E-book
13.65
drukowana A5
40.91
drukowana A5
kolorowa
65.47
Szpiedzy Króla Jagiełły

Bezpłatny fragment - Szpiedzy Króla Jagiełły

Kroniki Jagiellońskie Tom drugi

Krzysztof Jan Derda-Guizot

Objętość:
195 str.
ISBN:
978-83-8104-301-4
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 40.91
drukowana A5
kolorowa
za 65.47

Kroniki Jagiellońskie

Autor Krzysztof Jan Derda

Szpiedzy króla Jagiełły

Tom drugi

Część pierwsza

Okładka Piotr Latka

Kroniki poświęcam Wnukom

Rok 1407

Król Polski Władysław II Jagiełło, i były Kanclerz Koronny a obecnie tytularny i Arcybiskup Gnieźnieński ksiądz Mikołaj Kurowski, swoich zaufanych ludzi z dworu królewskiego w Krakowie wysłali właśnie, bo przecie według kalendarza wskazywał nam właśnie rok 1407. Nie inaczej jak na przeszpiegi na zakonną ziemie, w oryginalny glejt od Wielkiego Mistrza malborskiego Konrada von Jungingena, zaopatrzonych jeszcze przed tym konfliktem. Aby w miarę bezpiecznie mogli my wleźć na te polskie ziemie będące teraz pod władzą zakonu Krzyżackiego, Najświętszej Marii Panny. Szpiedzy musieli mieć pretekst, jakąś prawdą potwierdzony. A taki się znalazł na szczęście. Nie dla nas wprawdzie, jeno dla króla naszego. Bowiem podczas poselstwa, do króla polskiego przybył wpierw do Raciąża w maju,1404 roku, sam wielki mistrz Konrad von Jungingen. Król Jagiełło, wspaniałomyślnie zabrał poselstwo krzyżackie na polowanie, już po podpisaniu owego pokoju do puszczy białowieskiej. A tam, szarżujący z boru wściekle dzik, omal nie stratował na strzępy i nie zabił komtura tucholskiego Heinricha Szwelborna. Tego zaś uratowali od niechybnej i pewnej, śmierci artysta i malarz, nadworny niejaki pan Piotr i jam w osobie swojej własnej. Z własnej głupoty kronikarz przy królu. I wierszokleta w jednej osobie. Komtur tucholski Heinrich Szwelborn zaprzysiągł, nam obu artystom wielkim, swoją wdzięczność, niby aż do grobu. I ten właśnie pretekst wykorzystał nasz król. A bardziej, jako zaciekły wróg zakonu, arcybiskup Mikołaj Kurowski, z księdzem imiennikiem swoim Mikołajem Trąbą. Wysłali tam, tych dwóch swoich ludzi którzy szpiegami, nigdy nie będąc, do tej roli musieli teraz przywyknąć. Ów artysta i malarz nadworny króla. Kumoter Piotr zwany też na dworze króla czasami Aniołem. Ów jednakoż tego przezwiska, strasznie nie lubił kiedy do niego ktoś Aniele wołał. Mógł delikwent taki przez łeb, zarobić czym popadło. Płynęli Wisłą my ze dwie, niedziele od Krakowa gdzie król nam tą misje powierzył. Aż stanęliśmy na granicy za Bydgoszczą, na trakcie pomiędzy borami, gdzie jezioro duże stało. Za Koronowem, zjechali my ze wzgórza wysokiego prawie na zbity łeb i dalej traktem, przez jezioro owe, na drugą stronę granicy. Promem drewnianym z dwoma dziurami na dnie jego, z których woda sikała wysoko, bezpiecznie się my jakoś przeprawili. W drodze wodę wylewając z dna promu, bardziej niż ochoczo. Wraz z wozem swoim na którym siedzieli my w słomie, jeden czyli ja sam wesoło, bo z dzbanem miodu przy gębie. Drugi z miną ponurą, bardzo mocno i groźnie nastroszoną, czupryną czarną. Wyciągał ów co chwila ze sakwy przy pasie, suchy żytni chleb i pożerał go ze smakiem wielkim. Zagłębiliśmy się jako owi szpiedzy w przepastne Bory Tucholskie. Zaś pieczy nad nami miało dziesięciu rycerzy nie znanych, krzyżakom a przebranych za obwiesiów, spod ciemnej gwiazdy ale, i z chorągwiami dwoma z orłem białym, a w zbrojach rycerskich pod kapotami. Jechaliśmy z owym glejtem, wielkiego mistrza jako dobrzy niby, znajomi komtura tucholskiego. I niejako posłańcy króla Władysława, niemal jako posłowie gęby dumne mieli my, bo i jakoż to inaczej szlachcie by przystało? Wyjechaliśmy wolno z boru nieopodal innego, dużego jeziora. Których tu, co chwila napotkać mnóstwo, było można. Zaś na zakręcie przy trakcie, a obok jeziora pokazała się duża i okazała wieś. Na tablicy drewnianej stojącej przy trakcie napisane było koślawo gotykiem niemieckim, Byszław. Jako, m to odczytał, wprawnie z wprawą nabytą przez lata, nad księgami i pergaminami króla. Stała tam, okazała duża karczma w chacie, przy jeziorze. W chacie owej, z grubych bali, krytej słomianą strzechą. Będącą też i chałupą i karczmą zarazem. Z szyldem, na którym koślawymi literami było zapisane.

Karczma Pod Zdechłym Kotem. Pod samym okiem, owego znajomka naszego, tfu na psa urok. Parszywego komtura krzyżackiego, i władcy tucholskiego zamku, Heinricha Szwelborna we wsi Byszław, się my jako szpiedzy króla Jagiełły znaleźli. Tak się wówczas Bysław nazywał a dziś położonego jako mała wieś zakonna, w samych borach tucholskich. Otoczona lasami i gęstym borem wieś siedziała, w lesie jako borsuk w jamie. Z komina karczmy, dym siwy właśnie walił gęstym strumieniem w górę. Stary żyd i niejako karczmarz w jednej osobie siedział, w środku na krzywym zydlu i nudził się raczej niezmiernie. Drapał się w swój kudłaty łeb piórem gęsim, a brodą długą do pasa, wycierał z nudów zakurzony kontuar.

Jedynymi gośćmi karczmy, było tylko stado much wielkich jak konie. W obórce koniki stały, małe jako owe, muchy i ryczały właśnie rozgłośnie. Aż uszy temu staremu karczmarzowi puchły. Nie tylko od koników ale i od, owych much brzęczących niecierpliwie za jadłem, którego chciwy z natury żydowskiej gospodarz, nie miał zamiaru dawać im darmo, ani nie kwapił się dożywiać. Ni też podstawić niczego, pod wygłodniałe zwykle muchowe gęby. Oganiać się za to, musiał nader skwapliwie bo zamiast strawy, jego samego pożreć chciały.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 40.91
drukowana A5
kolorowa
za 65.47