E-book
13.65
drukowana A5
55.6
t@ncereczk@

Bezpłatny fragment - t@ncereczk@

Tylko dla dorosłych!


Objętość:
313 str.
ISBN:
978-83-8104-355-7
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 55.6

Jedynemu za Miłość

Dzieciom za wszystko.

Przyjaciołom za akceptację i wsparcie.

Skurwysynkom za natchnienie.

Tym, na których wrażliwości mogłam budować swoje doświadczenia.


Dziękuję.

***

Podobno jestem niezwykła. Tak mówią o mnie przyjaciele, a bywa, że i zupełnie obcy ludzie. Dostrzegają pod moim uśmiechem, w moich ruchach i spojrzeniu, w pełnej konkretów i nieposkromionej ponoć euforyczności coś, co przykuwa uwagę. Coś… Niezwykłego. Czasami ubierają to w inne słowa. Ty też to dostrzegłeś. Zafascynowałam Cię. A potem przestraszyłeś się, że siłą swojej szczerości naruszę nieskazitelną ułudę Twojego życia. Że spalisz się w tym moim niezwykłym blasku albo okażesz się w nim mdły. Żadna opcja nie wchodziła w Twoją narcystyczną grę. To dlatego zdecydowałeś się mnie zabić…?

1

Pierwsze święta w nowym domu. Tak długo wyczekiwane… I takie w tym roku okropnie niepotrzebne… Zawsze lubiłam kołowrotek rodzinnej Gwiazdki, kiedy przez kilka magicznych dni mieliśmy w domu hotel. Goście zjawiali się już dzień przed Wigilią i zostawali niekiedy do Nowego Roku. W rejwachu rozmów i pisków odbywały się codzienne śniadania, obiady, kolacje, późne kolacje, libacje oraz atrakcje, ładowanie zmywarki, rozpakowywanie zmywarki, ładowanie, rozpakowywanie, nakrywanie do stołu, sprzątanie ze stołu, zmywarka, wymiana obrusów, zastawy, świeczek, znów zmywarka, a w międzyczasie szybkie odkurzanie, lekkie pranie, wietrzenie pokoi i zbieranie niekończących się drobiazgów z podłogi. Nie przeszkadzało mi to, wręcz przeciwnie — taka kumulacja była dla mnie miłym bodźcem do działania. Kiedy musiałam się sprężać, wszystko się udawało, prezenty były ślicznie poowijane, potrawy zawsze wychodziły, a śledzie w siedmiu różnych zalewach przegryzały się, popakowane w słoje ozdobione świątecznymi wstążkami i podpisane bilecikami misternie powycinanymi w gwiazdki oraz choinki. W tym roku święta miały być wyjątkowe. Wreszcie w TYM nowym domu, przestronnym na tyle, żeby bez specjalnych logistycznych uciążliwości pomieścić prawie trzydzieści osób. Mąż miał się zająć rybami, bigosem i wielką choinką. Ja — resztą. Listą potraw, zakupów, pakowaniem prezentów, porządkami, szykowaniem stołu, organizacją zajęć dla dzieci, miejsc do spania i dziesiątek gościnnych ręczników. Nie bałam się, że nie dam rady, ja zawsze dawałam radę. Ja nigdy nie potrzebowałam pomocy ani snu. Ja byłam jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”. Ja byłam… Kurwa, w totalnej rozsypce. W tym roku święta mnie przytłaczały.

Ta przeprowadzka była trochę naszą fanaberią. Nie potrzebowaliśmy nowego domu, wybudowaliśmy już jeden kilka lat wcześniej, ale z czasem warunki dojazdowe stały się upiorne — i dla wygody zdecydowaliśmy się przenieść. Mąż obiecywał mi, że tym razem obędzie się bez pracoholizmu, przerabialiśmy go niejednokrotnie, niestety — znowu totalnie wsiąkł w budowę. Nie interesowało go nic innego. Rozumiałam potrzebę nadzoru, w końcu jestem inżynierem, ale, na litość boską, nie dwadzieścia cztery na dobę… Nie kosztem wszystkiego, co przez tyle lat wypracowaliśmy w naszym małżeństwie… Tym bardziej, że w trakcie budowy zaszłam w trzecią ciążę. Starsze dzieci samodzielne jeszcze nie były, istniejący dom remontowaliśmy przed sprzedażą, z rosnącym brzuchem pisałam, sprzątałam, woziłam, ganiałam po urzędach, architektach, potem po zbrojeniu fundamentów, składach budowlanych, wreszcie dekarzach… Do pierwszej kolki nerkowej nie było źle, przy czwartej zaczęłam się buntować. Kiedy Młody się urodził, lepiej znał swój fotelik samochodowy niż łóżeczko. A mój mąż, w rzadkich chwilach bytności w pobliżu, głuchy był na wszystko, rozmawiał ze mną tylko o tym, które instalacje znowu wymagają poprawki, bo akwarium się nie zmieści… Po przeprowadzce miało być lepiej. Czyli w sierpniu. Mój umysł, z pewnym zapasem bezpieczeństwa, wyuczonym latami kompromisów, deadline ustawił sobie na wrzesień. Po tym terminie, żeby nie wiem co, wyłączał wysokie obroty. Mieliśmy wreszcie odsapnąć i ucieszyć się wspólnie osiągniętym celem. Zacząć rozmawiać. Nie wymieniać uwagi budowlane — roz-ma-wiać! Tak… Tylko że dwa tygodnie po przeprowadzce mój mąż zapadł na sarkoidozę. Bardzo źle ją znosił, a ja jeszcze gorzej znosiłam jego. W obliczu swojej choroby i mojej frustracji nie tylko rozmawiać nie zamierzał, ale w ogóle szczelnie zamknął się w sobie. I pękłam. Po chwilowej euforii, teraz, kiedy dom pustoszał, siadałam i bezmyślnie gapiłam się w ścianę.

Co poszło nie tak…? Przecież miało być pięknie… Machinalnie zamieszałam bitki cielęce. Jeszcze oliwki dorzucić, to na koniec… Piętnaście lat razem. Tyle niespełnionych obietnic. Tyle żali. Tyle wyrzeczeń. Tak mało czułości, tak nieodpowiednio podawanej… Niejedną łzę już wylałam z bezsilności nad chłodem naszej relacji, skądinąd bardzo dojrzałej, ale pierwszy raz w życiu kompletnie nie miałam siły się pozbierać. Nie to, że nie umiałam. Wiedziałam, co powinnam zrobić, wziąć się w garść, ot, co. Tylko zwyczajnie nie miałam na to siły. Zapadłam w pusty i zimny letarg. Zbliżała się połowa grudnia, do Gwiazdki coraz bliżej. Powinnam suszyć pomarańcze na stroiki, pobawić się z Młodym w jakieś ozdoby, bombki, kolędy… Zamiast tego codziennie zdejmowałam z pawlacza w garderobie walizkę i po chwili, zniesmaczona własnym tchórzostwem, chowałam ją z powrotem. Jakie święta… Jakie stroiki… Chciałam uciec na koniec świata… Przyjaciółki tuliły mnie, jedna na żywo, druga przez telefon. „Nie martw się. Okrzepniesz. Jesteś zmęczona”. „Kochana, może wyjedziemy razem, odsapniesz”. „Uśmiechnij się, przyjedź na noc”. „Jesteś cudowna, musisz tylko odpocząć”.

Nieprawda. Nie byłam cudowna. To one były, ja tylko nieustannie płakałam. Nic mnie nie cieszyło, nawet nie chciało mi się sprzątać, przestałam czuć cokolwiek poza smutkiem. Nie kupowałam ubrań. Nie chodziłam do kosmetyczki. Po co, żeby w święta móc pokazać teściowej, że jestem lepszą żoną, niż naprawdę jestem…? W dupie to miałam… Nawet gadać z nią nie będę. Nie chcę tak żyć, uduszę się frustracją, nie chcę… Nastawiłam pod garnkiem czas wyłączenia, opłukałam ręce i cisnęłam ścierką w blat. Kolejny raz sięgnęłam po walizkę. To bez sensu. Nie będę jak moja matka, zrobię to, spakuję się i wyjadę, nie wiem gdzie, nad morze… Chociaż na parę dni, potem się zobaczy. Ciekawe, czy mąż w ogóle zorientuje się, że coś nie tak. Od miesiąca nie był w stanie zauważyć moich tłumionych łez.

Z hukiem rzuciłam walizkę na podłogę w sypialni. Jak na zawołanie, na szafce brzęknął telefon. SMS. Akurat w tym momencie, z głupia frant: „Pozdrowienia z wyjazdu”. I zdjęcie. Fajna fotka, piękny górski pejzaż, Ty na nartach, ściśnięty kaskiem, dzióbek wystający spod gogli… Miło. Lubiłam Cię, zawsze emanowała z Ciebie pozytywna beztroska, znaliśmy się już od paru lat, ale nasze kontakty ograniczały się do sporadycznych pozdrowień z wyjazdów. Chociaż… Raz, latem, faktycznie, wdaliśmy się w dość długą dyskusję, zaczęło się żartobliwie, a przerodziło w mało grzeczny flirt… Już nawet nie pamiętałam, jak do tego doszło. Nic poza tym nas nie łączyło, Ty nie szukałeś mnie, ja nie zaczepiałam Ciebie. Nie mogłam ściągnąć Cię myślami. Skąd przyszedł Ci wtedy do głowy pomysł, żeby do mnie napisać…? Niezwykłe. Mimowolnie poczułam, że kąciki moich ust pierwszy raz od dawna lekko uniosły się w górę. Odpisałam. Mało powiedziane… Rozpisałam się. Nie wylewałam Ci swoich żali, ale w każdym słowie dały się wyczuć emocje, mój ogromny głód czułości, frustrację wywoływaną codziennością, potrzebę namiętności, przez te litery wypłakiwałam Ci całą swoją bezsilność. Pisaliśmy wtedy bez przerwy bite dwie godziny. Poprosiłeś, żebym napisała wieczorem, żebym pisała codziennie. „Piszesz w taki sposób, że aż szkoda, że do tej pory robiłaś to tak rzadko. Nie mogę przestać patrzeć w telefon. Sprawiasz mi tym wielką radość”.

Ten głupi, nic nie znaczący SMS od Ciebie na dobre schował moją walizkę na pawlacz. Nie wiedziałam jeszcze, co się z tego rozwinie… Ale najprościej było chwilowo zostać w domowej stagnacji. Ożywiłam się, codzienne rozmowy, choć pisane, otarły łzy i ogrzały skostniałe serce. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo byłam emocjonalnie zziębnięta. Właściwie nic się między nami nie działo, pisałeś jakieś głupoty, wymienialiśmy drobne żarty, ale dla mnie to było objawienie. Roz-ma-wia-liś-my!!! Mój umysł był zbyt skurczony kilkuletnim czekaniem, żeby się teraz przed tym bronić. Chłonął Cię, sycił się Twoimi słowami, świeżością, zachwytem, a im więcej w niego sączyłeś, tym bardziej tego potrzebował. Pomału schodziliśmy na tematy bardziej intymne, wręcz erotyczne. „Jaką masz piżamę?”. „Sypiam nago”. „Jesteś niesamowita, nawet śpimy tak samo…”. „Lubisz się kochać pod prysznicem?”. „Bardzo, a Ty? W jakiej pozycji?”. „Z racji wzrostu i postury — od tyłu na stojąco”. „Uwielbiam…” i tak dalej. Nareszcie przestałam czuć w środku tę dojmującą pustkę emocjonalnego ugoru. Wreszcie ktoś zamieniał ze mną więcej niż dwa słowa w stylu „Obiad jest?”. Nie zamykał mi drzwi przed nosem, nie chował się w komputer, nie burczał. Mąż nawet nie zauważył, że zaszła we mnie jakaś zmiana. Tak jak wcześniej nie widział duszonych pod powiekami łez, tak teraz nie zauważał iskierek. Pytał tylko, jak idą przygotowania do świąt. Święta… Cóż, chyba rzeczywiście okazałam się lepszą żoną, niż naprawdę jestem, bo potrawy wyszły świetnie, atmosfera była rodzinna, poduszek i ręczników starczyło dla wszystkich, a ja uśmiechałam się od ucha do ucha, tryskałam energią i nawet nie zerkałam w stronę pawlacza. Ba, zadbałam o siebie, poszłam do fryzjera, ładnie się ubrałam… Jedyne, co odbiegało od normy, to że nie wypuszczałam telefonu z dłoni. Uzależniłeś mnie od swojego zainteresowania, sam równie skwapliwie korzystałeś z mojego wygłodzenia.

Trzy dni po Nowym Roku zacząłeś nalegać na spotkanie. Umówiliśmy się mniej więcej w połowie drogi, Ty jechałeś do przyjaciela, a ja akurat w tamtą stronę zawieźć parę rzeczy do babci, los nam sprzyjał, taki łaskawy był… Wysłałam Ci jeszcze swoje zdjęcie, żebyś mógł zawczasu się rozmyślić. „O Boże, jaka urocza, teraz nie będę mógł zasnąć! Już nie mogę się doczekać!”. No teraz to ja już też nie mogłam… Nadszedł wreszcie ten upragniony piątek. Szykowałam się, goliłam, pachniłam, spięta byłam do nieprzytomności, pięć razy biegałam do kibelka, siku, kupka, podmywałam się, za chwilę znowu, nerwy mnie zżerały jak nastolatkę. Pojechałam, z ulgą zostawiając naburmuszonego męża z dziećmi w domu. Zadzwoniłeś już za pierwszym zakrętem.

— No halo, jak tam, dzisiaj się widzimy?

Ale miałeś miły głos… Ciepły, głęboki, miękki… Nie pamiętałam tego…

— No chyba tak. Nie rozmyśliłeś się?

— W życiu! I głos też mi się podoba!

— Przestań. Zadzwonię, jak już będę wolna, umówimy się przy jakiejś konkretnej drodze, dobrze?

— Uważaj na siebie.

— Dzięki, pa.

Trasę do babci pokonałam w rekordowym tempie, do przyjaciółki nawet nie weszłam, chociaż obiecywałam, że się postaram. Od razu ruszyłam z powrotem.

— Jadę już, także depnij tam, bo będę wcześniej.

— Depnąć to ja mogę Ciebie!

— Tak, jasne. Wiesz co, spójrz na mapę, tam od głównej drogi odchodzi taka przy stacji benzynowej…

— Widzę.

— To tam skręcę, zadzwonię i będziemy się łapać.

— Już bym Cię złapał…

Niezwykła była ta Twoja swoboda, odwykłam już, nie wiedziałam, jak z Tobą rozmawiać.

Zadzwonił mąż.

— O której będziesz?

— Nie wiem, wieczorem.

— Wracaj szybko, Młody marudzi.

W zestawieniu z Twoim modulowanym głosem i troską ten oschły komunikat tylko mnie rozdrażnił, nawet się nie pożegnałam, jednym uchem wpuściłam, drugim wypuściłam. Dojechałam do uzgodnionej drogi, było już całkiem ciemno. Skręciłam i zadzwoniłam do Ciebie.

— Jadę już, żebym Cię nie minęła gdzieś.

— Nie bój się, ja też będę patrzył. Wielkiego ruchu nie ma. Te światła, to Ty…?

— Mrugnę długimi.

Mrugnęłam.

— No, a ten przed Tobą to ja!

— To zawracaj!

Minęliśmy się, szczerząc zęby przez boczne szyby. Stanęłam na poboczu, włączyłam awaryjne, wyjęłam kluczyki ze stacyjki i wysiadłam. Zimno było, miałam tylko cienką bluzeczkę, wiatr przewiewał mnie na wskroś, skuliłam się, zaplatając ręce na piersiach. Przez ten czas zdążyłeś zawrócić i ustawiłeś się za mną, podbiegłam do Twojego samochodu. Też wysiadłeś. Przeciągałeś się, wydając jakieś onomatopeiczne dźwięki.

— Oooouuuuaaaaa-aaa-ale chodź tutaj!

Prosto z tego przeciągnięcia z sapnięciem opuściłeś ramiona na moje skulone plecy i przyciągnąłeś mnie do siebie. Byłeś niższy, niż pamiętałam, drobniejszy… Sprężysty przy tym, ładnie zbudowany, zdążyłam zauważyć skrawek ciała, kiedy wyciągałeś ręce w górę. Śmiesznie. Chciałam Cię cmoknąć w usta, a Ty bez pardonu wsadziłeś mi język między wargi. Trochę nieudolnie oddałam pocałunek, jakoś tego nie poczułam. Nie lubię tak od razu. Jezu, kompletnie nie wiedziałam, jak się zachować…

— No dobra, jedźmy gdzieś, przecież tu nie będziemy stali. Tam kawałek wcześniej była mała stacja i parking, chodź, pewnie mają jakąś kawę.

Co Ty z tą kawą…? Ja pijałam po dziesięć espresso dziennie, Ty podobno nie byłeś kawoszem, zdążyliśmy już sobie o tym napisać… Myślałam, że ta kawa to zwykły pretekst. Wsiedliśmy do swoich samochodów, przepuściłam Cię i ruszyłam. Droga nie należała do szerokich, same zakręty, las, a Ty zapiąłeś sto na godzinę i przyśpieszałeś… Spasowałam, zaczekałam, aż zauważysz mój brak w lusterku. Zadzwoniłeś.

— No może byś na mnie zaczekał? Za dużo jeżdżę, żeby jeździć za szybko.

— No już nie mogę się doczekać, to dlatego!

Zwolniłeś. Na szczęście już był parking. Wjechaliśmy, zaparkowaliśmy trochę na uboczu, pod ścianą starego budynku. Wysiadłeś, wsadziłeś głowę w moje drzwi od strony pasażera.

— To co, idziemy na tę kawę?

Trochę się skrzywiłam, pokręciłam głową.

— Na kawę…? A chcesz bardzo?

Zrozumiałeś bezbłędnie.

— Nie muszę, możemy sobie posiedzieć w samochodzie, pogadać.

— Mam przyjść do Ciebie, czy Ty do mnie…?

— Nie, Ty przyjdziesz do mnie.

Jezu… Jakaż to zadziwiająco miła odmiana… Po tylu latach decydowania o wszystkim za wszystkich mogłam poczuć się malutka, prowadzona za rączkę przez silnego partnera! Nareszcie ktoś mówi mi, co robić, to takie przyjemne! Tak bardzo tego potrzebowałam… Takiej chwili beztroski. Wyszłam, pstryknęłam zamkiem, wsiadłam na Twoje tylne siedzenie, miękko, ciepło, miło. Ty wsiadłeś drugimi drzwiami. Siedziałam sztywno z nogą założoną na nogę, prawie podrygiwałam w rytm pracy pobudzonych neuronów. Sam też nie wyglądałeś zbyt swobodnie, splatałeś ręce na kolanach, kręciłeś głową, trochę nie wiedzieliśmy, jak zacząć.

— Jejku, to niesamowite, że się spotykamy, strasznie się bałem, jak to będzie…

— No… Trochę jest dziwnie…

Zaśmialiśmy się oboje. Lody puściły.

— Ja chcę się przytulić…

Pochyliłeś się i oparłeś na łokciu za moimi nogami. Przysunąłeś głowę i zacząłeś mnie całować. Jezu, to był kosmos… W życiu nikt mnie tak nie całował… Jakbyśmy mieli usta odlane z jednej formy, w tym samym tempie poruszaliśmy językami, przymykaliśmy wargi, o kurwa!!! Odsunęłam się o centymetr.

— I jak mój języczek? Może być? Odpowiada Ci?

— Mhmmm…

Nie mogłam nie spytać, cały wieczór rozmawialiśmy o zaletach swoich języków, cud, że nie przypisaliśmy im kręcenia w supełek ogonków czereśni, jak w „Twin Peaks”… Najwyraźniej mój podobał Ci się bardzo, nie mogłeś się oderwać, zresztą ja też to czułam, moje akumulatory ładowały się, jakby je podpięli pod elektrownię. Całowaliśmy się jak opętani, podbródki, szyje, płatki uszu, powieki, usta, tyle już razy mówiłam, że pasują mi czyjeś pocałunki, ale to był jakiś odlot… Odsuwaliśmy się tylko po to, żeby całować inne części ciała, pieścić się i delikatnie rozbierać, po troszeczku, nie do końca, odsłaniając nowe obszary, rozbudzając niezaspokojoną ciekawość nowości. Przywilej pierwszego zbliżenia. Nowa skóra, nowe smaki, zapachy… Miałam na sobie sztruksowe szorty i rajstopy, sięgnąłeś do paska, rozpiąłeś sprzączkę. Złapałam Twoją dłoń.

— Nie…

— Ale ja chcę.

— Cały dzień jestem w trasie, nie chcę, musiałabym się odświeżyć. Nie.

Nie chciałam, żebyś zniechęcił się nieodpowiednim zapachem, to by było niesmaczne. Poza tym.. Jakoś nie mogłam tak od razu… W takich warunkach… W biegu, na chwilę, zamiast kawy… Nie chciałam bezcześcić fenomenu ogromnego pożądania, które zawładnęło mną pierwszy raz od tak dawna. To głupie, ale wydawało mi się wręcz świętokradztwem bzyknąć się tam, tak po prostu, jak chapnąć kotleta w barze… Chciałam Cię dotykać. Odkrywać. Smakować. To spotkanie miało dla mnie zacznie głębszy wymiar niż tylko szybki seks. Pobudzałeś moje głęboko uśpione obszary umysłu i lędźwi, pożądanie, które rodzi się gdzieś w środku. Mężczyźni odbierają to inaczej, wiedziałam o tym, dla Ciebie to był tylko seks — fascynujący, bo nowy. Odsunąłeś dłonie, zacisnąłeś na chwilę pięści, żeby ochłonąć. Odsapnąłeś i przytuliłeś mnie. Głaskałam Cię opuszkami palców jak antyczny posąg. Byłam zachwycona Twoją gładką skórą, sprężystymi mięśniami.

— Poezja… Ciało poezja…

Przesuwałam palcami po Twoich plecach, aż do pośladków i głębiej, a Ty śmiesznie wygięty, skulony, leżałeś z twarzą gdzieś za oparciem i wzdychałeś. Musiało Ci tego brakować tak samo jak mi. Tak przynajmniej wtedy myślałam. Pieściliśmy się, zachwyceni tym, jak do siebie pasujemy. Wszystko odpowiadało. Kotłowaliśmy się w ubraniach, nawet nie zdjąłeś mi bluzki, wyłuskiwałeś sobie tylko raz jedną pierś, raz drugą. Moje obwisłe piersi… Wstydzę się ich… Usiadłam na Tobie okrakiem, znowu wystawiłeś jedną i cmoktałeś sutka.

— Masz fajne sutki. Lubię takie.

— Od razu sterczą. Gotowe.

— Mhm.

Znowu złapałeś go i wypuściłeś. Delikatnie wsysałeś go do środka, łapałeś nie za sam czubek, tylko głębiej. Otulałeś miękkością warg, językiem i pomału zsuwałeś, a mój sutek sterczał jak antenka.

— Nie lubię swoich piersi, po trójce dzieci…

— Jakie to ma znaczenie? Jesteś dojrzałą kobietą, jakie mają być? Lubię dojrzałe kobiety.

Znowu przyssałeś się do lewej piersi.

— Mąż chciał mnie wysłać na operację. Tak długo o tym mówił, że sama uwierzyłam, że chcę… Już wciskał mi pieniądze, ale jednak nie poszłam.

— Co Ty mówisz, nie wyobrażam sobie tego, namawiał Cię? Bez sensu. Poza tym są super.

Karmiłeś moje wygłodniałe zmysły samymi afrodyzjakami. Znowu zeszłam z Ciebie i złapałam Cię w usta. Kiedy zaczęłam Cię ssać, jęczałeś z rozkoszy. Nie chciałam, żebyś kończył. Nie tak miało być. Podniosłam się.

— Ale nie zostawiaj mnie tak, co Ty robisz, zaraz dojdę, dokończ!

— Nie chcę. Jeśli musisz, dokończ sam.

Wymasowałeś się sam, całując mnie tylko głęboko, nie oderwałeś ust aż do wytrysku. Potem przytuliłeś mnie. Siedzieliśmy spoceni w zaparowanym samochodzie. Byłeś taki rozluźniony. A ja… Zakochana jak nastolatka. Od razu, w jednej chwili.

— Zaczekaj, nie puszczam Cię jeszcze, tylko zmienię koszulkę, dobrze?

Sięgnąłeś do torby z tyłu i wyjąłeś świeży T-shirt. Pachniał proszkiem do prania i żelazkiem. Dobra żona. Zużyty, poplamiony spermą rzuciłeś gdzieś za siedzenia. Wtuliłam twarz w Twoją szyję i przestraszyłam się. Poczułam, że właśnie skończył się mój świat. Że właśnie się zaczął. Że wszystko będzie dobrze. Że nic już nie będzie dobrze. Gapiłam się w czerwonawą poświatę latarni za zamgloną szybą, słuchałam szumu radia i myślałam o tym, że tu pasuję. Że nie chcę, żebyś mnie puszczał. Że dla tej chwili w Twoich ramionach mogłabym zostawić cały swój świat. Nie mogłam Ci tego powiedzieć, nie zrozumiałbyś, ale już wtedy, od razu, moje wysuszone przez lata serce wchłonęło Cię jak magiczna gąbka. Kiedy wreszcie rozstaliśmy się, rozjechaliśmy każde w swoim kierunku, to samo serce kołatało mi w rytmie Twojego. Zadzwoniłam.

— No, halo, co zostawiłaś?

Byłeś… Zadowolony, to chyba najlepsze słowo.

— Nic wielkiego… Poszukaj… Kawałek serduszka.

Roześmiałeś się.

— A, serduszka, to w porządku.

— Odezwiesz się do mnie?

— No oczywiście, jak mógłbym nie. Uważaj na drogę. Napisz jak dojedziesz.

— Dzięki, pa.

W domu wykąpałam się i zakopałam pod kołdrą. Dzieci już spały, mąż jak zwykle rzucił tylko zdawkowe „O, jesteś, wszystko dobrze?” — i został przed telewizorem. A ja zasypiałam z rozpalonymi policzkami i reaktorem jądrowym w piersi. Rano odczytałam kilka wiadomości. „Halo, śpiochu”. „Tęsknię”. „Ja Cię kocham, a Ty śpisz”. „Napisz, jak wstaniesz”. Odpisałam. Oplotłam wokół nadgarstka swój pierwszy sznureczek.

2

Kolejne dni mijały mi jak w transie. Nie miałam bladego pojęcia, co dzieje się w domu, żyłam niejako poza nim, machinalnie sprzątałam, prałam i szykowałam skromne obiady, odprowadzałam Młodego do przedszkola, wyprawiałam starsze do szkoły — żyłam od SMS-a do SMS-a… Było jasne, że pożądanie zostało dopiero rozbudzone. Musieliśmy się spotkać jak najszybciej, żeby się naprawdę kochać, żebym mogła poczuć Cię w sobie… Chciałam tego, pragnęłam jak oszalała, w moim brzuchu grasowały chyba krwiożercze ważki, a nie żadne motyle, czułam, jakby płonęły mi lędźwia — a jednocześnie nie byłam w stanie nawet się dotykać, łechtaczka nie reagowała ani na te motyle skrzydełka w podbrzuszu, ani na moje dłonie. To uczucie, ta potrzeba była znacznie głębiej niż mogłabym sięgnąć palcami, jakby żyła osobnym życiem. Cała składałam się z pulsującego namiętnością wnętrza. Chciałam tylko Ciebie. Już, teraz, nareszcie. Niestety, okazało się to nie takie proste. Myślałam, że po prostu mówisz żonie, że jedziesz — i jedziesz. Nie tłumaczysz jej z kim, po co i na jak długo. Sama tak robiłam, to było naturalne, nie wnikaliśmy z mężem w swoje wyjazdy, oboje dużo podróżowaliśmy służbowo i prywatnie, tym bardziej spodziewałam się tego po Tobie. Tymczasem tłumaczyłeś jej wszystko… A żeby się spotkać, niechby i w połowie drogi — musieliśmy każde przynajmniej dwie godziny jechać. Dwie w jedną, dwie w drugą, dwie razem, to już sześć. I wyjazd bez przykrywki nie wchodził w grę. Nie podejmowałeś żadnej inicjatywy, a ja naiwnie sądziłam, że tak naprawdę boisz się o mnie, o moje możliwości. Może uważałeś mnie za kruchą i bezradną…? Biedaku… Postanowiłam Cię ośmielić. W swojej „zewszystkimsobieradzącej” główce ułożyłam plan wzięcia Cię z zaskoczenia. Żebyś nie miał czasu zastanawiać się nad konsekwencjami. Nie przemknęło mi nawet przez myśl, że możesz odmówić. Zorganizowałam wszystko i rozradowana zadzwoniłam.

— W najbliższą sobotę biorę Młodego i spotykamy się gdzieś w połowie drogi.

— Co? Co Ty wymyśliłaś?

— Męża nie ma, dzieciaków nie ma, jest tylko Młody, wrzucę go w fotelik, zaśnie, przyjadę, to dwie godziny, chcę Cię zobaczyć.

— Jezu, Ty jesteś jeszcze większy hardkorowiec niż ja… Ale ja muszę coś powiedzieć w domu… Ja nie wiem… W sobotę… O Boże… Ale jak to…

Wydłużyła mi się mina. Tego nie przewidziałam.

— Nie chcesz…

— Chcę, oczywiście, że chcę, przecież muszę sprawdzić, czy do mnie pasujesz… Tylko nie wiem, co zrobić… Ja nie wiem, czy mogę…

Widzisz, dla mnie było oczywiste, że możesz. Że jeśli tylko chcesz — to postarasz się i możesz. Coś tam wymyśliłeś, więc chyba miałam rację. Napisałeś tylko „Jesteś niesamowita!”. Na każdym kroku szokowałam Cię swoją zaradnością, skonkretyzowaniem, szybkością reakcji i pomysłowością. I tym, jak codziennie, w każdej kolejnej wiadomości i rozmowie uczyłam się Ciebie. Po kilku dniach wiedziałam o Tobie więcej niż Twoi starzy kumple. Pytałam. Dociekałam. Przede wszystkim słuchałam, chłonęłam wszystko, co do mnie mówiłeś. Znałam Twoje upodobania muzyczne, datę urodzin Twoich, żony, córki, wiedziałam już, że jednak nie lubisz kawy i z tą „kawą” to ściema, pamiętałam nawet imiona Twoich współpracowników, o których opowiadałeś. Nigdy nie robiłam dwa razy tych samych błędów, jeśli okazywało się, że coś Ci nie odpowiada — nie powtarzałam tego. Starałam się za to powtarzać to, co lubiłeś. Pamiętałam zadziwiająco dużo i chciałam więcej. Zostało mi to, nie minęło z upływem czasu. Do samego końca. Pamiętałam wszystko, co miało związek z Tobą, najdrobniejsze szczegóły. Taki fenomen uzależnienia. Tak, już wtedy, po tym poznawczym spotkaniu, czułam, że się od Ciebie uzależniłam. I dobrze mi było z tym.

Umówiliśmy się. Mąż rzeczywiście wyjeżdżał na parę dni, córka jechała na noc do koleżanki, syna też sprzedałam znajomym. O osiemnastej wsadziłam Młodego w fotelik i ruszyliśmy. Jak na złość jęczał, marudził, zamiast spać kręcił się i chciał do domu. Jakby wyczuwał Cię lepiej niż ja. Wreszcie padł, przez sen jeszcze stękając. Trochę się denerwowałam. Bałam się, gdzie się spotkamy, jak to będzie, czy się mną nie rozczarujesz. Jednocześnie byłam tak nabuzowana, że kipiałam entuzjazmem. Mogłam nie jeść, nie pić, tylko myśleć o Tobie. Żaden narkotyk ani izotonik nie podziałałby na mnie wtedy bardziej niż świadomość, że jesteś. Cały mój. Nareszcie. Zadzwoniłeś.

— Jak będziesz jechała obok takiej dużej fabryki, to zwolnij, stoję na parkingu na postojowych.

Zobaczyłam Cię. Skręciłam. Parking był pusty, stanęłam na samym środku, asekuracyjnie daleko i od drogi, i od budynku. Zanim przyszedłeś, zdążyłam rozłożyć siedzenia na płasko. Normalnie bym ich nie rozkładała, usiedlibyśmy, tak jak wtedy u Ciebie, ale teraz musieliśmy zmieścić się obok fotelika ze śpiącym Młodym. Twardo było jak cholera. Zabrałam z domu jakiś gruby koc, żeby chociaż trochę wymościć to prowizoryczne gniazdko miłości, sprawdziłam wcześniej, że naprawdę jest twardo — ale już mi nie pozwoliłeś nic szykować. Wskoczyłeś przez tylne drzwi, objąłeś mnie i wtuliłeś twarz w moją szyję. Nareszcie. Nareszcie. Zapomniałam, co chciałam zrobić, zapomniałam, że Młody jest. Nareszcie. Podałeś mi płytę.

— Nagrałem Ci pierwszych Hurts-ów.

Hurts. Oderwałam się od Ciebie. Miałam ich drugą płytę. Obiecałeś mi pierwszą, rzeczywiście. Rozglądałeś się z uśmiechem.

— Miejsca jak w namiocie.

Nachyliłam się w stronę radia i wsunęłam płytę w kieszeń. Popłynęła muzyka. Wisiałam na oparciu swojego siedzenia, żeby wyregulować głośność, a Ty mrucząc ugniatałeś moje wypięte pośladki. Wreszcie położyłam się, szczęśliwa, wyciągając się cała wzdłuż Ciebie.

— Zobacz, co dla Ciebie założyłam.

Miałam koszulę na zatrzaski i stanik rozpinany z przodu. Rozpięłam guziki, strzeliły, odsłaniając kawałek gładkiego czarnego biustonosza — jednego z trzech, jakie w ogóle miałam w szafie. Patrzyłeś na mnie baranim wzrokiem, jakbyś nigdy nie widział stanika z klamerką z przodu, choć to przecież niemożliwe, nie przy Twojej wydajności. Tyle kobiet przewinęło się przez Twoje łóżko, że musiałeś znać kobiecą bieliznę lepiej niż producenci. Coś nie tak…? Rozpięłam sama, żeby Cię ośmielić. Co jest, do licha, zniesmaczyłam Cię czymś…? Zamarłam na chwilę. Położyłeś lekko dłoń na moim brzuchu, przesunąłeś na pierś. Chłód skóry pobudził sutek, zesztywniał. Spodobało Ci się, chwilę obracałeś go w palcach. Wyłuskałeś mnie wreszcie z koszuli, z ramiączek biustonosza. Pocałowałeś. Potem jednym ruchem odpiąłeś mi pasek i uklęknąłeś nad moimi biodrami, rozpinając rozporek. Ściągnąłeś mi buty, skarpetki i dżinsy, szarpiąc nogawki, roześmiałeś się, że nie chcą Cię dopuścić. Zdjąłeś też ze mnie majtki i westchnąłeś przez nos. Przez chwilę taksowałeś wzrokiem moje zupełnie nagie ciało. Kładąc się obok mnie, musnąłeś palcami moją łechtaczkę. Przez chwilę, ot tak, trzy okrężne ruchy, żeby sprawdzić, czy jestem wystarczająco miękka.

— Nie przestawaj…

Wróciłeś dłonią między moje nogi, ale już bez zaangażowania. Coś było nie tak. Czułam w Tobie jakiś wewnętrzny opór, strach… Tak jakby przeraziło Cię to, że tak szybko chciałam się kochać. Przecież byłam tak mokra, że Twoje palce ślizgały się między wargami, dla mnie to nie był czas na grę wstępną, ona trwała już od kilku dni! Wtedy, w tamtej chwili, chciałam tylko poczuć Cię w sobie. Ten pierwszy raz. Chyba chciałam za mocno. Przestraszyłeś się mojej namiętności. Może tego, że wszystko stało się bez Twojego udziału. Że nie byłam bierna, nie wzdychałam zachwycona Twoim dotykiem, tylko sama przejęłam inicjatywę, zmuszając Cię do wykazania się czymś więcej niż samą obecnością… Nie wiedziałam, co się wtedy stało, zaniepokoiłeś mnie, czy już tego wieczoru pomyślałeś, że jestem za mało zwyczajna i że Cię to osłabia…? Twoje podniecenie opadło, zdenerwowałeś się, posmutniałeś. Odpłynąłeś gdzieś myślami. Dotknęłam dłonią Twojego policzka.

— Co się dzieje?

— Nic. Tylko tak jakoś… Przestraszyłem się, że nie podołam. Że za wysoko postawiłaś mi poprzeczkę.

— O czym Ty mówisz, chodź tutaj, co się stało?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 55.6