E-book
13.65
drukowana A5
22.27
drukowana A5
kolorowa
45.19
Taczka

Bezpłatny fragment - Taczka

Objętość:
94 str.
ISBN:
978-83-8155-073-4
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 22.27
drukowana A5
kolorowa
za 45.19

Wstęp

Ostatnie promienie czerwcowego słońca tańczyły na rozłożonych na blacie papierach. Uważne spojrzenie omiotło pół pokoju i małe biurko, na którym leżał dodatek „Gazety Wyborczej” z nekrologami. Podkreślony był jeden z nich:

„Z głębokim smutkiem żegnamy śp. Krzysztofa Komorowskiego, naszego serdecznego kolegę z XIV-go Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Staszica. Koleżanki i koledzy”.

To właśnie wtedy narodził się plan, który zajął aż dwa lata starannych przygotowań.

Drugie spojrzenie zatrzymało się na leżącej obok gazety, szczegółowej mapie Dolnego Śląska z wyraźnym czerwonym kółkiem. To zamek Czocha w Suchej był tym zaznaczonym obiektem.

Ostatnie miesiące przygotowań nie poszły na marne. Zadziwiające informacje można było wygrzebać w internecie. Teraz wystarczyło wysłać przygotowanego wcześniej maila:

„Dzień dobry! Po wspaniałej i olbrzymiej wygranej chciałbym z dawnymi kolegami z Liceum Staszica i z informatyki z Politechniki Warszawskiej odnowić znajomość i powspominać dawne czasy. Serdecznie zapraszam Ciebie z osobą towarzyszącą na czterodniowy, już całkowicie opłacony pobyt w zamku Czocha, w terminie 7 września — 10 września. Szczegóły zna warszawska kancelaria Piotrowicz i Wspólnicy, adres i telefony w załączniku. Jedzenia, picia i wspaniałej atmosfery będzie do woli. Proszę tylko, żeby nie kontaktować się wcześniej z innymi kolegami, bo aranżuję to spotkanie jako jedną wielką niespodziankę. Proszę o potwierdzenie obecności. Pozdrawiam. Marcin Włodarczyk”.

A do samego Włodarczyka przygotowany został taki sam mail, ale z zupełnie innym podpisem: Krzysztof Gruziński i z pominięciem fragmentu o Politechnice.

Enter! Można zaczynać!

R I. Zamek Czocha

Zamek Czocha fot. Pixabay

— Na początek proponuję naszą największą atrakcję — Cellular Jail. W tym więzieniu trzymano wszystkich walczących o niepodległość wysp. To duża impreza w stylu: „Światło i dźwięk” — zaproponowała recepcjonistka biało niebieskiego hotelu Peerless Sarovar Portico. — A stąd tylko dwa kroki do znanej plaży Corbyn’s Cove Beach. Można też popłynąć na sąsiednie wyspy statkiem Makruzz. Wszystkie nasze wyspy archipelagu Andamany i Nikobary są przepiękne.

— Sami przypłynęliśmy jachtem i chcielibyśmy spędzić trochę czasu w spokoju na lądzie — oświadczył Jack Makovsky głównie wyrażając ukryte myśli swojej żony. — Ale może dzisiaj pójdziemy rzeczywiście na tę pierwszą atrakcję.

— To na jutro zaproponuję państwu wycieczkę do szeroko reklamowanej Chidiya Tapu. Szczególnie piękny jest tam zachód słońca. Damy wam hotelowy samochód z kierowcą — recepcjonistka Fulmala uśmiechnęła się zachęcająco.

— Dobrze. To tak zrobimy — zdecydował Jack. Widział, że jego żona Paulina była zachwycona. Zdecydowanie wolała spędzać czas na lądzie i koniecznie w jakimś towarzystwie. Po dziurki w nosie miała samotnego pływania po oceanie, które on tak bardzo lubił.


Poszli do eleganckiego i pięknie podświetlonego barku i Paulina zamówiła Vesper Martini a Jack Californiacation.

Gdy Jack wrócił z toalety zauważył, że jego żona zdążyła już kogoś poznać. Na jego nadejście z sąsiedniego barowego krzesełka podniósł się wysoki Anglik.

— Kochanie! Pozwól, że ci przedstawię podróżnika pana Jima Dorseya. Też przypłynął tu własnym jachtem, ale za to z kilku osobową załogą — powiedziała trochę zgryźliwie.

— Miło mi państwa poznać. Jeżeli pozwolicie, to przyłączę się do waszej jutrzejszej wycieczki. A może wy popłyniecie ze mną później na wyspę North Sentinel? Chociaż muszę od razu ostrzec, że nie jest to całkiem legalne!

— Och! My uwielbiamy ryzyko — trochę prowokująco powiedziała Paulina do wysokiego Anglika.

— Albo po powrocie się rozwiodę, albo wcześniej zabiję tę sukę — ze złością pomyślał Jack Makovsky. Ale zachował zimną krew i nie dał po sobie niczego poznać.

— Proszę nam opowiedzieć, co w wyprawie na tę wyspę North Sentinel jest takiego niebezpiecznego — poprosiła Paulina.

— North Sentinel to mała wysepka zamieszkana przez nieznane dobrze plemię, które żyje tam od 60. tysięcy lat. No i całkowicie niezbadane. Ludność North Sentinel posługuje się sobie tylko znanym językiem niespokrewnionym z innymi używanymi przez ludy andamańskie, prawdopodobnie na skutek izolacji wyspy od reszty archipelagu. Teoretycznie wyspa należy do Indii, ale nie ma tam żadnego przedstawiciela władzy. Wokół jest wyznaczony 3 milowy pas, którego przekroczenie jest nielegalne. Ci, którzy spróbowali wcześniej tam dopłynąć, zostali znalezieni martwi. Od 2005 roku obowiązuje całkowity zakaz zbliżania się do wyspy ze własnie ze względu na ochronę tubylców i ich szczególną agresywność wobec obcych. Wód wokół wyspy pilnują okręty indyjskiej marynarki. — wyjaśnił Anglik.

— Nie mam zamiaru pakować się w coś nielegalnego — zapewnił Jack Makovsky. — Zresztą chyba o czymś zapomniałaś. Niedługo musimy płynąć do Bombaju, skoro zamierzasz skorzystać z tego zaproszenia do Polski do zamku Czocha.

— O tak! Koniecznie chcę zobaczyć się z dawnymi znajomymi. Muszę wiedzieć, co u nich słychać. Może zostawimy tu jacht i polecimy samolotem? Zobaczysz po drodze Wiedeń, Bratysławę i Pragę. Przecież w ogóle nie znasz Europy. W Wiedniu wynajmiemy samochód, zwiedzimy te trzy stolice, a potem pojedziemy do tego zamku. Chociaż jest tak znany w Polsce, to nigdy w nim jeszcze nie byłam. Od Pragi to naprawdę niedaleko. Po jacht wrócimy po tej imprezie.

— Aha, mam jeszcze prośbę — dodała po krótkiej chwili. Oprócz kupienia czegoś oryginalnego na prezent dla tego gospodarza — Marcina Włodarczyka, chciałam jeszcze coś zdobyć. Dowiedziałam się w recepcji, że żyją tylko tutaj oryginalne gołębie nikobarskie. Zawieźmy proszę parkę dla polskiego ZOO! Z pewnością się ucieszą.

— A poprzednio gdzie się zatrzymaliście? — Uprzejmie zapytał nowo poznany Anglik.

— Na trochę dłużej w Labaun. To taka wyspa i jednocześnie Terytorium Federalne Malezji. Jest tam i czysto i pięknie. Niesamowite wrażenie robią trzy niebieskie wieżowce przeglądające się w zatoce — przypomniał sobie Jack Makovsky.


Sebastian Niedolistek popatrzył na krajobraz za oknem. Jeszcze niby był to letni dzień, ale trochę pomieszany jak to całe tegoroczne lato. Trochę deszczu i trochę słońca. Żadna stabilna pogoda długo się nie utrzymywała. Niechętnie jechał na to spotkanie. Właściwie gdyby nie żona, to pewnie by nie pojechali. Ale Kamila stwierdziła, że od dawna już nigdzie bez dzieci nie wyjeżdżali i chciała trochę oderwać się od ustabilizowanego życia.. Załatwiła z dziadkami opiekę nad nimi i teraz zbliżali się do zamku. Sebastian patrzył na ponurą bryłę budowli i przeszedł go zimny dreszcz. Miał jakieś złe przeczucie a intuicja rzadko go myliła.

— Strasznie złowieszczo wygląda — Kamila idealnie wstrzeliła się w jego niewesołe myśli.

— Właśnie — przytaknął niechętnie.

Kamila i Sebastian Niedolistek fot. Pixabay

Sebastian dużo wcześniej poczytał trochę o zamku, bo zawsze lubił wiedzieć, gdzie jedzie. Pamiętał, że obronny zamek zbudował jakiś czeski król Wacław i że zamek często zmieniał właścicieli. Z najdłużej władającym nim rodem związane były dwie legendy. Jedna o wrzucaniu niewiernych małżonek do „Studni Niewiernych Żon”. Druga równie urocza o łożu ze specjalną zapadnią w Komnacie Z Baldachimem, z którego nałożnice podczas snu często wpadały do lochu.

Ale musiał przyznać, że okolica była piękna, bo sam zamek z trzech stron otaczała rzeka z zalewem.

Nagle w jednym zamkowym oknie coś błysnęło.

— Chyba ktoś obserwuje nasz przyjazd przez lornetkę. No, nieźle się zaczyna — pomyślał.


Arleta Piotrowska też miała mieszane uczucia widząc zbliżający się cel podróży. Na nic się zdała prośba zapraszającego, by się z nikim z dawnych kolegów nie kontaktować. Od roku spotykała się potajemnie z Krzysztofem Gruzińskim, więc i tak oboje szybko wpadli na to, że wkrótce niespodziewanie spotkają się w zamku. Krzysztof był raczej spokojny, ale ona bardzo się stresowała. Musieli przecież bardzo uważać, żeby ich małżonkowie niczego się nie domyślili. Chciała zakończyć ten romans, tym bardziej, że niespodziewanie całkiem niedawno na horyzoncie pojawił się zupełnie nowy mężczyzna.


Marcin Włodarczyk bardzo zdziwił się zaproszeniem otrzymanym od Gruzińskiego. Co prawda bardzo chciał zobaczyć dawnych znajomych, ale trochę obawiał się, czy nikt nie będzie żartował z jego wstydliwego szkolnego przezwiska. Jednak zdecydował się pojechać i teraz zbliżali się do celu podróży. Popatrzył na żonę Matyldę, która odwzajemniła mu się zimnym spojrzeniem.

— Wiem, czego się obawiasz. Ale sam nawarzyłeś tego piwa i będziesz musiał to jakoś znieść — powiedziała.

Oboje już bez słowa patrzyli na zbliżającą się tajemniczą budowlę.

Marcin pokiwał głową myśląc, jaki ogromny błąd zrobił przyznając się żonie do swoich upodobań.

Już w środku zaczęli załatwiać formalności w recepcji równocześnie z księdzem, który przedstawił się Matyldzie jako zakonnik redemptorysta Jarosław Miętlar. Ku jej zdziwieniu oświadczył, że przyjechał na tę samą imprezę. Jej mężowi nie musiał się przedstawiać, bo znali się kiedyś wyjątkowo dobrze.


Po odświeżeniu się w przydzielonym, wyjątkowo ładnym pokoju, Sebastian i Kamila zeszli na dół, gdzie szybko zaczęli się z nimi witać dawni znajomi Niedolistka.

— O, cześć Sebastian — uśmiechnęła się zdziwiona Olga Kotera wyciągając rękę do policjanta.

Sebastian szczególnie wyczulony na drobne niuanse spostrzegł zaskoczenie kobiety.

— Nie spodziewałaś się mnie w tym gronie? — zapytał.

— W ogóle nie spodziewałam się tego spotkania. Szczerze mówiąc nawet nie chciałam tu przyjeżdżać, ale ciekawość w końcu zwyciężyła. Marcin Włodarczyk zapraszając nas tutaj i pewnie mając teraz dużo kasy, chyba był ciekaw, jak potoczyły się losy jego dawnych znajomych — zastanawiała się Olga.

— No, to rzeczywiście zrobił nam dużą niespodziankę — przyznał Sebastian Niedolistek.

— A co u ciebie? Gdzie pracujesz? — zapytała Olga.

— Wypadam standardowo. Mam żonę i dwójkę dzieci. Pewnie cię to zaskoczy, ale po skończeniu naszych studiów informatycznych trafiłem do policji — odpowiedział.

— Tego rzeczywiście się nie spodziewałam — westchnęła zamyślona Olga.

Poklepała Sebastiana po ramieniu i bez słowa poszła do barku.

— Nie zdążyła nawet powiedzieć, co u niej — pomyślał.

Za to policjant zdążył zwrócić uwagę na oryginalny pierścionek jaki miała jego koleżanka z Politechniki.


W dużej biesiadnej sali goście usiedli przy osobnym, specjalnie przygotowanym i zastawionym stole. Spojrzenia wszystkich pobiegły do Marcina Włodarczyka, ale ten najwyraźniej nie kwapił się do rozpoczęcia imprezy. Był zupełnie jakby trochę nieobecny. Goście zakręcili się niespokojnie. Po dłuższej chwili niezręcznej ciszy w końcu to Olga Kotera wstała z uniesionym kieliszkiem szampana.

— Pozwolę sobie w imieniu wszystkich serdecznie podziękować ci Marcinie za zaproszenie. Bardzo cieszymy się z tego spotkania. Prosimy żebyś opowiedział nam o tej wygranej i o swoich wszystkich dalszych planach — poprosiła. — Ale najpierw toast! Zdrowie!

Wszyscy oprócz Marcina wypili toast. On sam podniósł się i stał z bardzo zdziwioną miną.

— To nie ja tu was zaprosiłem. Ja dostałem zaproszenie od Krzysztofa Gruzińskiego. Wszyscy rzeczywiście dostaliście zaproszenie ode mnie? Może jeszcze ktoś dostał zaproszenie od kogoś innego? — zapytał.

Sebastian rozejrzał się szybko, ale nikt się nie zgłosił.

— Ja też nikogo tu nie zapraszałem, kurde blaszka! — Stanowczo oświadczył równie zdziwiony Krzysztof Gruziński.

Marcin Włodarczyk usiadł ciężko z wyraźnie zakłopotaną miną. Jego żona pomimo takiego obrotu sprawy zachowała stoicki spokój.

Więcej nikt się nie odezwał i wszyscy w ciszy rozważali ten niespodziewany wariant rozwoju całej sytuacji. Tymczasem Sebastian powoli nabierał pewności, że to nie ostatnia niespodzianka. Postanowił później kwestię zaproszeń wyjaśnić uruchamiając kolegów w komendzie w Warszawie.

— W takim razie jedzmy i pijmy. Z pewnością nasz dobroczyńca jakoś się ujawni. Zadał sobie dużo trudu i wydał zbyt wiele kasy, żeby nie miał jakiegoś celu. Wypijmy za spotkanie i dawne czasy! — Marcin Włodarczyk jakby coś w duchu postanowił, bo naraz przełamał się i wzniósł toast przyjmując narzucony ton gospodarza.


Sebastian Niedolistek obserwował mężczyznę, który wyszedł po coś na zewnątrz i skierował się do Volkswagena Passata. Gdy tamten wrócił, przysiadł się do stolika obserwującej wszystkich kobiety. Sebastian powoli do nich podszedł.

— OK. Też jestem z policji, z Zarządu I-go z Wydziału Wsparcia Logistycznego Komendy Głównej Policji. Dlatego łatwo mi było poznać wasz samochód operacyjny. To moja legitymacja. Powiedzcie, co się dzieje i dlaczego nas obserwujecie — zażądał.

Siedzący mężczyzna niespiesznie obejrzał podsuniętą legitymację. Skinął głową.

— Otrzymaliśmy anonimową informację, że międzynarodowa grupa zarządzająca handlem artykułami pornograficznymi z małoletnimi, ma spotkanie robocze w tych dniach na tym zamku. Ma to być Włoch Gianluigi Antonelli, Czech Jiri Nohavica, Łukasz Hormański i Jarosław Miętlar. No więc czekamy na to spotkanie i chcemy ich wszystkich zapuszkować — odpowiedziała kobieta.

— A ten Włoch i Czech to na pewno nie ci dwaj w kącie? — Zainteresował się Niedolistek.

— To akurat wiemy, bo są z nami. To Polacy, ale rzeczywiście trochę wyglądający na gangsterów — uśmiechnął się mężczyzna. — Wygląda, że nasze informacje już częściowo są prawdziwe, bo dwóch podejrzanych już jest i są to goście właśnie z waszego towarzystwa.

— Dobrze, teraz muszę wrócić do swoich znajomych, ale będziemy w kontakcie. Może uda mi się czegoś bezpośrednio dowiedzieć i wtedy was poinformuję — zadeklarował.


Sebastian podszedł do swojego towarzystwa i poszukał wzrokiem Kamili. Siedziała razem z Piotrowskim i Gruzińskim i uśmiechnięta najwyraźniej dobrze się bawiła. Policjant od niechcenia zapytał Łukasza Hormańskiego, czy ma na zamku jakieś dodatkowe umówione spotkanie. Ale ten wyglądał na wyraźnie zdziwionego.


— A co tam słychać u waszego Ojca Inkasenta? — zapytał Sebastian ze swoją zwykłą złośliwością drugiego z wymienionych, napotkanego księdza Jarosława Miętlara.

— Wszystko w porządku — redemptorysta nie podjął zaczepki.

Ale tym samym pytaniem o inne spotkanie był mocno zmieszany ksiądz Jarosław Miętlar o umykającym spojrzeniu.

— Dobrze jest mieć przed sobą jakiś cel w życiu — trochę filozoficznie zauważył Sebastian.

— Albo idziesz wytyczoną drogą do celu, albo nie dochodzisz do nikąd — odparł ksiądz Miętlar.

— Przecież to to samo — zdziwił się policjant. — Logika to była podstawa na moich informatycznych studiach.

— Tak? A ja od lat te słowa powtarzam.

Zakonnik Jarosław Miętlar fot. Pixabay

Do salki weszła kobieta z dwoma małymi chłopcami, ale widząc rozbawione towarzystwo wzięła obu za rączki i zrezygnowała z jedzenia w tej sali. Za to Sebastianowi nie uszło długie spojrzenie, jakim zamyślony ksiądz obdarzył małych chłopców. Teraz policjant był pewien, że przynajmniej w przypadku księdza Jarosława informator się nie mylił. W Sebastianie zaczęło kiełkować jakieś dziwne podejrzenie. Musiał przerwać te rozmyślania, bo doszedł właśnie z księdzem do grupki rozmawiających gości i wciągnięto go do toczącej się dyskusji.

— A ty Sebastian jako policjant, co powiesz o skutku i przyczynie w prawie karnym? — zapytała Matylda Włodarczyk.

Sebastian chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.

— Z pojęciami czynu i odpowiedzialności karnej ściśle wiążą się zagadnienia dotyczące związku przyczynowego. Jest to relacja między skutkiem a przyczyną. Przyjmujemy, że przyczyna zawsze wyprzedza skutek i jest to zjawisko asymetryczne, czyli że skutek nie może wyprzedzić przyczyny. Jest to też relacja przechodnia, czyli jeżeli A jest przyczyną dla skutku B a skutek B sam jest kolejną przyczyną dla skutku C, to przyjmujemy też, że przyczyna A jest również przyczyną dla skutku C.

— Och. Prawdopodobnie jak od każdej reguły, to i od tej są wyjątki. Znana wam jest anegdota o Einsteinie? — Zapytała z uśmiechem Matylda Włodarczyk. — Otóż Einstein, kiedy był studentem, nie był zbyt lubiany przez profesorów. Pewnego razu jeden z nich zwrócił się trochę drwiąco do niego:

— Jak pan sądzi, czy skutek może wyprzedzać przyczynę?

— Może — odparł Einstein. — Na przykład taczka popychana przez człowieka.


Sebastian przyglądał się Matyldzie usiłując przypomnieć sobie, skąd mógł pamiętać jej twarz. Po chwili już wiedział. Ładnych parę lat temu jej zdjęcie było we wszystkich gazetach. Arcymistrzyni Matylda Zielińska. Młodzieżowa mistrzyni Polski w szachach.

— A co o tym sądzi nasz fizyk? — Zapytała Olga przyglądając się Krzysztofowi Gruzińskiemu.

— Rzeczywiście nie każdy skutek musi mieć poprzedzającą go przyczynę. Znane są pewne zjawiska, które mają przyczynę w przyszłości. O ile wiem, fizyka nie potrafi tego wykluczyć, kurde blaszka. Oto przykład:

Cząstki splątane zachowują przeciwną polaryzację. Jeśli zmieni się polaryzację cząstki A, to cząstce B też zmieni się polaryzacja, dużo wcześniej zanim informacja o zmianie polaryzacji cząstki A będzie mogła dotrzeć do cząstki B.

Inne zjawiska odwróconej zależności przyczynowo-skutkowej związane są z chwilowym niezachowaniem energii. Cząstka nisko energetyczna może „pożyczyć” energię znikąd i zachować się jako wysokoenergetyczna, pod warunkiem, że po stosunkowo krótkim czasie tę energię odda. Tak się dzieje nawet wtedy, gdy nie ma żadnej możliwości ustalenia, czy za chwilę będą warunki do zwrotu pożyczki czy nie. Wobec tego przyszła możliwość zwrotu pożyczki jest przyczyną obecnego jej zaciągnięcia, kurde blaszka — Gruziński popatrzył na słuchaczy jak na bałwanów nie mających zielonego pojęcia o otaczającym ich świecie.

— Zostawmy już te naukowe rozważania — Paulina próbowała wrócić do wesołej atmosfery. — Dzięki nieznajomemu darczyńcy możemy tu się bawić. Swoją drogą musi być niezły, żeby nie bać się, że zaraz wytropi go nasz policjant Niedolistek. Nieźle pokombinował z tymi zaproszeniami. Chyba jest niezłym hakerem.

— Wiem, że koledzy ciągle wyłapują nowych hakerów. Zresztą nie jestem przecież tu służbowo. A może i ten „gospodarz” nie będzie aż taki dobry. Na razie nie wiemy przecież, po co to wszystko zorganizował — zastanawiał się Sebastian.

— Uważam, że jako kraj jesteśmy mimo wszystko w miarę dobrze zabezpieczeni przed atakami hakerskimi — odezwał się nieoczekiwanie Hormański.

— Chyba nie wiesz, co mówisz. 12. maja w piątek robak WannaCry zaatakował komputery na całym świecie. I w cale nie był to największy atak w historii, ale zadziwiająca była jego szybkość rozprzestrzeniania się i oddźwięk medialny. Takie firmy jak Renault, Doutsche Bahn czy FedEx trudno posądzać o lekceważenie zasad bezpieczeństwa. Jednak wystarczyło nie aktualizowanie oprogramowania. Wykorzystano dziwnym trafem lukę, z której korzystała NSA — amerykańska agencja zajmującą się działaniami wywiadowczymi w cyberprzestrzeni. Jeżeli nie znasz faktów, to niby w Polsce nic się nie stało. U nas w Centrum komunikat jaki się ukazał, był dokładnie nazywany etapem zaprzeczenia. Czyli, że sprawa nas nie dotyczy. Dopiero w poniedziałek CERT Polska działający we współpracy z NASK, opublikował informację, że w naszym kraju zidentyfikowano 1235 zaatakowanych adresów IP. I to zostało tajemnicą — z dużą zjadliwością powiedziała Matylda.

— Wszystkich na pewno nie wyłapiemy, ale zdecydowanie utrudniamy im życie — podkreślił Sebastian.

— Hakerzy są o dziesięć kroków przed wami. Musicie mieć lepszych i lepiej opłacanych ludzi — odcięła się Matylda.


Sebastian przyglądał się całemu towarzystwu. Jeśli to nie Włodarczyk zaprosił te osoby, to ktoś, kto to zrobił musiał kierować się jakimś kluczem. I zapewne ma też jakiś cel. Wiedział już, że na Miętlara i Hormańskiego doniesiono jako na podejrzanych o pedofilię. To by sugerowało, że do każdego z zaproszonych „gospodarz” ma jakiś żal. Chyba nie dotyczyło to małżonków, ale tego nie był już pewien. Zastanowił się, co ktoś może mieć do niego. Jedynie z Pauliną był blisko krótko na studiach, ale ponieważ odkrył, że chodziła na boki, to szybko ją zostawił. Pozostałych nie znał za dobrze. Coś podpowiadało mu, że to właśnie jego praca miała tu podstawowe znaczenie. A to wróżyło raczej kłopoty.


Do Sebastiana podszedł jakiś obcy mężczyzna, który przekazał mu, że w hotelu zameldował się Jiri Nohavica i w recepcji zostawił zaklejoną kopertę dla księdza Miętlara, którą ten już odebrał.


Niedolistek poszedł trochę okrężną drogą do barku, próbując po drodze wychwycić strzępki rozmów prowadzonych przez gości. Piotrowski rozmawiał z Pauliną.

— Musisz być bardzo zmęczona.

— Czym?

— Ciągle chodzisz mi po głowie.

Paulina najwyraźniej pozwalała podrywać się Piotrowskiemu, co chwila wybuchając przytłumionym śmiechem.

— Żeby sparafrazować znane powiedzenie. Spieszę się kochać mężczyzn. Tak szybko dochodzą! Och, odchodzą! — usłyszał jeszcze Sebastian, mijając roześmianą parę.

Zauważył też wściekłe spojrzenie, jakim obdarzył małżonkę Jack Makovsky rozmawiający niedaleko z Anną Gruzińską. Ale najwyraźniej Paulina zupełnie się mężem nie przejmowała.

— A czy oprócz robienia tatuaży masz jeszcze jakiś talent? — zapytała.

— W tajemnicy mogę powiedzieć, że jestem trochę już łysiejącym maniakiem seksualnym. I tylko wrodzona skromność nie pozwala mi się tym chwalić.

Paulina zaśmiała się i poklepała po odsłoniętym przez wielkie rozcięcie w swojej sukni udzie.

— No dobra, panie skromny. Weźmy szklaneczki i pójdźmy na mały spacerek. Ty przodem. Rodzice powtarzali mi, żebym zawsze szła za swoimi marzeniami.

— Bez zachodu, nie ma miodu — podsumował Piotrowski. — Ale tak z ciekawości. Ilu miałaś mężów?

— Własnych, czy ogólnie?


— A gdzie zniknęła twoja żona? — uprzejmie zapytał Sebastian, gdy Jack Makovsky również podszedł do barku.

— Późnym popołudniem miał przyjechać samochód z Wrocławia po te cholerne gołębie. Przywieźliśmy je w prezencie dla ich ZOO i pewnie Paulina je ekspediuje.

Sebastian zauważył, że zniknął też Piotrowski, zupełnie nie wyglądający na gołębia, ale tę informację zatrzymał już dla siebie.

— Ciągle ma jakieś zachcianki — kontynuował monolog Jack. — Ostatnio żona zażyczyła sobie, żebym kupił jej na urodziny coś, co rozpędza się od zera do setki w mniej niż pięć sekund.

— I co jej kupiłeś?

— Wagę łazienkową.

— Może poprosimy to samo, co ten pan. Nie chce mi się ciągle wybierać trunków — zamówił Sebastian.

— Ja piję Chivas Regal. Jestem Jiri — zasalutował szklaneczką Czech.

— Sebastian. A to Jack. Co tutaj robisz Jiri? Zwiedzasz?

— Nie. Można powiedzieć, że właściwie tutaj pracuję. Dostałem taką drobną fuchę przez internet. I teraz połowę zadania już wykonałem — powiedział Jiri.

— Dobrze mówisz po polsku. Nawet lepiej niż ja — zdziwił się Makovsky.

— Pochodzę z Ostrawy. To tuż przy polskiej granicy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 22.27
drukowana A5
kolorowa
za 45.19