Szkice deszczem

Bezpłatny fragment - Szkice deszczem

Objętość:
140 str.
ISBN:
978-83-8104-216-1

Prof. Grzegorzowi Gaździe, dzięki któremu zacząłem pisać i publikować recenzje

Fascynacja upadkiem

(o wierszach Mirosławy Marinow z tomiku Ja woda)

„Jestem kobietą której obnażono płeć/ i odebrana mi jest moja moc”. Takim mottem otworzyła swój debiutancki tomik Ja woda Mirosława Marinow. Zdanie to, jak okrutna skaza, ciąży na zawartych w nim wierszach. Autorka przeżywa bolesny dramat swojej kobiecości. Poprzez zbuntowany nihilizm przeprowadza negację wartości, które stoją w opozycji z jej osobistymi normami moralnymi. Odrzuca kobiece ciepło i opiekuńczość, co uwidacznia się zwłaszcza w wierszach o charakterze erotycznym. Marinow próbuje epatować odbiorcę mniej lub więcej czytelnymi wulgaryzmami. Jej wiersze są utrzymane w konwencji poezji kobiecej w pewnym sensie „odfeminizowanej”, która jest w ostatnich latach talk modna wśród piszących pań, że wspomnę tylko E. Karpinowicz, A. Biedę — Wiśniewską, E. Ostrowską czy S. Pułę. W licznych tekstach razi kalectwo emocjonalne ukierunkowane na odrzucenie wyższych uczuć. Miłość dla autorki i zdaje się, że zarazem bohaterki wierszy, to druzgocąca klęska rozbijana falami wyuzdanego, bolesnego erotyzmu przemieszanego ze strachem o ukochanego.

„Mężczyzna subtelnie rozbierając dziewczynę

fachowo drażni jej sutki

Dziewczyna jest porażona

ale kocha go

Kiedy naga leży pod kołdrą

a on wsuwa się do niej

przez chwilę dotyka ją

obcy drąg…”

I dalej:

„Kiedy on przechodzi przez jezdnię

ona umiera

by go nie zabito…” (s. 13)

Psychika bohaterki tekstów Marinow, kreowana w wierszach, poszukuje uczucia, a nie mogąc go znaleźć, z powodu własnego kalectwa, stara się szargać to co piękne i wartościowe. Autorka ukazuje kobiety czy kobietę chorą z braku autentycznej miłości. Nienawidzącą seksu, który jest jednak nieodzownym składnikiem gry. Bardzo ponurej, ciemnej, rozgrywającej się w piwnicach rzeczywistości. W niekonsekwentnej kreacji twierdzi, że jest dziewicą, by w kolejnym tekście mówić ustami bohaterki o oddawaniu się „nieszczęsnym zboczeńcom” a nawet ojcu, który trzymał ją mocno w przegubach i zapładniał na stojąco (s. 8). Choroba braku uczuć jest podkreślana poprzez umieszczenie akcji w szpitalach, salach operacyjnych, domach dla obłąkanych.

„Na każdy drewniany stół operacyjny

wniesiono ułożono to

Dwóch mężczyzn w białych fartuchach

opracowywało to

To było szczęśliwe

to tylko było

Było to dużą chudą kobietą” (s. 35)

Czy w innym miejscu:

„… weź łyżkę

ginekologiczną

najlepiej

może uda Ci się to usunąć…” (s. 30)

Często, obsesyjnie niemal, pojawiają się w wierszach żmije, węże, krem do twarzy i woda. Z ich pomocą Marinow stara się budować obrazy stanowiące swoiste wykrzywienie rzeczywistości, którym brak jednak istotnego przesłania.


Na pierwszy plan wysuwa się wszechobecna degradacja wyższych wartości. Rzuca się w oczy wypalona przestrzeń niezdolna do tworzenia piękna, choć pragnąca go i jednocześnie z całą świadomością odrzucająca możliwość jego posiadania i poszerzania.

„… — oto dziecko z przedwcześnie rozwiniętą macicą

z rosnącym przerażeniem śliniące palce

onanizowało się w ubikacji

— oto dziewczyna o krwawiących powiekach krzyczała

gwałcona nad przepaścią…” (s. 34)

Anatomia rozpadu żyjącego ciała będąca chwytem dość powszechnie używanym przez autorów najmłodszych pokoleń, u Marinow zdaje się wkraczać w sferę osobistych wynurzeń.

„Rozwiązuje się brzuch

miękną uda …” (33)

Roznegliżowane wnętrze staje się barierą w odbiorze, równocześnie znosząc granicę między światem realnym i fantazją poetycką.

„Jeszcze nigdy nie byłam kobietą

Jeszcze nigdy nie spałam z mężczyzną…” (s. 62)

Ciekawe natomiast są próby reportażu poetyckiego (s. 16) a wręcz doskonałe niektóre, z krótkich form, choć jako całość zdają się być tylko zapisem, z którego autorka dopiero zamierza przygotować rozbudowany tekst.

„Szerokimi schodami wchodził śnieg na palcach” (s. 43)

Czuć tutaj ulotność sytuacji, jej delikatność wysublimowaną do granic jednego zdania.

Miejmy nadzieję, że w tym kierunku rozwijać się będzie twórczość Mirosławy Marinow. Zbyt wiele słów zaciera często prawdziwą wartość zapisanych myśli. Bunt natomiast powinien stawać się pomocą nie zaś przeszkodą. „Poety nigdy nie można zabić do końca” (s. 27) — to zdanie niech będzie prawdziwym mottem przy czytaniu tego tomiku.


Mirosława Marinow, Ja woda, Łódź 1987

„Odgłosy”, nr 37, 12 IX 1987

Cyrograf na własne życie

(o wierszach Sabiny Puły z tomiku Kuszenie)

„nic prostszego/dać swoje ciało w zastaw/

później wymioty/ zdzieranie pumeksem skóry/

a samcom nigdy dość/ żywego mięsa” (s. 16)

Nic prostszego od negacji uczucia nie może stworzyć umysł kobiety tego uczucia spragnionej. To prawda, że cielesność niweczy kruchość uniesień duszy, ale przecież seks (nawet wyuzdany) może być podporą miłości, upiększyć ją. Dlaczego więc młoda poetka Sabina Puła mówi mężczyznom NIE w swoim zbiorku poetyckim Kuszenie!? Czyżby z przekory? Może właśnie przewrotne kuszenie jest prawdziwym obliczem, negacja zaś dodającą tajemniczego powabu zasłonką?


„malowałam siebie/ jako dziewczynkę o niebieskich oczach/ z wstążką w warkoczu/ mężczyźni wzięli do rąk pędzle/ (…)/zachlapali właściwy dziecku uśmiech/ — nie taką chciałam siebie namalować” (s. 6)


Tak! To nie ja, nie ja jestem niedoskonała — zdaje się krzyczeć dziewczyna z wierszy — to oni — mężczyźni niszczą moją dziecięcą niewinność. Ale „gdy zechcesz/ zgłębić moje myśli/ (…)/ opowiem ci zmyślone historyjki”. (s. 9)

Wiersz jest samoobroną. Ucieczką przed światem i ucieczką w siebie przed sobą. Autorka kreuje swoją bohaterkę na kobietę pełną sprzeczności, targaną w myśl łacińskiego przysłowia „Odi et Amo”, miłością i nienawiścią. Bohaterka wierszy siedząca po uszy w idealizmie podpartym wspomnieniami z kolorowego pokoju dzieciństwa, marzy po kobiecemu o uczuciu, o księciu z bajki. Rzeczywistość przeraża ją jednak. Mężczyzna jest wyuzdanym potworem depczącym kruchość marzeń. Trzeba go się bać, odrzucać, wyszydzać i … oszukiwać. Nie pokazywać swojej twarzy, kłamać. „Jestem stłuczone zwierciadło” i odbijam tysiąc obrazów. Który jest prawdziwy? Strach i ostrożność wszędzie węszą fałsz — na początku okazał się szczodry/ zapragnął dla mnie/ jednoosobowej celi/ później zechciał zamknąć mnie w ramionach/ na koniec umieścić w dłoni/ jak kruszynę/ — nie wierzę/ na pewno nakarmiłby swoją gołębicę”. (s. 10)

Ale z drugiej strony istnieje siła świadomej kobiecości: — „nie dodawaj mnie/ do swojego przekładańca/ łóżko/ praca/ dziecko/ bo wypełnię wszystkie/ szczeliny/ i zniszczę jak woda”. (s. 13)

Siła kobiecości roznamiętnionej i władczej choć bezwolnej wobec własnej potrzeby bycia podziwianą i kochaną. Sprzeczność zatracenia budzi grozę i … litość. Bohaterka wierszy Sabiny Puły to dynamit z podpalonym lontem włożony w rękę dziecka jedzącego loda na patyku. Ileż obłudy i nienawiści w szczerych wybuchach słów: „oczyszczam się w dotyku/ coraz to innych barków” (s. 24), „spluńmy sobie wzajemnie w twarz/ — jedynie to uczynimy szczerze”. Dla zrezygnowanej kobiety z kart Kuszenia „sex to tylko sport”(s. 29). Może dlatego, że „nie jesteśmy wieczni/ ani ja/ ani ty/ możemy grzeszyć” (s. 24) i dlatego też „wstydząc się swojej nagości/ przesłonię ją/ pierwszym lepszym/ kochankiem” (s. 36). Cóż! To pierwsza większa publikacja, nie licząc folderku wydanego przez łódzki „Wiadukt”. Za wcześnie jeszcze na ocenę. Miejmy nadzieję, że ta bardzo kobieca poezja znajdzie sobie przychylnych czytelników.


Sabina Puła, Kuszenie, Kraków 1987

„Odgłosy”, nr 24, 11 VI 1988

Autobiograficzna poezja Marka Pelizga

(o wierszach M. Pelizga z arkusza poetyckiego Ananke)

„poganiasz mnie ziemio/ twarda/ bym stał się

 bezkształtny/ i / zarósł w siebie”

Są słowa, które można kreować poprzez uczuciową motywację będącą motorem ich użycia. Ale są i słowa płynące z potrzeby ducha, z wewnętrznego krzyku cierpiącego na niedosyt marzeń serca. Te słowa właśnie stały się domeną poezji młodego twórcy rodem z Sieradza — Marka Pelizga.

W autorskim arkuszu zatytułowanym Ananke, a wydanym przez Klub Pracy Twórczej przy Wojewódzkim Domu Kultury w Sieradzu, Pelizg daje nam przepustkę do swoich złudzeń o szczęściu (bo właściwie czym jest szczęście jeśli nie złudzeniem?). Pozwala zajrzeć do intymnych zakamarków jego ja. Poeta nie chce życia cukierkowego, choć to ostatnie jest symbolem spokoju i matczynych dłoni — „uwolniony/ potykam się/ o zielone cukierki matek początku” — a może nie chce także matczynych dłoni? Pragnie jednak ciepła rąk, kobiecych dłoni pod opuszkami palców — „Twoje włosy, mej dłoni poznane — to pławiący się deszcz/ zadowolony ze swej nagości”.

A jednak nie wszystko opromienia dziewczęcy uśmiech. Nawet on nie pokryje rzeczywistości, nie odgrodzi od niej. Pelizg cierpi na rzeczywistość. Pragnie żyć inaczej — co jest niemożliwe zawsze i wszędzie. Właściwie jest to odwieczny bunt przeciwko temu, co otacza bez względu na charakter. Zawsze jest punkt zaczepienia, który popycha do negacji: „róże dalej mają kolce/ mój życiorys w dzienniku/ świat się śmieje/ słonie nie mieszczą się w karafkach, dlaczego?”.

Ale jednak wyjściem jest uczucie, które może choć na chwilę ukoić ból choćby ułudą. Miłość jest wykładnią naszych oczekiwań i kiedy trzeźwiejemy nie zawsze ideał jest zgodny z tym, co przed oczyma. „A miłość/ plecak, wydeptane ścieżki — na których mówiłem słowa/ tak wielkie jak góry które mnie otaczały/ czy te skarby pozostały tylko moje?/ Ona — moja wyspa, nadzieja …/ chleb!/ Marek!/ coraz bardziej pragnę odejść od Ciebie…/ zgasły świece/ zimny chłód …”, ale, mimo wszystko” „Kiedy będziesz blisko, zapukaj”, „nie oddam nigdy tego/ co jest między nami…/ twemu ciału sen ten zawdzięczam”.

Bunt i radość serca. Pragnienie spełnienia i spełnienie się w uczuciu, a jednocześnie jego destrukcja. Szalony świat sennego milczenia przeplatanego krzykiem. Całości dopełnia symboliczna świeca na okładce autorstwa Andrzeja Adamczewskiego.

M. Pelizg nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Następna publikacja przyniesie z pewnością wiele nowych akcentów, które wyraźniej wykreślą jego poetycką drogę. Choć sam twierdzi, że „nie słowa lecz czyny” — to jednak pierwsze podparte drugimi dadzą z pewnością przepustkę do dalszej twórczości.


Marek Pelizg, Ananke, Sieradz 1987 (oprac. red.: Jan K. Szczęsny; oprac. graf. i ekslibrys: Andrzej André Adamczewski; wydawca: Klub Pracy Twórczej przy WDK w Sieradzu)

„Nad Wartą”, nr 22, 2 VI 1988

Gorączka negacji

(o wierszach Marka Jankowskiego ze zbiorku Pomiędzy woskiem a płomieniem)

Jak wiele bólu może zmieścić się pomiędzy woskiem a płomieniem? Jak jest natura tego przedziwnego obszaru? Jakie miotają nim burze i zmiany temperatur uczuć? Trudno odpowiedzieć jednoznacznie i wyczerpująco na pytania, na pytania stawiane od niemal zarania dziejów przez maluczkich i wielkich filozofów. Nie znajdziemy odpowiedzi w pełnym poszukiwania tych największych wartości zbiorku poetyckim Marka Jankowskiego, zatytułowanym Pomiędzy woskiem a płomieniem. Jest w nim jednak wiele zwątpień i dążenia do określenia własnej wartości i sensu życia swojego i świata w ogóle. Nie jest niczym nagannym dążenie do określenia swojego miejsca ani rozwijanie szeregu wątpliwości — kto wątpi ten ma własne zdanie, własną osobowość, ten samodzielnie myśli poszukując własnych prawd. Dochodzi często do wartości uniwersalnych będąc przy tym nie tylko bezwolnym naśladowcą cudzych pragnień, przemyśleń i błędów, ale i tworząc nowe, twórcze wartości.

Jankowski w gorączce negacji zapędza się częściowo w obszary spenetrowane wcześniej, choćby przez tak modnego niedawno Stachurę. Robi to jednak w sposób tak indywidualny i pełen własnych przeżyć i przemyśleń, że nie ma tutaj mowy o żadnym naśladownictwie, choć poetyka wierszy nie jest jeszcze oryginalna — lecz jak na tomik debiutancki już dojrzała.

Pewien kult śmierci, samotności i odejścia przybliża poetę do pokolenia piszącego w latach 60. XX w., choćby do Grochowiaka.

„Nie płacz

spytaj wierzby przy drodze

spytaj polnej myszy

każdy z nas

to tylko przechodzień” (s. 10)

Jest jednak u Jankowskiego świeżość dostępna właściwie tylko debiutantom, choć nie opierająca się na nowości tematu czy formy, ale jednak tchnąca indywidualnością spojrzenia na powszechnie znane sprawy:

„(…)

najtrudniej kochać tych

którzy nas kochają” (s. 11)

Pesymizm nie płynie tu z chęci niszczenia otaczającej rzeczywistości czy burzenia uznanych przez ogół wartości lecz z wrażliwości buntującej się przeciwko zastanemu porządkowi, który kłóci się z delikatnością marzeń i doznań nie skorodowanej życiem duszy:

„(…)

odejdę pierwszy ściągając za sobą

obrus różowiutkich uczynków

którymi chcieliście mnie karmić

pozbieracie skorupy

i … ułożycie z nich mozaikę

świnię — skarbonkę

do której już nikt nie wrzuci

zgorszenia” (s. 1)

Ale ta rzeczywistość boli i tkwi głęboką zadrą w świadomości. Nie sposób o niej nie myśleć, gdy obraz codzienności przedstawia sobą ruinę wiary zaszczepionej bez pokrycia od kołyski.:

„Przestańcie wreszcie wy poeci

pisać o wierzbach

oni powyrywali tysiące polskich wierzb

które nie miały siły nawet płakać” (s. 16)

Kształtu braku nadziei dopełniają bezduszni i głupi ludzie, których pełno w każdym społeczeństwie, ale i z tym trudno się pogodzić dopóki człowiek jest na tyle młody, że nie poddał się jeszcze życiu:

„Myślałeś — ruszę te odwieczne mury

z posad głupoty

tylko klęski bywają

niezmienne przyjacielu

zwycięstwa wcześniej lub później

pogrzebią ci co za nami

przed nami i obok” (s. 13)

Przy całym buncie Jankowskiego wydaje się jednak wyłaniać nowy sposób patrzenia, który być może stanie się wykładnią rozwoju osobowego i twórczego autora. Jest to jakby pogodzona buntowniczość z iskierką wiary w dobre trwanie i zakończenie:

Mały monolog IV

Przeklinam…

Nieprawda, nigdy nie jest

tak, że człowiek odrzuca

wszystko. Zawsze zostaje

jakaś cząstka piekła, ziemi

lub nieba, które pozwala

czekać — przetrwać” (s. 4).

Marek Jankowski, Pomiędzy woskiem a płomieniem, Sieradz 1988 (wydawca: Wojewódzki Dom Kultury w Sieradzu; oprac. red. Elżbieta Niedzielska; oprac. graf. Jerzy Knop)

„Nad Wartą”, nr 25, 31 V 1989

Wolne wnioski

(o wierszach członków zduńskowolskiego Klubu Literackiego „Topola” ze zbioru Topolowe strofy)

Biorąc do ręki Topolowe strofy doznaje się dziwnego uczucia pełnego zaskoczenia. Skąd takie przedziwne wrażenie? Przede wszystkim z powodu szaty graficznej, a raczej jej braku — nie można bowiem nazwać powyższą nazwą czarnej okładki z maleńkimi czcionkami tytułu i wyglądającymi jak nekrologi cytatami, przeważnie z „Życia Zduńskiej Woli”, zamieszczonymi na tylnej stronie okładki. I nagle, ni przypiął ni przyłatał, na 28 stronie reprodukcja (jedyna zresztą w tomiku) przedstawiająca ekslibrys Topoli’87.

Po pierwszym niemiłym wrażeniu przechodzimy do lektury zawartych w tomiku wierszy. I tutaj jednak następuje zdziwienie — podtytuł zbiorku brzmi „Z twórczości literackiej członków…”. Pomijając fakt przekłamania — nie ma tutaj twórczości literackiej lecz sama poezja występuje na jej stronicach — pomijając zatem tę drobnostkę, zaskakuje dobór tekstów. Wydawać mogłoby się, że oczekiwać należy reprezentatywności w publikowanych utworach. Tak jednak nie jest. Razi nie tylko zły warsztat, ale i banalność tekstów. Przy czym nie można na podstawie dwóch wierszy (po tyle opublikował w zbiorku każdy z 12 autorów) ocenić wartości dorobku autora. Można natomiast dokonać oceny publikowanych tekstów. Po ich lekturze nasuwa się następujący wniosek — redaktor (Tadeusz Zawadowski) nie przemyślał koncepcji tomiku ani, jak się wydaje, nie przeczytał najprawdopodobniej tekstów przed ich publikacją. Skąd takie stwierdzenie? Stąd, że nie publikuje się z oczywistych powodów poezji młodopolskiej pisanej kilkadziesiąt lat później, gdyż nie ma to najmniejszego sensu. Przykładem Kres wędrówki (s. 26). Nie publikuje się, poza wykazaniem ich kuriozalności w obecnych czasach, wierszy socrealistycznych (Poranek, s. 22). Razi płaski banał na stronie siódmej. A’ propos banału — pięknie określił go Henryk Heine mówiąc: „ktoś kto pierwszy porównał kobietę do kwiatu, był poetą, ale następny już cymbałem”.

Dużo na tych stronach patosu — nie należy wątpić, że intencje autorów były jak najlepsze — generalnie zawiódł jednak redaktor — do niego należy przecież logiczna kompozycja, której tu brak, do niego należy także ostateczna selekcja tekstów, a tej także nie widać. Odnosi się wrażenie, że autorzy (poza Feliksem Rajczakiem) dali po dwa teksty, umieszczono je kolejno według nazwisk i … tak już zostało. Smutną tą refleksją wypada zakończyć tę garść uwag, które aczkolwiek niekompletne (np. brak pochwał), nasunęły mi się przy lekturze.

Ps. Żałować należy, że zabrakło informacji o miejscu i roku wydania.

Topolowe strofy. Z twórczości literackiej członków Klubu Literackiego „Topola”. Wydawca: Wydział Kultury Urzędu Miejskiego w Zduńskiej Woli; Towarzystwo Przyjaciół Zduńskiej Woli

„w DRODZE”

Jednodniówka artystyczna Klubu Pracy Twórczej (Sieradz), XI 1989.

Wspomnienia działacza

(o prozie Władysława Strzeleckiego ze zbioru Miłości moje …)

Wbrew pozorom ukazuje się bardzo dużo książek nawiązujących tematyką do Łęczycy, regionu łęczyckiego czy ludzi wywodzących się stąd lub tutaj pracujących. Chociaż czasy nie są najlepsze, wydaje się jednak pewną ilość tego typu deficytowych wydawnictw, jak wspomnienia. Owszem, pamiętniki ludzi znanych lub przynajmniej biorących udział w ciekawych wydarzeniach, idą jak woda. Inaczej rzecz się ma jednak w przypadku życiorysów ludzi, którzy działali, niczym szczególnym nie wyróżniając się przecież.

Tego rodzaju pozycją są wydane w niewielkim nakładzie 300 egzemplarzy wspomnienia Władysława Strzeleckiego, a zatytułowane Miłości moje… W. Strzelecki urodził się w 1915 roku w Borzymowicach koło Włocławka. Był dzieckiem chłopskim, udało mu się zdobyć mimo to wykształcenie — w 1936 roku skończył mianowicie Seminarium Nauczycielskie w Łęczycy. W czasie okupacji wywieziono go na roboty przymusowe do Niemiec. Po powrocie do kraju podjął pracę nauczycielską w Uniwersytecie Ludowym w Bryskach pod Łęczycą. Od 1947 do 1948 pełnił funkcję przewodniczącego Powiatowej Rady Narodowej w Łęczycy. Następnie działał w różnych województwach jako działacz wysokich szczebli w ZSL i TPPR. Czytelników „Ziemi Łęczyckiej” zaciekawi pewnie fakt współredagowania przez Strzeleckiego w latach 1956 — 1962 właśnie „Ziemi Łęczyckiej”.

Wstęp do książki przygotowanej do druku przez Marka Jędrasa a wydanej przez Wojewódzki Dom Kultury w Sieradzu, napisał Jan Krzysztof Szczęsny. Wspomina w nim m.in. o kilkudziesięciu książkach, których autorem lub współautorem był Władysław Strzelecki. Dwie pozycje związane są z Łęczycą. Pierwsza z nich to Obrazki sceniczne — Boruta na weselu opublikowane w 1934 roku. Druga, o życiu bezrobotnych nauczycieli, ukazała się w Łęczycy w roku 1938. Bracia — taki tytuł nosi książka — zawierają także opisy z odsłonięcia w Gostkowie pomnika ku czci legionistów Piłsudskiego. Bracia byli szeroko omawiani na łamach prasy przedwojennej. Pisali o nich Władysław Spasowki i Leopold Staff.

Czytając książkę Strzeleckiego odnosi się wrażenie, że stronice są pisane chaotycznie, czuć resztki ideologii minionego okresu, chociaż autor sięga także poza publicystykę społeczną, umieszczając fragmenty intymne, a nawet erotyzujące. Łęczycaninowi rzuca się jednak w oczy nagięcie tekstu pod wydawcę sieradzkiego — gros wydarzeń dzieje się w Łęczyckiem. Strzelecki doskonale o tym wie, przekłamuje jednak treść z uporem pisząc, że są to wspomnienia sieradzkie. Nie pierwszy to przykład okradania Ziemi Łęczyckiej.

Jan Krzysztof Szczęsny, skąd inąd zasłużony dla promocji kultury łęczyckiej, napisał we wstępie: Miłości moje… są wyrazem hołdu złożonym Ziemi Sieradzkiej, będącej w średniowieczu obok Małopolski, Wielkopolski, Pomorza, Śląska i Kujaw wraz z Ziemią Łęczycką „siódmą prowincją”.

Interesujący jest fragment wspomnień Strzeleckiego o jego przedwojennych kontaktach z Uniwersytetem Ludowym w Bryskach. Tutaj nawiązał wiele przyjaźni i znajomości, a w pobliskiej Łęczycy poznał swoją przyszłą żonę — pochodzącą ze Świnic Warckich „za górami” — Halinę Stępniewską pracującą w szkole w Krzepocinku. Książka zawiera zdjęcie uczniów na dziedzińcu szkolnym wykonane w 1939 roku. Strzeleccy wzięli konspiracyjny niemal ślub w Świnicach Warckich. I jeszcze jeden łęczycki akcent — wierszyk, raczej żartobliwa pioseneczka na ludową melodię:

„Na świnickim polu dwa świerszczyki stoją

na łęczyckim trzeci tam me serce leci”

Lanciciana — książki o tematyce łęczyckiej — nie są w kraju rzadkością, ale czasem trafiają się tak małe nakłady, że Łęczyca może się dowiedzieć o tego typu publikacjach, co najwyżej przypadkiem lub …wcale. Warto więc na łamach „Ziemi Łęczyckiej” choć wspomnieć o nich.

A swoją drogą jestem ciekaw czy ocalały w Łęczycy egzemplarze Braci Boruty na weselu?

Ps. Szkoda, że cykle wydawnicze nadal są tak długie — książka ukazująca się pod koniec roku 1990 nosi datę wydania z roku ubiegłego.


Władysław Strzelecki, Miłości moje…, Sieradz 1989 (oprac. graf. Joanna Papierz)

„Ziemia Łęczycka”, nr 17 (622), 7 XII 1990

Refleksyjna opowieść o codzienności

(o prozie Marii Magdaleny Człapińskiej z książki Z nurtem rzeki)

Miłośnikom literatury z Sieradzkiego Marii Magdaleny Człapińskiej przedstawiać nie trzeba. Pomimo niedługiej drogi artystycznej (debiut w 1986 roku), osiągnęła już znaczące sukcesy literackie, z których najbardziej prestiżową była uzyskana w 1989 roku, pierwsza nagroda w ogólnopolskim konkursie literackim im. A. Polewki w Krakowie za powieść Z nurtem rzeki. Książkę wydaną przy pomocy WDK (Wojewódzkiego Domu Kultury w Sieradzu) polecam wszystkim czytelnikom, którzy kochają spokojną prozę. Piękny poetycki język, jednostajna narracja, niczym nurt rzeki. Szkoda tylko, że kreacja postaci bohatera — chłopca przez kobietę powoduje „zdziewczęcenie” sposobu myślenia. Staszek jest w nim bardzo kobiecy i kobieco romantyczny, pełen delikatnego rozmarzenia.

Doskonale uchwycona atmosfera Kujaw — miejsca akcji — sprawia, iż podczas czytania mimowolnie odnosi się wrażenie stania nad brzegiem Wisły opodal włocławskiego mostu i uczestniczenia w pracy rzecznych rybaków. Samo miasto pełne nędzy i złudzeń jest wspomnieniem typowego dla międzywojennej Polski pejzażu, wyczuwalnego w zaułkach Włocławka do dziś. Czyta się z ciekawością, choć rytmiczność tekstu powoduje z czasem monotonię. Zbytni realizm opisywanych wydarzeń powoduje jednak dysharmonię przy zastosowaniu opisów poetyzowanych. Autorka tworzy z powieści rodzaj pamiętnika dojrzałego człowieka wspominającego, przy użyciu czasu nie przeszłego lecz teraźniejszego, swoje dzieciństwo i dojrzewanie.

W klasycyzujący sposób Człapińska przedstawia dość typowe dzieje, czy też typowy los człowieka dorastającego krótko przed wojną i w czasie okupacji. Niektóre wątki są potraktowane jednak dość ogólnikowo. Zbyt dużo szczegółów zaciera dynamikę akcji, znów zwycięża konwencja toczącej się wody. Urywane fragmenty niby wspomnień sprawiają wrażenie, że czyta się autentyczny pamiętnik, że pojawia się przed oczami Staszek opowiadający o pokazywanych fotografiach. Urywki zdarzeń — podczas lektury traci się poczucie obcowania z literacką fikcją. Gwałtowne przeskoki akcji kumulują na kilku kartach okres jeniecki i okres wojny. Powrót do domu odbywa się w atmosferze braku radości, wszystko jest oczywiste, niczym objęcie po ojcu zawodu rybaka. Niczym poddanie się trybowi życia zbliżonemu do wegetacji, podporządkowanie rytmowi przyrody. Śmierć Katarzyny nie jest realnym odejściem kochanej kobiety, a raczej klęską marzeń, zaledwie zaznaczonych muśnięciem pióra w tekście. Mimo małżeństwa z córką sąsiadów Staszek tęskni za Katarzyną, nawet w oczach syna dopatruje się spojrzenia niedopełnionego uczucia. Zwyczajne, prozaiczne bytowanie. Cień rzeki obecny jest wciąż w pobliżu — ogrom przyczajonej wyroczni odzwierciedlającej upływający czas. Finałem przetaczającego się życia, jest wysiedlenie z podwłocławskiej wioski — zwyczajny los ludzi poddanych procesom urbanizacji ziemi, rodzinnego kąta zmieniającego oblicze i charakter wraz z całym krajem. Nie zmienia się tylko rzeka. Potężna, wielka, piękna, nieokiełznana i święta. Tę refleksyjną opowieść o zwyczajnych ludziach z pewnością warto przeczytać.


Maria Magdalena Człapińska, Z nurtem rzeki, Sieradz 1992


(Recenzja książki Z nurtem rzeki została chaotycznie skrócona i przeredagowana przez Redakcję „Gońca”, co zatarło jej sens i logikę. Oryginalny tekst niestety nie zachował się. Prezentowany materiał jest nieautoryzowaną wersją opublikowaną przez Redakcję „Gońca”.

„Goniec”, nr 31 (61), VIII 1992

Adama Szypera czułość w podróży

Kraj zamknięty przez dziesięciolecia dla emigracyjnej kultury, otworzył obecnie swoje podwoje dla twórców żyjących poza granicami. Różne są te powroty. Jak powiedział podczas ostatnich Dni Kultury Żydowskiej na krakowskim Kazimierzu ambasador Izraela Miron Gordon — jedni wracają sami, inni w postaci wystaw, książek i koncertów. Niektórzy, tak jak Adam Szyper, poeta urodzony w 1939 roku w Łodzi, powracają osobiście po to, by przekazać staremu krajowi swój niebagatelny dorobek wyrosły na obczyźnie, ale z polskiego ziarna.

Adam Szyper jako dziecko przeszedł piekło obozów. Przeżył, by wyjechać w 1957 roku do Izraela, a następnie do USA, gdzie mieszka do dziś. Podróż przez życie, znaczył Szyper nicią poezji, która łączy Polskę, Izrael i USA. Wiąże w jeden świat, któremu na imię wrażliwość na to co otacza, a szczególnie na ludzką krzywdę, wyrządzaną przez własny gatunek lub przez ślepy los.

Element strachu, syndrom niebezpieczeństwa pojawia się w wielu utworach poety. Odnosi się wrażenie, że autor, który przeżył Apokalipsę, żyje wciąż w jej cieniu, czekając na powtórzenie się koszmaru. Analizując rzeczywistość Szyper dostrzega tragedię cywilizacji wyżynającej się od stuleci. Odbierającej sobie własne dziedzictwo, energię i najlepszych przedstawicieli w imię czegoś, czego w zasadzie nikt nie jest w stanie rozsądnie sprecyzować.

Polsko — żydowskie korzenie Szypera, na amerykańskiej ziemi wydały owoc w postaci wierszy, które choć pisane w konkretnych latach, czasowi opierają się i przechodzą ponad nim w wymiar uniwersalny. W wymiar ponadpoetyckiego proroctwa (które oby nie spełniło się).

Nie ma w poecie, a raczej w jego twórczości, zabójczej nienawiści. Jest świadomość zagłady dawnej i obecnej. Proroctwo serc. Tych pękniętych i tych spełnionych w ochronie własnego szczęścia. Nawet, jeśli tylko w wymiarze najmniejszym, jakim jest rodzina, czy syn. Pomimo świadomości krzywdy wydaje się, że magiczna czerń Auschwitz, która powinna zostawić krwawą pręgę na strofach poety, bólem wyżłobiła w duszy bruzdę nadwrażliwości, pozbawioną jednak żądzy nienawistnego odwetu.

Nie ma wyrafinowanej premedytacji. Jest świadomość i obawa. I wielka zdolność postrzegania źródeł, oczywistego dla innych zła, które ma swoje konkretne podłoże. Szyper nie przechodzi obok niego obojętnie. A jego czułość w podróży poetyckiej, znaczą słupki milowe wierszy. Przewija się w nich i rodzina i obóz. Pojawia się w licznych obrazach Nowy Jork. Ale i miejsca znane z peregrynacji, czy tylko ze znajomości historii i literatury.

Autor poszukujący poetyckiego szczęścia, nie zabłądził, a nawet dopomógł mu formując język polski w piękne i mądre wiersze. Przejrzyste w formie i treści. Zaciekawia liryczna uroda utworów nacechowana obserwacją. I z pewnością właśnie tej wnikliwej, często psychologicznie dogłębnej, a chwilami zbliżonej do socjologicznej syntezy, obserwacji, zawdzięcza Szyper tajemnicę wartości emocjonalnej swoich tekstów. Pociągają i zaskakują, tak jak pociągać i zaskakiwać może tylko niespodziewana i oczywista prawda.

Nie osiąga tego poeta przez zbędne opisy lecz poprzez konsekwentne dążenie do pointy. Mieszają się w harmonijną całość, religia i codzienność, słowiański melancholizm i nowojorska frustracja, przybrane żydowskim realizmem ze skazą Holocaustu.

Rzeczywistość Szypera nie zamyka się jednak w kręgu jednej kultury czy religii. Wyrasta ponad nią i łączy wszelkie doświadczenia w specyficzny świat. Dlatego z pewnością wiersze te przetrwają próbę czasu, tak jak przetrwały próbę przekroczenia granicy. Tomy wydane w Polsce dowiodły, że tworzone za granicą nie są hermetyczne i odległe. Opisywane wydarzenia za Oceanem stają się podczas lektury równie bliskie, jak drzewo za oknem. Świat Szypera jest podobnie zrozumiały, jak świat każdego polskiego twórcy. Scenografia Stanów Zjednoczonych w tym kontekście nie jawi się, jako krajobraz obcej planety. Ona tylko podkreśla klimat wydarzeń — ich ciężar gatunkowy; powoduje, że gdyby odwrócić monetę i przenieść treść wierszy w scenografię polską, dla Amerykanów stałyby się równie zrozumiałe w odbiorze, jak obecnie dla czytelnika europejskiego. Prawdziwym bohaterem poezji Adama Szypera jest bowiem człowiek — zagubiony półbóg, a może półdemon. Jeśli jeszcze zostało między tymi poszczerbionymi połówkami miejsce, to jeszcze trochę ptak ze złamanym skrzydłem.

Dobrze, ze te skrzydła przyniosły Adama Szypera do Polski.

„Siódma Prowincja”, nr 9, XII 1992

Jeszcze codzienność

(o wierszach Ryszarda Sidorkiewicza z tomiku Jeszcze …)

Twardość poety — chropowatość postrzegania świata — bywa najczęściej wyrazem braku zgody na zastaną rzeczywistość, jak i wyrazem kompromisu między delikatnością uczuć a zezwierzęceniem. Przez tysiące lat swojego trwania populacja haomo sapiens nie rozwinęła się w sensie moralnym, ani na jotę. Zbrodnie faraonów czy Aleksandra Macedońskiego nie są w niczym gorsze od rzezi na Bośniakach. Są to aksjomaty, które przenikają wiersze Ryszarda Sidorkiewicza z tomu Jeszcze …

Poeta tych myśli nie wyraża otwarcie, one płyną bardziej z ducha niż z litery. Jest to przesłanie raczej kierowane do podświadomości i z podświadomości, niż przekazywane w odczytywalnych, oklepanych zwrotach. W tomie dominuje pozorny cynizm nadwrażliwca ogarniętego poszukiwaniem swoistego absolutu uczuciowego, który w tej rzeczywistości jest przecież nierealny. Stąd idee fix przeradza się w kompromis cynicznego pancerzyka, pod którym pulsuje przecież nadal to, co najlepsze. Zbroja to zresztą na tyle przejrzysta, że można przez nią czytać:

„przecież żyję jeszcze

jeszcze umieram”

Czy w tekście „Bajka”:

„była miłość

tak cicha

jak pustka”

Uczucia dla piszącego wiersze to chleb powszedni, zwłaszcza … jeśli chodzi o miłość. Miłość dla Sidorkiewicza to przedziwny, ale jakże realny codziennością, splot zakazanego owocu z czystością Ani z Zielonego Wzgórza. To także strach:

„mimowolny lęk

czy mnie pamiętasz”

Pojawiają się i inne zawirowania niepewności i szarpiącej świadomości. Starość. Uczucie przemijania i „ubywania złotych marzeń”. I niemal klasyczne wahania nad sensem siebie, „padaniem, zdychaniem i powstawaniem”.

Kryzys sensu to także kryzys pewnej wiary w Boga: naucz nas/ Panie/ modlić się/ inaczej”. Nie dla samej modlitwy przecież, ale dla pozyskania sensu, rozumnego serca, które pomoże w złotych marzeniach. Lecz to tylko modlitwa do pustych ścian. „Modlitwy nasze wyludnienia pełne. Chropowatość ściera rytm uśmiechu i wykrzywia go w pozornie skamieniałą twardość point.

I znów śmierć. Oswojona. Ale … „wciąż jestem za słaby/ żeby cię utracić”. I osamotnienie. Poeta mimo wszelkiego wszystko, zawsze, przeważnie zawsze, jest samotny i zdany na swój wewnętrzny kosmos — jeśli docierają tam sygnały z innych światów, to tylko po ty by powrócić z brzemieniem bólu, który dla poety jest jeszcze jednym narzędziem, jak smak (życia) i zapach (kobiety, albo wczesnego świtu). Poeta powinien być sam, chociaż to kłuje i uwiera, ale z tym „do bliskich coraz dalej/ do dalekich blisko”. Tylko ci dalej, gdy stają się bliscy ……. Ale inaczej być nie może, gdy się podniosło rękawicę wiersza.

Manifestacje Sidorkiewicza poprzez przewrotność powodują jednak podwójne przełożenie obrazu. Ucieczka przed delikatnością wpędza autora Jeszcze … w demonstrację wnętrza — konstrukcji psychicznej wrzeszczącej o uczucie. Wiersz „Czułość” jest przewrotnością siebie. To nie płaski cynizm, ale pretensja skowycząca i serdeczna nad odrzuceniem. Odrzucenie i brak nadziei jawią się zawsze w czerniach nagich pieśni, jako przymus niezależny, bez naszego wpływu. Przeciekają zatem między palcami przemieszane z modlitwą agresji o zmianę w pająka, chropowatości pokrywające często polerowane dolśnienia, poczucie krzywdy, … „że człowiek drugiemu nikim”.

Pojawia się u Sidorkiewicza dużo wątków religijnych — to może klucz do rozszyfrowania bólu poety pokrywanego oschłością — wątków religijnych z obu Testamentów, choć z większymi skłonnościami do starszego z nich. Autor mądrze je wbudowuje w obrazy przesłania. Choćby w „Jesiennym liście do p. Boga” czy w „Modlitwie”.

Gorycz płynąca ze stronic, ze strof Sidorkiewicza, nie jest jednak zatruta, nie szkodzi. Agresja jest, ale jest niemal bezsilna i silnie łagodna. Jeszcze … to bunt rezygnacji przeciw beznadziei i brakowi dobra. Bunt przeciw temu, że jeszcze codzienność bije nas, przeważnie na oślep, obcasami, po dobrych marzeniach, krzyczy z wierszy „człowiecza niepewność”.

Wojaczek i wódka, czapka z czarnej wełny — rekwizyty z teatru zwanego czułością. Tą samą, która sponiewierała wielu „wiersza pętlą”. Tlejące w czasie atrybuty kompromisu przystosowania. Wrzasku zbuntowanej delikatności nie przesłoni jednak nawet opluwanie brata i „śmierć z czarną twarzą matki”.

To, że homo wcale nie jest taki sapiens, nie znaczy, że Sidorkiewicz tego nie wie. Wie!! Bezsilny, ale wie. I krzyczy. Twardością — by nie zwariować.

Ps. Z wierszami wspaniale komponują się rysunki Agnieszki Werner.


Ryszard Sidorkiewicz, Jeszcze …, Częstochowa 1993

„mini Galeria”, nr 4, X 1995

Nieśmiertelnie śmiertelna codzienność

(o wierszach Justyny Guziny z tomiku Bez limitu)

Seria „Debiuty” Biblioteki „Siódmej Prowincji” zadziwia czytelników trafnością publikacji. Jan Krzysztof Szczęsny — redaktor serii — z wyczuciem godnym poety, i tym razem odnalazł sedno. Z debiutów lepszych i tych trochę mniej dojrzałych, z tych o kilka wierszy za wczesnych i tych, które znalazły swój właściwy czas, potrafił wyszukać wrażliwą Wieluniankę z jej ironicznymi i lekko przyprawionymi cynizmem strofami. Justyna Guzina wkracza na poetycki rynek dość przebojowo. Zbiór wydany w bibliofilskim nakładzie tchnie świeżością ale i dojrzałością tak warsztatu, jak i spojrzenia na świat zamknięty ramami słów. Ciepły i przewrotny cynizm nie stępia ostrza pióra poetki i podobnie, jak u wielu nadwrażliwców, raczej upiększa i wzbogaca styl. Bystra autoironia i samoobserwacja ukazują silną, choć uczuciową, osobowość autorki. Konwenanse i zachowania typu kulturowy bon ton, Guzina odsuwa, brutalizując szczerą wypowiedź poetycką. Słowa, nie wulgarne dla wulgarności, lecz cierpkie i ostre, uderzają bezpośredniością przekazu:

„Codzienność codzienność — cholera!

Dzieciństwo Piękno umiera”

A w następnym tekście: „świat tak zasrany”.


Ale to zderzenie dzieciństwa i ekskrementów na sąsiednich stronach, ta pozorna epatacja agresją i swoistym turpizmem, nie przesłania typowo kobiecego „Zielonego snu” z mgiełką miłosnego zagubienia — oczekiwania. Guzina — chłopczyca poetycka, Sand z papierosem w ręku, mimo dystansu i oziębłości deklarowanej w części tekstów, to autorka wierszy cieniowanych źle skrywaną serdecznością utkanych z niepewności, „odnotowanych z pięciu marzeń” i wyszukanych w szarych księgach gwiazd. Bez limitu — to zbiór śmiesznostek — bolesnych — codzienności i liryzm zagubienia powiązanego z odkrywaniem nadkruszonego serca, twardego ale jednak serca, a to zawsze jest chore na wrażliwość i niechętne samotności. Prowokacje w typie „Kompromisu” nadają smaku i charakteru „rozpieszczonym wieczorom” czyhającym na miłość, ale lękającym się upiornego śmiechu za plecami. Przy całej sile charakteru, każdy „charakternik” ma w swojej twardości poczucie ciepła do osłonięcia przed gwałtownością, choćby to było tylko raz, choćby ze wstydem. Lęk przed śmiechem — mogę śmiać się ja — prześmiewca (z półliteracką małpką na ramieniu), ale nie zniosę (upadnę?) szyderstwa ostrza od tyłu. Jestem kobietą wrażliwą na hipokryzję i… siwe włosy — własne lub cudze. Egzystencjalizm wszechobecny w wielu tekstach ukazuje gorzki smak niechcianej codziennej szarości z rodziną, z nim, — pełną szczęścia? — raczej nie, raczej wyłaniającą się monstrualną niechęcią z płaszczyzny szarzyzny i zmarszczek oczekiwań, nie do przesłonięcia nawet przez erotyczne uniesienia. Chwytem ironizującym i przekornie podbijającym dramatyzm jest stosowanie przez poetką rymów.

Innym manewrem jest tematyka wierszy zupełnie niepoetycka — choćby genialny „Bigos”. Chwilami wydaje się, że Guzina bawi się w pisanie automatyczne, nadrealizm, chwilami, że naśladuje Grochowiaka. Ale najczęściej przez wszelkie ćwierć i półcienie ukrytych niedomówień:

„Pojawia się miłość”

Justyna Guzina, Bez Limitu, Sieradz 1993, Wydawca: Wojewódzki Dom Kultury w Sieradzu, seria „Biblioteka Siódmej Prowincji”.

„Siódma Prowincja”, nr 4 (14), 1993

Między rajem a Horyniem

(o wierszach Tadeusza Zawadowskiego z tomiku Przedrośla)

Taki tytuł nasunął mi się po przeczytaniu najnowszego tomiku Tadeusza Zawadowskiego Przedrośla. Tytuł może nie oddaje treści wszystkich, zawartych w książce wierszy, ale w jakiś sposób koresponduje poetycko z częścią z nich, samym sobą.

Nie jest łatwo pisać recenzję z twórczości, która powstawała na przestrzeni lat dwudziestu. Trudno tym bardziej, gdy się zna osobiście jej autora. Łatwiej omawiać tom konkretnych wierszy bez patrzenia przez pryzmat znajomości i wspólnych wspomnień, choćby były nawet niewielkie. Żeby ułatwić sobie tok myślenia obejrzałem książkę Zawadowskiego, na początek, od strony plastycznej. Nie będę chwalił strony edytorskiej, bo w dzisiejszych czasach, trzeba się starać o spapranie druku. Ukłon głęboki oddam natomiast niezwykle udanemu mariażowi wierszy Tadka z rysunkami Jurka Knopa. Ten typ rysunku, nie tylko psychicznie łączy się w całość z treścią książki, ale doskonale zreprodukowany, podbija estetyczną i emocjonalną wartość zbioru.

Nie jest to artykuł, li tylko o wierszach, ale raczej o książce, niech mi więc będzie wolno krótko stwierdzić, że cieszę się ze wspaniałego powrotu Jurka. Nie do sztuki, bo tę rozwijał intensywnie, co widać w jego pracach, ale do jej prezentacji, czego, przyznam szczerze, brak mi było w ostatnich latach. Rysunki z Przedrośli trochę rodem z Siudmaka, trochę nawiązujące do Malczewskiego, są nie tylko dobre warsztatowo, ale przede wszystkim nie pozostawiają wrażenia obojętności. Po prostu trzeba je obejrzeć i chwilę nad nimi pomyśleć. To może cenna uwaga dla wydawców z woj. sieradzkiego, gdyż niektóre publikacje wręcz odstręczają swoim opracowaniem plastycznym, nie reprezentując sobą literalnie nic, o czym kiedyś próbowałem wspomnieć w pewnej recenzji, ale redakcja jednego z sieradzkich tygodników to ocenzurowała. A za rysunek na s. 73, chętnie bym cię Jurku ucałował.

Wróćmy jednak do wierszy Tadeusza. A są one przeróżne. Jak zmiany, które zachodziły w jego osobowości na przestrzeni tych dwudziestu lat.

Nie zaznaczono dat powstania utworów, ale są między nimi dostrzegalne różnice. Jedne, faktycznie. swoim obrazowaniem rzeczywistości przywodzą na myśl sposób patrzenia na świat człowieka, w ten świat dopiero wkraczającego. Inne są niezwykle wysmakowane. Wynikające z wieloletniej degustacji świata. Przy czym, nawet te z pozoru dość naiwne, kryją w sobie niedostrzegalny niemal zalążek tych drugich.

Nie mam zbyt wiele miejsca na szczegółową analizę zawartości Przedrośli — czyżby tytuł sugerował, że kolejne książki będą już właściwym ogrodem? — skoncentruję się więc może na tym, co mnie rzuciło się na myśl po lekturze. Przede wszystkim jest tu sporo wierszy osadzonych w kontekście szeroko pojętej kultury europejskiej; nawiązywanie do Calderona, czy wielokrotnie, do biblijnych opowieści, wskazuje, że autor przebył daleką drogę literacką. Nie skupia się, li tylko, na skromnych relacjach typu: ja — miłość, ja — świat, czy ja — kosmiczny ból ziemi, ale sięga także poza ego, czerpiąc z dorobku innych twórców. Powodując ciągłość drogi. Będąc uczestnikiem procesu kulturowej edukacji, której elementy przetwarzane i cytowane w różnych częściach globu i w różnym czasie, stają się częścią jednolitej mozaiki.

Szczególnie dużo jest w omawianej książce tematyki biblijnej, rajskiej. Jakby w pewnym okresie zafascynowała Zawadowskiego nie tyle religia, ale prezentowany w micie o Adamie i Ewie, problem szczęścia, odpowiedzialności za nie i jego utraty. Jak to określił Fromm — ucieczki „od”.

Najznakomitszym i najdojrzalszym z kulturowych tekstów jest wiersz „Goya”. Oszczędny niczym cięcie umieszczonego w nim kordelasa, kłuje wyobraźnią, błyśnięciem znakomitego sztychu słowami, bez zbytniego wywijania nimi. Ta oszczędność sprawdza się także w innych wierszach. I jak się wydaje Zawadowski balansując w miniaturach, gdzieś między haiku a aforyzmem, otarł się już o mistrzostwo. Otarł, gdyż nie powiedział jeszcze przecież ostatniego słowa.

Co ciekawe, wiele tych perełek przypomina wczesną twórczość, sprzed lat dwudziestu innego „sieradzkiego” poety, Jana Krzysztofa Szczęsnego.

Jest jeszcze jedne dowód na zasadność odwoływania się do kulturowych kontekstów i czerpania z ogromnej skarbnicy przeszłości. Biorąc z niej to, co najlepsze, można tworzyć rzeczy równie dobre,

Oczywiście Zawadowski, nie jest tylko poetą przetwarzającym myśli innych, Wielokrotnie z powodzeniem i często nawet z maestrią, zwłaszcza we wspomnianych małych formach, opisując stany ducha. Miłość. Czasem w postaci niemal brutalnego reportażu. Wiersz „Nic się nie stało” ma w sobie siłę wyrazu różewiczowskiego „Warkoczyka”. Równie przejmujący jest tekst „Chłopcy”.

Część wierszy to właściwie piosenki. Czytane, nie dają takiej satysfakcji estetycznej, niż w momencie, gdy spróbuje się wykorzystując ich rytm, podłożyć melodyjkę. Wyobrażam sobie, że ktoś spróbuje zaśpiewać „Wysokie góry”.

Nie zawsze rymy jednak są dobrą formą. Kilka utworów, w tym i „Horyń”, pachnie młodopolskością i jest jakby z innej estetyki poetyckiej. Ale w sumie, nie jest to jakiś wielki zarzut, że ktoś umie pisać, jak powiedzmy Kasprowicz.

Nie brak Zawadowskiemu poczucia humoru. Dowodem tego łysy księżyc z „Luny”, czy wspomniani „Chłopcy”.

Kończąc tych kilka uwag, które zupełnie nie wyczerpują tematu, chciałbym tylko zastanowić się czy dokonany wybór wierszy jest trafny. Mimo wszystko trochę chyba rozminął się z celem. Myślę, że prezentowane w nim utwory nie są reprezentatywne dla twórczości Tadeusza, a i poziom tych wcześniejszych, odbiega jednak od pozostałych. Kiedyś Zdzisław Jaskuła powiedział mi w trakcie jakiejś nocnej nasiadówki: „Drukuj stary, wiersze się nie starzeją, tylko my. To co jest dobrze napisane, niech się ukaże. Kiedyś nie będziesz tego żałował, będzie jednak zbyt późno by publikować wiersze młodzieńcze”.

Czy Jaskuła miał rację? Niech to ocenią czytelnicy tomiku Zawadowskiego. Autor zaś miał prawo do takiej, a nie innej prezentacji swojej twórczości, powstałej w poetyckim dwudziestoleciu. Co jest naprawdę dobre, to się ostanie, a co jest złe będzie rozproszone.


Tadeusz Zawadowski, Przedrośla, Zduńska Wola 1994, proj. okładki i opracowanie graficzne: Jerzy Knop.

„Siódma Prowincja”, nr 4, 1994

Listy z domu wariatów

(o wierszach Tadeusza Zawadowskiego z tomiku Listy z domu wariatów)

Gdy przed rokiem w „Siódmej Prowincji” pisałem o tomiku Tadeusza Zawadowskiego zatytułowanym Przedrośla, stwierdziłem, że autor „nie powiedział jeszcze przecież ostatniego słowa”. Nie przypuszczałem, że tak prędko poeta opublikuje, w czasach poezji nieprzychylnych, nowy i zadziwiający tom wierszy.

Okazuje się, że są takie miejsca w Polsce, jak Zduńska Wola w Sieradzkiem, gdzie władze nie skąpią na sztukę — nawet, jeśli są to Listy z domu wariatów. Ale, tak szepcząc scenicznie, czyż całe to polskie pisanie, to nie kronika obłąkania?

Starannie opracowany plastycznie przez Jerzego Knopa tomik, ilustrowany jest onirycznymi rysunkami, które doskonale konweniują z blisko osiemdziesięcioma „listami”. Na marginesie — dobrze, że „listy” nie mają tytułów — wszak listom z reguły tytułów się nie daje.

Czytając najnowsze teksty Zawadowskiego odnosi się nieodparte wrażenie, że zostały napisane jednym „psychicznym” tchem. Są niczym jednorodny poemat, przedzielony drukarskimi gwiazdkami dla łatwiejszego odbioru. Ale jest to tylko zabieg formalny. Autor tworzy szerokim gestem słów, obraz swojego wnętrza, dzieląc go dla nabrania oddechu.

Tak naprawdę to jednolita opowieść, smutna ballada o sobie, własnym odbiorze codzienności, przetykanej nostalgiczną miłością i świadomością peremptoryjnych doświadczeń.

Zawadowski w najnowszych wierszach odchodzi od skondensowanych miniatur i śpiewanych rymów. Wkracza w przestrzeń graniczącą z prozą poetycką. Pisze, może nie tyle listy, co niezwykle subtelny pamiętnik. Gdybym miał określić jednym, celnym słowem ten etap twórczości zduńskowolanina, użyłbym słowa „dojrzałość”. O ile wcześniejsze publikacje ukazywały konsekwentny rozwój, ale z wieloma elementami niesprecyzowanych poszukiwań, o tyle Listy z domu wariatów (uczuciowych pomyleńców w sensie pozytywnym?) są wpłynięciem na wody, na których poeta czuje się znakomicie. Posuwa się przez poszczególne wersy i obrazy swobodnymi pociągnięciami pióra. Wie jak płynąć i dokąd płynie. Czysty język, wysublimowana prostota i celne, choć często zaskakujące, przede wszystkim trafnością, pointy sprawiają, że lektura jest bardziej zbliżona do delektowania się słowem niż do najbardziej oczywistego czytania.

Zawadowski — melancholijny romantyk. Już nie krzyczący buntownik. Teraz poprzez wiersze przebija się, nie, nie przebija się poprzez, dominuje w nich, spokój doświadczenia. Wnikliwa obserwacja rzeczywistości i siebie nie podnosi głosu, lecz łagodnie kołysze opowiadaniem.

Jest na tych stronicach pełnych łagodnej desperacji, spowiedź z upływającego czasu. Jest też w Listach… wiele dekadencji. Przewija się pewien kryzys uczuciowy. Pozbawione buntu, a przynajmniej jego powszechnie przyjętych znamion, zachwianie wiary w miłość, może nawet w religię lub Boga?

Odnosi się wrażenie, pominąwszy formę i stylistykę, w których poeta odnalazł się doskonale, że Zawadowski wspinając się na górę swojego, tworzonego przez siebie „ja”, doszedł na tyle wysoko, by odwrócić twarz przygiętą podczas wędrówki i spoglądając wokół, tym razem z owej góry, z szerokiej perspektywy, zatracił szczegóły, zyskał zaś szeroki obraz i zdał sobie sprawę, jak dziwnie mało ważne, a nawet, w pewnym sensie zubażające, było to całe zagęszczenie zagmatwań, którego z własnego wysoka już właściwie nie widać.

Ale, po namyśle, w duszy rozłożył się smutek nad utraconymi szczegółami. Chodząc po lesie podziwiamy liście. Wznosząc się nad drzewa, widzimy inne lasy, ale za to liście zlewają się w smugę. Pamięć boleśnie odtwarza minione obrazy, które jednak nie istnieją już realnie. To jest cena za rozwój. Płaci się za nią tak, jak płaci Zawadowski — dojrzałą melancholią. Tym bardziej, że tam wysoko nie ma zbytniego tłoku. Tym większy spleen.

Znając jednak Tadeusza, wierzę, że nie zatrzyma się w tym, aktualnym miejscu, i skieruje się jeszcze wyżej, choćby po to, żeby sprawdzić czy faktycznie „świat istnieje tylko w naszej wyobraźni…”.

Nawet gdyby tam był już tylko wiatr…


Tadeusz Zawadowski, Listy z domu wariatów, Zduńska Wola 1995

„Siódma Prowincja”, nr 4 (21), 1995

List do Katarzyny

(o wierszach Katarzyny Godlewskiej z tomiku Myślałam, że życie mnie goni)

Podobno nie powinno się pisać dobrych recenzji z debiutanckich tomików wierszy. Podobno można zagłaskać kota na śmierć. Zacznę więc źle i niegrzecznie. Katarzyno Godlewska, w Twoim zbiorku Myślałam, że życie mnie goni, beznadziejny jest, jak i w pozostałych książkach poetyckich „Topoli”… znak graficzny Klubu Literackiego. Po prostu brzydki. Co jawnie kłóci się z, jak zwykle ładnym, rysunkiem na okładce autorstwa Jurka Knopa, no i oczywiście z … treścią wierszy.

A jakież to utwory? Ironiczne niczym banknot za stracone dziewictwo i pełne słów twardych, jak uderzenie w dziewczęcy policzek. Skąd ta nagła dojrzałość? Zdjęcie na okładce — poważny wyraz przyprószonej ironii. Ironii doświadczonej. Może taka się urodziłaś Panno Katarzyno? Czasem człowiek nie tyle wie, ile wszystko czuje. Ty zdajesz się w swoich strofach przeczuwać fałsz życia. Nie wierzysz weń jednak. Bo wiesz, że jednak psy idą do nieba, a koty mają, tak samo jak ludzie, prawo do moralności i jej braku. Twój Löwe, kimkolwiek jest dla Ciebie, jest zgnuśniałym cynikiem z mentalnością kościelnej baby, która „umierając z ciekawości o czym milczę czasem wali drągiem w balię by zagłuszyć ból w krzyżu”.

Fałszywy świat pachnie nudnymi kosmetykami i lepi się do sumienia niby przereklamowany klej. Ale Ty wiesz, że za tym pozorem istnienia jest drugi, z ukrytym znaczeniem i kolejnym dnem. Twój Löwe wierzy w nim w mowę zwierząt, jeżeli to we śnie, to tym lepiej, bo z głębi szczere. Löwe powinien mieć partnerkę. To Shella (?). Kusząca na swój sposób. W wyzywającym biustonoszu modnie czarnym i kontrastowo prowokacyjnej szmince. Czerwonej? Dojrzewająca do swojej kobiecości, choć nie w pełni świadoma, czym ona jest poza erotyzmem i pozostałą zewnętrznością. Shella jest na poły absurdalna przy swoim całym realizmie. Löwe doskonale do niej pasuje ze swoją nieudacznością.

Ona chce płynąć w zastałym tygielku życia. Ale życie skamle. Shella też. I wycięty Twoją ironią las Katarzyno. Ty nie dajesz się zwieść. Jesteś ostrożna. A jeśli dociera do Ciebie SENS, to w sposób tak nagły, że wymagający Twojej czułej opieki.

Co zatem z miłością? Jesteś jej pełna. Skrycie sączy się z Ciebie, choć myślisz, że nad nią panujesz. Miłość jest podstępna. Jak Twoje opowieści. Podstępnie demaskują prawdę pozorów. Miłość demaskuje Twoje pragnienie by jej dosiąść i ujeździć. Ale to dzika klacz. Bo miłość to ONA Dlatego kobietom tak z nią bywa trudno.

Jesteś kobietą. Bardzo wrażliwą. Może i z Ciebie skóra i kości, ale nie to tworzy książkę. Ją pisało to, co kryje ta powłoka z białka i wody. Jest to coś niebywale delikatnego, mimo całej ostrożności skradającego się myśliwego, a może tropiącej zwierzyny? Jest to coś mądrego, mimo przesyconego brakiem wiary zbuntowania. Tylko Mądry może na nowo stworzyć Boga, który ulitował się nad Ewą i … wybaczył. I trzeba do tego odwagi. Jak i do tchnięcia współczującego życia w martwotę Pani z Kosą. Żeby współczuć śmierci trzeba być naprawdę głębokim.

Zadziwiasz mnie. I dobrze. Wiersze nie powinny być banalne. Powinny zadziwiać, bo to nie jaki sztambuch Maryli, ale walka z czasem. Świetnie, że do pojedynku wybrałaś spokojną, choć ciętą ironię. Nie uciekaj jednak przed życiem, wystarczy, że ono ucieka przed Tobą.

Ps. Za Poniedziałek, Wtorek, Środę, Sobotę, Niedzielę i Ósmy dzień tygodnia, a właściwie za wszystko, chętnie dałbym Ci jakiegoś Nobla.


Katarzyna Godlewska, Myślałam, że życie mnie goni, Klub Literacki „Topola”, Zduńska Wola 1995

„Siódma Prowincja”, nr 2 (23), 1996

W poszukiwaniu wyższej formy ładu

(o wierszach Małgorzaty Fryc z tomiku Jaskółka pod okapem serca)

Pereł się nie ocenia, perły się podziwia. Są takie wiersze, o których w zasadzie pisać się nie powinno, a jeżeli już, to tylko po to, by polecić ich lekturę, bez żadnego zbędnego komentarza. W tej klasie twórczej mieści się większość tekstów zawartych w tomiku Małgorzaty Fryc Jaskółka pod okapem serca. Maleńka książeczka z trzydziestoma wierszami jest jaskółką, która daje nadzieję, że następują zmiany (i to na lepsze) w poezji pań.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.