Wszystkim tym, którzy w swojej naiwności myślą, że my, ludzie, mamy wolną wolę…
1
Kilkuletni chłopczyk, człapiąc głośno gumowcami po mokrych deskach ganku, biegł prosto w stronę niskich schodków prowadzących do ogrodu. Obok niego, szczekając i merdając ogonem, plątał się kudłaty łaciaty piesek na którego dzieciak wołał Lulek.
Szczęśliwy Lulek biegał w kółko, wypuszczając się daleko do przodu, ale zaraz potem wracał z powrotem do chłopca. Pies, co chwila usiłował złapać zębami fruwającą na boki i niemiłosiernie szeleszczącą pelerynę przeciwdeszczową, którą mimo protestów, mama założyła chłopcu.
— Tomek! Tylko uważaj na głębokie kałuże i błoto! Deszcz dopiero co ustał! Zaraz będziesz cały mokry! — wołała za chłopczykiem, który zdążył już zbiec po schodkach i zniknąć między wysokimi krzewami berberysu, wbiegając w alejkę oddzielającą parcele dwóch sąsiadujących ze sobą domów. — I nie wolno ci się bawić w lasku, bo tam są kleszcze! Słyszałeś?!
— Taa… mamo! — zawołał Tomek, biegnąc dalej.
Chłopczyk wcale nie zamierzał wchodzić do lasu. Biegł przed siebie w całkiem innym celu, a po drodze do niego, dzielił się sprawiedliwie z Lulkiem kromką chleba, posmarowaną masłem orzechowym.
Matka, patrząc z ganku na niknący za rogiem czubek żółtego kaptura peleryny, uśmiechnęła się do siebie, a potem sięgnęła do kieszeni fartuszka po fona.
Na wyświetlaczu widniała wiadomość:
„Przyjdę zaraz po burzy. Mam przy sobie śliczną i samotną butelkę Porto. :)”
Dalej się uśmiechając, poprawiła kosmyk włosów opadających na czoło i odpisała:
„Czekam :) Mamy trochę czasu. Tomek właśnie pobiegł się bawić ;)”
Nim wróciła do domu, zdejmując po drodze fartuszek, zatrzymała się w drzwiach, nasłuchując:
— Co tak szumi do diabła… E, to chyba w uszach mi brzęczy po burzy.
Tomek miał plan. Co prawda przez tę burzę, to jego plan prawie by się nie udał, ale deszcz szybko minął, i mama — co było bardzo dziwne — pozwoliła mu tym razem zaraz po ulewie iść się pobawić na dworze razem z Lulkiem.
Dlatego tym razem będzie bardzo grzeczny i nie wejdzie do lasku, bo Lulek potem choruje od kleszczy, a tak w ogóle, to tym razem las go w ogóle nie interesował.
Zresztą w jego planie wystarczyło, że dojdzie do wzgórza, a potem zejdzie do „Dołka Julki” — tak nazywano okrągłą jak miska, głęboką dziurę na szczycie niewysokiego pagórka. Tak po prawdzie, cała ta górka była bardzo dziwna. Mama zawsze mówiła, że ten wzgórek wyglądał jak mały wulkan.
To właśnie tam, kiedyś, bardzo dawno temu, jego ciotka wariatka, siostra mamy, została niby złapana i uwięziona w środku przez jakieś dziwne istoty na wiele lat.
Wcześniej Tomek nic nie wiedział, ani o istotach, ani o wulkanach, aż nie zobaczył tego wszystkiego w necie. Mama miała trochę racji, wzgórze mogło przypominać mały wulkan, a ciotka, widząc tam jakieś dziwne stwory, faktycznie mogła zwariować.
Mama opowiadała, że kiedy ciotka nagle się pojawiła po kilku latach, to nie dość, że cała była mokra, jakby kąpała się w basenie w ubraniu, to jeszcze miała na nogach ślady po złamaniu obu nóg. A potem w miasteczku gadali, że ciotka Jula, tak faktycznie, nie tylko złamała sobie nogi, ale przede wszystkim, „złamała sobie mózg”.
Tak mówili dorośli. Bo podobno po tym dziwnym powrocie do domu, ciotka Jula bardzo się zmieniła. Niby była dużo młodsza od mamy, zawsze taka wesoła i wygadana, ale od czasu kiedy zaginęła, zachowywała się dokładnie, jak… jak babcia Wisia. Nic nie mówiła, drżały jej ręce i tylko patrzyła przed siebie w jeden punkt. Chyba faktycznie miała zepsuty mózg.
Dorośli mówili też, że tam — czyli na górce — musiało się stać coś strasznego. Tylko, co? Nikt nie wiedział. A jak mówiła mama: policja miała to w dupie. No i najważniejsze — zastanawiał się — gdzie ciotka Jula była przez te wszystkie lata? Tego nikt nie wiedział do tej pory, a ona nie chciała powiedzieć.
Ale on, słynny detektyw Tomasz, wszystko dzisiaj wyjaśni! Bo on miał plan! Oglądał niedawno taki stary film na padzie i tam był taki, ten, no ten, deetektyw, co się nazywał… Jak on się w ogóle nazywał? — zastanowił się chwilę. — E, nieważne, w każdym razie, miał na głowie taką śmieszną czapkę z dwoma nausznikami i dwoma daszkami. Jednym z przodu, a drugim z tyłu. To na pewno przez tę czapkę ten detektyw był tak bardzo mądry. I on, ten detektyw, wymyślał plan. Zresztą, on miał zawsze plan, jak łapać bandytów!
Tomek ściągnął kaptur, pod którym na głowie tkwiła „uszanka”, jego zimowa czapka z uszami. Troszeczkę podobna do tej, jaką nosił słynny detektyw. Ta sama, którą mama mu zakładała, gdy na dworze był duży mróz, czyli w zasadzie prawie wcale. Kiedyś, dawno temu, przywiozła ją z jakiegoś bardzo zimnego i strasznego kraju. Najpierw założył ją tak, że jedno ucho miał z przodu, a drugie z tyłu. Uszy czapki miały być jak daszki tamtej od detektywa, ale potem stwierdził, że tak nie może być. Po pierwsze, prawie nic nie widział i nie wiedział gdzie idzie, a po drugie, sznurek mu „właził” do buzi.
Dlatego potem założył ją tak jak należy, normalnie, ale mocno opuścił daszek z przodu i odwinął nauszniki, przez co z tyłu też miał osłonę, podobnie, jak u tego słynnego detektywa z fajką.
Bardzo tej czapki nie lubił, bo od nauszników szumiało mu w uszach, sznurek wrzynał się w brodę, a futerko smyrało w czoło. Dzisiaj mu to jednak nie przeszkadzało, bo przecież przez tę czapkę miał być mądrzejszy i zrealizować swój plan!
Tomek wymyślił sobie, że cała mądrość tego detektywa pochodziła od tej dziwnej czapki z uszami.
Przez chwilę, kiedy wspinał się na wzgórze, zastanawiał się właśnie, czy przez czapkę na głowie już jest mądrzejszy, czy jeszcze nie za bardzo. Trudno było określić, bo jak na razie nie miał z kim i gdzie skonfrontować swojej mądrości.
Ale za to stwierdził, że mózg mu urósł od ostatniego razu, bo przez tę ciasną czapkę i dziwny szum w uszach, to chyba jednak zrobił się trochę większy.
Pomyślał wtedy, że może tak właśnie się dzieje, kiedy mądrzejemy? Szumi nam w uszach?
Właził mozolnie na szczyt górki, a szczekający Lulek biegł zaraz za nim. Nie wiadomo dlaczego, ale wierny pies cały czas szczekał jak najęty i robił wszystko, żeby Tomek nie wchodził na dziwne wzgórze.
Głupi pies! Następnym razem nigdzie go nie zabiorę, albo nie, jemu też kupię taką czapkę na ten durnowaty łeb! Może wreszcie zmądrzeje, jak ja! — myślał zezłoszczony.
Kiedy stanął na szczycie pagórka stwierdził, że „Dołek Juli” był cały wypełniony wodą. Po ulewnej burzy było jej bardzo dużo i można powiedzieć, że w zagłębieniu powstała całkiem niemała sadzawka. Na tyle głęboka, że woda na pewno przelałaby się przez rant kaloszy. Zmartwiło go to bardzo, bo przecież mama nie pozwalała mu się bawić w błocie i kałużach.
Alee… czy taka wielka i głęboka sadzawka, to jeszcze była kałuża, czy już może mały staw? — zastanawiał się przez chwilę.
Wreszcie zmęczony, spocony i zrezygnowany, że nie potrafił znaleźć odpowiedzi, sięgnął do czapki i odwiązał sznurek, bo zrobiło mu się strasznie gorąco. A poza tym, szum w uszach był nie do wytrzymania! Kiedy odwiązał sznurek, poczuł natychmiastową ulgę.
Zastanowił się chwilę, a potem zdjął z głowy ciasną i niewygodną „mądrą” czapkę. Widać doszedł do wniosku, że mądrość może poczekać, bo od gorąca, to wpierw mu się mózg ugotuje i w efekcie nie będzie miało co zmądrzeć.
Czyli, jak by na to nie patrzeć, „mądra” czapka detektywa, jednak coś dała!
Spojrzał smętnym wzrokiem na kalosze, a potem na lustro wody. Zza ostatnich, wiszących nad horyzontem burzowych chmur, wyszło popołudniowe słońce, oświetlając powstały zbiornik wodny aż do samego dna. A wtedy chłopczyk dostrzegł to, co na tym dnie było od zawsze, ale sprytnie schowane przed wzrokiem różnych ciekawskich! Coś, co teraz odsłoniła woda z deszczu!
Zobaczył TO, co mogło się przyczynić do wypadku ciotki Juli albo, co było tam przez kogoś ukryte, a woda z burzowej ulewy po prostu odkryła „wielką tajemnicę” wzgórza!
Tomek zobaczył… błyszczący skarb!
Nie zastanawiając się ani chwili, zdjął kalosze i pelerynę. Zwinął wszystko w „kulkę” i ułożył na brzegu wodnego oczka. Podwinął nogawki spodenek, jak najwyżej się dało. I już zamierzał wejść do wody i zapewne by to zrobił, gdyby nie ten głupi Lulek!
Pies złapał chłopca za gacie i z całej siły ciągnął w drugą stronę! Tomek starał się z nim walczyć, ale pies był silniejszy!
— Lulek, ty głupku! Puszczaj natychmiast!
Kiedy tak się siłowali, sadzawka nagle zaczęła bulgotać, a zgromadzona w niej woda zniknęła tak samo szybko, jak ta spuszczana w kiblu, kiedy naciskał guzik spłuczki!
Przestraszony Lulek puścił materiał spodni i odskoczył na bok, na przemian piszcząc cicho i powarkując. Tomek odwrócił się i spojrzał na miejsce gdzie, jak się spodziewał, powinien znajdować się skarb.
Jednak skarbu już tam nie było! Za to, na dnie dołka świeciła ostrym światłem odbijanych promieni słońca, wielka metalowa… pokrywka!
Nie wiedział, jak to „coś” nazwać, dlatego nazwał świecące cudo „pokrywką”, bo jak nic przypominało przykrycie największej patelni, którą mama miała w kuchni!
Po chwili „pokrywka” sama z siebie, uniosła się do wysokości brzegu Dołka, a wtedy skowycząc, „dzielny” Lulek wreszcie przestał szczekać i uciekł z podwiniętym ogonem. Tomek stał jak skamieniały z otwartą szeroko buzią. Pod uniesioną pokrywką ział wielki okrągły otwór, na dodatek świecący na niebiesko. A nad tym otworem — tak samo zresztą, jak na jego padzie — w powietrzu były napisane tylko dwa słowa. Takie, które Tomek przecież bardzo dobrze znał mimo, że jeszcze nie umiał czytać:
„Tomek. Enter.”
Wiedział, że taki napis pozwalał mu na „wejście” do jego pada. Bo kiedy mama nie pozwalała na włączenie kompa, to było napisane:
„Tomek. Obiad” albo „Tomek. Spać”.
Kiedy pierścień się uniósł, ustał szum w uszach. Chłopczyk głośno przełknął ślinę, a potem wolnym krokiem ruszył w stronę błękitnego światła. Wszedł w nie bez obawy i zanurzył się w niebieskiej poświacie jak we mgle. Kiedy zniknął, „pokrywka” bezszelestnie opadła na dno „Dołka Juli”, całkowicie zakrywając otwór. Ziemia zaczęła drżeć i błyszcząca sfera została pokryta darnią oraz grudami gleby, zagłębiając się coraz bardziej w grunt. Drgania trwały do momentu aż od strony domu nadbiegła zdyszana matka i zawodzący Lulek.
Wtedy na wzgórzu zapanował już spokój. Ptaki śpiewały, a małe chmurki, jak gdyby nigdy nic, płynęły po błękitnym niebie.
Po Tomku na brzegu małego wgłębienia we wzgórku, zostały: zwinięta w kulkę peleryna i czapka z nausznikami, od której to niby miał zmądrzeć.
•
Był już późny wieczór, gdy na oddziale neurologicznym miejskiego szpitala, siostra dyżurna właśnie kończyła popołudniowy obchód, jak zawsze w towarzystwie automatu pielęgniarskiego. Na sam koniec, zajrzała do kilku sal zajmowanych przez tak zwanych „neptków” — tak personel nazywał pacjentów pogrążonych w śpiączce.
Jakież było jej zdumienie, kiedy zobaczyła siedzącą na łóżku z rękami przyciśniętymi do uszu — Julę Bronkos! Kobieta jęcząc, kiwała się w przód i do tyłu, no i co najważniejsze była jak najbardziej przytomna, a na dodatek mocno pobudzona!
Pielęgniarka wcisnęła w automacie przycisk alarmu i podbiegła do pacjentki.
•
Kolejka elektryczna, szemrząc cicho magnetycznymi silnikami, bezszelestnie podjechała na przystanek. Kolorowe drzwi trzeciego i ostatniego wagonika znalazły się dokładnie na przeciwko miejsca w którym stał. Kiedy na ich środku zapaliło się zielone mrugające światełko, rozsunęły się w obie strony, a wtedy mógł już wejść do środka.
Opuścił kołnierz płaszcza, a z głowy zdjął mały okrągły kapelusik, który nosił zawsze kiedy padał deszcz.
Nie lubił parasoli, bo były nieporęczne, ani też nie przepadał za szeleszczącymi przeciwdeszczowymi kurtkami, w których zawsze się pocił i było mu w nich duszno, a i tak woda w końcu przez szwy gdzieś się przedostawała albo — spływając po połach kurtki — moczyła spodnie. Dlatego wolał dobrze skrojony płaszcz i kapelusz nawet, gdy dla innych wyglądało to dziwnie i staroświecko.
W pojeździe kolejki było pusto, więc choć raz miał tę możliwość, by wybrać sobie każde z kilkunastu dostępnych miejsc siedzących.
Jak to w takich wypadkach często bywało, nadmiar możliwości wywoływał u niego spore niezdecydowanie i poddenerwowanie, dlatego stał na środku wagonika nie wiedząc, co ma dalej zrobić.
Wreszcie — ciepłym kobiecym głosem — odezwał się komputer kolejki z głośników wagonika.
— Proszę zająć dowolne wolne miejsce albo złapać za jeden z wiszących uchwytów. W innym wypadku, wagon kolejki nie ruszy.
Kiedy wreszcie usiadł pod szerokim oknem. Drzwi się zasunęły, a ten sam, niby kobiecy, ale przecież sztuczny mechaniczny głos, oznajmił:
— Trasa numer sto dwadzieścia dwa. Następny przystanek — szpital miejski. Czas przejazdu, osiem minut i dwadzieścia trzy sekundy. Uwaga, ruszamy!
Kiedy wagoniki ruszyły, brzęknął cicho smartwatch. Podciągnął wyżej mankiet płaszcza. Nad wygiętym w łuk ekranikiem pokazał się wymowny obrazek z małą łapką aplikacji „mówiący”, że właśnie w tej chwili z konta banku automatycznie „zdjęto” mu opłatę za przejazd, podając przy okazji saldo.
— Może chcesz obejrzeć jakiś film w czasie jazdy? — Teraz to fon odezwał się w słuchawce wetkniętej w ucho. — Połączę się z siecią kolejki i będziesz mógł coś sobie wybrać. Pominiemy reklamy. Może jakiś spot komediowy?
— Nie… — mruknął — wyłącz się i nie przeszkadzaj. Daj jedynie znać do szpitala, że będę o czasie, no i oczywiście wpisz mnie do rejestru wizyt.
Zamyślony patrzył przez panoramiczne przyciemniane okno wagonika na deszczowe wieczorne miasto.
Drobny deszczyk i szybki ruch pojazdu, tworzyły na szybie z malutkich kropelek, dziwne zamglone i rozmyte obrazy, rozświetlane światłami mijanych pojazdów i ulicznego oświetlenia aż do momentu, kiedy szeroka boczna wycieraczka, bezszelestnie przesunęła się po szkle.
— Do przystanku o nazwie „Szpital Miejski” pozostała minuta jazdy. Kiedy wagon się zatrzyma, drzwi otworzą się automatycznie. Dziękujemy za korzystanie z usług naszego eM-Ka-Ka (Miejskiego Konsorcjum Komunikacyjnego). Korzystaj z naszych usług, synchronizując swojego fona i smartwatch’a z naszym systemem, a zyskasz wiele promocji.
Fon trajkotał w uchu.
— Przystanek: „Szpital Miejski”.
Przestań już gadać, do cholery — pomyślał rozzłoszczony. — Korzystaj, kupuj, synchronizuj… a weźcie się wy wszyscy i odpierr…
Drzwi wagonika cicho się otwarły. Wstał, wyszedł na oświetlony podest przystanku, gdzie przystanął, zastanawiając się co dalej.
— Proszę się odsunąć od drzwi. Kolejka za chwilę ruszy! — Usłyszał z głośnika za sobą. — Dziękujemy za korzystanie z usłuug… Bleblebe… szzszz…
Kolejka, wyrzucając z siebie swoje mądrości, odjechała wreszcie. Na szczęście, poprzez fona mogła gadać tylko w środku.
Jakieś dwieście metrów przed nim, majaczyła majestatyczna i rzęsiście oświetlona mocnym światłem, sylwetka potężnego budynku szpitala. Wysoka piramida o podstawie kwadratu, pięła się na trzydzieści pięter w górę, a jej błyszczący czubek niknął gdzieś w niskich chmurach. Ponoć drugie tyle pięter — tylko odwrócone w lustrzanym odbiciu — kryło się pod ziemią. Przeźroczyste windy przesuwały się raz w górę, a raz w dół, sunąc po ścianach gmachu z niesamowitą prędkością. Co ciekawe, windy te potrafiły wniknąć w głąb budynku, przesuwając się specjalnymi korytarzami z jednej strony na drugą, by tam znowu pojawić się na trójkątnej ścianie elewacji.
Zawsze go zastanawiało, co się znajdowało na samej górze budynku szpitala. Tym bardziej, że liczba „guzików” na ścianie windy kończyła się na „+29” oraz „-29” piętrze. „Trzydziestek” na pulpicie nie było, ani w górę, ani w dół.
Co kryło trzydzieste piętro na szczycie, którego zwieńczeniem, był ostry i świecący złoty szpic, wbijający się w niebo niczym grot strzały? No i oczywiście, co mogło być na samym jego dnie, gdzie prawdopodobnie taki sam detal, tkwił wbity głęboko w podłoże? Tego nikt nie wiedział.
Zapewne tam na górze, w chmurach siedziała sobie dyrekcja albo miał swoje biura właściciel szpitala — pomyślał.
W końcu wszyscy wiedzieli, że szpital może i był z nazwy „miejskim”, ale tak faktycznie, ten wielki przybytek medycyny należał do rąk prywatnych, a w zasadzie do jednej osoby. Znanego i powszechnie szanowanego miliardera Teodora M. Kuglera.
Co do podziemnych kondygnacji budynku, miał wrażenie, że chyba były one miejscem końca dla tych, co z własnej woli byli lokatorami szpitala. Swojego rodzaju miejscem „sądu ostatecznego”, skąd już nie było powrotu. A może, pod ziemią działy się rzeczy, o których lepiej było nie wiedzieć?
A, zresztą — wzruszył ramionami — co mnie to wszystko obchodzi. Obchodzi mnie, co mnie dotyczy, i tyle. Problemy innych są mi obce. Chyba, że te problemy będą albo staną się też moimi — rozmyślał, idąc chodnikiem. — A z tego co wiem, ten mój — nazwijmy go — „problem” — zaczyna coraz bardziej doskwierać innym ludziom. Może nie tak, może powiem inaczej; zawsze dotyczył innych ludzi, a obecnie stał się coraz bardziej… — szukał słowa — irytujący i powszechny.
Postawił kołnierz płaszcza, wsadził ręce w kieszenie i wyszedł spod suchej przystankowej wiaty, ruszając szybkim krokiem. Krótki odcinek między przystankiem, a wejściem do szpitala, będzie musiał przejść w deszczu.
Nawet mu się to podobało, bo nie często ostatnio miał okazję, żeby swobodnie spojrzeć w niebo, wolne od szkła i stali. A szczególnie, kiedy było ono zachmurzone i padał deszcz. Bo w zasadzie całe centrum Miasta było pod przysłowiowym „dachem”, a na upartego, mogłeś przejść z jednego jego końca na drugi, suchą stopą, nie widząc kawałka wolnego nieba.
I po co? — myślał idąc. — Co oni chcą w ten sposób osiągnąć? Jeszcze trochę i pozamykają nas wszystkich jak małpy w klatkach zoo.
Myśląc „oni”, miał na myśli tych, co faktycznie rządzą w Mieście. Ale tak faktycznie kim ci tajemniczy „oni” byli? Chyba ludźmi pokroju Kuglera i jemu podobnych. Bo, że burmistrz to marionetka w rękach faktycznie trzymających władzę, nikt nie miał wątpliwości.
Przystanął przed dużą płytką kałużą, która jakimś cudem ukształtowała się na, wydawałoby się, idealnie równym, płaskim i szerokim chodniku. Uśmiechnął się do siebie i ruszył przez sam środek rozlewiska, celowo chlapiąc i tupiąc nogami, co wzniecało małe fontanny wody.
Przemykający obok nieliczni przechodnie, patrzyli na niego zdziwieni, ale widząc gdzie idzie, chyba brali jego zachowanie, jako symptom choroby, która zmusiła go do szukania pomocy w „szklanej piramidzie”.
Przekroczył kałużę, otrzepał buty i przyśpieszył kroku.
Po chwili dotarł do szerokich drzwi szpitala. Rozsunęły się przed nim bezszelestnie, zapraszając do wejścia. Ciepłe powietrze z kurtyny powietrznej klimatyzacji, buchnęło w mu w twarz zapachem lawendy albo czegoś w tym guście. Nigdy nie był dobry w nazywaniu zapachów. Dla niego, albo coś ładnie pachniało albo nie, czyli po prostu śmierdziało.
Powitał go, mrugając pomarańczowymi światełkami, żółto-czarny robot sprzątający, przypominający sporego żółwia albo chrząszcza o wysokim obłym pancerzu. Odczekał grzecznie, aż zostawi na lśniącej podłodze mokre ślady po butach i bucząc cicho, ruszył w ślad za nim, czyszcząc posadzkę.
Skierował się do szatni.
Nim pojawił się napis nad smartwatchem, poczuł mrowienie na nadgarstku. Odsunął rękaw:
Dzień dobry panu, panie Grove. Gabinet numer „236” na „23” piętrze. Doktor Shirkan już czeka.
•
— Niech pan siada, paniee… — Lekarz spojrzał na ekran komputera.
— Grove. Tomasz Grove — przedstawił się, nie czekając aż lekarz odczyta jego nazwisko.
— Oczywiście. No tak, przepraszam. Jest pan u mnie pierwszy raz, prawda?
I po co on się o to pyta — pomyślał. — Przecież doskonale wie, że przylazłem tutaj po raz pierwszy i to na ich wezwanie. No nic, chyba zawsze taka smętna gadka zaczyna wizytę.
Odpowiedział:
— Zgadza się. Tam — pokazał na monitor — ma pan chyba wszystko napisane, prawda? Zresztą, podejrzewam, że kiedy tylko minąłem wejście do szpitala, sczytano wszystkie dane z mojego chipa.
— Oczywiście, że tak! Panie Grove. Ale wie pan, jak to jest… — lekarz nie dokończył, co widocznie według niego znaczyło: „tak właśnie ma być” i umilkł, wpatrując się intensywnie w ekran komputera. — Z tych pana danych wynika, że pięć lat temu przeszedł pan ostry atak COVID-a. Co wiązało się z dwutygodniowym pobytem na OIOM-ie. No i też, że nie szczepił się pan wcześniej na tę groźną chorobę zakaźną. A szkoda, szkoda — mruknął.
— Nie szczepiłem się, bo nie wierzę w te wszystkie wasze… szczepionki — skomentował ostatnie zdanie Shirkana.
Lekarz spojrzał na niego znad okularów, mówiąc dalej.
— Noo i właśnie dlatego złapał pan wirusa, który od dwudziestu lat jest już w zasadzie opanowany, a śmiertelność niewielka.
— Ta, opanowany — parsknął. — To skąd nowe zakażenia? Teraz już mamy, bodaj — zastanowił się chwilę — sześćdziesiątą którąś tam wersję i niezliczoną ilość tak zwanych „odmian i fal” COVID-a, prawda? Zabrakło już wam nawet nazw dla powstałych klonów tego świństwa.
— Dobra, zostawmy ten temat — Shirkan uśmiechnął się krzywo — bo to nie on jest przyczyną pańskiej wizyty. A, jak widzę, i tak nie przekonam teraz pana, żeby się pan mimo wszystko zaszczepił — burknął doktor i poprawił na nosie wąskie okularki do czytania. — Po rehabilitacji, w zasadzie wszystkie wyniki badań wróciły do normy. Dane wprowadzane przed wszczepieniem chipa i jego późniejsze odczyty, nie wykazywały żadnych poważnych dolegliwości ani też, nie było nieprawidłowych wyników wymagających konsultacji lekarskich. Za wyjątkiem tego jednego… dokuczliwego szumu w uszach. Z tego co widzę, był pan już u kilku laryngologów, kilku foniatrów i innych specjalistów chorób uszu. Podjęto różne próby pozbycia się dolegliwości, ale prawdopodobnie bez skutku, a pana wizyta w moim gabinecie to potwierdza. Szum nie ustąpił, prawda?
— Prawda. Jak do tej pory, nic nie pomogły, ani konsultacje, ani kolejne próby leczenia. Gdyby nie prochy, to chyba już dawno bym zwariował.
— Nie widzę w pana karcie choroby, nic na temat terapii TRT. Wie pan o czym mówię? Z angielskiego — Tinnitus Retraining Therapy. To dziwne, bo w pana przypadku — obecnie jest to bardzo powszechna metoda stosowana przez foniatrów — już dawno powinien pan być skierowany na takie zabiegi. No, ale w tej terapii między innymi i ja się specjalizuję. Bardzo krótko mówiąc, polega ona na uaktywnianiu procesu habituacji1 szumu. Wykorzystuje się w niej, specjalne nagrania ze sztucznie wygenerowanym szumem, którego słuchanie powinno przynieść ściszenie własnego, tego wewnętrznego szumu. Wie pan, coś jak zagłuszanie źródła szumu innym o tej samej charakterystyce i częstotliwości.
— Niech będzie co chce, byle pomogło — mruknął Grove, mocniej rozszerzając usta, bo to był jego sposób, który na jakiś krótki czas pomagał w uciszeniu hałasów w głowie.
— Na dzisiejszej pierwszej wizycie wykonam jedynie szereg pomiarów i badań, a dopiero później będziemy dobierać odpowiedni rodzaj szumu, który będzie eliminować ten pański, wewnętrzny. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Shirkan popatrzył na pacjenta i spytał:
— A, niech mi pan jeszcze powie panie Tomaszu, czy kiedy pan ziewa albo na przykład wydmuchuje nos, następuje jakaś zmiana w szumach? Może nawet bywa krótka chwila przerwy?
Grove pokręcił głową, zaprzeczając.
— No tak. Rozumiem. To teraz… — umilkł na chwilę, bo kolejny już raz czytał wyniki badań innych specjalistów — czy pozwoli pan, panie Grove, że wezwę do pańskiego badania specjalistę neurologa oraz psychologa? — spytał, przyglądając mu się uważnie. — W czasie kiedy będą prowadzili z panem konwersację na jakiś wybrany przez nich temat, pozwoli mi to odpowiednio reagować na dźwięki rozmowy oraz w należyty sposób skalibrować aparaturę do pańskiego przypadku. Zaś z ich strony, będą mogli ocenić, czy i w jaki sposób pański przypadek może się na przykład, wiązać z jakimiś nietypowymi działaniami pańskiego umysłu. Czytałem w historii pańskiego przypadku, że w dzieciństwie przeżył pan jakieś traumatyczne zdarzenia. Całkiem możliwe, że…
Przypadek, przypadek… — myślał Tomasz, patrząc na poruszające się usta doktora Shirkana. Nie słuchał tego co lekarz mówi, bo było mu to absolutnie obojętne. Przeszedł już tyle badań, że kolejne nie będzie miało dla niego żadnej różnicy.
Teraz, już jestem przypadkiem. Nie Tomaszem Grove, inżynierem układów cyfrowych, a jakimś tam, jednym z wielu przypadków. Facetem, któremu od małego przytrafiało się coś dziwnego. Nawet ta cholerna choroba, której nikt nie potrafi uleczyć. Nie potrafi albo… nie chce. Taa… jesteś chłopie przypadkiem.
Lekarz dalej coś tam gadał, ale Tomasz już go nie słuchał. Dopiero kiedy Shirkan w pewnej chwili wstał zza biurka, a wbudowane w jedną ze ścian gabinetu drzwi rozsunęły się cicho, ponownie zaczął przysłuchiwać się słowom lekarza. Audiolog cały czas nawijał o tej metodzie leczenia i nadziejach na pozytywne efekty zabiegów.
Gdy drzwi rozsunęły się na całą długość ściany, ukazało się niewielkie, jasno oświetlone pomieszczenie, w którym nie było nic więcej poza szpitalną leżanką umieszczoną na środku małej sali. Sala od gabinetu oddzielona była szkłem, zaś jej ściany wyłożono dziwnymi przestrzennymi panelami. Wiedział już, co to jest za pomieszczenie, bo badano go kilkukrotnie w bardzo podobnych. Jednak, jak podejrzewał, tym razem musiały to być jakieś ultra nowoczesne dźwiękoszczelne systemy. Świadczyła o tym aparatura, znajdująca się po tej stronie szyby. Podobne widział już kiedyś w studiu nagrań.
— Kiedy pan wejdzie do tej ultranowoczesnej, specjalnej dźwiękoszczelnej kabiny, gdzie zaczniemy nasze badanie, położy się pan na leżance. Wcześniej założę panu na głowę szereg sond i czujników, które będą przymocowane do specjalnego silikonowego czepka. Będzie pan odczuwał niewielki dyskomfort, ale widzę, że ma pan króciutkie włosy, więc nie powinno z tym być większych problemów. Uprzedzam jednak, że kiedy już zamknę za panem przesłonę dźwiękową, może się pan poczuć bardzo dziwnie. Sala doskonale odcina od zewnętrznych dźwięków, więc może się pan poczuć nieswojo, jakby odcięty od świata. Jedynym, co pan wtedy będzie słyszał, to niestety spotęgowane szumy w uszach i głośne dudnienie serca.
Lekarz zrobił nieszczęśliwą minę, jakby wyraz jego twarzy miał w jakiś sposób usprawiedliwić fakt, że to z czym Tomasz się borykał przez wszystkie te lata — dotkliwy szum w uszach — w tym momencie zostanie jeszcze wzmocniony.
Spojrzał na niego i mruknął:
— Wytrzymam. Przyzwyczajony jestem. Poza tym jestem inżynierem i wiem co nieco o akustyce.
— Aha. A jak się pan czuje?
— Normalnie. Nic mi nie jest.
— Proszę podwinąć rękawy i rozpiąć koszulę. A najlepiej będzie, jak pan też zdejmie spodnią koszulkę. Niech pan też zdejmie smartwatcha. Ma pan może wszczepioną inną elektronikę? Perso-Chip osobisty (PerCh-I), to wiem, bo każdy go ma. Mówię o innych wszczepach, jak chociażby: „Płatnik-a”, nawigację, lokalizatora, pomoc medyczną, apki bankowe?
Grove zaprzeczył i zdjął zegarek.
— To dobrze. I rzadko teraz spotykane. Ludzie mają tyle tych różnych wszczepów… — zauważył — i po co? Zaraz podjedzie do pana automat pielęgniarski. Zmierzy ciśnienie, tętno, mikroelementy, zrobi EKG-ie i inne podstawowe badania. Jest pan może na coś uczulony? Nie doczytałem z pana karty?
— Ta, jestem… — ułożył się wygodnie na leżance — na szumy uszne.
Lekarz nerwowo zaśmiał się z żartu, a do sali audiologicznej wjechał cicho, machając rożnymi mechanicznymi końcówkami, pokraczny automat pielęgniarski. Na chwilę został sam na sam z robotem.
— Panie Grove. Słyszy nas pan? — usłyszał w słuchawkach miękki damski głos, poprzez ciągły i nieustępliwy szum w uszach,.
Swoją drogą, nienawidził noszenia słuchawek. Ale bardziej nienawidził wszczepów. Z dwojga złego już wolał słuchawki. A niestety bez nich powoli nie dało się funkcjonować w dzisiejszych czasach.
— Nazywam się Emma Koster, jestem psychologiem. Razem ze mną jest też doktor Adam Widera, neurolog. Bardzo dobry specjalista.
Głos na chwilę umilkł w słuchawkach.
— Dzień dobry — odezwał się. — Doktor Shirkan uprzedził mnie, że będziecie przy moim badaniu. — Spojrzał w stronę szyby, za którą siedział audiolog. — Gdzie państwo jesteście, bo widzę tylko doktora Shirkana? — spytał.
— Och… — odezwała się Koster — nasza obecność nie jest wymagana w sali audio. Wystarczy, że się słyszymy i mamy podgląd z kamer, a doktor Widera ma wgląd w parametry monitoringu pańskiego mózgu. Jak będzie miał jakieś pytanie, to sam się odezwie.
— Witam pana, panie Grove. Jestem na miejscu — usłyszał głos neurologa.
— To co — teraz odezwał się Bitra Shirkan — możemy zaczynać? Aparatura jest gotowa.
Przez chwilę w słuchawkach zapanowała cisza, oczywiście zakłócana w sposób dosyć istotny przez coraz głośniejsze szumy z własnych uszu Tomasza. Wreszcie doktor Emma Koster chrząknęła i spytała:
— Jak się pan czuje, panie Tomaszu?
— Jak mysz laboratoryjna z podpiętymi do łba i ogona elektrodami. Tylko czekam, kiedy przepuszczą przez nie prąd.
— Wyobrażam sobie — zgodziła się z nim, ale nie wiedzieć czemu, jej stwierdzenie nie wydało mu się zbyt szczere.
Może babka nie umiała sobie wyobrazić laboratoryjnej myszy? — pomyślał. — Ciekawe ile ma lat. Po głosie można by powiedzieć, że jest gdzieś w moim wieku. Szkoda, że jej nie widać.
Psycholog szybko przeszła do sensu badania, czy tam… eksperymentu.
— Wie pan, na początku będę panu zadawała takie pytania, które będą u pana wywołały różne reakcje. Te reakcje będą powodowały, że wykresy pana fal mózgowych, też będą się różnie prezentować, co z kolei będzie pomocne dla Adama, znaczy się, pana doktora Widery — poprawiła się.
— Niech pani mówi normalnie. Przecież pani zna doktora. Dziwne by było, gdyby nie mówiła pani do niego po imieniu. Mnie to w niczym nie przeszkadza, a tak jest chyba naturalnie, prawda? Na tym nam przecież zależy — zauważył. — Do mnie też może pani mówić po imieniu. Będzie nam łatwiej. — Uśmiechnął się.
— Rozumiem. Ale wie pan, etyka mojego zawodu…
— Wiem, wiem. Nie możecie się spoufalać z pacjentami. Gdzieś już o tym czytałem albo widziałem na filmie? Nie ważne — mruknął.
— To co, może wreszcie zaczniemy? — odezwał się doktor Shirkan.
— Tak — potwierdziła gotowość Emma Koster.
— Zapis z diagnozowania audiologicznego pacjenta, pana Tomasza Grove. Reszta danych w elektronicznej karcie pacjenta szpitala pod numerem… — Shirkan podyktował wstęp do badania. — Powód diagnozy: mocne i dolegliwe Tinnitus Auris w różnej formie i nasileniu. Geneza szumów nieznana. Czas rozpoczęcia badania… — zerknął na duży zegar ścienny — siedemnasta dwadzieścia. Parametry sprzętu w normie i zgodne z zapisem technicznym. Uczestniczą… — doktor wymienił nazwiska lekarzy. — Proszę, pani doktor, można zaczynać rozmowę. Wszystkie urządzenia pracują prawidłowo.
— Panie Tomaszu, z karty chorobowej wyczytałam, że w dzieciństwie, kiedy był pan małym chłopcem, przeżył pan kilka traumatycznych zdarzeń. Czy może nam pan opowiedzieć, co to było?
Spojrzał w oko bezszelestnie unoszącej się nad nim kamerki rejestratora. Zdawał sobie sprawę, że w tym momencie na pewno lekarka uważnie mu się przyglądała, obserwując jaka będzie jego reakcja na TO właśnie pytanie. Znowu będzie musiał o tym opowiadać.
Uparcie milczał.
Koster odczekała chwilę i ponownie się odezwała:
— Jeżeli nie jest pan gotowy…
— Jestem gotowy — burknął. — Nie jest to dla mnie nic nowego. A dla pani chyba też, prawda. Przecież ma pani wszystko zgrane z mojego chipa. Poprzednie seanse psychoterapeutyczne też. Zastanawiam się tylko, po co było to pytanie?
— To proste. Suche fakty, to nie to samo, co autentyczna i żywa narracja od osoby którą badam. Pańska relacja i zachowanie w trakcie opowiadania, jest dla mnie bezcennym źródłem informacji, panie Grove — odpowiedziała płynnie i bez wahania.
Widać już nie raz odpowiadała na tego typu pytania pacjentów.
Milczeli oboje, ale z uwagi na działającą aparaturę Shirkana, szum i piski w uszach zaczęły się niestety nasilać.
Musiał zacząć coś mówić, bo zaraz zwariuje!
Nawet otwieranie ust nic nie pomagało. Chrząknął i nieznacznie zmienił pozycję na kozetce.
— Niewiele pamiętam z tamtego dnia — zaczął wolno. — Wszystko wydarzyło się wczesnym popołudniem i wieczorem. Albo nie… — Tomasz poruszył się na leżance i zaczął od nowa — tym razem zacznę inaczej. Tak, inaczej — potwierdził, dodając sobie pewności w wyborze. — Kilka lat przed tym, co mnie spotkało, moja ciotka, Jula Bronkos, pewnego jesiennego dnia wybrała się na grzyby. Jak zawsze wzięła ze sobą swojego ulubionego psa i ruszyła na poszukiwania borowików i koźlarzy w okolicznych lasach. W tych czasach mieszkaliśmy w dużym domu w pięknej okolicy. Mało ludzi i kilka domów, ale za to cała kupa zieleni i nienaruszonej przyrody. Okolica pagórkowata i pełna urokliwych miejsc. Jednym z takich miejsc był dosyć wysoki o niezwykle regularnych kształtach kilkudziesięciometrowy wzgórek, który potem przez miejscowych został nazwany „Dołkiem Juli”. Zanim się tak jednak stało, w niedalekim Green Hill nazywano go „Małym wulkanem” albo „Małą Etną”, a to dlatego, że czubek wzgórza był równo ścięty i miał spore zagłębienie, najczęściej wypełnione wodą. Przez co faktycznie wyglądał jak miniatura wulkanu.
— Chwileczkę. — Niespodziewanie opowieść przerwał doktor Widera. — Pana ciotka nazywa się Jula Bronkos? Dobrze zrozumiałem?
— No tak. Chyba wiem, jak się nazywa siostra mojej matki — żachnął się Grove.
— Rozumiem — mruknął neurolog. — Proszę kontynuować. Już nie będę panu przeszkadzać.
— Taak… — Tomasz zastanowił się chwilę, przypominając sobie w którym miejscu skończył, a potem kontynuował — no więc, ciotka poszła sobie na grzyby. Znała te tereny jak własną kieszeń, bo przecież stamtąd pochodziła. Kiedy jednak nie wróciła wieczorem do domu, dziadkowie bardzo się zaniepokoili i rozpoczęli poszukiwania. Tym bardziej, że ciotka Jula niezbyt lubiła nosić ze sobą smartfona, czy tam smartwatcha, a chipów jeszcze wtedy nie było. Zresztą ciotka Jula i… PeCh-I (Perso-Chip Identyficator)! — Zachichotał. — Zostawiła gadżety w domu. Poszukiwania dziadków nie trwały długo, bo niedaleko od domu na górce o której mówiłem, nazywanej „Małym wulkanem”, ludzie odnaleźli jej rzeczy. Koszyk, buty i kurtkę. Psa nigdzie nie było widać, widocznie uciekł. Wezwano policję i inne służby. Teraz już na poważnie zaczęto jej szukać po całej okolicy. Szukano przez tydzień, ale ciotki nie odnaleziono. Mnie jeszcze wtedy nie było na świecie. Urodziłem się dopiero za dwa lata.
Grove usiadł na kozetce spuszczając nogi i podparł się rękami o materac.
— Kiedy się urodziłem, a był to ponoć ciepły i rozgwieżdżony wieczór, mama po połogu odpoczywała i leżała w łóżku pod opieką babci i położnej. Ja spałem w jej ramionach. Chyba wtedy jeszcze nie miałem szumu w uszach — mruknął. — Opowiadała mi potem, że zawsze chciała urodzić w domu. Taak… kiedyś jeszcze tak było można — umilkł na chwilę, szukając słów. — No więc, późnym wieczorem, w dniu kiedy się urodziłem, ktoś mocno zastukał do drzwi domu. Zdziwiony dziadek poszedł otworzyć. Uprzedzając pytanie; ojca już wtedy nie miałem, a matka mieszkała razem z dziadkami i zaginioną siostrą. Mój stary wyjechał, a w zasadzie uciekł od nas na dwa miesiące przed rozwiązaniem.
Tomasz z powrotem położył się na leżance, podkładając rękę pod głowę. Widać było, że jest mocno pobudzony tym co opowiadał.
— No więc, dziadek otworzył, a w drzwiach stała, cała mokra i zziębnięta… ciotka Jula! Dzwoniła zębami i omijając ojca, czyli mojego dziadka, wepchnęła się do domu, jak gdyby nigdy nic, coś tam do siebie mamrocząc pod nosem. Jak mi potem opowiadała mama, sens jej słów był mniej więcej taki: człowieka szlag by trafił, a nikt by za nim dupy nie ruszył! Na dodatek, ciotka była wściekła jak osa! Mojego dziadka zatkało tak dokładnie, że tego samego wieczora zabrali go do szpitala w stanie przedzawałowym, gdzie niestety zmarł po kilku dniach.
W tym momencie Grove przerwał, wstał z kozetki i spytał:
— Czy jak będę chodzić, to coś zmieni? Kiedy chodzę, lepiej mi się myśli.
— Nic się nie stanie, panie Tomaszu. Może pan chodzić. Niech pan robi, jak jest panu wygodnie — odezwał się Shirkan. — Proszę tylko nie dotykać czepka z sensorami i czujnikami.
— Dobra. — Grove napił się wody. — Ja się urodziłem, a mój dziadek niestety zmarł. Życie za życie. Zaś ciotka, no cóż. Z tego, co mi potem opowiadano, to po cudownym powrocie do domu, zaczęła gadać niestworzone historie, jakoby na dnie „Małego wulkanu” było coś groźnego i obcego. Ufoludki, czy coś dziwnego nie z naszego świata. I właśnie, to „coś”, kiedy chciała sobie obmyć ręce z brudu, porwało ją pod wodę! Zobaczyła jakieś niebieskie światło, czy tym podobną rzecz. Jednak — jak opowiadała — po krótkiej szamotaninie, udało się jej od tego uwolnić i uciekła do domu zostawiając koszyk i resztę rzeczy. Nie wierzyła, że owszem wróciła do domu tego właśnie wieczora, ale kilka ładnych lat później! Cały czas upierała się, że ktoś ją chciał porwać, a wyszła z domu kilka godzin wcześniej.
Grove krążył po audio sali z założonymi do tyłu rękami. W ślad za nim cichutko unosiła się kamera rejestratora.
— Summa summarum, Jula Bronkos trafiła do psychiatryka. W psychiatryku, siedziała kilka lat. Jednak któregoś dnia, podczas jakichś rutynowych zabiegów, wykorzystała nieuwagę personelu, złapała za elektrody i nim ktokolwiek zareagował, przytknęła je sobie do skroni. Bo nie wiem, czy wiecie… — spojrzał w kamerkę wymownym wzrokiem — ale moja ciotka, oprócz tego, że gadała bez sensu, to również cierpiała na cholerne Tinnitus Auris i nie tylko zresztą. Zanim wyłączono aparaturę i wyrwano jej elektrody z rąk, usmażyła sobie mózg i popadła w śpiączkę w której tkwi do dzisiaj. Nie wiem ile to już lat minęło. Ciotka leży teraz w tym szpitalu. — Umilkł i zamyślił się na kilka chwil. — W każdym razie, decyzją sądu, w przyszłym miesiącu mają ją odłączyć od aparatury.
Tomasz zatrzymał się, podniósł palec i oznajmił:
— No, i dopiero teraz zaczyna się moja opowieść. Znaczy się, opowieść o mnie. Tego dnia, kiedy doznałem, jak pani doktor to nazwała — dziecięcego urazu, pobiegłem na ten cholerny wzgórek, nazywany już przewrotnie przez mieszkańców okolicy — „Dołkiem Juli”. Z tego co pamiętam w południe była dosyć mocna burza. Ale, jak to z burzami bywa, szybko przeszła i niebo się wyczyściło. Na wyprawę pobiegłem razem z moim psem, który nazywał się Lulek. Kiedy przybiegłem na miejsce, dół na szczycie wzgórza był w całości wypełniony wodą. Tak jak wtedy, gdy zaginęła ciotka Jula. Pamiętam, że pobiegłem tam, bo miałem do zrealizowania jakiś ważny plan. Plan, który miał wyjaśnić, co się tak faktycznie przytrafiło mojej ciotce. Jako mały berbeć, nie oglądałem bajek, ale bardzo mi się podobały stare filmy kryminalne. — Uśmiechnął się do własnych myśli. — A szczególnie te z udziałem detektywa Sherlocka Holmesa. Na wyprawę do „Dołka Juli” nałożyłem — mimo gorącego dnia — czapkę z uszami, która miała mi dodać więcej rozumu. Myślałem wtedy, że mądrość detektywa z Becker Street, brała się właśnie z noszenia na głowie tej dziwnej czapki.
Grove podszedł do kozetki i usiadł na jej brzegu, zakładając nogę na nogę.
— Jedyne co pamiętam z tamtego dnia, to to, że coś mnie bardzo zaciekawiło w bajorku powstałym po deszczu. Dlatego zdjąłem kurtkę, czapkę z uszami i mimo iż Lulek był z tego faktu bardzo niezadowolony, chciałem wleźć do wody. — Umilkł. — Z tą wodą działo się coś dziwnego. Z tego co pamiętam, wzgórek wessał ją jakby ktoś podniósł korek spustu w zlewie. Podszedłem do tego jasno świecącego korka… i kiedy go dotknąłem, film mi się urwał. Obudziłem się w lesie obok wzgórza. Znalazła mnie mama, która przybiegła na górkę po wszczętym przez Lulka alarmie, który szczekając przybiegł do domu.
Spojrzał w szklany otwór kamerki i stwierdził:
— Skończyłem.
Niespodziewanie odezwał się neurolog.
— Panie Grove, proszę mi odpowiedzieć na kilka pytań. Rozumiem z pana opowieści, że w te dni, kiedy wróciła do domu pańska ciotka, Jula Bronkos, to zmarł pana dziadek. Tak? Wcześniej tego samego dnia pan się urodził, a jednocześnie pana ciotka odnalazła się w dziwnych okolicznościach, po kilku latach od zaginięcia. Tak? Ona zaś myślała, była wręcz przekonana, że wróciła do domu kilka godzin później, a nie po tak długim czasie. Tak?
Aleś wczesny, gościu — pomyślał Tomasz. — Tak trudno to pojąć? Przecież ładnie opowiadałem. Ile razy będę klepać o jednym i tym samym.
— Dokładnie tak — potwierdził.
— Rozumiem. Proszę mi jeszcze powiedzieć, co się stało z pańską matką? Mam tu napisane, że też nie żyje. Kiedy zmarła pana matka?
Grove milczał uparcie, patrząc w lewitującą kamerę.
— Mama zmarła w tym samym dniu, kiedy ciotka zapadła w śpiączkę. To był dzień, gdy ciotka elektrodami zjarała sobie mózg. Mama doznała nagłego udaru, czy jak się to tam nazywa. Jechała samochodem, straciła przytomność i z impetem uderzyła w słup. Nie miała szans. Od tego dnia wychowywała mnie babcia. Ale nie trwało to długo, bo po jakimś roku od śmierci mamy… — westchnął — zostałem całkiem sam. Ojca nie znam… i znać nie chcę.
— Czy pańska mama wiedziała już o tym, że jej siostra doznała urazu? — Widera pytał dalej. — Czy też może, gdy miała udar, nie była świadoma tego, co się stało w szpitalu psychiatrycznym?
Do czego on zmierza? O co mu do cholery chodzi… — przemknęło mu przez głowę. — Z drugiej strony, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Zaraz, zaraz. Jak to było? Babcia mi mówiła, że ciotka zapadła w śpiączkę rano. No w każdym razie przed południem. A mama? Kiedy mama zginęła?… — zastanawiał się. — Aha, zaraz po pierwszej z minutami. Wychodziłem ze szkoły. Miała mnie odebrać…
Chrząknął.
— Mama zmarła zaraz po tym, jak ciotka wpadła w śpiączkę, ale chyba jeszcze nie wiedziała, co się stało z ciotką Julą. No chyba, że jej ktoś zadzwonił na fona i może to było przyczyną udaru. Przejęła się i… gotowe — odpowiedział.
— Rozumiem — stwierdził neurolog. — Panie Grove. Po badaniu chciałbym z panem chwilę porozmawiać na osobności. Dobrze?
Skinął głową.
— To może teraz ja zadam panu parę pytań. Pozwolisz Adamie? — odezwała się Emma Koster.
Czyżby wyczuł w jej głosie nutę irytacji?
— Śmierć matki i kolejna, że tak powiem, afera z pańską ciotką, to był zapewne wstrząs dla pana. Następna trauma. Proszę powiedzieć, czy już wtedy miał pan szumy? Czy w tym czasie się nasilały, a może po jakimś czasie ustępowały?
Znowu wstał z leżanki i ruszył w drogę dookoła sali.
— Tak, moje szumy zaczęły się tego dnia, gdy znaleźli mnie w lesie. Trwają do dzisiaj i są coraz mocniejsze. Wszystkie te informacje są w mojej karcie. Proszę sobie o nich poczytać. Nie chce mi się już gadać na ten temat. Doktorze Shirkan, kiedy kończymy? Mam dosyć na dzisiaj.
— W zasadzie… — Shirkan odezwał się po dłuższej przerwie — można by było skończyć badanie. Dziękuję panu.
Psycholog usiłowała jeszcze coś powiedzieć, ale łączność z nią, nie wiedzieć czemu, nagle się urwała.
Przesuwne drzwi otwarły się cicho, a do sali audio wszedł Shirkan.
•
Kiedy wyszedł na korytarz, spotkał na nim stojącego zaraz przy drzwiach od gabinetu Shirkana, wysokiego mężczyznę ubranego w jasnozielony kitel. Okazało się, że był to Adam Widera, neurolog uczestniczący w badaniu.
Lekarz podał mu rękę.
— Ja tylko na moment. Zapewne był pan zdziwiony moimi pytaniami o pańską ciotkę, ale widzi pan, miałem ku temu bardzo ważny powód.
Tomasz przyjrzał mu się, a po wyglądzie jego twarzy widać było, że Widera był mocno czymś przejęty.
— Panie Grove, bo widzi pan… pana ciotka, Jula Bronkos — co jest dla mnie niepojęte — właśnie dzisiaj wybudziła się z wieloletniej śpiączki. Jest w pełni świadoma, a jej mózg pracuje tak, jakby nigdy nic się z nim nie stało!
Tomaszowi opadła szczęka. Patrzył na neurologa z nic nierozumiejącym wyrazem twarzy, a minę miał przy tym taką, jakby to, co przed chwilą powiedział doktor, było jakimś bełkotem, którego nie potrafił pojąć.
Widera widząc reakcję na swoje słowa, postanowił powtórzyć mu to, co przed chwilą powiedział.
— Panie Grove, nie wiem, czy mnie pan dobrze zrozumiał. Pańska ciotka Jula Bronkos, właśnie wyszła ze…
Grove złapał go za ramię.
— Doskonale zrozumiałem, co pan do mnie powiedział. Kiedy się to stało? — spytał.
— W trakcie pańskiego badania u doktora Shirkana.
— Rozumiem. — Grove bez słowa ruszył z miejsca, kierując się prosto w stronę holu z windami.
— Ale, panie Grove! — Widera poszedł w ślad za nim. — Proszę poczekać…
— Jadę na oddział, na którym leży ciotka. Mam nadzieję, że pan też, doktorze.
— To jest jeszcze zbyt wcześnie, pana ciotka może być bardzo słaba i… ona przecież pana nie zna. Panie Grove, mamy czas, dajmy jej ochłonąć. Trzeba wykonać wiele badań. A szok, kiedy jej pan powie, że jest pan jej siostrzeńcem, może wywołać jakieś kolejne reperkusje. Niech pan da jej trochę czasu.
Grove nacisnął guzik przywołujący windę.
— Przestań pan pieprzyć dyrdymały. Nie mamy czasu. — Wszedł do windy, mówiąc: Neurologia. — Jedzie pan, czy będzie tak tutaj stać? W końcu to jest pana oddział, nie?
Widera wahał się przez krótką chwilę, ale w końcu wzruszył ramionami i wszedł do środka.
Szli długim korytarzem. Prowadził ich automat recepcyjny oraz głos w słuchawce, który w kółko informował, gdzie znajduje się sala z łóżkiem ciotki oraz co mijają po drodze.
Takie prowadzenie nie było bezpodstawne, bo neurologia szpitala miejskiego była dużym oddziałem, liczącym kilkaset łóżek. Z dużą ilością pokoi z pacjentami, salami zabiegowymi, różnego rodzaju pomieszczeniami oraz innymi szpitalnymi zakamarkami. Wynikało to z faktu, że choroby neurologiczne i te pochodzenia neurologicznego, w ostatnich latach stały się istną plagą.
Tomasz nie wnikał, dlaczego tak się działo. Bo był święcie przekonany, że fala zachorowań na choroby układu nerwowego była spowodowana wszechobecną elektroniką.
Widera nie był zbyt rozmowny. Jedyne co robił, to co chwila łączył się z kimś przez smarwatcha, prowadząc konsultacje i zawodowe rozmowy, czasem nawet w innym języku, którego Grove nie znał.
Po przejściu kilku długich korytarzy, dotarli wreszcie pod drzwi sali, w której leżała ciotka Jula.
Co ciekawe, pod drzwiami czekał na nich mały „komitet powitalny” w osobach pielęgniarki i lekarza oraz kolejnego automatu recepcyjnego.
Grove już zamierzał wejść do sali, kiedy w sposób dosyć bezceremonialny został powstrzymany przez drugi automat recepcyjny. Pojazd zajechał mu drogę, stając w progu. Na korpusie zapaliła się czerwona mrugająca lampa, bijąc po oczach.
— Nie ma wejścia — zabuczała maszyna.
Do Tomasza podszedł stojący nieco z boku lekarz.
— Doktor Laber. Kim pan jest?
— Tomasz Grove — przedstawił się. — Doktor Widera poinformował mnie, że moja ciota, Jula Bronkos, właśnie wybudziła się ze śpiączki. Poznaję pana. Jak kilka razy w roku przyjeżdżam tutaj odwiedzić ciotkę, to czasem widuję pana na oddziale.
— No tak, rozumiem. Jednak, nie może pan wejść, panie Grove. Czekamy na przyjazd policji.
— Policji?… — brwi Tomasza poleciały do góry w zdumieniu. — A, po co tutaj policja? Do wybudzenia mojej ciotki? Taka procedura?
Nie mógł zrozumieć o co tu chodzi. Doktor Widera był równie mocno poruszony.
— No, nie całkiem. Bo widzi pan, panie Grove. Pańska ciotka, zniknęła.
2
Z wysokości ostatniego, trzydziestego piętra miejskiego szpitala roztaczał się zachwycający panoramiczny widok na rozświetlone nocne miasto. Widać było wysokie oświetlone budynki, sznury świecących przy ulicach latarń i poruszających się pojazdów po drogach, długie tasiemce miejskich kolejek. W innych stronach miasta dominowały wielkie kolorowe reklamy oraz mocne barwne reflektory, bijące ostrym światłem w nocne niebo nad miastem. Między nimi unosiły się, mrugając światłami pozycyjnymi, latające taksówki oraz inne pojazdy, poruszające się w wyznaczonych powietrznych ciągach komunikacyjnych wysoko ponad dachami budynków. Wszystkie te ruchome statki powietrzne były w nieustannym ruchu i błyszczały feerią barw.
Na dodatek, jakby tego było mało, kolorowe światła miasta odbijały się w pobliskiej zatoce oraz w wodzie szerokiej wstęgi rzeki wpadającej do morza. Lejkowate estuarium było zabudowane różnymi nadbrzeżnymi budynkami, a do tego urządzeniami wielu portów i przystani. Po zatoce pływały statki pasażerskie, towarowe oraz różnego typu małe jednostki wodne, należące do mieszkańców.
Teodor Kugler podszedł do biurka, wziął do ręki małego srebrnego pilota i nacisnął jeden z przycisków. Szerokie panoramiczne okno uchyliło się lekko, wpuszczając do gabinetu chłodną nocną bryzę.
Dopiero teraz do barwnego przedstawienia dla oczu, dołączył cichy dźwięk tętniącego życiem miasta. Uwielbiał ten hałas, ten jednostajny szum albo coś na kształt brzęczenia roju pszczół.
Usiadł w głębokim fotelu i kierując malutkim joystickiem na oparciu, podjechał nim pod okno.
W uchu cicho zabrzęczał sygnał połączenia telefonicznego. Na ekranie stojącego na biurku wielkiego trójwymiarowego monitora, pojawiło się zdjęcie twarzy jego zaufanego człowieka — Masy.
Potężny chłop o dobrodusznym wyrazie twarzy wiecznie uśmiechniętego gaduły. Jednak ci, co znali Masę wiedzieli doskonale, że ten jego uśmiech, to były jedynie pozory. Bo cały Masa, był chodzącymi sprzecznościami. Niby wielki i ciężki, a faktycznie szybki, a do tego zwinny jak pantera, zaś jego poczciwa gęba, wcale nie należała do gaduły.
Kugler uśmiechnął się do własnych myśli.
Chyba właśnie stąd wzięła się jego ksywka. Bo już postać Masy, to była cała masa przeciwieństw w jednej osobie. Nawet pochodzenie ochroniarza było sprzecznością. Niby biały europejczyk z blond włosami, a jednak babka Masy, to czarnoskóra piękność z Nigerii. Niby jasna pełna gęba, a oczy czarne jak noc nad miastem. Niby marzyciel i humanista o dużej wiedzy, a faktycznie żołnierz sił specjalnych wyszkolony do zabijania. Niby wygadany na każdy temat, ale nigdy nie skomentuje poleceń i faktów, nawet gdy wie, że są fałszywe już z założenia.
Kiedy Masa, czyli Ludwig Kosantyra prosi o kontakt, to chyba nie damy mu czekać. Ciekawe co mi ma do powiedzenia — pomyślał.
— Witaj Ludwigu — odezwał się pierwszy. — Jak sprawy? — spytał krótko.
— Dzień dobry, panie prezesie.
Na ekranie pojawiło się szerokie oblicze Masy. Jak zawsze odprężony. Jak zawsze lekko uśmiechnięty i nienagannie ogolony.
— Pozwoliłem sobie zadzwonić, żeby poinformować, że nasz gość — cały i zdrowy — odpoczywa w swojej kwaterze. Ma zapewnione wszelkie wygody i jest pod stałą fachową opieką.
— Jakże mi miło Ludwigu. Wiem, że na tobie zawsze można polegać.
Kugler — w odróżnieniu od innych — do Masy zawsze zwracał się po imieniu. Były tylko dwa wydarzenia, kiedy zwrócił się do swojego ochroniarza, używając pseudonimu. Raz, kiedy Masa, mimo jego zakazu, wykonał wyrok na stalkerze, grożącym zabójstwem jego ukochanej wnuczce z rodziną, a drugi raz był wtedy, kiedy Masa nic nie mówiąc wyjechał w swoje rodzinne strony. Zniknął na trzy dni, zostawiając go bez ochrony. Co wtedy robił, dlaczego nic nie powiedział, tego nie wie do dziś.
— Myślę, panie prezesie, że nasz gość szybko nabierze sił. Zadbam o to.
— Bardzo dobrze, Ludwigu. Kiedy wydobrzeje i nabierze sił, daj mi znać. Powiedz mi, mój drogi, czy jest coś jeszcze o czym mi chcesz powiedzieć? — spytał, bo znał na pamięć mimikę twarzy Masy i doskonale wiedział, kiedy pytać. Mimo, że bodyguard nie sugerował tego w swojej wcześniejszej wypowiedzi.
— Tak. Pojawił się dzisiaj pewien człowiek, panie prezesie. Bardzo interesujący facet. Zgłosił się na badanie do doktora Shirkana z uporczywymi, a co najważniejsze, z bardzo głośnymi szumami usznymi. System szpitala od razu go wyłapał i powiadomił mnie o jego przypadku. Wszystko wskazuje na to, że może to być osoba, której od dawna poszukujemy. Zgadzałby się wiek, objawy i rodzaj dolegliwości, tylko…
— O!… — krótko skwitował informację. — W czym problem, Ludwigu?
— Problem w tym, że jest to krewny naszego gościa.
Zapadła chwila ciszy.
— Ciekawe, rozumiem. Na razie, Ludwigu, zostawimy tego młodego człowieka w spokoju. Wydaj jedynie swoim ludziom dyspozycje, by mieli na niego oko. Wiesz o co chodzi. I, powtarzam, za wyjątkiem ewentualnego zagrożenia życia, macie się nie wtrącać w ciąg wydarzeń lub jego życie. No chyba, że powiem ci coś innego, Ludwigu. Oprócz tego, skontaktuj się z Richardem Lanserem z laboratorium i przekaż mu historię choroby tego pana. Mam nadzieję, że doktor Lanser, będzie równie optymistycznie nastawiony, co do jego przypadku co ty. A swoją drogą, czy nasz uczony ma jakieś nowe informacje o projekcie? Dawno się ze mną nie kontaktował.
— Kartoteka Tomasza Grove jest już u naszego doktora. Ludzie pracują, panie prezesie. Ale, jak na razie, przełomu nie ma. Może ten młody pomoże i nawet nie trzeba będzie go do tego specjalnie przymuszać? Bo wie pan, nasz główny naukowiec Richard Lanser i ten Grove, byli kumplami ze studiów inżynierskich. Sprawdziłem w dossier doktorka. Zresztą, kiedy dostał pliki o Grove’m, bardzo się tym podniecił i od razu chciał go sprowadzić do siebie. Długo musiałem mu tłumaczyć, że ma czekać i trzymać język za zębami. Wie pan, typowy przypadek jajogłowego.
— Świetnie, Ludwigu! — zawołał Kugler, wyraźnie zadowolony. — Chyba los nam sprzyja! Zbieraj wszystkie informacje o tym… przypomnij mi, jak on się nazywa? — spytał.
— Tomasz Grove…
— O właśnie. O Tomaszu Grove i, o naszym gościu. Wszystkie informacje, a szczególnie policyjne. Co znajdziesz, od razu wyślij na konto. Zresztą, wyślij na konto to, co już masz. Bo, jak facet jest krewnym naszego gościa, to musiał się przewijać w materiałach policyjnych. Wiesz może, czym on się teraz zajmuje?
— Jak większość teraz, pracuje zdalnie dla jakiejś dużej firmy projektowej z wybrzeża, związanej z przemysłem stoczniowym. Wie pan, jakaś międzynarodowa składanka z głównymi udziałami w Polsce i Arabii Saudyjskiej. Ładnie im płacą, jak na razie, dlatego stać go na wiele rzeczy. Ustalę dokładnie, co i jak. Ogólnie rzecz biorąc, gościu jest odludkiem. Samotny facet po przejściach. Wylali go z wojska za jakieś przewinienia. — Umilkł na chwilę. — Swoją drogą muszę ustalić, co się stało, że wywalili go z armii. Dopiero wtedy skończył studia inżynierskie na wydziale mechaniki i informatyki. Bez kumpli i partnerki, a z tego co wiem, to nie jest też w żadnym innym związku. Mieszka na tym nowym osiedlu nad rzeką, co to go zbudowali trzy lata temu po dawnych magazynach portowych. Ma loft na pierwszym piętrze z dużym osłoniętym tarasem na dachu. Obok niego, na tym samym poziomie mieszka jakaś ciemnoskóra babka, co zajmuje się sztuką, malarstwem i tkactwem artystycznym. A konkretnie, to wyrabia duże ozdobne tkaniny na ściany. Nazywa się Thelma Omele…
— Czyżby to była, TA Thelma Omele? — Podekscytowany Kugler wszedł mu w zdanie. — Znam, Ludwigu! Znana artystka i robi bardzo ładne rzeczy! Eksplozja barw i struktury tkanin! Powiem ci nawet, że kiedyś chciałem od niej kupić kilka dzieł. Może i dobrze, że są sąsiadami? Bardzo ciekawe. Będę mieć pretekst, żeby ją odwiedzić i kupić coś ładnego, a przy okazji zobaczyć lokum naszego pana Grove. I co powiesz dalej?
— Tak. Ten pan Tomasz ma szczęście, że mieszka obok ładnej i znanej artystki. A, poza tym, to nie utrzymuje prawie z nikim kontaktów. Jego rodzina — za wyjątkiem naszego gościa — już nie istnieje. Wszyscy zmarli i to w dziwnych okolicznościach, zresztą ściśle powiązanych z naszym gościem. Kiedy sprawdzałem dossier gościa, to pojawiał się w nich pan Tomasz, ale wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że ma on tak ścisłe związki z naszym projektem. Zresztą, na ten temat poślę panu, panie prezesie, szczegółowe dane na konto. Na razie, to tyle. Aha, i jeszcze jedno — dodał. — Jeżeli można, to sugerowałbym, by pilnie odwiedzić miejsce, gdzie nasz pan Grove się wychowywał jako mały chłopiec. Bo prawda jest taka, że cała jego historia, a w zasadzie historia ich obojga, zaczyna się właśnie w tym miejscu. A szczególnie chodzi tam o jeden specyficzny punkt, nazywany teraz przez miejscowych „Dołkiem Juli”. Do tej pory historie o tym rejonie traktowane były, jak jakaś bajka lub wymysły chorego mózgu naszego gościa, ale w obecnej sytuacji, można powiedzieć, że jednak należałoby przeprowadzić tam szczegółowe badania, co może wiele wyjaśnić. Można tam będzie uzyskać wiele wskazówek.
— Zabawna nazwa, Ludwigu — zauważył Kugler po chwili ciszy. — Słucham cię, a jednocześnie czytam zapis z dzisiejszego badania u doktora Shirkana. Masz rację, koniecznie trzeba zbadać to wzgórze, a nawet wziąć do tego specjalistów. Jak myślisz, czy inżynier Grove mógłby uczestniczyć w takiej, że tak powiem, ekspedycji? — Uśmiechnął się pod nosem. — Byłby to niezły powód, do skaptowania go bez żadnych podejrzeń i bez przymusu, a on sam chyba byłby mocno zainteresowany takim przedsięwzięciem, nie? No chyba, że przeżył tam zbyt wielką traumę i przez to powrót do rodzinnego domu będzie dla niego niemożliwy. Trzeba go będzie jakoś przekonać. Zorganizuj grupę badawczą, koniecznie z jego udziałem. A swoją drogą Ludwigu, czy doktor Shirkan uczestniczy już w naszym, że tak powiem — eksperymencie? — spytał.
— Nie, panie prezesie, doktor nie jest członkiem grupy. Jakiś czas temu był nawet sprawdzany, ale są co do jego osoby pewne zastrzeżenia. Z różnych względów nie nadaje się na stałego członka zespołu. Co nie znaczy, że nie może być użyteczny, jak to mówią — dla sprawy, ale nieświadomy tego, co tak faktycznie ma robić i dla kogo — zaznaczył. — A, co do grupy badawczej, która miałaby spenetrować okolice dawnego zamieszkania Tomasza Grove z jego udziałem, to jest to znakomity pomysł, panie prezesie. Myślę, że będzie nam o wiele łatwiej skaptować Grove’go do naszych celów.
Połaskotany tym stwierdzeniem Kugler uśmiechnął się lekko.
A to cwaniak — pomyślał. — Wie, kiedy połaskotać czyjeś ego.
— Dobrze, Ludwigu. Wracaj do swoich spraw. Gdybyś miał coś nowego daj znać.
Rozłączył się, a potem już bardziej uważnie zaczął czytać i przeglądać pliki przesłane mu przez Masę. Pilotem zamknął okno, bo w gabinecie zaczęło się robić chłodno.
•
Porucznik Jonatan Pierson był tego wieczoru mocno wkurzony. Były dwa powody złego humoru policjanta z miejscowego wydziału kryminalnego. Zresztą na dodatek oba bardzo prozaiczne, ale mimo wszystko, zawsze były. Pierwszy, bo wezwano go do jakiegoś durnego zdarzenia w szpitalu — jakby nie było od takich spraw mundurowych patroli — odrywając od ulubionego zajęcia, którym było siedzenie w ciepłej klubowej kawiarence i śledzenie wyników gonitw psów. Drugim powodem, była obecność sierżanta Arnolda Kuli — siedzącego w tej chwili za kierownicą służbowego elektryka — który go dzisiaj mocno irytował. Jego pomagier nie dość, że nic nie robił, bo elektryk sam jechał do celu, to jeszcze cały czas nawijał o jakiejś babie, co to wyskoczyła z okna w jego kamienicy. Ponoć z tej kobiety nie było czego zbierać po upadku z dwudziestego piętra. Na szczęście sprawą zajęła się inna dwójka śledczych.
W czasie opowiadania, Kula ze smakiem zajadał sałatkę z kurczakiem, wybierając ją drewnianym widelczykiem z papierowego kubełka. Mlaskał przy tym jak, nie przymierzając — świnia.
Pierson nienawidził barowego żarcia, a chyba najbardziej z tego całego chłamu, nie cierpiał wszelkich — niby to dietetycznych — sałatek warzywnych z kurczakiem, wołowiną, czy czym tam.
Nie trawił tych miękiszowatych i zabzdzionych jarzyn z pudełek. Tego specyficznego słodkawego smrodku, połączonego z kwasem majonezu, sztucznych keczupów, sztucznego mięsa i cholera wie czego jeszcze. Wyznawał jedynie słuszną zasadę żywieniową, którą wyniósł z domu, że: podstawą zdrowia jest domowe żarcie! I nikt go w tym temacie nie przegada! Tego się trzymał, a w związku z tym, zawsze sam sobie gotował i przygotowywał jedzenie. Jak nie mógł z różnych przyczyn pichcić, to nie jadł. Wolał się przegłodzić niż skusić na byle co.
A Kula wręcz przeciwnie, z apetytem machał widelcem jak łopatą. Nieustannie kupował jakieś „zdrowe” przekąski, chipsy i inne dziadostwo. Mógł mu mówić, że wreszcie rozwali sobie wątrobę, ale do Arniego nic nie docierało. Nawet słabe wyniki badań okresowych.
Teraz, obserwował kątem oka, jak co chwila coś mu skapnęło na kurtkę albo spadło na portki. Wycierał się nawilżanymi serwetkami wyjmowanymi ze schowka w drzwiach elektryka.
W sumie Arnold, nie jest złym policjantem, czy też złym chłopem, ale nawyki, a szczególnie te żywieniowe ma do dupy — podsumował Pierson w myślach.
I to go wkurzało jak diabli.
— Arni… — mruknął, żując w ustach kwiatek wysuszonego goździka — przestań już żreć to gówno i pogoń trochę, bo czas to pieniądz. A ja mam pilne zajęcia.
Ta, już widzę jakie, poruczniku — pomyślał Kula, wycierając tłuste palce w kolejny zwitek chusteczek. — Wyścigi, i kolejne przepuszczone pieniądze z majątku. Wyścigi, i kolejne małżeństwo, które się zaraz rozleci. Wyścigi i złe humory, a przez to brak awansów od kilku ładnych lat. Wyścigi i tracenie genialnego umysłu na głupoty. Ech, Jonatan, co ty robisz ze swoim życiem…
Wsadził do kubełka zużyte chusteczki i wsypał okruchy bułki, zgarnięte ze spodni. Zatkał pudełko deklem, zamierzając je rzucić na tylne siedzenie.
Potem posprząta.
Pierson widząc, że Kula chce rzucić kubełek po sałatce na tylne siedzenie elektryka, warknął:
— Ani się waż, Arni. Stań tam, obok przystanku — pokazał palcem — i grzecznie wyrzuć śmieci do kosza. Kubełek do „papierów”, a widelec do „zmieszanych”. Obok wiaty stoi słupek ze środkiem dezynfekującym.
Z niewzruszoną miną patrzył, jak mruczący coś pod nosem Kula gramoli się z auta.
— Wiesz, co masz zrobić z tłustymi łapami. Nie zamierzam potem łapać za brudną kierownicę.
Bo porucznik Pierson nad wszystko lubił porządek i… psy. Kochał charty i wyścigi psów. Nie potrafił się pozbyć tego nałogu, a w zasadzie to nawet nie próbował, mimo wielu symptomów, które krzyczały, że nigdy nic nie wygra, a tylko przepuszcza na hazardzie majątek i życie. Sam był szczęśliwym posiadaczem dwóch chartów. Suczki greyhounda o imieniu Alta i kudłatego borzoja T-Rexa.
— No przecież wiem, szefie — burknął sierżant, gdy już wydostał się a radiowozu.
Pierson, kręcąc głową, patrzył przez okno, jak pulchny sierżant truchcikiem podbiega do kosza. Otwarły się pokrywy i Arni wrzucił śmieci gdzie trzeba. Na przystanku podłożył ręce pod dozownik środka dezynfekcyjnego i ruszył z powrotem do elektryka..
Z drugiej strony — myślał już trochę mniej zdenerwowany — lepiej, że nas wysłali do szpitala na jakąś dupiatą interwencję, niż miałbym się teraz męczyć z rozprasowanym na chodniku nieboszczykiem. Dopiero co zjadłem lunch. Wzdrygnął nim dreszcz.
Kula wrócił i wygodnie umościł się na siedzeniu. Przyciągnął do siebie kierownicę i słownym poleceniem wyłączył autopilota. Kiedy pasy bezpieczeństwa automatycznie się zapięły, radiowóz ruszył w dalszą drogę. Sierżant przejął kontrolę nad elektrykiem i włączył „koguty”, a wtedy ruszyli z kopyta.
•
Kiedy, kierowani przez komputer szpitala, dotarli wreszcie pod salę zajmowaną przez zaginioną pacjentkę, czekał już na nich mały komitet powitalny składający się z trzech mężczyzn, korpulentnej pielęgniarki w różowym fartuszku oraz świecący na czerwono automat recepcyjny, barykadujący całym swoim kanciastym korpusem wejście do pokoju.
Sierżant włączył swój rejestrator, a w tym samym momencie nad ich głowami pojawił się cicho, latający dron rekordera wypuszczonego przez szpital. Musieli dbać o swoje interesy. Podkładka z nagrania — w wypadku jakichkolwiek roszczeń — była podstawą działań prawników. Porucznik przedstawił się zgromadzonym przed salą ludziom i od razu przeszedł do meritum.
— Proszę się przedstawić i określić w kilku słowach, jaki jest państwa udział w zdarzeniu. Pani pierwsza — zwrócił się do pielęgniarki.
— Nazywam się Klara Ruder. Jestem dyplomowaną pielęgniarką i siostrą oddziałową na oddziale neurologii. To ja wczoraj, podczas obchodu, około godziny osiemnastej odkryłam, że pani Jula Bronkos po, bodajże, dwunastu latach śpiączki, odzyskała przytomność. Niech pan sobie wyobrazi, że pacjentka mimo tylu lat w bezruchu, no i, co tu dużo gadać, podeszłego wieku, samodzielnie siedziała na łóżku! Nawet niektóre kabelki i sondy sama sobie wyjęła! Zresztą, jakby ktoś mnie spytał ile ona ma faktycznie lat, to bym się z nim kłóciła. Wyglądała na czterdziestkę albo…
— Do rzeczy, pani Ruder. Do rzeczy… — mruknął Pierson.
W trakcie jej opowiadania, sierżant przytknął do korpusu automatu recepcyjnego wewnętrzną stronę nadgarstka. Robot zamrugał światłem, zmieniając barwę mrugającej lampy na zieloną. Odsunął się na bok, dając wolne przejście. Zastygł w korytarzu, czekając na dalsze instrukcje.
Kiedy policjanci weszli do sali, reszta ostrożnie zaglądała do środka przez próg, a Klara Ruder kontynuowała zeznanie.
— Tak było wczoraj wieczorem. Zaraz wezwałam lekarzy dyżurnych i automat pielęgniarski. Przyszedł pan doktor Widera razem z rezydentem.
— Wszystko zdarzyło się na tej sali? — spytał Pierson.
— Tak, teraz wszystkie sale pacjentów są tak samo wyposażone i można w nich nawet operację przeprowadzić.
— Rozumiem — mruknął Pierson, przyglądając się solidnemu łóżku szpitalnemu, które wyglądało, jak jakiś kosmiczny kombajn z materacem. Tyle miało różnych trudnych funkcji do ustalenia oraz podłączonej do niego aparatury. — Proszę mówić dalej.
— Dzisiaj rano, znowu były wykonywane kolejne badania. Ale robiono je już pod kierunkiem pana doktora Labera. — Zerknęła w stronę lekarza. — Pani Bronkos nic nie mówiła, bo po wyjęciu sond z gardła i nosa, miała jeszcze niesprawne struny głosowe. Nowych czujników nie dała sobie założyć. Prawda, panie doktorze? — Szukała wsparcia u Labera. — Pani Bronkos patrzyła tylko w koło, tymi swoimi wielkimi oczyskami. I wcale się jej nie dziwię, bo zobaczyła świat po tylu latach. Za to, jak machała tymi chudymi rękami! I jeszcze…
— Do rzeczy, pani Ruder. Do rzeczy… — kolejny raz porucznik przywołał pielęgniarkę do pionu.
— No więc, dzisiaj, około godziny piętnastej miałam przyjść i zmienić pacjentce wlew dojelitowy. W ten sposób pani Bronkos była odżywiana. Pozaustrojowo. — Wyjaśniła zaraz, widząc pytający wzrok sierżanta. — Weszłam do sali, a tam, puste łóżko! Nie ma pacjentki! Pomyślałam sobie, że może została zabrana na jakieś specjalistyczne badania, ale o takich bym przecież wiedziała, nie? W końcu jestem siostrą oddziałową! Zajrzałam do łazienki. Sprawdziłam korytarz. Wezwałam automat recepcyjny i połączyłam się ze szpitalnym komputerem. Nic! Nikt nic nie wiedział o pani Bronkos! Zniknęła!
Pielęgniarka pokazała palcem na łóżko, mówiąc:
— Na łóżku leżała jej bransoleta z chipem szpitalnym, a obok niego to, co nabazgrała na poszewce kołdry. I wie pan co, panie poruczniku? — spytała, wyraźnie czekając na jego reakcję.
— No, co?… — mruknął policjant, oglądając dziwny znak albo symbol nabazgrany — chyba palcem umazanym w „czymś” — i zostawiony na brzegu kołdry. — Sierżancie Kula, niech pan zrobi dokładne zdjęcia tego malunku.
— Czym to zrobiła, nawet nie chcę wiedzieć! — powiedziała Ruder. — Ale muszę zaznaczyć, że wszystkie urządzenia i podłączenia do aparatury medycznej, zostały odłączone fachowo! Ona sama na pewno nie potrafiłaby tego zrobić, o! Takie jest moje zdanie. Ktoś jej musiał w tym pomóc albo nawet zrobić wszystko za nią! Wtedy powiadomiłam o zdarzeniu pana doktora Labera, system szpitala i wezwałam automat recepcyjny.
— Dobrze, wystarczy. Na razie, dziękuję pani. — Pierson krótko skwitował zeznania pielęgniarki. — Sierżancie, zabezpiecz materiał dowodowy i wezwij technika. — Aha, mam do pani jeszcze jedno pytanie. Czy to łóżko jest mobilne? To znaczy, czy jest w stanie samo wyjechać z sali?
— Oczywiście. Najnowsza technika, którą niedawno sprowadził pan Kugler. Kiedy trzeba, łóżko samo trafi — a jak trzeba, to razem z leżącym na nim pacjentem — w odpowiednie miejsce. Służy do tego osobny ciąg komunikacyjny, żeby nie robić zamieszania albo jakichś zatorów na korytarzach. To są takie osobne korytarze tylko dla personelu szpitala oraz właśnie do przemieszczania pacjentów na łóżkach.
— Rozumiem. Czyli, tak faktycznie, gdy łóżko wjedzie na taki korytarz, to normalnie tego nie widać, kiedy pracujecie na oddziale. Chyba, że zauważy je ktoś, kto też porusza się tym ciągiem technicznym. Tak?
— No, w sumie tak — odpowiedziała Ruder. — A kiedy wszystko jest zgodne z programem leczenia, a jazdę nadzoruje komputer szpitala, to w zasadzie nikogo nie obchodzi po co i dlaczego jedzie gdzieś samo łóżko albo przemieszcza się z pacjentem.
— Czyli łóżka same, znaczy się puste łóżka, też mogą jeździć?
— Tak. Choćby po to, żeby przywieźć chorego z izby przyjęć albo, na przykład, wrócić na swoją salę po dowiezieniu pacjenta na inny oddział.
— Czy te techniczne korytarze są monitorowane? — dopytywał.
— Chyba tak. Raczej na pewno. Ale o to proszę spytać szpital.
— Dobrze. A teraz, kilka słów na temat zaginionej, powie nam pan doktor Widera. Proszę jednak pominąć szczegóły medyczne. Interesują mnie jedynie fakty, czyli: co się stało wczoraj wieczorem, gdzie pan wtedy był i kiedy się pan dowiedział o wybudzeniu pani Bronkos ze śpiączki. Dobrze? Resztę zezna pan podczas szczegółowego przesłuchania, ale już u nas w komendzie.
Lekarz chrząknął dwa razy i niepewnie, ale zaczął opowiadać.
— W sumie, to nie mam nic więcej do powiedzenia, niż to, co przed chwilą powiedziała Klara, znaczy się, pani Ruder. Wczoraj wieczorem zaalarmowała dyżurkę lekarską o wybudzeniu pani Bronkos ze śpiączki. Od razu poszedłem do pacjentki, zabierając ze sobą rezydenta doktora Durenbotha. Jedyne, co było dziwne w tym całym zdarzeniu, to fakt, że aparatura monitorująca w ogóle nie zareagowała na jej przebudzenie! Nie było najmniejszego dźwięku alarmu, czy sygnału! Milczał nawet system monitorowania szpitala. Kompletnie nic! Gdyby nie to, że Klara, znaczy się, pani Ruder, znalazła się akurat w tym momencie w sali pani Bronkos, nie wiedzielibyśmy kompletnie nic o wyjściu ze śpiączki tej pacjentki. Swoją drogą, szpital już wystąpił do producentów i dostawców tych urządzeń o wyjaśnienia i kontrolę systemu, bo tak…
Porucznik wszedł mu w słowo.
— Rozumiemy, ale to jest problem szpitala, czy urządzenia są lub były sprawne, czy nie. Zapewne zwrócimy się do was o szczegóły z zapisów urządzeń. O ile w ogóle coś zarejestrowano. Sam sprzęt, zależnie od tego, co powie prowadzący śledztwo i tak prawdopodobnie zostanie zabezpieczony do badań. Bardziej mnie interesuje, czy ktokolwiek z zewnątrz lub z personelu, mógł odłączyć urządzenia bez wszczynania alarmów. Co pan powie na ten temat?
Niespodziewanie odezwał się doktor Laber.
— Nie ma takiej możliwości. Każda ingerencja w sprzęt, musi wywołać alarm albo jest natychmiast rejestrowana.
— Ciekawe. Znaczyłoby to, że dzisiaj również — ta konkretnie aparatura — powinna wszcząć alarm, gdyby powiedzmy, pani Bronkos sama zeszła z łóżka i próbowała się oddalić albo, gdyby ktoś jej pomógł. No chyba, że zrobił to tak umiejętnie, że nie wywołał żadnego alertu. Tak?
— Dokładnie — zgodził się Widera.
— To pan, panie Widera, jest tym lekarzem, który wczoraj pierwszy, że tak powiem, zdiagnozował wybudzenie pani Bronkos, jak mówiła przed chwilą pani Ruder, tak?
— Tak. Doktor medycyny Adam Widera. Specjalista neurolog — przedstawił się.
— Proszę powiedzieć coś bliżej o tym, jak to wy mówicie — przypadku.
Widera wzruszył ramionami.
— Wszystkie szczegóły są zarejestrowane w karcie choroby pacjentki. Tam opisałem całą zastosowaną przeze mnie procedurę oraz podjęte czynności i zalecenia. Oczywiście rekorder szpitala swoją drogą rejestrował minuta po minucie wszystkie moje, czy też, czynności reszty zespołu.
— Z tą oczywistością, panie doktorze, to bym tak nie szarżował. Jak widać i słychać, nie wszystko poszło tak idealnie, jakby się mogło wydawać — zauważył porucznik.
— Faktycznie, ma pan rację, poruczniku. W obecnej sytuacji, nic nie jest ani tak oczywiste ani pewne, jak być powinno — mruknął doktor. — W każdym razie do moich danych z obserwacji pacjentki były dodane, jak zawsze zresztą, zarejestrowane parametry pacjentki przed i po wybudzeniu. Mogę jedynie powiedzieć, jak już zauważyła siostra Ruder, że pani Bronkos od samego początku hospitalizacji nie była zwyczajnym przypadkiem. Jej stan fizyczny był i dalej jest, że tak powiem, bardzo dziwnym przypad…
Tomasz słuchał całej tej rozmowy, czy też przesłuchania z coraz większą niecierpliwością, zdziwieniem i rozdrażnieniem.
Pieprzą jak potłuczeni, a przecież zaginął człowiek! Nie wiadomo, co się stało z ciotką?! Nic nie robią do cholery. W tym zasmarkanym szpitalu nic nie działa, a oni tu sobie gadają!
Nie wytrzymał.
— A może, zamiast gadać o głupotach, to może byście wreszcie, panowie policjanci, zaczęli poszukiwania mojej ciotki, co?!
Po tej uwadze, porucznik Pierson przerwał rozmowę z Widerą i zwrócił się do Tomasza.
— Jak zaginiona osoba, to jest pańską ciotką, to pan, jak mniemam, musi być Tomaszem Grove. Tak?
— Aleś pan wczesny, panie poruczniku. Z czego żeś pan to wywnioskował, co?
Pierson zbył agresywny ton Tomasza i nie zrażony jego sarkazmem, kontynuował.
— Kiedy dowiedział się pan, że pańska ciotka zaginęła?
— Dowiedziałem się, jak przyszedłem pod drzwi sali razem z doktorem Widerą — odpalił Grove.
— A co pan robił w szpitalu, panie Grove?
Tomasz nieco speszony tym pytaniem — bo tak w ogóle, to bardzo nie lubił, kiedy się wypytywano o jego osobę — mruknął:
— Miałem dzisiaj umówione badanie u audiologa.
— Aha… — krótko skwitował Pierson.
— Doktor Widera po skończonych badaniach, powiadomił mnie, że ciotka wczoraj wybudziła się ze śpiączki. Przyszedłem razem z nim na oddział, żeby ją odwiedzić. To moja jedyna krewna…
Do Piersona podszedł Kula, nachylił się do niego i coś szepnął na ucho.
— Żartujesz Arni… — Pierson popatrzył na sierżanta, jakby zobaczył go pierwszy raz w życiu.
— Niestety nie, poruczniku. Już tutaj idzie przedstawiciel szpitala.
Widząc, że coś jest nie tak, zaniepokojony Tomasz nie wytrzymał i spytał:
— Co jest, panowie? Coś z moją ciotką? Proszę mi zaraz odpowiedzieć!
Pierson chrząknął i oznajmił:
— Hm… no tak — zaczął zakłopotany tym, co ma powiedzieć. — Jakby to powiedzieć, przed chwilą sierżant Kula otrzymał na swojego chipa informację od szpitalnego komputera, że ten nic nie wie o pani Juli Bronkos. W elektronicznej pamięci szpitala, a innej przecież nie ma, nie ma żadnej informacji na temat osoby o takim nazwisku i imieniu. Według szpitalnego komputera, pani Bronkos nigdy nie było w szpitalu miejskim i dla tej instytucji, pana ciotka nie istnieje. Przynajmniej jako pacjent.
Wszyscy, co byli na sali, patrzyli na siebie w niemym zdumieniu, aż do momentu, kiedy wściekły Grove wrzasnął:
— Co tu się do cholery wyrabia! To są jakieś żarty?!…
•
Zabrzęczał cichy dzwonek, a po chwili bezszelestnie otwarły się drzwi windy. Z jasnego środka kabiny wyszedł niski korpulentny jegomość. Zdecydowanym krokiem podszedł do przeciwległej ściany holu. Zatrzymał się przy identycznych drzwiach, jak te w których przed chwilą się pojawił.
Panowała absolutna cisza.
Z głośnika nad drzwiami przed którymi stał, usłyszał ciepły kobiecy głos, wydający polecenie:
— Próba mowy. Proszę pochylić się do świecącej się ikonki mikrofonu i głośno powiedzieć zdanie: dzisiaj pada deszcz i wieje wiatr.
Wykonał polecenie.
— Nad mikrofonem jest kamera. Proszę do niej zbliżyć lewe oko i nie mrugać przez trzy sekundy — zarządał mechaniczny głos z głośnika nad drzwiami.
Zrobił, co mu kazano.
Minęło kilka sekund, po których usłyszał:
— Rozpoznaję. Witam pana, doktorze Norman. Jest pan spóźniony dwie minuty. Uwaga, zaraz otworzą się drzwi windy.
Metalowe podwoje rozsunęły się na boki. Damian Norman wszedł do kabiny, która szybko ruszyła w dół, co można było odczuć po złudnym poczuciu lekkości. W tym czasie w holu w którym był wcześniej, ze ściany wysunęła się kurtyna, wyglądająca identycznie jak wszystkie ściany w pomieszczeniu. Przesunęła się, zasłaniając drzwi drugiej windy. Ktoś, kto by teraz wyszedł z tamtej windy, myślałby, że znalazł się w jakimś ślepym zaułku.
Ten sam głos, który mówił do niego w holu, odezwał się ponownie.
— Doktor Lanser już na pana czeka. Proszę od razu skierować się do laboratorium.
Wyczuł, że winda zaczynała hamować, bo ciężar ciała delikatnie zaczął wzrastać.
Mimo, że Norman doskonale znał procedurę wejścia do ukrytego laboratorium w budynku szpitala — przecież już nie raz pokonywał tę trasę — to za każdym razem, kiedy automat nakazywał mu wykonanie poleceń kontrolnych kwalifikujących go do wejścia, czuł się bardzo niepewnie i mocno się denerwował.
Wiedział, że jest uważnie obserwowany przez kamery i rejestratory. Kto wie, co by się stało, gdyby coś poszło nie tak.
Wyszedł z kabiny windy i podszedł do wieszaka, skąd zdjął jednoczęściowy biały kombinezon, laryngofon i słuchawki. Marynarkę i płaszcz powiesił na wolnym haczyku.
Na buty nałożył ochronne silikonowe worki sięgające aż do kolan. Mimo, że już był sprawdzany, procedura kontrolna została powtórzona przy kolejnych drzwiach.
Kiedy je minął, trafił do pomieszczenia będącego rodzajem śluzy. W momencie gdy tam wszedł z dysz ukrytych w ścianach buchnęły kłęby substancji dezynfekującej.
Obracał się dookoła z podniesionymi rękami tak długo aż wentylacja wyssała toksyczną parę.
Gdy nad wyjściem zapaliła się zielona lampka, mógł pójść dalej.
Teraz znalazł się w sporej sali wielkości mniej więcej boiska do siatkówki. Prostokątne pomieszczenie było rzęsiście oświetlone białym światłem. Przegrodzono je w różnych miejscach przejrzystymi, szklanymi ściankami działowymi, które dzieliły salę na różnego rodzaju boksy do pracy o rozmiarach mniej więcej trzy na trzy metry.
Na samym środku hali była wolna przestrzeń. Ustawiono tam duży fotel, podobny z wyglądu do foteli dentystycznych. Jednak znacznie od nich większy i masywniejszy. Dookoła fotela stały różnego rodzaju urządzenia elektroniczne i rejestratory, mrugające kolorowymi światełkami i świecące ledowymi ekranami.
Wszystkie te urządzenia podłączono do centralnej części, którą był oczywiście fotel.
Mimo, że pracowało tam kilka osób i działało sporo różnego rodzaju aparatury w sali panowała kompletna cisza.
Norman minął boksy i skierował się na środek, gdzie przy fotelu stało dwoje ludzi w takich samych kombinezonach jak jego.
W fotelu też siedziała jakaś osoba w laboratoryjnym kombinezonie. Przypięta była taśmami na rzepy do poręczy podtrzymujących ręce oraz podstawek na stopy. Na głowie miała założony silikonowy czepek z dwoma potężnymi słuchawkami na uszach z których zwisały dwa pęki kolorowych kabelków. Zresztą, do czepka też podpięto kolorowe przewody.
Trudno było mu ocenić kto zajął fotel, tym bardziej, że siedzący został zasłonięty przez stojących naukowców. Oboje coś majstrowali przy wiązkach kabli.
Dopiero kiedy się przybliżył, poznał siedzącego. Do roli „królika doświadczalnego” tym razem wybrano jednego z członków grupy badawczej, biologa molekularnego Gorgesa Brasansa. Sympatycznego młodego faceta, który dołączył do zespołu jakieś dwa lata temu. Brasans miał zamknięte oczy i prawdopodobnie spał.
— Cześć Richard! — odezwał się do jednego z dwu stojących przed nim naukowców, przyciskając guziczek laryngofonu.
Zagadnięty natychmiast się odwrócił.
— Damian!… — zagadnięty szeroko rozłożył ręce i z uśmiechem na ustach ruszył w jego stronę. — Jesteś wreszcie! — Złapał go za ramiona, a że był rosłym mężczyzną, to uścisk połączony z ekscytacją, był uściskiem niedźwiedzia! Niski i szczupły Norman, stęknął pod naporem Lansera.
— Cześć Simon — Damian jakimś cudem zdołał podnieść dłoń i przywitał się z drugą osobą w kombinezonie. Uśmiechniętą od ucha do ucha, doktor fizyki kwantowej i matematyki — Simon Darnieux.
Richard nie puszczał Normana, a mocno nim potrząsając głośno powiedział:
— Damianie! Udało się! Wreszcie się udało!…
— Co się udało — bąknął, nie rozumiejąc o co mu chodzi.
— Twoja aparatura wreszcie zadziałała! Mamy to, Damianie! Wreszcie udało się zapisać czysty sygnał! Nawet przy tak niskich szumach tego śpiocha! — Pokazał palcem na Brasansa.
— No nawet nie żartuj Richard! — Wyrwał się z objęć Lansera i szybko podbiegł do, stojącego tuż za oparciem fotela, rejestratora fal.
— Rejestrowany jest i analizowany, każdy najmniejszy szum! — paplał szczęśliwy Lanser, idąc za nim krok w krok. — Wyeliminowaliśmy wszystkie możliwe zakłócenia i inne niepotrzebne śmieci, bo system zaczął analizować wszystko to, co jest prawdziwym sygnałem, a nie dźwiękami fizjologicznymi! Nawet rytm serca i szum krwi w naczyniach! Wszystkie odbicia i rezonanse! To jest przełom Damianie! A najlepsze, że przy rejestracji możemy spokojnie gadać na głos, a nawet śpiewać, bo wszystkie obce dźwięki — oprócz tych, co trzeba — są izolowane i odrzucane!
Norman jak urzeczony, patrzył rozszerzonymi oczami na duży ekran monitora, przez który biegły równe i niezakłócone, szeregi linii rejestrujących dźwięk! Był zafascynowany widokiem danych, płynących wieloma strumieniami.
Wielkim sukcesem była, ogólnie rzecz biorąc, możliwość zgrania szumów usznych na nośniki cyfrowe, dzięki wynalezionemu przez niego specjalnemu mikrofonowi. Jednak, jak się okazało i jak podejrzewali, same szumy, to był zlepek różnych dźwięków. Żmudną pracą eliminowali je i rozłączali wszystkie po kolei, ale z niektórymi od długiego czasu nie potrafili sobie poradzić. Wiedzieli, a przecież o to w tym wszystkim chodziło, że dźwięk, który od urodzenia słyszymy w uszach, to nie tylko odgłosy słyszane przez ucho wewnętrzne jakie wydaje z siebie nasze ciało. W stałym monotonnym szumie był ukryty ten najważniejszy dźwięk, który wydawał z siebie nasz mózg! Taką mieli nadzieję i o tym byli święcie przekonani. To dlatego prowadzili badania i eksperymenty, szukając słyszalnego szumu fal mózgowych, mówiącego wszystko o naszym ciele, o jego kondycji i tym, co w tym wszystkim robił i jaką pełnił rolę nasz mózg.
Podekscytowany Lanser mówił dalej:
— Wczoraj systemy komputerowe po zastosowanych korektach, opracowaniu dwóch nowych filtrów, a potem po przepuszczeniu przez nie sygnałów w specjalnym programie wymyślonym przez Simon, systemy wreszcie zaczęły wgrywać wszystko, co potrzeba do pamięci komputera! A na koniec, analiza tego materiału za pomocą naszej autonomicznej myśli cyfrowej wyodrębniła ten oto dźwięk — Richard gadał jak najęty. — Patrz, słuchaj i się napawaj! — nacisnął kilka klawiszy na klawiaturze komputera.
W tym momencie Richard Lanser umilkł, dając mu możliwość przez dłuższą chwilę, jak sam powiedział: napawania się widokiem.
Na ekranie pojawiła się pojedyncza cienka czerwona kreska, która co jakiś czas odchylała się od poziomu ostrym skokiem w górę lub w dół. Każde z odchylonych wartości zmieniało wysokość dźwięku. Cichego i jednostajnego pisku o zróżnicowanej modulacji.
Bardzo starzy ludzie chyba jeszcze pamiętali ten specyficzny, modulowany dźwięk z początków internetu, kiedy domowy komputer łączył się z serwerem poprzez linię telefoniczną.
Teraz Simon na swojej klawiaturze komputerowej nacisnęła kilka klawiszy i pociągnęła palcem po touchpadzie. Przebieg linii zwolnił, a dźwięk zamienił się w dziwny sygnał. Coś, jak ostre stukanie na przemian z cichym pukaniem, połączonym z metalicznymi uderzaniami „klucza” do nadawania w alfabecie Morse’a.
Simon kolejny raz zwolniła przebieg wykresu linii i obniżyła częstotliwość dźwięku. Teraz Norman usłyszał bardzo wyraźne i o wiele głośniejsze lub dużo cichsze pukanie, przerywane odcinkami ciszy. Opracowany przez nich program zamieniał wszystkie te dźwięki w kod cyfrowy. Jedynka, zero, jedynka, zero, zero, jedynka, jedynka…
— Wiesz, co się tu stało Damianie? Czy ty wiesz chłopie, cholera jasna, co nam się udało zrobić?! Będziemy wiedzieć, co nasze ciało do nas mówi! Co do nas mówi i o czym mówi nasz własny mózg!
Norman spojrzał na kolegę, przełknął ślinę i głośno powiedział:
— Najważniejsze, że nareszcie będziemy wiedzieć, co nam szumi we łbach, Richardzie.
— Dokładnie tak! Dokładnie tak!
— A, wiecie co? — odezwał się Norman, wpatrując się przez cały czas w ekran komputera. — Ja też mam niespodziankę z którą tu dzisiaj przyszedłem. Jest w sam raz do tego co widzę! Wiecie, żeby nie było, że ja nic nie robię.
Przełączył obraz z małego ekranu roboczego na wielki telebim zawieszony pod sufitem.
— Poczekajcie chwilę.
Damian podwinął rękaw kombinezonu i przyłożył nadgarstek do czytnika. Potem przesunął palcem po touchpadzie, zmieniając wejście na ekran monitora.
Zebrani w centrum sali naukowcy zobaczyli na ekranie duży schemat jakiegoś urządzenia. Rysunek wykonany w formacie „3D” obracał się w koło.
— Damianie, czyżby to było to o czym ja myślę! — zawołał Richard.
— Dokładnie tak! — potwierdził uśmiechnięty Norman. — Przedstawiam wam schemat nowego wzmacniacza fal dźwiękowych szumów usznych! Wzmacnia sygnał do dziesięciu tysięcy mV na wyjściu! Od teraz, mamy już potężny sygnał, a nie, delikatny szum, drodzy państwo!
Za jego plecami odezwały się pojedyncze, a potem zwielokrotnione oklaski.
Zdali sobie sprawę, że są coraz bliżsi sukcesu!
•
Teodor Kugler przysiadł na brzegu biurka, wspierając się rękami o blat. W skupieniu oglądał na przestrzennym wyświetlaczu transmisję na żywo, przekazywaną przez rekordery zainstalowane w laboratorium na najniższym, tym nieistniejącym dla świata — trzydziestym trzecim piętrze szpitala.
W sumie, to nawet chciał tam zjechać, żeby — tak, jak członkowie grupy badawczej — wspólnie z nimi cieszyć się sukcesem.
Jednak Ludwig mu odradził i chyba w sumie miał rację twierdząc, że na gratulacje z jego strony był jeszcze czas. Najważniejsze, żeby jako szef pokazał im, że wiedział o wszystkim, a potem przekazał gratulacje, już chociażby, poprzez wideokonferencję.
Przemyślał słowa Masy i stwierdził, że jak zwykle stary lis miał rację. Faktycznie, na jego osobiste gratulacje był jeszcze czas. Przyjdzie pora na wizytę w laboratorium, kiedy otrzyma kostkę pamięci z pierwszą linijką odczytanych fal.
Wyłączył transmisję z laboratorium, bo teraz, jak to u ludzi nauki bywało w takich momentach, rozgorzała ostra dyskusja na temat nowego wynalazku Normana oraz dokonanego przełomu w rejestracji dźwięków. W sumie, to coś tam kumał z tych wszystkich spraw naukowo-technicznych, ale tak po prawdzie, ten ich specjalistyczny i specyficzny język, był dla niego zbyt trudny i, szczerze mówiąc — nudny.
— Najważniejsze Damianie, żeby to twoje nowe ustrojstwo zadziałało… — mruknął pod nosem i nacisnął guzik na pilocie, zmieniając źródło sygnału.
Teraz na przestrzennym ekranie wyświetlacza pokazała się identyczna, jak każda — funkcjonująca w całym szpitalu — standartowa sala pacjenta.
Na łóżku, okryta aż pod brodę lekkim pledem, leżała jakaś osoba.
Zrobił zbliżenie.
Przyjrzał się pociągłej, ładnej twarzy o regularnych rysach, młodej kobiety w wieku około czterdziestu lat. Miała zamknięte oczy, a klatka piersiowa unosiła się w równym wolnym rytmie, pacjentka spała.
Kugler nie mógł uwierzyć, że faktycznie ta leżąca na łóżku kobieta „dobijała” do siedemdziesiątki!
Skąd takie zmiany w dwie doby! — zastanawiał się.
Piegowata skóra na jej obliczu była jędrna i bardzo jasna, wręcz alabastrowa. Kontrastowały z nią bardzo krótkie, ciemne włosy. Małe uszy przylegały do czaszki.
— Ładna jesteś, panno Bronkos. Bardzo ładna… — mruknął pod nosem.
Do lewej skroni kobieta miała podłączoną mrugającą na zielono sondę, rejestrującą pracę mózgu. Rekorder bezszelestnie unosił się tuż nad klatką piersiową kobiety, a śmigiełka napędu lekko poruszały włosami leżącej.
Zrobił jeszcze większe zbliżenie, zatapiając się w — co tu dużo gadać — pięknym obliczu kobiety.
Kiedy bez jakiegokolwiek ostrzeżenia Jula Bronkos nagle otwarła oczy, tak się wystraszył się aż odskoczył do tyłu, przewracając stojącą na blacie biurka szklankę z wodą. Nim w następnych sekundach zniknął obraz z rekordera i ściemniał ekran wyświetlacza, zdążył jeszcze zobaczyć jej duże zielone i wściekłe oczy, wlepiające się w niego poprzez kamerę rejestratora. Ogarnęło go jakieś dziwne przeczucie, że Jula Bronkos doskonale wiedziała, kto się na nią gapił poprzez kamerki drona. Na dodatek, zdał sobie sprawę z faktu, że to wcale nie było przyjazne spojrzenie…
•
Po kolejnym dniu zamieszania związanego z zaginięciem ciotki Juli, Tomasz wstał późno, a i tak czuł się zmęczony jak diabli. Dzisiaj mógł sobie na to pozwolić, bo przecież piątek był dniem wolnym od pracy, a poza tym, późno się wczoraj wieczorem położył spać, rozmyślając po raz enty nad całą sprawą.
Mimo połkniętych pigułek na sen i późnej pory na spoczynek, kręcił się w łóżku nie mogąc zasnąć i co chwila wstawał. Wszystko przez to, że u jego sąsiadki Thelmy, znowu wyprawiano zwariowaną imprezę.
Głośna muzyka i odgłosy zabawy słychać było do samego rana.
W tym wypadku, nic nie pomógł szum w uszach, tłumiący inne dźwięki, bo nawet on nie potrafił zagłuszyć hałasów i darcia ryja przez uczestników balangi.
Gdzieś koło drugiej, ktoś się zaczął dobijać do drzwi, wołając, żeby przyszedł na imprezkę, ale kompletnie mu się nie chciało. Wystarczyło wrażeń jak na jeden dzień, nie chciał jeszcze dokładać do tego tych z widokiem nachlanych gąb różnych czubków, szumnie nazywających się artystami.
Kiedy nawalone bractwo bladym świtem wreszcie sobie poszło albo padło gdzieś w lofcie Thelmy, nastała zbawienna cisza. Spał jakieś dwie godziny, a potem leżał w łóżku rozmyślając, co ma z tym wszystkim dalej robić.
Wreszcie postanowił pozbierać się z łóżka, bo stwierdził rozdrażniony, że i tak nie zaśnie ani nic nie wymyśli, a w sumie, co miało być, to i tak będzie.
Oczywiście domofon zabrzęczał wtedy, kiedy właśnie zasiadał do śniadania. Głosem włączył ekran kuchennego monitora i zobaczył na nim, że przed drzwiami do mieszkania stoi jakiś wysoki barczysty mężczyzna.
Nie znał go.
Zrobił zbliżenie wszystkimi kamerkami domofonu, a kiedy twarz tamtego pojawiła się w kwadracie identyfikacji, przycisnął odpowiedni guzik pilota.
Nic się nie stało. Nie pojawił się żaden komunikat ostrzegawczy, ani tym bardziej ten o identyfikacji delikwenta. Dziwne, nie był to nikt, kto byłby rozpoznawany przez system ochrony domu.
Przyjrzał mu się.
Poczciwa, lekko uśmiechnięta gęba pięćdziesięciolatka, rozwiany włos. Nieźle ubrany. Ogólnie, dobrze mu z oczu patrzyło. Zastanawiał się kto to mógł być. Kurier? Gliniarz w sprawie ciotki?
Dzisiaj wolny dzień — odpowiedział sam sobie. — Może ktoś od administratora domu? — pytał dalej. — E, nigdy gościa nie widziałem.
— Widocznie to Świadek Jehowy albo jakiś sprzedawca pierdół… — mruknął. — Ale co znowu, w piątek?
Z tęsknotą popatrzył na stygnącą jajecznicę i nagle stwierdził, że jest głodny i ma gdzieś, kim jest ten facet. Widocznie pomylił adresy. Drzwi stalowe, nowe tytanowe zamki i blokady. Niech sobie stoi ile chce.
Już zamierzał wyłączyć ekran domofonu, kiedy gościu wreszcie się odezwał:
— Dzień dobry, panie Grove. Wiem, że jest pan w domu. Teraz zapewne obserwuje mnie pan przez kamery ochrony. Zastanawia się pan kim jestem i czego od pana chcę o tak wczesnej porze, na dodatek w wolny dzień. Już wyjaśniam, nazywam się Ludwig Kosantyra.
Nieproszony, wyciągnął przed siebie rękę i przyłożył nadgarstek do czytnika. System ochrony natychmiast odczytał jego PeCh-I potwierdzając, że mówił prawdę.
— Przysyła mnie do pana, pan prezes Teodor Kugler w bardzo ważnej sprawie. Sprawie związanej z zaginięciem pańskiej ciotki, Juli Bronkos. Czy mogę w związku z tym zająć panu chwilę?
Nie zastanawiając ani przez chwilę, Tomasz nacisnął przycisk zwalniający mechanizmy zamków.
3
Drzwi sali otwarły się bezszelestnie. Niezdecydowany stanął w progu, patrząc na łóżko punktowo oświetlone słabą nocną lampką.
Kiedy wreszcie ruszył dalej, zajaśniały białym światłem mocne lampy sufitowe, a wezgłowie łóżka z pozycji poziomej, podniosło się o jakieś dwadzieścia stopni.
Ciotka Jula nie spała. Patrzyła na niego obserwowała go, ale nie odzywała się, bo chyba zastanawiała się w tej chwili, kim on jest.
Wreszcie, nim doszedł do łóżka, Jula odrzuciła kołdrę na bok i usiadła na brzegu. Zatrzymał się w połowie drogi.
— Jesteś wreszcie Tomku. — Powiedziała to takim tonem i w taki sposób, jakby Grove znowu spóźnił się na obiad. — Czekałam na ciebie przez te wszystkie lata, jak cholera. Bardzo czekałam. Wiem, wiem… — machnęła ręką. — Przychodziłeś, odwiedzałeś — przyjrzała mu się uważnie — co prawda rzadko, ale jednak przychodziłeś. Zresztą, nie dziwię się, że tak rzadko u mnie bywałeś, bo co było robić albo o czym gadać ze starą babą, co na dodatek leżała jak kłoda, bez rozumu i bez życia. A poza tym, przecież ja tak naprawdę, to nigdy wcześniej cię nie poznałam!
Wsparła ręce o materac, a wtedy łóżko obniżyło się na tyle, że dotknęła stopami podłogi. Wstała i — cały czas patrząc mu w oczy — sama do niego podeszła i mocno go objęła.
Nie była niską osobą, a przecież Tomasz przewyższał ją wzrostem o dobre półtorej głowy. Podniosła rękę i pogładziła go po włosach.
Nie odzywał się, patrząc jak urzeczony na kobietę, która jeszcze dwa dni temu była człowieczą „rośliną”, skazaną za kilka tygodni na śmierć. Zaś teraz miała się jak najlepiej, a do tego wyglądała jak… jego rówieśnica!
Nie mógł tego wszystkiego pojąć!
Skąd ona wie, jak mam na imię? Bo tak faktycznie, to nie pamiętam… — zastanawiał się — czy ona zawsze tak wyglądała? Czy dopiero teraz tak wygląda? Przecież nie raz oglądał w necie zdjęcia i filmiki z osobami będącymi w śpiączce. Czas i pozycja leżąca zmieniały je w kukły z twarzami bez wyrazu. Nawet po wybudzeniu.
Nie potrafił odnaleźć w pamięci wyglądu ciotki podczas jego nielicznych wizyt w psychiatryku, a potem w szpitalu. Zazwyczaj było tak, że wchodził do sali, nawet na nią nie patrząc, siadał w fotelu albo na krzesełku przy łóżku i trwał tak w milczeniu przez jakiś czas.
Czasami — a bywało to bardzo rzadko — kiedy zdarzało się coś ciekawego w jego życiu, to krótko jej o tym opowiadał. Jednak nigdy specjalnie się jej nie przyglądał i nie zastanawiał nad wyglądem ciotki. Bywało i tak, przyznał ze wstydem, że bardziej interesowała go aparatura podtrzymująca życie, niż jej osoba.
Milczał uparcie, wpatrując się w jej ładną twarz.
— Jesteś cała Mila, Tomku. Cała twoja matka… — westchnęła, delikatnie, dotykając palcami jego policzków — Obrys oczu, szerokie czoło — wymieniała. — Delikatny dołek w brodzie. Nawet kolor włosów masz taki jak ona. O, i ten sam pieprzyk obok nosa. — Uśmiechnęła się.
Nagle umilkła i odsunęła się od niego. Wróciła do łóżka i weszła pod kołdrę. Wyglądało to tak, jakby nagle straciła siły albo zainteresowanie jego sobą, a przy tym ochotę do rozmowy.
Jeszcze wyżej podniosła część leża z poduszką, co spowodowało, że teraz wygodnie siedziała.
— Chodź chłopcze, podejdź. Jeszcze u mnie za wcześnie na dłuższe stanie i chodzenia. Ale powolutku, na wszystko przyjdzie czas. Siadaj… — pokazała na krzesełko obok — albo jak chcesz, to przysuń sobie fotelik.
Usiadł na krześle, rozpamiętując owo: „chłopcze, podejdź”. Jak to dziwnie brzmiało w ustach tej młodej z wyglądu kobiety.
— To co, kiedy pojedziesz do domu? — spytała o coś, czego się usłyszeć nie spodziewał.
— Do domu?… — zaskoczony, odpowiedział pytaniem.
— No tak — mruknęła. — Głuchy jesteś? Wiem, że masz problemy uszne, dlatego staram się mówić głośno. Pytałam, kiedy pojedziesz do naszego domu, Tomaszu. A niby do którego? Do tego twojego pustego loftu, czy może do mojej starej sali szpitalnej? Wiesz, mnie na tym świecie nie było kupę lat, ale ja wszystko wiem, Tomaszu. Wiem, że cała ta ekipa, co mnie uprowadziła, a do której teraz ty też należysz. Cała ta banda niedouczonych uczonych z koziej dupy, wybiera się do naszego domu i na nasze wzgórze, Tomaszu. Bo chcą sprawdzić, co się tam z nami stało. Czy coś mi umknęło?
Dopiero po dłuższej chwili zdobył się na:
— Nic ciociu. Masz oczywiście rację…
— Przestań mi „ciociować”. I dlaczego mówisz — oczywiście. Wiesz, ja czasami chodzę do kibla, a tam jest duże lustro. Patrzę w nie i nie mogę uwierzyć w to co widzę na szkle. Dlatego mów mi po prostu, Jula. Nie wiem dlaczego tak ze mną jest, jak jest, ale tym razem nie mam nic przeciwko. Widać dobry Pan Bóg skapnął się, że kiedyś tam, dawno temu, strzelił babola, odbierając mi wiele lat życia za frajer. No, ale przez to, teraz stara się jakoś zrehabilitować w moich oczach. Nie ważne…
Umilkła, koncentrując nagle wzrok w jednym miejscu pokoju, lekko przy tym przekrzywiając głowę, co wyglądało tak, jakby się czemuś uważnie przyglądała albo przysłuchiwała. Czemuś, czego na pewno ani nie widział, ani nie słyszał, a czego też nie widziała, ukryta we wszystkich możliwych miejscach aparatura rejestrująca. Po kilkunastu sekundach, ciotka „wróciła” do rzeczywistości, spojrzała na niego i kontynuowała, jak gdyby nigdy nic.
— W każdym razie, nie mam nic przeciwko, że jedziesz z nimi obejrzeć tę cholerną górkę. Może być tak, że to właśnie wy coś tam odkryjecie, a może nie odkryjecie. — Uśmiechnęła się pod nosem. — Co, jak myślisz, chłopcze?
— Jula, może ty też daj sobie spokój z tym, chłopcem, co?… — burknął. — Ten zwrot w twoich ustach brzmi… — zastanowił się — idiotycznie.
Złapała go za rękę, kompletnie ignorując jego uwagę.
— Powiedz. Pamiętasz coś z tamtego czasu, z tamtego dnia? Tomek, gadaj… — pytała cicho.
— Nic nie pamiętam. W mojej głowie jest tylko szum.
Odsunęła się i mocniej wsparła o poduszkę. Nie była zawiedziona jego zaprzeczeniem. Można było nawet odnieść wrażenie iż fakt, że Tomasz zaprzeczając, dalej ma amnezję na traumatyczne wydarzenia z dzieciństwa, uspokoił ją i odprężył.
Na jej ustach pojawił się lekki uśmieszek.
— Ja na szczęście nie wiem, co to szum — mruknęła. — Powiedz mi, ten wielki typ, co stoi pod drzwiami, ten z którym tu przyszedłeś, co to za jeden? — spytała, wskazując brodą na drzwi do sali. — Mam wrażenie, że jest jednym z ekipy moich kidnaperów, co?
— A ty, Jula? Nie masz szumów, więc może ty pamiętasz…
— Może i kiedyś pamiętałam… — mruknęła — ale, jak wiesz, przez tę pamięć trafiłam do wariatkowa, a potem. — Umilkła na kilka sekund. — A potem wypaliłam albo raczej wypalili mi, tę cholerną pamięć elektrodami.
Zapadła niezręczna cisza, z której pierwszy wyszedł Grove.
— Ten gość za progiem, to zaufany człowiek Teodora Kuglera. Znasz może to nazwisko? — spytał, a kiedy Jula pokręciła głową zaprzeczając, mówił dalej. — Za twoich czasów, Kugler faktycznie był chyba jeszcze mało znanym biznesmenem. Teraz to jest facet, który kręci wszystkim, co ma jakąś wartość po tej stronie rzeki. Właściciel połowy miasta, portów, stoczni i cholera wie czego jeszcze. Co oznacza, że jest też właścicielem miejskiego szpitala. Gość, który spowodował, że jesteś właśnie tutaj. Mimo tego, że iluś tam ludzi dobrze wie, co się z tobą stało, to i tak szuka cię połowa gliniarzy, myśląc, że zostałaś uprowadzona przez UFO. Bo policja w mieście też jest jego. Wielkolud za drzwiami nazywa się Ludwig Kosantyra.
Usiadł na brzegu łóżka.
— Przyszedł wczoraj do mnie z pewną propozycją. Dlatego teraz tu jestem. Na razie ci nie powiem, co mi obiecano, bo nie mogę, ale dzięki tej obietnicy, mimo wszystko zdecydowałem się na tę wyprawę z nimi. To dlatego… — westchnął — z jego ludźmi jadę do domu mamy. O czym już wiesz.
— Wiem. Znaczy się, podejrzewałam, że musieli ci obiecać coś dla ciebie bardzo ważnego — stwierdziła krótko. — Nie ważne, to jest twój problem, Tomku. Zresztą, za jakieś dwadzieścia sekund, ten wielki gostek i tak wlezie do sali, a wtedy będziemy mieli okazję sobie pogadać o różnych rzeczach. To co, Tomaszu? Kiedy jedziecie do naszego starego domu? Pojutrze?…
— Tak, za dwa dni.
Drzwi wejściowe do sali przesunęły się, a w progu sali szpitalnej — mrużąc oczy od ostrego światła — stanął Masa.
Faktycznie minęło jakieś… dwadzieścia sekund.
•
Biało-niebieska taśma policyjna odgradzała kawałek brukowanego chodnika o powierzchni około trzydziestu metrów kwadratowych. W jego obrębie stała ławka, a obok niej typowy miejski metalowy kosz na śmieci. Nad ławką i koszem rozstawiono duży pneumatyczny namiot policyjny, chroniący te dwa przedmioty przed padającym deszczem, wzrokiem gapiów, no i oczywiście, przed wszelkiej maści wszędobylskimi dronami. Miejsce oględzin było oświetlone mocnym białym światłem.
Wewnątrz obrysu taśmy pracowały w skupieniu dwie osoby ubrane w białe szeleszczące kombinezony, które skrywały ich ciała i twarze. Stał tam też mały robot kryminalistyczny. Teraz unieruchomiony, bo w zasadzie już zrobił, co do niego należało. Zeskanował miejsce zdarzenia centymetr po centymetrze, wszystkimi dostępnymi i znanymi kryminologii środkami, nagrywając przy okazji resztę czynności policyjnych techników. Na szczycie szerokiej walcowatej obudowy robota paliły się dwie mocne lampy. Każda z osobna doświetlała miejsce pracy techników policyjnych.
Jeden z nich klęczał obok ławki, a potem wsadził jakiś niewielki przedmiot do specjalnego pojemnika. Po tej czynności wstał z klęczek i wcisnął zabezpieczony pojemnik do otwartej szuflady robota. Kiedy urządzenie zamknęło klapkę schowka, technik zdjął rękawiczki i dał znak, czekającym za taśmą dwu policjantom w cywilu, że mogą już wejść na ogrodzony teren.
Porucznik Pierson podszedł do kryminologa.
— Co możesz powiedzieć na temat odnalezionej dłoni? Jest ludzka, czy jest to może jakiś element biomaszyny. A może to odpad medyczny?
Technik rozpiął suwak kombinezonu, a potem zdjął maskę i kaptur.
— Odnaleziona dłoń, to może być ludzki szczątek, który został precyzyjnie i fachowo odcięty od reszty ciała. Ale czy tak jest faktycznie? Czekam na wynik genetycznego bioanalizatora. Na razie wiem tyle, że jest to prawa dłoń kobiety o wieku biologicznym koło czterdziestu lat. Stan rozkładu tkanki w stosunku do temperatury otoczenia świadczyłby, że mogła leżeć w koszu od około dziesięciu godzin. Gęstość i struktura skóry oraz tkanki miękkiej, pasują do stosunkowo młodej osoby. — Westchnął głęboko. — Co by się jednak nijak nie zgadzało i kompletnie nie pasowało do ustaleń wieku ofiary po dacie urodzenia, wynikającej z zeskanowanych linii papilarnych. Bo według rejestru, ta ręka poruczniku, powinna mieć o dwadzieścia pięć lat więcej! — Technik wyjął e-papierosa i z lubością wciągnął w płuca haust pary z nikotyną o zapachu konwalii. — Dalsze szczegółowe badania wykażą, kiedy ręka została odcięta oraz jakim narzędziem. Na moje oko, zrobiono to typowym laserowym skalpelem. Oprócz cięcia, kończyna nie nosi żadnych innych obrażeń. Paznokcie zadbane, zdrowe i… — zastanowił się chwilę — wyglądające jak nowe. Pobrano wyskrobiny. Tkanka po cięciu została skoagulowana, nie krwawiła. Jak już mówiłem, już mniej więcej wiemy komu odcięto dłoń na podstawie daktyloskanu palców, ale wiadomo też, że przy obecnej technice nie jest to wiarygodny element identyfikacji. No, a teraz najważniejsze. Musi pan wiedzieć poruczniku, że — że tak powiem — na chwilę obecną, właścicielką dłoni jest zaginiona dwa dni temu pacjentka szpitala miejskiego — Jula Bronkos. Wie pan, to ta szalona obudzona kobitka, cośmy niedawno robili oględziny w szpitalnej sali.
Ta informacja dosłownie zmroziła Piersona. Jednak nie dał poznać po sobie, że po słowach technika doznał, co by tu nie mówić, niemałego szoku.
— Jest pan pewien, co do daktyloskopii? — spytał.
— Sprawdzaliśmy trzy razy z wszystkich pięciu palców. — Technik podniósł z ziemi wielką torbę z narzędziami. — Nie ma mowy o pomyłce. Ręka wygląda na lat czterdzieści, a jej właścicielka, według danych ma dobrze po sześćdziesiątce.
— Przeszukano teren?
— Tak, i zrobiono to jak zawsze bardzo dokładnie, poruczniku. Robot przeskanował teren dookoła i alejki na głębokość metra. Wszystko co znalazł jest w jego bebechach. — Technik pociągnął dymka z e-fajki. — W każdym razie, nie znalazł innych elementów ciała, ani też reszty korpusu kobiety. Jest tylko ta ręka.
— Świadek?
— Przesłuchany. Lekarz ze szpitala, który uprawiał poranny jogging. Jak powiedział: usiadł na ławce, żeby odetchnąć i uzupełnić elektrolity. Kiedy wyrzucał pustą puszkę po izotoniku do kosza, wtedy zauważył wystające spod śmieci palce. Przyjrzał się im i jako lekarz stwierdził, że są to ludzkie kończyny. Nie miał telefonu, ale alarmowo połączył się z nami przez swojego PeCh-I i powiadomił. Zapewniał, że niczego nie dotykał.
Zerknął na czytnik laptopa.
— Nazywa się Henryk Laber, neurolog. Zna go pan? Dziwnym trafem, to ten sam lekarz, na którego dyżurze ta Bronkos zaginęła. Ach, no i przeszukano wszystkie kosze w promieniu mniej więcej pięciuset metrów. Nic więcej nie znaleziono.
— Dobra, sierżancie. Coś jeszcze? Jeszcze coś nietypowego albo dziwnego?
— W sumie, to nic… — technik zastanawiał się chwilę. — Samo znalezisko jest dziwne. Wie pan, poruczniku, w karierze widziałem już różne elementy pokawałkowanego ludzkiego ciała, ale jak do tej pory nie spotkałem się z tak fachową chirurgiczną robotą. No i z taką… — zastanowił się — anomalią biologiczną. Coś mi tu wyraźnie nie gra i do niczego nie pasuje. Jakieś tajne eksperymenty biologiczne na ludzkiej tkance? Może i tak być…
Na laptopie technika pojawił się obraz informujący o zakończeniu pracy analizatora. Otwarł plik.
— No tak, a nie mówiłem? Niech pan spojrzy… — pokazał wynik otrzymany z pobranych próbek. — To nie jest ludzki genom. Albo może inaczej. Jest ludzki, ale faktycznie nieludzki, czyli nienaturalny. Są użyte inne markery określające pochodzenie tkanki, które mówią coś zupełnie innego niż u ludzi zrodzonych w sposób naturalny. Ciekawe. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem.
— Taa… — mruknął Pierson — coś w tej sprawie za dużo ciekawostek i zbyt dużo różnej maści dziwnych ludzi kręci się dookoła — westchnął. — To gdzie ten lekarz?
— Czeka w radiowozie.
•
Porucznik siedział przy biurku u siebie w gabinecie. Oparł nogi na blacie i ze smakiem zajadał z pudełka sałatkę owocową, którą oczywiście sam sobie przyrządził. Jedząc z uwagą obserwował ekran monitora.
Patrzył, jak wysoki i postawny mężczyzna stoi przed kamerami ochrony loftu zajmowanego przez Tomasza Grove.
Tym mężczyzną był niejaki Ludwig Kosantyra nazywany w środowisku Masą, osobisty ochroniarz najbogatszego człowieka w mieście, a może i w kraju — Teodora Mortimera Kuglera.
Nasuwa się pytanie: co najbliższy człowiek od wszystkiego, osobisty bodyguard tego magnata finansowego, intryganta i polityka, robił pod drzwiami siostrzeńca dopiero co zaginionej Juli Bronkos? Na dodatek, ten wielki chłop prosił Grove’go o to, żeby tamten łaskawie wpuścił go do domu! — Stwierdził zdumiony. — Jeszcze lepiej, skąd Masa wiedział, że Bronkos jest ciotką Tomasza Grove i, że właśnie zniknęła. No może ten fakt dałoby się jeszcze jakoś wytłumaczyć. W końcu szpital, szumnie nazywany „miejskim”, jest de facto własnością i drugim domem Kuglera. Do jego personelu i do niego samego trafiają wszystkie informacje o działalności medycznego molocha, a co najważniejsze, wszędzie są opłacani przez niego ludzie. I tak dalej, i tak dalej. Kugler jest cwany. Siedzi ukryty w szpitalu, a kto rozsądny odważy się zaatakować szpital. Kto wtargnie tam, gdzie leczy się ludzi, żeby potem co, narazić się na publiczny ostracyzm? Każdy zastanowi się dwa razy, a potem zrezygnuje. Nawet gdy chodzi o to, by wykonać jakieś czynności. Ile mrocznych spraw można załatwiać pod przykrywką szpitala? Zresztą, chyba nie o to tu teraz chodzi — zastanawiał się, połykając kolejne kęsy ananasa. — Mam jakieś dziwne przeczucie, że kroi się tutaj całkiem inna, poważniejsza afera. Zaginięcie Juli Bronkos, to nie jest epizod wynikający z… powiedzmy, ucieczki kobiety albo jej porwania. Jej zniknięcie, jest ciągiem, epizodem jakiegoś grubszego przedsięwzięcia, które trwa od dłuższego czasu właśnie pod przykrywką szpitala. A coś mi mówi, że Kuglera interesuje akurat to zdarzenie, bo on sam je wywołał i niewątpliwie maczał w nim paluchy. Kolejne pytanie: jaki on ma w tym wszystkim interes albo, co ten stary lis chce zatuszować? Bo przecież prawda jest taka, że w takim molochu jak ten szpital, mało bywa różnego rodzaju afer i to niemałego kalibru? I co w związku z tym? Nawet wścibskie pismaki nie mają bezpośredniego dostępu do szefa, kiedy sam tego nie chce, a co dopiero, gdy chodzi o jakieś procesy, czy odszkodowania. Od tego Kugler ma oddanych ludzi i cały sztab prawników, żeby w razie potrzeby wybronić szpital przed kosztami. Procesy trwają latami, a Kuglera tyle interesują, co zeszłoroczny śnieg w Alpach. Za to tutaj, przy tym w sumie bardzo mało ważnym zdarzeniu? Tutaj dzieje się coś bardzo dziwnego. Zaniepokojony czymś pan Kugler, wysyła do jakiegoś tam malutkiego i nieważnego pana Grove, swojego najlepszego i najbardziej zaufanego człowieka, a ten, dosłownie prosi o pilne spotkanie. Bardzo ciekawe. Ba, wręcz niespotykane zachowanie Kuglera! Potem goryl Kuglera siedzi u Grove przez prawie godzinę! O czym gadali? Co było aż tak istotne, że przegadali tyle czasu?
Kiedy zarejestrowane nagranie sprzed mieszkania Grove się skończyło, Pierson wydał polecenie komputerowi i kolejny raz odtworzył cały plik. Niestety, mógł oglądać i słuchać tylko to, co zarejestrowały zewnętrzne kamery i mikrofony.
Nagranie pokazało jeszcze jedną niespotykaną rzecz oraz wręcz nieprawdopodobne zachowanie Kuglera, Masy i Tomasza Grove. Zwrócił na nie uwagę sierżant Kula. Może sam też by na to wpadł, ale oglądając filmik, patrzył raczej na ogólny plan w nagraniach kamer i przysłuchiwał się uważnie gadce Kosantyry.
Nim wygonił sierżanta z pokoju, razem z jego śmierdzącym kebabem, Arnold zwrócił mu uwagę, że na dalekim planie kamery rejestrującej wyjście Masy z domu Grove’go, cały czas stała zaparkowana elegancka limuzyna. To nią musiał przyjechać ochroniarz.
Faktycznie kiedy Kosantyra wyszedł z mieszkania, to usiadł z przodu tego właśnie elektryka. Jednak, co ciekawe, pojazd nie odjechał. Stał dalej i na coś albo na kogoś czekał.
Po kilkunastu minutach na nagraniu było widać wychodzącego z loftu Tomasza Grove, a limuzyna dalej stała w tym samym miejscu.
Pierson zrobił największe możliwe zbliżenie przy jako takiej rozdzielczości, jaką można było uzyskać z kamer przemysłowych ochrony. Wyraźnie było na nim widać tylne drzwi limuzyny. Kiedy Grove dochodził do samochodu, drzwi się otwarły. W środku, na tylnym siedzeniu, zobaczył sylwetkę kolejnego faceta. To bez wątpienia był Kugler! Kugler czekał na Grove’go!
Żeby się upewnić, kazał komputerowi zrobić screen shot’a z tego ujęcia, powiększył go jeszcze, obrobił za pomocą odpowiednich programów, a potem wydrukował zdjęcie w wysokiej rozdzielczości. Widać na nim było wyraźnie, uśmiechniętą szczurzą gębę biznesmena.
Grove podszedł do elektryka, a po chwili wahania wsiadł do środka. Dopiero wtedy limuzyna odjechała!
Teraz porucznik już był pewien, że za zaginięciem Bronkos musiał stać sam Teodor Kugler.
Ale w związku z tym faktem, nasuwały się kolejne pytania: po co była ta cała szopka ze zgłoszeniem zniknięcia kobiety? Może inaczej, dlaczego Kugler dopuścił do tego, by fakt zaginięcia Juli Bronkos ujrzał światło dzienne?
Przecież, gdyby tego nie zrobili albo zatuszowali, to nikt — nawet pies z kulawą nogą — nie spytałby się, co się z nią stało. Tym bardziej, że jak mówił sam Grove, za trzy miesiące ciotka miała i tak trafić do nieba, bo chcieli ją odłączyć od aparatury podtrzymującej życie. Mieliby ją dla siebie, tak czy siak. Czyżby obudzona była jedynie przynętą albo, co bardziej prawdopodobne, jakimś dziwnym trafem kobieta obudziła się, a wcale nie miała się obudzić? Ale wtedy po co było ją uprowadzać i wywozić z sali?
Nagle wpadła mu do głowy pewna myśl.
Kobitka jest zapewne im potrzebna do czegoś tam… — myślał intensywnie. — Właśnie, chłopie! A po co i do kogo fatyguje się na to zadupie sam pan Masa i król Kugler, co?
No przecież!… — aż podskoczył, zdając sobie nagle sprawę z odkrycia. — Po Grove’go! To on jest tu ważny i on jest celem! Nie Jula Bronkos! Ona jest jedynie pretekstem, żeby pan Tomasz jadł Kuglerowi z ręki! O, żeż…
Nagle odkrył, a w zasadzie zdał sobie sprawę, że faktycznie tak mogło być!
Dalej, Jonatanie, dalej! Myśl, chłopie… — poganiał sam siebie. — No, a teraz wyjaśnij sobie, po co i dlaczego zaaranżowano tę durnowatą sprawę z odciętą dłonią Juli Bronkos albo też, nie Juli Bronkos, a jakiegoś nowego nieznanego bioandroida, sztucznego człowieka albo klona? Po co ucinać mu łapę? Co, a może chodzi o to, że my, czyli policja, mamy niby stwierdzić, że kobieta została zamordowana? Przecież ustalenie, że to nie są ludzkie szczątki, to sprawa banalna i jest tylko kwestią czasu. Tak więc, dlaczego? A może jest to wskazówka, że Jula Bronkos, to już nie jest ta sama osoba, która wypaliła sobie mózg kilkanaście lat temu? Obudzona jest tam, gdzie chce Kugler, a całe to zaginięcie to pic? Kugler daje nam znak, że babka jest u niego i mamy sobie dać spokój z poszukiwaniami. Mamy szukać wiatru w polu, traktując sprawę, jak typowe porwanie i ewentualne zabójstwo, czego dowodem ma być obcięta łapa. Byle trzymać się z dala od… szpitala miejskiego i jego ludzi. Dlaczego? A dlatego, żeby śledztwo w konsekwencji umorzyć albo zawiesić… Cholera, a może zacznijmy inaczej. Pomyślmy inaczej… — zastanawiał się odwijając miętusa z papierka — każde pytanie, pociąga kolejne. Wszystkie te spektakle, całe to pseudoporwanie, a potem kolejny cyrk z uciętą łapą ma nam, czyli policji, dać coś do myślenia? Bo, to wszystko jest zbyt proste, zbyt przejrzyste i, jak to się mówi, tkane bardzo grubymi nićmi. Kugler jest zbyt cwanym graczem, żeby robić takie błędy. Prowokuje… A, niech tam — zniecierpliwił się — tylko w sumie teraz w którym kierunku trzeba pójść, by nie dać się zmanipulować. Bo, jak na razie, to Kugler pociąga wszystkimi sznurkami, a ja dopiero zacząłem orientować się o co tak faktycznie może chodzić w tej dziwnej grze. Ale jest pewne, w niej, to Grove jest najważniejszy. Tak — podjął decyzję — trzeba jak najszybciej znowu pogadać z tym panem. Reszta może poczekać.
Skończył jeść, wrzucił pojemnik z widelczykiem do zgniatarki, wytarł usta, a potem zamknął wszystkie pliki audio-video. Przeszedł na nowe „okno” komputera i wszedł na wyniki ostatniej gonitwy. Zamykając klapę laptopa, zaklął pod nosem. Chyba znowu nie obstawił jak trzeba.
Zabrał zdjęcie z biurka i przez drzwi zawołał na Kulę.
— Arni! Ładuj się! Jedziemy do Tomasza Grove! Załatw nakaz u sędziego. Ja za ten czas, idę pogadać z panem doktorem. Ciekawe czy mi powie coś ciekawego, o czym jeszcze nie wiem.
Założył szelki z kaburą na paralizator. Włożył marynarkę i wyszedł z pokoju.
— Ładnie sobie wszystko wykoncypowałeś — mruknął. — Tylko teraz, poruczniku, musisz to wszystko udowodnić.
•
Kiedy jechali do mieszkania Grove’go, Pierson sięgnął do kieszeni płaszcza skąd wyjął mały tablet. Włączył go, przytykając do niego nadgarstek ze swoim PeCh-I, a potem poszukał odpowiedniego pliku. Zaczął go oglądać.
W otwartym pliku znajdowały się zdjęcia znaku, jaki na materacu wymalowała Jula Bronkos przed swoim zaginięciem. Analiza materii którą go wykonała wykazały, że nie była to, jak sugerowała pielęgniarka, wydzielina jej ciała, a najzwyklejszy w świecie dżem śliwkowy o niskiej zawartości cukru.
— Arni, przełącz radiowóz na automapę i przyjrzyj się temu rysunkowi.
Przyczepił tablet do uchwytu na desce rozdzielczej radiowozu.
— Co o tym myślisz?
— Hm… szefie — Kula przyglądał się zdjęciom. — Trudno powiedzieć, co to może być, bo tak faktycznie, może to być wszystko. Na razie z niczym mi się ten bohomaz nie kojarzy.
Patrzyli na zdjęcia w milczeniu. Po chwili sierżant powiększył jedno z ujęć, stwierdzając:
— Zaraz, chwila. Mam jednak pewne skojarzenie, poruczniku — powiedział niepewnie — ale niech się pan ze mnie nie śmieje.
— Spoko, wiesz, że kto jak kto, ale ja mam specyficzne poczucie humoru. Dawaj…
— Wygląda to, jak gwiazda z czterech krzyżujących się kresek. A te cztery trójkątne „łopatki” z jednej strony, mogą być bardzo niezdarnie namalowanymi symbolami boga Anu w akadyjskim piśmie klinowym Sumerów — dingir. Inaczej mówiąc, według mnie, a coraz bardziej mi na to wygląda, jest to symbol króla sumeryjskich bogów — Anunaki.
Pierson popatrzył na sierżanta, jakby zobaczył go pierwszy raz w życiu.
— No, chyba żartujesz, Arni. Skąd ty, do diabła wiesz o jakichś tam Anunaki…
— Ach, wie pan szefie, takie bele co. — Machnął ręką. — Trochę się interesuję, tym i tamtym — Kula burknął speszony pod uważnym wzrokiem porucznika. — Starożytność, tak zwana zakazana archeologia…
Porucznik odwrócił od niego wzrok i wszedł do sieci ogólnej. Wpisał w wyszukiwarce: ANU DINGIR.
Faktycznie na ekranie tabletu zaraz pojawiła się lista odpowiedzi z bardzo podobnym znakiem graficznym. Ba, z wieloma identycznymi znakami graficznym, jak ten nabazgrany przez Julę Bronkos!
W czasie, kiedy Pierson starał się zrozumieć co widzi, Arnold cały czas klepał coś o Sumerach, Anunaki, gwiazdach, przybyszach z kosmosu i tym podobnych wymysłach ludzi zakręconych od teorii spiskowych.
— Dobra, już wiem. Masz na tym punkcie hopla. To teraz, jak jesteś taki mądry, wyjaśnij mi; co ma wspólnego nasza zaginiona Jula Bronkos z… — zaczął wyliczać na palcach — Sumerami, wieloletnią amnezją i letargiem, nagłym obudzeniem, tym cholernym znakiem, Kuglerem oraz Tomaszem Grove, co?
— Nie mam zielonego pojęcia, poruczniku.
— Jesteśmy pod wskazanym adresem. Zaparkować w miejscu przeznaczonym dla pojazdów służbowych, czy znaleźć coś innego dla niepoznaki? — głośno odezwał się komputer radiowozu.
— A parkuj gdzie chcesz — mruknął Pierson. — A na drugi raz, łącz się przez słuchawki.
— Rozumiem.
Stanęli pod drzwiami loftu zajmowanego przez Tomasza Grove. Sierżant Kula raz za razem naciskał na przycisk domofonu. Wywoływał nawet Grove’go przez osobistego chipa i próbował połączyć się z jego fonem.
Nic to nie dawało. W mieszkaniu nikt się nie odzywał, a fon milczał jak zaklęty. Gościa albo nie było w domu albo ich po prostu olewał, udając, że go nie ma. A mówiąc szczerze, że ogólnie ma ich gdzieś.
— Chyba w mieszkaniu nikogo nie ma, szefie — mruknął Kula i ręką oparł się o drzwi.
Kiedy to zrobił, te z lekkim skrzypnięciem, a przy tym bez żadnego oporu, otwarły się na kilkanaście centymetrów.
— O… — odezwali się jednocześnie.
— Czyżby pan Tomasz miał sklerozę i zapomniał zamknąć drzwi? Ale, to jest jednak mało prawdopodobne z prostego powodu, komputer domowy zawsze pilnuje każdego z nas, drąc się na cały dom, żeby zamknąć drzwi, a gdy to nic nie daje, sam je zamyka, albo…
— Albo ktoś wlazł do środka bez zaproszenia szefie, blokując zamek — podsumował Arnold, zniżając głos.
— Dokładnie tak, Arni.
Po słowach sierżanta, Pierson wyjął z kabury paralizator. To samo zresztą zrobił Kula.
— Jak ktoś jest w środku, to na pewno już nas usłyszał — mruknął porucznik — ale, tak czy siak, trzeba sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.
Kiedy wchodzili, Kula pokazał na kawałek przeźroczystej taśmy samoprzylepnej, przyklejonej do zapadki zamka.
To dlatego drzwi się nie zamykają. Sprytnie, bo komputer domowy myśli sobie, że cały czas są zamknięte — stwierdził Jonathan w myślach. — Ten kto to zrobił, na pewno nie jest amatorem.
W mieszkaniu było cicho i stosunkowo ciemno, a to z tego powodu, że żaluzje w oknach były opuszczone do trzech czwartych wysokości, wpuszczając bardzo mało światła z i tak mrocznego, zachmurzonego dnia.
— Arni wyłącz komputer domowy, bo znając życie zaraz narobi rabanu. Czujniki ruchu wciąż działają.
— Już to zrobiłem to szefie — szepnął Kula. — Zresztą nawet nie musiałem, bo tak faktycznie, to on już był wyłączony.
Ostrożnie przeszli przez wysoki hol, a potem, ubezpieczając się wzajemnie, weszli po kilku schodkach do sporej kuchni połączonej z jadalnią. Sprawdzili wszystkie pomieszczenia. Mieszkanie było puste, ale najwyraźniej ktoś tutaj niedawno buszował, zostawiając bałagan w sypialni na piętrze oraz w pokoju służącym jako gabinet albo biuro. W innych pomieszczeniach panował idealny porządek.
— Widać, że pan Grove to facet, który lubi czystość. Sam z siebie nie zostawiłby takiego bajzlu w tych dwóch pokojach. — Zauważył Pierson, chowając paralizator do kabury. — Ktoś tu był i to całkiem niedawno. Co prawda, nie sądzę, żeby w tym czasie działały kamery wewnętrzne, ale kto wie. Może ten ktoś, coś przeoczył. Arni, włącz z powrotem komputer domowy, trzeba to sprawdzić. Fon albo PeCh-I Grove’go odpowiadają?
— Nie, szefie. Co ciekawe, nawet nie mam na niego namiarów. Jakby jego lokalizator był celowo zablokowany albo zagłuszany.
— A stacja przekaźnikowa? Ostatnie logowanie, dane z satelity? — dopytywał Pierson.
Kula spojrzał na swojego smartwatcha.
— Stacja cały czas szuka, a ostatnie logowanie było dokładnie tutaj, wczoraj wieczorem. Fon zrobił upgrade systemu około trzeciej w nocy. I tyle…
— Czyli co, znaczyłoby to, że pan Tomasz nas unika? Nie chce nam pokazać, gdzie przebywa? Nikt nie może wyparować albo zmylić namiary. No, chyba, że nie ma PeCh-I, jak Jula Bronkos. A może… — zastanowił się — może ktoś pomógł Grove’mu zniknąć tak samo, jak jego ciotce?
Sierżant podszedł do czytnika znajdującego się przy drzwiach wejściowych. Przyłożył nadgarstek i powołując się na odpowiedni w takich sytuacjach kod policyjny, zrestartował domowy komputer.
Zabłysło światło, a żaluzje pojechały w górę.
— Komputer? — wywołał maszynę.
— Tak?
— Wyświetl na monitorze w kuchni nagrania z kamer wewnętrznych i zewnętrznych z ostatnich dziesięciu godzin.
— Rozumiem, ale to są dane poufne.
— Wobec tego, powiedz gdzie jest najemca, Tomasz Grove? Wiesz może? — spytał Pierson mimo, że, jak przypuszczał, i tak mogło to nic nie dać.
Ale, co dziwne maszyna odpowiedziała:
— Pan Grove wyjechał z samego rana, a dokładnie o piątej dwadzieścia trzy.
— A może wiesz z kim i gdzie?
— Jak powiedziałem, każda dodatkowa informacja wymaga osobistej weryfikacji ze strony policji. To poufne dane osobiste pana Grove. Czekam na wczytanie pana PeCh-I, poruczniku Pierson oraz skanu kodu QR z nakazu sądowego.
— O, słyszałeś? — spytał Kulę. — Czyżby sprytny Tomasz Grove dodatkowo się zabezpieczył, tak na wszelki wypadek? Może miał obawy, że coś się stanie albo facet z natury jest niezwykle ostrożny. Zwykle rejestratory wewnętrzne są wyłączone, gdy ktoś jest w domu.
— Tak by z tego wynikało — zgodził się sierżant.
Na dużym, podzielonym ekranie monitora, pojawiły się wyraźne obrazy z z kilku rejestratorów. Cztery z kamer wewnętrznych, a dwa z kamer zewnętrznych.
Zobaczyli Tomasza Grove, jak chodzi po mieszkaniu. Był sam. Przez kilkanaście minut ćwiczył jakieś układy wschodnich sztuk walki. Potem, po wyjściu spod prysznica, spakował niewielką turystyczną torbę. Zjadł śniadanie, oglądając przy tym wiadomości w necie. Kiedy zadzwonił fon, odebrał rozmowę. Nie było można usłyszeć co mówił, bo treść była zakodowana przez dzwoniącego.
Po mniej więcej minucie gadania, Grove odłożył telefon, posprzątał po śniadaniu, wziął do ręki torbę i wyszedł z mieszkania.
Jedna z zewnętrznych kamer pokazała, jak wsiadł do czarnego elektryka zaparkowanego tam, gdzie dwa dni wcześniej stało auto Kuglera. Nie było widać numerów rejestrowych pojazdu, ale to był ten sam elektryk. W tym momencie domowy komp wszedł w stan uśpienia. Kamery uaktywniły się po około godzinie czasu, kiedy pod drzwiami pojawił się jakiś niewysoki i szczupły człowiek, prawdopodobnie mężczyzna. Trudno było go zidentyfikować, bo miał naciągnięty na głowę szeroki kaptur. Przyszedł od strony ulicy. To, że miał naciągnięty na głowę kaptur nie wzbudzało u nikogo sensacji, bo w końcu była jesień i w taką pogodę ludzie nosili różne rzeczy na głowach.
— Komputer? — odezwał się porucznik.
— Tak.
— Wiesz kim jest osoba z odtworzenia, a stojąca przed drzwiami?
— Nie. Brak identyfikacji. Osoba nie miała aktywnego PeCh-I. Identyfikacja wizualna niemożliwa. Waga około siedemdziesiąt pięć kilogramów, wzrost sto siedemdziesiąt osiem centymetrów.
— Dobra, możesz dalej odtwarzać i zaparz dwie kawy z ekspresu.
— Kawy nie ma w treści nakazu sądowego — stwierdził domowy komputer i, nie wiadomo, czy im się tylko zdawało, ale można było w jego głosie wyczuć nutkę złośliwej satysfakcji.
Na ekranie widać było, jak facet właśnie wlazł do mieszkania. Nie krył się z tym co robił. Może dlatego, że oprócz kaptura miał też na twarzy naciągniętą maseczkę, skutecznie ją zasłaniającą, a na rękach silikonowe rękawiczki. Jak przypuszczali, gość wszedł do dwóch pokoi, gdzie systematycznie przetrząsnął szafy, szafki, biurko. Czegoś szukał i specjalnie się nie śpieszył. Wiedział, że Grove nie wróci do mieszkania. Najdziwniejsze było to, że komputer domowy nie powiadomił policji o intruzie i włamaniu.
— Komputer — odezwał się Kula.
— Tak?
— Dlaczego nie powiadomiłeś policji o intruzie?
Nastąpiła chwila ciszy.
— Oo… jakkiim… intrruzzie… móóoowwiiiszsz?… — spytała maszyna, dziwnym łamiącym się głosem.
W tym momencie na ekranie monitora pojawiły się zakłócenia, a zamiast obrazu, sypnął z nich tak zwany „śnieg”. Po chwili ekrany mocno się przyciemniły, a na każdym z nich pojawił się napis:
„Błąd krytyczny! Pamięć operacyjna, masowa i ROM, zostaną wyzerowane za… jedną, dwie, trzy sekundy!”
Komputer domowy Tomasza Grove… umarł.
•
Kiedy już zostali wypuszczeni przez techników z mieszkania Grove’go, Pierson zapytał speca od informatyki:
— Wszystko zostało wymazane?
— Dokładnie. Nie ma nic. Nawet w pamięciach wewnętrznych kamer.
— A w osobistej chmurze Grove’go? — zapytał porucznik z nadzieją w głosie.
— E, tam są zgrane pliki tylko do godziny piątej dwadzieścia trzy. Dalej, jest pusto, jak w tym kompie. Nic, zero.
— Podejrzewasz może, kto to mógł zrobić?
— Na razie nic nie powiem, bo jeszcze czegoś takiego nie widziałem. Będziemy badać sprawę, poruczniku. Ale… — zawahał się — nie ukrywam, że trudno będzie cokolwiek wymyślić. Sprawdzimy, czy gdzieś już nie mieli z czymś podobnym do czynienia.
Stali z sierżantem przed drzwiami loftu Grove’go, zostawiając techników razem z ich robotą. W momencie, gdy wysiadł komputer domowy stwierdzili, że drzwi mieszkania się zablokowały. Zaklejony wcześniej przez włamywacza zamek zatrzasnął się, bo Arni zdjął z niego taśmę, zabezpieczając ją jako dowód. W związku z tym mieli czas, żeby obejrzeć sobie dokładnie oba splądrowane pokoje do przyjazdu ekipy. Jednak niewiele im to dało. Nie wiedzieli czego złodziej szukał, a ślady i rozrzucone przedmioty nic im nie mówiły. Pierson podszedł do okna w sypialni i spojrzał na okratowane kolorowe drzwi po drugiej stronie długiego i osłoniętego podestu wejścia do budynku.
— To tam mieszka ta znana malarka, Thelma Omele?
— Tak, szefie. Może warto by było ją odwiedzić, nie? Jej systemy ochrony mieszkania na pewno działają. Kto wie, może kamery nagrały coś interesującego? — zauważył sierżant.
— Idziemy.
Stanęli pod umazanymi farbą drzwiami, zabezpieczonymi dodatkowo solidną kratą. Sierżant nacisnął guzik domofonu, pokazując jednocześnie do kamerki policyjny identyfikator. Jednak nikt nie otwierał, ani nie odzywał się przez głośnik. Ekranik pod kamerką był ciemny.
— Chyba tutaj też nikogo nie ma, poruczniku — stwierdził Kula, pukając w pomalowaną w różne bohomazy blachę.
Już mieli odchodzić, kiedy dokładnie w tym samym momencie usłyszeli głos właścicielki mieszkania, przytłumiony przez grubą konstrukcję drzwi.
— Halo! Jest tam kto?! Proszę wezwać administratora! Komputer domowy zwariował! Wszystko wyłączył, nawet z domu wyjść nie mogę!
Kiedy technik wreszcie uporał się z zamkiem kraty, a potem otwarł drzwi, stanęła w nich młoda czarnoskóra kobieta ze strzechą włosów na głowie, białych jak śnieg. Obejrzała ich identyfikatory, a potem mruknęła:
— Wiedziałam, że tak będzie. Wejdźcie… — dziewczyna odwróciła się i ruszyła w głąb mieszkania.
Poszli w ślad za nią, rozglądając się ciekawie po lofcie zajmowanym przez znaną artystkę.
Jak o mieszkaniu Tomasza Grove można było powiedzieć, że emanowało prostotą i wręcz sterylną czystością, tak mieszkanie Thelmy Omele, było absolutnym przeciwieństwem tamtego. Po wejściu, człowiek wpadał w objęcia różnorodności barw i umeblowania.
Widać było, że wszystko, cały sprzęt domowy, miały już swoje lata i na dodatek ozdobione były przez Thelmę w swoisty i charakterystyczny dla niej sposób. Czyli w ostre, czasem mocno ze sobą kontrastujące barwy. A, kiedy dodamy jeszcze do tego wielką ilość różnego rodzaju bibelotów i, w zasadzie, wszędzie poustawianych albo zawieszonych na ścianach dzieł artystki, to mamy pełen opis otaczającego ich wnętrza.
Kolejnym bardzo charakterystycznym elementem wystroju, była duża ilość roślin doniczkowych.
Dlatego, wchodząc do tego loftu miało się wrażenie, że człowiek znalazł się w jakiejś kolorowej dżungli pełnej kwiatów, roślin i dziwnych przedmiotów.
— Administrator już został powiadomiony. Niedługo powinien się pojawić — oznajmił Pierson.
Omele usiadła na stołku barowym przystawionym do blatu wysokiej kuchennej wyspy, ustawionej na samym środku pomieszczenia.
Popatrzyła na Piersona i stwierdziła:
— Nie wiem dlaczego, ale wiedziałam, że to wszystko tak się właśnie skończy!
— Tak się skończy, to znaczyy… co, niby? — spytał porucznik.
— To znaczy, że Tomasz zniknie albo, że coś mu się stanie! — Popatrzyła na Piersona, jak na mało kapującego gliniarza. — A niby po co żeście tutaj przyjechali, co? Co się stało Tomaszowi? — spytała.
— W sumie, to faktycznie przyjechaliśmy pogadać z panem Grove. Jednak jego nieobecność i okoliczności zniknięcia, które pani sugeruje, wzbudzają nasz coraz większy niepokój, prawda sierżancie?
— Z czego pani wnioskuje, że panu Grove mogła stać się krzywda? — spytał Kula, oglądając z zainteresowaniem kolorową makatkę wiszącą nad zlewozmywakiem. — To nie on, a jego ciotka zaginęła. Chyba pani o tym wie, prawda?
Nie odpowiedziała od razu, ale za to stwierdziła, obserwując na Kulę:
— Sprzedam za stówkę. No, powiedzmy, osiemdziesiąt. Barwiona wełna owcza, wszywana w oryginalny polski len. Barwniki są oczywiście naturalnymi sokami roślin. A makatka przedstawia widok z góry Hidalgo.
— Słucham? — zdziwiony Kula popatrzył na nią, nie rozumiejąc o co jej chodzi. — Ach, no tak… — westchnął, a po chwili dodał — drogo. Może jakieś pięćdziesiąt, to bym jeszcze dał.
— Dobra, niech będzie. Sprzedane. Makatka jest pana — odpowiedziała, nawet się nie zastanawiając.
Potem wstała z krzesełka i zdjęła tkaninę ze ściany. Zwinęła materiał w rulon, wyciągając jednocześnie w jego stronę rękę nadgarstkiem do góry.
— Pięć dych, panie sierżancie.
Kula przyłożył swój smartwatch do jej nadgarstka. Po chwili transakcja została zakończona.
Zdziwiony Pierson obserwował całą tę scenę, jakby to był jakiś ciekawy film obyczajowy.
— A ja myślałem, że jest pani kontestatorką i, że wszystkie nowinki techniczne są pani obce, pani Omele. Patrzcie państwo.
— Niestety, nasze państwo nie pozwala żyć bez PeCh-I. Przecież kto, jak kto, ale pan dobrze o tym wie, poruczniku — powiedziała z przekąsem. — Ale, już bez tych wszystkich fonów, smartbadziewia i tak dalej, na szczęście jeszcze tak. To jest mój wybór. Gdyby jakimś cudem, sierżant miał w kieszeni szeleszczący papierek, wzięłabym go bez wahania — mruknęła. — Ech, co ja bym dała za kubek gorącej kawy — westchnęła zmieniając temat. — O, to jest właśnie cała ta wasza elektryka! Jedna awaria komputera i nawet kawy nie można zaparzyć. Z domu wyjść się nie da. Nawet spłuczka w sraczu nie działa! A, co do Tomasza…
Pierson przerwał jej unosząc dłoń.
— Proszę chwilę poczekać. Arni, bądź taki uprzejmy, skocz do radiowozu i przynieś mój termos z kawą.
— Super! — Ucieszyła się Omele. — Słodzi pan? Spytała nagle.
— Noo… — wydukał zaskoczony Pierson.