E-book
13.65
drukowana A5
61.15
Tajemne życie Jezusa

Bezpłatny fragment - Tajemne życie Jezusa


Objętość:
371 str.
ISBN:
978-83-8189-257-5
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 61.15

Ponoć ta historia nie wydarzyła się naprawdę. Bo przecież coś takiego nie mogło się zdarzyć. Chyba, że… jak to mówią, w każdej opowieści jest trochę prawdy. Trochę lub tyle, ile zechcesz…


Tak, przypomina sobie ten moment. To było wtedy, gdy zrozumiał, że nie jest zwykłym dzieckiem. A raczej jego rodzina nie jest zwyczajna. Po prostu widział, jak spotykają się u nich czasem ludzie i rozmawiają ściszonym głosem o tym, o czym nikt inny nie mówił. Wymieniali poglądy, odprawiali rytuały i analizowali teksty, ale inaczej, niż w świątyni.


Ponoć jego rodzina wywodziła się z królewskiego rodu. Dziwne — być może był księciem, ale nikt mu nie usługiwał. Nie mieli też dworu, tylko zwyczajny, przyzwoity dom, taki jak inni. Powodziło im się tylko znacznie lepiej niż pozostałym, bo jego tata miał intratne zajęcie. Był cieślą. Obrabiał drewno i robił z niego różne przedmioty. Nie tylko stoły i krzesła, ale również drzwi, okna i radła. Był na nie duży popyt. Trafiały się również zamówienia od bogatszych ludzi, którzy mieli różne fanaberie, albo od kapłanów ze świątyń. Ci płacili najlepiej.

Z czasem też zrozumiał, że cieśla, to nie tylko nazwa zawodu ojca, ale również poziom wtajemniczenia w wiedzę przekazywaną tylko wybranym i zaufanym ludziom.

Ale wszystko od początku.

Palestyna. Początek naszej ery.

Jechali tak już długo. Piasek pustyni chrzęścił pod kopytami osiołków, które ich niosły. Dął lekki, gorący wiatr, układający wzory fal na szczytach wydm. Józef spojrzał z czułością na swoją wybrankę. Nie byli jeszcze małżeństwem. Ale kochali się i chcieli być razem.

Maria była osłabiona. Wtulała się w siodło i od czasu do czasu jej głowa opadała na szyję osła. Z pewnością skończył się już ósmy miesiąc jej ciąży, a może nawet była to połowa dziewiątego. Nie była pewna. To stało się w tak niezwykły sposób, że nawet nie śmiała o tym zbyt często myśleć.

Teraz, gdy przysypiała podczas podróży, przed jej oczami ponownie pokazywały się te obrazy.


Leżała wtedy w łóżku. Była noc. Do końca nie wiedziała, czy nadal śni czy też jest to już jawa. Przestrzeń wokół niej nagle rozbłysła i ukazał się przed nią młodzieniec w błyszczącej szacie wykonanej chyba z jakiegoś metalu. W ręce trzymał hełm.

Przelękła się bardzo i miała krzyknąć, ale on powstrzymał ją gestem. Miał miły wyraz twarzy. Był młody i postawny. Trzymał się prosto i wpatrywał się w nią intensywnie swoimi niebieskimi oczami.

Oddychała głęboko i nie wiedziała, co ma uczynić. Nie czuła zagrożenia, ale nigdy wcześniej kogoś takiego nie ujrzała. To nie był strój tutejszych ludzi. Nawet znamienici mieszkańcy nie mogliby sobie pozwolić na takie odzienie. Przyglądała mu się uważnie. Miał długie, blond, lekko połyskujące włosy.

— Jestem posłańcem — zaczął. — Nie musisz się mnie obawiać — mówił miękkim głosem.

Maria przełknęła głośno ślinę i odważyła się zapytać.

— Kto Cię tu przysłał?

— Mój pan — odpowiedział spokojnie przybysz.

— Skąd jest twój pan? — zapytała.

Przybysz zastanowił się chwilę, co ma jej powiedzieć, a w końcu spojrzał w górę i pokazał gestem.

— Z nieba.

— Jak to z nieba — nie wiedziała, o co mu chodzi.

— Tam ma swoją siedzibę — wyjaśniał. — Stamtąd króluje.

Nie mogła się nadziwić temu, co mówił. Onieśmielał ją dodatkowo swoją swobodą i pewnością.

— Czy pochodzisz od Boga? — zdołała wreszcie wykrztusić.

Chwilę się wahał.

— Tak — powiedział wreszcie. — Wszyscy jesteśmy jego dziećmi — mówił spokojnie. — Pan mój przysłał mnie do ciebie, aby ci oznajmić jego wolę.

Maria z przejęcia wstrzymała oddech. Gorączkowo zastanawiała się, co ma o tym wszystkim myśleć. Próbowała zapanować nad emocjami, które nią zawładnęły. Oto pojawił się przed nią posłaniec boży — myślała — i teraz mówi do niej tak, jak do innych, o których kapłani czytają ludziom w świątyni. Czy Pan ją wybrał? Jaka jest jego wola? — rozważała.

— Wkrótce poczniesz i porodzisz syna…

— Panie, jakże to się stanie, skoro nie jestem jeszcze zaślubiona wybrankowi moich rodziców? — zapytała zdumiona.

— Nie lękaj się o nic — powiedział swoim słodkim głosem przybysz. — Oto pan sprawi, że stanie się to bez udziału twojego przyszłego męża.

Maria zdumiona aż rozchyliła usta, słysząc jego słowa.


Wszystko, co powiedział wtedy posłaniec, miało miejsce. Niedługo potem obudziło ją w nocy po raz drugi takie samo jasne światło, jakie widziała w swym trzynastoletnim życiu. Identyczne z tym, po którym zjawił się posłaniec.

Smuga światła rozświetliła jej małą izdebkę. Zasypiała już po dniu pracy, ale gdy ujrzała ten błysk, chciała wstać lecz nie mogła. Choć próbowała się zerwać, znowu poczuła się senna. Kątem oka zauważyła jeszcze wokół siebie jakieś postaci. Nie mogła się jednak ruszyć. Ktoś nakrył jej głowę jakimś dziwnym kloszem. Poczuła się lekka. Miała wrażenie, że się unosi w powietrzu wraz z tym światłem. Tego, co działo się potem, nie pamięta.

— Ostrożnie z nią — mówił czyjś rzeczowy głos. — Potrzebujemy jej genomu. Ma w sobie tradycję mistyczną tej ziemi — wyjaśniał czterem osobom, które na płaskim łóżku przysuwały uśpioną Marię do aparatury medycznej.

— Myślisz, że się uda? — pytała druga osoba.

— Przecież zawsze, poza drobnymi wyjątkami, się nam udawało — wzruszył ramionami. — To rutynowy zabieg. Wszczepimy jej nasze DNA do komórki jajowej i powinno być dobrze. Taki miks genetyczny powinien spowodować ekspresję genów, a potem pełniejsze uświadomienie sobie przez tę nową jednostkę jej potencjału. Zazwyczaj też powoduje mocniejszy przepływ energii przez układ nerwowy, co umożliwia czerpanie mocy ze Źródła.

— Tej ziemi przyda się odmiana — odezwała się trzecia osoba. — Dość już wojen, głupoty i nienawiści religijnych. Ktoś powinien wreszcie wykroczyć swoją świadomością poza egoizm i zwierzęca walkę o byt oraz terytorium.

— Cóż… na każdym kontynencie jest podobnie. Można nawet powiedzieć, że to normalna kolej rzeczy rozwoju danej cywilizacji.


Inżynierowie genetyczni wprawnie wszczepili Marii męskie DNA do jej komórki jajowej. Na wielkim monitorze widać było cały ten proces przeprowadzany przez robota. Był bardziej precyzyjny niż ludzie. Ale to człowiek nim sterował.

Jak to dobrze — myślał dowódca, że w mojej cywilizacji ludzie już wiedzieli, że to mądry, świadomy i uduchowiony człowiek ma kierować maszynami, urządzeniami i technologią, a nie ona nim. Mieli świadomość do jakich katastrof może doprowadzić odwrócenie tego procesu. Widzieli już zbyt wiele cywilizacji, które upadały po tym, jak ludzie zaczęli się nadmiernie fascynować technologią, zapominając o moralności, sprawiedliwości, uczciwości oraz podstawowym i nadrzędnym Prawie Do Wolności każdego z obywateli.

Nie chcieli, aby ta ziemia przeszła przez kolejny cykl zniszczenia. Dlatego tu byli.


Był to zgrany zespół naukowców. Robili to już wielokrotnie. Kiedy dana cywilizacja dochodziła do określonego stopnia rozwoju swej świadomości, myśli religijnej i etycznej, ale nie potrafili tego urzeczywistnić, wprowadzając w życie, wtedy interweniowali i dosłownie wszczepiali przedstawicielom danej społeczności, który zamieszkiwał określony teren, nowe geny umożliwiające zmianę sposobu myślenia, postrzegania siebie i rzeczywistości, a tym samym zapoczątkowywały nowe metody działania i rozwiązywania istotnych problemów.

Ich doświadczenie pokazywało im, że często cywilizacje, które w porę nie uporały się z nienawiścią, negatywnymi emocjami i zawężonym sposobem widzenia, upadały. Dochodziło w nich do samozagłady. Czasami nawet kilkakrotnie. Jak na tej ziemi. Już cztery razy cywilizacja tutaj dochodziła do wysokiego stopnia rozwoju myśli technicznej. Ale potem włączały się ich instynkty i dążenie do dominacji, co rychło kończyło się potężnymi katastrofami.

Nie raz już obserwowali, jak cywilizacja, która mogłaby zdziałać wiele niewyobrażalnych rzeczy, przypisywanych bogom, staczała się poprzez wewnętrzne konflikty i walki.

Bo często technologie, które zdołali stworzyć, prędzej czy później trafiały w ręce jakiegoś rządzącego prymitywa, który powodował rzezie. A inni w tym czasie, korzystając z zamieszania okradali dany lud i ziemię, którą zamieszkiwali z minerałów i innych dóbr. Czasem też porywali jej mieszkańców, aby przysposobić ich do niewolniczej pracy lub przeprowadzali na nich eksperymenty. Zresztą pierwotnie do tego ich udoskonalono. Mieli być siłą roboczą.

Wiedzieli też, że za tymi działaniami stali im podobni, którzy uważali się za nadzorców tej ziemi. Dysponuąc zaawansowaną technologią i wpływami, odgrywali tu rolę przywódców, zbawicieli a nawet bogów.

Na szczęście podpisano traktat o nieagresji w tej części ziemi. Ale jak to w życiu — coraz więcej władców ostrzyło już sobie, po raz kolejny zresztą, zęby na tę ziemię i jej wszelakie dobra oraz mieszkańców. Trzeba było zatem działać.

Oficjalnie ich tu nie było. Nie chcieli wszczynać kolejnych wojen atomowych, które już nie raz miały tutaj miejsce. To dziwne, jak łatwowierni byli mieszkańcy tej ziemi. Wystarczyło pokazać im się w świetle strumienia transportera antygrawitacyjnego, albo pokazać jakąś sztuczkę w rodzaju rozniecania ognia na pustyni czy dostarczenia kwiatów w porze, kiedy akurat w danym miejscu ziemi nie mogły one rozkwitać, a już brali przybyszów za bogów, albo aniołów — posłańców boga.


Dowódca uśmiechnął się do swych myśli. Ech… jego królestwo też wiee lat temu przechodziło przez ten proces. Aż wreszcie jej mieszkańcy dojrzeli do pokoju, szanowania siebie nawzajem i do tego, że nie wszystko złoto co się świeci. Historycy mówili, jakim ogromnym szokiem dla jego krajan było dawno temu zrozumienie tego, że nie są sami na tej ziemi, a ci, których brali za bogów, to tylko przybysze z innych, dalekich, ukrytych przed ich oczami ziem. Byli co prawda wyposażeni w lepsze technologie, większą wiedzę, ale też w nie zawsze czyste intencje.

To wtedy pojawił się u nich przywódca i prorok w jednej osobie, który spowodował, że wszyscy mieszkańcy jego rodzimej ziemi zajęli się rozwojem duchowym i samoświadomością. Zrozumieli, że są jednością — ze sobą nawzajem, z ziemią oraz znajdującymi się na niej roślinami i zwierzętami, a następnie — z całym stworzeniem. Wszyscy byli i są nadal częścią jednego wielkiego istnienia.

Dopiero wtedy mogli wreszcie naprawdę zacząć ze sobą współpracować. Ich cywilizacja znacznie się dzięki temu rozwinęła. Ludzie sobie pomagali i wspierali się, a wszelkie wynalazki, które pomagały ludziom i ułatwiały im życie, natychmiast realizowano i wprowadzano powszechnie za darmo w życie. Każdy miał zapewnione jedzenie i dom lub mieszkanie. Dzięki temu wszyscy czuli się wolni i mogli robić to, co naprawdę chcieli. Mogli też dać skuteczny odpór tym, którzy i ich chcieli podbić i sobie podporządkować, niczym bogowie.

Wiedział też z książek i materiałów wideo, jak wiele czasu musiało im upłynąć, aż wyeliminowano z powszechnej świadomości działania autodestrukcyjne i nałogi, w których pogrążali się ludzie, gdy nie musieli już zarabiać na życie, chodzić do pracy czy walczyć o przetrwanie.

Kolejnym szokiem było dla jego cywilizacji dowiedzenie się, że na innych ziemiach są tacy jak oni ludzie, ale o wiele mnie zaawansowani i żyjący jakby kilkaset, a może nawet kilka tysięcy lat wcześniej.

Cóż… pewnie i tę ziemię to kiedyś czeka — zakończył swe rozważania dowódca. Szczerze trzymał kciuki za powodzenie tego projektu. Długo szukali odpowiedniej osoby, której geny pasowałyby do ich genomu. Musiała być to osoba moralna, mądra i mająca w sobie spuściznę praktyk medytacyjnych i modlitewnych wielu pokoleń. Inaczej wszczepienie nowej sekwencji genów nie miałoby szansy na pełne powodzenie. Po prostu inna jednostka nie byłaby w stanie spożytkować daru, który otrzymała. To tak, jak danie neandertalczykowi samochodu.


Maria poruszyła się. Widać środki usypiające przestawały już działać.

— Co z nią? — dowódca statku spytał szefa zespołu genetyków.

— Wszystko w porządku. Poszło zgodnie z planem. Za chwilę ją odsyłamy.

Dowódca skinął głową i poszedł do siebie. Miał chwilę na medytację i refleksję nad sobą i sytuacją.

Przylatywał na te ziemie już od roku. Uważnie obserwował jej mieszkańców. Żyli w większości przypadków spokojnym, mozolnym i pracowitym życiem. Ich władcy byli jednak nienasyceni. Zachowywali się jak krwiożercze wampiry, którym wciąż było za mało złota, pieniędzy, władzy i podziwu innych. Ten często zapewniali sobie poprzez zastraszanie i podbijanie innych narodów, które przecież składały się z takich samych ludzi, jak oni. Ale drobne różnice w kolorze skóry, zwyczajów religijnych czy sposobu widzenia świata doprowadzały często do rozpaczy i rozlewu krwi. Zresztą nie miał powodu się temu dziwić, bo tego nauczyli się od „bogów”, którzy przylatywali tu i rządzili tymi ludźmi. Co z tego, że mieli „cudownie” działający sprzęt, skoro często prymitywne jeszcze ciągoty do walk i chęci wygranej oraz wykorzystywania innych. Niestety — również w innych częściach ziemi nie zawsze rozwój techniczny szedł w parze z rozwojem duchowym.

— Ech — zasmucił się. — Na szczęście jest dla tej ziemi nadzieja — pokiwał głową.

Po znalezieniu odpowiedniej osoby Mistrzowie na jego ojczystej ziemi długo medytowali nad tym czy warto wprowadzać ich geny do puli genetycznej tych ludzi i jakie tego mogą być konsekwencje. Ale Źródło jednoznacznie podpowiadało im, że mają to zrobić. Po sprawdzeniu wszelkich możliwych konsekwencji takiej interwencji i uzyskaniu zgody od Rady Mędrców, przylecieli tutaj, aby spełnić swoje zadanie.

Był nawet z tego dumny. Oto zapoczątkował właśnie wraz ze swym zespołem nową erę na tej ziemi. Bo z reguły osoby obdarzone takim wzbogaconym genotypem stawały się kimś znaczącym w swoim środowisku. Zostawali politykami, przywódcami religijnymi albo Mistrzami, znacznie przekraczającymi swym wglądem czasy, w których żyli i ludzi, którzy ich otaczali. Tak jak kiedyś Budda.

Wielu z nich wnosiło na trwałe światło wiedzy i mądrości do życia swoich rodaków. Często stawali się szeroko znani, a wieść o nich rozchodziła się również po ich odejściu.

Miał nadzieję, że i temu się uda. Wybrali nawet dla niego imię, które postanowili podprogowo wprowadzić do podświadomości Marii. Zresztą przeważnie dusza, która zamierzała się wcielić w tak przygotowane dla niej ciało, sama wybierała dla siebie imię, które najbardziej odzwierciedlało jej duchową drogę i życiowe plany.


Czasami zastanawiał się czy są jeszcze inne sposoby przyśpieszenia rozwoju różnych cywilizacji. Ale jak wytłumaczyć pasterzowi kóz, który całe swe życie przeżył na pustyni, czym są dokładnie te światełka na niebie. Albo jak przetłumaczyć jakiemuś władcy, który co rusz boi się, że utraci jakieś dobra, że warto żyć w pokoju i cenić życie — nie tylko ludzi, ale również zwierząt czy roślin, bo jest ono najwyższą wartością tego wielkiego współistnienia.

Jak wytłumaczyć przywódcom, że zabijanie nie rozwiązuje problemu na dłużej i, że nienawiść i chęć zemsty rodzą kolejne konflikty, które trwają przez pokolenia… Tak… ponoć już czterokrotnie cywilizacja na tej ziemi upadała. A dwukrotnie była ona już na poziomie prawie dorównującym jego pobratymcom. Ale cóż… technologia nie załatwia wszystkiego. — Jeżeli nie zostaną wyplenione z umysłów ludzi zawiść, zazdrość i rozwój rozumiany jako konkurowanie i wzajemne wyrywanie sobie dóbr, to niewiele można zrobić — westchnął.

Sam z przerażeniem oglądał materiały wideo z przeszłości swojej ojczyzny. Nie rozumiał, jak inteligentne istoty mogły robić sobie nawzajem takie podłości. Jak można było również ograbiać Matkę Ziemię z jej cennych minerałów, podczas, gdy ogromne pokłady energii były na wyciągnięcie ręki — w przestrzeni eteru, energii słońca czy wiatru.

Dlatego zdecydował się wziąć udział w tej misji zaraz po tym, jak dowiedział się, co się tu dzieje. Sytuacja dojrzała do interwencji. Jednej z wielu, jakie podejmowała tutaj jego rasa i wiele innych ras… W końcu inteligentne życie jest cenne. Nawet, jak sobie początkowo szkodzi. Bo czasem, bez pomocy innych, ginie ono, jak sadzonki młodych roślin, które nie są odpowiednio nawadniane i odżywiane.

— Uwalnianie istot od ich własnych lęków, błędnych przekonań i iluzji umysłów — kontynuował swe myśli dowódca — które sami stworzyli, a w które święcie wierzą, to ciężka, monotonna praca — westchnął.


— Dobrze — odsyłamy ją — powiedział kierownik naukowców. Dowódca skinął głową i przewieziono ją na łóżku pod wiązkę transportującą.


Maria obudziła się z powrotem w swoim własnym łóżku. Czuła w brzuchu dziwne ukłucie, ale pomyślała, że to Pan sprawił, że właśnie poczęła. Zgodnie ze słowami posłańca, które jej wtedy powiedział.

Uśmiechnęła się do siebie i zasnęła.

Jeszcze przez chwilę ją obserwowali na monitorze, ale po chwili uspokojeni, odlecieli. Wyłączyli maskowanie pojazdu i wystrzelili w górę z zawrotną prędkością, niczym meteor. Przed nimi była długa droga do ich ukrytej przed oczami tego ludu bazy.


Teraz też Maria była śpiąca. Musieli uciekać, zaraz po tym, jak się wydało, że jest brzemienna. Józef wspierał ją, jak mógł. Nie był już młodzieniaszkiem. Znał życie, ale jej uwierzył. Zapewniała go, że nie spała z żadnym obcym mężczyzną.

Patrzył w jej oczy i widział, jakie były czyste. Uczciwość Marii nie podlegała kwestii. Czyżby zatem rzeczywiście — tak jak mówiła — sam Bóg sprawił, że poczęła dziecko bez jego udziału? Dziwił się temu i zastanawiał się, co ma teraz uczynić. On to rozumiał, ale inni uważali, że spała z innym mężczyzną. To nie było łatwe, zwłaszcza w ich środowisku, gdzie zbliżenia pomiędzy niezaślubionymi nie wchodziły w grę. Podejrzewali ją o jakieś kontakty z pewnym żołnierzem, który czasem się koło niej kręcił.

Tak minęło im kilka miesięcy. Maria pracowała jak poprzednio. On również zajęty był swoimi sprawami. Ale ludzie coraz bardziej mieli im za złe, a zwłaszcza jej, że śmią pokazywać się publicznie i nadal myślą o ożenku w wyznaczonym terminie.

Maria ciężko znosiła takie traktowanie i spojrzenia innych. On jednak wiedział, że robi dobrze. Ufał jej, a to jest podstawa. — Kto wie — może rzeczywiście ręka Pana spoczęła na niej i urodzi znakomitego proroka, jak bywało wcześniej niekiedy w tej rodzinie — zastanawiał się. Ale i jemu w końcu plotki i dogadywania innych się sprzykrzyły.

Postanowił wreszcie, że pod osłoną nocy, ucieknie z nią z rodzinnego miasteczka. — Niech dziecko przyjdzie na świat w sprzyjających okolicznościach — pomyślał. — Niech ma wokół siebie życzliwe osoby, które nie piętnują jego matki. Tak też zrobił.

Zbudził ją w nocy i ostrożnie wyprowadził z domu. Wszystko zaplanował już wcześniej. Mieli ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy oraz zapas wody i jedzenia umożliwiający podróż. Ruszyli w nieznane. Znał drogę, ale nie wiedział, co ich tam spotka. Znał ludzi, do których jechali, ale nie był pewny, jak ich tam przyjmą. Dwa tygodnie temu udało mu się przesłać poprzez członka karawany kupieckiej, wiadomość, że przybędą.


Józef także drzemał, ale co jakiś czas budził się i spoglądał w gwiazdy, badając ich położenie na niebie. Nauczył się tego od swego ojca i z pewnością nauczy tego samego swojego syna. Może to będzie chłopiec — myślał z nadzieją. Nauczy go wszystkiego, co wie o gwiazdach, bo to się przydaje w podróży. Nauczy go też ciesielki, bo obróbka drewna w tej krainie zapewniała duże dochody. — A to zawsze ułatwia życie — pomyślał i znowu zamknął oczy, ufając, że niosące ich osiołki podążą szlakiem wytyczonym przez zapachy innych podróżnych i ich zwierzęta. Temu noc nie przeszkadzała.

— A gdy będzie zdolnym chłopcem — myślał zasypiając, usłyszy nauki, które przekazał mi ojciec, a jemu jego tata i które zostawały w naszej rodzinie od pokoleń. Wiedzieli jak czytać pisma, aby mówiły prawdę i jak je interpretować, przewyższając swą wiedzą nawet rabinów i uczonych w piśmie. Znali zasady odczytywania ukrytych znaczeń. Strzegli tego jak drogocennej perły. Ta wiedza to życie — cieszył się zasypiając, że będzie miał ją komu przekazać.

Wiatr przybrał nieco na sile i dął, jakby chciał popchnąć wędrowców w daleką przyszłość.


To była długa i mozolna droga. Maria słabła. Była młoda, silna, ale najwyraźniej trudy podróży nie służyły jej w ciąży. Miała trudności z zejściem z osła na postojach. W zasadzie całe popasy leżała, jadła i trzymała się za brzuch. Z trudem też dosiadała swego małego wierzchowca, gdy ruszali. Co prawda nie skarżyła się wcale, ale po jej twarzy widać było, że jest słaba i tylko w Bogu pokłada nadzieję, że wszystko się uda. Józef też miał taką nadzieję. Miał już swoje trzydzieści cztery lata, więc nie chciał się bawić w nie wiadomo co. Ufał jej i kochał ją. Widział wcześniej, że i jej serce lgnęło do niego. A to jest najważniejsze — pomyślał. Tego się nie kupi za żadne pieniądze. Nawet znaczny posag nie da ci tak wiele, jak szlachetne serce, które cię kocha i wspiera — mawiał mu jego ojciec. Zapamiętał to. Dlatego ją wybrał. Bo ilekroć byli koło siebie, jej oczy po sekundzie radosnego spojrzenia na niego spływały jak strumień w dół, zakrywając przepiękne oczy zasłonami wdzięcznych, kobiecych rzęs.

Lubił na nią patrzeć i czuł w niej życzliwą, mądrą, skromną i pracowitą duszę. Tylko taka nadaje się na żonę — uśmiechnął się wtedy do swoich myśli. A potem resztę załatwili swaci. Mieli się pobrać za rok. Ale wtedy zdarzyło się to, co ledwo mu zdołała opowiedzieć, zdziwiona i strwożona tym, co się jej przytrafiło.

Czyżby Bóg naprawdę się do niej odezwał poprzez swego posłańca i chciał, aby nosiła pod sercem swojego syna? To zaszczyt móc wychowywać dziecko, którego kroki prowadzi Pan — pomyślał.

— Wszystko się okaże, bowiem zawsze o prawdzie czegokolwiek decydował czas. To on pokazywał, czy coś okazywało się prawdą czy też półprawdą albo może nawet kłamstwem. Ludzie często zbyt pochopnie wyrażali swe zdanie na jakiś temat — przypominał sobie — a potem się okazywało, że się mylili. Jednak emocje i ignorancja szybko brały górę nad rozumiem czy głosem serca. A już na pewno nie pomagał w tym żaden trunek. Jak to zmienić? — zastanawiał się czasem. I uśmiechał się zaraz po tym. — Czas pokaże. Choć jest niewidoczny, uwidacznia wszystko — wszelkie wady i zalety człowieka, jakiejś idei czy wierzeń.

Na takich rozmyślaniach przeszedł mu ostatni odcinek drogi. W oddali widać było ogniska pasterzy strzegących swoich owiec oraz nikłe płomyki świec domostw.

Znał dobrze tę drogę. Przebył ją już kilkakrotnie. Rozpoznawał nawet niektóre domy. Józef skręcił we właściwą dróżkę i zatrzymał zwierzęta przy domu Jozuego. Maria otworzyła oczy i zachwiała się w siodle, ale w porę uchwyciła się tobołków. Znowu przed jej oczami pokazał się strumień białego światła i posłaniec boży, który przyniósł jej wiadomość o dziecku, mającym spocząć w jej łonie.

— Jesteśmy — powiedział do niej.

Skinęła głową i uśmiechnęła się nieznacznie, dziękując mu w sercu za to, że bezpiecznie dotarli. Zrozumiał to, patrząc jej w oczy. Maria przetarła palcami oczy i ziewnęła.

Józef podszedł do drzwi i zapukał w nie.

Za drzwiami panowała cisza. Józef ponowił pukanie. Tym razem słychać było jakieś poruszenie w środku. Ktoś podszedł cicho pod drzwi z drugiej strony.

— Kto tam? — ozwał się zza drzwi zaspany głos. Józef uśmiechnął się.

— To ja — powiedział.

Słychać było odsuwanie zasuwki drzwi i w drzwiach ukazał się Jozue — dobrze znany Józefowi wujek. Jozue uśmiechnął się i rozwarł swe ramiona w geście powitania.

— Witaj Józefie. Cieszę się, że wreszcie jesteś.

Józef uściskał go serdecznie.

— Dobrze znowu cię widzieć — powiedział.

Maria zsiadła z osiołka.

— Witaj Mario — powitał ją Jozue. Maria uśmiechnęła się wdzięcznie do ich wybawcy.

— Wspaniale wyglądasz Jozue. Widać, że jesteś szczęśliwy.

— O tak — ucieszył się. — Wchodźcie. Anna zaraz przygotuje wam kolację.

Jozue zaprosił ich gestem do środka. Józef i Maria szczęśliwi weszli do jego domu. Wreszcie poczuli, że mogą naprawdę odpocząć. Droga nie gnała ich już gdzieś dalej, a wiatr przestał smagać po plecach, jakby chciał wymierzyć im jakąś karę.

W przestronnej izbie ukazała się żona Jozue.

— Witajcie kochani. Już niosę jadło — powiedziała i ukłoniła im się. Przeszła do drugiej izby, podczas gdy Jozue usadził ich za solidnym stołem.

— Siadajcie. Taka podróż jest męcząca. Ja za nic bym się nie wybrał — pokręcił głową Jozue.

— Nie dziwię ci się. Anna jest piękna — przytaknął Józef.

Do izby weszła Anna, niosąc upieczone niedawno placki. Postawiła je na stole na tacy.

— Och, dziękuję wam — powiedziała. — Dobrze nam razem i lubimy być w domu… Proszę jedzcie.

Maria i Józef pałaszowali, aż miło było popatrzeć. Rwali kawałki chleba i posilali się po długiej drodze. Ugoszczono ich też sokiem z winogron i wodą.

Józef ucieszony patrzył na nich. Wiedział, że byli zmęczeni, ale jeszcze tej nocy czekała ich długa rozmowa. Jeżeli to, co przekazał mu Jozue dwa tygodnie temu przez przewodnika karawany, było prawdą, zbliżały się dla nich i dla ich dziecka ciekawe czasy. Czyż nie tak zapowiadali to wszystko prorocy? Może wreszcie Pan wejrzał na swoje dzieci i da im przewodnika, który poprowadzi ich do wolności — zastanawiał się, podczas gdy kolejne kęsy znikały w ich ustach. Tak, pustynia potrafi wygłodzić. Wiedział to aż za dobrze. Wędrował jej bezdrożami już wiele lat w różnych interesach. Znał jak nikt jej nadzieje i kaprysy.

Nie zdążyli nawet zbyt długo porozmawiać, a już ktoś zapukał do drzwi. Jozue i Józef spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Jozue wstał i poszedł otworzyć drzwi. Po chwili przyprowadził do izby trzech mężczyzn. Byli ubrani skromnie, ale biła od nich jakaś taka duma, spokój i siła.

— Oto mędrcy, których chciałeś widzieć — powiedział do Józefa Jozue. Józef podniósł się, aby powitać przybyłych.

— Dziękuję, że zgodziliście się spotkać ze mną — przywitał ich. — Jak widzicie, moja żona niedługo będzie rodzić.

— Jutro wieczorem to się stanie — powiedział Melchior. Ubrany był w czarny strój. Na głowie miał szal przytwierdzony czymś na kształt korony. Józef spojrzał zdziwiony na Jozuego.

— Tak — potwierdził Kacper. — Jutro, gdy urodzi się chłopiec odczytamy to, co zapisane jest mu w gwiazdach. — Gdy tu jechaliśmy, widzieliśmy znak od Pana. Jasne niczym gwiazda światło prowadziło nas przez pół nocy.

Józef zdumiał się na te słowa.

— To najlepsi znawcy nauk tajemnych, astrologii i uzdrawianiu — potwierdził Jozue, widząc jego niewyraźną minę.

Józef położył ze czcią swoją prawą rękę na sercu i ukłonił się z szacunkiem trzem mędrcom, którzy przybyli tutaj, nie bacząc na trudy długiej drogi.

Baltazar — trzeci z przybyłych, rozłożył na stole jakieś manuskrypty i coś na nich notował.

Maria już dawno poszła spać. Anna również. A oni siedzieli jeszcze długo w nocy i rozprawiali o tym, co ma nastąpić. Trójka mędrców dokonywała ostatnich obliczeń astrologicznych, numerologicznych i analiz imienia. Nad ranem wszystko zaczęło im się klarować i układać w zrozumiałą całość.


Dzień zapowiadał się ładny. Słońce wschodziło powoli, jakby chciało uchwycić każdy moment tego poranka. Józef drzemał na ławie. Trzej mędrcy uwili sobie posłania na ziemi. Zasłużenie odpoczywali.

Z izby obok ozwał się głos Marii:

— Józefie — zawołała słabym głosem. — Zaczęło się…

Józef poderwał się w mgnieniu oka.

— Anno! — zawołał i pobiegł w kierunku Marii, która ukazała się w drzwiach do izby. Chwycił ją pod ramię i poprowadził z powrotem na łóżko.

Anna wbiegła z dworu do środka. Jednym rzutem oka oceniła sytuację. Ale zanim cokolwiek zrobiła, odezwał się Baltazar.

— Anno podgrzej wodę i daj czyste sukno.

— Znasz się na tym Baltazarze? — zapytał niepewny Józef, który również pojawił się w izbie.

Ten się uśmiechnął i odparł:

— Odebrałem wiele porodów.

Kacper i Melchior uśmiechnęli się jak na komendę. Zostali w głównej izbie. Mieli robotę do skończenia, a Baltazar był mistrzem we wszystkim czym się zajmował.


Maria leżała na łóżku z ugiętymi nogami w kolanach. Pod jej głowę i plecy podetkano koce, aby była w pozycji półsiedzącej. Józef trzymał ją za rękę. Dodawał jej otuchy. Kiedy wczoraj mędrcy mu powiedzieli, że dzisiaj będzie rozwiązanie, nie do końca im ufał. Ale najwyraźniej byli też prorokami. Umieli przewidywać przyszłość. I to wszystko dzięki wiedzy, którą zgłębiali.

Baltazar wprawnie podwinął rękawy swojej szaty. Anna weszła, trzymając białe sukno. Za nią ukazał się Jozue niosąc miskę z dzbanem wody. Ledwie postawił miskę na stołku, a już Baltazar podsunął nad nią ręce. Jozue lał mu z dzbanka ciepłą wodę, aby mógł dokładnie umyć ręce. Baltazar wytarł ręce i zbliżył się do Marii.

— Głęboko oddychaj — powiedział i potarł o siebie dłonie. Następnie zbliżył je nad jej czoło i chwile tam potrzymał. Maria oddychała głęboko. Po chwili na jej twarzy zagościł ledwie dostrzegalny wyraz ulgi, jakby jakaś niewidzialna siła i uzdrawiające fluidy przepływały z jego dłoni do jej skroni. Baltazar od razu zauważył zmianę w Marii, która z ulgą podziękowała mu wyrazem oczu.

— Wszystko będzie dobrze — powiedział jej.


Józef był bardzo zdenerwowany. Tyle emocji kłębiło się w jego głowie i sercu. Zajście Marii w ciążę bez jego udziału, jej zapewnienia, że to za sprawą Pana i ufność, gdy spoglądał w jej czyste, mądre oczy, że to prawda. Do tego ucieczka z domu, długa podróż i teraz poród. Modlił się, aby już było po wszystkim. I najwyraźniej jego gorące modlitwy zostały teraz wysłuchane.

— Już widać główkę — ucieszyła się Anna.

— Dzięki Bogu — wyrwało się Józefowi.

Noworodek wyszedł cały z dróg rodnych matki. Pępowina była długa. Na głowie dziecka były resztki błon płodowych. Można powiedzieć, że był w czepku urodzony. Ponoć to zwiastowało wielkie szczęście.

— Witaj na tym świecie. To chłopiec — powiedział Baltazar i owinął wprawnie niemowlę kawałkiem białej tkaniny przyszykowanej wcześniej przez Annę. Osuszył delikatnie dziecko z wód płodowych. Malec uspokoił się i zaczął spokojnie oddychać. Gdy położył go na lewej piersi Marii, chłopiec się uśmiechnął. Maria spojrzała głęboko w oczy syna, które właśnie je rozchylił. Przez chwilę ich spojrzenia dotykały się wzajemnie. Życie patrzyło w życie. Nowe pokolenie dziękowało poprzedniemu za dar istnienia.

Nie przyzwyczajony jeszcze do światła malec zamknął szybko swoje boskie oczęta. Maria się uśmiechnęła cała rozpromieniona. Objęła go delikatnie i przytuliła. Chciała poczuć jego obecność i uspokoić go biciem własnego serca. Zjednoczeni leżeli tak w ciszy.

— Śliczny chłopiec — powiedziała Anna.

— Tak. Jest piękny — odetchnął dumny i szczęśliwy Józef. Cieszył się, że wszystko poszło tak sprawnie. Ufał, że przyszłość również będzie dobra. Spojrzał w górę z wyrazem wdzięczności na twarzy i głęboko odetchnął.

Przez cały ten czas pępowina połączona była z łożyskiem. Baltazar umieścił je w miednicy, którą postawił na stołku, obok szczęśliwej młodej mamy. Tej sztuki nauczył go jego mistrz. Wiedział, że dzięki temu siły noworodka będą wzmożone przez substancje z łożyska, a przejście ze świata matczynego brzucha — bezpiecznego i płynnego do świata zewnętrznego, będzie łagodne i przyjemne. Takie dzieci prawie w ogóle nie płakały i bystro patrzyły innym ludziom w oczy, zupełnie jak dorosła osoba, która ma już rozwiniętą świadomość.

Obserwował już wiele takich porodów i śledził losy tych dzieci. Widział, że uczyły się szybciej, były pojętne, mądre i miały smykałkę do chwytania nowości. Czuć też było w nich moc i pewność siebie. Ufali sobie i życiu. To go cieszyło. Reszta już zależała od rodziców, wychowania i od nich samych oraz decyzji, jakie podejmą. No i oczywiście od Najwyższego, którego wola jest ponad wszelką wolą.

Zostawili ich samych — matkę z dzieckiem, aby odpoczęli i wszyscy przeszli do drugiej izby. Maria cieszyła się, że syn jest taki piękny, ma śliczne włosy i oczy. — Wszystko będzie dobrze — pomyślała i zmęczona wrażeniami, zasnęła, tuląc do siebie maleństwo.


Maria otworzyła oczy i ujrzała nad sobą głowę zatroskanego Baltazara oraz Józefa, który stał obok niej.

— Już czas — powiedział łagodnie Baltazar.

Z początku go nie zrozumiała. Ale gdy podszedł do miski z łożyskiem, zrozumiała. Nadszedł czas odłączenia. Nowa istota pojawiła się na tym świecie. Będzie teraz poznawać go i usamodzielniać się. A ona mu w tym pomoże.

Baltazar uważnie obserwował pępowinę przez cały ten czas. Widział, jak powoli usycha w jednym miejscu, co oznaczało, że cała krew z łożyska została wchłonięta przez noworodka. Wiedział, że dzięki jej sile będzie mocny i zdrowy.

Wystarczył nieznaczny ruch Marii, która tuliła dziecię, aby to coraz węższe połączenie z łożyskiem delikatnie się przerwało.

— Niech się dzieje wola nieba — powiedział dostojnie Baltazar. — Oto stałeś się osobnym człowiekiem.

Niewielka strużka krwi wypłynęła z końcówki sznura pępowinowego, jakby chciała pokazać, że żyje, istnieje i przekazuje siłę matki nowemu pokoleniu. Jej czas ścisłego z nim połączenia i związanej z tym troski i oddania już przeminął.

— Taka jest kolej rzeczy — pokiwał głową Kacper.

— Wszystko jest potrzebne, każdy listek, robaczek i gwiazdy, ale wszystko przemija w kosmicznym cyklu zmian i przekształceń — pomyślał Melchior.

— Oto jest wola Nieba — rozważał Józef, wpatrzony rozanielonym wzrokiem w dziecko i Marię, która się tak pięknie uśmiechała. Do niego i czule do dziecka. Wydawało mu się nawet, że od wczoraj jeszcze bardziej wypiękniała. — Czyżby młoda matka czerpała siłę i radość z samego faktu bycia mamą i opiekowania się nowym życiem? — zastanawiał się, patrząc jej głęboko w oczy.

Baltazar sprawnie odciął resztkę pępowiny na szerokość dwóch palców od ciała małego człowieczka i zasklepił pozostałą końcówkę. Opatrzył ją i przykrył kocem. Maria zapadła w sen. Zanim jeszcze odpłynęła, kołysała delikatnie lewą ręką przytulone do niej maleństwo. Chciała je mieć tuż przy sercu.


Anna wzięła miseczkę z łożyskiem i poszła zakopać je w ogrodzie. Tak jej polecił Baltazar. Miała posadzić na nim kwiaty, aby zdrowie i pomyślność rozkwitały w życiu dziecka.

Cieszyła się, że może pomóc kobiecie, która przyjechała do niej z daleka i właśnie została mamą. Myślała o przyszłości i o tym, że wkrótce pewnie i ją to czeka. Chciała więc równie życzliwej opieki dla siebie, gdy przyjdzie jej czas rozwiązania. Uśmiechnęła się, klęcząc na ziemi i zasypując łożysko ziemią. — Wszyscy jesteśmy dziećmi ziemi i do niej kiedyś powrócimy — pomyślała. — Tak już jest — pokiwała głową.


Józef usiadł wreszcie spokojnie na ławie. Obok niego zasiedli, pijąc mleko kozie i owcze trzej mędrcy, którzy raczyli mu towarzyszyć w tej ważnej chwili.


— Wasz syn będzie wielkim człowiekiem — odezwał się pierwszy Baltazar. — Będą go znać ludzie z dalekich krain. Posiądzie wielką mądrość i będzie sławiony przez wielu. Czynił będzie to, co dla innych jest niemożliwe. Jego głosu będą słuchały tłumy. Będzie wielbiony, ale też… — głos mu uwiązł w gardle i przełknął ślinę.

— Józefie, twój syn będzie wybrańcem — dokończył za niego Kacper.

— Moc boża jest w nim silna. Będzie szedł własną drogą i zmieniał życie wielu ludzi — dodał Melchior, który najwięcej z nich znał się na pracy z energiami, tajemnych składnikach, których połączenie wywoływało nieoczekiwane rezultaty oraz na przewidywaniu przyszłości z gwiazd. Może dlatego, że czasem miewał wizje dotyczące przyszłości, pokazujące to, co ma dopiero nastąpić.

— Może nawet obwołają go królem — dodał Kacper.

— Gwiazdy udzielają mu mocy we wszystkim, co zamyśli. Ma siłę ducha godną proroka — potwierdził Melchior.

— Będzie leczył dusze ludzi, uwalniał ich od niemocy i fałszywych wierzeń — kontynuował Baltazar.

— Jego życie potoczy się gładko. Ludzie będą mu sprzyjali. Dopiero potem… — zawahał się Kacper.

— Co potem? — zapytał niecierpliwie Józef.

— Przeżyje przemienienie, które odmieni życie wielu ludzi. Niewielu na tej ziemi osiąga ten wgląd… — dokończył.

Józef rozważał te słowa i poruszał w napięciu wargami, chcąc zgłębić to, co właśnie usłyszał. W końcu westchnął i zapytał:

— Czy będzie szczęśliwy? — zadrżały mu wargi z niepewności.

— Jak nikt — zapewnił go Baltazar.

— Ucz go pilnie wszystkiego, co sam wiesz. Niech wzrasta w mądrości — poradził Kacper.

— Niech słucha przemawiających i czytających pismo — wtrącił Melchior.

— A Maria niech go nauczy miłości — powiedział z delikatnym uśmiechem Kacper.

— Moc Boga wam sprzyja, ale wielu chciałoby zniweczyć jego plany — powiedział z namysłem Baltazar. — Wracajcie do domu, tam się wszystko dokona.

Melchior pokiwał znacząco głową, jakby przeczuwał to, co ma nastąpić. Długo jeszcze patrzył w swoje zapiski i notatki. Układy planet wskazywały, że powinni działać szybko.

Niemowlę delikatnie zakwiliło i z pokoju obok dało się słyszeć, jak matka je delikatnie uspokaja.

— Ciii… mój kochany, wszystko jest dobrze. Zaraz cię nakarmię mój śliczny maleńki synku — przemawiał spokojny głos Marii.

Józef zamyślił się głęboko, a mędrcy znowu spojrzeli znacząco po sobie. Tylko oni znali szczegóły tego co nastąpi. Józef to wiedział. Nie wszystko jednak mogli mu powiedzieć. To też wiedział. Inaczej ludzie mogliby zmienić coś, co jest ważne nie tylko dla nich, ale i dla większej ilości osób. Czasami — tak mu wczoraj tłumaczyli — trzeba działać zgodnie z instynktem, czuciem, a niekiedy trzeba wiedzieć dokładnie, co ma się zrobić, aby pojawiły się w życiu danej osoby odpowiednie rezultaty. Melchior wspomniał też coś o tym, że wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni jakby niewidzialnymi sznurkami i to co robi jeden wpływa na setki innych. A to co się robi z miłością wpływa na tysiące. Gdy zaś współpracuje się z Bogiem, wtedy oddziaływanie takiego człowieka dotyka i pociąga za sobą wiele narodów — przypominał sobie wieczorną rozmowę i zanotował ją w swojej pamięci. Bo mówili całkiem, jak ci z jego rodziny, którzy posiadali tajemną wiedzę przodków.


Miło im upłynął ten wspólny czas. Józef i Maria szczerze dziękowali za pomoc i opiekę Annie i Jozuemu. Trzej mędrcy również spisali się wspaniale. Wczoraj w nocy, gdy wzeszła odpowiednia gwiazda, usiedli razem z Marią i Józefem przy stole i przekazali im dary. Józef miał być ich strażnikiem i powiernikiem. Miał dać je dziecku, gdy przyjdzie czas.

— Kiedy to nastąpi? — zapytał ich.

— Będziesz wiedział — zapewnił go Kacper.


Józefowi zalśniły w oczach dwie łzy wzruszenia i radości. Ten tydzień minął tak szybko. Oto stał się opiekunem niezwykłego dziecka, którego przyszłość miała być niezwykła i wspaniała.

Maria również była przejęta. Nie sądziła, że opieka nad takim maleństwem wydobędzie z niej tyle uczucia, energii i troski. Dziecko było urocze i słodkie, ale i tak czuła, że odtąd jej życie się zmieni. Macierzyństwo dawało jej radość i napawała dumą, ale też — wczoraj w nocy po raz pierwszy poczuła znużenie, gdy tuliła dziecko w nocy do snu. Nie chciało długo zasnąć, a jak już zmrużyło oczka, to przebudzało się co jakiś czas, jakby przeczuwając zbliżającą się podróż. To była jej pierwsza noc, gdy nie była wyspana i pierwsza, w której poczuła się odpowiedzialna za swoje dziecko. Odtąd już wiedziała, co znaczy serce matki, które się rwie do tego, aby dziecko miało jak najlepiej. — Ileż to matek przede mną przeżywało te chwile — pomyślała. — A teraz ja wiem dokładnie, jak to jest, trzymać w swych ramionach nowy okruch życia.


Józef wylewnie podziękował gospodarzom za wspaniałą opiekę i przyjęcie. Uściskał mędrców, którzy pozdrowili jego i Marię.

— Salam alejkum — powiedział Kacper, a dwaj pozostali mędrcy ukłonili im się głęboko.

— Alejkum salam — pokój niech będzie również z Wami — odpowiedział im Józef, który znał te pozdrowienia mędrców pustyni.


Wraz z Marią wsiedli na osiołki i pojechali w swoją stronę. Mędrcy jeszcze długo patrzyli za nimi, rozważając w swych sercach różne możliwości i to czy na pewno wszystko dobrze powiedzieli tym ludziom. Wiedzieli, że czasem mimo najszczerszych chęci, los płata niekiedy dziwne figle, których nawet najmędrsi nie byli w stanie przewidzieć. W końcu Kacper dał im znak i oni również pożegnali gospodarzy. Wsiedli na swe wielbłądy i ruszyli na wschód. Przed nimi także była bardzo długa droga.


Tak oto rozpoczęła się ich długa droga powrotna, a pierwsza z wypraw ich syna. Józef miał nadzieję, że jego pobratymcy uspokoili się już i nie będą wytykać Marii palcami. Poza tym i jego emocje nieco stopniały. Na pustynnej drodze o to nietrudno, gdy słońce świeci prosto w twarz, a do studni daleko.

Maria tuliła do siebie niemowlę. Jej osiołek dreptał za osłem Józefa. Zwierzęta lubią chodzić rzędem po śladach osobnika, którego znają. Podróż zapowiadała się więc spokojnie.

— Ile to lat upłynie — rozważała Maria — zanim to dziecię zacznie swoją prawdziwą drogę. — Czy jest mu pisane szczęście i przewodzenie ludziom, tak jak zapowiedzieli to mędrcy? — zastanawiała się. — Kto wie, co stanie się w przyszłości — pomyślała. — Trzeba cieszyć się tą właśnie chwilą i dziękować Bogu za wszystko co nas dobrego spotyka — ucieszyła się do własnych myśli i otuliła tkaniną jeszcze bardziej twarzyczkę dziecka przed palącym słońcem, piaskiem pustyni i wzmagającym się wiatrem.

Jezus był spokojny. W końcu nie ma jak u mamy, która się o ciebie troszczy.

Józef obejrzał się, aby sprawdzić czy z Marią i dzieckiem wszystko w porządku. Wiatr wiał coraz mocniej. Widać tak miała ich przywitać tym razem pustynia — odwieczna matka tych krain, która rozdziela gorąco i wodę, piasek i wiatr tym wędrowcom, którzy zagłębiają się wytrwale w jej szerokie ramiona. Józef osłonił twarz przed wiatrem, tak, że widać mu było prawie tylko oczy i delikatnie popędził osła. Przed nimi była długa droga w nieznane.


Minęło siedem lat.

Mały Jezus siedział na kamieniu i patrzył na pasące się kozy. Lubił obserwować zwierzęta. Podziwiał ich spokój i siłę, którą musiały mieć do życia na pustyni.

Naraz podbiegła do niego mała dziewczynka. To była o rok młodsza Miriam, którą bardzo lubił i często się z nią bawił. Jeszcze biegnąc wołała do niego:

— Jezusie, zobacz, znalazłam ptaszka. Chyba nie żyje.

Zatrzymała się przy nim i ze smutkiem pokazała mu małego ptaszka, którego trzymała w dłoni. Zwierzątko nie poruszało się. Nóżki i skrzydełka zwisały mu bezwładnie. Jezus spojrzał na niego bystro i przez chwilę kontemplował w ciszy swoje odczucia co do ptaszka. Naraz uśmiechnął się, jakby jakaś nadzieja wstąpiła w jego serce.

— Daj, może go uratuję — powiedział uśmiechając się delikatnie.

Miriam podała mu ptaszka jak najdroższy skarb.

Jezus wziął go ostrożnie w dłonie i przez chwilę zamknął go w nich, jak w bezpiecznym schronieniu. Potem przytulił dłonie z ptaszkiem w środku do swojego serca i z powagą, pewnością i zaufaniem powiedział:

— Boże, jeżeli możesz, przywróć mu życie. — Równocześnie podniósł dłonie wysoko do góry i je rozwarł. Ptaszek nadal na nich leżał, a promienie słońca ogrzewały mu piórka.

Jezus chwilę tak trwał, a Miriam wpatrzona była w ptaszka jak zahipnotyzowana. Przez dłuższą chwilę nie działo się nic. Ale naraz jedno skrzydełko delikatnie drgnęło.

— Ojej — zawołała zdumiona Miriam.

Na twarzy Jezusa pojawił się uśmiech. Oddychał głęboko i spokojnie. Nagle ptaszek usiadł na dłoni Jezusa. Zatrzepotał skrzydełkami, pokręcił główką i po chwili odleciał w kierunku słońca.

Dzieciaki cieszyły się jak szalone. Klaskały w dłonie i tańczyły, skacząc do góry, a ptaszek szybował ku niebu.

— Jak ty to robisz — zapytała Miriam i cmoknęła Jezusa w policzek w podzięce za ten cud.

— Tato mnie nauczył, że jeśli się w coś naprawdę uwierzy, to może się to stać prawdą — przypomniał jej chłopiec.

— Ale mi się nie udało go ożywić — zasmuciła się lekko.

— Może za mało wierzyłaś Miriam? — popatrzył jej wesoło w błękitne oczy. Miriam odwzajemniła mu uśmiech, przymknęła filuternie oczy i zawołała:

— Za to mocno wierzę, że kiedyś będę twoją żoną! — ledwie dokończyła, pokazała mu język i ucieszona zaczęła uciekać. Jezus pognał za nią. Śmiali się i skakali wesoło wołając:

— Jupi! i Hura!.

Dołączyło do ich wesołej gonitwy jeszcze dwoje dzieci z sąsiedztwa. I tak w czwórkę gonili się i wesoło pokrzykiwali. Naraz Jezus stanął przed Miriam i przyjął zabawnie uroczystą postawę.

— Jesteś mi przeznaczona — powiedział naśladując ton dorosłego.

— Hihi — zaśmiała się Miriam, rozumiejąc, że Jezus nawiązał do jej wcześniejszego wyznania i zamierza ją właśnie poślubić, wypowiadając uświęcone tradycją słowa.

— I nawet świadków mamy — ucieszyła się Miriam i pocałowała Jezusa w policzek, tym razem z drugiej strony. Gdy tylko to zrobiła, znowu zaczęła biec. Jezus ruszył raźno za nią. Tuż za nimi gnała pozostała dwójka. Wszystkim było naprawdę wesoło. — Dobrze jest być dzieckiem — pomyślał Jezus. — Dobrze jest mieć szczęśliwych, kochających się rodziców i dobrze jest mieć taką fajną przyjaciółkę — dodał w myślach, próbując ją dogonić. Ale była szybka i zwinna jak sokół. Dopiero po chwili ją dognał i razem poszli już spokojnie do domu, trzymając się za ręce.

Wracał tym chętniej, że dziś znowu mieli wraz z Józefem ćwiczyć metodę kontemplacji, gdy to umysł skupiony jest na jednym przedmiocie — świecy, a serce jest otwarte na połączenie z Najwyższym Stwórcą. Józef był dobrym rzemieślnikiem. A to oznaczało, że znał te wszystkie nauki. Przejął je od swego ojca, który był znamienitym kapłanem. W ich rodzinie to było zresztą częste. Sprawy boskie łączyli z ziemskimi. Dlatego Jezus chętnie się uczył — zarówno pism uważanych przez jego lud za święte, jak i różnych innych nauk, które przekazywał mu Józef. Czasami też przypominało mu się, miał przebłyski, jakby nie pochodził stąd. Migały mu przed oczami jakieś miasta, jacyś ludzie, a nawet jakiś wielki rydwan unoszący się na niebie. — Czyżby to byli posłańcy Boga? — zastanawiał się.

Na takich zajęciach i rozważaniach upływał mu spokojnie czas.

Józef był pracowity i dbał o rodzinę. Zabiegał również o to, aby młody Jezus nauczył się po kolei i systematycznie wszystkiego, co on sam umiał. Cieszył się, że na jego oczach dorastało nowe pokolenie. — W nim jest cała nadzieja przemiany świata na lepszy — kiwał zadumany głową.


Lata dzieciństwa mijały mu pogodnie.

Pewnego dnia, a było już bardzo późno, Jezus podsłuchał swojego ojca rozmawiającego z przybyłymi do nich w nocy niespodziewanymi gośćmi. Jezus tej nocy rozważał, co chciałby robić w przyszłości. W grę wchodziło zostanie albo cieślą, albo… — namyślał się, gdy usłyszał otwierające się drzwi ich domu, w które ktoś wcześniej kilkakrotnie zapukał. Już to pukanie zwróciło uwagę Jezusa. Było dziwne, jakby wystukiwali jakiś rytm pieśni, której nie znał. Usłyszał, jak Józef wstaje i idzie w kierunku drzwi.

Jezus wstał z łóżka i cichutko na paluszkach podszedł tam, aby lepiej widzieć i słyszeć, co się dzieje.

Józef otworzył i do środka weszło trzech mężczyzn. Ojciec zaprosił ich do głównej komnaty. Ledwie usiedli, tamci od razu przeszli do sedna.

— Arka jest zagrożona — mówił cicho starszy mężczyzna we fioletowej szacie. — Nasi wrogowie dowiedzieli się, że Moc Boga jest w naszych rękach i zamierzają ją wykraść.

Józef słuchał uważnie tego, co mówił.

— Musimy ją wynieść tunelami, tak jak zaplanowaliśmy — mówił drugi z nich w białej szacie. Potrzebujemy jeszcze trochę stempli do podparcia ścian korytarzy. Przygotujesz na jutro?

Józef po namyśle pokiwał głową.

— Powiem zaufanym, aby pracowali przez całą noc i rano je wam przywieziemy — odpowiedział. — Światło Pana musi pozostać w naszych rękach, na chwałę naszego rodu — jak bywało od naszych prapradziadów, aż przyjdą obiecane czasy, gdy ludzie zrozumieją, czym jest — potwierdził. Chwilę jeszcze posiedzieli, wypili herbatę i wszyscy wyszli na zewnątrz.

Jezus położył się na powrót do łóżka. Tym razem miał dziwne sny o aniołach i boskim rydwanie, który uniósł go do nieba.


Codzienne życie Jezusa było spokojne i dobre. Cieszył się mogąc pracować z tatą w stolarni, tuż koło domu. Lubił strugać z drewna różne figurki, albo dodawać wzory na tym, co wykonywał Józef. Czasami mu się podobały, a czasami zabraniał mu tego, gdyż ludzie, którzy zamawiali u niego pewne przedmioty mieli swój własny gust i nie chcieli żadnych na nich dodatków. Rozumiał to dobrze. Pomagał tacie jak umiał najlepiej.


Ale od czasu do czasu zdarzały mu się niezwykłe przygody. Kiedyś powędrowali razem do pewnego miejsca w górach. Ojciec załatwiał tam swoje interesy, a on bawił się beztrosko z innymi dziećmi, które tam mieszkały.

Wieczorem, gdy rodzice polecieli im spać, a jego tata jeszcze nie wracał, postanowił trochę pomyszkować po okolicy. Lubił odkrywać nowe miejsca i przedmioty. Fascynowały go one. Zaczął się więc rozglądać po najbliższych budynkach.

Poszedł w stronę uchylonych drzwi. Gdy wszedł do środka, owionął go chłodny powiew powietrza. Postanowił sprawdzić, skąd ono się wydobywa.

Szedł, aż dotarł do innych drzwi, które na szczęście były otwarte. Ale gdy zajrzał do środka, zdumiał się. Oto jacyś ludzie w środku nacierali się olejkami i okadzali dziwną prostokątną skrzynię, na której były dwa złote anioły z wielkimi skrzydłami. Zachwycił się tym i zaciekawił. Już miał podejść bliżej, ale nagle z wnętrza tej skrzyni buchnęło złote światło i zalało całą komnatę. Jezus był nim oszołomiony. Nie mógł się przez chwilę poruszać. Usłyszał tylko, jak z wnętrza — gdzieś spomiędzy tych aniołów na skrzyni, odezwał się głos.

— O wierni strażnicy Mocy Pana, słuchajcie. Oto potrzeba, abyście ukryli na najbliższe lata arkę, albowiem wasi wrogowie chcą ją wykorzystać przeciwko wam. Schowajcie ją dobrze, a o oznaczonej w przyszłości porze odezwę się do was i poinstruuję, co dalej.

— Dziękujemy ci Panie za rady i to, że przemówiłeś do swych sług — powiedział kapłan w uroczystej pozie, okadzając skrzynię.

Światło znikło. Jezus przecierał zdziwiony oczy. Czegoś takiego jeszcze nigdy w życiu nie widział.

— Co tu robisz? — usłyszał za sobą głos Józefa.

— Ja tylko… — chciał się wytłumaczyć ojcu.

— Tutaj nie wolno wchodzić — mówił wzburzony i przestraszony. — Mogłeś nawet zginąć od mocy bożej, która się tu przejawia. — Żeby tu być, potrzebne są długie przygotowania — wyjaśniał i pociągnął go za rękę, zamykając za nimi drzwi.


Na ekranie monitora kapitan zauważył skok wskaźników.

— Kto jeszcze był u nich w komnacie w czasie transmisji? — zapytał głównego technika.

Tamten spojrzał na monitor i przewinął nagranie video, szukając anomalii strumieniowych. Widzieli na ekranie zielono-fioletowe pasma fali skanującej.

Naraz ich uwagę przykuł mały owal kumulacji energii, usytuowany tuż koło wejścia.

— To jakiś dzieciak — powiedział kapitan.

— Co on tam robił? — zastanawiał się technik i dał zbliżenie na niego.

Ujrzeli zaciekawioną twarzyczkę Jezusa, który uważnie przyglądał się temu, co się działo wokół skrzyni.

— Zbadaj jego sygnaturę — polecił kapitan.

Technik nastawił urządzenia i wiązka penetrująca wskazała im parametry dzieciaka. — Dziwne … — odezwał się technik. — On nie ma przygotowania do obcowania z arką, ale dzielnie wytrzymał jej promieniowanie. To niezwykłe… — zastanawiał się, pocierając swój podbródek.- Chyba, że… — zawiesił głos.

— Chyba, że w swej krwi i DNA ma geny rodu Dawida, który przez te wszystkie lata zdążył się uodpornić na radiację i fluktuację plazmy urządzenia — rozważał podniecony kapitan. — O rany! — wykrzyknął uradowany, patrząc to na chłopca, to na wykresy jego współczynników, które komputer szybko zbadał. — To jest on!

— Rzeczywiście — powiedział zdziwiony technik. Jego DNA pasuje do naszego. Zatem… udało się. Duży już z niego chłopiec — cieszył się.

Kapitan odetchnął z ulgą. Załatwili dwie sprawy za jednym zamachem. — Ostrzegli strażników arki i odnaleźli człowieka, który w przyszłości miał im pomóc zrealizować plan.

Ucieszeni, odpoczywali po dobrze wykonanym zadaniu. Ich dowódcy i Rada Mędrców będą zadowoleni — cieszyli się.


Minęło sześć kolejnych lat.

Jezus znacznie już zmężniał. Względem prawa był dojrzałym mężczyzną. Co prawda przez te wszystkie lata Jezus żył z Józefem i matką w zgodzie, ale ostatnio to się zmieniło. Józef, jak to było w zwyczaju, miał mu wybrać kandydatkę na żonę. Jezus gorąco kochał Miriam. To była jego przyjaciółka i partnerka wielu jego zabaw, przemyśleń i przygód. Z nią chciał spędzić swe życie. Jej ufał. Ale Józef, nie wiedzieć czemu, uparł się i pomimo tego, że przeważnie dochodzili do zgody, teraz obstawał przy swoim i zdecydowanie wskazywał na inną, jako jego przyszłą żonę.

Jezus był oburzony. Ten, który przez tyle lat nauczał go o miłości, postąpił wbrew swoim naukom. Ten, który mówił mu, jak ważne są uczucia i zawierzenie sobie, teraz chciał zrobić coś wbrew jego woli. Czyżby przez tyle lat go okłamywał? Czy te wszystkie nauki były tylko suchym, martwym prawem, którego nie wcielano w życie? — zastanawiał się zasmucony i oburzony. I dziś znowu Józef stanął przed nim i powiedział:

— Jezusie, jesteś już dorosły. A każdy porządny Żyd musi mieć żonę. Wybraliśmy dla ciebie Ester — powiedział twardo.

— Jak to wybraliście? — zdenerwował się Jezus. — Ale ja nie wybrałem! — wołał. — To jest wybrałem, ale inną — uzupełnił.

Ale Józef był niewzruszony. Jego serce również płakało, ale wiedział od mędrców, których spotkał przy narodzinach Jezusa, że tak musi się stać, aby potem zadziało się to, co powinno się zadziać. Prawa przyczyny i skutku czasem domagają się w takiej właśnie formie zadośćuczynienia. — Widać dusza Jezusa potrzebuje takiej właśnie ścieżki do mądrości — zastanawiał się.

Kiedy Melchior i Kacper powiedzieli mu, że najpierw Jezus musi poślubić tę, której nie kocha, aby odnalazł to, czego pragnie jego serce, a potem również swoją ziemską miłość, nie chciał w to wierzyć. Nie chciał też ranić syna i sprawiać mu cierpienia. Powiedzieli mu jednak, że tylko taka lekcja wybije jego umysł z rytmu jego przodków i da możliwość zaistnienia nowym ideom i możliwościom.

Westchnął wtedy ciężko, podobnie, jak dzisiaj.

Miał nadzieję, że zgodnie z ich słowami, poczuje się dzięki temu w przyszłości w pełni spełnionym człowiekiem. Bardzo chciał w to wierzyć. On również chciał dla niego jak najlepiej, nawet już teraz, więc wahał się długo, czy postąpić, jak mu doradzano. Ale w końcu postanowił zaufać tym, którzy doradzali królom i dla których tajemnice wszechświata były czytelne jak znaki w Torze.

— Ale ja kocham Miriam — obruszał się Jezus.

— Najważniejsza miłość, to miłość do Boga. A małżeństwo ma tylko odzwierciedlać tę boską miłość — trwał przy swoim Józef.

— Ale ja chcę żyć z Miriam! — nie ustępował Jezus.

— Zapewniam cię, że chcemy dla ciebie jak najlepiej — powiedziała Maria, która dotąd tylko przysłuchiwała się ich rozmowie.

— Wola rodziców jest wolą samego Boga — zawyrokował Józef.

— A to, czego ja chcę, nie liczy się? Chcę być szczęśliwy — Jezus prawie płakał.

— I będziesz. Tak mówili o tobie najmędrsi… A teraz pora, byś otrzymał ich dary, które ci ofiarowali, gdy się urodziłeś — powiedział spokojnie do niego i poszedł do izby obok. Tam otworzył duży kufer, w którym spoczywały wszystkie jego skarby. To była rodzinna skrytka, którą wszyscy pieczołowicie strzegli.

Józef westchnął głęboko, przypominając sobie minione wydarzenia. Powoli i ostrożnie wyjął z kufra spore zawiniątko. Był to duży kawał sukna, które skrywało przez lata w sobie wspaniałą zawartość. Wyjął i położył tobołek na stole przed Jezusem i Marią. Ostrożnie wyciągnął to, co było w środku.

Jezus patrzył jak urzeczony na to wszystko. Wreszcie wolno mu było spojrzeć na dary od tajemniczych mędrców, którzy ponoć byli przy jego porodzie i udzielali wsparcia jego rodzicom.

— Przechowałem je dla ciebie — zaczął z namaszczeniem Józef. — To symbole twojego życia. Melchior dał ci złoto, symbol wiary, królewskich mocy i młodości. Kacper dał ci kadzidło, symbol boskości, modlitwy i dojrzałości — powiedział, podsuwając je bliżej Jezusa.

— To wszystko jest twoje — dodał.

Jezus dotykał ostrożnie dużego kawałka złota. Powąchał też kadzidło. Zastanawiał się, jak to wszystko ma wpłynąć na jego życie, tak jak mówili o tym przed laty mędrcy. — Zresztą gdzie oni dzisiaj są? Może ich już nie ma, albo wiatr pustyni gna ich gdzieś dalej, gdzie przepowiadają kolejnym osobom podobne historie? Może jeżeli tak objadą pół świata, to jakieś dziecko, słysząc co rusz od swoich rodziców opowieści o tym, jakie to ma być wspaniałe w przyszłości i jak mocno wpłynie na losy świata, rzeczywiście takim się stanie? — rozważał.

— A może nie było przy moich narodzinach żadnych mędrców, tylko przejezdni kupcy, którzy znali baśnie krążące od ogniska do ogniska i opowiedzieli jego rodzicom jedną z nich? A może wcale ich tam nie było, a opowieść o nich to tylko rodzinna legenda, która ma spowodować większą wiarę we własne siły i wsparcie świata — zastanawiał się dalej. Być może te dary krążą w jego rodzinie od pokoleń i każde dziecko, albo co któreś w kolejności je otrzymuje jako błogosławieństwo na przyszłe koleje życia? — snuł rozważania.

Jezus nie wiedział tego. Wiedział natomiast to, że jego życie wkrótce się zmieni. Czuł to całym sobą.

— A ten trzeci, o którym mi mama mówiła, co mi dał? — zapytał wreszcie, kątem oka widząc, że w zawiniątku coś jeszcze jest.

— To był wielki mag. Dał ci balsam potrzebny do uzdrowienia.

— Co on oznacza? — zapytał ciekawie, chcąc zgłębić wszystkie pojawiające się znaki.

— Podobno dowiesz się w swoim czasie — westchnęła Maria.

— Ojcze, ale ja dałem Miriam słowo — z żalem powiedział Jezus i spojrzał na niego z wyrzutem.

Józef uśmiechnął się smutno. Iluż ojców na tej ziemi stało przed podobnymi dylematami.

— To była tylko dziecięca zabawa — uciął raz na zawsze wszelkie dyskusje Józef.

— Miriam — tęsknie wyrwało się z ust Jezusa. Z jego oka pociekła łza i posączyła się po policzku.


Czasy współczesne.

W pokoju leżała na materacu kobieta z zamkniętymi oczami. Miała może trzydzieści lat i ciemne włosy. Oddychała głęboko. Na jej twarzy widać było smutek, jakby widziała coś, co rozgrywa się tylko w jej głowie.

Koło niej siedział terapeuta i spokojnym głosem, wpatrując się w nią, mówił:

— Uświadomisz sobie teraz, co spowodowało ten wielki smutek i uwolnisz się od niego… Już… co widzisz…? — zapytał ją.

Maria poruszała gałkami ocznymi pod zamkniętymi powiekami, jakby się czemuś przypatrywała.

— Widzę jakąś uroczystość. Jestem małą dziewczynką. Stojącą wśród zgromadzonych ludzi… — mówiła nieobecnym głosem, jakby relacjonowała jakieś widowisko.


Palestyna, początek naszej ery.

Widać było duże zgromadzenie ludzi. Trzynastoletni Jezus stał razem z dwunastoletnią Ester pod baldachimem ślubnym. Obok stał wzruszony Józef z Marią. Nieopodal była i patrzyła na to wszystko przejęta Miriam — przyjaciółka dziecięcych zabaw Jezusa. Otaczała ich grupa ludzi. Ceremonii przewodniczył kapłan.

— Niech wasze wspólne życie będzie pełne miłości, radości i dostatku — błogosławił ich. — Niech dobry Bóg da wam szczęśliwe życie i zdrowe dzieci.

Wszyscy się cieszyli. Nawet Jezus. Tylko Miriam stała smutna. Miała ochotę płakać. Patrzyła na Jezusa i nie rozumiała, jak mógł jej to zrobić. Ale równocześnie wiedziała, że wola rodziców jest święta i to oni decydowali o tym kto z kim, dlaczego i kiedy się pobiera.

Gdy o tym usłyszała po raz pierwszy, pomyślała, że jej serce pęknie z żalu i zazdrości. Oto jakaś Ester, której prawie nie zna, ma się nim cieszyć? Ma z nim spędzać dalsze życie, skoro to ona zna go od dziecka, wie o jego największych sekretach i od zawsze pragnęła zostać jego żoną? Co z tego, że jej rodzice są biedni, nie mają stada owiec, ani nawet kóz, tylko pracują własnymi rękami na utrzymanie. Czy nie jesteśmy wszyscy takimi samymi dziećmi jednego Boga? — zastanawiała się wtedy. — Czy bogatsi nie powinni wspierać tych, którzy mają mniej? Przecież wszystko należy i tak do Najwyższego Stwórcy — snuła rozważania Miriam. — W końcu i tak wszystko wróci do niego — zakończyła swe rozważania.

Jezus patrzył szczęśliwy na nowo poślubioną żonę.

— Niech tak się stanie — przypieczętował swoje małżeństwo z Ester, która wpatrzona była w niego, jak w obrazek. Uśmiechali się do siebie, jak młodzi, szczęśliwi ludzie, którzy wierzą, że to co najlepsze dopiero przed nimi.

— Będę dla ciebie dobrą żoną — powiedziała szczerze. Jezus uśmiechnął się i tak trwali kilka sekund, chcąc uwiecznić tę chwilę w swej pamięci.


Czasy współczesne.

Maria leżała na materacu i głęboko, nerwowo oddychała.

— On ze mną miał się ożenić — płakała. — Jak tak mógł zrobić?

— A teraz puścisz cały ten gniew, jaki się wtedy u ciebie pojawił. Już wiesz, co jest jego przyczyną i możesz mu przebaczyć. Wypełnij przestrzeń pomiędzy wami czystą miłością.

Maria nadal ciężko oddychała, ale już się nieco uspokoiła.

— Och, mój kochany, przebaczam ci wszystko — szeptała.

— Oddychaj głęboko… Jak się czujesz? — dopytywał jej terapeuta.

— Dobrze — potwierdziła Maria.

Terapeuta pokiwał zadowolony głową. Wreszcie udało mu się znaleźć przyczynę wielkiego żalu i urazy do mężczyzn, która nagle się u niej pojawiła. Już trzeci raz była u niego. Pracowali z jej wspomnieniami, podświadomością i przekonaniami. Ale nie znaleźli przyczyny. Dopiero dzisiejsza sesja była wreszcie owocna.

— To kończymy — powiedział. — Niech miejsce gniewu, żalu i pretensji zajmie u ciebie w sercu boska miłość, która rozświetla cię i wypełnia wibracjami harmonii, dobra i miłości. Niech piękno, wybaczenie i spokój wypełnią twoją aurę. Teraz otworzysz oczy i będziesz w pełni przytomna.

Maria otworzyła po chwili oczy. Usiadła na materacu i chwyciła się jedną ręką za głowę.

— Jeszcze mi się trochę kręci… — mówiła powoli wracając do rzeczywistości.

— Tak bywa, spokojnie… — uspokajał ją.

— To niezwykłe. Naprawdę to widziałam. Jakbym tam była.

— Wielu osobom pojawiają się obrazy i skojarzenia, które można rozpatrywać jako pochodzące z poprzednich wcieleń ich dusz. Czasami się to przydaje do uzdrowienia swoich emocji.

— Wydaje mi się to tak niedawno — powiedziała Maria.

— Bo dla podświadomości, w której zgromadzone są te wspomnienia, czas nie istnieje.

— Chciałabym zobaczyć wszystko, dokładnie tak, jak to się wydarzyło — emocjonowała się. — Może wtedy zrozumiałabym nie tylko siebie z obecnych czasów, ale również siebie tamtą.

— Na pewno się uda — zachęcał ją. — Medytuj codziennie…


Palestyna, początek naszej ery.

Oto minęło już pół roku ich sielanki. Jezus był szczęśliwy i zadowolony ze swej żony. Dobrze gotowała i zajmowała się domem. Odpowiadała mu też jako kobieta. Jej pieszczotliwe dłonie lubiły mu dogadzać.

Ale teraz musieli się rozstać, bo Jezus miał do załatwienia ważne sprawy, które powierzył mu Józef. Handlowe i nie tylko. Miał zawieźć pilne pismo z wiadomością dla tych wszystkich, którzy się raz w miesiącu zbierali u Józefa, zgłębiając dawne nauki, których już nie uświadczysz w świątyniach. Byli strażnikami wiedzy i mądrości, dzięki której można było żyć mądrze i dostatnio oraz rozumieć ukryte znaczenia świętych pism.

Jezus także zgłębiał od lat te nauki. Początkowo myślał, że Józef opowiada mu baśnie i legendy, jak robi tata każdemu dziecku. Ale potem się okazało, że każda z postaci z tych opowieści ma swe sekretne znaczenie. Trzeba tylko znać klucz aby prawidłowo rozumieć przesłanie tych opowieści. Cieszył się, mogąc je poznawać, bo dzięki temu umiał już rozszyfrować ukryte znaczenia słów, które słyszał w świątyni.

Wiedział, że mówią o wewnętrznej pracy i mocy każdego z nas, którą można pobudzić do działania za sprawą Boga oczywiście. — Kiedyś to wszystko zrozumiem — mówił do siebie, słuchając ich nauk.


Jezus siedział teraz na obładowanym pakunkami osiołku. Przy nim stała Ester.

— Jedź w pokoju i szybko wracaj — powiedziała z uczuciem.

— Nie martw się. Wrócę jak tylko pozałatwiam u wuja wszystkie sprawy powierzone mi przez ojca. Ani się obejrzysz, a będę z powrotem w domu. Dbaj o siebie — powiedział na pożegnanie i spokojnie odjechał.


Jadąc miał czas tylko dla siebie. Te kilka miesięcy z żoną utwierdziły go w przekonaniu, że Józef dobrze mu wybrał żonę. Była zaradna, dobrze gotowała i umiała zajmować się polem. Docenił również to, że jej rodzice byli majętni i pomagali im, jak mogli we wszystkim. Życie płynęło im spokojnie.

— Może zatem tak wygląda szczęście? — zastanawiał się. — Może to nie zawsze my mamy wybierać i nie zawsze to, co myślimy, że jest dla nas najlepsze, takim jest w istocie? — snuł swe rozważania.

Osiołek w tym czasie strzygł zabawnie uszami, gdy zdarzyło mu się wypowiedzieć swe myśli na głos. Nadal jednak dreptał dalej ścieżką, którą miał przed sobą. Czuł na niej zapachy wielu innych osiołków, wielbłądów, a nawet koni, które również tędy przechodziły. Dzięki temu wiedział, że idzie dobrą drogą. Kroczył tak dzielnie już wiele godzin. Był wytrzymały. Gdy się zmęczył, a nieopodal rosły jakieś jadalne krzaczki lub trawa, przystawał przy nich lub nawet nieco zbaczał z drogi. Wtedy Jezus dawał mu odpocząć. A gdy się posilił, ruszali razem w drogę. Zdarzało się kilka razy, że Jezus, zajęty swoimi rozważaniami, nawet nie zauważał, jak jego dzielny osiołek sam schodził z głównego traktu, by skubnąć co apetyczniejszy kąsek zieleniny. Na jego i jego pana szczęście, zawsze mu się udawało szybko powrócić na właściwą drogę. Tak upłynęły im kolejne dni.


Podróż minęła mu szybko i spokojnie. Przyzwyczaił się już do tego, że wyruszał, aby przedstawić ofertę rzemieślniczą Józefa różnym znamienitym kupcom i gospodarzom. A przy tym odwiedzał różnych krewnych i osoby, które tak jak on, wtajemniczane były w odwiecznie przekazywaną wiedzę, która nie wszystkim była dostępna. Jak mawiali pomiędzy sobą — słabe umysły nie są w stanie przyjąć prawdy, ani światłości Boga.

Lubił te wyprawy. Poznawał nowych ludzi, nawiązywał kontakty i uczył się od nich czegoś pożytecznego. Każdy z nich miał swoją własną historię. Nauczył się więc słuchać ludzi. Pozwalał, aby to oni mu opowiadali o sobie. A ludzie potrafią być wylewni, gdy napotkają dobrego słuchacza. — W dzisiejszych czasach każdy chce mówić — pomyślał, a niewielu chce słuchać. Każdy chce być wysłuchany, a niewielu chce wysłuchiwać. Ponoć też tylko spokojne serce może usłyszeć głos Boga. A przecież ileż spokoju można w sobie znaleźć, słuchając innych. Ich głosy i opowieści nie zawsze przecież były miłe albo bardzo interesujące dla słuchającego, przynajmniej w pierwszej chwili. Dopiero po tym, jak się człowiek zasłuchał, próbując zrozumieć intencje i nastawienie opowiadającego, jego życiowe plany i marzenia, można było cieszyć się słuchaniem, nawet jeżeli opowieść nie dotyczyła spraw przyjemnych. — Kto nie umie słuchać, nie umie też pewnie właściwie mówić — sensownie, obrazowo i szczerze — pomyślał Jezus. — Gdyby ludzie słuchali siebie nawzajem, mniej by mówili, bardziej się szanowali i podchodzili do siebie z sercem — uśmiechnął się na tę myśl.

„Zanim coś powiesz — posłuchaj.

Zanim skrytykujesz — poczekaj.

Zanim się pomodlisz — wybacz.

Zanim coś napiszesz — pomyśl.

Zanim zrezygnujesz — spróbuj” — usłyszał kiedyś. — To mądre słowa — pokiwał głową. — Ale ilu mądrych słów ludzie już wysłuchali. I co z tego? — zastanawiał się. — Nie samych słów nam trzeba, ale słów kogoś, kto własnym przykładem wprowadza je w życie. Inaczej to będą tylko kłamstwa, albo pobożne życzenia, których nikt nie spodziewa się zobaczyć zrealizowanymi. A przecież nic tak nie uskrzydla, jak możliwość ucieleśnienia czegoś. Czyż nie po to tu jesteśmy? Czy nie po to, aby spełniać wolę Boga i robić to, co najlepsze? — sam sobie zadawał pytania, gdy odpoczywał po całym dniu spotkań, rozmów i obserwacji. Siedział sobie teraz przy domu dalekiego krewnego i miał czas, aby sobie porozmyślać.

Ta podróż była chyba jego najdłuższą. Już ponad miesiąc tu był.


Nagle zauważył, że ktoś jedzie w jego kierunku. Sylwetka wydała mu się znajoma. Przyłożył rękę do czoła, aby ochronić swe oczy przed słońcem. Toż to przecież Józef — pomyślał i zerwał się na równe nogi. — Coś ważnego musiało się stać, skoro porzucił pracę i przyjechał aż tutaj — zmartwił się.

Chyba się nie mylił. Gdy Józef zbliżył się do niego, dało się zauważyć, że jest zmęczony i przygnębiony.

— Witaj ojcze — powiedział Jezus, gdy Józef był już w zasięgu jego głosu. — Co się stało, że przyjechałeś? — dopytywał.

Józef zatrzymał przy nim swego osiołka i z niego zsiadł. Wziął Jezusa w objęcia. To był mocny uścisk, jakim od dawna go nie obdarzał. — Coś się musiało stać — zastanawiał się Jezus. — Może matka jest chora? — zmartwił się.

— Witaj — dopiero teraz odpowiedział mu Józef. Długo patrzył na Jezusa i nie mógł wykrztusić ani jednego słowa więcej. W jego oczach pojawiły się łzy.

Z domu wyszedł ich krewny — wuj Józefa. Wyczuł, że coś się dzieje i postanowił to sprawdzić. Nie przerywał im jednak, czując powagę chwili.

— Ojcze, powiedz wreszcie — nie wytrzymał Jezus.

— Ester… — zaczął łamiącym się głosem Józef. — Ester zachorowała.

— Kto się nią opiekuje? — dopytywał się Jezus.

Józef przełknął głośno ślinę, nabrał głęboko powietrza w płuca i z wysiłkiem powiedział:

— Już tylko Bóg. Ona umarła…

Jezus zbladł jak pergamin wysuszony na słońcu i osunął się na stojącą przed domem ławę, na której usiadł.

— Wracaj do domu, a ja sam dopilnuję tu swoich spraw — powiedział po chwili Józef.

Jezus nie odzywał się przez dłuższą chwilę. Oddychał tylko głęboko. W końcu zasłonił sobie twarz dłońmi i tak siedział. Milczenie było głębokie, jak jego rozpacz.

— Jezusie… — próbował go zagadnąć, ale on nie reagował. Wciąż trwał w skupieniu. Przez głowę przelatywało mu tysiące myśli. W końcu jednak podniósł wzrok.

— Nie… nigdzie nie wrócę — mówił beznamiętnie. — Nie mam już po co.

Po policzku potoczyła mu się łza. Spłynęła tak jak kiedyś — jakaś część jego umysłu zauważyła to. Jakby na jego policzku była niewidoczna bruzda — koryto słonej rzeki, która od czasu do czasu nawadniała się. Uśmiechnął się gorzko do tego spostrzeżenia.

— Jezusie… — ponownie odezwał się Józef.

— Może, gdybym był przy niej… — wyrzucał sobie, a oczy mu się zaszkliły.

— Nic byś na to nie poradził — odparł Józef. — Był przy niej dobry medyk, a i tak nic nie wskórał.

— Ale mnie Bóg wysłuchuje. Na pewno by ją uzdrowił. Gdybym tylko tam był… — nie mógł sobie darować. — Dlaczego nic nie poczułem… — wciąż go to męczyło.

— Modliliśmy się wszyscy w grupie — kontynuował Józef. — Widać Bóg ma swoje plany, że tak się stało — chciał go pocieszyć.

Jezus, gdy to usłyszał, poderwał się.

— Ja też mam swoje plany — powiedział stanowczo. — Wyjadę… — zawiesił swój głos. Poczuł się jak ptak zawieszony wysoko w górze, który unoszony strumieniem powietrza, trwa, nie poruszając skrzydłami.

— Wróć do domu i odpocznij — kusił Józef. Ale on już wiedział swoje.

— Nie… Wyjadę razem z kupcami daleko na wschód — powiedział po prostu. — Poznam zwyczaje tamtejszych ludzi — zapalał się. — Podobno w wysokich górach żyją tam święci mężowie o cudownych mocach. — Jego wzrok utkwił gdzieś daleko, jakby był już świadkiem jakiejś wielkiej przygody, która go wkrótce miała spotkać.

— Ale przecież tyle pracy cię tu czeka — odezwał się milczący dotąd wuj. Lecz Józef już pojął o co chodzi. Mędrcy nie mylili się. Wkrótce po ślubie miał wyruszyć na wschód. Józef nie przypuszczał tylko, że stanie się to w takich okolicznościach. — Przedziwne są ścieżki Pana — zadumał się i przełknął ślinę w napięciu. Zrozumiał, że traci go z oczu na wiele lat. To nie będzie już taka wyprawa jak inne, gdy najdalej po miesiącu powracał do niego, do domu rodzinnego i swoich braci, którzy się urodzili po nim. Maria dumna była ze wszystkich swoich dzieci, ale Jezusa traktowała wyjątkowo. Tylko przy jego poczęciu miała widzenie posłańca z nieba, który mówił, że przyszedł od swego pana i zapewniał ją, że wkrótce narodzi się z niej, bez udziału męża, potężna istota, która będzie znacząca dla ludzkości. Czyż nie był zatem cudownym dzieckiem? Czy nie jemu udawało się uzdrowić ptaszki, gdy cierpiały? Czy nie jego najdłużej nauczał, aby mógł pojąć mądrości przodków, dostępne jedynie rodzinom kapłańskim, o których wielu, nawet znamienitych ludzi nie słyszało? — zadumał się.

— Tutaj nie mam już nic do roboty — powiedział Jezus i strzepnął ze swoich dłoni jakiś niewidoczny pył. — Jutro wyjeżdżam — powiedział twardo.

Chmury na niebie zawirowały. Przynajmniej dla Józefa. Wieczór jakoś nadszedł dziś o wiele szybciej, niż w inne dni. Czyżby coś się kończyło, a coś ważnego zaczynało? — pomyślał, nim położył się spać.

Jezus zaś spędził jeszcze dużo czasu w tę noc na dworze, modląc się i rozmawiając z gwiazdami, do których czuł dziwny pociąg. One odpowiadały mu blaskiem, jakby rozumiejąc to, co mówi i czując stan jego ducha. Jedna gwiazda nawet rozbłysła o wiele bardziej, niż inne. Zdziwił się nawet, bo wydawało mu się, jakby zbliżyła się do niego. Powstał nawet na chwilę, aby się jej lepiej przyjrzeć, ale ona znowu powróciła do swego pierwotnego wyglądu.

Jezus przetarł oczy i postanowił jednak trochę się przespać wewnątrz domu. Podziękował Bogu i gwiazdom za towarzystwo, pomoc i poszedł spać.


Ranek przyszedł rześki. Jezus pierwszy wyszedł na dwór i ukłonił się całemu stworzeniu, które było przecież odbiciem woli Boga. A wkrótce miał mu powierzyć siebie na daleką wyprawę. To było nowe wyzwanie.

Józef już nie starał się odwieść go od planów. Wiedział, że to musi nastąpić. Z ciężkim sercem godził się na to. Razem więc poszli do zaprzyjaźnionego przewodnika karawany. Ten, gdy ich zobaczył, od razu wiedział, co jest grane. Nie pierwszy to już raz młodzieńcy wyruszali z nim w daleki świat, w nieznane. Nie wszyscy też stamtąd powracali. Ciągnęła ich ta magiczna siła, której się poddawali. I on kiedyś jej uległ przed laty i postanowił zakosztować wolności gdzie indziej, niż jego własna rodzina. Ale z czasem też nauczył się tej prostej prawdy, że trawa wszędzie jest podobna i tylko nam wydaje się, że gdzie indziej kwitną piękniejsze kwiaty. Ci, którzy zamieszkują tamte ziemie, gdy przyjeżdżali w jego rodzinne strony, również zachwycali się krajobrazami, potrawami i pięknymi kobietami. Najwyraźniej ludziom potrzebna jest czasem odmiana. I każdego pociągało coś innego. Ale on nie raz widział, jak tacy młodzieńcy wracali w nie najlepszej kondycji. Trudy podróży i niedogodności samotniczego życia dawały im się mocno we znaki. Towarzysze podróży to nie to samo, co kochająca żona, w której ciepłych ramionach można znaleźć ukojenie, a w jej sercu zrozumienie i pocieszenie. Nikt nie przygotuje ci tak smacznego posiłku, jak kochająca kobieta, nawet, jeżeli składa się on tylko z kromki chleba. I nigdzie indziej nie smakuje on tak wybornie. On to już wiedział, ale żaden z młodzieńców, którzy się do niego zgłaszali jeszcze nie mieli o tym pojęcia.

Ten jednak wyglądał nieco inaczej. Było w nim coś majestatycznego, mimo młodego wieku. Spojrzał w jego oczy i zobaczył w nich jasność. — To bystry sokół, który nie da sobie w kaszę dmuchać — pomyślał uradowany. Lubił inteligentnych towarzyszy wędrówki, którzy rozumieli żarty i wiedzieli, że czasem nie wolno żartować, bo życie jest tylko jedno.

Józef poprosił przewodnika o baczenie na młodzieńca i opiekę.

— Jeżeli będą jakieś dodatkowe koszty, możesz na mnie liczyć — powiedział mu szeptem, aby Jezus nie słyszał. Przewodnik uśmiechnął się. Ile to razy słyszał te słowa i ileż razy się na nich zawiódł. Znał jednak Józefa i wiedział, że ten nie rzuca słów na wiatr. Też był kiedyś wędrowcem, którego teraz życie rzuciło w ramiona licznej rodziny, o którą dobrze dbał. Wiedział, że Jezus jest jego nadzieją. Od czasu do czasu docierały do niego jakieś wieści od kuzyna, który również bywał na tych tajnych spotkaniach wielbicieli prawdy i pradawnych nauk, którymi się dzielili i które razem praktykowali.

Na niebie ukazał się szybujący wysoko ptak.

— To dobry znak — powiedział przewodnik. — Podróż będzie udana — ucieszył się.

Jezus w tym czasie pakował swoje tobołki na wielbłąda, którego przydzielił mu pomocnik przewodnika. Nie było tego za wiele. Ale czy ktoś, dla kogo przeszłość nie istniała, mógł mieć wiele rzeczy?

Józef podszedł do Jezusa.

— Więc jednak jedziesz? — zapytał ze zrozumieniem.

— Jadę. Nie martw się o mnie. Zobaczę, czym Bóg obdarowuje mieszkańców tych obcych krain. Posłucham czego nauczają tamtejsi kapłani i może odnajdę odpowiedzi na pytania, które pojawiają mi się w głowie — powiedział Jezus.

— Jakie to pytania? — zapytał, choć wiedział, że on teraz nie zdoła mu na nie udzielić odpowiedzi. A jeśli nawet by powiedział, on i tak by go nie posłuchał.

— Dotyczące naszego przeznaczenia, sensu życia tu na ziemi, szczęścia i cierpienia — uśmiechnął się gorzko Jezus.

Józef pokiwał tylko głową.

— Szykujemy się do wyjazdu! Wsiadajcie na wielbłądy! — odezwał się gromko przywódca karawany.

— Niech Cię Bóg prowadzi — pobłogosławił swoje dziecko Józef. Tak — wiedział, że nie jest jego ojcem, ale to nie znaczyło, że on nie jest jego ukochanym dzieckiem. Kto go wychowywał przez te wszystkie lata? Kto uczył go wszystkiego, co on sam wiedział? Kto go prowadził do świątyni i czasem na spotkania wtajemniczonych? Łza cisnęła mu się do prawego oka, ale się powstrzymał. Wiedział, że obraz, który teraz zostanie mu w pamięci, będzie towarzyszył Jezusowi przez wiele lat. Wiedział, jak takie momenty dodają potem siły w podróży. Dlatego się uśmiechnął i uściskał go serdecznie.

— I ciebie ojcze — odpowiedział chłopak. — Wrócę. Na pewno wrócę — zapewniał.

Przywódca karawany uśmiechnął się pod wąsem. On swoje wiedział.

Karawana ruszyła, gdy tylko przewodnik dał znak ręką do wymarszu. Ruszył jako pierwszy. Ileż to już razy przemierzał piaski tej pustyni? Ile to już razy odwiedzał te miejsca, o których inni ludzie tylko słyszeli od pokoleń, ale nigdy nie zobaczyli ich na własne oczy? On miał to szczęście. Albo przekleństwo, bo nigdy nie wiadomo, jak to jest naprawdę. Ta sama rzecz może być dla jednego nagrodą, a dla innego karą. Wiedział to aż nazbyt dobrze. Czuł to. Podobnie, jak jego wielbłąd poczuł, że nie ma już odwrotu, a do kolejnego wodopoju ma co najmniej trzy dni, o ile pogoda będzie łaskawa, a pustynia życzliwa.


Droga mijała im powoli. Zwierzęta miały swój własny rytm i nie można go było przyśpieszyć. Jezus nauczył się tej melodii kroków i zdał sobie sprawę, że jego serce również się z nią zestraja. Pokochał swojego wielbłąda. Zresztą inaczej się nie dało. Codziennie go poił i karmił przydzieloną porcją paszy. Wielbłąd również polubił jego obecność i pieszczoty. Wiózł już wielu ludzi i wiedział, że każdy z nich niesie swoje własne tęsknoty, jak on bagaże. Czasem dźwigał tylko je, a czasem też i ludzi. Niektórych nie lubił, innych wolałby unikać, a część była mu obojętna. Tego jednak polubił. Było w nim coś miękkiego. Gdy patrzył mu w oczy, czuł coś swojskiego, jakieś porozumienie, które iskrzyło pomiędzy nimi.

Jezus się uśmiechnął i pogłaskał go po pysku. Ileż to już dni wędrujemy razem? — pomyślał na którymś z wielu przystanków i noclegów. Lubił te noce pod gwiazdami. Uwielbiał na nie patrzeć i sycić się ich blaskiem. Przytulał się wtedy do wielbłąda i okrywał kocem. Widział, że przewodnik dba, aby miał wszystko. Nie chciał jednak, by inni odczuli, że jest wyróżniany.

Podziwiał przewodnika za jego mądrość i znajomość drogi. Wiedział, że z nim szczęśliwie dotrze tam, gdzie chciał. Lubił słuchać, jak rozmawia z ludźmi. Nauczył się od niego łagodności w tonie głosu, kiedy witał tych, do których przyjeżdżali.

Ludzie chętnie go gościli. Umiał opowiadać historie zasłyszane przy innych ogniskach i wśród innych ludzi. Wiedział, że nic tak nie uspokaja, jak wizja szczęścia i powodzenia. Jezus notował to wszystko w swej pamięci. Utrwalał sobie również te wszystkie nauki, które uzyskał od Józefa i jemu podobnych.


Każdy dzień przynosił mu coś innego. Nauczył się zwracać uwagę na szczegóły. Na ptaka na niebie, albo ślady na piasku, z których przewodnik umiał wyczytać ilość wielbłądów oraz czas, kiedy tędy przechodziły. Wyczuwał również instynktownie wszystko, jak dzikie zwierzę, które jest zespolone z naturą i współgra razem z nią, jak ręka współgra z ciałem.

Nie, podróż nie była sielanką. Nie raz padało i nie raz zmarzł do szpiku kości, zwłaszcza nad ranem. Wielokrotnie też słońce go przypiekało, a do cienia było daleko. Ale za każdym razem sobie powtarzał, że jest coraz bliżej celu. I to go podtrzymywało na duchu.


Dni mijały szybko, jak paciorki różańca zwanego malą, które przesuwał swoimi palcami wędrowny mnich, którego widział niedawno pod drzewem, przy którym obozowali. I choć nagle stanęła przy nim gromada ludzi wraz z wielbłądami, on się nie poruszył. Nadal odmawiał swoją modlitwę, poruszając bezgłośnie wargami. Ubrany był skromnie. Przed nim stała miseczka, do której przewodnik karawany położył trochę daktyli. Nawet jednak wtedy nie odwrócił on swego wzroku od czegoś niewidocznego, w którym go utkwił.

Jezus się posilił i nieznacznie obserwował mnicha. Raz, gdy zmrużył oczy, aby przesłonić je od palącego słońca, wydawało mu się, że na mgnienie oka spojrzał on na niego i delikatnie skinął głową. Ale może to tylko takie wrażenie. Ponoć wędrowcy widzą różne rzeczy po wielu dniach wędrówki.

Ruszyli dalej, ale drzewo z odmawiającym pod nim różaniec mnichem pozostało już na zawsze w sercu Jezusa.


Nauczył się oddychać w rytm kroków wielbłąda. To go uspokajało. Jakoś naturalnie mu to przyszło, nie wiedzieć skąd. Czasami też, gdy pojawiały się na niebie ptaki, albo pojedynczy sokół, miał wrażenie, że siada mu on na ramieniu, gdy jego cień przesmykiwał mu się po nim. Dałby nawet wiarę, że on specjalnie leciał nad nim, jakby chciał pokazać mu, że dobrze wybrał. A może liczył jedynie na smakołyki pozostawione przez karawanę. Trudno powiedzieć. Jedno było pewne — że kilkakrotnie w podróży widział takiego ptaka nad sobą. Przewodnik również go dostrzegał i tak samo się cieszył. Wiedział, że to dobry znak. Poza tym, kiedyś był sokolnikiem. Miał piękne ptaki, z którymi polował. Umiał rozpoznawać dobrego ptaka. Ale teraz prowadził karawany. Dusza jego jednak lubiła furkot skrzydeł nad sobą. Sprawiało mu to radość i odświeżało miłe wspomnienia. Nieraz, gdy zasypiał, zdawało mu się, że ulatuje nad śpiącą karawanę i szybuje po nieboskłonie, upatrując sobie wysokich drzew, z których można było obserwować całą okolicę. Czasami również te sny pokazywały mu drogę, gdy w dzień zanadto zboczył ze szlaku zamazanego gwałtownymi porywami wiatru. To było takie przyjemne. Zawsze się budził wypoczęty po takich snach. Podobnie, jak dzisiaj.

Usłyszał, jak inna karawana przemieszczała się w pobliżu. Jego wprawne ucho wyłowiło znajome dźwięki racic wielbłądów smakujących miękki kurz drogi. Delikatne dźwięki towarów przytroczonych do wielbłądów, które naciągały przywiązujące je rzemienie powiedziały mu, ile dobra wiozą ze sobą. Słyszał odwieczne pozdrowienia wędrowców, które rzucali sobie, niczym kwiaty na słynącym ze spiekoty szlaku. Otworzył oczy i spojrzał na wędrowców, którzy ich już minęli. Zobaczył tylko w oddali ich przewodnika odzianego w czarną, długą szatę. Chyba go znał, albo przynajmniej gdzieś już widział. Widać tym razem nie było im dane porozmawiać. Pewnie śpieszyli się bardziej od nich lub mieli ważną, nie cierpiącą zwłoki sprawę do załatwienia. Znał ten przymus, który każe wytężyć wszelkie siły zwierząt i ludzi, aby o wyznaczonej porze pojawić się z towarami, albo wieściami u tych, którzy wytrwale i z niepokojem na nie oczekują.


Jezus też już nie spał. Przyglądał się ludziom i krajobrazowi. Już dawno zauważył różnicę w ubiorach ludzi i ich zachowaniu — jakże odmiennym od jego pobratymców. Nosili kolorowe stroje i dużo biżuterii. Tu nawet biedne kobiety starały się wyglądać na księżniczki. Czyżby to były już Indie? Ta osławiona kraina tysiąca księstw, pałaców i mędrców? Czyżby dotarł tutaj jako pierwszy ze swej rodziny? — zastanawiał się z dumą i rosnącym zaciekawieniem.

Zjadł co nieco, napoił wielbłąda i był przygotowany do drogi. Po tylu dniach marszruty przewodnik nie musiał już wydawać prawie żadnych rozkazów. Po prostu robił, to co trzeba, a inni go naśladowali, wiedząc, że tak jest najlepiej. Zamieniali ze sobą też coraz mniej słów podczas jazdy. Każdy zajęty był swoimi sprawami i tym, aby przetrwać tę męczącą wędrówkę. Cel był najważniejszy. Dla wielu z członków karawany było to dostarczenie cennych towarów do klientów, dla innych zobaczenie się z dawno nie widzianymi członkami rodzin, znajomymi i przyjaciółmi. Tylko on ruszał w nieznane. Po raz pierwszy stawiał swe stopy na tej ziemi. Po raz pierwszy wdychał to powietrze i sycił się tym niebem, którego kolory były jakby bardziej intensywne. Może jest tu więcej światła — pomyślał. — A może uwrażliwił się na piękno każdego mijanego zakątka i szczegółu, który widział.


Ruszyli znowu. Jechali w ustalonym porządku. Teraz wkroczyli w tereny górskie. Mijali doliny, strumienie i wzgórza, które otaczały ich niczym ramiona ukochanej, witające wędrowca po długiej podróży, który wracał do domu. — Tylko gdzie jest mój dom — zastanawiał się Jezus. — Gdzie ja idę? I dokąd dotrę? — Kto mnie tu będzie nauczał? — zadawał sobie pytania, pełen nadziei na spotkanie owianych tajemnicą i legendą nauczycieli.


Wreszcie dotarli do miasteczka. Jechali jego ulicami poprzez korowód barwnie ubranych ludzi, którzy też patrzyli na nich zaciekawieni. Niektórzy się do nich uśmiechali, inni ich pozdrawiali albo zachęcali do zakupu potrzebnych im rzeczy. Dzieci biegały dookoła nich, tworząc harmider i atmosferę zabawy.

Wreszcie dojechali na obrzeża dużego targu i zatrzymali się przy okazałym straganie. To był ich cel na dzisiaj. Dotarli do kupca, który zamówił dużo towarów. Przewodnik zsiadł z wielbłąda, a za nim inni. Z budynku wyszedł im na spotkanie bogato ubrany mężczyzna z lekkim brzuszkiem. Gdy tylko ujrzał przewodnika, uśmiechnął się solidnie i rozwarł ramiona na powitanie.

— Witajcie! Witaj Mateuszu. Przyjechałeś jak zapowiadałeś — ucieszył się kupiec.

— Witaj. Bóg pozwolił nam szczęśliwie dojechać — przewodnik karawany pokłonił się przed nim, zanim się uściskali. — Przywiozłem wszystko, o co prosiłeś.

Jezus zbliżył się do rozmawiających, aby przypatrzyć się rysom jego ciekawej twarzy.

— A kimże jest ten młodzieniec? — zapytał kupiec.

— To Jezus, syn mojego znajomego. Przyjechał tu, aby zobaczyć, jak wam się tu żyje w tych odległych od nas krainach — mrugnął porozumiewawczo do niego okiem.

— Witaj młodzieńcze — powiedział radośnie. — Jak widzisz, Bóg jest dla nas łaskawy i daje nam wszystko — kupiec rozłożył swe ręce, pokazując wszystko dokoła.

Obok nich przechodziła właśnie niezwykle piękna kobieta, która również była ciekawa nowych przybyszów. Uśmiechnęła się nieznacznie do Jezusa i spojrzała na niego swymi anielskimi oczami. Jezus również na nią spojrzał i nagle, w mgnieniu oka, przez chwilę ujrzał w jej twarzy twarz swojej zmarłej żony. Zaskoczony potrząsnął delikatnie głową i zamrugał oczami. Znów widział przed sobą tylko piękną hinduskę, której uśmiech był zaproszeniem do jej serca.

Kupiec, widząc to, mrugnął okiem do przywódcy karawany, a do Jezusa powiedział:

— Zapewniam cię młodzieńcze, że znajdziesz tu wszystko, czego potrzebujesz — zaśmiał się serdecznie. — Iluż mu podobnych, wiedzionych nadzieją na spotkanie przygody ich życia osiadało tutaj zwabionych niczym owady przez barwne i wonne kwiaty tutejszych kobiet. W końcu każdy lgnie do piękna i miłości, o której serce marzy, a poeci wypisują wiersze, szeptane potem ukochanej prosto do spragnionych uszu — pomyślał.

— Podobno kobiety zakochują się przez słuchanie — powiedział kupiec. — Dobrze będzie jak się poduczysz trochę tutejszej mowy — poklepał Jezusa po ramieniu. — No tak, my tu sobie gawędzimy, a czas towary zdejmować — zatarł ręce ucieszony kupiec. Następnie zaklaskał w dłonie i zaraz potem z domu wyszło dwóch młodych mężczyzn.

— Pokażcie naszym gościom, gdzie mają zanieść towary — powiedział do nich. — A i dbajcie o to, aby się nic nie zniszczyło.

Młodzieńcy poszli i zaczęli pomagać zdejmować pakunki z wielbłądów. Pokazywali też, gdzie członkowie karawany mają zanosić towary. Kupiec zaprosił gestem dłoni przywódcę karawany i Jezusa do środka domu. Ci skłonili mu się lekko, dziękując za zaproszenie i weszli do środka.

Widok, który ujrzeli odbierałby mowę każdemu. Jezus jak urzeczony patrzył na te piękne dywany i sukna, które wyściełały ławy i kanapy. Zdobne naczynia i oręż na ścianie wskazywała, że kolekcjoner ich jest człowiekiem nader majętnym i ma dobry gust. Wszystko wewnątrz oscylowało wokół kolorów złotego i zielonego. Było to iście królewskie wnętrze.

Zasiedli wygodnie, a służąca podała im herbatę i smakołyki — suszone owoce i pieczone płaskie chleby.

— Zostaniecie u nas na dłużej? — zapytał zajadając się kupiec.

— Jutro ruszymy w stronę gór — odparł przewodnik. — Jezus jest bardzo ciekawy tych stron.

— Może chcesz zostać joginem? — zaśmiał się serdecznie.

— Z chęcią zapoznam się z naukami waszych świętych mężów — pokiwał głową Jezus. — Może i sam nim kiedyś zostanę.

— On czuje się jak ryba w wodzie w sprawach Boga, wiary i modlitwy — dorzucił przewodnik.

— Bacz zatem Jezusie, by cię wcześniej jakaś panna nie złapała jak rybę w swoje sieci — powiedział serdecznie kupiec i wszyscy się zaśmiali.

— Jedynie Bóg może być tym rybakiem — powiedział jednak po chwili Jezus, choć oni nie wzięli tego na poważnie, zajęci jedzeniem i popijaniem aromatycznego napoju.

— Boga u nas podobno można spotkać na każdym kroku — odezwał się po chwili kupiec.

— Zatem będę tu długo wędrował, bo chcę poznać wszystkie Jego ścieżki — powiedział z namysłem Jezus.

Na takich rozmowach upłynął im cały wieczór. Tym razem zamiast rozgwieżdżonego nieba nad sobą, miał wokół siebie przepych godny królów. Spał na miękkiej tkaninie w kolorze złota i zieleni. Jej barwy utulały go do snu i koiły. Poczuł, że dobrze zrobił, że tak wybrał i tu przybył. Jego serce mówiło mu, że zacznie się tutaj coś ciekawego i istotnego. Sen nadleciał jak sowa. Cicho i niepostrzeżenie. Zasnął więc spokojnie, ukołysany jego skrzydłami.


Rano zebrali się szybko. Pożegnanie nie trwało długo. Kilka uścisków, życzeń powodzenia i szczęśliwej podróży, po których wsiedli na wielbłądy i ruszyli dalej w odwiecznym rytmie kroków okrętów pustyni.

Jeszcze długo czekali na wschód słońca. A gdy się ukazał, mogli nacieszyć się widokiem pięknych gór dookoła, które teraz wspaniale się zieleniły. Ich majestatyczne zarysy na tle nieba robiły piorunujące wrażenie. Nie to jednak zaprzątało głowę Jezusa. Niedługo mieli się rozstać. Droga, którą jechali stawała się coraz bardziej stroma i wąska, tak, że od czasu do czasu wielbłądy miały trudność z przejściem dalej.

Aż w końcu stało się — dojechali do rozwidlenia dróg, o którym wspomniał mu wczoraj przewodnik. Jezus westchnął ciężko. Przyzwyczaił się już do wspólnej wędrówki i polubił swoich towarzyszy. Ludzi i zwierzęta. Przeżyli razem wiele i wiele też przeszli, a droga uczy pokory i wspierania się nawzajem. Rozumiał jednak, że tak musi być, jeżeli chce się dojść do swojego celu. Przywódca karawany zatrzymał przy nim swojego wielbłąda. Odsłonił swą twarz, którą chronił przed palącym słońcem i powiedział spokojnie:

— Tutaj nasze drogi się rozchodzą. Dalej możesz iść już tylko pieszo.

— Dobrze mi to zrobi. Prawie przyrosłem do tego wielbłąda — próbował zażartować Jezus, ale było mu smutno. — Być może już nigdy się nie zobaczymy. Kto wie — życie różnie się plecie — pomyślał.

— Pamiętaj, że gdy napotkasz drogę około południa, to masz skręcić w prawo — dawał mu ostatnie wskazówki.

— Tak pamiętam dokładnie, jak tam dojść — zapewniał Jezus, który zapamiętał dobrze wczorajszą rozmowę i rady. Jezus zsiadł ze swego wierzchowca i przytulił się mocno do jego szyi. Wielbłąd zamruczał, jakby mu chciał podziękować za wspólną wędrówkę i łagodność, z jaką się z nim obchodził. Przewodnik rozumiał to dobrze. Sam ze swoim wielbłądem znali się dobrze i lubili. Mogli polegać na sobie w chwilach próby i niebezpieczeństwach. Ufali też swoim instynktom.

Jezus poklepał wielbłąda i zdjął z niego wszystkie swoje rzeczy. Pomocnik przewodnika chwycił uzdę wielbłąda i pociągnął go za sobą.

— Niech cię Bóg prowadzi — powiedział na odchodne przewodnik i uściskał go serdecznie.

— Pozdrów rodziców ode mnie — poprosił Jezus. Przewodnik skinął głową. Inni pożegnali się z nim już wcześniej. Teraz tylko życzliwie na niego patrzyli, życząc mu powodzenia w tych niedostępnych górach. Karawana ruszyła dalej.

Jezus podniósł rękę w geście pożegnania.

— Powiem twemu ojcu, że poszedłeś szukać świętych mężów nad Gangesem — rzucił odwracając się przewodnik.

— Wrócę tak szybko, jak będę mógł — zapewniał, gdy karawana znikała za zakrętem drogi.

Pozostał sam w dalekiej krainie. Przed nim była zupełnie nowa droga. W dodatku piesza. Dobrze, że słońce było w zenicie. Dzięki temu miał przed sobą dużo czasu na znalezienie schronienia na noc. Mógł też spokojnie przyjrzeć się okolicy.


Szedł górską ścieżką już wiele godzin. Gdzieniegdzie słyszał poruszające się w gęstwinie zwierzęta. Ale ich nie widział. Powoli przywykł do tej ciszy, która go otuliła. Podobno dopiero po kilku dniach przeciętny człowiek przyzwyczaja się do ciszy. Nie wszyscy jednak ją akceptują i cieszą się z jej towarzystwa. Mówi się, że człowiek jest istotą społeczną, potrzebuje więc towarzystwa innych, a poza tym przyzwyczaja się do hałasu, jaki wytwarzają jego własne myśli. Jemu również krążyły po głowie najróżniejsze pytania, spostrzeżenia, lęki i wątpliwości. Na jednym z postojów znalazł dobry kij, który mógł mu posłużyć do wspierania się i obrony. Za pomocą pięknego, zgrabnego noża — podarunku od przewodnika, ostrugał go ładnie. Był zadowolony ze swego dzieła i podziękował naturze za ten podarunek. Posilony, ruszył dalej.

Cisza już nie tylko otulała go z zewnątrz, ale zaczęła przenikać do jego wnętrza. Zasłuchany w szelest liści i poszum wiatru, raźno kroczył, odnajdując swój własny rytm wędrówki. Teraz był swoim własnym wierzchowcem, który niósł go w nieznane. Mógł polegać tylko na sobie, zaufaniu do siebie i Boga, że go dobrze prowadzi. Ufał też przewodnikowi, który kilkakrotnie powtarzał mu, jak ma iść, aby dojść tam, gdzie chciał. Nawet kazał sobie raz powtórzyć szczegółowo plan dróg, które miał mijać. Dobrze, że wtedy to zrobił, bo teraz nie miał problemu z wyborem górskich ścieżek, które go wiodły w dal. Szedł coraz wyżej i wyżej.


Na noc otulał się szczelnie kocem i rozpalał niewielkie ognisko. Czasami opierał się o drzewo i tak zasypiał. Budził się kilkakrotnie w nocy i upewniał się, że duży kij leży obok niego. W nim upatrywał teraz swoje bezpieczeństwo.

Wstawał skoro świt i ruszał dalej. Aby dojść do celu, wiedział, że codziennie trzeba ruszać w jego kierunku. Każdy, nawet najmniejszy krok przybliżał go do niego.


To był kolejny dzień wędrówki. Szedł szlakiem, którym wędrowało przed nim wielu pielgrzymów, wędrowców i wiele zwierząt. Widział gdzieniegdzie ich ślady. Żadnego jednak nie spotkał, poza ptakami. Od kilku dni nie ukazywał się mu żaden sokół. — Czyżbym zboczył ze swej ścieżki — rozważał w swoim sercu. Kroczył jednak raźno do przodu. Nadzieja, która się w nim pojawiła, kwitła coraz promienniej. Z każdym krokiem w te niedostępne góry, czuł, że przybliża się do Boga.

Wreszcie doszedł do niewielkiego rozwidlenia górskich ścieżek. O tym już mu przewodnik nie wspominał. — A może coś mówił, tylko nie pamiętam? — głowił się. Poczuł, aby iść w prawo. Tam też było widać na piaszczystej ziemi więcej śladów. Ucieszył się, gdy po chwili usłyszał, a potem zobaczył niewielki strumień, który przecinał mu drogę. Uklęknął i zaczerpnął dłońmi wodę. Była czysta, przejrzysta i jakże wybornie gasiła jego pragnienie. Otarł sobie usta wierzchem dłoni i spojrzał w niebo na piekące słońce.

Dopiero wtedy zauważył, że z naprzeciwka ktoś mu się przygląda. Od pierwszej chwili, gdy go zobaczył, poczuł dreszcz w swoim ciele. Jakby coś znanego, a jednocześnie tajemniczego było na wyciągnięcie ręki. Mężczyzna, który siedział po przeciwnej stronie strumienia ze skrzyżowanymi nogami, był oparty plecami o drzewo i uśmiechał się do niego przyjaźnie. Miał około pięćdziesięciu lat, długie, czarne włosy do ramion, wąsy i brodę. Wyglądał jak prawdziwy mistrz. Dostojnym gestem pokazał Jezusowi, aby usiadł obok niego. Jezus przekroczył raźno strumień.

— Witaj Jezusie — powiedział do niego, gdy się zbliżył.

— Skąd znasz moje imię? — zapytał zaskoczony.

— Powiedział mi je pewien sokół, który zagląda w te strony… — powiedział niedbale.

Jezusowi aż szczęka opadła ze zdumienia. — Czyżby ten człowiek znał wszystkie moje tajemnice? — zastanawiał się.

On widząc jego konsternację, postanowił być prostolinijny.

— W głębokiej medytacji usłyszałem twoje imię i ujrzałem cię, jak idziesz w tym kierunku — powiedział po prostu mocnym głosem.

— I co jeszcze zobaczyłeś? — zaciekawił się Jezus.

— Że masz w swoim zawiniątku pyszne jedzenie — uśmiechnął się serdecznie.

Jezus także szczerze odwzajemnił swój uśmiech. Na takich ludzi jak on czekał i za takimi tęsknił. — Czyżby moja dusza wreszcie mogła zaznać tu ukojenia? — zadawał sobie pytania, siadając przy nim.

Jezus wyciągnął z zawiniątka jedzenie i podzielił się nim tym, co miał.

— To cudowne — powiedział jedząc. — Też chcę się tego nauczyć.

— Mogę cię nauczyć wielu dobrych rzeczy, ale jeszcze więcej możesz nauczyć sam siebie — powiedział poważnie Mistrz.

— Jak?

— Naucz się słuchać Boga we własnym sercu, a nie będziesz potrzebował mądrości płynącej z zewnątrz — powiedział, powoli żując pokarm.

— Kim jesteś? — zapytał go niecierpliwie Jezus. Chciał wiedzieć, czy to z nim miał się spotkać i czy to on pojawiał mu się czasem w snach, ale niewyraźnie jak mgiełka.

— Jestem twoim towarzyszem podróży. Lampą, która daje ci światło, abyś i ty świecił… — rzucił zagadkowo. — Ale teraz zdrzemnij się. Rano ruszamy…

— Jeśli twoje kroki idą ścieżką Pana, pójdę gdziekolwiek idziesz — powiedział Jezus. On tylko skinął głową. Następnie zamknął oczy i oparty o drzewo trwał tak w swej pozycji medytacyjnej. Jezus nie wiedział czy on drzemie czy modli się w skupieniu. Położył się więc przy nim na ziemi i okrył szczelnie kocem. Powoli zapadał zmierzch. Zachód słońca malował na ich twarzach różnobarwne odcienie nieba. Spokój tego wieczora sycił ich ciała i napełniał je wypoczynkiem.


Rano wstali skoro świt. Jezus poczuł delikatne dotknięcie jego ręki na swym ramieniu. Jeszcze nie było wschodu słońca. Cisza gór była oszałamiająca. Można było usłyszeć dokładnie swoje myśli i serce.

Ruszyli w dalszą drogę. Ścieżka wiodła ich coraz bardziej w góry. — Czy ta droga nigdy się nie skończy? — pomyślał po jakimś czasie zasapany nieco Jezus. Jego przewodnik tylko się uśmiechał, czując zmęczenie swego towarzysza. On również długo się zaprawiał do takich wypraw.

— Trening czyni mistrza. Jeżeli chcesz być w czymś dobry — ćwicz codziennie… powiedział. Po chwili też zapytał go: — Do czego chcesz dojść?

Jezus odzyskał jednak już, mimo zmęczenia, swój wigor i dowcip. Z uśmiechem rzucił mu:

— Do celu.

Mężczyzna ukontentowany uśmiechnął się, ale drążył temat.

— A co jest twoim celem? — zapytał.

— Chcę znać odpowiedzi na wszystkie pytania. Chcę wiedzieć, po co żyje człowiek, jaki sens ma cierpienie i miłość. Chcę poznać Boga. Chcę… — kontynuował, ale on mu przerwał, uśmiechając się.

— ...Chcę, chcę, chcę...Twoje pragnienia oddzielają cię od boskiej rzeczywistości. Oczyść umysł ze zbędnych myśli, a osiągniesz spokój i zobaczysz rzeczywisty świat. Myśl tylko o dobru, działaj dobrze i mów dobrze do innych osób, a Bóg otworzy przed tobą wrota swojego królestwa.

Po tych słowach zapadła cisza. Uszli spory kawałek drogi, nim znowu zapytał:

— Czy to jest tak proste?

On wyczuł w jego słowach wahanie, więc dodał uśmiechając się.

— Nawet dziecko może wejść do tego królestwa, a co dopiero taki młody mężczyzna jak ty…

— Więc czemu dotychczas tam nie wszedłem? — ciekawił się.

— Wszystko ma swój czas i swoje miejsce, a każdy skutek swoją przyczynę. Wiele już umiesz, ale nie pamiętasz tego. Po to tam idziemy — rzucił tajemniczo, aż Jezus przełknął ślinę.

— Gdzie? — zapytał, a oczy zaświeciły mu się ciekawością.

Jego przewodnik zatrzymał się i pokazał mu palcem na klasztor widniejący daleko na górze przed nimi. Jezus patrzył na niego, jak urzeczony. Budowla wspaniale wtapiała się w litą skałę. — Więc to tutaj miałem dotrzeć? — pytał siebie. — Chciałem dojść do źródeł Gangesu, gdzie ponoć mieszkają najświętsi mężowie. A oto znalazłem mistrza, który przyprowadził mnie w to miejsce. I ucieszony ruszył dalej za nim.


Około południa dotarli do klasztoru. Weszli przez bramę na jego wielki dziedziniec. Naprzeciw nim wyszedł szczupły mnich. Zatrzymał się przed nimi i składając sobie ręce na piersiach, ukłonił im się.

— Bądźcie pozdrowieni — odezwał się ciepło.

Mistrz również złożył sobie ręce na piersiach i ukłonił się. Jezus poszedł w jego ślady.

— Boskość we mnie pozdrawia boskość w tobie — powiedział.

Mnich ukłonił się ponownie.

— Czy jest Przeor? — zapytał Mistrz.

— Zaraz go zawołam. Poczekajcie tu proszę — powiedział wskazując na niewielką ławę pod murem, tuż przy drzewie.

Usiedli tam, a mnich poszedł w stronę głównej części budynku.

— To święte miejsce — powiedział do Jezusa Mistrz. — Zapoznasz się tu z mądrością tych ludzi. Ledwie Jezus zdołał rozejrzeć się dookoła, a już ujrzeli, jak kroczył dziarsko ku nim stary Przeor.

— Witajcie — powiedział serdecznie. — Cieszę się, że cię widzę — ujął w swoje ramiona Mistrza.

— Bóg dał nam radość ponownego spotkania — patrzyli sobie przez chwilę w oczy. — Przyprowadziłem ci nowego ucznia.

Przeor popatrzył badawczo na Jezusa i kiwnął głową.

— Twoja głowa jest pełna pytań, ale tylko twoje serce może na nie odpowiedzieć. Co ci po mądrości innych, skoro nie słuchasz swojej własnej? — rzucił.

— Jak się tego nauczyć? — zapytał Jezus, rozumiejąc, że znalazł się w dobrych rękach ludzi, którzy wiedzą o co mu chodzi i z czym przybył.

— Powoli… — dowcipnie powiedział Przeor. Mistrz również się uśmiechnął.

— Ucz go. Wrócę, jak przyjdzie czas — powiedział do Przeora. Ten pokiwał głową. Ile to już takich rozmów odbyli. Iluż młodzieńców zawitało w te progi. Jedni na dłużej, inni na krócej, ale wszyscy oni z gorącym pragnieniem serca, aby poznać prawdę i zbliżyć się do zrozumienia absolutu. Przynajmniej na początku mieli zapał. — Zobaczymy, jak będzie z tym uczniem — pomyślał.

— Będzie ci u nas jak w raju — powiedział zaś głośno do Jezusa.


Mnich poprowadził ich do małych pokoików, w których przenocowali. Rano porządnie wyspani, zjedli obfite śniadanie. Jednak ta sielanka nie trwała długo. Mistrz podniósł się od stołu i spojrzał serdecznie na Jezusa.

— Pora mi ruszać — powiedział.

Jezus zasmucił się. Objęli się serdecznie.

— Czy się jeszcze zobaczymy? — zapytał go strwożony.

— Jak Bóg da… — powiedział spokojnie. — Wszystkiego dobrego — powiedział i odszedł pokłonić się jeszcze Przeorowi.

Jezus jeszcze długo patrzył za znikającą w oddali sylwetką odchodzącego górską ścieżką Mistrza. Panorama gór wokół klasztoru była cudowna. I znowu został sam w nowym miejscu. — Czyżbym miał się nauczyć, że cały świat jest moim domem i wszędzie są przyjaźni mi ludzie? — dumał.


Ten dzień przeszedł Jezusowi powoli i leniwie. Przechadzał się po klasztorze, poznawał jego zakamarki i co poniektórych mnichów. Podobno każdy nowy mógł liczyć na taki jeden dzień, w którym robił to, co chciał.

Jezusowi to odpowiadało. Ostatnie dni były nużące. Droga, choć prowadziła go do celu, ujmowała nieco sił. Cieszył się więc teraz spokojem i słońcem, które go opalało, gdy siedział na podwórcu. Nie musiał nawet iść na obiad, bo jakiś pomocny mnich przyniósł mu smaczny posiłek.

Ani się obejrzał, a już był wieczór. Zajrzał jeszcze tylko do głównej sali klasztoru, gdzie trwały modlitwy i medytacje. Przeor spojrzał na niego, a ich oczy się spotkały. Jezus usiadł z boku i przez chwilę przysłuchiwał się temu, co się dzieje. Po pewnym czasie poczuł się jednak senny. Udał się więc do swojego pokoiku i zasnął twardym snem. Jeszcze raz przeżywał w nocy swoją drogę tutaj. Widział też twarze Przewodnika, Mistrza i Ester. Jego wielbłąd jadł mu z ręki. Przewrócił się na drugi bok i śnił dalej.


Był już poranek. Jezus spał w najlepsze. Do drzwi jego izdebki podszedł młody mnich i delikatnie zapukał.

— Jezusie… — powiedział szeptem i nasłuchiwał poruszenia za drzwiami. Ale ono nie nastąpiło.

— Jezusie… — powiedział po chwili już głośniej.

Po chwili słychać było ciche poruszenie wewnątrz. Drzwi się otworzyły i wyjrzał zza nich zaspany Jezus.

— Tak? — zapytał nieprzytomnie.

— Chodź prędko — niecierpliwił się. — Za chwilę poranne modlitwy.

Jezus w oka mgnieniu oprzytomniał. Ubrał się i szybkim krokiem podążył za nim. Weszli na dziedziniec świątyni. Było tam już sporo mnichów siedzących po turecku. Przeor siedział w centralnym miejscu, na podwyższeniu. Młody mnich i Jezus usiedli koło innych. Przeor z radością powitał ich skinieniem głowy i zaczął intonować śpiew mantry.

— Ooommm… — usłyszeli z jego ust odwieczną pieśń wszechświata, tajemny dźwięk, którym ponoć wibrują wszystkie jego cząstki.

Po chwili pozostali mnisi, a wraz z nimi młody mnich i Jezus podjęli monotonny śpiew.

Głośne i wibrujące ooommm słyszane było w całej dolinie przed klasztorem. Góry majestatycznie przyjęły tę wibrację i przekazały ją dalej swoim siostrom i braciom. Po kilku minutach śpiewania tej mantry, ciało Jezusa odczuło jakąś zmianę. Poczuł się lekki. Jego głowa, która dotąd nieco sennie opadała mu na piersi, teraz jakby nic nie ważyła. Wyprostowała się, a jego szczęki nieco się rozluźniły. W naturalny sposób przyjął najwygodniejszą dla siebie pozycję. Czuł, jak wzdłuż kręgosłupa płynie jakieś ciepło. Zatopił się w nim i pozwolił na to, aby stało się to, co trzeba.

Na koniec porannej medytacji Przeor sam zaintonował dziewięć razy świętą mantrę. Mnisi zaczęli grać na gongach i rogach. Jakby na ten sygnał nad górami ukazało się słońce. Otuliło ono ciepłą barwą wszystkich mnichów. Jezus uśmiechnął się zadowolony. Poczuł się dobrze — świeży i wypoczęty.

Po chwili na placu zaległa całkowita cisza. Słychać było tylko szelest liści dalekich drzew i lekki poświst wiatru. Cisza ta przenikała do serc każdego, a zwłaszcza Jezusa. Trwał tam jeszcze w pozie do medytacji, podczas gdy inni mnisi zbierali się powoli do swoich codziennych zajęć.


Jezus wstał znacznie później. Rozprostował kości i rozejrzał się wokół. Dostrzegł zaraz Przeora, który siedział na ławie i gestem wskazał mu miejsce obok siebie. Jezus ruszył w jego kierunku.

— Sylaba Om oznacza cały świat — rozpoczął, nim ten zadał mu pytanie. Wskazał też ręką na wszystko wokół.

— Zawiera w sobie trzy części, z których się wszystko składa — kontynuował.

— Jakie? — zaciekawił się.

— Och, to można różnie rozpatrywać — wyjaśniał. — Wyznawcy hinduizmu mówią o trzech aspektach Boga — Brahmie, Wishnu i Siwie. A bardziej wtajemniczeni o stwarzaniu, trwaniu i przekształcaniu — odwiecznym procesie, który zachodzi w tym świecie, którego częścią jesteśmy.

— Wierzycie w trzech bogów? — zapytał.

— Jeden Bóg ma wiele cech — wyjaśniał cierpliwie Przeor. — Część z nich została ubrana w takie, bardziej namacalne symbole, aby ludzie mogli bardziej zrozumieć i kontemplować naturę Boga.

— Ile jest tych cech? — pytał zaciekawiony Jezus, pilnie kontynuując swoją naukę.

— Nieskończenie wiele, ale dla nas najważniejsze jest, aby rozwijać te najważniejsze: miłość, dobroć, współczucie, pokój, radość, prawdę i mądrość — mówił łagodnie Przeor.

— Czemu ludzie nie są szczęśliwi? — próbował sięgnąć głębiej.

— A czemu ubranie staje się brudne? — zapytał go z uśmiechem.

— Bo przylegają do niego nieczystości — odpowiedział pierwszym skojarzeniem.

— Tak samo jest z ludźmi — rozłożył ręce Przeor.

— Jak zatem się oczyścić? — dociekał Jezus.

Przeor uśmiechnął się. Jak wiele razy słyszał to pytanie. Kolejne osoby przychodziły do niego po te same odpowiedzi. — Ludzie są różni, mają różne ubrania i potrzeby, ale pytania wciąż te same. Najprostsze z możliwych, a jednocześnie najtrudniejsze do odpowiedzenia na nie — przemknęło mu przez głowę, dlatego po wdechu i wydechu odpowiedział:

— Poprzez dobre uczynki wypływające prosto z serca, dobrą, łagodną mowę, dobre intencje, myśli i czyny, czyli poprzez odpowiednie kształtowanie swojego umysłu… No i — zrobił pauzę — nie zapominaj o praniu odzieży.

Jezus się uśmiechnął. Dobrze wiedział, że humor wszędzie wnosi porozumienie. Cieszył się, że trafił na takiego nauczyciela, który też to rozumie i stosuje.

— Co jest najważniejsze? — zapytał po chwili swego przewodnika.

— Najważniejsza jest medytacja, osobiste doświadczanie Boga.

— Jak medytować? — zaciekawił się.

— Jeśli już nawiążesz kontakt z Bogiem i poczujesz Go w sobie, wtedy wszystko jest medytacją. Ale na początku wystarczy oddychać — rzucił prosto.

— Oddychać? — nie dowierzał mu Jezus.

— O tak, ale świadomie — uzupełnił Przeor. — Usiądź tutaj — wskazał mu dobre miejsce, w którym pokolenia jemu podobnych siadali, aby rozpocząć głębszą medytację. — Zamknij oczy — polecił. — Teraz robiąc wdech mów sobie w myślach „dobre wdycham” lub „dobro wdycham”. Kiedy wydychasz, mów „złe wydycham” albo „zbędne wydycham”. Wyobraź sobie, jak wraz z każdym oddechem wchodzi do twojego ciała złota, ożywcza moc Stwórcy. Ta moc przenika cię całego, wypełnia swoją siłą i oczyszcza z wszelkich złych myśli, uzdrawiając każdą komórkę twojego ciała. Wprowadza pokój, radość i błogość. Oraz boski spokój…

Jezus słuchał go, jak urzeczony. Spijał każde jego słowo jak nektar i sycił się ich mocą. Usiadł i zamknął oczy. Jego pierś wypełniła się miarowym, głębokim oddechem.

— Oddychaj tak do południa — polecił Przeor. — Obserwuj swoje myśli i emocje. Bądź ich świadomy. Przyglądaj się im tak, jakby były obłokami na niebie twojego umysłu. Nie chwytaj żadnego z nich. Jesteś tylko obserwatorem… Ćwicz — powiedział i bezszelestnie odszedł.

Jezus głęboko oddychał z zamkniętymi oczami. Utrzymywał proste plecy i kręgosłup, tak jak mu wcześniej polecił Mistrz. Po chwili zapomniał, że siedzi i ma ciało. Jego świadomość skupiała się tylko na oddychaniu. Był wdechem i wydechem. Powietrze, które opływało góry wokół niego, wkraczało teraz świadomie w jego płuca. Pozwolił ciału, aby odnalazło naturalny rytm oddechu. Po chwili zapomniał już nawet o tym, że oddycha. Po prostu był.


Tak mijały godziny. Słońce zmieniało swoje miejsce na niebie, a pracowici mnisi spoglądali czasem na Jezusa, który wytrwale trwał w skupieniu na swoim miejscu.

Czasami przelatały nad nim ptaki. Dałby wiarę, że słyszał znajomy odgłos sokoła. — A może to tylko moja dusza szybowała gdzieś w przestworzach? — przemknęło mu przez myśl i znowu zatopił się w medytacji oddechu.


Usłyszał nieśpieszne kroki. Poczuł, aby otworzyć oczy. Przed nim stał młody mnich.

— Przeor cię wzywa — powiedział. — Czas na posiłek.

Jezus skinął mu głową, dziękując. Powoli rozprostował ręce, które dotychczas trzymał w jednej pozycji. Następnie nieśpiesznie wstał i delikatnie roztarł swoje nogi, aby pobudzić w nich krążenie. Mnich czekał na niego cierpliwie. Poszli razem do wnętrza klasztoru.

Mnich prowadził go znanymi sobie skrótami i korytarzami, aż weszli do wielkiej sali jadalnej. Siedziało tam wielu mnichów. Jezus dostrzegł siedzącego pośrodku stołu Przeora i ukłonił mu się. Przeor wskazał Jezusowi miejsce koło siebie.

— Siadaj razem z nami — zaprosił go. — Pora się posilić. Nasze ciało jest jak osiołek dla duszy, która jest jeźdźcem. Jeśli zagłodzisz swojego osiołka daleko nie ujedziesz — powiedział, a na jego twarzy zagościł ten sam, szczery i promienny uśmiech, pochodzący gdzieś z głębi jego serca.

Jezus chętnie usiadł. Zaczął jeść, bo medytacja nadwątliła jego siły. Nie był przyzwyczajony do trwania w bezruchu przez długi czas. Myśli, które zaczęły mu się pojawiać czasem bywały natrętne. Nie dało się ich odegnać jak uprzykrzonych much, które chętnie przylatują do ludzi — przelatywało mu wtedy przez głowę.

— Masz dar — pochwalił go Przeor. — Wytrwałeś w medytacji wiele godzin. A systematyczna praktyka jest początkiem sukcesu duchowego.

— Chcę się wszystkiego od ciebie nauczyć — powiedział wygłodniały Jezus.

— Nauczysz się — pokiwał spokojnie głową. — Odtąd będziesz praktykował tę medytację każdego ranka po porannych wspólnych modlitwach. A gdy dojdziesz do wprawy, rozpocznij swą praktykę również podczas chodzenia. Możesz też zarówno wdychać, jak i wydychać dobro.

Jezus pokiwał głową, rozumiejąc jego intencje. Chciał przyśpieszyć jego rozwój, bo wiedział, że nie spędzi tu całego życia, jak mnisi, którzy tu mieszkali. Widać to jeszcze nie jest to miejsce, do którego zmierzał, a tylko ważny przystanek na jego drodze do celu.

Dalej jedli już w milczeniu.


Rytm życia klasztornego dobrze robił Jezusowi. Dawał oparcie i napełniał spokojem. Lubił to miejsce i milczących zazwyczaj mnichów. Dał się prowadzić losowi, bo wiedział, że ręka Najwyższego stale nad nim czuwa.


Polubił również bardzo przechadzki z Przeorem po okolicy, bo podczas nich, niby mimochodem, przekazywał mu on najświętsze, proste prawdy.

Dziś również wybrali się w góry.

— Jeżeli w twoim umyśle pojawiają się złe, niepokojące cię obrazy — zaczął, gdy podeszli do drzewa — możesz nie zwracać na nie uwagi, możesz stworzyć w umyśle pozytywne, przeciwne im obrazy lub też znaleźć w umyśle źródło, korzeń, z którego wyrosło takie negatywne wyobrażenie.

— A jeśli znajdę taki korzeń, to co z nim zrobić? — zaciekawił się.

— Wyrwij go — powiedział prosto Przeor. — Chwastów w umyśle nie potrzebujemy. Zasadzaj w swoim umyśle i życiu tylko dobre ziarna, albowiem pamiętaj, że zgodnie z prawem: co zasiejesz, to będziesz potem zbierał.

Jezus słuchał uważnie wszystkich jego słów. Przeor mówił inaczej, niż jego nauczyciele z domu rodzinnego. Tamci bardziej skupiali się na prawie i poprawnym jego rozumieniu, a ten proponował mu zajrzenie w głąb siebie, swoje emocje, uczucia i myśli.


Szli dalej piękną górską doliną, którą płynął niewielki strumień. Wokół nich szumiał i napawał ciszą wspaniały las. Majestatyczne drzewa komponowały się pięknie z wyniosłymi górami. — Ich szczyty wpatrywały się w niebo — prosto w oczy Boga — pomyślał.

— Piękny jest ten nasz świat — powiedział Jezus.

— A co widzisz? — zapytał go z uwagą Przeor.

— Piękne drzewa wokół, cudowne góry, czyste strumienie, wspaniałe zwierzęta i dobrych ludzi — spojrzał na niego.

— To, co widzisz jest tylko odbiciem aktualnego stanu twojego umysłu — wyjaśniał spokojnie.

— Jak to? — dziwił się temu. Czyż nie widział trwałych obiektów przed sobą?

Przeor uśmiechnął się delikatnie. Westchnął i powiedział:

— Czy bolał cię kiedyś brzuch albo ząb? A może czułeś kiedyś wielki ból po stracie kogoś? — dokończył delikatnie.

— Tak — powiedział szeptem Jezus.

— I jak wtedy wyglądał twój świat? — dopytywał się.

Jezus pokiwał głową, rozumiejąc.

— Widzimy to, co mamy w umyśle — kontynuował Przeor — dlatego dla dobrych, świat jest dobry, a dla złych zły, choć żyją obok siebie. To nie warunki zewnętrzne czynią ich świat takimi. To ich własne umysły, zawierające zło lub dobro, sprawiają, że tak go oni postrzegają… Dlatego, aby zmienić świat należy najpierw… — zawiesił swój głos wyczekująco i spojrzał na Jezusa.

— Zmienić samego siebie… — powiedział powoli Jezus.

— Otóż to — potwierdził Przeor i położył mu rękę na ramieniu.

Trafił na pojętnego ucznia, który wszystko chwytał w lot. Jego umysł dojrzał już do zmiany. Dlatego tu się pojawił.


Odwieczny rytm przemiany wszechświata i ludzi dokonywał się stale. Przychodzimy tutaj na chwilę, robimy, co możemy i odchodzimy cichutko na paluszkach, nie zabierając ze sobą niczego materialnego. Tak przynajmniej był uczony i sam w to wierzył, choć wiedza — pewność, co do jakiegoś faktu jest zdecydowanie lepsza. Wiedział o tym. Te tematy zawsze budziły żywe zainteresowanie. Może dlatego, że ponoć nikt stamtąd nie wrócił, przynajmniej nie w tej postaci. A jeżeli ktoś wrócił nie zmieniony, to może wcale nie umarł, tylko był w letargu. Co do tego nigdy nie ma pewności — zastanawiał się. Osobowość po każdym życiu była przekształcana i jeśli jakiś umysł nie doznał oświecenia, zaczynał ponownie swoją ziemską egzystencję, wcielając się w odpowiadające jego energetyce, potrzebom i możliwościom ciało.

Przeor westchnął głęboko. Oto prowadził kolejną osobę ścieżką mądrości i wiedzy. Kolejną, która zawitała tu na tak krótko. Cóż… widać takie jest życie i tak ma być. Być może on nie potrzebuje tylu lat medytacji i odosobnienia, aby pogłębić swój wgląd w naturę rzeczy… — dumał, gdy wracali do klasztoru.


Jednak okazało się, że „krótko” jest bardzo rozciągliwe. Minęło już kilka lat, odkąd Jezus codziennie o tej samej porze rozpoczynał modlitwą i medytacją swój dzień, a potem szedł pomagać w kuchni, albo do biblioteki klasztoru, w której znalazł wiele interesujących go pism. Najpierw jednak mozolnie musiał się nauczyć języka, w którym były pisane. Przeor i sympatyczny mnich, który się nim opiekował, bardzo mu w tym pomogli.


Jezus przeglądał tego dnia kolejne zwoje pergaminu. Wokoło niego na półkach leżały różnorodne zwoje. Niektóre naprawdę bardzo stare. Do sali wszedł Przeor. Ucieszył się, widząc, z jaką pilnością Jezus pochłaniał pisma.

— Nad każdą myślą zawartą w tych naukach mógłbym medytować całe lata. Jak to wszystko objąć? — powitał go Jezus.

— Jeśli nie możesz zjeść owocu, wyciśnij chociaż sok — obdarzył go kolejną złotą myślą Przeor.

Oczy Jezusa rozbłysły.

— Zatem, gdybyś miał mi przekazać najważniejszą prawdę, to co by to było? — zaciekawił się.

— Bóg jest… Przeor uśmiechnął się.

— Bóg jest? — zapytał, nie chwytając, o co mu chodzi.

— …miłością i przenika nasze serca — dopowiedział. — Przenika wszystko i jest wszędzie. Pokochaj Boga, pokochaj samego siebie i innych, a Bóg sam zadba o to, aby wszystko szło w twoim życiu jak najlepiej — dokończył swą myśl.

— Opowiadałeś mi kiedyś o tym wielkim nauczycielu — Jezus ciągnął go za język. — Czy on naprawdę osiągnął oświecenie?

— Tak. Stał się całkowicie wolny od wszelkich pragnień, pożądań i niechęci do czegokolwiek. Jego serce stało się czyste jak woda w strumieniu, a Bóg stale dolewał mu świeżej wody swej miłości wprost z niebiańskiego szczytu.

Przeor przesuwał w powietrzu swoją dłoń i poruszał palcami od czoła aż do pasa, stopniowo oddalając ją od ciała i naśladując tym samym przepływ strumienia wody.

— Co mam robić, aby to osiągnąć? — zadumał się Jezus.

— Poznaj samego siebie. Poznaj naturę swojego umysłu i dobrze z niej korzystaj — zachęcił go.

— A jaka jest natura mojego umysłu? — drążył temat.

— To możesz odczuć tylko poprzez głęboką medytację — powiedział spokojnie Przeor. — Ale mogę ci powiedzieć, bo… niedługo opuścisz to miejsce… — wyznał, a Jezus się głęboko zdumiał, słysząc jego słowa.

— Jeszcze tyle muszę się nauczyć — zaprzeczał mu, rozglądając się po licznych księgach, które były tu zgromadzone.

— Tak, ale już nie tutaj — zawyrokował. — Możesz swobodnie czerpać wodę mądrości z każdego dobrego źródła.

— Inni spędzają tu całe życie, a ja dopiero…

— Jeśli uczysz się tylko u jednego rzemieślnika, możesz nauczyć się tylko tego, co on sam umie — wskoczył mu w słowo. — A przecież nie musi wiedzieć wszystkiego… — dokończył tajemniczo.

— Zatem umysł składa się z trzech części — kontynuował Przeor. — Jedną z nich nazywamy „średnim ja”. To jesteś ty, Jezus, z którym teraz rozmawiam. Druga część, to „niższe ja”, które zawiera wszystko to, co przeżyłeś, usłyszałeś, widziałeś lub odczułeś kiedykolwiek. Wielu z tych rzeczy nie pamiętamy. To najczęściej z „niższego ja” pochodzą nasze lęki, zwątpienia i brak wiary. Twoje „wyższe ja” to cząstka ciebie, która bezpośrednio styka się z Bogiem i sferą boskości. Poprzez nią spływają do ciebie od Niego wszelkie dary i błogosławieństwa.

— Skoro jest tak, jak mówisz, to dlaczego Bóg stale nie wypełnia mnie miłością, a mojego życia cudami? — Jezus był pełen wątpliwości.

— No właśnie, dlaczego? — podsycał jego ciekawość i wgląd.


Naraz twarz Przeora się zmieniła. Uśmiechnął się serdecznie. Z tyłu, za plecami Jezusa ukazał się Mistrz, który cicho do nich podszedł.

— Wciąż zadajesz pytania… — powiedział miękkim głosem.

Jezus odwrócił się i z uśmiechem przywitał się z Mistrzem, rzucając mu się w ramiona.

— Mistrzu… — to jedyne, co mógł z siebie teraz wykrztusić. Łzy wzruszenia odebrały mu chwilowo mowę.

— …I wciąż szukasz odpowiedzi na zewnątrz siebie — zakończył z lekkim wyrzutem Mistrz.

— Dużo już wie i dużo umie — bronił go Przeor.

Mistrz słysząc te słowa pokiwał tylko głową.

— Dlatego pora mu iść dalej… — jego wzrok zanurzony w oczach Jezusa był jednoznaczny. Musiał się pakować.


Przez dwa dni Mistrz gościł w klasztorze, a Jezus przygotowywał się do drogi. Pożegnał się z wszystkimi mnichami, a najgoręcej z Przeorem. Podziękował mu szczerze i z głębi serca za wszystko dobro, którego tutaj doświadczył. Przeor miał łzy w oczach. Wiedział, że miał w swoich rękach perłę, która miała potoczyć się dalej w świat, aby nasycać go mądrością, miłością i szczęściem. Rozumiejąc to, pokiwał tylko głową, gdy Jezus wychodził z jego sali. — Nie można trzymać skarbu w ukryciu. Musi on świecić przykładem dla innych — rozmyślał, przechadzając się w milczeniu po sali. Założył ręce z tyłu i wpatrywał się oniemiały w jego przyszłość.


Jezus jeszcze raz chciał odwiedzić te miejsca, które były mu drogie i świadkiem jego wahań, wątpliwości i przemiany duchowej. Dotykał tych drzew i skał, które przez te lata towarzyszyły mu jak najlepsi przyjaciele. — Czy nie wam powierzałem swe smutki i nadzieje? — mówił w duchu. — Dziękuję wam bracia i siostry za wszelkie wsparcie i opiekę.

Przytulił się jeszcze do ulubionej sosny, przy której często medytował i trwał tak długo, z uchem i sercem przy niej, wsłuchując się czule w rytm jej życia. Chciał chociaż cząstkę jego zabrać ze sobą w dalszą podróż. Po chwili jednak poczuł, że pora już wracać. Przesunął jeszcze palcami po jej korze i skierował się w stronę klasztoru.

Słońce skłaniało się już ku zachodowi, gdy doszedł do budynku, który zaczęła spowijać gęsta szarość nadchodzącej nocy.

Kiedy po raz ostatni wszedł do swej małej izdebki, wzruszył się głęboko. To tutaj przez ostatnie lata rozmyślał i medytował. Cały ten spędzony w tym miejscu czas, mignął mu teraz przed oczami i wydawało mu się, jakby przeszło zaledwie kilka dni. Tak niedawno Mistrz przyprowadził go tutaj i oddał w ręce Przeora, który cierpliwie kształtował jego umysł aż do dzisiaj. I ponownie zabierze go stąd w nieznane. — Czyżby droga mojego życia to było pasmo niespodzianek i nieprzewidzianych wydarzeń? — Dlaczego życie wciąż gdzieś mnie gdzieś gna i tak szybko zostawiam za sobą ludzi, miejsca i wydarzenia? — zastanawiał się, zasypiając. Dałby wiarę, że tuż przed zaśnięciem przez chwilę poczuł na swoim policzku strumień powietrza, jakby jakichś skrzydeł, a w uszach usłyszał odgłos lecącego gdzieś w oddali sokoła.


Był poranek, kiedy wyruszyli z Mistrzem tą samą drogą, która go kiedyś tu przywiodła. Szli raźno. Mistrz narzucił zdecydowane tempo marszu. Znaczyło to, że mieli do przebycia daleką drogę. Jezus obejrzał się jeszcze raz i spojrzał na majestatyczny klasztor na tle gór. Chciał zapamiętać tę chwilę, by móc ją sobie przypominać wtedy, gdy będzie potrzebował siły i wsparcia. Nabrał głęboko powietrza w płuca i powoli je wypuścił. Czuł, że jego czas pobytu tutaj już przeminął. Życie wzywało go dalej, a on chętnie podążał za jego zewem.

— Dokąd idziemy? — zapytał po chwili.

— Zobaczysz największe święto religijne — ochoczo wyjaśniał Mistrz. — Co dwanaście lat z najdalszych okolic ściągają na nie ludzie, aby uczyć się od siebie nawzajem i świętować. Będzie dużo pieśni, muzyki i tańców…

— Przywykłem już do ciszy — zaoponował.

— I bardzo dobrze. A teraz nauczysz się zachowywać ciszę wewnętrznego spokoju, nawet gdy jesteś w tłumie — powiedział spokojnie Mistrz.

Jezus spojrzał na niego badawczo.

— Co robiłeś przez ten czas, gdy się nie widzieliśmy? — wypytywał.

Ale Mistrz najwyraźniej nie był dziś skory do wylewnych rozmów. Odparł tylko krótko:

— Doświadczałem Boga.

Potem zapadło długie milczenie, a ich podróż znaczyła się tylko chrzęstem ich stóp na piasku górskiej drogi. Przez cały długi dzień nie zamienili już ze sobą ani słowa. Cisza, która ich otaczała, przenikała do ich serc i umysłów. Jezus poddawał się temu bez zastrzeżeń. Wiedział, że potrzebuje siły, aby po tych latach znowu zetknąć się z ludźmi. Z ich przywarami, dobrymi cechami i całą tą otoczką nieznanej mu jeszcze kultury.


Zanocowali, jak przed laty, przytuleni do drzew i krzewów, wsłuchani w szum lasu i odgłosy przechodzących nieopodal zwierząt. Jezus kontynuował swe ćwiczenia oddechowe do późna w nocy. Mistrz z uznaniem patrzył na niego, ale nic nie dał po sobie poznać. — Na chwalenie przyjdzie jeszcze czas — pomyślał. — Zobaczymy, jak sobie teraz poradzi.

Ukołysani ciszą i szumem wiatru w koronach drzew, błogo zasnęli.


Obudzili się wcześnie. Właśnie wstawało słońce. Jezus lubił ten moment dnia, choć uwielbiał też czasem dłużej pospać. Kochał też zachody słońca. Było w nich coś magicznego, coś co kazało mu długo patrzeć w pomarańczowo-czerwony kolor. Urzekało go zawsze to, że wtedy nawet największe gaduły milkły i oddawały się czystej radości patrzenia na słońce, które miało za chwilę zniknąć za horyzontem. — Czyżby to był jakiś magnes, który przyciąga nasze serca? — rozmyślał.

Najwyraźniej ten odcinek drogi miał przebiegać w milczeniu, bo znowu się do siebie nie odzywali. Cisza, oddech i rytm kroków były ich dzisiejszymi znakami, które zostawiali po sobie na drodze. Zauważył też, że kilka saren nie spłoszyło się na ich widok. — Może cisza ma w sobie jakąś magiczną moc, która obłaskawia nawet zwierzęta? — zastanawiał się.


Około południa idący nieco z przodu Jezus znalazł leżący na drodze owoc. Podniósł go i pokazał Mistrzowi. Ten uśmiechnął się.

— To mango. Dobry znak — powiedział. Jezus schował go do swojego tobołka i ruszyli dalej.


Wędrowali tak około tygodnia. Potem wreszcie wyszli z gór na otwartą przestrzeń. Mijali wioski i ludzi zajętych pracą i swoimi obowiązkami. Niektórzy ich pozdrawiali albo obdarowywali czymś do jedzenia. Jezusowi wydawało się, że niektórzy spośród mijanych osób znali Mistrza, bo rzucali mu się do stóp i je z czcią dotykali.

— To prastary obyczaj w tych stronach — wyjaśniał mu potem wieczorem. — Ludzie wierzą i wiedzą, że w stopach świętego mędrca tkwi cała jego siła i moc. Chcą zatem zakosztować chociaż jej odrobiny, aby ją potem wnieść do swojego życia.

— Czy tak jest w istocie? — zapytał go.

— Sam zobaczysz — uśmiechnął się Mistrz.


Dziś również spokojnie zasnęli. Znajome dźwięki nocy utuliły ich do snu. Tym razem jednak było dużo cieplej. Jednak góry, choć takie majestatyczne, mają w sobie dużo chłodu — pomyślał jeszcze Jezus, nim odpłynął w krainę wszechmożliwości.


Rano pamiętał, że ktoś przyniósł mu jakąś ważną wiadomość. Nie mógł sobie jednak przypomnieć, co to było.

Zebrali się szybko i ruszyli dalej. Tym razem w kierunku miasta. Poranek był nieco chłodny, więc szli ochoczo.


To było duże miasto, choć Mistrz powiedział, że jak na tę krainę, to jest ono niewielkie. Weszli w jego ulice dziarskim krokiem. Jezus sycił się nowymi zapachami i barwami. Ciekawie też spoglądał na tutejszych ludzi, którzy mieli nieco jaśniejszą skórę od tych, których spotykali wcześniej.


Dotarli na główną ulicę miasta. Mijali grupki ludzi stojące w niewielkich oddaleniach od siebie. Szybko zauważył, że tworzyły je podobnie ubrane i zachowujące się osoby.

Nagle po prawej stronie Jezus dostrzegł bardzo chudych trzech mężczyzn siedzących w pozycji medytacyjnej. Ich ciała posypane były popiołem. Siedzieli w bezruchu na palącym już o tej porze słońcu.

— Dlaczego są tacy chudzi? — chciał wiedzieć Jezus.

— To sadhu. Oni wierzą w umartwianie ciała.

Jezus przyglądał im się przez chwilę, po czym ruszył dalej za Mistrzem. Zewsząd wchłaniał ich i otaczał różnobarwny tłum. Jezus ani się spostrzegł, a już byli w barwnym korowodzie tańczących i śpiewających ludzi, będących najwyraźniej wyznawcami jakiegoś bóstwa, którego podobiznę dźwigali na baldachimie.

— To wyznawcy Wisznu — odpowiedział nie pytany Mistrz.

Jezus dał się przez chwilę ponieść wspólnemu tańcowi, a potem dogonił idącego powoli Mistrza. Wszystko dla niego było tu nowe i ciekawe. Syciło jego zmysły i budziło nowe nadzieje oraz pragnienia.

Szli dalej. Po lewej stronie zauważyli tymczasem siedzącego na gwoździach jogina.

— Jak on to robi? — dziwił się Jezus.

— Nauczył swe ciało, by było niewrażliwe na ból — Mistrz powiedział to tak spokojnie, jakby tamten siedział na miękkim, wyściełanym atłasie lub dywanie.

Jezus tylko się uśmiechnął. — Ho, ho — pomyślał. — Przede mną jest dużo nauki.


Nie uszli zbyt daleko, a ich uwagę przykuła grupka joginów, którzy wyginali swe ciała w nieprawdopodobne pozycje. Jeden z nich miał zaplecione nogi jak do pozycji lotosu i chodził na swoich kolanach. Drugi jogin stojąc na rękach miała obie nogi zaplecione z przodu wokół głowy. Trzeci zaś nogi miał splecione w pozycji lotosu i unosił swe ciało na rękach.

Wszyscy byli spokojni, a ich ciała były smukłe, chude i żylaste.

— Oto mistrzowie godni naśladowania — zapalił się Jezus i próbował powtórzyć za nimi ich pozycje, ale Mistrz go powstrzymał gestem. Najwyraźniej nie mieli teraz na to czasu — pomyślał Jezus.

— Jeśli za sprawnością ciała idzie opanowanie swoich zmysłów i pełna władza nad umysłem, to tak — powiedział tylko Mistrz.

— Więc to nie do nich mam się uczyć? — był trochę zawiedziony.

— A co ci mówi serce? — popatrzył na niego uważnie.

Jezus zastanawiał się przez chwilę, ważąc w sobie czy zostać tu jeszcze przez chwilę, ale ostatecznie poszedł za Mistrzem dalej. Weszli powoli w jeszcze większy tłum.

Wszyscy wokół nich byli w religijnym uniesieniu. Skakali, tańczyli i obsypywali się nawzajem płatkami kwiatków. Nieśli figurki albo pozdrawiali się słowem „namaste”.

Idąc dalej oglądali z zainteresowaniem kobietę wykonującą zmysłowy taniec brzucha. Jej wdzięk i sugestywne ruchy skupiły na chwilę uwagę Jezusa. W jej zalotnym spojrzeniu i ruchach bioder zobaczył na chwilę Ester. Łzy zakręciły mu się w oczach.

— Uporaj się z tym — powiedział szeptem Mistrz.

Jezus pokiwał tylko głową. Myślami jednak był gdzie indziej.

— Żyj tu i teraz — dorzucił Mistrz. — Niech twoja uwaga i świadomość będzie skupiona na tym, co aktualnie robisz, a twoja siła i moc wzrośnie, a z czasem będzie wielka. Oczyść swe serce z żalu i zawiedzenia — zakończył i poszli dalej.


Mijali kolejno grupę śpiewających mantry, kramy z jedzeniem, mężczyzn wymalowanych na twarzach i z długimi, poskręcanymi włosami. Zatrzymali się też na chwilę przy wirujących dookoła siebie w rytm miarowego stukania w bębenek derwiszach. Kręcili się jak w transie cały czas w lewo, bez zatrzymywania.

Jezus był zdziwiony i urzeczony ich tańcem. Każdy z nich miał jedną rękę uniesioną lekko do góry, a drugą opuszczoną. Ich wzrok utkwiony był w jakimś niewidocznym punkcie w dalekiej przestrzeni.

— Transy są dobre jedynie do tego, by zapomnieć o rzeczywistości — powiedział Mistrz. — Mogą wywołać ekstazy i moce, ale co po nich temu, kto nie rozumie, czym one są i nie umie nad nimi panować? — zapytał, nie oczekując odpowiedzi. — Niewielu rozumie, że chodzi tu o zjednoczenie z absolutem — powiedział i poszedł dalej.


Chodzili tak aż do południa. Najwyraźniej Mistrz chciał, aby Jezus zobaczył ich wszystkich. Ich barwne, tańce, zwyczaje i modlitwy. Z początku zresztą Jezus był urzeczony i zachwycony. Potem jednak, jak dziecko po dziesiątym cukierku, czuł się przejedzony i przesycony. Co prawda, znalazł się tu — w tej dalekiej krainie na własne życzenie i po to właśnie, aby zobaczyć i odczuć na własnej skórze praktyki duchowe i zwyczaje tutejszych ludzi, ale może harmider dookoła, albo nadmiar wrażeń spowodowały, że nagle wyłączył się. Przestało go interesować to, co na zewnątrz. Ludzie wokół niego skakali, tańczyli i modlili się, albo dzielili jedzenie, a on trwał jakby w zawieszeniu. Całe to święto ze wszystkimi ludźmi wydało mu się teraz tylko snem, który śnił minionej nocy. Obserwował to widowisko, ale bez zaangażowania, wycofany i skupiony na sobie. Zauważył, że w tym stanie myśli pojawiały się sporadycznie i spontanicznie, nie robiąc mu żadnej szkody i nie angażując go w to, co ze sobą niosły. Podążał za Mistrzem i to mu wystarczało. Szedł lekki i wolny, zadowolony z tego, że tłum, mimo, że otaczał go zewsząd, nie miał na niego żadnego wpływu. Osiągnął spokój w tłumie ludzi, o którym wspominał mu wcześniej Mistrz.

Mistrz popatrzył na niego i odczuł, co się z nim stało. Uśmiechnął się zadowolony.

— Pora już… — zamruczał sam do siebie, ale Jezus to usłyszał.

— Na co? — zapytał cicho.


Mistrz nic nie odpowiedział, tylko poszli dalej. Mijali po raz kolejny pewne drzewo, pod którym siedziała grupka uczniów i słuchała wykładu swojego nauczyciela. Jego twarz wydała mu się znajoma. A może po prostu mijali go już kilkakrotnie i zapamiętał jego oblicze? — zastanawiał się.

Dopiero teraz jednak zobaczył majestat i mądrość w tej twarzy. Wstrzymał aż oddech na chwilę, aby mocniej odczuć jego emanację. Nie wyglądał staro. Można powiedzieć nawet, że był młody. Siedział na ziemi, oparty plecami o pień drzewa, które dawało jemu i całej jego grupie odrobinę cienia w ten skwarny dzień.

Jezus wraz z Mistrzem zatrzymali się przy nim — po raz pierwszy dzisiejszego dnia. Wcześniej ich nie przyciągał. Zresztą zarówno on, jak i siedzący wokół niego ludzie, nie robili nic niezwykłego czy widowiskowego. Można rzec nawet, że się w ogóle nie wyróżniali. Siedzieli po prostu i słuchali lub rozmawiali.

Jezus usłyszał, że inni zwracali się do niego „guru”. Mistrz dał Jezusowi znak i podeszli do niego jeszcze bliżej. Wtedy stał się cud. Przestały do nich docierać jakiekolwiek odgłosy innych ludzi, poza tą grupą. Byli jak na małej oazie, pośrodku pustyni ludzkich dźwięków. Stali jakby oddzieleni od reszty szybą, która nie przepuszczała nawet najmniejszego dźwięku z zewnątrz.

Po chwili Guru spojrzał w oczy Mistrzowi. Obaj uśmiechnęli się do siebie i lekko skinęli sobie z szacunkiem głowami.

— Jezusie… — powiedział cicho Mistrz. — Niech cię Bóg dalej prowadzi… — w jego głośnie czuć było wzruszenie i smutek. — Tutaj się rozstajemy — dokończył.

— Jak to? — Jezus był zaskoczony.

— Ja idę swoją drogą, ty swoją — wyjaśnił krótko, ale spokojnie.

— Zostawiasz mnie tu samego? — Jezus na chwilę przypomniał sobie o otaczającym ich tłumie i dalekiej drodze, jaką przebyli tu z klasztoru. Nie był pewien czy byłby w stanie sam tam wrócić.

— Jesteś pod dobrą opieką — Mistrz położył mu rękę na ramieniu i spojrzał z czułością w oczy. — Zawsze byłeś i zawsze będziesz — wargi mu delikatnie zadrżały ze wzruszenia.

— Czy się jeszcze spotkamy? — zapytał Jezus, rozumiejąc nieuchronność tej chwili rozstania.

— Raczej nie w tym życiu — odparł Mistrz, a Jezus momentalnie posmutniał.

Uściskali się serdecznie na pożegnanie. Tutaj już nie potrzeba było słów. Pojął, że właśnie wkracza na nową i nieznaną sobie drogą, którą Najwyższy go prowadził. W swoim sercu poczuł ogromną wdzięczność do Mistrza, który mu tyle dał i nauczył. Był jego przewodnikiem, nauczycielem i mentorem. Najwyraźniej jednak, teraz miało się to zmienić. W swym spojrzeniu umieścił całą swoją miłość i wdzięczność do Mistrza. Ten odczuł to od razu. Uśmiechnął się i pokiwał twierdząco głową. Następnie zarzucił sobie szal na głowę i odszedł, znikając w tłumie ludzi.

Jezus patrzył jeszcze przez chwilę za nim. Miał nadzieję, że zobaczy jego sylwetkę przeciskającą się przez ludzi. Ale nie było mu już to dane. — Najwyraźniej mam go zapamiętać takiego, jak przed chwilą, gdy patrzyłem mu prosto w twarz — powiedział sam do siebie i ciężko westchnął. — Czyż jednak Mistrz nie chciał dla mnie jak najlepiej? — pomyślał i spojrzał na Guru. Choć jego oczy były czarne jak węgiel, dałby wiarę, że przez chwilę widział, jak buchają z nich płomienie światła. Urzeczony Jezus patrzył mu przez chwilę głęboko w oczy. — Czyżby to on teraz miał się stać moim przewodnikiem? — zastanawiał się.

— Bądź pozdrowiony — powiedział i nieco się zbliżył do otaczających go wianuszkiem osób.

Guru lekko mu się ukłonił.

— I ty również — powiedział. Do otaczających go zaś ludzi dodał:

— Na dzisiaj skończyłem. Przyjdźcie jutro, a dokończę wam opowieść.

Wtedy powoli zaczęli wstawać. Każdy z nich wkładał jakiś dar do miski leżącej przed Guru. Jezus zauważył, że jedna z osób położyła kwiat, inna kawałek ciasta, trzecia monetę. Każda z tych osób skłaniała się przed Guru i szła dalej, znikając powoli w tłumie. Po chwili zostali sami, pogrążeni w ciszy.

Wtedy Jezus przypomniał sobie o mango, które zabrał. Szybko je wyjął i położył przed Guru. Ten wziął owoc i oglądał go długo z uśmiechem.

— Mango nazywane jest owocem bogów — powiedział miłym głosem. — Ma słodki sok i miąższ, które nasycą każdego. Czym chcesz się nasycić? — utkwił w Jezusie spojrzenie.

— Chcę doświadczyć Boga? — potwierdził gorąco.

Guru ukroił nożem, który nagle pojawił się w jego ręku, kawałek owocu i podał go Jezusowi.

— Więc jedz — jego głos stał się jeszcze bardziej aksamitny.

Jezus wziął ten kawałek i włożył sobie do ust. Powoli żuł, rozkoszując się słodkim smakiem. Uśmiechnął się i pokiwał głową.

Guru wskazał mu miejsce przy sobie. Pień drzewa był szeroki, więc mogli się razem o niego oprzeć. Teraz obu im udzielało ono wsparcia. Gdy usiadł, zauważył, że mieli stąd świetny widok na zachód słońca. Ta barwna mozaika świateł i chmur przez długie chwile cieszyła ich oczy, aż okryci kocami, zasnęli.


Śniło mu się, że Mistrz prowadzi go do jakiegoś sekretnego miasta, które nielicznym było dane oglądać. Domy były tam z kryształu górskiego, a naczynia ze złota. Pamięta jeszcze, że Mistrz powiedział mu coś bardzo ważnego na odchodne, ale co takiego, tego nie mógł sobie przypomnieć rano, gdy otworzył oczy.


Guru już wstał. Wracał właśnie z porannego obmycia się w świętej rzece. Tam dołączyło do niego kilku słuchaczy z wczoraj. Widząc go Jezus zebrał się i również wstał. Podziękował w myślach drzewu za całonocny odpoczynek i schronienie, którego mu udzieliło. — Najwyraźniej mam się uczyć od drzew ich spokoju, siły i akceptacji — pomyślał.

Guru skinął na niego i poszli dalej.


Miał wrażenie, że dzisiaj były jeszcze większe tłumy świętujących, niż wczoraj. Przeciskali się powoli przez różnobarwny tłum.

Mijała ich procesja z ustrojonymi słoniami, za którymi szli grajkowie. Jezus słyszał już o tych zwierzętach, ale ich wcześniej nigdy nie widział. Był zdziwiony i oczarowany ich wielkością i siłą. A przy tym były takie inteligentne i zręczne. Odważył się nawet dać jednemu z nich kawałek owocu, który mu jeszcze został. Pomalowany na czerwono i złoto słoń przyjął jego dar. Z szacunkiem wziął go trąbą i włożył sobie do paszczy. A potem delikatnie trącił Jezusa koniuszkiem trąby w sam czubek głowy. Wywołało to śmiech u wszystkich wokoło.

— To błogosławieństwo — powiedział Guru. — Najwyraźniej i zwierzęta cię lubią — dodał zadowolony.

Szli dalej, mijając siedzących przy drodze różnych mistrzów — guru, którzy przemawiali, błogosławili innym i medytowali. Wszędzie czuć było atmosferę podniosłości i uwielbienia. Było podobnie jak wczoraj, ale inaczej. Ludzie byli już bardziej ze sobą obyci i zjednoczeni. Czuć było zaufanie i autentyczną radość z przebywania razem. Ich ciała, serca i umysły świętowały jedność istnienia i boską w nich obecność.


Jezus i Guru poszli w kierunku rzeki. Przechodzili koło jej brzegu i obserwowali, jak tłum stojących w wodzie zanurzał się w niej rytualnie. Inni pili lub myli się. Jezus i Guru poszli dalej. Zatrzymali się przy mnichach, którzy na ziemi usypywali z kolorowego piasku duży obraz. Jezus wpatrywał się w niego, zachwycony jego cudownością, wzorzystością i misternością, z jaką był wykonywany. Pierwszy raz widział coś takiego.

— Guru, co to jest? — chciał wiedzieć.

— To święta mandala. Oznacza harmonię wszechświata — wyjaśniał.

Stali jeszcze długą chwilę i podziwiali kunszt mnichów. Guru nie chciał przeszkadzać Jezusowi, który jak zauroczone dziecko patrzył na sypiący się spod palców mnichów kolorowy piasek, który za ich tchnieniem stawał się bogatymi ornamentami, albo kształtami ludzi, roślin i zwierząt. To było jak stwarzanie nowego świata — świętego i nierealnego, jakby pochodził nie z tej ziemi.

Najwyraźniej mnisi skończyli, gdyż ozwały się trąby stojących przy nich muzyków. Przez chwilę zgromadzony wokół nich tłum podziwiał to niezwykłe zjawisko nakreślone wprost na gołej, wyrównanej uprzednio ziemi. Jezus podziwiał w nim wszystko. Każde ziarenko piasku było tam na swoim miejscu, tworząc boską mozaikę różnorodności życia.

Zachwycał się tym obrazem, stojąc w bezruchu. Chciał, aby każdy mógł zobaczyć to cudo wymalowane piaskiem i cierpliwymi rękami mnichów. Aż tu nagle, jeden z nich zdecydowanym gestem przejechał po mandali swoją dłonią, burząc całą tę mozolną, misterną pracę. Jezus był zszokowany. Myślał, że wszyscy długo będą podziwiać to cudo. A tymczasem prawie zaraz po jej ukończeniu, znikała ona powoli pod ruchami mnicha. Jezus nabrał głębiej powietrza, aby się uspokoić.

— Wszystko przemija na tym świecie — powiedział Guru. — Trzeba nauczyć się zostawiać za sobą przeszłość bez bólu… — Jezus spojrzał na niego, chwytając, o co mu chodzi.

— Chodźmy — powiedział Guru, a Jezus, zrobił pierwszy krok, od wyjazdu, gdy nie czuł w sobie straty po Ester. Był wolny i gotowy na zmiany. Zrobił w swoim sercu i umyśle miejsce na nowe, które miało nastąpić.

Guru uśmiechnął się i poszedł dalej. Wkrótce doszli na miejsce, gdzie siedzieli wczoraj. Guru usiadł, a Jezus stał jeszcze przez chwilę, oparty o drzewo i rozglądał się uważnie po okolicy. Nie wiedzieć skąd, zaczęli się schodzić ludzie, którzy byli tutaj poprzedniego dnia. Zauważył też kilku nowych. Usiadł więc wraz z nimi.

Guru zaczął mówić:

— Opowiadałem wam wczoraj o tym, że każda grupa ludzi mających swoje odrębne od innych wierzenia i obyczaje, jest jak osoba, która po ciemku natrafiła na duże zwierzę. Ponieważ jest noc, nie widzi zwierzęcia. Może je poznać tylko poprzez dotyk. Maca zatem nogi zwierzęcia i myśli, że poznała je całe. Inna osoba dotyka ogona i również myśli, że to całe zwierzę. Trzecia osoba dotyka tylko ucha. W ten sposób poznali tylko jego fragmenty. Niewiele osób zadaje sobie trud poznania całości. Każda grupa wyznawców jakiegoś kultu poznaje tylko fragment Boga.

— Ale jeśli przyjdzie dzień, zobaczą zwierzę — odparł rezolutny młodzieniec.

Guru był uradowany.

— Właśnie. Takim światłem, które rozprasza mrok jest modlitwa, medytacja i kontemplacja.

— Jak zatem poznać całość? — zapytał mężczyzna z turbanem na głowie.

— Jeśli ludzie kurczowo trzymają się tego poznanego przez siebie fragmentu, głosząc, że już poznali całość, to jest to niemożliwe. Boga można poznać tylko od wewnątrz siebie. Do tego służy medytacja — mówił swoim aksamitnym głosem.

— Czym jest medytacja? — zaciekawiła się zasłuchana kobieta.

— Medytacji lepiej jest doświadczać, niż o niej mówić — tłumaczył spokojnie. — Medytacja jest nawiązaniem bezpośredniego kontaktu z Bogiem, który się przejawia poprzez nas. To stan uważności i rozszerzonej świadomości, kiedy postrzegamy świat wokół nas bez osobistych pragnień i emocji — wyjaśniał. — Wtedy to dostrzegamy wszystko takim, jakie jest i siebie również.

— Czy jest możliwe, aby wejść w kontakt z Bogiem w takim miejscu? — Jezus odważył się zapytać, wskazując na gwarny tłum dookoła. Zrobił to, bo chociaż wczoraj odczuł ciszę i spokój, to dzisiaj znowu, po porannej przechadzce, tłum zaczął mu doskwierać, a zapachy i barwy nieco drażnić i rozkojarzać.

— Tak — odparł pewnie. — Ale my znajdziemy sobie lepsze — dodał z uśmiechem Guru.

— Liczyłem, że zobaczę tu jakiś cud — wtrącił jeszcze Jezus.

— Największym cudem świata jest człowiek — odparł miękko. — Poznaj samego siebie, a ujrzysz cud — zaskoczył go tą odpowiedzią. — No tak, pomyślał Jezus — czas na jeszcze głębsze wniknięcie w siebie. Widać na zewnątrz nie znajdę tego, czego szukam. I najwyraźniej po to tu przyszliśmy, abym wreszcie to sobie — w tym gwarze religijnych poszukiwaczy, mistrzów i nauczycieli, uświadomił. — przez głowę Jezusa przelatywały tysiące myśli, wspomnień i obrazów. Niektóre z nich chciał utrwalić na dłużej, bo zrozumiał, że pora na kolejną zmianę. Czuł, że z pewnością znowu gdzieś wyruszą. I pójdzie chętnie dalej — tym razem z nowym nauczycielem.


Guru kontynuował swoje nauki. Ludzie słuchali go z zapartym tchem. Widział w ich oczach nadzieję i wiarę w to, że to co mówi, opowiada z własnego doświadczenia i szerokiej mądrości. — Takich ludzi jest chyba niewielu — pomyślał Jezus. I wtedy właśnie stało się coś dziwnego i niesłychanego. Jezus usłyszał w swojej głowie słowa wypowiadane przez Guru, choć ten w tym czasie mówił zupełnie coś innego do zgromadzonych przed nim ludzi. Usłyszał słowa: — Nawet, jeżeli jest ich niewielu, możesz się stać jednym z nas. — Jezus oddychał spokojnie, aby zrównoważyć swoje zaskoczenie.

Guru nie przerywając wykładu spojrzał na niego. Jezus mu się delikatnie pokłonił. Wiedział teraz, że był w dobrych rękach. Mistrz mówił prawdę. Poczuł to całym sobą. Mógł spokojnie ruszać dalej.


Guru przez chwilę się wahał, ale kontynuował swój wykład. Gdy dotarł do pointy, podziękował przybyłym za uwagę i odesłał ich. Każdy z nich, ponownie, jak poprzedniego dnia obdarzył go jakimś drobiazgiem w podzięce za nauki i nieśpiesznie odchodził. Tak było tu w zwyczaju. Guru podziękował każdemu z nich skinięciem głowy. Zostali sami. Ponownie oparli się plecami wygodnie o drzewo.

— Odpocznij — powiedział do Jezusa. — To daleka droga, dziś byśmy tam nie doszli, a w górach szybciej robi się chłodno.

Jezus skinął głową i przytulił się do drzewa. Okryci kocami patrzyli po raz drugi na zachodzące słońce. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystkie odgłosy z zewnątrz tłumu ludzi, nie dochodziły do nich. Niczym osłonięci niewidzialną szybą dźwiękochłonną tkwili na swojej wyspie ciszy i nadziei.

Dookoła nich poruszali się ludzie. Poruszały się również ich usta i ręce, co Jezus z rozbawieniem obserwował. Ale nie słyszeli nic, poza szumem liści dobrotliwego drzewa, które przyjęło ich w gościnę, śpiewem ptaków w jego koronie i bicia własnych serc.

Głowa Jezusa opadła do tyłu i oparła się całkowicie o pień. Spał w najlepsze. Guru od dłuższego już czasu pogrążony był w głębokiej medytacji. Światło delikatnie błyskało z jego czoła.

Nikt do nich nie podchodził. Nie mógł by chyba nawet tego zrobić. Coś niewidzialnego chroniło ich i osłaniało od całej reszty. I tak było aż do rana.


Wstali skoro świt. Idąc do świętej rzeki mijali uśpionych ludzi, którzy stanowili żywe ornamenty krajobrazu. Tylko kilka psów i krów zwróciło na nich uwagę. A oni powolnym, cichym krokiem doszli do brzegu. Przemyli swoje twarze, ręce i stopy. Jezus chciał się zanurzyć cały, ale Guru go powstrzymał.

— Przyjdzie na to czas — powiedział. — Teraz tylko zmywamy z siebie kurz przeszłości, abyśmy raźno mogli ruszyć do przodu.

Guru wstał i poszedł w kierunku gór. Jezus podążył za nim, ufając mu jak cielę swojej matce.


Szli uważnie i w skupieniu. Powoli wychodzili ze skupiska ludzi, którzy rozbili tymczasowe obozowiska. Za dwa dni festiwal miał się skończyć, więc ludzi powoli ubywało. Niektórzy, podobnie jak oni, również wstawali i pakowali się. Przymierzali się — każdy do swojego celu.

— Nikt za nikogo nie przejdzie jego drogi — pomyślał Jezus.

— Można komuś wskazać kierunek, ale nikt nikogo nie zmusi, aby tam dotarł — powiedział Guru, słysząc jego myśli. — Nawet jeżeli doprowadzisz wielbłąda do wodopoju, nie zmusisz go, aby pił.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 61.15