — wzruszyła ramionami.
— Ale dzisiaj robimy wyjątek — wszedł jej w słowo. — Chodź. Zabieram cię do cywilizacji.
— Nie trzeba, naprawdę… — zaczęła bardziej z przyzwyczajenia niż z przekonania.
— Trzeba — uciął krótko, już wstając. — Bez dyskusji.
Spojrzała na niego, jakby chciała jeszcze coś powiedzieć, ale tylko pokręciła głową z lekkim uśmiechem.
— No dobrze, panie majorze.
Kapral podniósł łeb, czujnie obserwując zamieszanie.
— Ty zostajesz — rzucił Jakub, wskazując drzwi. — Pilnuj chałupy.
Pies spojrzał na niego z wyraźnym niezadowoleniem, ale po chwili wrócił na swoje miejsce.
Wyszli.
Rozdział 9
Droga prowadziła lekko w dół, potem znów wznosiła się ku zabudowaniom przy jeziorze. Widać je było już z daleka — tafla wody spokojna, odbijająca niebo, a wyżej, na lekkim wyniesieniu, stał zajazd.
— „Zajazd Lipowice” — przeczytała Julia, mrużąc oczy. — Brzmi poważnie.
— Spokojnie — mruknął Jakub. — Przeżyjesz.
— Mam nadzieję.
— Najwyżej wrócimy do sernika.
Uśmiechnęła się pod nosem.
Szli dalej, a jezioro powoli odsłaniało się między drzewami, aż w końcu stanęli wyżej, z widokiem na wodę.
— No… — powiedział Jakub. — Za taki widok można nawet dopłacić do obiadu.
Julia zatrzymała się na chwilę.
— Nie jest źle, ale bez przesady z tymi dopłatami — roześmiała się i ruszyła pierwsza w stronę tarasu.
Szerokie, przeszklone drzwi prowadziły na zadaszony taras. Kilka stolików było już zajętych, ktoś jadł zupę, ktoś inny kończył drugie danie, rozmowy mieszały się z brzękiem sztućców. Nad głowami rozciągało się przezroczyste zadaszenie, wpuszczające światło, ale osłaniające od wiatru. Wiklinowe krzesła, drewniane stoły i balustrada dookoła nadawały miejscu lekkości, a poniżej, między deskami poręczy, migotała tafla jeziora.
Z boku widać było wejście od strony wody, jakby można było tu zajść prosto ze spaceru.
Jakub zatrzymał się przy jednym ze stolików przy balustradzie i ruchem ręki wskazał miejsce.
— Tu będzie dobrze.
Julia spojrzała na jezioro, potem na niego.
— O, czyli jednak dopłata w cenie?
— Widok gratis — mruknął, odsuwając jej krzesło.
Usiadła, opierając łokcie o blat.
— To ja biorę gratis.
Jakub tylko się uśmiechnął i usiadł naprzeciwko.
Chwilę milczeli, przeglądając kartę.
— Jeśli zaraz okaże się, że mają tu tylko frytki i zapiekankę, to się obrażam — rzuciła.
— Spokojnie. Tu się da przeżyć — odpowiedział i zamknął kartę. — Ty pierwsza.
Zamówienie poszło szybko, bez większego zastanawiania się, jakby oboje byli już na tyle głodni, że nie miało to większego znaczenia.
Jedli w milczeniu i dopiero gdy talerze zniknęły ze stołu, a na ich miejsce pojawiły się filiżanki z kawą, ich spojrzenia znowu się spotkały na dłużej.
Julia uniosła filiżankę, ale zamiast się napić, zapytała:
— To co robimy dalej?
Jakub odstawił swoją kawę i zmrużył oczy.
— Pytasz o tu i teraz, czy tak w ogóle?
Uśmiechnęła się lekko.
— Na razie o tu i teraz.
— W takim razie… — oparł się wygodniej. — Po takim obiedzie proponuję spacer. Jezioro mamy pod ręką.
Julia zerknęła w dół, gdzie między deskami balustrady migotała woda.
— Czyli klasyczne spalanie kalorii?
— Coś w tym stylu.
— I przy okazji widoki — dodała. — Niebo w wodzie zawsze robi robotę.
Jakub skinął głową.
— No to mamy plan.
Jakub sięgnął po rachunek, a Julia jeszcze raz spojrzała w stronę jeziora i wstała od stołu. Kelnerka odebrała należność i po chwili ruszyli w stronę wody.
Ścieżka, a raczej wydeptany przez ludzi skrót, wiła się między drzewami niczym wąż. Po kilku metrach ściółka zmieniła się w udeptaną ziemię, miejscami przetartą do jasnego piachu, który doprowadził ich nad sam brzeg jeziora, gdzie stała niewielka wiata, a w niej kilka drewnianych stołów, obok budka wypożyczalni kajaków i rowerów wodnych.
Pora obiadowa przestawiła wczasowiczów na konsumpcję, więc nie dziwiła cisza,
którą płoszył jedynie chlupot wody i pojedyncze głosy dobiegające z pobliskich ławek.
Minęli to miejsce bez zatrzymywania się.
Po kilku krokach Jakub zwolnił, zatrzymał się i spojrzał przez ramię.
— Poczekaj.
Cofnął się o dwa kroki, podszedł do wiaty i spojrzał na białą kartkę, przyczepioną do drewnianej ściany.
Julia stanęła obok.
— Co tam?
Jakub zmrużył oczy.
— Wygląda na to, że leśniczy Szolc zmarł.
Julia spojrzała na klepsydrę, potem na niego.
— Znałeś go?
— Znałem… to dużo powiedziane — sprostował. — Widywałem go czasami. Siedział na werandzie w leśniczówce. Zawsze w tym swoim dużym, wiklinowym fotelu, okryty kocem, nawet jak było ciepło. Nieraz tamtędy przechodziłem, gdy zbierałem grzyby czy też akurat włóczyłem się z wykrywaczem metali.
— Dziewięćdziesiąt lat… — mruknęła Julia. — To kawał czasu, wtedy krążenie jest już słabe, więc człowiek marznie nawet, gdy skwar na dworze.
Jakub skinął głową.
— Pójdziesz na pogrzeb?
Przez chwilę jeszcze patrzył na kartkę, jakby coś ważył.
— Chyba — powiedział w końcu. — Jeden z najstarszych mieszkańców Lipowic.
Oderwał wzrok i spojrzał na jezioro.
— A jak już tu mieszkam… to chyba by wypadało. Zresztą to był człowiek, którego życiorys mógłby być scenariuszem do niejednego filmu czy książki.
Julia kiwnęła głową.
Stali jeszcze moment, po czym ruszyli dalej wzdłuż brzegu.
Szli dalej, trzymając się wydeptanej ścieżki, która raz zbliżała się do wody, raz chowała wśród drzew.
Mijali pomosty z rozstawionymi stanowiskami dla wędkarzy, dalej kawałek piachu, gdzie dzieciaki lepiły coś, co miało przypominać zamki, a obok, na ręcznikach, ich mamy przewijały palcami po ekranach telefonów.
— Klasyka — mruknął Jakub.
Julia tylko się uśmiechnęła.
Szli jeszcze chwilę, aż doszli do kolejnego miejsca, gdzie między trzcinami przecinała się wąska ścieżka.
Jakub bez słowa skręcił w nią. Julia poszła za nim.
Ścieżka była ledwo widoczna, wydeptana przez tych, którzy wiedzieli, dokąd prowadzi. Trzciny zamknęły się za nimi, tłumiąc dźwięki z głównej drogi.
Po kilku krokach przestrzeń się otworzyła.
Niewielka zatoczka, osłonięta z boków, z kawałkiem jasnego piachu i spokojną wodą.
Julia zatrzymała się na moment.
— No… to już rozumiem, dlaczego tu przychodzisz i rozumiem siebie, dlaczego ją znalazłam.
Jakub wzruszył ramionami.
— Też ci się nie dziwię i pozwalam.
— Dziękuję. — Julka dygnęła jak służka. — Ludzki Pan.
— Na zdrowie, Moje Dziecko. — Z ukłonem odpowiedział Jakub i oboje wybuchnęli śmiechem.
I wtedy zza szuwarów, niemal bezszelestnie, wypłynęły dwa łabędzie.
Sunęły po wodzie spokojnie, blisko siebie, jakby znały tę zatoczkę od zawsze.
Julia pierwsza je zauważyła.
— Chyba przyszły sprawdzić, czy ktoś im tu nie zajął miejscówki.
Jakub zerknął w ich stronę i skinął głową.
— Spokojnie. Im też pozwalam.
— A one tobie? — zapytała z uśmiechem i podeszła bliżej wody.
Zdjęła sandały i, trzymając je w dłoni, stanęła na wilgotnym piasku. Łabędzie podpłynęły bliżej, jakby z ciekawości, zatrzymując się kilka metrów od brzegu.
Przez chwilę patrzyli na siebie — ona i ptaki, w tej cichej, nieruchomej przestrzeni.
Jakub spojrzał na nią. Biała, letnia sukienka poruszała się delikatnie na wietrze, podkreślając jej sylwetkę. Jasne włosy, sięgające ramion, co chwilę opadały jej na twarz, by zaraz znowu zostać odgarnięte przez podmuch.
Stała spokojnie, jakby na moment zapomniała o wszystkim innym.
I wtedy, jakby coś wyczuła, odwróciła się.
Ich spojrzenia spotkały się na chwilę za długą, żeby była przypadkowa.
— Wiesz co… — odezwał się, jakby nic się nie zadziało. — Może byśmy się wykąpali?
Julia lekko się uśmiechnęła.
— Chętnie… tylko jest jeden problem.
— Jaki?
— Nie mam stroju.
Jakub spojrzał na nią, potem na wodę.
— To poważna przeszkoda — mruknął.
Julia skrzywiła się lekko.
— No raczej.
— Można ją zignorować.
Uniosła brew.
Ich spojrzenia znowu się spotkały.
I nagle Julia roześmiała się, odwróciła i bez wahania wbiegła do wody.
Jakub aż drgnął.
Patrzył, jak dziewczyna w sukience wbiega coraz głębiej, aż w końcu zanurza się cała, a tafla zamyka się nad nią, jakby nic się nie stało.
Został na brzegu.
Sekunda. Druga.
Woda była spokojna, za spokojna.
W biegu zrzucił buty i wskoczył za nią.
Plusk rozciął ciszę zatoczki, a spłoszone łabędzie poderwały się z wody, ciężko uderzając skrzydłami o jej powierzchnię.
Najpierw wynurzyła się Julia.
Odgarnęła mokre włosy z twarzy i rozejrzała się szybko.
— Jakub?…
Nie było go.
Zmarszczyła brwi, w oczach pojawił się niepokój.
I wtedy tuż za nią, niemal bezgłośnie, wynurzyła się jego głowa.
— Ty wariacie! — prychnęła Julia i chlapnęła go wodą. — Wystraszyłeś mnie!
Jakub roześmiał się, ocierając twarz.
— Ja? To ty pierwsza zniknęłaś bez słowa. Miałem prawo się odegrać.
— Czy ty naprawdę się o mnie bałeś? — spojrzała na niego z przekąsem.
— A powinienem nie?
Przewróciła oczami.
— Spokojnie. Ja nauczyłam się pływać, zanim nauczyłam się chodzić.
— No świetnie — parsknął. — Szkoda tylko, że zapomniałaś mi o tym powiedzieć.
W tym momencie nad ich głowami z szumem skrzydeł przeleciała para łabędzi.
Julia spojrzała w górę.
— No i zobacz, co narobiłeś. Biedne, teraz będą miały traumę.
Jakub udał zdziwienie.
— Ja? A kto pierwszy robił tu przedstawienie?
— Nie ja chlapałam jak dzik.
— Ale za to wskoczyłaś jak torpeda.
Uśmiechnęła się mimo wszystko.
— Szczegóły.
Jeszcze chwilę przekomarzali się półgłosem, stojąc w wodzie, aż w końcu oboje ruszyli w stronę brzegu.
Dopiero gdy wyszli na piasek, spojrzeli po sobie i jednocześnie się zatrzymali.
— No pięknie… — mruknęła Julia.
Suche mieli właściwie tylko buty.
Przez chwilę patrzyli na siebie, po czym ona pierwsza się roześmiała.
— Idę się wykręcić. I nie podglądaj.
Jakub spojrzał na swoje krótkie bojówki, z których smętnie ściekała woda, potem na przylepiony do torsu T-shirt i pokiwał głową.
— W takim razie ja też mam co robić.
Julia już odchodziła w stronę trzcin.
— I pamiętaj!
— Już pamiętam — rzucił za nią.
Rozeszli się w przeciwne strony.
Słońce powoli schodziło niżej i temperatura wyraźnie się obniżyła. Mokre ubrania nie są przyjemne w użyciu, więc powrotną drogę przebyli szybkim marszem.
Przy rozwidleniu zatrzymali się na chwilę.
— To ja w tę stronę — powiedziała Julia, wskazując na drogę prowadzącą w stronę pensjonatu.
— A ja w swoją — skinął głową Jakub.
Spojrzeli na siebie jeszcze przez moment.
— To był naprawdę miły dzień — powiedziała Julka i jej oczy mówiły dokładnie to samo.
— Więc musimy to powtórzyć.
— Ale najpierw uprzedź, że będziemy blisko wody, to wezmę strój kąpielowy — odpowiedziała z uśmiechem.
— Będę pamiętał — z udaną powagą obiecał Krab i dodał: — I też wezmę kąpielówki.
Odwrócili się ze śmiechem i niemal jednocześnie każde poszło w swoją stronę.
Kiedy wszedł na podwórko, od razu zauważył czarnego golfa stojącego przy garażu.
Marek właśnie wychodził na ganek.
Zatrzymał się i spojrzał na niego ze zdziwieniem.
— Nie pytaj — odburknął Jakub, przechodząc obok.
Gdy wchodził do łazienki, przez otwarte okno słyszał śmiech syna i poszczekiwanie Kaprala.
Rozdział 10
Cmentarz leżał na skraju miasta, na łagodnym wzniesieniu. Prowadziła do niego szeroka asfaltowa droga, kończąca się przy ciężkiej, kutej bramie, otwartej dziś na oścież. Za nią panował już inny świat. Cichszy, spokojniejszy, jakby czas płynął tu wolniej.
Pod rozłożystą lipą, jedyną dającą wytchnienie od lipcowego słońca, stały Julia, Magda i Basia.
Panowie ruszyli w ich stronę.
Marek od razu przyspieszył, nie odrywając wzroku od Magdy.
— Widzę, że walizka jednak dotarła do pokoju, a ty nie uciekłaś pierwszym porannym autobusem.
Spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem.
— Jak widać. I jeszcze raz dzięki za tamto. Głupia sytuacja. Mama… ma swój świat.
— Spokojnie. Moja też. A potem jeszcze twierdzi, że to ja nie dzwonię. Matki dorosłych dzieci chyba mają to we krwi.
Na twarzy Magdy pojawił się cień uśmiechu, ale nic nie odpowiedziała. Jakub przywitał się z Julią i Basią, Magdzie skinął tylko głową. Zaraz potem jego uwagę przyciągnęło poruszenie przy kaplicy.
— Zaraz ruszą — zauważyła Basia.
Żałobnicy rozstąpili się, tworząc przejście. Dębowa trumna spoczęła na platformie karawanu, a za nim powoli ruszyła najbliższa rodzina.
Na czele szedł Stefan Szolc z młodą kobietą u boku.
— To jego żona? — zapytał cicho Jakub.
— Druga. Malwina — odparła Basia. — Powiedzmy, że rodzina do dziś nie do końca jej zaakceptowała.
Nie musiała niczego więcej tłumaczyć. Wystarczyło spojrzeć na odległość, z jaką za nimi szła siostra Stefana z rodziną.
Jakub obserwował przesuwający się kondukt. Kilka twarzy rozpoznawał i witał dyskretnym skinieniem głowy, większość była mu obca.
Na pogrzeb przyszły niemal całe Lipowice.
Erwin Szolc był tu od zawsze. Dla jednych sąsiadem, dla innych leśnikiem, którego znali od dzieciństwa.
Przy grobie ksiądz odmówił ostatnią modlitwę, potem głos zabrali przedstawiciele gminy i Lasów Państwowych. Każdy mówił o Erwinie inaczej, ale wszystkie słowa prowadziły do jednego — żegnano człowieka, który przez lata był częścią tej miejscowości.
Myśliwskie sygnałówki przecięły nieruchome, gorące powietrze.
Po chwili pierwsze grudki ziemi uderzyły o wieko trumny.
Ludzie zaczęli podchodzić z kwiatami i zniczami, a potem powoli rozchodzili się między alejkami.
Jakub przez chwilę patrzył na Stefana, który z kamienną twarzą przyjmował kolejne uściski dłoni i słowa współczucia.
Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak powinno wyglądać pożegnanie człowieka szanowanego przez całą okolicę.
Oni stali trochę z boku, pod zwisającymi gałęziami lipy, jak widzowie obserwujący przedstawienie, którego sens znali tylko częściowo.
— W Niemczech pogrzeby wyglądają inaczej? — zapytał szeptem Jakub.
— Mniej uroczyście — odpowiedziała Julia. — Tutaj wygląda to tak, jakby żegnano króla lasu.
— Bo dla nich nim był — odparła Basia. — Erwin był częścią tego miejsca. Po prostu… zawsze tu był.
Mieszkańcy wciąż podchodzili do rodziny, składali kondolencje i stawiali znicze.
— No.… teraz się zacznie — westchnęła Basia.
— Co?
— Plotki. Połowa z nich pójdzie na stypę nie dla herbaty, tylko żeby ustalić, czy Erwin zostawił po sobie skarby, czy tylko stare mapy i długi.
Julia wskazała elegancką, siwiejącą kobietę stojącą obok wójta.
— A ta pani?
— Doktor Ewa Sawicka. Prowadzi przychodnię. W ostatnich miesiącach często zaglądała do Erwina. Pewnie wie o jego końcówce więcej niż ktokolwiek z nas.
— Myślisz, że majaczył? — zapytał Marek.
— Przy takiej gorączce? Niewykluczone. Ale z pani doktor niczego nie wyczytasz.
Basia skinęła głową w stronę dwóch leśników stojących z tyłu.
— Widzicie tych w zielonych koszulkach? Nowi z nadleśnictwa.
Jakub obserwował ludzi z rosnącym zainteresowaniem.
Dla Julii i Marka było to pierwsze spotkanie z lokalną społecznością. Dla niego — okazja, by zobaczyć, kto z kim trzyma i kto naprawdę ma tu znaczenie.
— Taki pogrzeb to najlepsze źródło informacji — mruknął do Julii. — Wystarczy słuchać tego, czego ludzie nie mówią głośno.
Wodził wzrokiem po twarzach.
Ludzi ubywało z każdą minutą i wtedy go zauważył.
Stał kilkanaście metrów dalej, jakby celowo trzymał się na uboczu.
Wysoki, szpakowaty, w okularach. Rozpięta szara marynarka, pod nią biała koszula.
Nie pasował do tego miejsca.
— Znasz go? — zapytał cicho Basię.
Basia zmrużyła oczy.
— Nie… Pierwszy raz go widzę.
— Ja też — odezwała się Magda, również spoglądając w tamtą stronę.
Teraz obserwowali go już wszyscy.
Mężczyzna musiał to zauważyć. Na moment zatrzymał wzrok na ich grupie, jakby zapamiętywał twarze, po czym lekko skinął głową i ruszył między nagrobkami.
Zniknął równie spokojnie, jak się pojawił.
Marek spojrzał na Magdę.
— Dobra, porywam cię na lody.
Uniosła brwi.
— Tu pogrzeb, a tu lody? Tak po prostu?
— Po prostu, takie życie, a lody najlepiej cementują przyjaźń.
— No tak, życie, a co do życia, to my się już przyjaźnimy?
— Ja decyzję podjąłem już dawno.
Uśmiechnęła się.
— Dobrze. Ale żadnych dziwnych smaków.
— I tak zapłacę za wszystkie.
— No to możemy iść.
Ruszyli w stronę bramy, przekomarzając się półgłosem.
Julka odprowadziła ich wzrokiem.
— Basiu… przejdziesz się ze mną kawałek?
Barbara spojrzała na nią uważnie.
— Pewnie.
— To ja też się przejdę — odezwał się Jakub. — Mieszkam tu już tyle czasu, a nawet nie wiem, jak wygląda ten cmentarz.
— Chodźcie.
Ruszyła powoli między alejkami.
— Ja czasem tu przychodzę.
Po chwili dodała ciszej:
— Do przyjaciółki. Ewy. Odeszła ponad rok temu.
Na moment zamilkła.
— Siadam na ławce i gadam do niej. I wiesz co? Zawsze wychodzę stąd spokojniejsza.
Spojrzała na Julię i uśmiechnęła się.
— Może dlatego, że Ewa wreszcie nie może mi przerywać.
Julka odwzajemniła uśmiech.
Szli powoli między rzędami zadbanych nagrobków.
Basia zatrzymała się przy czarnej, marmurowej płycie.
Zapaliła znicz i ostrożnie postawiła go obok zdjęcia kobiety o krótkich, ciemnych włosach.
Julka odruchowo cofnęła się o krok i stanęła obok Jakuba.
Żadne z nich się nie odezwało.
To nie była ich chwila.
Po kilku sekundach Basia podniosła się i otarła kącik oka.
— Chodźcie. Pokażę wam starszą część cmentarza.
— Starszą?
— Kiedyś był tu cmentarz niemiecki. Potem zaczęto chować Polaków i z czasem wszystko połączyło się w jedną nekropolię.
— A tamte groby?
— Nadal są. Po prostu cmentarz przez lata się rozrastał.
Skręcili w prawo, w stronę najstarszej części.
Trawa była tu wyższa, nagrobki starsze, ale wszystko sprawiało wrażenie zadbanego. Ktoś regularnie doglądał tego miejsca, nie pozwalając, by całkiem pochłonął je czas.
— Patrzcie… dbają o to miejsce — odezwała się cicho Julia. — Nie ma kwiatów ani zniczy, ale jest porządek.
Przystanęła przy jednym z nagrobków.
— „Hier ruht in Gott…” — odczytała ledwie widoczne słowa. — Resztę zabrał czas.
Jakub oparł dłoń o niski murek oddzielający kwatery.
Kilka mogił było prostych, oznaczonych jedynie numerem albo krótkim napisem „NN”.
— Tych pewnie nigdy nie udało się zidentyfikować — powiedział cicho.
Julia przykucnęła przy jednym z nich.
Przez chwilę przesuwała palcami po chłodnym kamieniu.
— Ciekawe… czy ktoś gdzieś jeszcze na nich czeka.
Julia ruszyła powoli przed siebie.
Przy jednym z grobów NN zatrzymała się. Tu krzyż wyglądał inaczej niż pozostałe. Drewno było ciemne od deszczu, ale wciąż zwarte, z wyraźnymi słojami i ostrymi krawędziami.
Zmarszczyła brwi.
Już miała o to zapytać, kiedy usłyszała głos Jakuba.
— Zobaczcie — kiwnął głową w stronę świeżego grobu Erwina Szolca.
Żałobnicy już odeszli, a przy mogile stał tylko mężczyzna w szarej marynarce, nieruchomy, z rękami splecionymi za plecami.
— To ten, co obserwował pogrzeb z daleka — szepnęła Julia.
— Też mi się tak wydaje — przyznała Basia. — Ale na pewno nie jest stąd.
Jakub nic nie powiedział.
Julia już widziała ten wyraz jego twarzy.
Patrzył tak zawsze, gdy coś przestawało mu się zgadzać.
— Chodźmy — odezwała się Basia. — Zaraz zamkną bramę.
Ruszyli w stronę głównej alejki. Julia obejrzała się jeszcze raz.
Przy grobie nie było już nikogo.
Rozdział 11
Poranek był gęsty od lipcowego żaru, który już o dziewiątej rano zapowiadał upalny dzień. Julia siedziała na tarasie pensjonatu, leniwie dłubiąc w śniadaniu. Ciszę przerwał dopiero stukot filiżanki o drewniany blat.
— Można? — Basia dosiadła się z parującą kawą, a w jej oczach paliły się iskierki ekscytacji. — Nawet nie wiesz, Julio, czego ja się przed chwilą w sklepie dowiedziałam. No, po prostu niesamowita sprawa.
Julia uniosła brwi, odstawiając szklankę z sokiem.
— Coś się stało?
— I to co! — Basia pochyliła się konspiracyjnie. — Słyszałam rozmowę kobiet w kolejce do kasy. Podobno wczoraj przed WORD– em, robili jakąś wycinkę.
I słuchaj, jak weszli w te największe chaszcze, to piły poszły w ruch, brzozy padały jak zapałki i nagle… brzdęk! Metal o metal. Okazało się, że w tych tarninach, krzakach i tej całej zieleniźnie skrywają się metalowe krzyże! Na razie odkryli kilka, ale jeszcze mają dużo do wycinki, więc nie wiadomo co tam dalej jest.
Julia poczuła, jak skóra jej cierpnie, mimo bijącego z nieba żaru.
— Krzyże?
— No właśnie! — przytaknęła Basia, siorbiąc kawę. — Pytali sołtysa, ale on o niczym nie wiedział, nikt mu nie zgłaszał, że tam cokolwiek będą wycinać.
Wiesz… — Basia zawiesiła głos, patrząc gdzieś w stronę lasu. — Ja bym się wcale nie zdziwiła, gdyby tam faktycznie był jakiś stary, zarośnięty niemiecki cmentarz. Mało to u nas takich miejsc?
Julia odsunęła talerz.
— Chcesz powiedzieć, że po prostu o nich zapomniano?
— Julio, kochanie — Basia westchnęła z pobłażaniem. — Jak szedł front, to nikt nie patrzył na plany zagospodarowania terenu. Chowali zmarłych, gdzie bądź.
— To straszne — szepnęła. — Że tyle ludzi nigdy nie pozna losów swoich bliskich. Że można po prostu… zniknąć w chaszczach lub pod płotem jakiegoś gospodarstwa.
Basia poklepała ją delikatnie po dłoni. — Takie to były czasy. Ale widzisz, ziemia czasem sama oddaje to, co jej powierzono.
Przez chwilę obie milczały, wsłuchane w odgłosy budzącej się wsi. Ciszę przerwała dopiero Basia, jakby przypomniała sobie kolejny element układanki.
— A wiesz, u nas też była podobna sytuacja — zaczęła, mrużąc oczy od słońca. — Pani Wójcikowa, która z rodziną wprowadziła się tu niedługo po odejściu Ruskich, opowiadała, że kablowcy nacięli się kiedyś na takie szczątki z wojny.
— Jacy kablowcy? — spytała Julia, nie rozumiejąc terminu.
Barbara zaśmiała się krótko i odstawiła filiżankę. — No tak, skąd ty mogłabyś to wiedzieć… Tak u nas nazywali tych, którzy szukali w ziemi starych kabli. Opalali plastikową izolację, żeby odzyskać miedź ze środka, i sprzedawali za dobre pieniądze.
— To tak można? Po prostu kopać w ziemi? — zdziwiła się Julka.
— Legalne to nie było, ale zarobek niezły — przyznała Basia. — Do dzisiaj w lesie widać miejsca, gdzie ryli. Byli gorsi niż dziki, całe połacie ziemi potrafili zryć w jedną noc.
— No, a te szczątki? — zapytała Julka, czując, że serce bije jej szybciej.
— Jak dokopali się do kabla, zaczęli go wyciągać i nagle zobaczyli, że z ziemi wystaje nie tylko kabel, ale i kawałek ludzkiej piszczeli. Nieźle się wtedy wystraszyli. Zasypali to w pośpiechu i w nogi.
Ale wiadomo, jak to u nas… jak sobie wieczorem wypili, to język im się rozwiązał i zaczęli gadać. A potem to już szybko poszło, wieść się rozniosła — zakończyła Barbara i siorbnęła porządny łyk kawy.
Julia zamarła wpatrzona w przestrzeń.
Do rzeczywistości przywrócił ją głos Barbary, która z wyraźnym zaniepokojeniem przyglądała się teraz jej bladej twarzy.
— Julka, co ci jest? — dopytywała, zaglądając jej prosto w oczy. — Wyglądasz, jakbyś ducha zobaczyła.
— Nie, nic… — Julia starała się opanować drżenie głosu. — Po prostu… pomyślałam, że może to był ktoś, kogo ja i moja rodzina szukamy od końca wojny.
Że ten ktoś leżał tam, w tym rowie, obok starego kabla. Barbara patrzyła na nią długo z troską i głębokim smutkiem, a na tarasie pensjonatu znów zapadła cisza, tym razem znacznie cięższa niż wcześniej.
— – Słuchaj, Julio, jeśli te szczątki faktycznie stąd zabrali, to w urzędach musi być jakiś ślad. Nawet jeszcze przeszukiwali okoliczne miejsca, ale więcej szczątków nie znaleźli. I się mówiło, że to jakiś dziwny przypadek, bo jak znajdowano takie szczątki, to przeważnie było tego więcej, a tu tylko ten jeden szkielet.
— I co z nim zrobili? — zapytała Julia, niemal szeptem. — Z tymi szczątkami?
Barbara odstawiła pustą filiżankę i westchnęła. — Przyjechały odpowiednie służby, prokurator, policja… Pozbierali to wszystko, zabezpieczyli i zabrali. Potem je pochowali u nas, w na cmentarzu, niemieckiej kwaterze jako NN.
Julia nie odpuszczała, czując, że każda informacja jest na wagę złota. — I nikogo więcej tam nie znaleźli? Tylko tę jedną osobę?
— No właśnie to było w tym wszystkim najdziwniejsze — przyznała Basia. — Nawet jeszcze wtedy przeszukiwali okoliczne miejsca, przekopali kawałek terenu wzdłuż tego kabla, ale więcej szczątków nie znaleźli.
Mówiło się u nas, że to jakiś dziwny przypadek. Zazwyczaj jak znajdowano takie wojenne mogiły, to leżało tam kilku, kilkunastu żołnierzy. A tu? Tylko ten jeden, samotny szkielet. Jakby ktoś go tam zakopał w pośpiechu.
— A wiadomo chociaż, gdzie to dokładnie było? — zapytała, starając się, by jej głos brzmiał spokojnie.
— Gdzieś w lesie, ale tam na pewno, nawet śladu po wykopach nie ma. Natura szybko zabiera co swoje.
Julia odetchnęła głęboko i spojrzała Basi prosto w oczy. Czuła, że nie może już dłużej trzymać tego tylko dla siebie.
— Basiu… — zaczęła cicho. — Ja nie przyjechałam tu tylko na wakacje. Szukam mojego pradziadka, Karla Webera.
Barbara słuchała z uwagą i Julia opowiedziała jej o zaginionym krewnym, który tu służył w wojsku, jego losach i żonie z córeczką Anną,
o poszukiwaniach, nadziejach i rozczarowaniach.
— Gdy umarła moja babcia Ania, jego córka, obiecałam sobie, że znajdę odpowiedź na te wszystkie pytania.
Wzięła krótki oddech i ciągnęła dalej.
— Chcę sprowadzić Karla do domu, żeby w końcu mógł spocząć obok swojej Margarety. Ona czekała na niego całe życie, Basiu. Przez kilkadziesiąt lat wierzyła, że on do niej wróci. Teraz oboje zasługują na to, by znów być razem, nawet jeśli to tylko kamień obok kamienia na cmentarzu w Berlinie.
Basia patrzyła na nią z mieszanką podziwu i głębokiego współczucia. Na tarasie zapanowała uroczysta cisza, którą mącił jedynie daleki szum drzew.
— Karla Webera, mówisz… — powtórzyła cicho Basia, jakby próbowała oswoić to nazwisko. — No to teraz już rozumiem, dlaczego tak pobladłaś na wieść o tym szkielecie.
Basia odstawiła pustą filiżankę i popatrzyła na nią z błyskiem w oku.
— Słuchaj, Julio, trzeba działać — powiedziała stanowczo. — Jeśli te szczątki faktycznie stąd zabrali, to w gminie muszą mieć na to jakieś papiery. Dokumentacja z ekshumacji, protokoły. Idź jutro do urzędu, do pani sekretarz Krystyny. Ona trzyma tam wszystko żelazną ręką.
Julia skinęła głową, czując nagły przypływ nadziei, ale Barbara nie skończyła.
— Tylko wiesz… — zaczęła, uśmiechając się pod nosem. — Najlepiej zrobisz, jak zaczniesz te poszukiwania od Jakuba.
Julia zamrugała ze zdziwieniem, niemal odsuwając się od stołu. — Od Jakuba? A co on ma z tym wspólnego? Przecież on tu mieszka od niedawna, co on może wiedzieć o sprawach sprzed lat?
Barbara uśmiechnęła się tajemniczo i zrobiła taką minę, jakby właśnie zdradzała największy sekret w Lipowicach.
— Bezpośrednio, to on nie ma z tym nic, ale pośrednio… — zawiesiła głos, wymownie unosząc brwi. — Powiedzmy, że nasza pani sekretarz, Krystyna, już dawno wzięła go sobie na cel. Jak Jakub wejdzie do biura i o coś ładnie poprosi, to ona mu te teczki sama pod nos przyniesie, byle tylko posiedział u niej pięć minut dłużej. Dla niego będzie o wiele łaskawsza niż dla obcej turystki z Niemiec.
Julia poczuła, jak na jej twarzy wykwita lekki rumieniec, a jednocześnie poczuła dziwne zmieszanie. — Sugerujesz, że mam wykorzystać majora jako przynętę?
— Sugeruję, że w tej wsi urok osobisty Jakuba otwiera więcej drzwi niż oficjalne pismo z ambasady — zaśmiała się Basia, wstając od stołu. — Wykorzystaj to, dziewczyno. Dla dobra sprawy i pradziadka Karla.
Julia została sama na tarasie, patrząc na drogę prowadzącą do domu Jakuba.
Miała teraz plan, choć myśl o „wykorzystaniu” majora w biurze pani sekretarz wydawała jej się tyleż kusząca, co nieco krępująca.
Wstała od stołu i weszła do budynku. Zmiana krótkich spodenek na bladoniebieską sukienkę nie zajęła jej dużo czasu, więc po chwili już otwierała bramkę i ruszyła w stronę domu Jakuba.
Słońce zaczynało nieźle podgrzewać i upał już zaczynał gęstnieć nad asfaltem.
Gdy tylko pchnęła furtkę, Kapral zerwał się z cienia pod jabłonią i z radosnym szczekaniem pognał w jej stronę.
Zanim zdążyli się przywitać, na ganek wyszedł Marek. Miał na sobie tylko krótkie spodenki i wyciągnięty T-shirt, a w ręku trzymał parujący kubek.
— Spokojnie, Kapral, bo nam ją zamęczysz! — zawołał, opierając się o futrynę i uśmiechnął się szeroko na widok Julii.
— Cześć, Julka. Jak na taką wczesną porę, wyglądasz na kogoś, kto ma plan uratowania świata. Albo przynajmniej Lipowic.
— Cześć — uśmiechnęła się, głaszcząc psa, który teraz łasił się do jej kolan. — Jest ojciec? Muszę z nim pilnie porozmawiać.
Marek uniósł brwi i siorbnął kawę, nie spuszczając z niej wzroku.
— A co to, ja już nie wystarczę? — zapytał z udawanym wyrzutem. — Mam mapy, mam auto i młody urok osobisty. Czego chcieć więcej?
Julia zaśmiała się, kręcąc głową.
— Do tej konkretnej misji będę potrzebowała jednak cięższego sprzętu. Musimy zdobyć panią sekretarz w gminie, a Basia twierdzi, że twój ojciec ma u niej… no, powiedzmy, specjalne fory.
Marek o mało nie zakrztusił się kawą.
— Co? Chcesz wystawić staruszka na pierwszą linię frontu w urzędzie? — parsknął śmiechem. — Uważaj, bo jak go Krystyna dorwie w swoje szpony, to nam go do kolacji nie odda. A co do zdobywania… wiesz, w mojej kategorii wiekowej też jestem całkiem niezłym łowcą dokumentów. Nie potrzebujesz kogoś, kto potrafi szybciej uciekać, jak nas nakryją?
— Tym razem potrzebuję kogoś, przy kim pani sekretarz zapomni o przepisach RODO i wyciągnie teczki, o których oficjalnie nikt nie wie — odparowała Julia. — Więc jak? Jest major w zasięgu?
— Jest w piwnicy. Od rana się tłucze tak, że nawet pospać w wakacje nie można.
— Wyśpisz się na wykładach, wakacji na sen szkoda — skwitowała Julka z rozbrajającym uśmiechem, nie dając mu szansy na ripostę. — W takim razie schodzę do niego.
Marek tylko machnął ręką, wracając do swojej kawy, a Julia ruszyła w stronę stromych schodów.
Nigdy wcześniej tu nie była. Spodziewała się ciemnego, wilgotnego składziku na słoiki, ale to, co zobaczyła, gdy tylko zeszła na dół, kompletnie ją zaskoczyło. Piwnica Jakuba była klasyczną, dopracowaną „męską jaskinią”.
W jednym rogu, pod ścianą, stały przykryte folią sprzęty, które zazwyczaj widuje się na siłowniach, ale to przeciwległa część pomieszczenia przykuła jej uwagę.
Pod małym oknem, przez które wpadały smugi zakurzonego światła, stał szeroki, potężny stół warsztatowy z grubego drewna. Wszędzie panował ten specyficzny porządek, jaki spotyka się tylko u ludzi, którzy lata spędzili w wojsku: każde narzędzie miało swoje miejsce zgodne z przeznaczeniem.
Zrobiła krok w głąb piwnicy, czując, jak chłodniejsze powietrze niesie zapach drewna i świeżej farby.
Jakub stał przy przeciwległej ścianie, tyłem do niej. Mocował właśnie dużą, solidną półkę, skupiony na poziomicy.
— Jakub? — odezwała się cicho, żeby go nie wystraszyć.
Major drgnął ledwie zauważalnie, odłożył narzędzie na blat i odwrócił się. W roboczych spodniach i z lekko przybrudzonymi dłońmi wyglądał inaczej niż na cmentarzu — bardziej surowo, ale też jakby bardziej był „u siebie”.
— Julia? — uniósł brwi, wyraźnie zaskoczony jej obecnością w swoim sanktuarium. — Nie spodziewałem się ciebie.
— Musiałam przyjść, bo mamy misję — zaczęła, podchodząc bliżej warsztatowego stołu. — I to taką, do której potrzebuję twoich… hm, szczególnych zdolności dyplomatycznych.
Jakub otarł dłonie w szmatkę i spojrzał na nią z ukosa, przeczuwając, że spokój w piwnicy właśnie dobiegł końca.
Przez ułamek sekundy w jego spojrzeniu mignęło zaskoczenie, które szybko ustąpiło miejsca czemuś głębszemu, cieplejszemu.
Julia poczuła się lekko zmieszana, ale po chwili opanowała się i zaczęła mówić.
— Jest sprawa — zaczęła, podchodząc do stołu. — I chyba możesz mi pomóc — dodała i opowiedziała mu wszystko, co usłyszała od Basi.
Mówiła szybko, emocje same pchały słowa na usta — o samotnym szkielecie, o „kablowcach”, którzy go odnaleźli.
Jakub słuchał, nie przerywając.
Kiedy wspomniała o pani sekretarz i o tym, że on miałby być „przynętą”, uśmiechnął się półgębkiem. To nie był uśmiech kogoś rozbawionego, ale kogoś, kto czuje się nieco speszony taką niezasłużoną „sławą”.
— Basia uważa, że masz u niej… szczególne względy — dokończyła, a jej wzrok na moment uciekł w bok. — Że tobie nie odmówi zajrzenia do teczek, do których ja nie mam wstępu.
Odłożył szmatkę, którą wycierał dłonie, i zrobił krok w jej stronę. Przestrzeń między nimi nagle stała się bardzo mała. Julia czuła od niego ciepło i ten specyficzny, bezpieczny spokój, który sprawiał, że poczuła ochotę zostać w tej piwnicy znacznie dłużej.
— Barbara ma zbyt bujną wyobraźnię — mruknął, ale nie cofnął się. Patrzył na Julię tak, jakby próbował odczytać coś z jej twarzy, coś więcej niż podniecenie zdobytymi wiadomościami. — Krystyna po prostu… dba o mieszkańców swojej gminy.
— Kuba, to ważne — szepnęła, patrząc mu w oczy. — To wreszcie może być ten pierwszy ślad. Pomożesz?
— Przecież wiesz, że tak — odpowiedział bez zastanowienia i uśmiechnął się ciepło. — Daj mi chwilę, doprowadzę się do porządku i jedziemy. Ale uprzedzam: jeśli Krystyna zacznie mnie zagadywać, ty przejmujesz inicjatywę z dokumentami. Nie jestem zbyt dobry w… dyplomacji przy kawie i ciastkach.
Julia uśmiechnęła się, czując, jak kamień spada jej z serca, a jednocześnie jak po plecach przebiega jej dreszcz ekscytacji.
— Poradzę sobie. Obiecuję.
Wymienili krótkie spojrzenie, w którym było coś więcej niż tylko porozumienie dwojga wspólników.
— Panie przodem. — Jakub skinął głową i wskazał schody.
Gdy Julia wróciła na górę, Marek wciąż tkwił na ganku, kontemplując resztki kawy w kubku.
Gdy tylko ją zobaczył, uniósł brew w górę, ale nic nie powiedział, tylko zrobił jej miejsce obok siebie.
Dosiadła się do niego, czując na twarzy uderzenie lipcowego żaru, który po chłodzie piwnicy wydawał się niemal gęsty.
— I jak? Major przyjął rozkaz? — zapytał, gdy opadła na nagrzane drewno schodów.
— Przyjął — odpowiedziała, starając się, by jej głos brzmiał naturalnie.
— Twoja taktyka z „ciężkim kalibrem” chyba zadziałała — Marek zaśmiał się cicho.
Julka nie zdążyła odpowiedzieć, bo za ich plecami rozległy się szybkie kroki.
Jakub wyszedł na ganek i oboje, jak na komendę, zadarli głowy do góry. Przez chwilę panowała kompletna cisza.
Jakub nie miał już na sobie roboczych spodni ani zakurzonej koszulki. Jasne, lniane spodnie leżały na nim idealnie, a koszulka Henley w delikatny, teksturowany wzór podkreślała jego szerokie ramiona. Wyglądał nienagannie — surowo, ale z klasą, której nie dało się kupić w żadnym sklepie.
Marek zmierzył ojca wzrokiem od stóp do głów, a potem powoli przeniósł spojrzenie na Julię. Uśmiechnął się szeroko, widząc jej nieukrywane uznanie.
— No, Julka… — zagadnął półgłosem, tak by ojciec słyszał każde słowo. — Odwołuję wszystko, co mówiłem o sekundach. Przy takim anturażu pani Krysia odda ci klucze do sejfu, zanim zdążysz powiedzieć „dzień dobry”. Zdobyta w sekundę to mało powiedziane. To będzie kapitulacja bezwarunkowa.
Jakub chrząknął, poprawiając zegarek na nadgarstku. Wyraźnie czuł się nieco speszony tą nagłą inspekcją, ale w jego spojrzeniu, gdy zatrzymało się na Julii, było coś, co sprawiło, że poczuła przyjemne ciepło.
— Skończyłeś skanować? — zapytał Jakub, patrząc na syna z udawaną surowością. — Bo chcielibyśmy już jechać. Kapral! Pilnuj domu i młodego!
Pies, jakby rozumiejąc powagę munduru, którego Jakub wprawdzie nie miał, ale który wciąż „nosił” w postawie, usiadł dumnie przy schodach.
— Powodzenia! — zawołał za nimi Marek, odprowadzając ich wzrokiem do samochodu. — I nie zapomnijcie o ciastkach! Krystyna nie bierze jeńców bez cukru!
Jakub pokręcił głową na te zaczepki, ale nie skomentował. Otworzył Julii drzwi do pick-upa, a gdy oboje zajęli miejsca w kabinie, wrzucił bieg i powoli wytoczył się z podwórka.
Mieli do przejechania zaledwie kilka kilometrów, więc po niespełna dwudziestu minutach Jakub zaparkował auto na parkingu przed niskim, białym budynkiem.
Przed wejściem Jakub zatrzymał się na moment i odruchowo wygładził dłonią przód swojej koszulki. Julia zauważyła ten gest i poczuła nagłe ukłucie rozbawienia zmieszanego z podziwem.
— Boisz się jej? — zapytała cicho, stając tuż obok niego.
Jakub spojrzał na nią z ukosa, a w kąciku jego ust pojawił się ten ledwo zauważalny, zawadiacki uśmiech.
— Nie boję się, Julio. Po prostu w wojsku nauczono mnie, że o wszystkim trzeba pamiętać i znać stopień ważności. A Krystyna… powiedzmy, że to oficer wysokiej rangi w tym obiekcie, więc bez zmarszczek na mundurze — skończył, puszczając oczko.
Weszli do środka.
Sekretarz, siedząca za szerokim biurkiem, uniosła wzrok i przez ułamek sekundy w jej oczach błysnęła czujność. Julka w towarzystwie Jakuba to nie był jej ulubiony widok. Jednak major w lnianej koszuli sprawił, że urzędniczka natychmiast przybrała profesjonalno-uprzejmą maskę.
— Jakub, co za miła wizyta! — zawołała, splatając dłonie na blacie.
— I pani Julia… Wciąż w Lipowicach? Myślałam, że Berlin już dawno upomniał się o swoją nauczycielkę.
— Wciąż. I to z ważną sprawą — odpowiedział Jakub, opierając się o kontuar z tym swoim spokojem, który zawsze zbijał Krystynę z pantałyku.
Gdy Julia wyłożyła sprawę szkieletu znalezionego przez kablowców, sekretarz odchyliła się na krześle i westchnęła, przybierając minę osoby dźwigającej na barkach cały ciężar gminnej historii.
— Muszę panią uprzedzić, że to nie takie proste — zaczęła, patrząc na Julię z góry, by po chwili przenieść miększe spojrzenie na Jakuba. — To się zadziało nie za mojej kadencji. Wtedy sekretarzem był pan Strzelecki. On trzymał wszystko w głowie, ale… cóż, od trzech lat pan Strzelecki już nie żyje.
Julia poczuła, jak nadzieja z niej ulatuje.
— Więc to ślepy zaułek? — zapytała cicho.
Krystyna zawiesiła głos, delektując się tą chwilą władzy. Rzuciła Jakubowi przeciągłe, niemal opiekuńcze spojrzenie.
— Niekoniecznie. Skoro to dla pani tak ważne… postaram się. Ale od razu mówię: to nie jest sprawa „od ręki”. Muszę zejść do starego archiwum, przejrzeć notatki służbowe z tamtych lat.
Wtedy to była gorąca linia między gminą, policją, IPN-em a wojewodą. Papirologia była potworna, a raporty lądowały w różnych segregatorach. Poprawiła nienaganną fryzurę i uśmiechnęła się do Jakuba, kompletnie ignorując obecność Julii.
— Przejrzę to w pierwszej wolnej chwili. Może między sprawozdaniami uda mi się wyłuskać jakiś ślad po tym jednym znalezisku. Musicie mi dać trochę czasu. Zadzwonię, jak tylko kurz opadnie z teczek.
— Będziemy czekać niecierpliwie i dzięki, że znalazłaś dla nas czas, bo przecież wparowaliśmy tu bez zapowiedzi, ale Julka dzisiaj dowiedziała się o tym od Barbary i tak poszliśmy za ciosem.
— To fakt, że Basia sporo wie o naszej mieścinie, ale co spowodowało, że właśnie teraz wypłynął ten temat? — zwróciła się do Julki, wyraźnie zaciekawiona.
— Basia w sklepie usłyszała o tej wycince przy WORD-zie i tych krzyżach — wyjaśniła Julia.
— Teraz już wszystko rozumiem. — Sekretarz pokiwała głową i dodała: — A swoją drogą, to aż mi skóra cierpnie na myśl, co się teraz tu będzie działo. Jak te wszystkie służby tu się zjadą, to niech nas Bóg ma w swojej opiece. Mam nadzieję, że to tylko takie gadanie tych pilarzy.
— Doskonale cię rozumiem — powiedział ze szczerym współczuciem Jakub. — Jak kiedyś Kapral wygrzebał kość koło jabłonki, to zanim zorientowałem się, że to zwierzęca, już widziałem te procesje służb wszelakich, które koparką ryją po posesji i przesiewają piasek przez sitko. Koszmar.
— To prawda, biurokracja to straszna rzecz, bez względu na narodowość — dorzuciła Julka.
Pani sekretarz spojrzała na nich z wdzięcznością i ciężko westchnąwszy, wstała zza biurka, dając tym samym sygnał, że audiencja dobiegła końca.
— To co, do zobaczenia na imieninach — rzuciła jeszcze z uśmiechem, odprowadzając ich do drzwi.
— Będziemy — zapewnili, zamykając za sobą drzwi.
— Ale z tą kością i Kapralem to miałeś świetny pomysł — roześmiała się Julka, wsiadając do samochodu.
— Ale tak było naprawdę — stwierdził Jakub, przekręcając kluczyk w stacyjce.
Julia nic już nie powiedziała, tylko uśmiechnęła się pod nosem, jakby i tak wiedziała swoje.
Samochód powoli wyjechał na ulicę.
Rozdział 12
Marek stał przy stole oparty biodrem o blat i gryzł jabłko. Sok spłynął mu po palcach, otarł go o spodnie, nawet nie odrywając wzroku od map.
Kapral kręcił się pod nogami. Raz podchodził, raz odchodził, jakby nie mógł się zdecydować, czy to jeszcze praca, czy już pora na spacer. W końcu usiadł pod stołem i tylko obserwował.
Na blacie leżały trzy mapy. Rozłożone obok siebie zajmowały niemal cały stół. Marek przesunął jedną dłonią papier i poprawił podwijający się róg.
— No dobrze… skoro mam zarchiwizować lotnisko i okolice, to zobaczmy, co tu przez te wszystkie lata namieszano.
Niemiecka mapa była wykonana niezwykle starannie. Każdy budynek, droga i obiekt miały swoje oznaczenia. Radziecka kopia wyglądała już inaczej. Część nazw zniknęła, inne dopisano odręcznie, pojawiły się nowe symbole. Współczesna mapa ewidencyjna przedstawiała ten sam teren, ale po dawnym lotnisku pozostały jedynie nieliczne ślady.
Marek przesuwał wzrokiem od jednej do drugiej.
— Nic dziwnego, że nikt się w tym nie orientuje…
Wyciągnął notes i zaczął robić krótkie notatki.
Hangar numer dwa — na niemieckiej jest, na radzieckiej oznaczony jako magazyn, na współczesnej jest jako stolarnia.
Droga techniczna — raz prowadzi do lasu, raz kończy się w polu.
Bocznica — zaznaczona tylko na najstarszej mapie.
Ciszę przerwało natarczywe brzęczenie telefonu. Zerknął na wyświetlacz — Magda.
Ta dziewczyna miała w sobie tyle energii, że potrafiła zmęczyć samego Kaprala, który teraz tylko uniósł czujnie łeb spod stołu.
— Słucham cię, o wielka i uszczypliwa — odebrał, uśmiechając się do słuchawki. Nie widział jej, ale wiedział, że na pewno teraz mruży oczy. Przez chwilę przypomniał sobie smak lodów w kawiarni i jej zielone oczy i aż westchnął.
— Co tak sapiesz? Rusz te swoje inżynierskie cztery litery.
Idę nad jezioro i pomyślałam, że z litości cię zabiorę. Słońce, woda i moje towarzystwo — lepszego pakietu w te wakacje nie dostaniesz.
— Dzięki za szczodrą ofertę, ale nie mam czasu. Praca wre.
— Praca? W wakacje? — Magda prychnęła tak głośno, że Kapral znowu się poruszył. — Czy ty w ogóle wiesz, co to słowo oznacza, czy na studiach wycięli ci ten fragment mózgu?
— Wakacje są dla turystów, Magda. Niektórzy z nas mają tu misję specjalną — odgryzł się, poprawiając róg niemieckiej mapy.
— Misję? Jaką? Ratujesz świat przed nadmiarem wolnego czasu czy znowu liczysz mrówki w lesie?
— Mam przyjrzeć się terenom lotniska i okolic. To historia w trzech odsłonach: niemieckiej, ruskiej i naszej radosnej współczesności. Inaczej mówiąc, właśnie zaczynam zaliczać staż — pochwalił się z dumą.
— Czyli pani sekretarz przyjęła cię na wyrobnika i to za Bóg zapłać — zaśmiała się Magda.
— Wyrobnik czy nie, staż będę miał z głowy, a zajęcie ciekawe, tyle że skomplikowane. To topografia i inżynierskie zagadki, których twój humanistyczny temperament mógłby nie zdzierżyć.
Po drugiej stronie zapadła sekunda ciszy, która zwiastowała tylko jedno: kontratak.
— Skomplikowana topografia, tak? — głos Magdy stał się podejrzanie słodki. — W takim razie zaraz będę u ciebie. Nie piłam kawy, więc radzę ci ją nastawić, zanim te twoje „trzy odsłony” doprowadzą cię do obłędu.
— Zaraz, Magda, ja naprawdę… — zaczął, ale usłyszał tylko radosne pip, oznaczające koniec rozmowy.
Odłożył telefon i spojrzał na mapy, a potem na śpiącego psa.
— Widzisz to, piesku? — mruknął, czując, jak mimo wszystko na twarzy wykwita mu uśmiech. — Inżynieria kontra temperament. Szykuj się, bo za dziesięć minut skończy się tu spokój.
Kapral szczeknął cicho i ze współczuciem.
— Tak, ja też wiem, co to oznacza. Koniec ciszy, początek huraganu — mruknął do psa.
Nie minęło kilkanaście minut, a usłyszał charakterystyczny stuk zamykanej bramki.
Chwilę później Magda stanęła w progu, promieniejąc energią, która zupełnie nie pasowała do dusznego, leniwego popołudnia.
Zielonkawe ogrodniczki, morelowy podkoszulek i białe sandały tworzyły zestaw, który sprawił, że Marek na jej widok pomyślał tylko o jednym: dołożyć jej słomkowy kapelusz, w dłoń wcisnąć małe grabki i mamy gotową reklamę radosnej ogrodniczki, która właśnie nabyła swój sprzęt w Castoramie. Ale tylko pomyślał.
— Gdzie ta kawa, inżynierze? Mam nadzieję, że jest mocna, bo słabej nie pijam.
Podeszła do stołu i oparła się o niego łokciami, wchodząc prosto w jego przestrzeń roboczą. Marek poczuł zapach słońca, który wniosła ze sobą do środka.
— Kawa sama się nie zaparzy, a ja wciąż czekam na dostawę kofeiny. Ruchy, inżynierze! Dokumentacja nie zając, nie ucieknie, a moje ciśnienie domaga się wspomagania — roześmiała się, patrząc mu prosto w oczy.
Przez moment Marek nawet miał ochotę powiedzieć, że zna lepsze sposoby na podniesienie ciśnienia, ale tylko pokiwał ze zrozumieniem głową i nastawił ekspres.
— I od razu lepiej. — Magda z lubością siorbnęła porządny łyk kawy. — To, w czym dłubiesz?
— Właściwie w bałaganie — uśmiechnął się Marek. — Wieczorek chce uporządkować dokumentację dotyczącą dawnych terenów lotniska. Przez lata nazbierało się tego tyle, że dziś trudno się w tym połapać.
Magda spojrzała na rozłożone mapy.
— I od czego zaczniesz?
— Najpierw wszystko posegreguję. Mapy, plany, zdjęcia, dokumenty. Potem chcę to zeskanować i zrobić jedną bazę, żeby dało się cokolwiek znaleźć bez przekopywania całego archiwum.
Magda pokiwała głową.
— Czyli masz zajęcie przynajmniej na trzy staże.
— Dokładnie. Jak chcesz, mogę ci jeden odstąpić.
Roześmiała się i przez chwilę bębniła palcami o blat.
— To po co siedzimy?
Marek spojrzał na nią pytająco.
— Skoro i tak musisz wyjść w teren, to jedźmy teraz. Wezmę aparat, porobimy zdjęcia. Będziesz miał materiał do dokumentacji, a ja przynajmniej trochę się przewietrzę.
— To nie jest głupi pomysł.
Magda uniosła brew.
— Oczywiście, że nie. W końcu ja go wymyśliłam.
— No co się tak gapisz? — wzruszyła ramionami. — Myślałeś, że tylko lody potrafię jeść?
— No nie, ja… — Marek już nie pamiętał, kiedy ostatnio tak się zamotał. Czuł, że rumieniec skrada mu się na kark.
— Kapral, idziemy! — rzuciła Magda do psa, a ten, kompletnie ignorując Marka, posłusznie ruszył za nią, merdając zdradziecko ogonem, po czym usadowił się na tylnym siedzeniu golfa, który skierował się na zachód.
Po kilku sennych uliczkach Lipowic asfalt ustąpił piaszczystej drodze prowadzącej w stronę lotniska. Minęli hangar i Marek skręcił na dawny pas techniczny. Po betonowych płytach nie został już ślad, ale ubity piach wciąż wyznaczał prostą linię pozostawioną przez niemieckich inżynierów.
Zatrzymał samochód przy młodych sosnach.
Ledwie Magda otworzyła drzwi, Kapral wystrzelił z auta i pognał przed siebie.
— Tylko nie oddalaj się za bardzo! — zawołał za nim.
Ruszyli powoli.
Magda co chwilę zatrzymywała się, robiąc zdjęcia. Raz Kapralowi buszującemu w wysokiej trawie, raz Markowi, który z telefonem w dłoni wyglądał bardziej jak geodeta niż student na wakacjach.
On również fotografował, choć aparat w telefonie zdecydowanie częściej kierował w stronę Magdy niż krajobrazu.
Poza trzaskiem migawki i radosnym sapaniem Kaprala panowała cisza.
— I co, panie inżynierze? — rzuciła, mrużąc oczy znad wizjera aparatu. — Na razie to wygląda jak reklama nudy. Ale patrz tam… — wskazała obiektywem na zachód.
Na intensywnie niebieskim niebie zaczęły wyrastać ciężkie, grafitowe chmury. Wiatr nagle zmienił kierunek, przynosząc zapach ozonu i wilgoci.
— No, wreszcie niebo przestało być płaskie — dodała z satysfakcją, pstrykając kolejne zdjęcie. — Teraz to ma klimat.
Zadarł głowę do góry i zmarszczył brwi.
— Może i ma klimat, ale zaraz zacznie tu nieźle lać albo i grzmieć — mruknął. Jak na komendę gdzieś daleko nad horyzontem przetoczył się niski, głuchy pomruk. Kapral, który jeszcze przed chwilą gonił niewidzialne myszy, w ułamku sekundy znalazł się przy nodze Marka, trącając go nosem w udo. Pierwsza ciężka kropla uderzyła go prosto w czoło, a zaraz po niej na piasku zaczęły pojawiać się ciemne, mokre kleksy.
— Cholera, auto zostało za daleko! — zawołał, osłaniając oczy przed wiatrem, który nagle przybrał na sile.
— Tam! Do lip jest bliżej! — krzyknęła Magda, wskazując na dwie potężne korony drzew, które wyrastały z ziemi kilkadziesiąt metrów przed nimi. — Szybciej, Marek! Aparat mi zamoknie!
Złapała torbę, dociskając ją do boku i rzuciła się do biegu. Marek, z Kapralem depczącym mu po piętach, ruszył za nią. Wpadli pod parasol gęstych liści w ostatniej chwili, gdy niebo dosłownie się otworzyło. Ściana deszczu odcięła ich od reszty świata, a oni, zdyszani i lekko oszołomieni nagłym atakiem natury, przytulili się do grubych pni, nasłuchując dudnienia kropel o liście.
Stali blisko siebie, niemal stykając się ramionami, bo tylko gęsta korona lip dawała jakiekolwiek schronienie przed ulewą. Deszcz bębnił o liście z taką siłą, że ledwo słyszeli własne myśli.
Magda, z aparatem bezpiecznie schowanym w torbie, ocierała wierzchem dłoni mokre policzki, a morelowy podkoszulek, teraz pociemniały od wilgoci, przylgnął do jej ciała.
Patrzył, jak pojedyncza kropla spływa z jej skroni, zatrzymuje się na chwilę na linii żuchwy i znika w zagłębieniu szyi. Poczuł, jak nagły impuls, silniejszy niż silny wiatr, każe mu skrócić ten i tak niewielki dystans.
Przesunął dłoń w stronę jej twarzy, chcąc odgarnąć mokry kosmyk rudych włosów, a jego wzrok zatrzymał się na jej ustach. Magda zamarła na sekundę, jej zielone oczy rozszerzyły się, a w kąciku ust pojawił się ten jej typowy, przekorny uśmieszek.
Gdy już pochylał głowę, pewny, że ta chwila należy do niego, ona nagle zgięła się wpół i zwinnie wyślizgnęła mu się spod ramienia, wybuchając perlistym śmiechem.
— O! Przestało padać! — zawołała, wyskakując na środek ścieżki, jakby w ogóle nie zauważyła jego intencji.
Faktycznie, tak szybko, jak się zaczęła, tak szybko burza poszła dalej, zostawiając po sobie jedynie dalekie pomruki nad lasem. Kurz, który jeszcze kwadrans temu dusił w gardle, teraz leżał przybity do ziemi, a powietrze stało się tak czyste i rześkie, że aż kręciło się w głowie od zapachu mokrych sosen i parującego piachu. Z liści lip, pod którymi przed chwilą stali, miarowo kapały ciężkie, lśniące krople, uderzając o grunt z cichym plaśnięciem.
Magda obróciła się wokół własnej osi, rozkładając ręce.
— Zobacz, zupełnie inny świat! — krzyknęła, mrużąc oczy przed słońcem, które nagle przebiło się przez chmury, rozświetlając parujący las.
Marek stał jeszcze chwilę pod drzewem, próbując uspokoić oddech i tętno.
Uśmiechnął się pod nosem, kręcąc głową. Ta dziewczyna była jak ta burza — gwałtowna, nieprzewidywalna i zostawiająca po sobie niesamowitą świeżość.
— Inżynierze, nie śpij! — dobiegł go jej głos. — Kapral już znalazł jakiś trop, a my mamy jeszcze zdjęcia do zrobienia!
Nagła cisza, która zapadła po burzy, została brutalnie przerwana przez dziwny, zduszony skowyt Kaprala. To nie było radosne ujadanie na wiewiórkę — w tym dźwięku słychać było ból i zaskoczenie.
— Kapral! — krzyknął Marek, a jego twarz w ułamku sekundy stężała. — Magda, tam są pewnie te stare studzienki!
Rzucili się biegiem w stronę gęstych zarośli, z których dobiegał głos psa. Marek, próbując na skróty przebić się przez ścianę zieleni, wpadł prosto w gęste kłębowisko dzikich jeżyn. Kolczaste pędy chwyciły go za spodnie i ramiona, wbijając się w materiał i skórę przy każdym gwałtowniejszym ruchu.
— Szlag by to! — syknął, szarpiąc się z gałęziami, które trzymały go jak żywe sidła.
Magda, lżejsza i zwinniejsza, znalazła lukę między krzakami i pierwsza dopadła do miejsca, gdzie kręcił się pies.
— Marek, spokojnie! Nic mu nie jest! — krzyknęła, a w jej głosie słychać było wyraźną ulgę.
Gdy w końcu wyplątał się z kolców i, ocierając zadrapania, dotarł do nich, zobaczył Kaprala stojącego przy starej, niemal całkowicie zasypanej ziemią studzience. Z jej środka, między resztkami betonu, wyrastała mała, rachityczna lipka, na którą pies szczekał z niespotykaną pasją.
— Ty głupi kundlu — mruknął Marek. — O jedno drzewko tyle hałasu?
— Nie o drzewko. O niego.
Magda przykucnęła przy betonowej studzience i wskazała w dół.
Przy pniu młodej lipy leżał skulony jeż. Musiał wpaść tam po ulewie i nie miał żadnych szans wydostać się po gładkich ścianach.
— No i co teraz?
Marek rozejrzał się. Kilka metrów dalej leżał spróchniały pień. Oderwał dwa grube kawałki kory, wsunął je ostrożnie pod zwierzę i delikatnie uniósł jeża.
Kapral zaszczekał z zadowoleniem, jakby właśnie zakończył udaną akcję ratunkową.
Kilkanaście metrów dalej Marek położył kolczastego wśród mchu i krzewów.
Wyprostował się z miną człowieka zadowolonego z dobrze wykonanej roboty.
Błysk.
— Aua! Zwariowałaś?
Magda opuściła aparat, śmiejąc się.
— Nie mogłam przepuścić takiego bohatera. Jeszcze wyślę zdjęcie do nadleśnictwa. Niech wiedzą, że nie tylko im tu nie kopiesz, ale nawet ratujesz zwierzynę.
Spojrzał na zadrapane przedramiona i tylko pokręcił głową.
— Wracajmy. Tylko nie przez jeżyny.
Ruszył pierwszy, odgarniając gałęzie i wysoką trawę.
Kiedy wsiedli do samochodu, Magda spojrzała przez szybę.
— Po drodze minęliśmy świetne miejsce.
— Na zdjęcia?
— Burza zrobiła swoje. Mokre liście dadzą piękne bokeh.
— Czyli jednak o fotografię chodzi.
— Brawo, inżynierze.
Po kilkuset metrach Marek zatrzymał samochód przy poboczu.
Kapral natychmiast pognał przed siebie.
— Znowu się gdzieś zapodzieje…
— Spokojnie. Zaraz wróci.
Jak na zawołanie pies wybiegł z zarośli.
Magda zarzuciła aparat na ramię.
— Chodź.
— Gdzie?
Zamiast odpowiedzieć, wskazała ledwie widoczną ścieżkę znikającą w gęstwinie.
— Znowu w krzaki?…
Nie usłyszał odpowiedzi.
Magda była już kilka kroków dalej.
Jeżyny i nie wiadomo co jeszcze czepiały się wszystkiego i przez chwilę miał ochotę zawrócić, gdy zdał sobie sprawę, że panuje nienaturalna cisza.
Nie słyszał przed sobą ani szelestu krzaków, ani jej niecenzuralnych słów, które mamrotała pod nosem.
Zatrzymał się i rozejrzał, ale w gęstwinie wysokich chaszczy widział tylko zieloną ścianę.
— Magda? Gdzie jesteś? — zawołał, marszcząc brwi.
— Idę, zaraz będę! — dobiegł go jej głos.
Marek czekał, aż nagle usłyszał trzask łamanych gałęzi, szelest pokrzyw i ciche przekleństwo. A sekundę później:
— Kurwa!
Serce momentalnie podeszło mu do gardła.
— Magda?!
Nie czekając na odpowiedź, ruszył do przodu niemal biegiem, przedzierając się przez zarośla i pnącza. Wreszcie dopadł do niewielkiego zagłębienia terenu i zatrzymał się gwałtownie.
Magda siedziała na ziemi, otoczona zielskiem i krzakami. Jedna noga zniknęła jej w plątaninie jeżyn, rudych włosów uczepiło się coś zielonego, a obie dłonie zaciskała właśnie na kolanie.
— Co się stało? — rzucił od razu, kucając przy niej.
— O coś zahaczyłam… — syknęła, krzywiąc się. — Walnęłam kolanem jak idiotka i teraz boli jak cholera. Tylko nie wiem nawet o co, bo tu nic nie widać.
Marek odsunął jej dłonie i obejrzał kolano.
— Wyprostuj nogę.
Zrobiła to z niezadowoloną miną.
— Teraz zegnij.
Skrzywiła się jeszcze bardziej, ale zgięła.
— No dobra. Chyba tragedii nie ma.
— Super — mruknęła. — To teraz mam inny problem.
Spojrzał na nią podejrzliwie.
— Aparat.
— Co aparat?
— Gdzieś mi wypadł! Cholera, ty wiesz, ile za niego dałam?
Marek westchnął ciężko i zaczął macać wokół dłonią, rozgarniając jeżyny, mokre liście i pokrzywy.
— Naprawdę nie mogłaś zgubić czegoś tańszego?
— Bardzo śmieszne.
Po chwili dostrzegł pasek zaplątany w dziką różę.
— Mam.
Wyciągnął aparat, trochę oblepiony mokrymi trawami, po czym podał go Magdzie.
Ta momentalnie zaczęła go oglądać.
— O nie… nie ma dekielka od obiektywu.
— Magda…
— No co? Był.
Marek zamknął oczy i policzył chyba do trzech.
— Dobra. Siedź. Poszukam tego cholernego dekielka.
Mrucząc coś pod nosem o fotografach i ich genialnych pomysłach, znowu zanurkował w chaszcze.
Rozgarnął mokre liście, odsunął kilka gałęzi i nagle poczuł pod dłonią coś twardego.
— Co jest…
Przykucnął niżej i zaczął odgarniać ziemię.
Spod mchu i splątanych korzeni wyłoniła się jasnoszara powierzchnia kamienia.
— Magda…
— Co?
— Chyba znalazłem to, o co przywaliłaś.
— Patyk?
— Raczej pół góry.
Zaczął odgarniać dalej i szybko okazało się, że spod ziemi wystaje tylko niewielki fragment czegoś znacznie większego.
Magda, mimo bolącego kolana, przesunęła się bliżej.
— Faktycznie…, ale wielki kamol.
Marek dłonią zrzucił kolejną warstwę jeżyn i wilgotnej ziemi.
— Wygląda, jakby siedział tu od stu lat.
— Czekaj…
Magda zmarszczyła brwi i nachyliła się jeszcze bardziej.
— Tu coś jest.
— Gdzie?
— No tutaj. Jakaś rysa czy coś.
Zaczęła wybierać patykiem mech i błoto z bocznej części głazu. Po chwili spod zieleni zaczęły wychodzić dziwne, ostre linie.
Marek przykucnął obok niej.
— To chyba specjalnie wyryte.
— Też tak myślę.
Przez następnych kilka minut odgarniali ziemię, dziką różę i splątane pnącza jeżyn, aż wreszcie ukazał się większy fragment podrapanego kamienia.
Magda milczała przez chwilę, po czym szybko chwyciła aparat.
Błysk lampy przeciął zarośla raz.
Potem drugi.
— Co to właściwie jest? — mruknął Marek, przyglądając się znalezisku.
— Nie mam pojęcia. Ale wygląda dziwnie. Takie jakby lustrzane odbicie drukowanego N, z przekreślonym środkiem — powiedziała, patrząc na rysunek i przechylając głowę na bok. Po chwili zrobiła jeszcze kilka zdjęć i w końcu opadła z powrotem na trawę.
— Dobra. Mam dość archeologii na dziś.
Marek wyprostował się i spojrzał na nią z góry.
— A dekielek?
Machnęła ręką.
— Aaa… mam ich w domu cały zapas. Ciągle je gubię.
Marek spojrzał najpierw na swoje podrapane dłonie, potem na nią.
— To ja tu broczę krwią, żeby ratować twój dekielek, a ty mi teraz mówisz, że masz ich całą kolekcję?! Ja cię chyba…
Nie dokończył.
Magda przyciągnęła go za zmoczoną koszulkę i szybko cmoknęła w policzek.
— To za krew oddaną za dekielek.
Marek przez chwilę patrzył na nią kompletnie zaskoczony.
A potem tylko pokręcił głową.
— Wariatka — rzucił z błyskiem w oku i dodał, patrząc w niebo: — Chodźmy już, bo wygląda na to, że burza wraca.
Ruszyli.
Marek torował drogę, odginając gałęzie i pnącza jeżyn, a Magda, kuśtykając lekko, szła tuż za nim, wciąż zerkając na wyświetlacz aparatu. Gdy wreszcie przedarli się przez chaszcze na otwartą przestrzeń drogi, Kapral warknął ostrzegawczo, a oni oboje zamarli w pół kroku.
Kilkanaście metrów przed nimi, oparty o maskę samochodu, stał Szolc i niespiesznie palił papierosa.
Nadleśniczy nie wyglądał na zaskoczonego; raczej na kogoś, czyje przewidywania właśnie się sprawdziły.
— Wydawało mi się, że rozmawialiśmy już, panie Marku — zaczął Szolc, wypuszczając powoli dym. — Wyraźnie mówiłem, że nie pozwalam tutaj na żadne działania nieuzgodnione z Lasami Państwowymi.
A takich pozwoleń pan chyba nie posiada?
Marek poczuł, jak adrenalina uderza mu do głowy, ale nie spuścił wzroku. Zrobił krok do przodu, stając nieco przed Magdą.
— Nie widzę potrzeby, żeby prosić Lasy Państwowe o pozwolenie, kiedy chcę sobie z dziewczyną pójść w krzaki — odparował twardo.
Przez dłuższą chwilę mierzyli się spojrzeniami.
Atmosfera była tak gęsta, że nawet Kapral przestał merdać ogonem i usiadł sztywno przy nodze Marka.
Nagle Szolc, ku ich zaskoczeniu, jakby zmiękł. Na jego twarzy pojawił się cień krzywego uśmiechu, a on sam obrócił wszystko w żart.
— No, no… Nie o to mi przecież chodziło — mruknął, gasząc papierosa o podeszwę buta. — Po prostu nie chciałbym, żeby wam się coś stało. Tu są różne dziury, zapadliska, studzienki… Można wpaść i nieszczęście gotowe. A ja bym wolał uniknąć papirologii związanej z wypadkiem na moim terenie.
— Dziękuję za troskę. Naprawdę, to bardzo wzruszające — odparł Marek z jawną ironią w głosie.
Szolc nie zareagował na zaczepkę. Odwrócił się w stronę drzwi swojego auta, ale zanim wsiadł, rzucił jeszcze przez ramię:
— Chyba będę musiał gminie i pani sekretarz przypomnieć, że to teren Lasów, a nie gminy. Granice trzeba szanować.
Nadleśniczy wsiadł do samochodu, silnik mruknął i po chwili samochód zniknął za zakrętem, wzbijając ostatnie tumany pyłu.
Marek i Magda stali przez moment w milczeniu, patrząc w miejsce, gdzie przed chwilą stał Szolc.
— Marek… czy on nam groził? — spytała cicho Magda.
Rozdział 13
Stefan Szolc nabrał głęboko powietrza i powoli je wypuścił. Powtórzył to jeszcze dwa razy, aż poczuł, że puls wraca do normy.
Potrząsnął głową, jakby chciał pozbyć się natrętnych myśli i uchylił okno.
Samochód pewnie pokonywał piaszczyste zakręty. Po burzy las parował, a do kabiny wpadał zapach mokrej ziemi i sosnowego igliwia.
Myślami wciąż wracał do spotkania na lotnisku.
Młody Krab działał mu na nerwy. Za pewny siebie, zbyt ciekawski i przekonany, że wszystko da się wyjaśnić.
Szolc nie lubił ludzi, którzy wchodzili na jego teren z poczuciem, że mają prawo zadawać pytania.
Już wiedział, że będzie musiał postawić sprawę jasno. Gdy wreszcie dojechał do domu, jego wzrok spoczął na budynku.
Bryła starej leśniczówki ojca wciąż tu była, ale wszystko inne krzyczało o statusie Stefana.
Nowe, białe kolumienki ganku odcinały się od oliwkowej elewacji, a świeża dachówka lśniła w słońcu przebijającym przez chmury, ale to właśnie białe okiennice i ganek, który pozostawił w takim kształcie, w jakim był, nadawały temu domowi wygląd malowniczego dworku otoczonego dorodnymi drzewami.
To był dom człowieka, który odniósł sukces, a nie leśnego strażnika w mundurze. Był z niego dumny. Co prawda jego duży apartament w centrum Wrocławia też świadczył o jego statusie, ale to właśnie leśniczówka, w której się wychował i do której uciekał, kiedy tylko było to możliwe, była tym, co cenił najbardziej.
Teraz, kiedy ojciec już odszedł, sprawy się pokomplikowały, ale wiedział, że jak zawsze poradzi sobie i z tym.
Zaparkował tuż przy schodach, wysiadł i zaciągnął się papierosem. Wtedy odezwał się telefon. Zerknął na ekran — mecenas Stanisław Matecki.
— Słucham, panie mecenasie — rzucił Szolc, wypuszczając dym.
— Panie Nadleśniczy, dzwonię z obowiązku. Pański ojciec wyznaczył mnie wykonawcą swojej ostatniej woli. Zapraszam na odczytanie testamentu w najbliższy piątek o dziesiątej. Trafi pan?
— Tak, wiem, gdzie to jest. Rozumiem, że obecność jest obowiązkowa?
— Wskazana, panie Stefanie, wskazana. Pańska siostra również została powiadomiona. Do zobaczenia w piątek.
Szolc rozłączył się bez pożegnania. Spojrzał na las otaczający dworek. Testament. Kolejna formalność, którą trzeba odhaczyć, by zamknąć przeszłość raz na zawsze.
Nie spodziewał się niespodzianek — w końcu to on zainwestował w to miejsce każdy grosz.
Rozmyślania przerwał mu niski, przeciągły głos, który zawsze działał na niego niesamowicie.
— O, już jesteś? Kto dzwonił?
Odwrócił się. W otwartych drzwiach dworku stała Malwina.
Wyglądała zjawiskowo. Długa tafla prostych, czarnych włosów kontrastowała z jej jasną skórą, a skąpe bikini, które miała na sobie, nie pozostawiało wiele miejsca wyobraźni. W jej ruchach było jednak coś nienaturalnie powolnego, a lekko przymrużone oczy i leniwy uśmiech mówiły więcej niż cokolwiek innego.
— Znowu popalałaś? — rzucił z przekąsem Szolc. — Kiedyś przez to swoje zioło narobisz biedy.
Malwina wzruszyła ramionami.
— Nie dramatyzuj. Czasem człowiek musi się trochę wyluzować. Wolisz, żebym tabletkami wątrobę sobie psuła?
Stefan nie odpowiedział, tylko machnął ręką i z nieukrywanym zadowoleniem zmierzył wzrokiem swoją młodą żonę. Była jedną z tych rzeczy, które kupił sobie za pieniądze i pozycję, a które cieszyły go najbardziej.
— Mecenas — odpowiedział, gasząc papierosa. — W piątek muszę jechać do Wrocławia na odczytanie testamentu ojca. Malwina przeciągnęła się leniwie, jak kotka wygrzewająca się na słońcu.
— Jadę z tobą — rzuciła niedbale.
Szolc uniósł brew, lekko rozbawiony.
— Będziesz się nudzić u mecenasa. Poza tym będzie tam Eryka, a przecież wiem, że za sobą nie przepadacie. Po co ci to?
Malwina wybuchła krótkim, perlistym śmiechem, poprawiając kosmyk włosów.
— A kto mówi, że ja idę do jakiegoś mecenasa? — spojrzała na niego z ukosa, mrużąc oczy. — Zostawisz mnie przy Galerii Dominikańskiej. Muszę odwiedzić parę sklepów, bo mi się… waciki skończyły.
Szolc zaśmiał się głośno. Wiedział doskonale, ile kosztują te jej „waciki”, ale w tej chwili zupełnie mu to nie przeszkadzało. Przyciągnął ją do siebie mocno, obejmując w pasie. Malwina, z właściwym sobie dystansem, łaskawie pozwoliła się całować, choć jej wzrok błądził już gdzieś nad jego ramieniem, pewnie planując listę zakupów.
Piątkowy poranek w leśniczówce zaczął się od nerwowej atmosfery, która nie miała nic wspólnego z powagą testamentu.
— No i co ja mam teraz na siebie założyć? — Głos Malwiny, dobiegający z garderoby, był pełen autentycznej rozpaczy.
Szolc, który od godziny był już gotowy do wyjścia, tylko westchnął, spoglądając na zegarek. Wszedł do sypialni i zobaczył żonę stojącą przed otwartymi szafami, z których wylewały się dziesiątki sukienek, torebek i butów. Dla niej wyprawa do Wrocławia była wydarzeniem towarzyskim, a nie rodzinnym obowiązkiem.
— Malwina, jedziemy do biura notarialnego, a nie na wybieg — rzucił, opierając się o framugę. — Załóż cokolwiek i tak będziesz wyglądać najlepiej.
— Łatwo ci mówić! Ty masz garnitur i z głowy, a ja? Przecież nie pokażę się we Wrocławiu w czymś, co miałam na sobie tydzień temu — fuknęła, rzucając na łóżko błękitną sukienkę, która po sekundzie została odrzucona jako „zbyt skromna”.
Zanim w końcu zdecydowała się na obcisły, beżowy komplet, który podkreślał każdy szczegół jej sylwetki, minęła kolejna godzina. Szolc, choć kipiał w środku z niecierpliwości, nie odezwał się ani słowem — wiedział, że kłótnia o garderobę tylko wydłuży ich wyjazd.
W końcu wyszli, a on niemal siłą wepchnął ją do samochodu, by nadrobić stracony czas. Podjechali pod kamienicę. Szolc zaparkował swoją wielką terenówkę pewnym, niemal agresywnym ruchem, zajmując półtora miejsca na ciasnym, miejskim parkingu. Malwina nawet na niego nie spojrzała; skupiona była na poprawianiu szminki w lusterku.
— Dobra, Stefciu, leć tam, odbierz te swoje hektary i co tam jeszcze — rzuciła lekko, otwierając drzwi. — Tylko nie siedź tam do nocy, bo jak wrócę z zakupami, to nie chciałabym z nimi sterczeć na chodniku jak jakaś bezdomna.
Szolc chrząknął, próbując przywołać na twarz wyraz powagi, który zazwyczaj rezerwował dla podwładnych w nadleśnictwie.
— Malwina, to odczytanie testamentu mojego ojca. Trochę szacunku — upomniał ją, choć bez większego przekonania.
Ona tylko parsknęła śmiechem, wysiadając na chodnik i poprawiając okulary przeciwsłoneczne.
— Szacunku? Stefciu, twój ojciec mieszkał w lesie i gadał do drzew. Ciesz się, jeśli nie zapisał ci w spadku kolekcji szyszek. Widzimy się o czternastej!
Zostawiła go na chodniku, a on patrzył przez chwilę za jej oddalającą się sylwetką, czując irytację zmieszaną z podziwem.
Tekst o szyszkach wyjątkowo go zabolał.
Poprawił marynarkę, wziął głęboki oddech i ruszył w stronę ciężkich, dębowych drzwi kamienicy.
Stefan pokonał szerokie, dębowe stopnie zabytkowej klatki schodowej, a echo jego kroków odbijało się od wysokich sufitów kamienicy. Zatrzymał się przed drzwiami, na których lśniła mosiężna, starannie wypolerowana tabliczka z nazwiskiem mecenasa. Nie pukał długo; nacisnął klamkę i wszedł do środka z pewnością siebie człowieka, który wszędzie czuje się jak u siebie.
Wnętrze biura uderzyło go specyficznym klimatem.
Choć kamienica była luksusowo odrestaurowana, gabinet Mateckiego wyglądał, jakby czas zatrzymał się w nim dekady temu. Potężne, dębowe biurko dominowało w pomieszczeniu, a za nim siedział starszy, siwy mężczyzna w nienagannym garniturze i rogowych okularach.
Szolc pomyślał złośliwie, że mecenasowi brakuje tylko muszki, by stać się idealnym elementem filmowej scenografii.
Kątem oka zarejestrował obecność siostry. Eryka siedziała na fotelu przy niskim stoliku, wyprostowana i spokojna. Jak zawsze biła od niej dyskretna elegancja i ta specyficzna, niemal magnetyczna wyniosłość. Nie była to jednak pycha, lecz komunikat: „Znam swoją wartość. Szanuj mnie, to będę szanować ciebie”.
Stefan podszedł do biurka, uścisnął dłoń mecenasa, skinął głową siostrze i ciężko opadł na drugi fotel.
— Dzień dobry, panie mecenasie — rzucił, rozpinając guzik marynarki.
Matecki poprawił okulary i spojrzał na nich znad biurka. Znali się od lat, mecenas prowadził sprawy rodziny Szolców, odkąd Stefan pamiętał.
— Moje kondolencje raz jeszcze. Śmierć Erwina to wielka strata — zaczął mecenas niskim, wyważonym głosem. — Zebraliśmy się tutaj, ponieważ państwa ojciec, Erwin Szolc, zdeponował u mnie swój testament oraz depozyt, który miał zostać przekazany państwu niezwłocznie po jego odejściu.
Mecenas wskazał dłonią na przedmioty leżące na blacie. Widok był co najmniej osobliwy. Obok dwóch starannie zalakowanych kopert stała stara, metalowa puszka po herbacie, pokryta niemieckimi napisami, których farba dawno już wyblakła.
Mecenas Matecki uroczyście przełamał lak na oficjalnym piśmie i odchrząknął, nabierając powietrza. W gabinecie zapadła absolutna cisza, przerywana jedynie tykaniem starego zegara.
— „Ja, Erwin Szolc, będąc w pełni sił umysłowych…” — zaczął mecenas, czytając standardową formułę, którą Stefan kwitował lekkim zniecierpliwieniem.
Najpierw padły kwestie nieruchomości. Szolc oficjalnie zapisał synowi leśniczówkę wraz ze wszystkimi zabudowaniami i przyległym gruntem. Oszczędności, które miał na koncie, zapisał po połowie obojgu dzieciom.
Potem mecenas przeszedł do depozytów:
— „Córce mojej, Eryce, przekazuję metalowy pojemnik wraz z zawartością jako zabezpieczenie jej przyszłości i jej dzieci. To, co w środku, należy wyłącznie do niej”.
— Proszę, pani Eryko, to dla pani — powiedział, podając kopertę i przesuwając po blacie puszkę w jej stronę. Eryka Malec włożyła kopertę do torebki i sięgnęła po puszkę, ale ta okazała się niespodziewanie na tyle ciężka,
że tylko położyła dłonie obok niej i spokojnie czekała na dalszy ciąg postępowania.
Mecenas kontynuował czytanie testamentu starego leśniczego.
— „Synowi mojemu, Stefanowi, przekazuję zamkniętą kopertę oraz pisemną instrukcję. Ufam, że jako nadleśniczy i człowiek twardy będzie wiedział, co z tym dziedzictwem począć”.
Gdy skończył czytać, odłożył testament i podał Stefanowi brązową kopertę.
Ten wziął ją do ręki, obejrzał z dwóch stron i szybko przebiegł wzrokiem po zdaniu napisanym tak dobrze mu znanym pismem.
„TYLKO DLA MOJEGO SYNA SZTEFANA SZOLCA — otworzyć po mojej śmierci”
Szolc stał wpatrzony w kopertę, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Z zamyślenia wyrwał go głos Mateckiego.
— I to byłoby tyle, jeśli chodzi o testament — zwrócił się do nich mecenas, wstając zza biurka. — A to są dla państwa zarejestrowane akty poświadczenia dziedziczenia, no i jeszcze tylko protokół, który proszę przeczytać i, jeśli nie zgłaszacie państwo żadnych uwag, podpisać.
Eryka pierwsza sięgnęła po protokół, uważnie przeczytała, złożyła podpis i przesunęła dokument w stronę brata. Ten bez czytania podpisał i odłożył długopis na blat.
— Rozumiem, że to wszystko, panie mecenasie? — zapytał Stefan, wstając pierwszy.
— Tak, panie nadleśniczy. Formalnościom stało się zadość.
Stefan odwrócił się do siostry.
— Podwieźć cię gdzieś? Mam samochód pod drzwiami — zaproponował z rzetelną, braterską uprzejmością, choć bez zbędnych czułości.
— Nie, dziękuję, Stefan. Mam jeszcze coś tu do załatwienia, tak przy okazji, ale miło, że spytałeś — odpowiedziała Eryka, posyłając mu ten swój lekki, ledwo uchwytny uśmiech.
— Powodzenia i koniecznie musicie na dłużej przyjechać do leśniczówki — zaproponował kurtuazyjnie siostrze i skinął głową mecenasowi.
Ta nic nie odpowiedziała, tylko skinęła głową.
Ciężkie drzwi wyjściowe zatrzasnęły się za nim z głuchym stukotem, odcinając go od chłodnego wnętrza korytarza. Na zewnątrz uderzyła w niego fala lipcowego upału i wielkomiejski gwar ulicy Wielkiej.
Przez chwilę stał nieruchomo na chodniku, mrużąc oczy przed ostrym słońcem. Wreszcie wziął głęboki oddech i ruszył w stronę samochodu, ale zamiast wsiąść za kierownicę, przeszedł kawałek dalej. Nie był jeszcze gotowy na spotkanie z Malwiną i jej zakupami.
Potrzebował chwili tylko dla siebie, zanim złamie lak na kopercie, która teraz, spoczywając w kieszeni jego marynarki, wydawała się nienaturalnie ciężka.
Znalazł wolny stolik w niewielkim ogródku kawiarnianym, oddzielonym od chodnika jedynie rzędami pelargonii. Zamówił kawę.
Gdy kelnerka postawiła przed nim filiżankę, Stefan wyciągnął brązową kopertę i położył ją przed sobą na metalowym blacie.
Przez dłuższą chwilę tylko na nią patrzył, a potem uniósł wzrok i zaczął obserwować życie toczące się wokół.
Lipcowy Wrocław tętnił energią. Chodniki były pełne ludzi, którzy gdzieś się śpieszyli — młode dziewczyny w letnich sukienkach, biznesmeni z telefonami przyklejonymi do uszu, studenci z plecakami.
Wrócił wzrokiem do koperty.
Wyglądała tak niewinnie na tle tętniącej życiem ulicy. W końcu sięgnął po nią, poczuł pod kciukiem chropowatość papieru i zdecydowanym ruchem rozdarł brzeg.
W środku była jedna złożona na pół kartka. Rozłożył ją i przebiegł wzrokiem po kilku linijkach tekstu.
* * *
„Sztefanie, mój synu. Teraz Ty jesteś Strażnikiem Lasu. Przekazuję Ci pieczę nad oddziałem 08. Twoim jedynym zadaniem jest pilnować, by ziemia tam pozostała nienaruszona. Ktoś się do Ciebie zgłosi, poda hasło: „Wieczorne mgły nad Lindenau zawsze kładą się na południe”, a Ty mu odpowiesz: „Ale poranne zawsze na zachód” — i wtedy będziesz wolny od przysięgi, którą ja złożyłem w 1944 roku.
Dzięki temu, co tam leży, „Rzesza jeszcze się odrodzi”, a Ty, następny Strażnik Lasu, zostaniesz wynagrodzony ponad miarę. Pilnuj drenażu, pilnuj wilczego pazura, pilnuj ciszy i tego, co tam zostało złożone. Nie zazdrość siostrze tych kilkunastu złotych monet, twoja nagroda będzie tysiąckroć większa. Pamiętaj! Oni przyjdą”.
* * *
Stefan westchnął ciężko, a napięcie w jego barkach powoli ustąpiło, robiąc miejsce tak dobrze znanemu znużeniu.
Patrzył na te koślawe litery i widział w nich nie groźbę, a jedynie upór starca, który pogubił się w korytarzach własnej pamięci.
Przypomniał sobie wizytę u tej drogiej psycholog we Wrocławiu, do której zawiózł ojca dwa lata temu.
Kobieta była rzeczowa. Stwierdziła, że to nie jest trauma wojenna, tylko mechanizm obronny. Erwin, osaczony po wojnie przez niechętnych mu sąsiadów, zbudował sobie w głowie twierdzę, w której był kimś ważnym — Strażnikiem.
Na starość ta twierdza stała się jego jedynym domem.
— Biedny stary wariat — mruknął Stefan, czując ukłucie żalu.
Wspomnienie ostatnich chwil ojca wróciło do niego z siłą fizycznego bólu.
Te majaczenia na łożu śmierci, szeptanie o „nich”, o „strażniku”, o Lindenau… Stefan sądził, że testament będzie powrotem do normalności, a tymczasem dostał papierowy dowód na to, że ojciec umarł w swoim wyimaginowanym świecie.
Zmiął kartkę w kulkę, bez złości, ot, niepotrzebny śmieć i rzucił do kosza. Trafił.
Zajrzał jeszcze do środka brązowej koperty, przesuwając palcem po dnie, by upewnić się, czy nie ma tam czegoś jeszcze — klucza, mapy, czegokolwiek realnego. Była pusta.
Dopił kawę. Gorzki smak pasował do jego nastroju. Wstał, sięgnął po marynarkę przewieszoną przez oparcie krzesła i ruszył w stronę parkingu. Czuł ulgę.
Skoro list był tylko bełkotem starego, zmęczonego człowieka, to znaczyło, że nie ma już nic do załatwienia i jest wolny, a złoto siostry… cóż, przynajmniej ona dostała coś, co ma jakąś wartość w realnym świecie.
Z zamyślenia wyrwał go nagły, radosny dźwięk telefonu. Zerknął na ekran — Malwina.
— Stefciu! — Jej głos, wysoki i pełen ekscytacji, rozbrzmiał w słuchawce tak głośno, że musiał nieco odsunąć aparat od ucha. — Melduję, że misja zakończona! Jestem kompletnie zaopatrzona w waciki, buty i parę innych niezbędnych drobiazgów. Pakuj się do tego swojego czołgu i zbieraj mnie spod wejścia głównego, bo te torby zaraz mnie przygniotą do chodnika. Chcę już do domu, jeść mi się chce!
Stefan uśmiechnął się blado.
To jej paplanie, tak skrajnie powierzchowne i dalekie od tego, co się odbywało godzinę temu, działało jak zimny prysznic po dusznej rozmowie z zaświatami.
— Już jadę, Malwina. Daj mi kilka minut — odpowiedział, kierując się w stronę parkingu.
Zatrzymał się jednak po kilku krokach, wrócił do kosza i wyciągnął z niego zgniecioną kartkę. Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, po czym powoli rozprostował papier na blacie stolika i schował go z powrotem do koperty.
Sam nie wiedział, dlaczego.
Kilka minut później był już pod Galerią Dominikańską.
Malwina stała tam, otoczona kolorowymi torbami z logotypami drogich marek, wyglądając na tle szarych murów jak barwny ptak. Gdy go zobaczyła, pomachała radośnie ręką.
Stefan wysiadł, otworzył bagażnik i zaczął pakować jej zdobycze.
— I jak tam u tego mecenasa? — zapytała, wsiadając i od razu sprawdzając coś w telefonie. — Przynajmniej nie kazał ci pilnować szyszek?
— Prawie — mruknął Stefan, zatrzaskując klapę. — Ojciec do końca został w swoim lesie, Malwina. Nic, o czym warto by gadać.
Stefan włączył się do ruchu.
— Głodna jestem, Stefan. Padam — mruknęła, wachlując się dłonią. — To co robimy? Jedziemy na Powstańców, do apartamentu, czy wracamy prosto do lasu?
— Jak chcesz. Możemy zostać, jeśli nie masz siły na drogę — zaproponował.
— Nie, za gorąco — powiedziała. — Wolę do leśniczówki. Zjemy coś po drodze.
Samochód przyspieszył.
Rozdział 14
Poranek był chłodny, jakby noc nie chciała jeszcze ustąpić miejsca dniu. Las budził się powoli. Najpierw pojedynczym trzepotem skrzydeł, potem coraz gęstszym ptasim świergotem.
Major biegł równym tempem leśną ścieżką. Kapral raz go wyprzedzał, raz zawracał, jakby nie mógł się zdecydować, czy prowadzi, czy pilnuje. Wilgotna ziemia miękko uginała się pod stopami.
Zwolnił dopiero przy ruinach bunkra i usiadł na wystającym fragmencie płyty.
Kapral pobiegł prosto nad jezioro i z pluskiem wbiegł do płytkiej wody.
Nad taflą unosiła się cienka warstwa mgły, powoli rozpływająca się między drzewami.
Jakub odkręcił bidon, napił się i otarł czoło przedramieniem.
Kapral jeszcze przez chwilę kręcił się przy brzegu, po czym wrócił, otrzepując się energicznie tuż obok nóg Jakuba. Krople wody poleciały na wszystkie strony.
— No pięknie — westchnął, robiąc krok w bok.
Już miał ruszyć w stronę ścieżki, gdy w kieszeni spodenek zawibrował telefon. Wyciągnął go i spojrzał na wyświetlacz.
Julia.
— Cześć, coś się stało? — odebrał lekko zdziwiony.
— Jakub, słuchaj… — jej głos był szybki, trochę napięty. — Dzwonił do mnie zarządca z Berlina. Muszę tam jechać. Dzisiaj. Będzie kontrola instalacji gazowej w całej kamienicy. Podobno kilka dni temu coś wybuchło na tej ulicy i teraz sprawdzają wszystko po kolei.
— Dzisiaj?
— Tak. Mam być na miejscu, żeby im otworzyć mieszkanie po babci. Nie pojechałbyś ze mną?
Chciał coś odpowiedzieć, ale nie zdążył.
— Co to za hałas? — zapytała.
— Ptaki — roześmiał się. — Pewnie się kłócą, kto pozmywa po śniadaniu. Standard.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Czyli jesteś w lesie.
— Zgadłaś.
Zastanowił się przez chwilę, patrząc gdzieś w bok, jakby ważył decyzję, choć tak naprawdę już ją podjął.
— Ok. Jedziemy. Daj mi tylko chwilę, muszę wrócić i ogarnąć się. Jestem przy bunkrze, więc trochę mi zejdzie.
— To ja się zbieram. Daj znać, jak będziesz gotowy.
— Jasne — powiedział i po chwili dorzucił: — Ale jedziemy moim!
Rozłączyła się, więc nie wiedział, czy się zgodziła, czy po prostu już nie usłyszała.
Jeszcze przez chwilę stał nieruchomo, słuchając tego porannego zamieszania: plusku wody, krzyków ptaków i własnego oddechu, po czym rzucił do psa:
— No to sprintem, żołnierzu.
Kapral tylko machnął ogonem i pobiegł przodem.
Droga powrotna minęła szybciej. Ciało już weszło w rytm, oddech się wyrównał, a myśli zaczęły układać się w prosty plan: prysznic, ubranie, wyjazd.
Kiedy wszedł do domu, od razu poczuł zapach świeżo mielonej kawy. W kuchni Marek kręcił się przy blacie, nastawiając ekspres.
— O, żyjesz — rzucił bez odwracania się. — Kawy?
Jakub zatrzymał się w progu, jeszcze lekko spocony, z ręcznikiem przewieszonym przez ramię.
— Nie, dzięki. Spieszę się.
Marek uniósł brwi i zerknął na niego przez ramię.
— Coś się pali?
— Berlin. Jadę z Julką. Kontrola gazu w mieszkaniu po jej babci. Musi tam być.
Ekspres zamruczał cicho, zaczynając swoją robotę.
— Berlin? — Marek oparł się o blat. — Przecież macie dwie godziny drogi. Bez przesady. Kawę zdążysz wypić.
Jakub parsknął krótkim śmiechem.
— Ty to masz spokój w genach.
— Ktoś musi — odparł Marek spokojnie.
Jakub już znikał w korytarzu, zrzucając po drodze koszulkę.
— Prysznic i dawaj tę kawę! — rzucił jeszcze.
W kuchni zostało tylko ciche bulgotanie ekspresu i zapach kawy, który powoli wypełniał całe pomieszczenie. Kilka minut później Jakub wrócił już ogarnięty, świeży, ubrany tak, jak trzeba. Jasna koszula, dobrze skrojone dżinsy i skórzane buty.
Włosy jeszcze lekko wilgotne, przeczesane dłonią.
Marek, smarując chleb masłem, uniósł wzrok i przez chwilę przyglądał mu się uważnie, jakby oceniał nowy sprzęt przed pierwszym użyciem.
— No… — mruknął w końcu. — W takim wydaniu to Niemki będą na ulicy w znaki wpadać. Jeszcze chwila i ktoś tu zacznie robić zdjęcia.
Jakub parsknął pod nosem i sięgnął po swój kubek z napisem „KRUK (nie) PRZECIĘTNY”, z którego stary, bojowy kruk w hełmie patrzył na niego z lekką ironią.
— Ty się lepiej skup na chlebie — rzucił. — I bierz przykład z ojca, wystarczy schludny ciuch i panie to odpowiednio docenią.
Marek uśmiechnął się pod nosem, ale nic nie odpowiedział. Tylko pokiwał głową, jakby właśnie potwierdził sobie coś, co i tak już wiedział.
— No dobra. Jedź, bo ci Berlin i panie uciekną — dodał ze śmiechem.
Jakub odstawił kubek, chwycił kluczyki i bez pośpiechu ruszył do wyjścia.
— Pamiętaj, synu, jak cię widzą, tak cię piszą — rzucił na odchodne i, nie czekając na ripostę, wyszedł.
Gdy podjechał pod bramę, zobaczył ją od razu.
Stała przy furtce, lekko oparta o słupek, jakby nigdzie się nie spieszyła. Jasnoniebieska, luźna sukienka sięgała jej do kolan, miękko układając się przy każdym ruchu. Delikatny materiał z drobnym wzorem łapał światło, a krótkie rękawy wiązane na ramionach dodawały jej lekkości. Na nogach proste, letnie sandały, a przez ramię miała przewieszoną białą, płócienną torbę.
Włosy spięte niedbale, kilka kosmyków opadło jej na policzek, który co chwilę odgarniała za ucho.
Jakub zwolnił i zatrzymał się przy bramie.
Patrzył na nią przez przednią szybę, czując to samo co zawsze — to lekkie, irytujące ukłucie w klatce piersiowej, które mówiło mu, że czterdzieści dziewięć lat to zdecydowanie za dużo. Ale jednocześnie nie mógł odwrócić wzroku. Julia wyglądała w tej niebieskiej sukience tak, jakby słońce świeciło tylko dla niej. W końcu wychylił się przez okno.
— Gotowa na Berlin? — zapytał, starając się, by jego głos brzmiał tak profesjonalnie, jak na faceta przystało.
Julka uśmiechnęła się, odkleiła od słupka i pewnym krokiem podeszła do samochodu. Wskoczyła na wysokie siedzenie pasażera z taką lekkością, że Jakub znów poczuł swoje lata. W kabinie natychmiast zrobiło się jaśniej i zapachniało jej perfumami.
— Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że jedziesz — powiedziała, zapinając pas. Spojrzała na niego z wdzięcznością, a jemu zrobiło się jakoś tak, że nie potrafił nawet tego nazwać.
— Z gazem nie ma żartów, więc robią, co powinni, a ja mam okazję zobaczyć Berlin w towarzystwie kobiety, która jest jego mieszkanką — zaśmiał się, wrzucając bieg.
Wjechali na trasę. Przed nimi były dwie godziny asfaltu. Jakub prowadził szybko, ale pewnie.
Julka oparła głowę o zagłówek i zerkała na jego profil. Podobało jej się, jak skupiony na drodze z wprawą wymija i zmienia pasy.
— Jakub? — odezwała się tak cicho, że ledwo ją usłyszał. — Muszę ci się przyznać, że dziwnie się czuję, wiedząc, że za kilkadziesiąt kilometrów stanę przed drzwiami i nie zapukam, bo nikt nie powie: proszę.
Zerknął na nią. W jej głosie było słychać smutek, który widoczny był też w jej oczach.
— Dasz radę — odpowiedział pewnym głosem i wiedział, że mówi prawdę.
Przez chwilę jechali w milczeniu, aż Jakub zapytał:
— Nie będzie ci przeszkadzało, jak puszczę trochę muzyki? Przeważnie jeżdżę sam i przyzwyczaiłem się, że coś mi tu brzdąka.
— Nie musisz przeze mnie zmieniać przyzwyczajeń, więc wrzucaj, co masz — odpowiedziała, prostując się na siedzeniu.
Wyraźnie widać było, że jak najszybciej chce odgonić smutne myśli.
Gdy dźwięki utworu wypełniły kabinę, rzucił szybkie spojrzenie w jej stronę, ale zaraz jego wzrok znowu wrócił na drogę.
Prowadził pewnie, bębniąc palcami o kierownicę, gdy męski głos zaczął śpiewać pierwszą zwrotkę. Julka słuchała przez chwilę z przymkniętymi oczami, a potem szeptem, niemal pod nosem, zaczęła przytaczać słowa:
— „Gdyby świat się dzisiaj kończył…” — zawiesiła głos, a gdy w refrenie Bruno Mars uderzył w wysokie tony, dodała głośniej: — „Chciałbym być obok ciebie”.
Krab widział, że te słowa w jakiś sposób ją dotykają. Nie przerywał, pozwalał, by muzyka prowadziła ich przez autostradę. Po chwili do głosu doszła Lady Gaga.
Jej partia była niższa, bardziej duszna i pełna determinacji.
Julka znów zaczęła tłumaczyć, tym razem z delikatnym uśmiechem, jakby te słowa były skierowane prosto do nich.
— „Gdziekolwiek pójdziesz, tam podążę za tobą…” — odwróciła głowę w stronę Jakuba, badając jego reakcję. — A teraz słuchaj, to jest najmocniejsze… „Dlatego będę cię kochać każdej nocy, jakby to była ostatnia noc”.
Kiedy oba głosy zlały się w finałowym, potężnym akordzie, w samochodzie zapadła cisza. Jakub mocniej zacisnął dłonie na kierownicy. Te zdania, wypowiedziane głosem Julki, brzmiały w tej małej przestrzeni pick-upa zupełnie inaczej niż w radiu. Były obietnicą, na którą on nie wiedział jeszcze, czy może sobie pozwolić.
— Piękne to było — powiedziała cicho, gdy utwór dobiegł końca. — To Lady Gaga, ale męskiego głosu nie rozpoznałam.
— Masz rację, to duet z Bruno Marsem — odpowiedział, a jego głos brzmiał teraz lekko ochryple. — Niedawno go odkryłem i chyba polubiłem. Często go słucham, kiedy jestem sam w trasie.
Julka nic nie dodała, ale poczuła, że ta piosenka właśnie stała się ich wspólnym kodem.
Następne kilometry, mierzone kolejnymi utworami, szybko mijały. Rozmawiali o szkole, o jej uczniach w Berlinie i o tym, jak Jakub radzi sobie na emeryturze. Każde zdanie było jak badanie gruntu — ona rzucała haczyk, on go delikatnie omijał, ale nie odpływał. Kiedy w końcu minęli granicę, atmosfera w kabinie stała się gęstsza, a Berlin zaczął wyrastać przed nimi nie tylko jako miasto, ale jako brama do przeszłości Julki.
Wjechali w labirynt berlińskich ulic. Nawigacja spokojnym głosem prowadziła ich przez kolejne skrzyżowania, mijając nowoczesne szklane biurowce, które sąsiadowały z ciężką, pruską architekturą.
W pewnym momencie Jakub oderwał wzrok od lusterka i zerknął na Julkę.
— Właściwie to nie zapytałem… Na którą jesteśmy umówieni z tym zarządcą?
Julka szybko zerknęła na zegarek, a potem na ekran telefonu.
— Jest jedenasta trzydzieści — odparła, a w jej głosie Jakub wyczuł lekkie drżenie. — Czyli mamy jeszcze godzinę. Chciałam być tu wcześniej. Najpierw muszę się spotkać z tą przeszłością sama… zanim wejdą tam gazownicy.
Jakub pokiwał głową. Całkowicie rozumiał tę potrzebę. Czasem człowiek musi stanąć twarzą w twarz z duchami w ciszy, zanim rzeczywistość wtargnie do środka z butami.
Zaparkował pick-upa kilka domów dalej, na Spandauer Straße. Wysiedli w milczeniu. Kamienica z czerwonej cegły stała dumnie, jakby czas się jej nie imał, choć wokół tętniło nowoczesne miasto.
Jakub podszedł do ciężkich, rzeźbionych drzwi i nacisnął mosiężną klamkę. Otworzyły się cicho.
Weszli na klatkę schodową.
Od razu otulił ich chłód grubych murów, niewrażliwych nawet na największe upały. Szerokie, dębowe schody pięły się ku górze, a światło wpadające przez kolorowe witraże kładło na stopniach barwne plamy.
— Drugie piętro — szepnęła Julia, mocniej zaciskając dłoń na pasku torby.
Echo ich kroków niosło się po klatce schodowej.
Jakub szedł pół kroku za nią. Nie wyprzedzał jej, ale był na tyle blisko, by czuła jego obecność.
Przed drzwiami z numerem cztery Julia znieruchomiała.
Wyjęła z torebki pęk starych kluczy i przez chwilę tylko na niego patrzyła. Jakby właśnie te kawałki metalu były ostatnim łącznikiem z babcią.