E-book
13.65
drukowana A5
57.97
Tajemne życie Jezusa

Bezpłatny fragment - Tajemne życie Jezusa


Objętość:
371 str.
ISBN:
978-83-8189-257-5
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 57.97

Ponoć ta historia nie wydarzyła się naprawdę. Bo przecież coś takiego nie mogło się zdarzyć. Chyba, że… jak to mówią, w każdej opowieści jest trochę prawdy. Trochę lub tyle, ile zechcesz…


Tak, przypomina sobie ten moment. To było wtedy, gdy zrozumiał, że nie jest zwykłym dzieckiem. A raczej jego rodzina nie jest zwyczajna. Po prostu widział, jak spotykają się u nich czasem ludzie i rozmawiają ściszonym głosem o tym, o czym nikt inny nie mówił. Wymieniali poglądy, odprawiali rytuały i analizowali teksty, ale inaczej, niż w świątyni.


Ponoć jego rodzina wywodziła się z królewskiego rodu. Dziwne — być może był księciem, ale nikt mu nie usługiwał. Nie mieli też dworu, tylko zwyczajny, przyzwoity dom, taki jak inni. Powodziło im się tylko znacznie lepiej niż pozostałym, bo jego tata miał intratne zajęcie. Był cieślą. Obrabiał drewno i robił z niego różne przedmioty. Nie tylko stoły i krzesła, ale również drzwi, okna i radła. Był na nie duży popyt. Trafiały się również zamówienia od bogatszych ludzi, którzy mieli różne fanaberie, albo od kapłanów ze świątyń. Ci płacili najlepiej.

Z czasem też zrozumiał, że cieśla, to nie tylko nazwa zawodu ojca, ale również poziom wtajemniczenia w wiedzę przekazywaną tylko wybranym i zaufanym ludziom.

Ale wszystko od początku.

Palestyna. Początek naszej ery.

Jechali tak już długo. Piasek pustyni chrzęścił pod kopytami osiołków, które ich niosły. Dął lekki, gorący wiatr, układający wzory fal na szczytach wydm. Józef spojrzał z czułością na swoją wybrankę. Nie byli jeszcze małżeństwem. Ale kochali się i chcieli być razem.

Maria była osłabiona. Wtulała się w siodło i od czasu do czasu jej głowa opadała na szyję osła. Z pewnością skończył się już ósmy miesiąc jej ciąży, a może nawet była to połowa dziewiątego. Nie była pewna. To stało się w tak niezwykły sposób, że nawet nie śmiała o tym zbyt często myśleć.

Teraz, gdy przysypiała podczas podróży, przed jej oczami ponownie pokazywały się te obrazy.


Leżała wtedy w łóżku. Była noc. Do końca nie wiedziała, czy nadal śni czy też jest to już jawa. Przestrzeń wokół niej nagle rozbłysła i ukazał się przed nią młodzieniec w błyszczącej szacie wykonanej chyba z jakiegoś metalu. W ręce trzymał hełm.

Przelękła się bardzo i miała krzyknąć, ale on powstrzymał ją gestem. Miał miły wyraz twarzy. Był młody i postawny. Trzymał się prosto i wpatrywał się w nią intensywnie swoimi niebieskimi oczami.

Oddychała głęboko i nie wiedziała, co ma uczynić. Nie czuła zagrożenia, ale nigdy wcześniej kogoś takiego nie ujrzała. To nie był strój tutejszych ludzi. Nawet znamienici mieszkańcy nie mogliby sobie pozwolić na takie odzienie. Przyglądała mu się uważnie. Miał długie, blond, lekko połyskujące włosy.

— Jestem posłańcem — zaczął. — Nie musisz się mnie obawiać — mówił miękkim głosem.

Maria przełknęła głośno ślinę i odważyła się zapytać.

— Kto Cię tu przysłał?

— Mój pan — odpowiedział spokojnie przybysz.

— Skąd jest twój pan? — zapytała.

Przybysz zastanowił się chwilę, co ma jej powiedzieć, a w końcu spojrzał w górę i pokazał gestem.

— Z nieba.

— Jak to z nieba — nie wiedziała, o co mu chodzi.

— Tam ma swoją siedzibę — wyjaśniał. — Stamtąd króluje.

Nie mogła się nadziwić temu, co mówił. Onieśmielał ją dodatkowo swoją swobodą i pewnością.

— Czy pochodzisz od Boga? — zdołała wreszcie wykrztusić.

Chwilę się wahał.

— Tak — powiedział wreszcie. — Wszyscy jesteśmy jego dziećmi — mówił spokojnie. — Pan mój przysłał mnie do ciebie, aby ci oznajmić jego wolę.

Maria z przejęcia wstrzymała oddech. Gorączkowo zastanawiała się, co ma o tym wszystkim myśleć. Próbowała zapanować nad emocjami, które nią zawładnęły. Oto pojawił się przed nią posłaniec boży — myślała — i teraz mówi do niej tak, jak do innych, o których kapłani czytają ludziom w świątyni. Czy Pan ją wybrał? Jaka jest jego wola? — rozważała.

— Wkrótce poczniesz i porodzisz syna…

— Panie, jakże to się stanie, skoro nie jestem jeszcze zaślubiona wybrankowi moich rodziców? — zapytała zdumiona.

— Nie lękaj się o nic — powiedział swoim słodkim głosem przybysz. — Oto pan sprawi, że stanie się to bez udziału twojego przyszłego męża.

Maria zdumiona aż rozchyliła usta, słysząc jego słowa.


Wszystko, co powiedział wtedy posłaniec, miało miejsce. Niedługo potem obudziło ją w nocy po raz drugi takie samo jasne światło, jakie widziała w swym trzynastoletnim życiu. Identyczne z tym, po którym zjawił się posłaniec.

Smuga światła rozświetliła jej małą izdebkę. Zasypiała już po dniu pracy, ale gdy ujrzała ten błysk, chciała wstać lecz nie mogła. Choć próbowała się zerwać, znowu poczuła się senna. Kątem oka zauważyła jeszcze wokół siebie jakieś postaci. Nie mogła się jednak ruszyć. Ktoś nakrył jej głowę jakimś dziwnym kloszem. Poczuła się lekka. Miała wrażenie, że się unosi w powietrzu wraz z tym światłem. Tego, co działo się potem, nie pamięta.

— Ostrożnie z nią — mówił czyjś rzeczowy głos. — Potrzebujemy jej genomu. Ma w sobie tradycję mistyczną tej ziemi — wyjaśniał czterem osobom, które na płaskim łóżku przysuwały uśpioną Marię do aparatury medycznej.

— Myślisz, że się uda? — pytała druga osoba.

— Przecież zawsze, poza drobnymi wyjątkami, się nam udawało — wzruszył ramionami. — To rutynowy zabieg. Wszczepimy jej nasze DNA do komórki jajowej i powinno być dobrze. Taki miks genetyczny powinien spowodować ekspresję genów, a potem pełniejsze uświadomienie sobie przez tę nową jednostkę jej potencjału. Zazwyczaj też powoduje mocniejszy przepływ energii przez układ nerwowy, co umożliwia czerpanie mocy ze Źródła.

— Tej ziemi przyda się odmiana — odezwała się trzecia osoba. — Dość już wojen, głupoty i nienawiści religijnych. Ktoś powinien wreszcie wykroczyć swoją świadomością poza egoizm i zwierzęca walkę o byt oraz terytorium.

— Cóż… na każdym kontynencie jest podobnie. Można nawet powiedzieć, że to normalna kolej rzeczy rozwoju danej cywilizacji.


Inżynierowie genetyczni wprawnie wszczepili Marii męskie DNA do jej komórki jajowej. Na wielkim monitorze widać było cały ten proces przeprowadzany przez robota. Był bardziej precyzyjny niż ludzie. Ale to człowiek nim sterował.

Jak to dobrze — myślał dowódca, że w mojej cywilizacji ludzie już wiedzieli, że to mądry, świadomy i uduchowiony człowiek ma kierować maszynami, urządzeniami i technologią, a nie ona nim. Mieli świadomość do jakich katastrof może doprowadzić odwrócenie tego procesu. Widzieli już zbyt wiele cywilizacji, które upadały po tym, jak ludzie zaczęli się nadmiernie fascynować technologią, zapominając o moralności, sprawiedliwości, uczciwości oraz podstawowym i nadrzędnym Prawie Do Wolności każdego z obywateli.

Nie chcieli, aby ta ziemia przeszła przez kolejny cykl zniszczenia. Dlatego tu byli.


Był to zgrany zespół naukowców. Robili to już wielokrotnie. Kiedy dana cywilizacja dochodziła do określonego stopnia rozwoju swej świadomości, myśli religijnej i etycznej, ale nie potrafili tego urzeczywistnić, wprowadzając w życie, wtedy interweniowali i dosłownie wszczepiali przedstawicielom danej społeczności, który zamieszkiwał określony teren, nowe geny umożliwiające zmianę sposobu myślenia, postrzegania siebie i rzeczywistości, a tym samym zapoczątkowywały nowe metody działania i rozwiązywania istotnych problemów.

Ich doświadczenie pokazywało im, że często cywilizacje, które w porę nie uporały się z nienawiścią, negatywnymi emocjami i zawężonym sposobem widzenia, upadały. Dochodziło w nich do samozagłady. Czasami nawet kilkakrotnie. Jak na tej ziemi. Już cztery razy cywilizacja tutaj dochodziła do wysokiego stopnia rozwoju myśli technicznej. Ale potem włączały się ich instynkty i dążenie do dominacji, co rychło kończyło się potężnymi katastrofami.

Nie raz już obserwowali, jak cywilizacja, która mogłaby zdziałać wiele niewyobrażalnych rzeczy, przypisywanych bogom, staczała się poprzez wewnętrzne konflikty i walki.

Bo często technologie, które zdołali stworzyć, prędzej czy później trafiały w ręce jakiegoś rządzącego prymitywa, który powodował rzezie. A inni w tym czasie, korzystając z zamieszania okradali dany lud i ziemię, którą zamieszkiwali z minerałów i innych dóbr. Czasem też porywali jej mieszkańców, aby przysposobić ich do niewolniczej pracy lub przeprowadzali na nich eksperymenty. Zresztą pierwotnie do tego ich udoskonalono. Mieli być siłą roboczą.

Wiedzieli też, że za tymi działaniami stali im podobni, którzy uważali się za nadzorców tej ziemi. Dysponuąc zaawansowaną technologią i wpływami, odgrywali tu rolę przywódców, zbawicieli a nawet bogów.

Na szczęście podpisano traktat o nieagresji w tej części ziemi. Ale jak to w życiu — coraz więcej władców ostrzyło już sobie, po raz kolejny zresztą, zęby na tę ziemię i jej wszelakie dobra oraz mieszkańców. Trzeba było zatem działać.

Oficjalnie ich tu nie było. Nie chcieli wszczynać kolejnych wojen atomowych, które już nie raz miały tutaj miejsce. To dziwne, jak łatwowierni byli mieszkańcy tej ziemi. Wystarczyło pokazać im się w świetle strumienia transportera antygrawitacyjnego, albo pokazać jakąś sztuczkę w rodzaju rozniecania ognia na pustyni czy dostarczenia kwiatów w porze, kiedy akurat w danym miejscu ziemi nie mogły one rozkwitać, a już brali przybyszów za bogów, albo aniołów — posłańców boga.


Dowódca uśmiechnął się do swych myśli. Ech… jego królestwo też wiee lat temu przechodziło przez ten proces. Aż wreszcie jej mieszkańcy dojrzeli do pokoju, szanowania siebie nawzajem i do tego, że nie wszystko złoto co się świeci. Historycy mówili, jakim ogromnym szokiem dla jego krajan było dawno temu zrozumienie tego, że nie są sami na tej ziemi, a ci, których brali za bogów, to tylko przybysze z innych, dalekich, ukrytych przed ich oczami ziem. Byli co prawda wyposażeni w lepsze technologie, większą wiedzę, ale też w nie zawsze czyste intencje.

To wtedy pojawił się u nich przywódca i prorok w jednej osobie, który spowodował, że wszyscy mieszkańcy jego rodzimej ziemi zajęli się rozwojem duchowym i samoświadomością. Zrozumieli, że są jednością — ze sobą nawzajem, z ziemią oraz znajdującymi się na niej roślinami i zwierzętami, a następnie — z całym stworzeniem. Wszyscy byli i są nadal częścią jednego wielkiego istnienia.

Dopiero wtedy mogli wreszcie naprawdę zacząć ze sobą współpracować. Ich cywilizacja znacznie się dzięki temu rozwinęła. Ludzie sobie pomagali i wspierali się, a wszelkie wynalazki, które pomagały ludziom i ułatwiały im życie, natychmiast realizowano i wprowadzano powszechnie za darmo w życie. Każdy miał zapewnione jedzenie i dom lub mieszkanie. Dzięki temu wszyscy czuli się wolni i mogli robić to, co naprawdę chcieli. Mogli też dać skuteczny odpór tym, którzy i ich chcieli podbić i sobie podporządkować, niczym bogowie.

Wiedział też z książek i materiałów wideo, jak wiele czasu musiało im upłynąć, aż wyeliminowano z powszechnej świadomości działania autodestrukcyjne i nałogi, w których pogrążali się ludzie, gdy nie musieli już zarabiać na życie, chodzić do pracy czy walczyć o przetrwanie.

Kolejnym szokiem było dla jego cywilizacji dowiedzenie się, że na innych ziemiach są tacy jak oni ludzie, ale o wiele mnie zaawansowani i żyjący jakby kilkaset, a może nawet kilka tysięcy lat wcześniej.

Cóż… pewnie i tę ziemię to kiedyś czeka — zakończył swe rozważania dowódca. Szczerze trzymał kciuki za powodzenie tego projektu. Długo szukali odpowiedniej osoby, której geny pasowałyby do ich genomu. Musiała być to osoba moralna, mądra i mająca w sobie spuściznę praktyk medytacyjnych i modlitewnych wielu pokoleń. Inaczej wszczepienie nowej sekwencji genów nie miałoby szansy na pełne powodzenie. Po prostu inna jednostka nie byłaby w stanie spożytkować daru, który otrzymała. To tak, jak danie neandertalczykowi samochodu.


Maria poruszyła się. Widać środki usypiające przestawały już działać.

— Co z nią? — dowódca statku spytał szefa zespołu genetyków.

— Wszystko w porządku. Poszło zgodnie z planem. Za chwilę ją odsyłamy.

Dowódca skinął głową i poszedł do siebie. Miał chwilę na medytację i refleksję nad sobą i sytuacją.

Przylatywał na te ziemie już od roku. Uważnie obserwował jej mieszkańców. Żyli w większości przypadków spokojnym, mozolnym i pracowitym życiem. Ich władcy byli jednak nienasyceni. Zachowywali się jak krwiożercze wampiry, którym wciąż było za mało złota, pieniędzy, władzy i podziwu innych. Ten często zapewniali sobie poprzez zastraszanie i podbijanie innych narodów, które przecież składały się z takich samych ludzi, jak oni. Ale drobne różnice w kolorze skóry, zwyczajów religijnych czy sposobu widzenia świata doprowadzały często do rozpaczy i rozlewu krwi. Zresztą nie miał powodu się temu dziwić, bo tego nauczyli się od „bogów”, którzy przylatywali tu i rządzili tymi ludźmi. Co z tego, że mieli „cudownie” działający sprzęt, skoro często prymitywne jeszcze ciągoty do walk i chęci wygranej oraz wykorzystywania innych. Niestety — również w innych częściach ziemi nie zawsze rozwój techniczny szedł w parze z rozwojem duchowym.

— Ech — zasmucił się. — Na szczęście jest dla tej ziemi nadzieja — pokiwał głową.

Po znalezieniu odpowiedniej osoby Mistrzowie na jego ojczystej ziemi długo medytowali nad tym czy warto wprowadzać ich geny do puli genetycznej tych ludzi i jakie tego mogą być konsekwencje. Ale Źródło jednoznacznie podpowiadało im, że mają to zrobić. Po sprawdzeniu wszelkich możliwych konsekwencji takiej interwencji i uzyskaniu zgody od Rady Mędrców, przylecieli tutaj, aby spełnić swoje zadanie.

Był nawet z tego dumny. Oto zapoczątkował właśnie wraz ze swym zespołem nową erę na tej ziemi. Bo z reguły osoby obdarzone takim wzbogaconym genotypem stawały się kimś znaczącym w swoim środowisku. Zostawali politykami, przywódcami religijnymi albo Mistrzami, znacznie przekraczającymi swym wglądem czasy, w których żyli i ludzi, którzy ich otaczali. Tak jak kiedyś Budda.

Wielu z nich wnosiło na trwałe światło wiedzy i mądrości do życia swoich rodaków. Często stawali się szeroko znani, a wieść o nich rozchodziła się również po ich odejściu.

Miał nadzieję, że i temu się uda. Wybrali nawet dla niego imię, które postanowili podprogowo wprowadzić do podświadomości Marii. Zresztą przeważnie dusza, która zamierzała się wcielić w tak przygotowane dla niej ciało, sama wybierała dla siebie imię, które najbardziej odzwierciedlało jej duchową drogę i życiowe plany.


Czasami zastanawiał się czy są jeszcze inne sposoby przyśpieszenia rozwoju różnych cywilizacji. Ale jak wytłumaczyć pasterzowi kóz, który całe swe życie przeżył na pustyni, czym są dokładnie te światełka na niebie. Albo jak przetłumaczyć jakiemuś władcy, który co rusz boi się, że utraci jakieś dobra, że warto żyć w pokoju i cenić życie — nie tylko ludzi, ale również zwierząt czy roślin, bo jest ono najwyższą wartością tego wielkiego współistnienia.

Jak wytłumaczyć przywódcom, że zabijanie nie rozwiązuje problemu na dłużej i, że nienawiść i chęć zemsty rodzą kolejne konflikty, które trwają przez pokolenia… Tak… ponoć już czterokrotnie cywilizacja na tej ziemi upadała. A dwukrotnie była ona już na poziomie prawie dorównującym jego pobratymcom. Ale cóż… technologia nie załatwia wszystkiego. — Jeżeli nie zostaną wyplenione z umysłów ludzi zawiść, zazdrość i rozwój rozumiany jako konkurowanie i wzajemne wyrywanie sobie dóbr, to niewiele można zrobić — westchnął.

Sam z przerażeniem oglądał materiały wideo z przeszłości swojej ojczyzny. Nie rozumiał, jak inteligentne istoty mogły robić sobie nawzajem takie podłości. Jak można było również ograbiać Matkę Ziemię z jej cennych minerałów, podczas, gdy ogromne pokłady energii były na wyciągnięcie ręki — w przestrzeni eteru, energii słońca czy wiatru.

Dlatego zdecydował się wziąć udział w tej misji zaraz po tym, jak dowiedział się, co się tu dzieje. Sytuacja dojrzała do interwencji. Jednej z wielu, jakie podejmowała tutaj jego rasa i wiele innych ras… W końcu inteligentne życie jest cenne. Nawet, jak sobie początkowo szkodzi. Bo czasem, bez pomocy innych, ginie ono, jak sadzonki młodych roślin, które nie są odpowiednio nawadniane i odżywiane.

— Uwalnianie istot od ich własnych lęków, błędnych przekonań i iluzji umysłów — kontynuował swe myśli dowódca — które sami stworzyli, a w które święcie wierzą, to ciężka, monotonna praca — westchnął.


— Dobrze — odsyłamy ją — powiedział kierownik naukowców. Dowódca skinął głową i przewieziono ją na łóżku pod wiązkę transportującą.


Maria obudziła się z powrotem w swoim własnym łóżku. Czuła w brzuchu dziwne ukłucie, ale pomyślała, że to Pan sprawił, że właśnie poczęła. Zgodnie ze słowami posłańca, które jej wtedy powiedział.

Uśmiechnęła się do siebie i zasnęła.

Jeszcze przez chwilę ją obserwowali na monitorze, ale po chwili uspokojeni, odlecieli. Wyłączyli maskowanie pojazdu i wystrzelili w górę z zawrotną prędkością, niczym meteor. Przed nimi była długa droga do ich ukrytej przed oczami tego ludu bazy.


Teraz też Maria była śpiąca. Musieli uciekać, zaraz po tym, jak się wydało, że jest brzemienna. Józef wspierał ją, jak mógł. Nie był już młodzieniaszkiem. Znał życie, ale jej uwierzył. Zapewniała go, że nie spała z żadnym obcym mężczyzną.

Patrzył w jej oczy i widział, jakie były czyste. Uczciwość Marii nie podlegała kwestii. Czyżby zatem rzeczywiście — tak jak mówiła — sam Bóg sprawił, że poczęła dziecko bez jego udziału? Dziwił się temu i zastanawiał się, co ma teraz uczynić. On to rozumiał, ale inni uważali, że spała z innym mężczyzną. To nie było łatwe, zwłaszcza w ich środowisku, gdzie zbliżenia pomiędzy niezaślubionymi nie wchodziły w grę. Podejrzewali ją o jakieś kontakty z pewnym żołnierzem, który czasem się koło niej kręcił.

Tak minęło im kilka miesięcy. Maria pracowała jak poprzednio. On również zajęty był swoimi sprawami. Ale ludzie coraz bardziej mieli im za złe, a zwłaszcza jej, że śmią pokazywać się publicznie i nadal myślą o ożenku w wyznaczonym terminie.

Maria ciężko znosiła takie traktowanie i spojrzenia innych. On jednak wiedział, że robi dobrze. Ufał jej, a to jest podstawa. — Kto wie — może rzeczywiście ręka Pana spoczęła na niej i urodzi znakomitego proroka, jak bywało wcześniej niekiedy w tej rodzinie — zastanawiał się. Ale i jemu w końcu plotki i dogadywania innych się sprzykrzyły.

Postanowił wreszcie, że pod osłoną nocy, ucieknie z nią z rodzinnego miasteczka. — Niech dziecko przyjdzie na świat w sprzyjających okolicznościach — pomyślał. — Niech ma wokół siebie życzliwe osoby, które nie piętnują jego matki. Tak też zrobił.

Zbudził ją w nocy i ostrożnie wyprowadził z domu. Wszystko zaplanował już wcześniej. Mieli ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy oraz zapas wody i jedzenia umożliwiający podróż. Ruszyli w nieznane. Znał drogę, ale nie wiedział, co ich tam spotka. Znał ludzi, do których jechali, ale nie był pewny, jak ich tam przyjmą. Dwa tygodnie temu udało mu się przesłać poprzez członka karawany kupieckiej, wiadomość, że przybędą.


Józef także drzemał, ale co jakiś czas budził się i spoglądał w gwiazdy, badając ich położenie na niebie. Nauczył się tego od swego ojca i z pewnością nauczy tego samego swojego syna. Może to będzie chłopiec — myślał z nadzieją. Nauczy go wszystkiego, co wie o gwiazdach, bo to się przydaje w podróży. Nauczy go też ciesielki, bo obróbka drewna w tej krainie zapewniała duże dochody. — A to zawsze ułatwia życie — pomyślał i znowu zamknął oczy, ufając, że niosące ich osiołki podążą szlakiem wytyczonym przez zapachy innych podróżnych i ich zwierzęta. Temu noc nie przeszkadzała.

— A gdy będzie zdolnym chłopcem — myślał zasypiając, usłyszy nauki, które przekazał mi ojciec, a jemu jego tata i które zostawały w naszej rodzinie od pokoleń. Wiedzieli jak czytać pisma, aby mówiły prawdę i jak je interpretować, przewyższając swą wiedzą nawet rabinów i uczonych w piśmie. Znali zasady odczytywania ukrytych znaczeń. Strzegli tego jak drogocennej perły. Ta wiedza to życie — cieszył się zasypiając, że będzie miał ją komu przekazać.

Wiatr przybrał nieco na sile i dął, jakby chciał popchnąć wędrowców w daleką przyszłość.


To była długa i mozolna droga. Maria słabła. Była młoda, silna, ale najwyraźniej trudy podróży nie służyły jej w ciąży. Miała trudności z zejściem z osła na postojach. W zasadzie całe popasy leżała, jadła i trzymała się za brzuch. Z trudem też dosiadała swego małego wierzchowca, gdy ruszali. Co prawda nie skarżyła się wcale, ale po jej twarzy widać było, że jest słaba i tylko w Bogu pokłada nadzieję, że wszystko się uda. Józef też miał taką nadzieję. Miał już swoje trzydzieści cztery lata, więc nie chciał się bawić w nie wiadomo co. Ufał jej i kochał ją. Widział wcześniej, że i jej serce lgnęło do niego. A to jest najważniejsze — pomyślał. Tego się nie kupi za żadne pieniądze. Nawet znaczny posag nie da ci tak wiele, jak szlachetne serce, które cię kocha i wspiera — mawiał mu jego ojciec. Zapamiętał to. Dlatego ją wybrał. Bo ilekroć byli koło siebie, jej oczy po sekundzie radosnego spojrzenia na niego spływały jak strumień w dół, zakrywając przepiękne oczy zasłonami wdzięcznych, kobiecych rzęs.

Lubił na nią patrzeć i czuł w niej życzliwą, mądrą, skromną i pracowitą duszę. Tylko taka nadaje się na żonę — uśmiechnął się wtedy do swoich myśli. A potem resztę załatwili swaci. Mieli się pobrać za rok. Ale wtedy zdarzyło się to, co ledwo mu zdołała opowiedzieć, zdziwiona i strwożona tym, co się jej przytrafiło.

Czyżby Bóg naprawdę się do niej odezwał poprzez swego posłańca i chciał, aby nosiła pod sercem swojego syna? To zaszczyt móc wychowywać dziecko, którego kroki prowadzi Pan — pomyślał.

— Wszystko się okaże, bowiem zawsze o prawdzie czegokolwiek decydował czas. To on pokazywał, czy coś okazywało się prawdą czy też półprawdą albo może nawet kłamstwem. Ludzie często zbyt pochopnie wyrażali swe zdanie na jakiś temat — przypominał sobie — a potem się okazywało, że się mylili. Jednak emocje i ignorancja szybko brały górę nad rozumiem czy głosem serca. A już na pewno nie pomagał w tym żaden trunek. Jak to zmienić? — zastanawiał się czasem. I uśmiechał się zaraz po tym. — Czas pokaże. Choć jest niewidoczny, uwidacznia wszystko — wszelkie wady i zalety człowieka, jakiejś idei czy wierzeń.

Na takich rozmyślaniach przeszedł mu ostatni odcinek drogi. W oddali widać było ogniska pasterzy strzegących swoich owiec oraz nikłe płomyki świec domostw.

Znał dobrze tę drogę. Przebył ją już kilkakrotnie. Rozpoznawał nawet niektóre domy. Józef skręcił we właściwą dróżkę i zatrzymał zwierzęta przy domu Jozuego. Maria otworzyła oczy i zachwiała się w siodle, ale w porę uchwyciła się tobołków. Znowu przed jej oczami pokazał się strumień białego światła i posłaniec boży, który przyniósł jej wiadomość o dziecku, mającym spocząć w jej łonie.

— Jesteśmy — powiedział do niej.

Skinęła głową i uśmiechnęła się nieznacznie, dziękując mu w sercu za to, że bezpiecznie dotarli. Zrozumiał to, patrząc jej w oczy. Maria przetarła palcami oczy i ziewnęła.

Józef podszedł do drzwi i zapukał w nie.

Za drzwiami panowała cisza. Józef ponowił pukanie. Tym razem słychać było jakieś poruszenie w środku. Ktoś podszedł cicho pod drzwi z drugiej strony.

— Kto tam? — ozwał się zza drzwi zaspany głos. Józef uśmiechnął się.

— To ja — powiedział.

Słychać było odsuwanie zasuwki drzwi i w drzwiach ukazał się Jozue — dobrze znany Józefowi wujek. Jozue uśmiechnął się i rozwarł swe ramiona w geście powitania.

— Witaj Józefie. Cieszę się, że wreszcie jesteś.

Józef uściskał go serdecznie.

— Dobrze znowu cię widzieć — powiedział.

Maria zsiadła z osiołka.

— Witaj Mario — powitał ją Jozue. Maria uśmiechnęła się wdzięcznie do ich wybawcy.

— Wspaniale wyglądasz Jozue. Widać, że jesteś szczęśliwy.

— O tak — ucieszył się. — Wchodźcie. Anna zaraz przygotuje wam kolację.

Jozue zaprosił ich gestem do środka. Józef i Maria szczęśliwi weszli do jego domu. Wreszcie poczuli, że mogą naprawdę odpocząć. Droga nie gnała ich już gdzieś dalej, a wiatr przestał smagać po plecach, jakby chciał wymierzyć im jakąś karę.

W przestronnej izbie ukazała się żona Jozue.

— Witajcie kochani. Już niosę jadło — powiedziała i ukłoniła im się. Przeszła do drugiej izby, podczas gdy Jozue usadził ich za solidnym stołem.

— Siadajcie. Taka podróż jest męcząca. Ja za nic bym się nie wybrał — pokręcił głową Jozue.

— Nie dziwię ci się. Anna jest piękna — przytaknął Józef.

Do izby weszła Anna, niosąc upieczone niedawno placki. Postawiła je na stole na tacy.

— Och, dziękuję wam — powiedziała. — Dobrze nam razem i lubimy być w domu… Proszę jedzcie.

Maria i Józef pałaszowali, aż miło było popatrzeć. Rwali kawałki chleba i posilali się po długiej drodze. Ugoszczono ich też sokiem z winogron i wodą.

Józef ucieszony patrzył na nich. Wiedział, że byli zmęczeni, ale jeszcze tej nocy czekała ich długa rozmowa. Jeżeli to, co przekazał mu Jozue dwa tygodnie temu przez przewodnika karawany, było prawdą, zbliżały się dla nich i dla ich dziecka ciekawe czasy. Czyż nie tak zapowiadali to wszystko prorocy? Może wreszcie Pan wejrzał na swoje dzieci i da im przewodnika, który poprowadzi ich do wolności — zastanawiał się, podczas gdy kolejne kęsy znikały w ich ustach. Tak, pustynia potrafi wygłodzić. Wiedział to aż za dobrze. Wędrował jej bezdrożami już wiele lat w różnych interesach. Znał jak nikt jej nadzieje i kaprysy.

Nie zdążyli nawet zbyt długo porozmawiać, a już ktoś zapukał do drzwi. Jozue i Józef spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Jozue wstał i poszedł otworzyć drzwi. Po chwili przyprowadził do izby trzech mężczyzn. Byli ubrani skromnie, ale biła od nich jakaś taka duma, spokój i siła.

— Oto mędrcy, których chciałeś widzieć — powiedział do Józefa Jozue. Józef podniósł się, aby powitać przybyłych.

— Dziękuję, że zgodziliście się spotkać ze mną — przywitał ich. — Jak widzicie, moja żona niedługo będzie rodzić.

— Jutro wieczorem to się stanie — powiedział Melchior. Ubrany był w czarny strój. Na głowie miał szal przytwierdzony czymś na kształt korony. Józef spojrzał zdziwiony na Jozuego.

— Tak — potwierdził Kacper. — Jutro, gdy urodzi się chłopiec odczytamy to, co zapisane jest mu w gwiazdach. — Gdy tu jechaliśmy, widzieliśmy znak od Pana. Jasne niczym gwiazda światło prowadziło nas przez pół nocy.

Józef zdumiał się na te słowa.

— To najlepsi znawcy nauk tajemnych, astrologii i uzdrawianiu — potwierdził Jozue, widząc jego niewyraźną minę.

Józef położył ze czcią swoją prawą rękę na sercu i ukłonił się z szacunkiem trzem mędrcom, którzy przybyli tutaj, nie bacząc na trudy długiej drogi.

Baltazar — trzeci z przybyłych, rozłożył na stole jakieś manuskrypty i coś na nich notował.

Maria już dawno poszła spać. Anna również. A oni siedzieli jeszcze długo w nocy i rozprawiali o tym, co ma nastąpić. Trójka mędrców dokonywała ostatnich obliczeń astrologicznych, numerologicznych i analiz imienia. Nad ranem wszystko zaczęło im się klarować i układać w zrozumiałą całość.


Dzień zapowiadał się ładny. Słońce wschodziło powoli, jakby chciało uchwycić każdy moment tego poranka. Józef drzemał na ławie. Trzej mędrcy uwili sobie posłania na ziemi. Zasłużenie odpoczywali.

Z izby obok ozwał się głos Marii:

— Józefie — zawołała słabym głosem. — Zaczęło się…

Józef poderwał się w mgnieniu oka.

— Anno! — zawołał i pobiegł w kierunku Marii, która ukazała się w drzwiach do izby. Chwycił ją pod ramię i poprowadził z powrotem na łóżko.

Anna wbiegła z dworu do środka. Jednym rzutem oka oceniła sytuację. Ale zanim cokolwiek zrobiła, odezwał się Baltazar.

— Anno podgrzej wodę i daj czyste sukno.

— Znasz się na tym Baltazarze? — zapytał niepewny Józef, który również pojawił się w izbie.

Ten się uśmiechnął i odparł:

— Odebrałem wiele porodów.

Kacper i Melchior uśmiechnęli się jak na komendę. Zostali w głównej izbie. Mieli robotę do skończenia, a Baltazar był mistrzem we wszystkim czym się zajmował.


Maria leżała na łóżku z ugiętymi nogami w kolanach. Pod jej głowę i plecy podetkano koce, aby była w pozycji półsiedzącej. Józef trzymał ją za rękę. Dodawał jej otuchy. Kiedy wczoraj mędrcy mu powiedzieli, że dzisiaj będzie rozwiązanie, nie do końca im ufał. Ale najwyraźniej byli też prorokami. Umieli przewidywać przyszłość. I to wszystko dzięki wiedzy, którą zgłębiali.

Baltazar wprawnie podwinął rękawy swojej szaty. Anna weszła, trzymając białe sukno. Za nią ukazał się Jozue niosąc miskę z dzbanem wody. Ledwie postawił miskę na stołku, a już Baltazar podsunął nad nią ręce. Jozue lał mu z dzbanka ciepłą wodę, aby mógł dokładnie umyć ręce. Baltazar wytarł ręce i zbliżył się do Marii.

— Głęboko oddychaj — powiedział i potarł o siebie dłonie. Następnie zbliżył je nad jej czoło i chwile tam potrzymał. Maria oddychała głęboko. Po chwili na jej twarzy zagościł ledwie dostrzegalny wyraz ulgi, jakby jakaś niewidzialna siła i uzdrawiające fluidy przepływały z jego dłoni do jej skroni. Baltazar od razu zauważył zmianę w Marii, która z ulgą podziękowała mu wyrazem oczu.

— Wszystko będzie dobrze — powiedział jej.


Józef był bardzo zdenerwowany. Tyle emocji kłębiło się w jego głowie i sercu. Zajście Marii w ciążę bez jego udziału, jej zapewnienia, że to za sprawą Pana i ufność, gdy spoglądał w jej czyste, mądre oczy, że to prawda. Do tego ucieczka z domu, długa podróż i teraz poród. Modlił się, aby już było po wszystkim. I najwyraźniej jego gorące modlitwy zostały teraz wysłuchane.

— Już widać główkę — ucieszyła się Anna.

— Dzięki Bogu — wyrwało się Józefowi.

Noworodek wyszedł cały z dróg rodnych matki. Pępowina była długa. Na głowie dziecka były resztki błon płodowych. Można powiedzieć, że był w czepku urodzony. Ponoć to zwiastowało wielkie szczęście.

— Witaj na tym świecie. To chłopiec — powiedział Baltazar i owinął wprawnie niemowlę kawałkiem białej tkaniny przyszykowanej wcześniej przez Annę. Osuszył delikatnie dziecko z wód płodowych. Malec uspokoił się i zaczął spokojnie oddychać. Gdy położył go na lewej piersi Marii, chłopiec się uśmiechnął. Maria spojrzała głęboko w oczy syna, które właśnie je rozchylił. Przez chwilę ich spojrzenia dotykały się wzajemnie. Życie patrzyło w życie. Nowe pokolenie dziękowało poprzedniemu za dar istnienia.

Nie przyzwyczajony jeszcze do światła malec zamknął szybko swoje boskie oczęta. Maria się uśmiechnęła cała rozpromieniona. Objęła go delikatnie i przytuliła. Chciała poczuć jego obecność i uspokoić go biciem własnego serca. Zjednoczeni leżeli tak w ciszy.

— Śliczny chłopiec — powiedziała Anna.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 57.97