E-book
6.95
drukowana A5
18.95
Tajemnica Grobowca

Bezpłatny fragment - Tajemnica Grobowca


5
Objętość:
64 str.
ISBN:
978-83-8126-474-7
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 18.95

Dla wszystkich tych,
którzy we mnie nie wierzyli

Rozdział I

Statek wpływał do portu. Słońce zawisło wysoko, a jego promienie odbijały się od tafli wody, nieprzyjemnie rażąc w oczy. Kate stała przy prawej burcie i obserwowała zbliżającą się przystań. Blond włosy zaplotła w długi warkocz i odrzuciła na brązową koszulkę. Zielone oczy teraz miała przysłonięte okularami przeciwsłonecznymi. Oczy, które każdego potrafiły prześwietlić na wylot.

Kate była archeologiem. Mimo swojego młodego wieku miała już wiele doświadczeń, przez co w swoim kraju uważana była za jednego z lepszych archeologów. Mimo to uznano ją za szaloną, gdy ludzie dowiedzieli się z jaką misją wyrusza. Lubiła wyzwania i cele niemożliwe do zdobycia. I zazwyczaj udawało się jej je osiągać.

Przybijali do portu w Tanvanie, mieście uważanym za nieoficjalną stolicę Ensolaru, cesarstwa, którym niegdyś rządzili faraonowie. Ostatni z faraonów nie miał potomstwa co uniemożliwiło przejęcie Złotego Tronu. Ludzie, którzy od wieków przyzwyczajeni byli do oddawania czci swojemu władcy nie chcieli wybierać nowej głowy państwa. Tę szansę wykorzystało sąsiednie cesarstwo, Mantagor, atakując ich i zdobywając władzę. Ówczesny lord, Aguil, brat cesarza Falcona z Mantagoru nie nadał sobie tytułu faraona. Chciał zakończyć tę część historii państwa i rozpocząć nową, według niego lepszą. Mianował się cesarzem, podobnie jak jego brat na południu. Zlikwidował niewolnictwo, wprowadził swoje rządy, a lud z czasem go pokochał.

Kate odsunęła się od burty, gdy statek uderzył o przystań. Marynarze biegali w kółko wyrzucając na ląd grube liny. Inni znowu na dole je łapali i przywiązywali do wysokich słupów specjalistycznymi węzłami. Rozłożono trap, więc Kate chwyciła swoje niewielkie bagaże i zeszła na ląd biorąc głębokie wdechy. Czuła orzeźwiający morski zapach zmieszany z cuchnącymi rybami. Stanęła rozglądając się dookoła, gdy ktoś chwycił ją za ramię. Obróciła się i dostrzegła twarz kapitana.

— Dokąd to panienka się wybiera? — zapytał. — Zdaje się, że najpierw należałoby wyrównać rachunki.

— Proszę? — spojrzała na niego zaskoczona. — Przecież zapłaciłam panu przed wypłynięciem z Ormanu.

— Tak, coś sobie przypominam, ale z tego co pamiętam, było to o połowę za mało — na czerwonej twarzy pojawiały się kropelki potu, które momentalnie znikały w brązowej brodzie.

— Pan jest niepoważny! — krzyknęła. — Umawialiśmy się na taką cenę jaką już zapłaciłam i nie zamierzam dawać panu ani grosza więcej!

— W takim razie musimy załatwić to w inny sposób, młoda damo.

— Proszę mnie tak nie nazywać, nie jestem pana córką.

— I chwała niebiosom, mieć taką córkę to musi być koszmar.

— Pan jest bezczelny!

— To pani jesteś bezczelna. Zapłacisz mi teraz, albo wzywam policję, zgnijesz w pierdlu.

— Za nic nie będę płacić, od kilku dni jesteśmy rozliczeni.

— Co tu się dzieje? — podszedł do nich młody chłopak, który przez jakiś czas przysłuchiwał się tej wymianie zdań. Na co dzień handlował różnymi towarami w porcie. Wszyscy znali go od lat, więc nikt na niego nie donosi.

— Zapłaciła połowę stawki i nie chce dopłacić reszty — tłumaczy kapitan.

— Umawialiśmy się na taką sumę jaką zapłaciłam panu przed wypłynięciem — powtarza dziewczyna.

— Zapłaciłaś połowę stawki!

— Bo na połowę się umawialiśmy, ty stary sklerotyku.

— STOP — wrzeszczy chłopak. Wyciąga z kieszeni kilka banknotów i podaje je kapitanowi. — Tyle wystarczy?

— T… tak — odpowiada zaskoczony starzec wpatrując się w pogniecione pieniądze.

Chłopak bierze Kate za ramię i odprowadza jak najdalej od statku i stukniętego kapitana.

— Zwariowałeś? — pyta wkurzona Kate. — Nie mam z czego ci oddać tych pieniędzy, zabraniam ci płacić za mnie!

— Nic mi nie musisz oddawać.

— Czemu to zrobiłeś?

— Ten stary dureń już nie raz tak nabrał swoich klientów, znam go nie od dziś. Najpierw obiecuje zabrać cię w obie strony za pół ceny a później twierdzi, że nie zapłaciłaś całej stawki.

— I wszystkim tak pomagasz? — pyta patrząc na niego podejrzliwie.

— Tylko pięknym kobietom — odpowiada zalotnie.

— Oh, czyli nie jestem pierwsza — podejrzliwość w jej głosie zamienia się w ironię.

— W sumie to jesteś — uśmiecha się do niej. — Jestem Arthur– podaje jej rękę.

— Kate — dziewczyna odwzajemnia uścisk dłoni. — Dziękuję ci Arthurze za pomoc, ale już muszę lecieć.

— Mogę jeszcze jakoś pomóc?

— Dziękuję, ale nie — mówiąc to zostawia go samego.

Arthur chwilę wpatrywał się w odchodzącą dziewczynę. W końcu widok zasłonił mu tłum przechodniów, którzy krzątali się między portowymi straganami.


Kate dotarła do hotelu w kilka minut. Był to wysoki, biały budynek. Na szyldzie oprócz nazwy wygrawerowane zostały dwie gwiazdki. Niby niewiele, ale na jej potrzeby w zupełności wystarczało. Nie należała do biednych, lecz gwiazdki w hotelu najmniej ją interesowały. Ważne było, żeby miała gdzie się przespać i umyć.

Przeszła przez drzwi do wielkiego holu. Na pierwszy rzut oka stwierdziła, że ormańskie gwiazdki w hotelach muszą się różnić od tych ensolarskich. Lobby wyglądało jak wyjęte z luksusowego hotelu. Po środku stał okrągły, szklany stolik o średnicy około dwóch metrów. Dookoła ustawiono brązowe kanapy. Kate kusiło, by podejść i sprawdzić, czy są tak wygodne, na jakie wyglądają.

Upomniała siebie w duchu i ruszyła do recepcji. Zmianę miał sympatyczny mężczyzna w bardzo eleganckim smokingu. Obsłużył ją z najwyższą klasą, po czym nakazał boyowi hotelowemu zanieść jej mały bagaż do pokoju. Kate podziękowała i sama udała się w stronę schodów. Nie lubiła wind. Poza tym wchodzenie po schodach to dodatkowe ćwiczenie, którego ludzie zazwyczaj nie doceniają, a tak bardzo wpływa na wygląd ich ciał.

Pokój był urządzony skromnie i zarazem bardzo przytulnie. Na przeciwko wejścia pod oknem stało pościelone już łóżko z dodatkowym kocem i ręcznikiem na poduszce. Po obu jego stronach stały szafki nocne, a na jednej z nich lampka. Na ścianie po prawo przez uchylone drzwi widać było łazienkę z prysznicem, umywalką i toaletą. Wszystko to w odcieniach szmaragdowej zieleni. Pozostałe ściany ozdabiały obrazy.

Kate rzuciła torbę na łóżko i natychmiast wydobyła z niej stój na przebranie. Całą resztę papierów, ubrań i notatek zostawiła w środku. Zabrała kilka kosmetyków, ręcznik hotelowy i zamknęła drzwi pokoju na klucz. Korzystając z chwili wolnego czasu postanowiła odświeżyć się pod prysznicem.

Godzinę później mając przy sobie tylko dokumenty i trochę pieniędzy zeszła do stołówki, by coś przekąsić przed podróżą. Rzędy stołów przykryte były białymi obrusami. Wszystko wyglądało na nienagannie czyste. Podeszła do szwedzkiego stołu i nałożyła na talerz kilka smacznie wyglądających przekąsek. Wśród nich znalazła się sałatka z kurczakiem i mnóstwem warzyw, trzy małe grzanki z serem, a do picia wlała szklankę zimnej wody z cytryną, idealna na ten upalny dzień.

Posiłek był wyśmienity. Po opróżnieniu talerza wyszła na dwór. Słońce wisiało teraz wysoko na niebie. Rozpuszczone włosy momentalnie rozwiał jej przyjemny podmuch wiatru. Rozejrzała się w poszukiwaniu jakiegoś transportu. Planowała udać się pod Piramidę Kandema. Wszystkie grobowce zbudowane były na podobny sposób. Wysokie na kilkadziesiąt metrów i na tyle szerokie, że spokojnie zmieściłby się w nich hotel.

Spojrzała na kierunkowskazy turystyczne. Jeden z nich wskazywał na południe, gdzie miasto kończyło się, pozwalając rozprzestrzeniać się pustyni. Tam też stała dumnie Piramida Kandema, cel dzisiejszej podróży Kate. Do przejścia było kilka kilometrów, ale to nie odstraszyło dziewczyny. Związała długie włosy w kitkę i ruszyła na przód.

Kamienista droga nagle urwała się, a dalszą wędrówkę trzeba odbyć po piaszczystym szlaku, któremu daleko do miejskiej drogi. Słońce wędrowało po niebie nieznośnie piekąc w skórę. Od skraju miasta do piramidy pozostawał jedynie kilometr. Kate spróbowała przyspieszyć kroku. Grobowiec rósł przed jej oczyma coraz bardziej ukazując swoje prawdziwe rozmiary. Teren wokół piramidy był ogrodzony drewnianym płotkiem. Brama była szeroko otwarta. Nieliczne budki z pamiątkami były zamknięte. Jednym słowem nie było tam żywej duszy. Nie wiedząc co o tym myśleć Kate podeszła do budowli i dokładnie przyjrzała się kamiennym blokom, z których wykonany został grobowiec. Wiedziała z ksiąg, że piramida liczy sobie dobre dwa tysiące lat. Pokruszone elementy tylko to potwierdzały.

Dziewczyna obeszła budowlę dookoła. Nigdzie nie było wejścia. Jako archeolog doskonale znała historię. Faraonowie zabezpieczali swoje grobowce w taki sposób, by tylko nieliczni mogli odwiedzić ich groby. Wejście do piramid było ukryte, a bez rozwiązania dziwnej zagadki raczej nie można było liczyć na sukces. Tak z pewnością było i w tym przypadku.

Nie chcąc tracić czasu Kate zdecydowała się na szybki powrót do miasta. Marsz w tę stronę zajął jej trochę ponad godzinę czasu. Musiała się liczyć z tym, że droga powrotne może być jeszcze dłuższa. Słońce bowiem zawisło już wysoko na niebie i z każdą minutą robiło się coraz goręcej.

Wyciągnęła z plecaka butelkę wody, która jakimś cudem jeszcze zachowała resztki chłodu. Pociągnęła spory łyk rozkoszując się chłodną cieczą przepływającą przez jej przełyk. Obejrzała się jeszcze raz na piramidę po czym żwawym krokiem ruszyła w stronę ledwo widocznego stąd miasta.

Droga powrotna zajęła jej niecałe półtorej godziny. W mieście po ulicach krzątało się wielu przechodniów. Wszyscy wyglądali na bardzo pobudzonych. Biegali to w jedną, to w drugą stronę. Kate nieco to zdziwiło, ale ostatecznie uznała, że to z pewnością nic ważnego.

Krętymi alejkami dotarła pod hotel. Plac przed budynkiem ogrodzony był taśmą policyjną. Przed drzwiami poczerniałego budynku stał szeryf i recepcjonista, który tego samego dnia obsługiwał Kate.

— Przepraszam — zaczepiła jakąś kobietę. — Co tu się dzieje?

— Ktoś podpalił hotel — wyjaśniła.

Kate zrozumiała, że hotel jest najbardziej rozpoznawalnym budynkiem w mieście, stąd to całe zamieszanie, Spróbowała się przepchać do przodu. Przed taśmą jednak zatrzymał ją inny funkcjonariusz.

— Nie może pani tam wejść, to teraz teren zabezpieczony przez policję.

— Pan nie rozumie, ja dziś rano zameldowałam się w tym hotelu. W pokoju miałam ważne dokumenty.

— Nie zmienia to faktu, że nie może pani tam wejść. Trwa dogaszanie pożaru, wszyscy goście zostali ewakuowani.

— Niech mi pan chociaż powie która część hotelu spłonęła?

Zamienił kilka zdań z szeryfem po czym wrócił do niej.

— Prawie całkowicie spłonęło zachodnie skrzydło, czyli pokoje od setnego do sto siedemdziesiątego piątego. Z tego co mi wiadomo niewiele udało się uratować. Pozostałe skrzydła również dosięgnął pożar, ale w mniejszym stopniu.

Serce Kate przez chwilę przestało bić. Wyciągnęła z kieszeni klucz do pokoju i spojrzała na przyczepiony do niego numer. 156. Jej dokumenty, pieniądze, notatki. Musiała się dowiedzieć, czy cokolwiek przetrwało.

Przebiegła pod taśmą mimo krzyków funkcjonariusza i wbiegła do hotelu z gracją omijając wszystkich, którzy stanęli jej na drodze. Hol hotelowy prawie nie ucierpiał, ale nie obchodziło jej to. Ruszyła ku schodom i wbiegła na korytarz, na którym znajdował się jej pokój. Tutaj wszystkie ściany pokryte były czarną sadzą. Drzwi każdego z pokoi pootwierano, a z niektórych jeszcze wydobywały się kłęby dymu. Wbiegła do pomieszczenia z numerem 156 i rozejrzała się. Pokój spłonął doszczętnie. Resztki łóżka leżały porozwalane na podłodze. Jej torby nigdzie nie było. Spłonęła, albo ktoś ją ukradł. Praca jej życia została jej odebrana.

Rozdział II

Popołudniowe słońce odbijało się przeraźliwie od falującej wody rzeki. Kate siedziała na murku. Łokcie trzymała na kolanach, a głowę oparła o dłonie. Blond włosy rozwiewały jej podmuchy ciepłego wiatru.

Praca jej życia tego dnia została zniszczona. Dziewczyna, która na co dzień nigdy się nie poddaje teraz nie poznawała samej siebie. Spojrzała w dal, na statek wpływający na rzekę. Biały żagiel świecił jak żarówka odbijając od siebie promienie słońca.

Ktoś rzucił na nią cień. Odwróciła się momentalnie zaskoczona czyjąś obecnością. Stał nad nią mężczyzna. Pod słońce nie potrafiła go rozpoznać.

— Kim pan… — zaczęła, gdy przybysz przeszedł wokół niej i stanął po drugiej stronie. Teraz, gdy twarzy nie zasłaniał mu cień rozpoznała go. — A, to ty.

— Ładnie to nie poznać kolegi, który uratował cię od walniętego kapitana? — Arthur usiadł na murku obok dziewczyny i spojrzał na nią. — Słyszałem co się stało w mieście.

— Trudno było nie słyszeć, wbrew pozorom to miasto nie jest zbyt duże.

— Co się stało z twoimi rzeczami? Udało się coś odratować?

Milczała. Wiadomo, że jej rzeczy nie da się odzyskać. Albo pochłonął je pożar, albo ukradli je złodzieje, kimkolwiek mogli być.

— Raczej nie — powiedziała w końcu.

— Przykro mi.

— Mnie też.

Nastała niezręczna cisza przerwana miarowym pluskanie wody o kamienisty brzeg. Statek, który wcześniej widziała, teraz przepływał na przeciwko nich wzburzając wodę w specyficzny dla siebie sposób.

— Może mógłbym ci jakoś pomóc? Przenocować cię, czy coś? — zaproponował Arthur.

— To miłe z twojej strony, ale nie mam jak za to zapłacić. Większość moich pieniędzy była w hotelu.

— Gdybyś miała pieniądze mogłabyś wynająć pokój. Nie proponuję tego dla korzyści własnych.

— Więc dlaczego? — zapytała podejrzliwie.

— To długa historia — na jego zazwyczaj pogodnym wyrazie twarzy, teraz malował się smutek.

— Powiedziałam coś nie tak?

— Nie, tylko… To na prawdę historia do opowiedzenia niekoniecznie w tym momencie.

— Mam czas — nalegała.

— Opowiem podczas kolacji u mnie, zgoda? — znowu się uśmiechnął i spojrzał jej prosto w oczy. Kate chwilę się zastanawiała, aż podjęła ostateczną decyzję.

— Uparty jesteś — stwierdziła.

— I kto to mówi.

— Niech będzie, kolego — zgodziła się. — Prowadź.

Arthur natychmiast wstał i podał rękę dziewczynie, by pomóc jej wejść na wysoki murek. Ta jednak odrzuciła pomoc i sama wdrapała się na górę.

Zgoda dziewczyny ponownie rozpromieniła Arthura. Ruszyli w kierunku portu. Chłopak zdążył uprzedzić Kate, że czeka ich spory kawałek drogi. Jego dom mieścił się na obrzeżach miasta, niedaleko pustyni.

Wśród straganów na portowym rynku panował niezwykły ruch. Ludzie krzątali się w tę i z powrotem. Arthur zostawił Kate przy jednym ze stoisk, chcąc dokupić kilka rzeczy do obiecanej kolacji. Dziewczyna spojrzała na artykuły oferowane przez sprzedawcę. Na rozkładanym stole ułożony były noże różnych rozmiarów. Za ladą nikogo nie było, więc pozwoliła sobie sama obejrzeć oferowany towar.

Jej uwagę przykuł mały nożyk. Przypominał miniaturowy miecz z czarno–złotą rękojeścią. Drobna pochwa przywiązana była do brązowego, skórzanego pasa. Chwyciła za rękojeść i wyciągnęła nóż. Miał złote ostrze, od którego odbijało się ledwo dochodzące w to miejsce światło słońca.

— Świetny wybór, panienko — usłyszała głos za swoimi plecami.

Gdy się odwróciła zobaczyła pulchnego mężczyznę w obcisłych spodniach i przepoconym podkoszulku.

— To prawdziwa rzadkość w dzisiejszych czasach — wskazał na nóż w rękach Kate. — Jedyny w swoim rodzaju, nigdzie panienka podobnego nie dostanie.

— Skąd go pan ma? — zapytała. Była pewna, że kiedyś już gdzieś go widziała. Może w księgach?

— Przypłynął tu kiedyś taki kupiec, niech go cholera weźmie — zaczął. — Krzątał się po porcie, więc zapytałem czego szuka, psiakrew. A ten mi na to, że chce opchnąć kilka rzeczy. To go zaprosiłem do mnie, rozumie panienka.

— Miał coś jeszcze poza tym nożem?

— Jakieś stare szmaty, kazałem mu z nimi zjeżdżać. Ale nóż wziąłem, skurkowany chciał za niego jakieś grosze.

— Ile pan za niego chce? — zapytała.

Spojrzał na nią z podejrzliwym uśmiechem na ustach.

— Trzysta fronów.

— Za drogo, dam najwyżej trzydzieści.

— Panienko, to drogie rzeczy.

— Przed chwilą był pan uprzejmy się wygadać, że dał za niego marne grosze.

— Dwieście.

— Trzydzieści — nie dała za wygraną. — To jakaś kiepska podróbka prawdziwego noża.

— Sto? — Jego poważny ton negocjatora zmienił się w pytanie. Kate poczuła, że wygrywa.

— No dobrze… Dam czterdzieści, to moje ostatnie słowo.

— Stoi — zgodził się.

Gdy dobiła targu podszedł do niej Arthur z torbą zakupów w ręce.

— A ty to chcesz wykarmić całą armię faraonów, czy zaprosić mnie na kolację? — rzuciła zaczepliwie.

— Może jedno i drugie? — odparł tajemniczo. — Widzę, że tobie też udały się zakupy?

— Tak — w ręku trzymała jeszcze zakupiony przed chwilą nóż.

— Aż tak ci się spodobał?

— Jest piękny, ale nie o to chodzi. Widziałam go kiedyś w księdze z ormańską historią. Jeden z naszych władców miał identyczny.

— Przecież to zwykła podróbka — upierał się chłopak.

— Zbyt dobrze wykonana.

— Ale skąd ormański nóż wziąłby się w Ensolarze?

— Ten handlarz mówił, że dostał go od kupca, który tu przypłynął. Ten kupiec pewnie był złodziejem, nawet nie wiedział na ile go wycenić.

— No jak tam chcesz, to twoje pieniądze.

Te słowa dały jej do myślenia. Została prawie z niczym, a jeszcze wydawała pieniądze na bzdury. Chociaż nie, dla niej to nie była bzdura. Była pewna swego, a później zaplanowała, że udowodni Arthurowi, że ma rację. Wie jak rozpoznać ormańską stal.

Szli jakiś czas w ciszy. Arthur prowadził Kate wąskimi uliczkami, z daleka od centrum miasta. Pomyślała, że nie chce, by patrzyła na spalony hotel. W sumie to miłe z jego strony.

Wyszli na jedną z głównych alej miejskich. Bruk ułożony tu był idealnie prosto, a po obu stronach drogi co kilka metrów wyrastały kręte lampy. Za nimi mieściły się stare kamienice. Kate bardzo spodobało się to miejsce, choć nie było tak urokliwe jak nabrzeże. Pomyślała, że nocą z pewnością jest tu jeszcze piękniej.

Minęły dwie godziny marszu, a słońce zaczynało już się chylić ku zachodowi. Wschodnie niebo stało się granatowe, a po przeciwległej stronie przybrało barwy żółci i różu. Upalny dzień stopniowo ustępował, a już niebawem miał przyjść chłód nocy.

— Daleko jeszcze? — odważyła się zapytać.

— Bliżej niż dalej — odpowiedział tajemniczo.

Zbyt wiele jej to nie powiedziało, ale postanowiła, że nie będzie już więcej o to pytać. Kilkaset metrów dalej droga skręcała w prawo. Arthur jednak poprowadził ją w lewą stronę. Kamienista droga zmieniła się w ubity, żółty piach. Kilkadzieścia metrów dalej, z dala od innych zabudowań stał średniej wielkości domek. Nie to jednak zainteresowało Kate. Z tego miejsca rozlegał się niesamowity widok na okolicę.

Dom Arthura znajdował się na granicy miasta i pustyni. Od strony zachodu rozpościerał się widok na pustynię. Dostrzegła wyraźny zarys Piramidy Kandema. Wydawało się, że jej wierzchołek świeci własnym światłem. W rzeczywistości było to zachodzące słońce, którego promienie padały na ten fragment grobowca.

Na północy, gdzie niebo stawało się coraz bardziej ciemne, w tle majaczył kształt innego grobowca. Piramida Persepisa była bardziej oddalona od miasta i z tego miejsca można ją było ledwo zobaczyć. Kate przymrużyła oczy starając się dostrzec szczegóły. Na marne.

— Zapraszam — głos Arthura wyrwał ją z zamyślenia. Czekał na nią przy otwartych drzwiach, gestem zapraszając do środka.

Odwróciła się tyłem do widoków i przekroczyła próg. W domu było ciemniej niż na zewnątrz, ale nie na tyle, by uwadze Kate umknął panujący tam bałagan. Choć zupełnie inny, niż można się spodziewać po mieszkającym samotnie chłopaku.

Na kanapie, stole, a nawet podłogach porozrzucane były… książki. Stare egzemplarze, pojedyncze pergaminy oraz kartki z odręcznymi notatkami walały się wszędzie dookoła.

— Przepraszam za bałagan, jak rano wychodziłem nie spodziewałem się, że wrócę z gościem.

— To jest niesamowite — przerwała mu. — Spodziewałabym się raczej ujrzeć porozrzucane po całym pokoju ciuchy, ale nie książki. Coraz bardziej mnie zaskakujesz.

Arthur zrobił się czerwony, czego na szczęście w słabym świetle Kate nie mogła zobaczyć.


Minęło półtora godziny, nim chłopakowi udało się przyrządzić kolację i ogarnąć bałagan w mieszkaniu. Oczywiście Kate nie mogła siedzieć i patrzeć, więc mimo protestów pomogła w przygotowaniu posiłku.

Teraz siedzieli twarzą w twarz przy świecach, z kieliszkiem wina każdy. Zajadali się sałatką ze świeżych warzyw, oraz kawałkami pieczonego kurczaka. Arthur był świetnym kucharzem, Kate dziwiła się, jak mężczyzna może mieć takie pojęcie o smakach. Wszystkie przyprawy dodał idealnie, kurczach nie był ani za słony, ani za pikantny. No idealnie.

— To może teraz opowiesz mi, skąd propozycja zaproszenia mnie? — przerwała ciszę pani archeolog, pomiędzy krótkimi łykami półsłodkiego, czerwonego wina.

— Po prostu chciałem się z tobą umówić — rzucił.

— No to oczywiste, a poza tym? — zaśmiała się. Arthur nie spodziewał się takiej reakcji.

— Hmmm… — nie wiedział od czego zacząć. — Jak dziś rano zobaczyłem cię w porcie wyglądałaś na bardzo tajemniczą i zarazem zdeterminowaną osobę. Zaintrygowałaś mnie.

— Zaintrygowałam? — przerwała. — Ale czym?

— Sam nie wiem — przyznał. — Po prostu, samą sobą — tym razem to dziewczyna się zarumieniła, ale podobnie jak wcześniej, przy słabym świetle świec nikt nie mógł tego zobaczyć. — Postanowiłem dowiedzieć się trochę o tobie. Mieszkam tu od zawsze. Znam wiele osób i wiele osób zna mnie. Nie trudno było znaleźć kogoś, kto posiada trochę informacji na twój temat.

— Aż się boję czego się mogłeś dowiedzieć.

Chłopak spojrzał na nią uwodzicielskim wzrokiem.

— Pani archeolog, mimo młodego wieku masz już na koncie kilka trafnych odkryć. Pochodzisz z Ormanu, a do Ensolaru przyjechałaś, żeby odnaleźć grobowiec Faraona Tandemona.

— Powiem ci, że nieźle — powiedziała zaskoczona. — Ale nadal nie wiem co to ma wspólnego z zaproszeniem mnie tutaj.

— Widzisz, mój ojciec również był archeologiem. Także prowadził badania nad grobowcem tego faraona. Był w to bardzo zaangażowany. Czytał wiele ksiąg, każdą po kilka razy, bo nie chciał, żeby mu coś umknęło. Jeździł do różnych miast, spisywał wszystkie ważne informacje. Jednego dnia powiedział mi, że coś znalazł. Następnego ranka podekscytowany wyszedł z domu. Wtedy widziałem go po raz ostatni — do oczu Arthura zaczęły napływać łzy.

— Co się stało? — zapytała Kate prawie szeptem.

— Nie wiem — wydusił. — Jak ojciec nie wracał przez trzy kolejne dni zawiadomiłem policję. Do tej pory go nie znaleźli. Straciłem już nadzieję, że jeszcze go zobaczę.

Kate ścisnęło w gardle. Współczuła mu utraty najbliższej osoby. Domyślała się, czego mógł od niej chcieć. Dobre kilka minut trwało, nim Arthur się uspokoił. Wziął głęboki oddech.

— Kate, czy mogę dołączyć do twoich badań? Nie chcę, by praca ojca poszła na marne. Jako jego syn chciałbym uczestniczyć w odkryciu grobowca.

— Oczywiście — z jednej była smutna, bo to tej pory sama dokonywała wszelkich odkryć. Z drugiej jednak strony cieszyła się, że będzie miała towarzystwo.

Stuknęli się kieliszkami i upili spory łyk trunku.

Rozdział III

Zaczynało świtać, a do jej nosa dotarł niebiański zapach. Otworzyła oczy nie wiedząc przez chwilę gdzie się znajduje. Później wszystko wróciło. Zdarzenia z poprzedniego dnia, kłótnia z kapitanem, pożar hotelu, utrata jej osobistych rzeczy, oraz oczywiście pomoc Arthura.

Spędziła z nim noc. Sama nie wiedziała jak mogła do tego dopuścić. Może się upiła? Nie, na jej głowę potrzeba zdecydowanie więcej niż półtorej butelki wina wypite na dwie osoby.

Podniosła się z łóżka i wyszła do drugiego pokoju.

— Ooo, śpiąca królewna wstała — przywitał ją Arthur.

Kate tylko przetarła oczy, bo tutaj było zdecydowanie jaśniej niż w sypialni.

— Która godzina? — zapytała.

— Dochodzi dziewiąta — jego wesoły ton przyprawiał ją w zakłopotanie.

— Dziewiąta? — zawołała. — Dlaczego mnie wcześniej nie obudziłeś?

— Może dlatego, że sam dopiero co się obudziłem.

Faktycznie miał na sobie koszulkę i spodenki do spania. Bosymi stopami stał na płytkach, co sprawiło, że dziewczynie ciarki przeszły po plecach. Chłopak smażył jajecznicę, co uważała, za genialny pomysł. Podniósł patelnię z kuchenki i rozłożył jedzenie na dwa talerze. Dodatkowo jajko posypał szczypiorkiem, a obok ułożył pokrojonego w ćwiartki pomidora.

— Proszę bardzo, mój specjał — zaprosił ją do stołu, przy którym poprzedniego wieczoru jedli kolację.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 18.95