E-book
7.88
drukowana A5
20.27
Szpital Ci pomoże

Bezpłatny fragment - Szpital Ci pomoże

Niezbędnik pacjenta


Objętość:
47 str.
ISBN:
978-83-8455-868-3
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 20.27

Słowo od autora

Zbiorek wierszy i opowiadań „Szpital Ci pomoże” powstał na kanwie osobistych doświadczeń szpitalnych autora, które zakończyły się całkowitym wyleczeniem.

Długie i nudne godziny przebywania na oddziałach szpitalnych skłaniały do przemyśleń, które zostały przelane na papier. Proces leczenia chorób i związane z tym niedogodności, a czasem nawet cierpienie, może niejednego człowieka wpędzić w pesymizm, depresję i poczucie beznadziei.

W szpitalu zetkniesz się Drogi Czytelniku z problemami nieznanymi w codziennym życiu.

Nie tylko.

Zetkniesz się również z ludźmi i ich poglądami, których na co dzień starasz się unikać. Światek szpitalny, pacjenci i personel medyczny to w pomniejszeniu przekrój przez nasze społeczeństwo ze wszystkimi pozytywnymi i negatywnymi aspektami. Fragmenty opowiadań są nierzadko autentycznymi zapiskami rozmów pacjentów, stąd język potoczny naszpikowany wulgaryzmami i poglądami, z którymi trudno pogodzić się w miarę kulturalnemu człowiekowi.

Mieszam prawdę z fikcją, wtrącam utwory wierszowane między prozę o charakterze fabularnym, aby dostarczyć Ci odrobinę rozrywki i dać poczucie dystansu do słabości własnego ciała. Dobre nastawienie psychiczne do procesu leczenia daje rewelacyjne efekty, tak więc życzę przyjemnej lektury i mocnej wiary, że:

Szpital Ci pomoże!

Jarosław Bogusiak

Szpital Kruk

Szpital KRUK Gostynin, jak wieść gminna niesie

Leczy ciała i dusze. Siedzibę ma w lesie.

Leczy w zgodzie z naturą, bez bólu i lęku

Bez zawiści, zazdrości, kadra pełna wdzięku

Miłość i braterstwo tu zwyczajne, zatem

Pielęgniarka siostrą, a pielęgniarz bratem

Łapówek nie ma, tu olet pecunia

A lekarze są mili jak dobra babunia.

Szpital Kruk po raz pierwszy

Pojechaliśmy z bratem na grzyby, w wielkie lasy za Gostyninem. Od paru dni panowała łagodna jesienna pogoda. — Przymrozków nie było, deszcz padał, może będą? — z nadzieją w głosie rzekł brat.

— Może… Podobno koło Tomaszowa są, więc może będą i tu — mój optymizm był równie wielki.

Zatrzymaliśmy samochód na leśnej drodze. Dzień był mglisty, bezsłoneczny.

— Żeby nie zabłądzić, idziemy prosto przez ten wysoki las, od tego miejsca, do … zerknął na zegarek… do dziesiątej.

— Czasoprzestrzeń dla średniozaawansowanych –uśmiechnąłem się do wspomnień — zupełnie jak w wojsku.

Szeroko rozkraczony kapral upajał się swoim dowcipem: „Sierściuchy jebane, dziś poznacie pojęcie czasoprzestrzeni. Będziecie zamiatać liście, od końca budynku kompanii, aż do obiadu.”

A jesień była piękna tego roku. Liście opadały majestatycznie, szczególnie intensywnie na dopiero

co zamieciony chodnik, budząc nieprzyjemne uczucie bezsiły i daremności podjętych wysiłków.


Lubię las, tu zamiatać nie trzeba. Niektórzy przywożą do niego wręcz wory śmieci, by poczuć się jak w domu, czyli na własnych śmieciach.

O właśnie, w gęstniejącej mgle dostrzegłem ledwo widoczne ludzkie sylwetki, wywalające wielkie wory z samochodu-sanitarki. Z jednego rozprutego worka sterczała ludzka noga…, inne zawierały może coś gorszego.

— Hej, co robicie? Tak nie wolno! — krzyknąłem.

Nie zauważyłem, że jeden z osobników zaszedł mnie z boku i znienacka wbił mi w szyję igłę strzykawki.

Ble, ble — dodałem tylko dla podkreślenia wagi słów, zanim straciłem przytomność.

Ocknąłem się leżąc na szpitalnym łóżku. Ręce przypięte pasami, do jednej podłączona kroplówka.

— Gdzie ja jestem? — spytałem leżącego obok sąsiada.

— Kraaa! — rozdarł się nieludzko — Kraaa!

KRUK — szpital widmo, zagubiony gdzieś w nieprzebytych gostynińskich lasach. Równie mityczny, jak Avalon, taka sama magiczna mgła spowija zrujnowane pawilony, które miejscowi omijają szerokim łukiem.

Spociłem się ze strachu. Czytałem gdzieś o prowadzonych tu ponoć eksperymentach medycznych. W czasie wojny Niemcy, biorąc przykład z Frankensteina, próbowali stworzyć w Kruku nadczłowieka. Potem komuniści — homo sovieticusa. Po transformacji ustrojowej, na żywym organizmie ludzkim eksperymentowali Balcerowicz, Kołodko i Belka.

Co tu się teraz wyprawia? Wszczepianie implantów z relikwii JPII, wywołujących fanatyczną miłość do PiSu? Sympatię dla Kaczyńskiego, podziw dla Macierewicza, szacunek dla Pawłowicz? NIEEE!

Kiedy do sali weszło trzech niewysokich facetów o szarozielonej skórze i wielkich oczach, odetchnąłem z ulgą, aż poruszyła się firanka w oknie.

KOSMICI. Na szczęście!

Jeden był nieco podobny do pewnego polityka i poczułem do niego instynktowną niechęć. Najwyższy nosił czarne wąsy, trochę dziwne u Obcego, ale niech tam.

Trzeci uspokajająco zagdakał i przyrządem podobnym do krótkiego pogrzebacza zaczął wodzić nad moim ciałem. Zapiszczało w okolicach nóg — wiem, wiem, mam tam drobny feler.

Żylaki — powiedziałem głośno — ŻYLAKI, ŻULU ŻAŁOSNY — to było już skierowane do kosmicznego Kaczora — POWTÓRZ CIAMAJDO! Żadnej reakcji

Czernousow, na migi, kazał mi się odwrócić i pochylić.

— A więc to prawda o tych kosmicznych badaniach „per rectum”… pomyślałem z rozpaczą.

Na szczęście nie doszło do penetracji, ani innej -acji, tylko w kręgosłup wbił mi igłę, przez którą podał znieczulenie miejscowe, gad jeden. Straciłem władzę i czucie w nogach. No, teraz o ucieczce można tylko pomarzyć.

Położyli mnie na stole operacyjnym i coś tam zaczęli grzebać przy mojej nodze, gdacząc i kwacząc do siebie.

Ze zdziwieniem zauważyłem, że rozumiem o czym mówią, a mówili tak:


…i wczoraj byliśmy w tej nowej galerii na Neptunie i żona mówi, że potrzebuje płaszcz, ale on kosztuje dwa i pół tysiąca solarów. To ja jej mówię…

Przytrzymaj mi tu hakiem, kurwa! Tu. I weź ten palec, bo nie mogę… Dobra.

To ja jej mówię, kup sobie, ale tańszych nie ma? A ona…

Wsadź głębiej, głębiej, o tak, a teraz wysuwaj powoli…

A ona — nie, bo w Moonari taki sam kosztuje trzy tysie, więc się ciesz. Cieszyłem się, szczególnie, że nie było jej rozmiaru, a ona…

Zobacz jaki duży, takiego jeszcze nie widziałem,, skrócimy go nieco, ciągnij mocno.

A ona ciągnie mnie jeszcze do B&C i tam ja kupiłem sobie okazyjnie spodnie, a ona nic. Tylko w domu patrzę…

O żesz ty, jakie farfocle na dole, obetnij je i podwiąż…

Patrzę, a tam dziura w nogawce, a ja oderwałem cenę i wyrzuciłem do kosza. Więc grzebię w koszu i spod skórki od nabana wyciągam rozmiękłą cenę, wracam do sklepu, a sprzedawczyni mi mówi…

Weź trzymaj to obrzydlistwo! ( dźwięk naprężanej i pękającej gumy- flafft!) Łap cholerę, bo nam tu wszystko zapaprze i trzeba będzie znów myć sufit.

…mówi, że one wszystkie miały taki feler i daje jeszcze 30% upustu, to poszliśmy jeszcze na pizzę galaktica z marynowanymi pertuberancjami, mówię ci skalpel lizać!

No koniec. Siostro, żyły nawinąć na kłębek, przydadzą się do przeszczepów.

Zaszyjcie to, a jak wam nici zostanie, to zacerujcie mi te spodnie z przeceny he, he, he.


I to właściwie wszystko. Zostałem zoperowany przez kosmitów — wolontariuszy, którzy za darmo leczą prymitywnych przedstawicieli trzeciego wszechświata w ramach akcji KOSMICI BEZ GRANIC i płatają im niekiedy niewyszukane figle.

Ocknąłem się na skraju lasu w białej szpitalnej koszuli, wiązanej na karku i figlarnie rozciętej aż do gołej dupy. Z mgły wynurzył się mój brat w stroju identycznym, jak mój, też świecąc nieopaloną częścią ciała.

Ha, w końcu żylaki to przypadłość rodzinna!

Cisza na tarasie

Wyjechałem na bezmiar starego tarasu

Wózek toczy się z chrzęstem, podskakują koła.

Zdruzgotane leżą leżaki dokoła.

Staram się nie narobić dużego hałasu.


Stanąłem, jak cicho, las ogromny milczy,

Przesuwają się widma wychudzonych twarzy,

Zakonnic w habitach, w fartuchach lekarzy.

Ach, więc tu był dawniej szpital suchotniczy!


Wyciągam ostrożnie telefon z kieszeni,

Wystukuję numer rękami obiema.

Niestety, brak zasięgu. Wielka cisza szumi,

Moja sieć jest tutaj i głucha i niema.

Więc, jak to robią ludzie zatrwożeni,

Zwracam się do Boga, lecz Boga też nie ma.

Szpital Kruk po raz drugi

Termin zaplanowanej kilka miesięcy wcześniej operacji usuwania żylaków lewej nogi zbliżał się nieubłaganie.

Przygotowałem się niezgorzej. Noga ogolona, torba spakowana, dokumenty skompletowane. Umówiłem się z M., że mnie zawiezie na miejsce swoim samochodem. Wstałem wcześnie, bez pośpiechu zjadłem ostatnie domowe śniadanie, zamówiłem taksówkę i pojechałem na spotkanie. Byłem 15 minut przed czasem, więc pospacerowałem trochę wokół bloku. Miałem właśnie zapalić papierosa z braku zajęcia, (choć nie lubię palić o tak wczesnej godzinie), ale pojawił się M.

Wsiedliśmy do wozu, M. przekręcił kluczyk w stacyjce. Yyy… yyy… yyy powiedział samochód i zaległa cisza. M. bluzgnął głośno i soczyście, a ja się krótko zaśmiałem.

No tak, los znowu sobie ze mną pogrywa, nie pierwszy to raz. Przyjąłem to ze stoickim spokojem, M wściekał się i próbował dojść przyczyny rozładowanego akumulatora.

Znów taksówka, z powrotem do domu, gdzie wsiedliśmy do mojego samochodu. Opóźnienie zaledwie pół godziny, gorzej, że musieliśmy przebić się przez całe miasto w porannych korkach.

Byliśmy na miejscu godzinę później, niż planowałem, ale nikt nie robił z tego problemu. M. odjechał moim autem zestresowany, bo nie lubi jeździć obcymi samochodami.

A przede mną cały dzień leniuchowania, zdrzemnąłem się nieco na krześle, bo łóżko jeszcze się nie zwolniło. A jak się zwolniło i zostało umyte i zaścielone przez miłe szczerbate salowe, to przespałem się jeszcze trochę.

Potem cienka zupka na obiad, pobranie krwi do badań i kilkanaście stron papierów do wypełnienia.

Wieczorem odbyłem szczerą rozmowę z panią anestezjolog:

— Ma pan rzadką krew! —

— O — ucieszyłem się — zmieniła mi się grupa krwi. Zero? — spytałem z nadzieją.

— Nie, nie. Bierze pan jakieś leki rozrzedzające?

— Laxigen, ale on rozrzedza chyba coś innego…

— Uśpimy pana. Nie damy znieczulenia dolędźwiowego, bo to grozi krwiakiem.

— Dobrze, proszę bardzo, już?

— Nie, jutro, przed operacją. Proszę już nie jeść i nie pić.


Nazajutrz, w gabinecie zabiegowym, próbowano założyć mi wenflon. Jak zwykle było to wiele prób.

Podsumowanie przebiegu zabiegu to:

1. Pielęgniarz — dwa wkłucia w grzbiet lewej dłoni, oba nieudane.

2. Pielęgniarka — jedno w grzbiet prawej dłoni, drugie w prawe przedramię, oba zakończone rozwalonymi żyłami

3. Siostra oddziałowa — lewe przedramię, ściśnięte gumą, jak u narkomana przed złotym strzałem, wypchnęło na wierzch jakąś żyłę, w którą wpiła się doświadczona kobieta — Nareszcie sukces.

Pojawił się czarnowąsy, wysoki lekarz, który mnie już raz operował. Zasiadł po turecku na podłodze i zaczął rysować mazakiem na mojej nodze trasy, po których będzie jeździł skalpelem. A może tylko grał w kółko i krzyżyk?

Żałuję, że przez uśpienie nie będę słyszał ciekawych, fachowych rozmów chirurgów podczas operacji.

Czekałem na swoją kolej zabawiając się rozwiązywaniem krzyżówek. Przebrałem się w biały czysty łach, zwany koszulą do operacji. Musiałem rozpruć rękaw, bo wenflon się nie mieścił, dusiła ta koszula pod szyją, za to z tyłu rozcięcie nie miało żadnego troczka do zawiązania. Znów będę świecił golizną w tylnych partiach. Skąd oni biorą takie cuda? Na moje oko miało to jakieś kilkadziesiąt lat, krój i wykończenie wskazywało na wczesne lata pięćdziesiąte, z przodu była kieszonka na piersi. Ha, ucieszyłem się.

Włożę sobie do niej długopis, albo mazak, albo… grzebień. Nie, no przesadziłem z tym entuzjazmem, nie czeszę się już od kilku lat. Nie ma takiej potrzeby, bom łysy.

Zawieźli mnie na blok operacyjny, przelazłem na stół operacyjny i wtedy instrumentariuszka z niesmakiem spojrzała na mnie:

— Niech pan lepiej zdejmie tę szmatę i nie drażni chirurga.
Ta operacja w końcu musi mu się udać, nie tak jak trzy poprzednie.

Rozkrzyżowałem ramiona, przymocowano je pasami, poczułem lekki octowy smak w ustach, a przez głowę mi przeleciało:

— Ojcze, czemuś mi to uczynił?

— Czemu przekazałeś mi w genach skłonność

do niewydolności żył powierzchniowych kończyn dolnych?

Pielęgniarka wstrzyknęła mi „głupiego jasia” i świat poweselał, białe ściany przybrały niebieski kolor.

 Ale mam dziwną rękę.

 Proszę pana, jest pan na haju.

 Czyńcie swą powinność bracia i siostry. — rzekłem bełkotliwie.

Anestezjolog podetknął mi przed twarz maskę i kazał głęboko oddychać.

Weszło dwóch chirurgów:

 Ale mam świetną historyjkę. Zaraz ci opowiem  rzekł niższy z łatą na spodniach.

— Wczoraj widziałem…


Wieczorem zacząłem wstawać, napiłem się w końcu i poczułem głód. Noga mnie nie bolała, za to gardło i szyja.

Założyłem domową piżamę zapinaną na guziki, trochę za ciasną, guziki napięte jak sytuacja w Polsce.

Nie mogłem już słuchać tego, co wygadywali pacjenci z mojej sali. Słyszałem ich nawet mimo wciśniętych w uszy słuchawek. Co za prymitywne typy. Spać się nie chce, ale i tak może usnę, mimo tego natłoku kłamstw, przeinaczeń i idiotyzmów…

Przejdę się trochę.

Sklepik o tej porze już zamknięty. Zdaje mi się, że na parterze widziałem jakiś automat, może zjem chociaż batona.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 20.27