E-book
17
drukowana A5
49.04
drukowana A5
kolorowa
75.83
Tajemnica Agarthy

Bezpłatny fragment - Tajemnica Agarthy

Ukryta cywilizacja


Objętość:
289 str.
ISBN:
978-83-8155-825-9
E-book
za 17
drukowana A5
za 49.04
drukowana A5
kolorowa
za 75.83

Projekt okładki: Krzysztof Chrząstek

Wszelkie grafiki pochodzą z bezpłatnych źródeł


Wszelkie prawa do książki należą do: Krzysztof Chrząstek


Wszelkie podobieństwo do jakichkolwiek prawdziwych osób, postaci, miejsc lub wydarzeń jest w tej książce całkowicie przypadkowe. Całość tej powieści opowiada o fikcyjnych wydarzeniach i przygodach grupy ludzi. Ta książka łączy w zgrabną całość wiele faktów, legend, mitów i fragmenty tzw. teorii spiskowych, które od lat ciekawią i nurtują wielu ludzi.


Żadna część tej publikacji lub jej fragment nie może być w jakiejkolwiek formie upubliczniona, kopiowana, powielana, przepisywana, zapisywana, przetwarzana, przechowywana w jakiejkolwiek bazie danych, tłumaczona ani udostępniana w jakiejkolwiek formie, jakąkolwiek metodą, gdziekolwiek i kiedykolwiek bez pisemnej zgody autora.

Gdy po raz pierwszy ujrzałem to miejsce, z początku pomyślałem, że wszystko mi się jedynie przyśniło. Było ono tak niezwykłe, że aż sam zacząłem wątpić w realność tego doświadczenia. Jednak uwierz mi szanowny czytelniku, że wszystko to szczera prawda. Sam tam byłem i widziałem na własne oczy wszystkie te cudowne niezwykłości, które tutaj opisałem.

Porobiłem też stosowne notatki i szkice, a nawet udało mi się zrobić kilka fotografii, choć mieszkańcy tej krainy wzbraniali się przeciwko temu. Nie znali mnie jednak jeszcze wtedy i nie ufali mi. Dopiero po pewnym czasie obdarzyli mnie zaufaniem, a nawet pomocą i wsparciem.

Dzięki temu mogłem zbliżyć się do nich, zapoznać z ich wynalazkami i spotkać miłość swojego życia. Jakże to cudowne, móc odkryć naraz aż dwa skarby — tak wspaniałą, wysoko rozwiniętą cywilizację i serce, które pokochało mnie szczerą, niewymuszoną miłością…

Teraz, gdy moje życie skłania się już ku końcowi, przekazuję ten manuskrypt swojemu prawnikowi, aby w dwadzieścia lat po mojej śmierci ujawniono go światu, tak, jak przyrzekłem to Radzie Agarthy. Mam nadzieję, że do tego czasu ludzkość dojrzeje do ponownego spotkania z nimi.

Oni są naszą wielką, a być może też i ostatnią nadzieją… Ich wiedza, kultura, etyka, duchowość, technologia, możliwości i umiejętności, a nawet ekologia przewyższają nasze pod każdym względem. Niestety — wtedy, mimo moich dobrych intencji i usilnych starań, nadzieja na spotkanie naszych dwóch światów została niefortunnie zaprzepaszczona… Boleję nad tym wielce i mam nadzieję, że teraz — po latach, wy to nadrobicie, drodzy mieszkańcy Ziemi.

Z nadzieją i życzeniami pomyślności

John T.

John był już stary i schorowany. To wszystko, co wtedy tam przeżył, zawarł w swoich notatkach, które teraz pieczołowicie zapakował do srebrnego pudełka i zamknął na klucz. Jutro miał je odebrać jego prawnik i zdeponować w skarbcu banku.

Niestety, zaledwie po dwóch tygodniach od napisania tych słów, John odszedł z tego świata. Teraz wszystko było w rękach Francisa Jacoba Blooma, który od lat miał własną, dużą kancelarię w tym mieście.


Myślisz może, że wszystko poszło jak z płatka? Że stało się tak, jak chciał tego John? Otóż nie.

Gdy kwiaty na jego grobie zwiędły, a ostatnie zapalone na nim świeczki znikły ponad rok temu, Francis postanowił działać. Przejeżdżał często koło tego miejskiego cmentarza i uważnie go obserwował. Chciał mieć absolutną pewność, że nikt się nim nie interesuje.

Od lat też wyznawał zasadę, że jeśli chcesz, aby coś było dobrze zrobione, to trzeba to było zrobić samemu.

Teraz siedział w swoim Bentleyu i patrzył na niszczejące szczątki na grobie Johna. Przez wiele lat dopilnowywał jego spraw majątkowych i podpisywanych umów dotyczących jego firm i aktywów. Wiedział też, że jego przyjaciel skrywał jakąś tajemnicę.

Pamiętał dokładnie, jak kiedyś, dawno temu, wyjechał on w podróż, w której zniknął na dwa lata. A dokładniej mówiąc, w miesiąc po tym, jak wyruszył, jego telefon przestał działać. Nie odbierał go, albo wyłączył. Co jednak ciekawsze, również w tym czasie nie logował się ani razu na swoją skrzynkę e-mailową. To już Francisa wielce zdziwiło.

John — biznesmen i filantrop nie potrafił żyć bez komputera i internetu. Zawsze miał najlepsze dostępne na rynku zabawki. Gdy więc kolejne telefony Francisa trafiały w próżnię, a maile pozostawały bez odpowiedzi, postanowił to sprawdzić. Wynajął najlepszych ludzi, którzy od lat pomagali mu w rozwikłaniu najtrudniejszych spraw. Ale po dwóch tygodniach szczegółowych poszukiwań, okazało się, że nie było go nigdzie, gdzie mógłby być.

Francis sprawdził to bardzo dokładnie. Poza tym telefon Johna przez cały czas był nieczynny. Ba, ani razu go nie włączał w tym okresie. Był też nie do namierzenia, choć jego ludzie mieli swoje sposoby i potrafili ustalić nawet to, gdzie znajduje się kompletnie wyłączony telefon. Teraz jednak nie byli w stanie tego zrobić. Nic. Zero jakiegokolwiek sygnału. Zupełnie, jakby się zapadł pod ziemię.


Gdy po pół roku od jego zniknięcia nie pokazywał się w domu, nie dzwonił, a nawet nie logował się na swoją skrzynkę internetową (czego to nie można ustalić, jak się ma spore pieniądze i zna odpowiednich ludzi), postanowił sam osobiście sprawdzić, gdzie jest John. Tym bardziej, że jego sekretarz również nie odbierał telefonu i wsiąkł gdzieś jak kamfora. Najwyraźniej byli gdzieś razem.

Okazało się jednak, że nawet on — stary wyga, który prześwietlał miliardowych inwestorów na wylot, a tajemnice finansistów tego miasta miał w małym palcu, nic o nim nie znalazł. Ustalił tylko, że John nie wykupił w tym czasie żadnych biletów lotniczych, ani nawet nie skorzystał ze swojej złotej karty kredytowej. A przecież ludzie na jego poziomie nie mogli bez tego żyć. — Czyżby skrył się w jakiejś pustelni, aby odpocząć od tego zabieganego świata, jak zwykł czasem żartować — zastanawiał się.

Postanowił jeszcze raz to sprawdzić. Miał swoje metody i zaufanych ludzi, po których sięgał w ostateczności. Ci byli w stanie załatwić wszystko. Wystarczyło tylko uregulować rachunek. Ale nawet oni tym razem nic nie wskórali. Ci, których wynajmował do najtrudniejszych zadań, nie byli teraz w stanie ustalić miejsca pobytu Johna, ani jego działań. Dowiedzieli się tylko, że był na krótko w Watykanie i tam spotkał się z niejakim Marco.

To go już nie tyle zaniepokoiło, co zaciekawiło. Dopóki jednak na jego konto wpływało co miesiąc wynagrodzenie za jego usługi, najwyraźniej zlecone wcześniej w banku, nie miał powodów do niepokoju. Zwłaszcza, że ta super ekipa do zdań specjalnych dbała o swoją reputację i zwróciła mu połowę pokaźnej kwoty, którą im wpłacił, gdy okazało się, że nie namierzyli Johna.

Tak minęło jeszcze półtora roku.

A potem, najzwyczajniej w świecie, John pojawił się w mieście i to z nową ukochaną u boku. Najdziwniejsze jednak było to, że tym razem nie chciał barwnie opowiadać mu o swoich przygodach. Wspomniał tylko mimochodem, że był w rajskiej krainie. Cóż… — początkowo Francis wziął to na karb jego miłości, bo Mahika była piękna i urocza. Jej spojrzenie zniewalało słodyczą i świeżością. Żadna kobieta w tym mieście nie miała takiego wdzięku, radości i mądrości, nie tylko w oczach, ale każdym ruchu, spojrzeniu i geście. Nie dziwił się więc, że John zakochał się w niej bez pamięci. Gdy jednak po pół roku nadal, nawet jednym słowem nie chciał mu nic powiedzieć o swej dwuletniej wyprawie, postanowił to sprawdzić.

Niestety, mimo najlepszych chęci, wielu środków, ludzi i ich zaangażowania, tym razem również nic nie zdziałał. Przyjaciel też, mimo wielu pytań zadawanych mu przy różnych okazjach, nie chciał nic na ten temat powiedzieć. Fracisowi pozostało zatem jedynie czekać. Bo tylko czas odkrywa przed nami wszystkie karty, również te głęboko skrywane. Wiedział to aż nazbyt dobrze. W tym biznesie, którym się zajmował, trzeba było być bystrym i mieć nerwy ze stali.


Przyszło mu jednak na to bardzo długo czekać. Aż dwadzieścia pięć długich lat. Francis był wtedy na swoich urodzinach, na które John zaprosił go do swej rezydencji. Rozmawiali, jedli i świetnie się bawili na tarasie przed domem. Mieli stąd piękny widok na wspaniały, okazały ogród z wieloma egzotycznymi roślinami i kwiatami. Francis mógłby nawet przysiąc, że niektórych z nich nigdy wcześniej nie widział. — Zapewne przywiózł je z którejś ze swoich amazońskich wypraw — tłumaczył to sobie, pałaszując wyśmienity tort.

Aż tu nagle, gdy John częstował go kolejnym kawałkiem wybornego ciasta, spojrzał na niego jakoś tak dziwnie i westchnął.

— Wiesz… spotkajmy się jutro, jeśli oczywiście masz czas… — dodał, chcąc wybadać, czy przyjaciel znajdzie w swym bogato wypełnionym kalendarzu lukę dla niego.

Francis od razu wyczuł, że coś się święci i chodzi o coś ważnego. Nie wspomniał mu zatem o spotkaniu z dwoma prezesami wielkich korporacji, tylko powiedział:

— Jasne, pogadamy sobie w cztery oczy.

John przytaknął na te słowa z ulgą. Francis to zauważył. — A zatem chodzi o coś naprawdę ważnego — powiedział sam do siebie i ucieszony pałaszował szarlotkę przygotowaną przez chyba najlepszego cukiernika w tym kraju. Istny raj dla podniebienia. Poza tym dobrze wiedział, że John już od dawna trochę niedomaga i być może nawet rozmyśla o podsumowaniu swojego życia.


Nazajutrz stawił się o umówionej porze w jego willi. Lubił punktualność, zwłaszcza wobec przyjaciół i tych, którzy mu płacili. A tutaj te dwie kwestie zgrywały się w jedno.

— Dzień dobry John — powitał go, gdy ten otworzył mu drzwi.

— Witaj stary druhu — powiedział z uśmiechem.

— Może i stary, ale na szczęście dużo młodszy od ciebie — zażartował. John też się uśmiechnął, choć wcale nie było mu do śmiechu. Poza tym różnica wieku nie była wcale aż taka wielka.

Usiedli wygodnie w jego salonie. Sącząc chłodne, świeżo wyciskane soki, których gospodarz był wielkim fanem, podziwiali nowy obraz Rembrandta, który zakupił. Zachwycali się jego światłem i fakturą dzieła. Dokładnością wykonania i mistrzowską kompozycją dzieła.


Francis lubił tu przychodzić. Czuł się swobodnie, a naturalny wdzięk Johna pozwalał mu na to, aby rozkoszować się życiem, bez tego zadęcia, jakie miało większość tak bogatych ludzi. On nadal pozostał skromnym, naturalnym i życzliwym człowiekiem.

— Pozwoliłem sobie na ten ostatni zakup — zaczął. — Chcę go po mojej śmierci przekazać do muzeum. Niech się nie pałęta po zamkniętych, prywatnych kolekcjach.

Francis pokiwał głową, sącząc pyszny sok.

— Ale spotkaliśmy się dzisiaj w innym celu

Francis nastawił uważnie uszu i patrzył na niego w skupieniu.

— Powierzam ci swój największy sekret — westchnął John, a Francis siedział w bezruchu. Wyczuł, że to może mieć coś wspólnego z jego tajemniczym zniknięciem sprzed wielu lat.

— Otóż, jak wiesz, dawno temu zawieruszyłem się na prawie dwa lata. Wiem, że mnie szukałeś — John uśmiechnął się z lekką nutą przebiegłości, ukazującą się na jego wydatnych wargach. — Cóż… nie mam ci tego za złe, że mnie poszukiwałeś. W innych okolicznościach nawet bym ci za to serdecznie podziękował. Ale wtedy — wierz mi przyjacielu, nie mogłem się z tobą skontaktować. Dałem też słowo wielu znaczącym ludziom, że nie pisnę nikomu ani słowa. Przez dwadzieścia pięć lat sam dźwigałem to brzemię na swych barkach. Tylko moja ukochana wiedziała o tym. Tylko jej mogłem ufać w tym względzie. — John westchnął ciężko i mówił dalej. — Jednak teraz zbliża się czas, gdy będę mógł o tym opowiedzieć.

Francis chłoną w skupieniu każde jego słowo.

— Ale nie osobiście — zaznaczył John. — Nie usłyszysz ode mnie żadnego słowa na ten temat przyjacielu — powiedział do wyraźnie zawiedzionego Francisa. — Ale będziesz mógł je kiedyś przeczytać — o ile dożyjesz — dorzucił z uśmiechem. — Kiedyś musiałem przysiąc grupie osób, że dopiero dwadzieścia lat po mojej śmierci będzie można opublikować te notatki. W nich jest wszystko o mojej wyprawie, cała prawa o ludziach, których spotkałem i ich życiu — westchnął głęboko, jakby coś sobie właśnie przypomniał. — To dziwne — kontynuował, jak wiele mitów i opowieści okazuje się prędzej czy później najzwyklejszą prawdą, odzianą w legendy — westchnął z rozrzewnieniem. — W tej oto skrzynce — wskazał wzrokiem Francisowi wykonany ze srebra kuferek — znajdują się moje notatki, szkice, a nawet kilka fotografii.

Francis już prawie wrzał z ciekawości. Przełknął teraz jednak tylko ślinę i delikatnie oblizał wargi z emocji.

— Proszę cię, abyś przez najbliższe 20 lat strzegł tego skarbu, a potem, zgodnie z moją wolą, którą masz tutaj na piśmie — mówiąc to podał mu podpisany dokument — należy wydać to dzieło i sprzedawać po cenie minimalnej jednego dolara za sztukę. Na wskazanym koncie bankowym jest zdeponowana suma, która z pewnością pokryje wszelkie związane z tym koszty. Resztę, która zostanie, należy wydatkować na sierocińce, bezdomnych i domy opieki. Jutro pojedzie z tobą mój sekretarz i razem zdeponujecie skrzynkę w banku. Przez dwadzieścia lat nikt — nawet ty, nie ma prawa otworzyć skrytki, w której zostanie umieszczona. Tak będzie najlepiej — John westchnął po raz kolejny. — Nie zdziw się też — dodał — jeśli Mahika zniknie bez śladu po mojej śmierci. Tak musi być i o nic jej nie pytaj.

Tego już było Francisowi za wiele. Zagadka goniła zagadkę. — Dlaczego on mi nie ufa — kłębiło mu się w głowie. — Załatwiali razem tysiące spraw wartych miliony, rozmawiali ze sobą o tak poufnych sprawach, że wstydziłby się je wyznać nawet żonie, a teraz — w tej jednej kwestii pozostawał od lat nieugięty. — To musi być jakaś grubsza sprawa — głowił się. — Może jakaś tajemnica, która może zmienić losy świata? — Francis dobrze wiedział o idealizmie swego przyjaciela i jego głębokim dążeniu do poprawy losów tego świata.

Chciał on, aby było to piękne, przyjazne miejsce dla każdego, gdzie wszyscy mają wszelkie środki i możliwości, aby realizować swój prawdziwy, największy potencjał. Chciał dla wszystkich godnego i owocnego życia. Z całych sił starał się przez lata, aby ludzie, firmy i korporacje również to zrozumieli i powoli wprowadzali w życie. Godzinami mógł opowiadać o tym, jak wprowadzenie pewnych wynalazków lub chociażby czerpanie z energii z paneli słonecznych postawionych na pustyniach, zrewolucjonizowałoby nasze życie i zasoby.

Jednak ci, którzy mieli w głowach stary model funkcjonowania świata i byli jeszcze przywiązani do przestarzałych już obecnie technologii opartych tylko na ropie i węglu, opornie przyjmowali jego argumenty. To byli ludzie, którzy mieli wiele ogromnych firm, zarabiających miliardy na dotychczasowym stanie rzeczy. Bronili się więc zaciekle przed zmianami. Nie chcieli wypuścić ze swojej ręki tego, co dawało im zyski, nawet pomimo tego, że zmiany, które by wprowadzili, dałyby natychmiastową wolność i energię wszystkim mieszkańcom Ziemi. To ich przerastało. Oni chcieli zachować swą władzę nad innymi. Nie mogło im się pomieścić w głowach, że ludzie wcale nie musieliby pracować, a większość uciążliwych prac mogłyby już teraz wykonywać za nich inteligentne automaty.

— Ach ci idealiści — skomentował swoje myśli Francis. — Wciąż im się roi, że ludzie mogą być dobrzy, a Ziemia może być rajem dla wszystkich. Westchnął też na wspomnienia, jak to John latami przekonywał go do przejścia na wegetarianizm. — To uratuje świat — zaręczam Ci — mówił mu często.

John podsunął mu przygotowane wcześniej dokumenty. Francis skwapliwie złożył na nich swój podpis. Odtąd był jedynym powiernikiem jego tajemnicy. Oczywiście były tam punkty mówiące o tym, co by mu się stało i jakie poniósłby kary, również finansowe, gdyby złamał warunki tej umowy. Odpowiednie dyspozycje miały zostać wydane również bankowi, w skarbcu którego miała spoczywać srebrna skrzynka. Nikt odtąd nie mógł się do niej dostać przez długie 20 lat.

Ale on nie od dziś był prawnikiem i wiedział, że każdy prawie zapis można podważyć, a podpis zanegować. Wiedział, że John liczył w tym względzie bardziej na ich długoletnią przyjaźń i lojalność, niż jego prawnicze serce, które jest niczym wiatr nocnej pustyni — wieje chłodem i przenika do szpiku kości obawiających się go ludzi.


Porozmawiali jeszcze o sztuce, zdrowym odżywianiu i pięknie życia. John miał tyle planów, ale realizował je już głównie poprzez internetowe eskapady.

— Jak to dobrze, że tyle miejsc można teraz zobaczyć przez internet — cieszył się. — Zresztą większość z nich już i tak zwiedziłem. Z życia trzeba się cieszyć, dopóki trwa — mówił, ale Francis dostrzegł w jego oczach błysk lekkiego zawodu.

To już 25 lat Mahika gościła w tym domu, ale, w odróżnień od Johna, nie dostrzegł na jej twarzy żadnych znamion starzenia się. Wręcz przeciwnie — jej buzia wciąż błyszczała świeżością i radością życia.

Gdy teraz weszła, poczuł, jakby właśnie nastała wiosna.

— Dzień dobry — powitała go swym melodyjnym głosem, niosąc talerz pełny owoców — jagód, porzeczek czarnych i czerwonych, malin, czereśni i wiśni. — Trochę zdrowia dla każdego — powiedziała z czarującym i pełnym wdzięku uśmiechem.

— Witaj Mahika. Jak ty to robisz, że jesteś coraz piękniejsza i młodsza? — zapytał z westchnieniem.

A ona uśmiechnęła się po raz kolejny i odpowiedziała, siadając.

— Może mam dobre geny, albo miłość w sercu do wszystkich i wszystkiego. Powinieneś tego spróbować Francis — powiedziała z rozbawieniem.

— Haha, jeśli polecasz, to od jutra wszystkich pokocham. Przyda mi się kilka dodatkowych lat życia — powiedział radośnie.

— O nie kochany — powiedziała mrużąc oko. — Zrób to już dzisiaj, bo tylko teraz istnieje. Nie ma żadnego jutra, ani wczoraj.

— Zapamiętam to — pokiwał głową, podziwiając jej piękne oczy.

Nie wiedział dokładnie, ile ma lat. Zresztą podobno kobiet się o to nie pyta.

Mahika mu się podobała. John wiedział o tym od pierwszej chwili. Zresztą, podobała się każdemu. Roztaczała wokół siebie jakiś specyficzny rodzaj wdzięku i swoistej magii, która oczarowywała swym aromatem każdego, podobnie, jak barwne kwiaty na łące przyciągają owady. To była aura szczęśliwej, spełnionej kobiety, która jest świadoma swojej wartości, mądrości i piękna. Skrzyła się jak drogocenny klejnot na naszyjniku życia.

Francis czuł się zaszczycony, mogąc z nimi przebywać. — Oto ludzie, którzy przeżyli dobrze, zgodnie i pięknie kawałek swojego życia — cieszył się ich szczęściem. — Iluż ludzi, zamiast doceniać to, co mają i czerpać jak największą radość ze swego istnienia, pogrążało się w smutku, hazardzie, albo szkodliwych namiętnościach. I po co? — dziwił się. — Przecież to im w niczym nie pomagało, a wręcz przeciwnie.

Podziwiał ich spokój i harmonię. Mieli pod ręką wszystko, czego im było trzeba. Wielki, wygodny dom z ogrodem, basenem i lasem. Mnóstwo pieniędzy i udziałów w firmach, z których mogli korzystać do woli. Nic, tylko żyć wiecznie… — pomyślał rozmarzony. — Och — otrząsnął się Francis — czyżbym i ja został przez nich zainfekowany idealizmem — uśmiechnął się do swoich myśli.


— Cóż… — Francis z rozbawieniem skwitował swoje wspomnienia. — To było dawno. A teraz pora działać i ustalić, co to była za tajemnica, którą tyle lat skrywał John — pomyślał, uruchamiając auto. Ruszył powoli i wybrał numer telefonu, aby puścić wreszcie w bieg machinę działania, która czekała na tę ważną chwilę aż tyle lat.


John — ten wytrawny podróżnik i inwestor, nie przypuszczał nawet, ile czasu upłynie, nim jego zapiski ujrzą światło dzienne i jaki będzie ich dalszy los. Najwyraźniej nie znał dobrze tego, w czyje ręce powierzył swój sekret. Gdyby o tym wiedział, być może wybrałby kogoś innego, albo nawet sam je zlecił do druku, łamiąc tym samym słowo, które dał Radzie. Bo to chyba byłoby lepsze, niż trzymanie tych faktów w ukryciu, albo dostanie się ich w niepowołane ręce.

Cóż… jak to się często zdarza, życie czasem pisze dziwne scenariusze i miesza nam nawet najlepsze plany. Tak było i tym razem.


Francis odczekał dogodny moment, kiedy nie było w banku dyrektora, ani jego zastępcy. Jego zaufany, pracujący tu człowiek poinformował go o tym telefonicznie. Spotkali się w umówionym miejscu na tyłach budynku banku. Tamten, używając specjalnej karty magnetycznej, otworzył wyjście awaryjne, którym weszli do środka. Kamery w tym czasie zostały przekierowane tak, że ochroniarze widzieli zapętlony obraz pustych korytarzy, którymi szybko przemknęli. Zadbał o to suto opłacony człowiek.

Poszli prosto do skarbca. Tamten wstukał skomplikowany dwudziesto znakowy kod i dał zeskanować swoje oko czytnikowi. Te dane i tak zostały skasowane przez monitorującego ich fachowca od takich zabezpieczeń.

Obaj mieli na rękach eleganckie, skórzane rękawiczki. Otworzyli wspólnie grube, ciężkie drzwi skarbca i weszli do środka. Dwoma kluczami otworzyli dużą skrytkę. Ale na tym nie koniec. Wysunęła się z niej wykonana z grubej blachy jakby szuflada. Na jej szczycie był panel do wpisania kodu. I znowu człowiek, z którym tu wszedł, wpisał poprawną kombinację znaków. Rozległo się głośne kliknięcie i odskoczyło wieko skrzynki. Francis odetchnął z ulgą i zdjął z twarzy przeciwsłoneczne okulary. Spokojnie, aczkolwiek lekko drżącymi dłońmi, otworzył drzwi skrytki. Gestem pokazał tamtemu, aby się oddalił. Chciał zostać sam. Nie wiedział, czego może się spodziewać. To mogło być coś wielkiego. Podejrzewał, że znajdzie jakiś moduł wyrzutni rakiet, patent na urządzenie darmowej energii, albo diamenty lub nawet o wiele cenniejszy od nich painit lub kaliforn. Rozważał też, że były to wskazówki, jak dotrzeć do jakiejś kopalni złota, albo legendarnego skarbu Majów lub Azteków. Był gotowy na wszystko.


Wewnątrz była czarna, średniej wielkości skrzynka bez zamka. Ostrożnie otworzył jej wieko. W środku była ta sama szkatułka, którą już kiedyś widział u Johna. Gdy uchwycił tę wykonaną ze srebra skrzynkę, zdziwił się, bo była dość lekka. — Czyżby — zastanawiał się — w środku nie było nic? Serce mu zadrżało.

Kluczyk miał od lat przyszykowany. Swoimi sposobami odnalazł konstruktora tego cacka. Okazała suma szybko go przekonała do tego, aby przekazał mu klucze do wszystkich egzemplarzy, jakie wypuścił w ostatnim czasie na rynek. A było ich siedem. Dlatego teraz, trzymając w ręku pęk siedmiu kluczy, szykował się do działania. Wybrał pierwszy z nich i włożył go do dziurki, próbując lekko go przekręcić. Ale on ani drgnął. Zatem wybrał kolejny i powoli włożył go w zamek. Ten również nie zadziałał. Nie zrażony, wybrał trzeci z kolei. Ten, z lekkim oporem, przekręcił się. Francis przełknął ślinę i otworzył wieko z uśmiechem triumfu na twarzy.

Ale to nie trwało długo. W środku było coś płaskiego owiniętego w czarne sukno aksamitu. Sięgnął po to zawiniątko i szczęka opadła mu w dół ze zdziwienia gdy zobaczył, co właśnie trzyma w rękach. To była najwyraźniej jakaś księga i to taka, której nawet on nigdy wcześniej nie widział w całej swojej karierze. A przewertował mnóstwo opasłych tomów i wartościowych starodruków.

Okładka tego cacka wielkości zwykłej księgi była najbardziej niezwykła, jakąkolwiek widział. Na grubej, najwyraźniej okutej warstwą cienkiego złota okładce były misternie oszlifowane i ułożone w przedziwny wzór różnokolorowe kamienie szlachetne. Po środku połyskiwał z pewnością na różowo wielki brylant. Wokół niego było koło z szafirów i szmaragdów. I to wszystko zamknięte było w ośmiokąt wykonany z kamieni, których nigdy wcześniej nie widział. Gdy im się uważniej przyglądał, zauważył, że zmieniały one kolor w zależności od tego, pod jakim kątem na nie patrzył. — Co to jest? — pytał sam siebie. — Najbardziej jednak go zdziwiły cztery sferyczne kryształy, które usadowione były przy rogach tej księgi. Na jej dole znajdowało się kilka rzędów dziwnych symboli.

— Może to jakiś starożytny język? — przemknęło mu przez głowę.

Gdy zajrzał na tylną okładkę, zdziwił się jeszcze bardziej. Tam na złotej blasze wyryty był jakiś dziwny wzór spirali. Tu również znajdowały się jakieś sferyczne kamienie szlachetne przy rogach książki. Na dole dostrzegł te same tajemnicze znaki. Wyglądała poprzez to, jak stara księga przygotowana w zamierzchłych czasach dla jakiegoś króla.

Francis przełknął głośno ślinę i wstrzymując oddech otworzył księgę. Łapczywie zajrzał do środka.

Jego oczom ukazało się równe, odręczne pismo Johna.

Zaczął gorączkowo czytać.

„Gdy po raz pierwszy ujrzałem to miejsce, z początku pomyślałem, że wszystko mi się jedynie przyśniło. Było ono tak niezwykłe, że aż sam zacząłem wątpić w realność tego doświadczenia…”

Gdy doczytał ten wstęp, był zdziwiony. Przyjaciel dał mu wyraźne instrukcje, aby wydać te zapiski w najlepszym wydawnictwie w Nowym Jorku. Zdziwiło go jednak to, że miały być sprzedawane tylko po dolarze za sztukę. — Zatem to nie o pieniądze tu głównie chodziło — namyślał się. — Czyżby zatem były aż tak cenne? — wertował namiętnie kolejne strony. Nagle jego twarz stężała, a dolna szczęka sama opadła mu po raz kolejny tego dnia. Nie mógł uwierzyć w to, co sam przeczytał. — To było niesamowite. — Gdyby to była prawda — mówił do siebie — możnaby…

Rozejrzał się uważnie dookoła i sprawdził, czy człowiek, który go tu wprowadził, nie podgląda.

Wszystko było w porządku. Zamknął księgę i schował ją do swojej czarnej teczki, która nosiła już wcześniej, wiele tajemnic tego świata. Ale nigdy aż takiej. — To będzie hit, prawdziwa sensacja! — cieszył się rozgorączkowany. Nawet jeżeli na każdej książce zarobię, ja i jego spadkobiercy, po 40 centów, to i tak będziemy miliarderami. Każdy chętnie do niej zajrzy i ją przeczyta. Ludzie są spragnieni takich informacji. Już widział swoje nazwisko na pasku wiadomości i planszach najlepszych talk show-ów w kraju.

— A może by tak — dumał — wybrać się tam osobiście? Z kamerami i pokazać wszystko online? — zastanawiał się. — To jest pomysł — uśmiechnął się chytrze. — Wtedy będzie prawdziwy dowód na to, że to prawda. Bo chociaż widział te kilka fotografii, załączonych do księgi, ale przecież na filmie wszystko lepiej widać — uśmiechnął się z miną człowieka, który właśnie odnalazł swoje Eldorado. — W końcu wszyscy jesteśmy coraz bardziej ludźmi oglądającymi, niż czytającymi, nad czym wielokrotnie on, John i wielu ich znajomych szczerze ubolewało, widząc pustkę mentalną i brak ogłady, który to powodowało u wielu ludzi.

Francis zamknął skrzynkę i wsadził ją z powrotem do skrytki. Lekko pchnął jej szufladę, a mechanizm sam się zatrzasnął. Księgę natomiast pieczołowicie owinął w czarny aksamit i z namaszczeniem schował do nesesera.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 17
drukowana A5
za 49.04
drukowana A5
kolorowa
za 75.83