E-book
34.13
drukowana A5
57.19
Szkoła ma być dla ucznia

Bezpłatny fragment - Szkoła ma być dla ucznia

Trzydzieści bardzo subiektywnych esejów o edukacji


Objętość:
293 str.
ISBN:
978-83-8189-732-7
E-book
za 34.13
drukowana A5
za 57.19



Bardzo dziękuję wszystkim, których spotkałem na drodze do szkoły dla ucznia. Wszystkim edukacyjnym buntownikom, tworzącym, większe lub mniejsze, wspólnoty wzajemnego zrozumienia.

Niech Moc będzie z Wami.


Chęć do nauki polega na wolnej woli, której przemocą przymuszać się nie da. (Marek Kwintylian)

Szkoła nie powinna mieć nic innego na celu, jak przygotowanie młodzieży do trwającego przez całe życie samouctwa. (Ellen Key)


Całe wychowanie współczesne pragnie, by dziecko było wygodne, konsekwentnie krok za krokiem dąży, by uśpić, stłumić, zniszczyć wszystko, co jest wolą i wolnością dziecka, hartem jego ducha, siłą jego dążeń i zamierzeń. Grzeczne, posłuszne, dobre, wygodne, a bez myśli o tym, że będzie bezwolne wewnętrznie i niedołężne życiowo. (Janusz Korczak)


Zmiana, o którą zabiegam, nie dotyczy w gruncie rzeczy trzymania chomików w klasach, budowania sadzawek na terenie szkoły, posługiwania się pałeczkami Cuisenaire’a czy doskonalszych programów nauki czytania. Chodzi o inne spojrzenie na istoty ludzkie, na naturę i potrzeby dzieci. Chodzi o te przełączniki uruchamiające wstrząsy elektryczne. Czy naciśniemy je, gdy ktoś nam każe, czy też nie? Czy chcemy wyszkolić dzieci do ich naciskania, czy też chcemy pomóc im rozwinąć w sobie niezależność, siłę i odpowiedzialność, które pozwolą im odmówić? To jest wybór, którego musimy dokonać. (John Holt)


Dzieci, podobnie jak dorośli, uczą się tego, czego chcą się nauczyć. Wszelkie nagradzanie, stopnie i egzaminy sprawiają, że właściwy rozwój osobowości staje się drugoplanowy. […] Tym, czego potrzebuje każde dziecko, jest: pisanie, czytanie i arytmetyka: resztę powinny stanowić narzędzia, glina, sport, teatr, farba i swoboda. Większość pracy szkolnej wykonywanej przez nastolatki jest zwyczajną stratą czasu, energii i cierpliwości. Okrada to młodzież z jej prawa do zabawy i jeszcze raz zabawy; wsadza stare głowy na młode ramiona. (Alexander S. Neill)


Maturzyści w ciągu czterech kolejnych lat zapominają większość tego, czego się nauczyli. Nikt nie wie, komu służy ta strata czasu, jaką jest przygotowanie do matury, ale póki co wszyscy się tego trzymają. Dlaczego nikt nie wychodzi na ulicę, żeby protestować? Dlaczego ci wszyscy inteligentni, kreatywni i wykształceni ludzie posyłają swoje dzieci do szkoły i w milczeniu dostosowują się do systemu? (Jesper Juul)

Wprowadzenie

Impulsem do napisania tej książki były moje doświadczenia ostatnich kilku lat. Obserwacje, jakie prowadziłem, aktywności, jakie podejmowałem, działania, których byłem świadkiem. W różnych miejscach i różnych rolach: trenera, mediatora, wykładowcy, badacza. A przede wszystkim nauczyciela.

To dla mnie jeden z najszlachetniejszych zawodów. Za jego istotę uznaję wspieranie innych osób w rozwoju, aby mogły stać się spełnionymi jednostkami (rozumiejącymi siebie, radzącymi sobie w życiu, tworzącymi udane relacje) oraz aktywnymi, świadomymi obywatelami.

Przez kilkanaście lat pracowałem jako nauczyciel akademicki, prowadząc zajęcia dla przyszłych nauczycieli, pedagogów, terapeutów, pracowników socjalnych. Pracując wiele lat na uczelni, spotykałem fantastycznych studentów, mądrych, bystrych, wartościowych ludzi. Kontakt z nimi był dla mnie, i jest nadal, potężnym katalizatorem rozwoju. Uczę się od nich pewnie więcej niż oni ode mnie.

Zorientowałem się jednak, w jak niewielkim stopniu współczesna szkoła przygotowuje ich do twórczej i samodzielnej pracy, do zadawania pytań, eksploracji, formułowania własnych celów, wyrażania siebie, komunikowania się, aktywności zespołowej, wystąpień publicznych. Co charakterystyczne, nie wyposaża ich także w informacje, które, według podstawy programowej, powinni posiadać.

W moim przekonaniu szkoła, do której uczęszczali tak długo (łącznie około 18 tys. godzin, nie licząc czasu przeznaczonego na korepetycje, zadania domowe, przygotowania do sprawdzianów), okazała się niefunkcjonalna. Z punktu widzenia praktyki życiowej. W aspekcie przygotowania do krytycznej analizy rzeczywistości. Jako miejsce rozpoznawania indywidualnych talentów. Jako przestrzeń umożliwiająca wytyczanie własnych ścieżek rozwojowych. Jako inkubator aktywności obywatelskiej. Jako miejsce zdobywania wiedzy. Cała ta wieloletnia udręka z klasówkami, odpytywaniami, egzaminami okazała się nieopłacalna.

Te obserwacje skłoniły mnie do bliższego przyjrzenia się systemowi edukacji w Polsce. Rozpocząłem podróż po szkołach. Spotykałem się z wieloma dyrektorami, nauczycielami, przedstawicielami organów prowadzących i kontrolnych. Nawiązałem kontakty z działaczami edukacyjnymi, liderami innowacji, siewcami nowych idei. Prowadziłem badania jakościowe w ramach kilku projektów naukowych.

Zaangażowałem się także mocno w działania oddolne. Zafascynowała mnie idea nowej szkoły — alternatywnej — która miała być odpowiedzią na niedostatki konwencjonalnego szkolnictwa. Współpracowałem z wieloma placówkami poszukującymi innowacyjnych rozwiązań. Jako nauczyciel i współtwórca programów dydaktycznych. Prowadziłem tam (i prowadzę nadal) zajęcia, lekcje, warsztaty. Obecnie jestem związany z jednym z niepublicznych liceów.

Włączyłem się także w działania na rzecz zmiany szkół systemowych. Współtworzyłem fundacje, których zadaniem jest promowanie edukacji opartej na podmiotowości i rozpoznaniu mocnych stron uczniów, sieciowanie aktywistów i dostarczanie know-how placówkom, które zdecydowały się wejść na wyboistą drogę samodoskonalenia.

Niniejsza książka nie jest opracowaniem naukowym. Nie jest poradnikiem zawierającym proste rady na każdą okazję. Nie jest raportem z wdrażania promowanego modelu szkoły. Jest wyrazem moich osobistych poglądów na edukację. Uspójnionym, uporządkowanym i wzbogaconym zbiorem wpisów, jakimi dzieliłem się na Facebooku, które zamieszczałem na blogu.

Ich istotą są: głęboka wiara w mądrość dziecka, mocne przekonanie o wartości motywacji samoistnej (naturalnej chęci rozwoju, odkrywania siebie i świata), a także silne przeświadczenie o mocy działań oddolnych. Wierzę, że podstawą dobrej edukacji są dobre relacje — oparte na akceptacji i szacunku, otwartości i autentyczności.

I to właśnie dobrych relacji brakuje nam dzisiaj najbardziej. Prawdziwym problemem polskiej szkoły nie są podstawy programowe, oceny, podręczniki, kartkówki czy dzwonki. Zasadniczy problem polega na ugruntowanym przeświadczeniu, że uczeń to pojemnik do zapełniania danymi, maszyna do spełniania wymagań dorosłych (w zamian za jakieś śmieszne cyferki), ułomny byt, który trzeba urobić, którego wolę należy złamać, by robił to, co trzeba. Czyli osiągał wysokie wyniki i pilnie wykonywał polecenia. Prawdziwy problem nie leży w przepisach, lecz w postawach i przekonaniach — na temat roli ucznia, jego miejsca w szkole, jego pozycji wobec nauczyciela. A o ich zmianę zawsze jest najtrudniej.

Przemyślenia, diagnozy i propozycje zawarte w tej książce są oparte na wielu lekturach, na analizie badań z różnych dziedzin oraz na obserwacjach działań ludzi w środowiskach edukacyjnych. Idea szkoły dla ucznia ma filary pochodzące z trzech obszarów.

Tradycja pedagogiczna. Sięgam do antycznej wizji szkoły jako miejsca spotkań mistrza i uczniów. Do europejskiej myśli pedagogicznej: Kwintyliana, Plutarcha, Vivesa, Komeńskiego. Do klasyków nowoczesności: Pestalozziego, Spencera, Deweya, Neilla, Montessori, Key, Korczaka, Parkhurst, Piageta, Freineta. Do przedstawicieli pedagogiki humanistycznej: Rogersa, Fromma, Gordona, Holta, Kamińskiego. Z tradycji wynoszę podstawową tezę: edukacja to rozmowa między szanującymi się podmiotami. Wymiana, dialog (czy polilog), wspólne doświadczenia, a także twórcza zabawa są podstawą rozwoju.

Nauki społeczne. Wykorzystuję wyniki najnowszych badań z obszaru socjologii i psychologii społecznej. Sięgam do Edwarda Deciego, Richarda Ryana, Daniela Pinka. Z ich analiz wynoszę kluczową tezę: edukacja musi zaspokajać potrzebę sensu, a ten bierze się z bycia w relacji, z autonomii i z mistrzostwa (chęci doskonalenia się).

Neurobiologia. Opieram się na argumentach badaczy mózgu: Manfeda Spitzera, Geralda Hüthera, Joachima Bauera, Henninga Becka. Wynoszę z tych lektur zasadniczą tezę: mózg uczy się cały czas (tego, co dla niego jest ważne) przez wspólne działanie z innymi, inspirujące wyzwania, przez aktywności budzące emocje.

Mądrość przodków, wiedza z nauk ścisłych oraz dane z analizy społecznej to dla mnie trzy podstawy nowej edukacji. To fundamenty szkoły dla ucznia. Wszystkie mówią to samo.

Po pierwsze: człowiek jest istotą społeczną. Uczy się w kontakcie z innymi, przez podpatrywanie ich pomysłów na życie i sposobów radzenia sobie z trudnościami, przez wspólne działania.

Po drugie: człowiek jest istotą autonomiczną. Uczy się, gdy ma możliwość robienia tego, co lubi, co jest jego mocną stroną, co pozwala mu realizować jego cele.

Po trzecie: człowiek jest istotą poszukującą spełnienia. Uczy się wtedy, gdy może się wyrazić, odpowiedzieć na swe najgłębsze potrzeby, zaangażować się w rzeczy stanowiące część czegoś większego i ważniejszego niż on sam.

Ta książka jest o edukacji. A edukacja to nic innego jak wspieranie człowieka w rozwoju. Najlepszym, co możemy zrobić w tym zakresie, to zbudować wzajemne zaufanie. Bo edukacja to relacja.

Szkoła dla ucznia

Nie ma dzieci, są ludzie; ale o innej skali pojęć, innym zasobie doświadczenia, innych popędach, innej grze uczuć. Pamiętaj, ze ich nie znamy. (Janusz Korczak)

Tytuł tej książki jest nawiązaniem do hasła, które pojawiło się na początku lat 80. w trakcie rozmów przedstawicieli oświatowej Solidarności z władzami komunistycznymi: „Szkoła ma służyć dziecku”. Wyrażało tęsknotę za nową szkołą, wolną od ideologii i nacisków polityków. Szkołą, która nie będzie kuźnią człowieka sowieckiego, kombinatem do obrabiania pod dyktando władz, przestrzenią nudy i lęku. Szkołą, która stanie się miejscem realnego wspierania ucznia w rozwoju. Która pozwoli mu odkryć siebie, lepiej zrozumieć świat, zwiększy poczucie wpływu na otaczającą rzeczywistość, pomoże doskonalić umiejętności komunikacji i współpracy, krytycznej analizy informacji, tworzenia wartościowych rzeczy.

Nadzieje te wróciły po upadku PRL. Miały powstać setki szkół realizujących edukację spersonalizowaną, podmiotową, wyzwalającą, w duchu Korczaka i Kamińskiego. Czy tak się stało?

Oczywiście nastąpiło wiele pozytywnych zmian. Dzisiejsze szkoły są dużo barwniejsze i bardziej inspirujące niż te z poprzedniej epoki. Tysiące zaangażowanych nauczycieli całym sercem wspierają uczniów w radzeniu sobie ze skomplikowaną rzeczywistością początku trzeciego tysiąclecia. Niemniej — trudno się oprzeć wrażeniu, że kształt systemu edukacyjnego pozostał niezmienny. Szkoły nie wyzwoliły się z gorsetu formowania według sztancy.

Współczesna polska szkoła nadal przypomina połączenie koszar, fabryki i gigantycznego urzędu. Uczeń w dalszym ciągu postrzegany jest jako materiał do urabiania. Zmieniła się ideologia, socjalizm ludowy odszedł do lamusa (przynajmniej deklaratywnie) zastąpiony przez specyficzną wersję narodowego kapitalizmu. Szkoła nie produkuje dziś już młodych komsomolców, lecz młodych karierowiczów, samotnych graczy, walczących (nierzadko bez poczucia głębszego sensu) o punkty i oceny, w nadziei na nagrodę w zawodowym raju. Miernikiem jakości edukacji stało się miejsce w rankingu, dyplom z biało-czerwonym paskiem, wynik na maturze.

Po 1989 roku nie doszło w Polsce do satysfakcjonującego wycofania się państwa ze sterowania edukacją. Co prawda w pierwszych latach transformacji władze podjęły działania służące decentralizacji, jednak kolejne rządy rychło się z nich wycofały. Państwo pozostaje dziś faktycznym decydentem w sferze oświaty, twórcą oraz kontrolerem osiągania ideałów wychowawczych. Jego władza realizowana jest poprzez odgórne ustanawianie programów, treści i metod kształcenia, standardów egzaminacyjnych, zatwierdzanie podręczników, dekretowanie pożądanych modeli relacji między nauczycielem a uczniem i tak dalej. Kolejne rządy III Rzeczypospolitej nie podważały konieczności sterowania szkolnictwem, różniły się jedynie poglądami na to, w jakim kierunku winno zmierzać i jaki obywatel ma być jego produktem.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że uczniowie wciąż traktowani są jak króliki doświadczalne. Mimo haseł o indywidualizacji postrzegani są w kategoriach jednolitej masy, a nie — niepowtarzalnych podmiotów o odmiennej psychice, dojrzałości, wrażliwości. Szkoła pozostaje domeną biurokratów i ideologów, instytucją podporządkowaną dyktatowi przepisów, norm, paragrafów. Dyrektorzy i nauczyciele toną przytłoczeni stosami dokumentów.

Tymczasem… Żyjemy w epoce wielkich zmian. Ich tempo jest niezwykłe. Modyfikacjom ulegają style życia, sposoby myślenia, formy organizacji życia społecznego. Przekształca się wszystko wokół nas. A szkoła uparcie tkwi w miejscu.

Przytoczyć warto anegdotę o eksperymencie myślowym przeprowadzonym przez amerykańskich naukowców, którzy zastanawiali się, które z elementów naszego świata zaskoczyłyby przybysza z przeszłości (sprzed dwóch stuleci). Doszli do wniosku, że zadziwiłoby go niemal wszystko. Większość elementów rzeczywistości uległa znaczącej zmianie. Poza dwoma instytucjami. Te podróżnik w czasie rozpoznałby natychmiast. Pierwszą jest więzienie, drugą — szkoła. Nawet jeśli to zmyślona opowieść, to brzmi przekonująco.

W największym skrócie, szkoła to instytucja zajmująca się edukacją. Edukacja natomiast to nic innego jak proces wspierania rozwoju człowieka mający charakter świadomy (podejmowany na podstawie pewnych założeń) i celowy (zmierzający do osiągnięcia określonych efektów). Celem dokonujących się w szkole oddziaływań jest, przynajmniej teoretycznie, doskonalenie potencjału uczniów (wymiar personalny) oraz przygotowanie ich do życia zbiorowego (wymiar społeczny).

To w szkole odbywa się spora część etapu kształtowania tożsamości młodych ludzi. Tu dokonuje się w znacznym stopniu socjalizacja. Można wręcz zaryzykować tezę, że w tym aspekcie szkoła okazuje się czasem ważniejsza niż rodzina (dotyczy to oczywiście niektórych rodzin). Warto zwrócić uwagę, że dziecku powyżej szóstego roku życia zdarza się spędzać więcej czasu w murach szkoły niż w towarzystwie ojca czy dziadków — a czasem nawet matki.

Jeśli podstawowym celem szkoły ma być przygotowanie uczniów do życia w społeczeństwie, to w tej kwestii, moim zdaniem, zawodzi. Nie odpowiada na najgłębsze ludzkie potrzeby. Wszyscy podskórnie to czujemy. Wszyscy jesteśmy coraz bardziej sfrustrowani. Rodzice, nauczyciele, uczniowie. W szkołach od jakiegoś czasu trwa stan zimnej wojny.

W gruncie rzeczy niewielu z nas ma głębokie przekonanie, że konwencjonalna szkoła (przekazująca to, co przekazuje, działająca tak, jak działa) służy czemuś naprawdę sensownemu, że jest nieodzowna człowiekowi przełomu tysiącleci. Tak sobie trwa, siłą inercji. Trochę jak przechowalnia. Trochę jak miejsce gwarantujące pracę tysiącom absolwentów wyższych uczelni. A trochę jako narzędzie kompensacji dla rodziców.

Współczesna szkoła jest coraz bardziej oderwana od świata. Nie wzmacnia wystarczająco potencjału uczniów, ich wrodzonych predyspozycji, talentów, pasji. Nie przygotowuje ich sensownie do zmagań z wyzwaniami teraźniejszości.

Można zaryzykować tezę, że jest de facto instytucją kontredukacyjną. Stosowane w szkole rozwiązania zaburzają sedno procesu edukacji — czyli stopniowy, wielopłaszczyznowy rozwój, rozumiany jako poznawanie siebie, innych ludzi, otaczającej rzeczywistości oraz jako zdolność wykorzystywania zdobytej wiedzy do projektowania własnej ścieżki życiowej, do osiągania sukcesu zawodowego i osobistego.

Niewątpliwie jest wielu fantastycznych nauczycieli robiących inspirujące, niezwykłe rzeczy. Są placówki, gdzie wdraża się ciekawe, nowatorskie pomysły. Odwiedziłem je. Byłem świadkiem fascynujących rozwiązań. Spotkałem niezwykle świadomych i twórczych dyrektorów.

Niemniej współczesna szkoła jako instytucja (zuniformizowana i zbiurokratyzowana, transmisyjna, zorientowana na standaryzację) staje się coraz bardziej dysfunkcjonalna — także według własnej logiki istnienia. Nie osiąga celów, jakie sama sobie wyznacza. Jawi się jako skansen.

Nie realizuje dalekosiężnych interesów społecznych ani nie odpowiada na indywidualne potrzeby uczniów. Nie tworzy autentycznego podłoża do poznawania siebie (identyfikowania mocnych stron, wyznaczania celów, znajdowania zasobów do ich realizacji) ani do budowania głębokich relacji. Nie daje mocnych impulsów do poszerzania wiedzy o sobie i otaczającym świecie. Nie sprzyja poszerzaniu sprawczości ani przejęciu odpowiedzialności za własną edukację, a w konsekwencji — za własne życie. Nie prowadzi do upowszechnienia kultury współpracy opartej na wzajemnym zaufaniu i szacunku. Nie zaspokaja potrzeb: przynależności, akceptacji, samorealizacji.

Można przytaczać dziesiątki badań i opracowań diagnozujących zagubienie polskich nastolatków, brak zaangażowania obywatelskiego, niskie kompetencje intra- i interpersonalne, problemy z komunikowaniem się, niezdolność do kolektywnego działania, a w konsekwencji rosnące trudności z odnalezieniem się na rynku pracy mimo coraz wyższych kwalifikacji formalnych (czytaj: papierkowych).

Nie jestem fanem teorii spiskowych. Nie przekonuje mnie teza, że szkoła celowo utrzymywana jest w obecnym kształcie, by realizować interesy jakichś sił. Ona de facto nie przynosi korzyści nikomu.

Ani społeczeństwu jako całości — bo nie tworzy refleksyjnych członków wspólnoty, przygotowanych do stawienia czoło aktualnym wyzwaniom.

Ani państwu — bo nie kształtuje świadomych obywateli, zaangażowanych w bieg spraw państwowych, gotowych do poświęceń na rzecz interesu publicznego.

Ani decydentom rynku pracy — bo nie kształtuje przydatnych z ich punktu widzenia kompetencji: przedsiębiorczości, kreatywności, elastyczności, komunikacji marketingowej, autoprezentacji.

Ani rodzicom — bo nie zapewnia im poczucia bezpieczeństwa, nie daje jakiejkolwiek pewności, że wielki trud włożony przez ich dzieci w szkołę przełoży się na powodzenie w realnym świecie.

Ani nauczycielom — bo trudno mi przypuszczać, by serio bawiła ich rola trenerów w jakimś irracjonalnym wyścigu o pozycję w rankingach oraz wypełnianie sterty papierów. I to wszystko za absurdalnie niską stawkę.

Przede wszystkim nie służy samym uczniom — bo nie jest wystarczająco zorientowana na odkrywanie ich potencjału, mocnych stron, talentów; na budowanie samoświadomości, co wydaje się najlepszym gwarantem sukcesu życiowego.

Po pierwsze szkoła nie zaspokaja potrzeby sensu. Uczeń nie rozumie, jaki jest cel tego, co robi. Czemu właściwie służy cała ta wielogodzinna szkolna aktywność: pięć dni w tygodniu, po osiem-dziesięć godzin dziennie (wliczając czas poświęcony na zadania domowe i przygotowania do kartkówek).

Po drugie szkoła nie zaspokaja potrzeby doskonalenia się. Nie daje zbyt dużej możliwości rozwijania się w obszarze, w którym uczeń jest dobry, który lubi, który ma dla niego znaczenie.

Po trzecie szkoła nie zaspokaja potrzeby autonomii. Bazuje na przymusie. A niestety mózgu nie da się zmusić do nauczenia się rzeczy, których nie chce się nauczyć.

Po czwarte nie zaspokaja potrzeby kontaktu, bliskości, wspólnoty. Nie skleja przekazywanych danych pozytywnymi emocjami, czerpanymi z działań społecznych, z bycia z innymi, podczas dobrej zabawy.

Po piąte nie zaspokaja potrzeby ciekawości. Nie uwodzi, nie porywa, nie magnetyzuje — nie obudowuje przekazu danych ciekawymi opowieściami. Nie stawia wciągających wyzwań. Nie pobudza do naprawdę twórczego działania.

Co gorsza, podejmowane od czasu do czasu próby reformowania szkół są chaotyczne, nieprzemyślane, źle ukierunkowane. Nie rozwiązują żadnego z problemów, dokładając nowe. Szczególnie wyraźnym przykładem jest ostatnia reforma, która w odpowiedzi na narastający stan anomii, ogromnym nakładem energii i środków… przeorganizowała cykle kształcenia. Recepta zaproponowana przez ministerstwo nie odpowiada na kluczowe wyzwania — jest próbą cofnięcia polskiej szkoły do mitycznych czasów, gdzie uczniowie byli zdyscyplinowani, szanowali starszych i pilnie się uczyli. To iluzja. Ani takie wyobrażenie nie jest prawdziwe, ani szukanie w nim sposobu uporania się ze współczesnymi wyzwaniami nie jest racjonalne.

Szkoła po reformie to jakiś miszmasz, kolaż różnych niepasujących do siebie pomysłów w oderwaniu od analizy realiów współczesnych wyzwań. Mamy fundamenty z epoki pruskiej (rola ucznia i nauczyciela), strukturę szkolnictwa z ery Gomułki, ideologię neosanacyjną, program z okresu Jaruzelskiego, neoliberalny nacisk na rankingi i wyniki… i to wszystko okraszone hasłami o indywidualizacji i metodach aktywizujących w zuniformizowanych klasach. I ten eklektyczny sen mają realizować źle opłacani nauczyciele, których system kształcenia kompletnie nie przygotował do trudności, z jakimi się stykają.

Są różne drogi do sukcesu, różne szlaki prowadzące do spełnienia, różne talenty, które można rozwijać. Mamy różne pasje, potrzeby i pragnienia. Reforma edukacji u progu trzeciego tysiąclecia winna wreszcie uwzględnić tę oczywistość, zamiast traktować szkoły jak fabryki, których celem jest efektywne produkowanie ujednoliconego materiału ludzkiego.

Szkoła ma być dla ucznia. Ma mu pomóc odkrywać i wykorzystywać jego mocne strony. Ma wspierać go w rozwoju. Rozwoju rozumianym jako: lepsze rozumienie siebie (mocnych stron, predyspozycji, ograniczeń, emocji, sposobów reagowania) i innych (ich potrzeb, barier, możliwości, kontekstu w jakim funkcjonują) oraz wykorzystywanie tej wiedzy do realizacji własnych celów (z poszanowaniem celów innych osób). Rozwoju na ścieżce, którą uczeń samodzielnie sobie wybierze.

Młody człowiek może mieć czasem trudności w wyborze. Przede wszystkim wtedy, kiedy takiego wyboru mieć nie będzie. Kiedy dostanie z góry narzucony szczegółowy zestaw danych do wykucia. I nie będzie miał czasu na odrobinę refleksji: czego właściwie chcę, po co tu jestem, co chcę robić w życiu.

Czas wreszcie wybrać właściwą drogę. Jeśli gra zwana szkołą ma być dla uczniów atrakcyjna, musi być zaprojektowana pod odbiorcę.

Mieliśmy już:

— wychowanie państwowe, kształtujące małego patriotę,

— wychowanie narodowe, kształtujące małego nacjonalistę,

— wychowanie socjalistyczne, kształtujące małego bojownika o ludową ojczyznę,

— wychowanie neoliberalne, kształtującego małego korporacjonistę…

Cały czas dziecko było narzędziem do realizacji celów polityczno-ideologicznych. Nieświadomym własnych możliwości. Pozbawionym wewnętrznych motywatorów. Czas wreszcie zaprojektować szkołę pod uczniów. Tak, by czuli się w niej dobrze, rozpoznając swoje mocne strony, by nauczyli się lepiej komunikować wyrażać siebie, współpracować, krytycznie myśleć i kreatywnie działać. Za główny cel edukacji, za wartość samą w sobie uznaję osobowy rozwój uczniów.

A co ze wspólnotą? Nie znam lepszej inwestycji w interes społeczny niż tworzenie miejsc, gdzie ludzie mogą rozkwitać. Nie znam rozwiązania bardziej służącego dobru publicznemu niż rozwój świadomych, lubiących siebie, przedsiębiorczych, krytyczne myślących, twórczych jednostek. Nie znam skuteczniejszej formy zadbania o dobro wspólnoty niż autentyczne upodmiotowienie jej członków.

Szkoła pod presją wyników

Dominujący system zarządzania zniszczył ludzi. Wszyscy mamy wrodzoną motywację do działania, szacunek dla samych siebie, godność osobistą, chęć do nauki i radość z zabawy. Siły destrukcji działają na nas od wczesnego dzieciństwa — pod postacią nagród za najlepsze przebranie na maskaradzie, ocen w szkole i złotych gwiazdek w przedszkolu — aż po okres edukacji akademickiej. […] Nigdy nie zmienimy dominującego systemu zarządzania, jeśli nie zmienimy systemu edukacji.
(William Deming)

Kiedy zabierałem się za książkę, ogłoszono wyniki badania PISA. Oczywiście po raz kolejny okazało się, że polscy uczniowie osiągnęli świetne wyniki. Lokują się w pierwszej piątce Europy. Może zatem moja krytyka jest przesadzona? Przecież mamy doskonałe szkoły.

Wrzucę kij w mrowisko, ale według mnie z faktu, że polscy uczniowie osiągają wyniki wyższe niż średnia OECD, wynika jedynie to, że polscy uczniowie osiągają wyniki wyższe niż średnia OECD. Nie płynie z tego wniosek, że osiągnęli wyższy poziom rozwoju intelektualnego, moralnego i emocjonalnego, że lepiej rozumieją siebie i świat, że łatwiej im wyznaczać cele życiowe i je realizować, że budują satysfakcjonujące relacje. I że wiedzą więcej, a posiadane informacje potrafią przekuć na twórcze działania.

Oczywiście nie znaczy to, że wyniki nie mają żadnej wartości. Są jakimś obiektywnym złapaniem stanu kształcenia. Stanowią pewną formę diagnozy. Ale nie przeceniajmy ich.

Badanie PISA polega na rozwiązywaniu testów (testy rozumiem jako zestandaryzowane zadania z jedną poprawną odpowiedzią lub kluczem odpowiedzi, gdzie nie ma miejsca na swobodną interpretację). Oczywiście nie są to proste, odtwórcze zadania — twórcy dbają o ich problemowość — niemniej test jest z założenia ramowy (a więc jednak schematyczny) i ma określoną pulę poprawnych odpowiedzi. W gruncie rzeczy chodzi o wpasowanie się w pewną matrycę, podążanie za określonym modelem myślenia — twórcy testu. Rozwiązywania zadań można się nauczyć (podobnie jak można nauczyć się rozwiązywania testów IQ), by szybciej zgadywać, jakim kluczem kierowali się ich konstruktorzy.

W wykonywaniu zleconych zadań testowych z nadzieją na wysokie miejsce w rankingu nasi uczniowie są mistrzami. Dobrze wytresowaliśmy nasze konie wyścigowe. Polscy nastolatkowie, tak jak sportowcy z NRD napakowani sterydami, doskonale wypadają w zawodach. Są coraz lepsi. Od lat świetnie rozwiązują testy. Koniecznie samotnie, indywidualnie, sam na sam z kartką, na własną rękę. Bez możliwości współpracy z innymi. Tylko ja i moja głowa.

Polska szkoła wyspecjalizowała się w tym obszarze. Ze względu na to, że najważniejszy egzamin szkolny (matura) jest właśnie wielkim testem (z którym trzeba zmagać się oczywiście w izolacji od innych), cały proces edukacyjny w szkole podstawowej i średniej podporządkowany jest wdrożeniu do rozwiązywania zadań (podobnie było także w gimnazjach). Wspomagane jest to na korepetycjach (większość uczniów szkół ponadpodstawowych z nich korzysta).

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 34.13
drukowana A5
za 57.19