E-book
17.75
drukowana A5
37.16
Szklane afekty

Bezpłatny fragment - Szklane afekty


Objętość:
229 str.
ISBN:
978-83-8126-992-6
E-book
za 17.75
drukowana A5
za 37.16

Część pierwsza

Prolog

7 października 2013

Nienawidzę cię.

19 października 2013

Wciąż Cię nienawidzę. Mimo to wciąż oglądam Twoje zdjęcia w telefonie kilka razy dziennie. Nienawiść to nie jest właściwe słowo na całą tę złość i poczucie beznadziei. Zabawne jak często na co dzień mówimy „ale beznadzieja”. Teraz wiem, co to tak naprawdę znaczy.

1 listopada 2013

Święto Zmarłych. Co za ponura ironia.

CZEMU DO CHOLERY NIE MA CIĘ PRZY MNIE!?

1 grudnia 2013

Miesiąc. Może tyle wystarczy, żeby się z Ciebie wyleczyć? Zakochanie się w Tobie zajęło mniej niż sekundę…

26 grudnia 2013

Najgorsze święta świata. Długo by wymieniać powody. Ale tak, jesteś jednym z nich. Czuj się wyróżniona.

Adam cofnął się do swojego pierwszego wpisu. Prowadził pamiętnik jak jakaś niestabilna emocjonalnie nastolatka i to powodowało, że myślał o sobie jak najgorzej. Ale jednocześnie czuł się dzięki temu lepiej.

Gdzieś przeczytał, że jak się wylewa takie rzeczy na papier, to tak jakby zrobić miejsce w głowie. W głowie może i tak — myślał.

I kiedy tak głowa dochodziła sama ze sobą do ładu, miał wrażenie, jakby wyrwę w jego sercu jakiś nieudolny fachowiec skleił kawałkiem szarej taśmy i spryskał WD-40.

Nienawiść nie przechodziła, ale malała. Wciąż o niej myślał, ale coraz rzadziej, a to musiał być dobry omen.

Może się zrośnie?

Berenika

Pierwsze wrześniowe dni wciąż jeszcze nie dawały zapomnieć o upalnych wakacjach. Berenika marzyła o takiej pogodzie na swój ślub, choć jeszcze wczorajsza ulewa nie zwiastowała niczego dobrego. Do uroczystości został zaledwie tydzień, ale była spokojna. Prawie każdy szczegół został dopięty na ostatni guzik, jak wszystko inne w jej życiu.

W tę ostatnią sobotę swojego stanu panieńskiego urządzała wraz z rodziną pulter. Nigdy nie podobał jej się ten zwyczaj, który niewiele miał wspólnego z jej wizją ślubnych i weselnych obrzędów. O własnym weselu wiedziała od zawsze, jeszcze zanim poznała Michała, że nie będzie typową polską potańcówką. Jej ceremonia miała mieć klasę. Zamiast grajków w przyciasnych, spoconych koszulach wybrała zespół, który nawet zaliczył debiut w Must Be The Music. Na szczęście Michał znał wokalistę i udało się to załatwić. Zamiast wulgarnych weselnych zabaw, bardziej cywilizowane konkursy. No i śledzie. Śledź był pierwszą rzeczą, która kojarzyła się Berenice z polskimi weselami. Zamiast śledzi — koreczki krabowe. Na pulter zgodziła się za namową rodziców. Jeśli o nią chodziło — nie urządzałaby tej szopki. Trudno było jednak odmówić racji jej matce.

— Jak niczego nie zorganizujesz, to i tak przylezą tu i narobią bałaganu. Lepiej mieć to pod kontrolą niż zostawić samym sobie. Widziałaś, jak to było u Zaleśnych.

No tak, widziała. Młoda Zaleśna postanowiła nie urządzać pulteru. Sąsiedzi i tak się zeszli. I tak przynieśli szkło i zaczęli tłuc o elewację. Zaleśni chcąc nie chcąc musieli naprędce skoszarować jakiś bimber i kiszonki. Skoro już zmuszono ją, by to zorganizować, to tak samo jak ślub i wesele — z klasą. Na ile o klasie można było mówić w przypadku tak plebejskiego, jej zdaniem, zwyczaju. Rodzice pomagali młodym od rana ustawić ogromny namiot wraz ze stołami wypożyczonymi z pobliskiej remizy. Jej rodzina była lubiana w okolicy, więc spodziewała się wielu gości, którzy zjawią się nie tyle ze względu na nią, co na jej rodziców. W południe temperatura osiągnęła chyba z trzydzieści pięć stopni i uwadze Bereniki nie uszedł fakt, że ten oto młody bóg, jej przyszły mąż właśnie zdjął koszulkę i pokazał swoje wyrzeźbione ciało. Dla jasności — wygląd nie był dla niej najważniejszy. Ale stanowił miły dodatek do charakteru. Michał od pierwszej chwili ujął ją szczerością. Wiedziała, że nie należy do tych facetów, którzy grają na dwa fronty, a takich historii od swoich koleżanek słyszała całą masę. Podobno tylko co piąta para jest sobie wierna — tak pisali niedawno w gazecie. Poza tym był zaradny. Tak zwyczajnie zaradny życiowo, jego łagodny charakter powodował, że mogła poczuć się zaopiekowana, ale też wiedziała, że jej zdanie liczy się na równi z jego. Od początku ich znajomość, a później głębsza relacja układały się gładko, jak gładko rozsmarowuje się miękkie masło na kromce chleba. Czasami miała tylko wrażenie, że to margaryna osiada na podniebieniu, a chleb zamiast pełnoziarnisty, jest pszenny. Niby można się tym najeść, ale nie do końca smakuje. Zaśmiała się w duchu na to głupie porównanie. Starała się jednak tę myśl odpychać od siebie. Żaden związek nie jest idealny. Takiego faceta jak Michał chciałaby mieć każda kobieta. Nie zdradza, nie szlaja się z kolegami po knajpach (a to wyznacznik porządnego faceta w jej miasteczku), jest dobry, czuły i kochający. Nie puszcza się na lewo i prawo. A odkąd zamieszkał z jej rodziną nawet partycypuje w obowiązkach domowych. Chodzący ideał i jeszcze te mięśnie pokryte błyszczącą od potu skórą. Naprawdę, byłaby głupia narzekając na to co ma.

— Bera przestań się ślinić — z zamyślenia wyrwał ją śpiewny głos Anny. Przyjaźniły się od zawsze, więc jej udział w przygotowaniach był czymś zupełnie naturalnym. Jak to zwykle w przyjaźni dwóch kobiet bywa, każda zazdrościła czegoś tej drugiej. Berenika Annie klasycznej słowiańskiej urody. Takiej z rumianą cerą, włosami w kolorze dojrzałych kłosów pszenicy i chłodnym spojrzeniem. Anna Berenice zazdrościła szczęścia do mężczyzn. Choć to ona była pięknością, to zawsze Bera miała największy „wybór”, z którego nigdy jednak nie korzystała. Wiedziała, że w takim towarzystwie musi nadrabiać charakterem. Mimo wszystko zawsze potrafiły się porozumieć, a ich osobowości uzupełniały się. Kiedy były małymi dziewczynkami opowiadały wszystkim, że są kuzynkami. Gdy odkryły, jak smakują wagary, oszukiwały nauczycieli oznajmiając, że jadą do ciotki na weekend.

— Ale jak to? Razem? — dopytywali podejrzliwie.

— No oczywiście, że razem. Przecież jesteśmy kuzynkami — nie wiedział pan?

I tym sposobem wymykały się z co nudniejszych ostatnich piątkowych lekcji. Oczywiście po niedługim czasie wszystko się wydało. Nauczyciele zagadnęli o to do rodziców Anki i tak skończyło się wagarowanie. Bera nigdy w życiu nie przyznałaby tego głośno, ale cieszyła się, że nie musiała już więcej uciekać z lekcji. Czuła się z tym potwornie i miała gigantyczne wyrzuty sumienia, chociaż głupio byłoby powiedzieć to Ance. Bała się zaległości (choć ostatnie lekcje w piątek to religia i wychowanie do życia w rodzinie) i w ogóle należała raczej do prymusek. Z typu tych, które zawsze są świetnie przygotowane do zajęć i na sprawdziany, ale przed wejściem na salę denerwują pozostałych gadaniem w stylu „o matko! nic nie umiem!”, po czym dostają piątki i szóstki. Początkowo taka technika manipulacji nawet się sprawdza. Prymuski wtedy mogą zintegrować się z grupą powtarzając jak mantrę, że nic nie umiemy i wszyscy zginiemy marnie. Po kilku takich akcjach jednak ludzie zaczynają się orientować, że coś jest nie tak i „przyjaźnie” zaczynają się sypać. Anna mimo to pozostała jej przyjaciółką od serca. Uzupełniały się na swój sposób i ten układ jeszcze nigdy ich nie zawiódł.

Do szesnastej wszystko było gotowe. Namiot i stoły rozstawione, oświetlenie zainstalowane, konsola dla wodzireja podłączona. Miejsce do biesiadowania (biesiada to zdecydowanie słowo, które Berenice pasowało do tej sytuacji) ustawiono na podjeździe. Duży i gęsto porośnięty ogród udekorowano nastrojowym światłem lampionów. Tu Bera pomyślała o sobie, przezornie ustawiła nawet kilka ławek w ciemniejszych zakątkach, żeby mieć gdzie się ukryć w razie jakiegoś ataku paniki. Beczka do tłuczenia szkła — przygotowana, by o dziewiętnastej stanąć przed bramą domu. Jedzenie jeszcze tylko musiało wjechać wraz z wódką na szwedzki stół, ale o to już zadbała matka Bery. Sama nie chciała wiedzieć skąd wzięła się wódka, której przecież nikt nie kupował, a jakimś cudem była. Dziewczyna wymknęła się do domu, żeby przygotować się do imprezy. Upał na zewnątrz stał się bardziej znośny. Jej mieszkanie na poddaszu domu rodziców natomiast podgrzało się pewnie do jakichś pięćdziesięciu stopni, więc zaraz po wyjściu spod prysznica poczuła, jak włosy i koszulka znowu zaczynają kleić się do jej ciała. Usiadła przed lustrem w sypialni by zacząć się malować, kiedy usłyszała sygnał przychodzącego smsa. Na wyświetlaczu wyskoczyła wiadomość od numeru, który doskonale znała, a którego celowo nie zapisała w pamięci telefonu:

Mam nadzieję, że wiesz co robisz. Przyjdę dziś złożyć Ci życzenia na nową drogę życia.

Michał

Przyglądał się tej scenie z progu. Widział idealne ciało, zaokrąglone w okolicach pośladków i piersi, piękną twarz i bujne ciemne włosy. Błękitne oczy wyróżniały się na tle jej niemal chorobliwie bladej cery. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jakim jest szczęściarzem biorąc sobie tą dziewczynę za żonę. Koledzy zazdrościli mu jej, czemu dawali wyraz po alkoholu, odważniej wygłaszając wtedy swoje niewybredne opinie. Sam starał się kończyć temat jak najszybciej. Kiedy teraz o tym myślał, nie do końca wiedział, czy to z szacunku do Niki, czy z poczucia, że nie docenia faktu, że ma to, o czym marzyli inni. Oczywiście, że ją kochał. Przede wszystkim za to, że tak gładko im się wszystko układało. Trudno było jej nie kochać. Była ładna w taki uniwersalny sposób, niezależnie od kanonów piękna w dowolnym miejscu na ziemi uznałoby ją za posągową piękność. Jej uroda była niewymuszona. Charakter natomiast bywał irytujący, choć do zniesienia. Odkąd Michał zamieszkał u niej, miał wrażenie, że sypia z perfekcyjną panią domu. Kiedy jednak się nad tym zastanawiał, nie było to dla niego duże poświęcenie. Ostatecznie sam lubił porządek. Poza tym nie pamiętał, kiedy ostatni raz się o cokolwiek pokłócili. Jednak im bliżej było do ślubu, tym więcej miał wątpliwości, ale hej — kto ich nie ma w sytuacji, gdy życie ma się diametralnie zmienić?

— Cześć — odezwał się pierwszy. Podszedł do Bereniki i pocałował ją w policzek. — Pięknie pachniesz.

Dziewczyna podziękowała za komplement i uśmiechnęła się nieśmiało, co przywiodło mu na myśl ich pierwszą randkę. W tych momentach lubił ją najbardziej. Wyglądała niewinnie, a w czasie ich pierwszych spotkań niemal wszystko ją zawstydzało. Jakże się zdziwił, kiedy kilka miesięcy później wylądowali razem w łóżku. Był pewien, że nie ma zbyt wiele doświadczenia… Nigdy nie miał odwagi jej o to zapytać, właściwie nawet niespecjalnie interesowało go to, gdzie nauczyła się tych wszystkich rzeczy. Wolał tego nie wiedzieć. Poza tym był szczęśliwy, że ich życie erotyczne już od początku było takie udane. W każdym razie takie było jeszcze półtorej roku temu. Pamiętał, że nie wychodzili z łóżka. W tamtym okresie scena, której się przyglądał byłaby dla niego podniecająca. Nie powstrzymałby się widząc odsłonięte nogi i zarys piersi pod jego koszulką, którą Nika nosiła z nonszalancko odsłoniętym ramieniem.

— Może byśmy zrobili sobie chwilę przerwy? — zapytał cicho licząc, że tym razem Berenika pochwyci przynętę. Stanął za nią i patrzył na Berenikę w lustrze. Nic nie odpowiedziała, zrobiła tylko przepraszającą minę i już wiedział o co chodzi.

— Kiedy to wszystko się skończy, nie wypuszczę cię z łóżka — wyszeptał obok jej ucha patrząc na ich odbicie. — Idę pod prysznic — oznajmił, po czym pocałował ją w szyję i wyszedł. Delikatny dreszcz podniecenia przebiegł jego ciało, ale domyślał się, że nie ma na co liczyć. Czym prędzej wyszedł do łazienki, żeby nie wprowadzać nerwowej atmosfery. Nie chciał, żeby ona znowu go odtrącała, nie miał ochoty tego czuć i nie zamierzał patrzeć na jej wyrzuty sumienia. Raz czy dwa w tym okresie kochali się, ale czuł, że Berenika się do tego zmusza, mimo że wspinał się na wyżyny swoich seksualnych możliwości i dbał, by czuła się dopieszczona. Tego samego wieczora powiedział jej, że nie tego oczekuje i woli poczekać, aż będzie gotowa. Chce, żeby seks znowu sprawiał im obojgu radość.

Kiedy myślał o nich i ich związku był pewien, że wszystko jest w porządku. Co prawda ostatnio mało było między nimi namiętności, niewiele ze sobą rozmawiali i jeszcze mniej spędzali ze sobą czasu na słodkim nic nierobieniu. Kto jednak nie ma takich problemów przed ślubem? Berenika każdą wolną chwilę poświęcała na organizowanie tych wszystkich winietek, dekoracji i kokardek. Tęsknił za swoją dziewczyną, ale czasami niczym ukłucie niepokoju dopadała go myśl, że ona wcale nie tęskni za nim.

Berenika

Ta wiadomość wytrąciła Berenikę z równowagi. Skasowała ją natychmiast po odczytaniu i choć mechanicznie nakładała na siebie kolejne warstwy makijażu, myślami uciekała do tego smsa. Powinna być wściekła, że w takim momencie jej życia znowu się odzywa. Te dwa zdania, które można było bardzo łatwo zignorować spowodowały, że zaczęła się zastanawiać. Wyczuwała sarkazm tej wiadomości, niemal słyszała jak męski głos wypowiada słowa nasączone jadem. Po co w ogóle się odzywał? Czy on faktycznie dzisiaj się tu pojawi? Bała się, że jego widok zburzy wszystko, co budowała i planowała przez wiele miesięcy. Na ziemię sprowadził ją głos Michała. To on zawsze przywracał jej spokój i balans. Tej myśli postanowiła uczepić się na resztę dnia. Kilka chwil później była gotowa, choć Michał jeszcze okupował łazienkę. Wyszła z domu zobaczyć czy w ogrodzie wszystko zostało dopilnowane. Niedługo potem zjawili się pierwsi goście. Ci nieśmiało tłukli szkło na szczęście młodym, byle nie robić zbyt wiele hałasu. Składali życzenia i przechodzili do szwedzkiego stołu. Tam wyposażani przez przyszłą teściową Michała w klasyczny zestaw: papierowy talerzyk, plastikowe sztućce i kieliszek do wódki mogli obsłużyć się samodzielnie. Mijały kolejne minuty, przychodzili następni goście i gdzieś pomiędzy jednymi życzeniami a drugimi zdała sobie sprawę, że oczekuje tylko tych jednych, najmniej szczerych. Następne mniej lub bardziej znajome twarze przewijały się przez bramę ogrodu. Każda kolejna osoba waliła słoikiem po kiszonych ogórkach z większym zamachem. Ucieszyła się na widok dawnej znajomej z liceum — nigdy nie były ze sobą blisko, ale mieszkają na tej samej ulicy i są w podobnym wieku. Dziewczyna uściskała Berę i życzyła wszystkiego dobrego, po czym to samo zrobiła obejmując Michała. Zapadał zmierzch i choć był początek września, dało się jeszcze wyczuć atmosferę sierpniowych wieczorów. Upał delikatnie zelżał, ale powietrze drgało od przyciszonych rozmów i krótkimi wybuchami śmiechu starych znajomych. Dla nich pulter Bereniki był świetną okazją ku temu, żeby nadrobić zaległości towarzyskie i za darmo się najeść. Choć ona sama pogardzała tym zwyczajem, wiedziała, że wszystko, co mieści się pod pojęciem „małomiasteczkowości” jest jej bliskie. Duże miasto daje anonimowość, ale to tutaj można obserwować kto z kim i dlaczego. Takie okazje jak otwarcie nowego marketu są powodem do święta. Tu wszystko dzieje się jakby dekadę później. Sama pamięta jak ktoś odważył się w Kargowej otworzyć pierwszy market. Nie sklep, gdzie szło się do lady i dyktowało z kartki pani ekspedientce co ma podać. To był pierwszy supermarket z prawdziwego zdarzenia. Z wózkami i alejkami wypełnionymi towarami. Od czasu do czasu pojawiały się nawet hostessy polecające nowe wędliny albo jogurty. Dla ludzi to było takie wydarzenie, że tłum przed wejściem można porównać tylko do tego, który widać przed Lidlem, gdy rzucają Crocksy w promocji. Takie sceny działy się w Kargowej prawie dwie dekady wcześniej. W dużych miastach bywa podobnie nadal. Z biegiem lat market zamknięto, ale dzięki niemu zaczęło dziać się lepiej. Przez cały ten czas niemal wszystkie inne spożywczaki przerobiono właśnie na takie, gdzie człowiek sam idzie alejką i wrzuca produkty do koszyka. Zresztą głównie zakupy powodują, że miasto choć trochę żyje. Dzięki handlowi powstało. Znajdujące się na jednym z głównych szlaków handlowych, przez setki lat stanowiło naturalny przystanek dla strudzonych wędrowców, handlarzy i mieszkańców pobliskich wsi chcących wymienić swoje nadwyżki na inne towary. Skoro jest miasto handlowe, musi być rynek. I jest.

Miasto żyje we własnym tempie. Schemat jest zawsze ten sam. W piątek i sobotę odbywa się targ. Obok straganów z ekologicznymi warzywami i miodem stoją takie z ubraniami z Chin i firanami. Przechadzając się po Kargowej w niedzielę człowiek jest niemal pewien, że nastała apokalipsa zombie. Echo odpowiada przejeżdżającym drogą numer 32 kierowcom. W poniedziałek znowu zakupy. Tym razem już w normalnych sklepach, bo targu nie ma. Kolejne dni tygodnia mijają na umiarkowanym ruchu, aż wszystko zaczyna się od nowa w piątek. Można pomyśleć, że tydzień w Kargowej zaczyna się w piątek. Młodych ludzi zostało tu niewiele. Wszyscy wyjechali na Saksy zarabiać euro albo przynajmniej udają, że wysilają się, żeby zdobyć wykształcenie żyjąc kolejne lata na garnuszku rodziców. Ale też trudno im się dziwić. Mają możliwość pracować na miejscu — w sklepie albo przy taśmie produkcyjnej w fabryce słodyczy. Na to wszystko nakładała się specyficzna mentalność ludzi, która raz Berę irytowała, a raz bawiła. W zależności od tego czy miała okazję odczuć to na własnej skórze, czy też nie. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały jednak, że to właśnie w swoim rodzinnym mieście osiądzie na zawsze ze swoim przyszłym mężem.

Z ogrodu dało się usłyszeć jeszcze donośną orkiestrę świerszczy, a DJ dał znać, że imprezę czas zacząć. Na chwilę udało się Berenice odegnać myśli o niepokojącym gościu, którego chciała i nie chciała zobaczyć.

Lidka

Do ostatniej chwili nie była pewna czy pójdzie na ten pulter. Jasne, że znała Berenikę, jej rodzice kiedyś przyjaźnili się z rodzicami Bery. Ponieważ jednak oni również się wybierali, postanowiła do nich dołączyć. Po stłuczeniu słoika i złożeniu życzeń młodej parze, przeszła po swój pakiet startowy do szwedzkiego stolika i zajęła miejsce w samym rogu zaimprowizowanej sali balowej, żeby nikt jej nie przeszkadzał. Fizycznie pojawiła się na pulterze, który swoją drogą był według niej świetnym pomysłem na podtrzymanie regionalnych tradycji. W końcu, gdzie jeszcze więcej w Polsce robią pulter? Mentalnie i uczuciowo jednak pozostawała w świecie wirtualnego romansu. Często myślała w ostatnim czasie jak to głupio brzmi, nawet kiedy nie wypowiada się tego na głos. Przecież w takie romanse wdają się tylko nastolatki i desperaci z portali randkowych. A jednak sama dała się w to wciągnąć. Kilka miesięcy temu po dłuższej popijawie z przyjaciółkami, na półprzytomne we trzy założyły Lidce konto na takim portalu. Ona sama w tym samym czasie przeżywała ognisty romans (jedyny poważny w jej dorosłym życiu) z sedesem. To był jednorazowy wyczyn i obiecała sobie, że już nigdy więcej, że to ostatni raz tak się skuła. Jak dotąd nawet jej się to udawało. Kolejny dzień zastał ją odartą z godności, ale za to z obietnicą czegoś bardziej emocjonalnego niż romans ubiegłej nocy.

Dziewczyny, choć ledwo trzymały się na nogach stworzyły całkiem przyzwoity profil. Bez żadnych tekstów w stylu „chcesz wiedzieć więcej, to napisz”. Wybrały niezłe zdjęcie z jej laptopa (na którym było widać tylko jej włosy i zacieniony profil twarzy) i zredagowały opis, który okazał się do przyjęcia, choć trzeba było go poddać pewnej korekcie. Ostatecznie portal randkowy czy nie — Lidka nie chciała wyjść na dyslektyczkę. Wieczorem, tego samego dnia wciąż jeszcze na lekkim kacu, zalogowała się, tak z ciekawości. Pierwsze wiadomości były niezbyt obiecujące.

„Elo, co słychać?” — co miała na to odpisać?

„Musiało boleć, gdy spadałaś z nieba” — serio? Ktoś jeszcze używa takiego podrywu?

Zaczynało dopadać ją przekonanie, że jednak portale randkowe wyglądają dokładnie tak, jak to sobie wyobrażała. Następna wiadomość nie pozostawiała złudzeń. Jej oczom ukazał się wyprężony członek jakiegoś napaleńca i jedno zdanie: „ruhasz się, czy czeba z toba chodzić?”.

Czara zażenowania przelała się i Lidka już miała skasować swoje konto, kiedy otrzymała kolejny list. Pisał do niej jakiś Mike87. Co prawda na jego zdjęciu niewiele dało się dostrzec, ale zauważyła na nim błękitne oczy obrysowane jasnymi rzęsami i brwiami. To sugerowało, że facet może być blondynem. Albo rudzielcem. To oczywiście go nie dyskwalifikowało, chociaż nie raz i nie dwa zaśmiewała się ze swoimi znajomymi z żartów o rudzielcach w stylu „Rudy grał na gitarze i przegrał”. Bawiło ją to, bo sama jest ruda. Ma długie, proste włosy tego koloru, ale oczy nie błękitne, a zielone, z brązową oprawą rzęs i brwi.

Wiadomość od tajemniczego mężczyzny była intrygująca:

Mike87: Serio lubisz czytać czy to tylko taki sposób na zrobienie wrażenia?

No tak… co więcej można było napisać na profilu świeżo upieczonej absolwentki polonistyki? Słyszała jednak nie raz opowieści koleżanek o zboczeńcach i innych podejrzanych „elementach” z takich serwisów. Zresztą przed chwilą sama tego doświadczyła. Musiała powstrzymać odruch wymiotny na to wspomnienie. Nie sądziła jednak, żeby taki typ nawiązał do książek. Chociaż nigdy nie wiadomo. Ostatecznie krótka rozmowa online przecież jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Od tamtej pory, a zaczęło się to w maju i trwało przez całe lato, pisali ze sobą właściwie każdego dnia. Najpierw rozmawiali o literaturze, a ponieważ dotychczas spotkała niewielu facetów, którzy czytają więcej niż statystyczne pół książki rocznie, była nim zauroczona od samego początku. Później było jeszcze lepiej. Całymi dniami wymieniali między sobą wiadomości, dłuższe mailowo, krótsze smsami. Kiedy zdarzały się dni z ograniczonym kontaktem, była przybita. On zresztą zapewniał, że też nie lubi tych dni, kiedy mało ze sobą rozmawiają. Na przełomie lipca i sierpnia Lidka zaczęła zastanawiać się nad tym do czego to wszystko prowadzi. Może powinni się spotkać? Wiedziała o nim wszystko. Co lubi, co go denerwuje, co smuci, jakie ma poczucie humoru i gdzie pracuje (jest spedytorem w firmie logistycznej), jak wygląda jego dzień i o czym marzy. Nie miała jednak pojęcia o jego życiu prywatnym. Nigdy nie rozmawiali o swoich znajomych, byłych partnerach i tym podobnych sprawach. Poza tym nigdy nie padły między nimi żadne poważniejsze deklaracje. W końcu, spędzając weekend u rodziców w rodzinnej Kargowej postanowiła skierować rozmowę z Mikiem87 na ten tor.

Liddy: Myślałeś kiedyś o tym, żeby się spotkać? Nie to, żebym proponowała czy naciskała albo coś w tym stylu… Sama nie wiem czy bym chciała…

Mike87: Mam podobne odczucia. Jestem ciekaw, jak potoczyłaby się nasza rozmowa i spotkanie na żywo. Ale może być, że spotkamy się, coś pójdzie nie tak i czar pryśnie. A ja już dawno nie czułem się tak pozytywnie jak w czasie tych ostatnich trzech miesięcy. Po części podoba mi się idea takich internetowych romansów. Co sądzisz o tym, żeby wrócić do tego tematu za jakiś czas?

Liddy: Myślę, że to dobry pomysł. To mogłoby być dla nas definitywne.

Mike87: Chociaż z drugiej strony kusi mnie nie tylko możliwość porozmawiania na żywo… Fajnie byłoby przekonać się jak brzmi Twój głos, poznać Twoją mowę ciała i takie fizyczne, i niematerialne drobiazgi, które spowodują, że przy Tobie się JAKOŚ poczuję. Zastanawiam się, czy na żywo czułbym się tak samo przy Tobie, jak w czasie, gdy wymieniamy tysiące smsów czy mejli…

Trudno jej było zachować dystans czytając takie wiadomości. Podobał jej się ten subtelny flirt i w pełni zgadzała się z tym, że powinni poczekać ze spotkaniem. Ta wiadomość spowodowała jednak, że ich rozmowy zaczęły nabierać bardziej erotycznego charakteru. Niejeden parny sierpniowy dzień kończyła leżąc po prostu na świeżej pościeli i delektując się pierwszym nocnym chłodem wymieniała wiadomości z Mikiem87.

Mike87: Jak minął Twój dzień?

Liddy: Pozytywnie, choć czegoś mi brakowało. A u Ciebie?

Mike87: Jest 22-ga, a ja dopiero wróciłem z pracy. Cały dzień był kocioł z nowym klientem, do tego ten upał, że człowiek zaczyna doceniać polską zimę. Teraz miałbym jedynie ochotę poleżeć i nacieszyć się tym, że wreszcie spokój i że wreszcie chłodniej. Czego Ci brakowało?

Liddy: Prawie cały dzień nic nie pisałeś, ale tak myślałam, że jesteś zajęty — tego mi brakowało. To ciekawe co piszesz, bo właśnie robię dokładnie to samo. Okna mam szeroko otwarte, a sama leżę i słucham świerszczy w ogrodzie. Tylko boję się, żeby jakiś tu nie wlazł 

Mike87: Jeśli dobrze pamiętam, co opowiadałaś, to mieszkasz na piętrze, więc nie masz się czego obawiać.

Liddy: Pamiętasz takie detale? Nawet nie wiem, kiedy Ci to powiedziałam! Jeszcze trochę i zacznę się obawiać nie świerszczy, tylko tajemniczego stalkera.

Mike87: I powinnaś! Wierz mi, że dzisiaj miałem taki dzień, że gdybym tylko wiedział, gdzie mieszkasz i byłoby to gdzieś blisko, pojawiłbym się u Ciebie. Ale moje zamiary byłyby niecne tylko odrobinę.

Liddy: Niecne tylko odrobinę? Co to dokładniej znaczy?

Mike87: Pewnie tylko włamałbym się do Ciebie i schował w ciemnym kącie, żeby z ukrycia obserwować jak Twoja pierś unosi się i opada w rytmicznym oddechu… Czy to nie takie sceny wypełniają dziewczyńskie książki o pedalskich wampirach? Żartuję, nie zrobiłbym tego, bo to już naprawdę wygląda jak stalking. Nie zrobiłbym nic na co sama byś mi nie pozwoliła. I przede wszystkim — wszedłbym jak normalny człowiek — drzwiami.

Liddy: To dobrze, bo zabrzmiało jak potworna klisza.

Oczywiście do niczego takiego nie miało dość, ale przyjemnie było pomarzyć. Że może skoro tak dobrze im się pisze, to w realu też będą nadawać na tych samych falach. Że chociaż on wie, jak ona mniej więcej wygląda (nadal nie wymienili więcej zdjęć ponad te, które sami dodali do swoich profili), to jednak on mógł okazać się zapuszczonym brzydalem i co wtedy? Każdy opowiada o tym, że uroda nie ma znaczenia, ale mimo to i tak nikt nie chce brzydkiej partnerki czy partnera. Zawsze można przecież o siebie choć trochę zadbać, żeby stwarzać lepsze wrażenie. Po każdej takiej rozmowie miała gonitwę myśli. Starała się jednak zbyt wiele sobie nie wyobrażać.

Kilka dni później, w piątkowy wieczór rozmowa znowu zeszła na tematy, których rozsądek podpowiadał, by unikać, ale serce miało swoje racje. Zresztą, tłumaczyła sobie — to nie ja zaczęłam.

Mike87: Dzisiaj w drodze z pracy widziałem na ulicy dziewczynę podobną do Ciebie. W pierwszej chwili byłem pewien, że to Ty. Później miałem okazję, by przez chwilę przyjrzeć jej się, kiedy przechodziła na pasach, a ja stałem na czerwonym świetle. Też miała długie i proste rude włosy. Ładną twarz.

Liddy: Niestety, cały dzień byłam w domu. Dziwnie byłoby się spotkać, nie sądzisz?

Mike87: Muszę przyznać, choć pewnie nie powinienem, że aż do teraz miałem cichą nadzieję, że może jednak udało mi się Ciebie zobaczyć. Tak w całości. Wiem, pamiętam, że mieliśmy się nie widzieć, nie spotykać i tak dalej. Ale przez ten moment przyjemnie było o tym pomyśleć.

Liddy: Wiem, co masz na myśli.

Około północy napisał znowu.

Mike87: Muszę Ci coś powiedzieć. Pewnie na trzeźwo bym tego nie zrobił, chociaż teraz też nie jestem pijany — tak dla jasności.

Liddy: Już się boję. Co takiego?

Mike87: Byłem dzisiaj z chłopakami na meczu w barze i wróciłem jakąś godzinę temu. Cały ten czas myślałem o tej rudowłosej dziewczynie. Nie wiem czy to przez to zdarzenie moja wyobraźnia tak pogalopowała, czy to ta nasza relacja, ale byłbym nieuczciwy nie przyznając, że zacząłem inaczej o Tobie myśleć. Mimo że nie chcę i nie powinienem, ale mam wrażenie, że choć nigdy się nie spotkaliśmy, pociągasz mnie. Jakby na moje odczucia o Tobie składało się to, jaka osobowość wyłania się ze wszystkich Twoich wiadomości i to, co sobie wyobrażam sam na Twój temat. Pewnie teraz myślisz, że bredzę po pijaku, ale to nie to. Nie umiem inaczej powiedzieć co czuję. Jestem przez to skonsternowany, ale też chcę, żebyś o tym wiedziała.

Lidka nie była specjalnie zdziwiona tą wiadomością, choć trudno też powiedzieć, żeby jej oczekiwała. Od jakiegoś czasu odczytywała między wierszami narastające między nimi napięcie. Nie wiedziała jednak jak ma na to odpowiedzieć. Cokolwiek napisze, zabrzmi głupio i trywialnie. Co jeśli wypił więcej niż się przyznaje i rano wycofa się z tych słów?

Liddy: Nie wiem co na to powiedzieć. Zaskoczyłeś mnie… Właściwie, mogłeś to zachować dla siebie.

Cisza.

Mike87: Powiedz, czy Ty też choć raz o tym myślałaś?

Liddy: Tak.

Mike87: Co dokładnie?

Liddy: Musimy o tym koniecznie rozmawiać?

Mike87: Musimy. Oboje jesteśmy dorośli, chcę wiedzieć co Ty o tym myślisz. I co myślisz sobie o mnie, kiedy jesteś sama.

Liddy: Masz jakiś dziwny nastrój. Wcześniej się tak nie zachowywałeś. Coś się stało?

Mike87: Sam nie wiem. Jestem w trudnym i abstrakcyjnym dla mnie momencie życia i nie mogę się w tym odnaleźć. Mam wrażenie, że przyjdzie mi postawić niedługo wszystko na jedną kartę i boję się jak na tym wyjdę.

Zawahała się. On rano będzie mógł zrzucić wszystko na głowę zamroczoną alkoholem, ale ona nie piła, pisze na trzeźwo, a do wiadomości, które wyśle można wrócić w każdej chwili. Ale w końcu — przecież tak naprawdę nawet się nie znamy — pomyślała.

Liddy: Ech… Tak, czasami zastanawiam się nad tym jaki masz głos, jak wyglądasz i jakie sprawiasz ogólne wrażenie. Ale czasami chciałabym też móc Cię dotknąć i przekonać się jak by to było między nami w rzeczywistości.

Mike87: Podoba mi się u Ciebie to, że czasami opowiadasz o czymś w seksowny sposób. Chodzi mi o słowa jakich używasz. Zwracam na to uwagę, chociaż Tobie przychodzi to pewnie zupełnie mimochodem.

Liddy: Ta rozmowa schodzi na niebezpieczny grunt.

Mike87: Wiem, ale podoba mi się to. Nie masz ochoty trochę puścić wodzę fantazji?

Liddy: Może i mam, ale nie wiem co dokładnie chodzi Ci po głowie.

Mike87: Wiesz dokładnie. Jestem prawie pewien, że w tej chwili cała się zarumieniłaś.

Oczywiście miał rację.

Liddy: Skąd wiesz? Podglądasz mnie?;>

Mike87: To byłoby perwersyjne, ale chciałbym. I wiesz co chciałbym wtedy zobaczyć?

Liddy: Co?

Mike87: Chciałbym zobaczyć, jak radzisz sobie z upałem w taką noc jak ta. Niejeden raz wyobrażałem sobie twoje rozsypane na poduszce rude włosy i ciało prześwitujące spod spranej koszulki do spania. Bezładnie rozrzucone nad głową ręce. Myślę, że jesteś pewną siebie dziewczyną, która nie zaprząta sobie głowy dobieraniem piżamki do kompletu. Niejeden raz w myślach zdejmowałem z Ciebie tę koszulkę i kochałem się z Tobą na wszystkie możliwe sposoby…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 17.75
drukowana A5
za 37.16