E-book
31.5
drukowana A5
64.46
Szepty Śladu

Bezpłatny fragment - Szepty Śladu

Objętość:
217 str.
ISBN:
978-83-8455-407-4
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 64.46

PROLOG — „TO NIE BYŁ WYBÓR”

Nie zaczęło się od krzyku.

Ani od ciemności.

Zaczęło się od ciszy, która przyszła za wcześnie.

Takiej, która nie powinna istnieć między jednym oddechem a drugim.

Takiej, która nie zostawia miejsca na myśl.

Nastka poczuła ją pierwsza.

Nie jako dźwięk.

Nie jako brak.

Jako obecność.

Coś było nie tak.

Świat wokół niej nie zatrzymał się — on tylko przestał być pewny.

Powietrze zgęstniało, jakby ktoś próbował je ścisnąć od środka.

Światło nie zgasło, ale zaczęło się łamać, rozszczepiać na fragmenty, które nie pasowały do siebie.

A ona—

stała dokładnie w samym środku.

— Nie ruszaj się — powiedziała do siebie.

Tylko że to nie była myśl.

To było ostrzeżenie.

Za późno.

Coś ją znalazło.

Nie przyszło z zewnątrz.

Nie weszło przez drzwi ani przez okno.

Było już w niej.

Czekało.

Cierpliwie.

Jej palce drgnęły.

Najpierw lekko, jakby to był przypadek.

Potem mocniej.

Jakby ktoś sprawdzał, gdzie kończy się ona, a zaczyna coś innego.

— Nie — wyszeptała.

Ale to słowo nie miało siły.

Nie tutaj.

Nie teraz.

Bo to, co się obudziło, nie potrzebowało jej zgody.

Jej ciało napięło się nagle.

Oddech załamał się, jakby ktoś wyrwał go z niej w połowie.

A potem—

cisza wróciła.

Tylko że tym razem była pełna.

Ciężka.

Żywa.

I patrzyła.

Nie na świat.

Na nią.

Jakby była jedyną rzeczą, która się liczy.

Jakby była—

punktem wejścia.

Nastka zamknęła oczy.

Na sekundę.

Może dwie.

Wystarczyło.

Bo kiedy je otworzyła—

nie była już sama.


Kilka metrów dalej ktoś właśnie biegł.

Nie dlatego, że rozumiał.

Nie dlatego, że wiedział.

Tylko dlatego, że coś w nim pękło dokładnie w tym samym momencie.

I to było gorsze.

Bo nie dało się tego zatrzymać.

Nie dało się tego wytłumaczyć.

Dało się tylko—

zdążyć.

Albo nie.


To nie była historia o tym, jak coś się zaczęło.

To była historia o tym, co dzieje się, kiedy jest już za późno, żeby się wycofać.

Kiedy wybory przestają mieć znaczenie.

A uczucia—

stają się jedyną rzeczą, która może cię uratować.

Albo zniszczyć.

I nikt nie uprzedza, że to będzie to samo.

ROZDZIAŁ 1 — „To tylko ja”

Poranki na obrzeżach miasta miały jedną ogromną zaletę. Żaden dzień nie był tu zwyczajny i nie zaczynał się „normalnie”.

Nikt nie widział, co tu się naprawdę dzieje.

Z zewnątrz wszystko wyglądało jak z pocztówki dla ludzi, którzy marzą o spokojnym życiu: stary dom z werandą, ogród trochę zbyt dziki, żeby nazwać go zadbanym, i cisza, która potrafiła być aż podejrzana.

Stara, drewniana weranda skrzypiała przy każdym kroku, jakby miała własne zdanie na temat świata. W powietrzu unosił się zapach suszonych ziół, który wsiąkł już w ściany, firanki i chyba nawet w ludzi, którzy tu mieszkali.


Nastka stała boso na drewnianych deskach werandy, z kubkiem herbaty w dłoni i miną osoby, która jeszcze nie zdecydowała, czy zacznie dzień spokojnie, czy jednak komuś go utrudni.

— Daję ci ostatnią szansę — powiedziała powoli.

Kura, która jeszcze przed chwilą z pełnym zaangażowaniem niszczyła świeżo posadzone zioła, spojrzała na nią z absolutnym brakiem skruchy.

Nastka zmrużyła oczy.

— Serio?

Kura dziobnęła liść mięty. Demonstracyjnie.

— Dobra. To było osobiste.

Odstawiła kubek na parapet, przeciągnęła się lekko i zeszła jeden stopień niżej, jakby przygotowywała się do bardzo poważnej rozmowy.

— Posłuchaj — zaczęła spokojnie — możemy to rozwiązać cywilizowanie. Ty przestajesz niszczyć moje rośliny, ja przestaję ingerować w twoje życie.

Kura przekrzywiła głowę.

— Nie? — Nastka westchnęła — Okej. To będzie krótka negocjacja.

Pochyliła się lekko, przymknęła oczy i szepnęła szybko:

— Odrobina rozsądku, szczypta godności i zero głupich pomysłów.

Przez sekundę nic się nie wydarzyło.

A potem kura wyprostowała się jakby ktoś właśnie przypomniał jej, że pochodzi z bardzo porządnej rodziny.

Zrobiła dwa kroki do tyłu.

Jeszcze jeden.

I odeszła, zostawiając zioła w spokoju.

Nastka uniosła brew i sięgnęła po kubek.

— I to jest rozmowa na poziomie. W końcu ktoś tu wykazał się rozsądkiem.

— Z kurami też już prowadzisz negocjacje dyplomatyczne?

Głos babci pojawił się dokładnie w tym momencie, kiedy Nastka wzięła pierwszy łyk herbaty.

— Tylko z tymi trudniejszymi — odparła bez odwracania się — Reszta rozumie aluzje.

Babcia stanęła w drzwiach, oparta o framugę, z miną człowieka, który widział już wszystko i nic go nie zaskakuje.

— Kiedyś spróbuj bez magii.

— Kiedyś spróbuję, jak ludzie przestaną być problemem.

— To raczej ty jesteś problemem — mruknęła babcia.

Nastka uśmiechnęła się pod nosem.

— Ale za to ciekawym.

Babcia spojrzała na nią uważniej.

— Ciekawi ludzie mają tendencję do wpadania w ciekawe kłopoty.

— Nuda zabija szybciej.

— A głupota jeszcze szybciej.

— Czyli jestem bezpieczna.

Babcia parsknęła cicho śmiechem i pokręciła głową.

— Ty nigdy nie jesteś bezpieczna.

Chwilę milczały.

Wiatr poruszył liśćmi, gdzieś w oddali zatrzasnęły się drzwi, a świat wyglądał tak zwyczajnie, że aż trudno było uwierzyć, ile rzeczy działo się pod powierzchnią.

— Uważaj — powiedziała w końcu babcia ciszej.

Nastka westchnęła.

— Znowu to samo?

— Emocje to nie zabawki.

— To nie był dramat. To była kura.

— Dzisiaj kura. Jutro ktoś, kto nie powinien być na twojej liście „eksperymentów”.

Nastka odwróciła wzrok.

— Nie planuję nikogo zaczepiać.

— Ty nigdy nie planujesz.

— I jakoś żyję.

Babcia przyjrzała jej się jeszcze przez chwilę, jakby chciała powiedzieć coś więcej… ale ostatecznie tylko skinęła głową i wróciła do środka.

Nastka została sama.

Spojrzała na ogród, potem na swoje dłonie.

— Spokojnie — mruknęła do siebie — nic się nie wydarzy.

Los miał na ten temat inne zdanie.


Kilka godzin później siedziała z dziewczynami na ławce przy ruchliwej ulicy, z lodami, które topniały szybciej niż ich cierpliwość do świata.

— Przysięgam, jeśli jeszcze jeden typ spojrzy na mnie jak na menu, to coś mu zrobię — rzuciła Pola.

— Zrób — odparła Nastka spokojnie — Mogę pomóc.

— Ja naprawdę nie rozumiem — westchnęła Agata — czy oni się umawiają, żeby być tacy irytujący, czy to przychodzi naturalnie?

— To talent — odparła Nastka — Nie każdy go ma.

— Ty masz — rzuciła Pola — tylko w innej kategorii.

— Ja jestem urocza.

— Ty jesteś niebezpieczna.

— To też forma uroku.

Przyjaciółki spojrzały po sobie.

— My się kiedyś przez ciebie w coś wpakujemy — mruknęła Agata puszczając oczko do przyjaciółek.

— „Kiedyś”? — Nastka uniosła brew — Optymistycznie.

Parsknęły śmiechem.

— A tak serio — nachyliła się Pola — co ostatnio odwaliłaś?

Nastka zamyśliła się na sekundę.

— Nauczyciel od matematyki.

— O nie.

— Nic wielkiego. Tylko trochę… przestawiłam mu sposób myślenia.

— Co to znaczy „trochę”?

— Przez tydzień mówił wyłącznie w liczbach.

Popatrzyły na siebie chwilę i parsknęły śmiechem.

— Ty jesteś chora — stwierdziła Agata z uśmiechem.

— Ale skuteczna. — dodała Pola łapiąc się za brzuch — Jak ty to robisz?

Nastka wzruszyła ramionami.

— Szybko i dyskretnie.

— To mnie wcale nie uspokaja.

— Nie musi. Wam nic nie grozi. — uśmiechnęła się zadziornie.

I wtedy Agata nagle zesztywniała.

— Okej… tego nie planowałaś.

— Co?

— Tam.

Delikatnie wskazała głową.

Nastka spojrzała we wskazanym kierunku.

Najpierw zobaczyła samochód.

Za dobry na to miejsce. Choć miasteczko się rozrastało raczej ciężko było tu zobaczyć mustanga.

Potem drzwi się otworzyły.

Buty. Pewny krok.

Sylwetka.

I twarz jakby znajoma.

Czas jakby się na moment zatrzymał, a potem ruszył szybciej, niż powinien.

— Nie… — mruknęła jedna z dziewczyn — to chyba nie jest…

— Jest — odpowiedziała Nastka spokojnie.

Ale jej spojrzenie już nie było spokojne.

Było ostre. Uważne.

I niebezpiecznie zainteresowane.

— Wracają stare problemy — dodała druga.

Nastka powoli odstawiła kubek.

— Nie. To nie problem.

Zawiesiła na moment głos i uśmiechnęła się delikatnie.

— To okazja.

— Nastka… — Pola teatralnie przewróciła oczami.

— Spokojnie.

Jej głos był niezwykle miękki.

— Nic mu nie zrobię. — zatrzymała się na chwilę — Na razie. — dodała po chwili zadziornie.

Dziewczyny spojrzały na siebie.

— To brzmi jak zapowiedź czegoś bardzo złego.

Nastka przechyliła lekko głowę, nie odrywając wzroku od niego.

— Powiedzmy… że dam mu szansę.

— Na co?

Jej uśmiech pogłębił się odrobinę.

I wtedy, prawie niesłyszalnie, szepnęła:

— Żeby mnie nie zdenerwował.

Zamilkła na sekundę.

— Bo jeśli jednak mu się uda…

Zamknęła na moment oczy na sekundę.

Powietrze wokół niej jakby lekko drgnęło.

— …to tym razem nie skończy się na kurze.

ROZDZIAŁ 2 — „Powrót”

Miasto nie zmieniło się aż tak bardzo.

Jedynie kilka nowoczesnych domów na obrzeżach kiepsko wpisywało się w krajobraz starego miasteczka.

I to była pierwsza rzecz, którą Kamil zauważył.

Te same ulice. Te same budynki. Te same miejsca, które kiedyś wydawały się większe, ważniejsze — jakby naprawdę coś znaczyły. Teraz wyglądały jak coś, co zostawia się za sobą bez większego żalu.

A jednak wrócił.

Silnik Mustanga zamilkł miękko, gdy przekręcił kluczyk. Przez chwilę siedział jeszcze nieruchomo, opierając dłonie o kierownicę. Jakby potrzebował tej jednej sekundy więcej, zanim znowu stanie się częścią tego miejsca.

— No dobrze — mruknął pod nosem. — Sprawdźmy, czy jeszcze mnie to obchodzi.

Drzwi otworzyły się z cichym kliknięciem.

Wysiadł spokojnie, bez pośpiechu. Pewny ruch, wyprostowana sylwetka — jak u kogoś, kto nie musi się spieszyć, bo i tak zawsze jest tam, gdzie powinien.

Kilka spojrzeń w jego stronę.

Zignorował je.

Przeciągnął się lekko, rozluźniając ramiona, i rozejrzał się po ulicy, jakby sprawdzał, czy coś go zaskoczy.

Nie zaskoczyło.

— Kamyk? Serio?

Uśmiech pojawił się na jego twarzy, zanim jeszcze odwrócił głowę.

— Myślałem, że to przezwisko umarło razem z podstawówką.

— Powinno, ale jesteśmy sentymentalni — zaśmiał się Kacper, podchodząc bliżej. — Co ty tu robisz?

— Wracam.

— Na długo?

Kamil wzruszył ramionami.

— Wystarczająco.

— Czyli jednak przejmujesz firmę?

— Wygląda na to, że ktoś musi.

— Twój ojciec naprawdę odpuszcza?

— Planuje podróż życia. Z matką.

— Czyli uciekają.

— W bardzo elegancki sposób.

Na moment obaj się uśmiechnęli.

— A ty? Dalej wszystko pod kontrolą?

Kamil spojrzał na niego kątem oka.

— Zawsze.

— To dobrze — Kacper rozejrzał się dookoła. — Bo tu nic się nie zmieniło.

— Już zdążyłem zauważyć.

— Nadal te same historie, ci sami ludzie…

Zawiesił głos na chwilę.

— …i te same dziwne rzeczy.

Kamil uniósł lekko brew.

— „Dziwne” jak?

— A wiesz… ktoś coś powie nie tak, komuś nagle zaczyna się sypać dzień, ktoś zachowuje się jak idiota bez wyraźnego powodu…

— Brzmi jak standard.

— Tylko że trochę za często.

Kamil prychnął cicho.

— Może po prostu nigdy stąd nie wyjechałeś.

— Albo ty za długo byłeś w miejscu, gdzie wszystko da się wyjaśnić.

— Bo zazwyczaj się da.

Kumpel spojrzał na niego uważniej.

— No to życzę powodzenia.

— Z czym?

— Z tym miastem.

Kamil uśmiechnął się lekko.

— Dam radę.

Przez chwilę nikt się nie odezwał.

— Okej, patrz — powiedział nagle Kacper, pochylając się lekko. — Tego się chyba nie spodziewałeś.

Kamil podążył za jego spojrzeniem.

Najpierw zobaczył ławkę.

Potem trzy dziewczyny.

Rozpoznał je natychmiast.

Zatrzymał się na ułamek sekundy.

— Nie… — mruknął — to chyba nie…

— Jest — Kacper uśmiechnął się szeroko. — Pamiętasz ją?

Kamil zmrużył oczy.

Długie, ciemne włosy. Pewna siebie postawa. To spojrzenie.

— Nasturcja — powiedział powoli. — Ta dziwna dziewczynka z podstawówki.

— Ta sama.

— Serio?

— Mhmm..

Kamil przyjrzał jej się jeszcze przez chwilę.

— Myślałem, że wyrośnie z tego etapu.

— Wygląda, jakby go rozwinęła.

Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu.

— Jeszcze lepiej.

— Kamil…

— Spokojnie — przerwał mu — tylko się przywitam.

— To nigdy nie kończy się dobrze.

— Przesadzasz.

— Znasz siebie.

Kamil spojrzał na niego z lekkim rozbawieniem.

— Właśnie dlatego idę.

I ruszył.


Nastka zauważyła go od razu.

Nie odwróciła wzroku.

Czekała.

Zbyt spokojna, by było to całkiem naturalne.

— No proszę — odezwał się, zatrzymując się przed nimi. — Kogo my tu mamy.

Pola westchnęła teatralnie.

Agata przewróciła oczami.

Nastka uniosła tylko lekko brew.

— A ja się zastanawiałam, skąd ten hałas.

Na ustach Kamila pojawił się lekki uśmiech.

— Nadal ten sam styl.

— Nadal ten sam problem.

— Problem?

— Ty.

Pola parsknęła śmiechem.

Kamil przyjrzał się Nastce uważniej.

— Nic się nie zmieniłaś.

— Ty też nie — odparła spokojnie. — Nadal masz tendencję do wchodzenia tam, gdzie nikt cię nie zaprasza.

— A ty dalej robisz sceny o nic.

— To nie scena. To ostrzeżenie.

Zawiesiła głos.

Ich spojrzenia się spotkały.

— Brzmi poważnie — powiedział ciszej.

— Nawet nie wiesz jak bardzo.

Napięcie zawisło między nimi jak coś niemal namacalnego.

— Wiesz — dodał po chwili — zawsze byłaś trochę… dziwna.

Pola wciągnęła powietrze.

Agata zesztywniała.

A Nastka?

Uśmiechnęła się.

Lekko. Niebezpiecznie.

— A ty zawsze byłeś trochę… nudny.

Sekunda ciszy.

— I przewidywalny. — Kącik ust drgnął jej w zadziornym uśmiechu.

Kamil przekrzywił głowę.

— To ciekawe.

— Co?

— Że ktoś taki jak ty próbuje oceniać kogokolwiek.

Nachyliła się lekko w jego stronę.

— Uważaj, Kamyk.

Pierwszy raz to przezwisko zabrzmiało tak, jakby miało znaczyć coś więcej.

— Bo jeszcze uznam, że to zaproszenie.

Ich spojrzenia zderzyły się mocniej.

— Do czego? — zapytał ciszej.

Jej uśmiech nie zniknął.

— Do problemów.

— Nie boję się.

— Powinieneś.

— Dlaczego?

Nastka przechyliła lekko głowę.

Powoli. Świadomie.

— Bo nie zawsze masz na wszystko wpływ.

Kamil zmarszczył brwi.

— Co?

— Nic.

Uśmiechnęła się szerzej.

— Po prostu witaj z powrotem.

Odwróciła wzrok, jakby nagle przestał ją interesować.

I dokładnie wtedy…

telefon w jego kieszeni zaczął dzwonić.

Sięgnął po niego odruchowo.

Spojrzał na ekran.

Zmarszczył brwi.

— To dziwne…

— Co? — zapytała Pola, już rozbawiona.

Kamil przez chwilę patrzył na wyświetlacz.

Potem powoli uniósł wzrok na Nastkę.

— Dzwonię sam do siebie.

Cisza.

Jedna sekunda.

Druga.

Nastka spojrzała na niego spokojnie.

— Przypadek.

Jej uśmiech mówił coś zupełnie innego.

Pola i Agata spojrzały na siebie w niemym porozumieniu.

I obie ledwo powstrzymały śmiech.

ROZDZIAŁ 3 — „Pierwsze pęknięcie”

Kamil nie lubił przypadków.

Nie dlatego, że nie wierzył w ich istnienie, ale dlatego, że każdy „przypadek” w jego doświadczeniu był zwykle czyimś błędem, niedopowiedzeniem albo starannie ukrytą intrygą.

A dzisiejszy zdecydowanie nie pasował do żadnej z tych kategorii.

Telefon zamilkł tak nagle, jakby ktoś odciął od niego prąd.

Połączenie, które jeszcze chwilę temu trwało, po prostu… przestało istnieć.

Nie rozłączyło się.

Nie przerwało.

Zniknęło.

Kamil odsunął telefon od ucha i spojrzał na ekran.

Czarny.

Żadnej historii połączeń.

Żadnego śladu.

— Okej… — mruknął pod nosem, wsiadając z powrotem do auta. — To już jest albo żart, albo ostrzeżenie.

Żaden wariant mu się nie podobał.


Tymczasem Nastka wciąż siedziała na ławce.

Ale już nie była „zwyczajnie cicha”.

Coś w niej było… napięte.

Jak struna, której nikt nie dotknął, ale która już zaczęła drżeć.

Kubek w jej dłoni zaczął delikatnie parować, choć napój dawno powinien być zimny.

Pola zauważyła to pierwsza.

— Nastka… — zaczęła ostrożnie. — Twój kubek…

— Wiem — przerwała jej spokojnie Nastka.

Agata zmarszczyła brwi.

— To nie jest normalne.

— Nie wszystko musi być normalne — odpowiedziała Nastka, nadal nie odrywając wzroku od napoju.

I wtedy plastikowy kubek… lekko się zgniótł.

Sam z siebie.

Bez dotyku.

Jakby coś ścisnęło go od środka.

Pola odruchowo cofnęła się na ławce.

— Dobra. Nie. To już nie jest „dziwne”. To jest… coś innego.

Nastka w końcu westchnęła.

Jak ktoś, kto wie, że i tak nie uniknie rozmowy.

— Tylko nie panikujcie — powiedziała.

— ZA PÓŹNO — mruknęła Agata.


Kamil ruszył pieszo.

Nie dlatego, że chciał.

Dlatego, że coś go „wyciągnęło” z auta.

To uczucie było nowe.

Nie myśl.

Nie impuls.

Raczej… kierunek.

Jakby jego ciało wiedziało coś, czego jego głowa jeszcze nie zaakceptowała.

Szedł szybko.

Zbyt szybko, jak na brak celu.

A miasto wokół niego zaczęło zachowywać się coraz bardziej niepokojąco.

Lampy uliczne mrugnęły jednocześnie.

Nie jedna.

Wszystkie w zasięgu wzroku.

Jak synchronizowany błąd.

Kamil zatrzymał się gwałtownie.

— No dobra — powiedział cicho. — Teraz już ktoś się bawi.

I w tym momencie usłyszał dźwięk.

Nie głośny.

Ale wyraźny.

Jakby ktoś stuknął paznokciem w szkło.

Za jego plecami.

Odwrócił się natychmiast.

Nikogo nie było.

Ale powietrze… było inne.

Gęstsze.

Jakby coś je „zagęściło” na siłę.


Nastka wstała.

I to nie było zwykłe wstanie.

To było jak decyzja.

Jak przecięcie czegoś niewidzialnego.

Krzesło za nią przesunęło się o kilkanaście centymetrów po chodniku, zostawiając cienką smugę tarcia.

— Idę do domu — powiedziała.

— Teraz? — Pola patrzyła na nią jak na kogoś, kto właśnie zmienił zasady fizyki.

— Teraz.

— Nastka, coś się dzieje — Agata zrobiła krok w jej stronę. — Ty to robisz, prawda?

Nastka spojrzała na nią spokojnie.

Za spokojnie.

— Nie wszystko, co się dzieje wokół mnie, ja robię.

I odeszła.

Bez pośpiechu.

Ale z wyraźnym napięciem w ramionach.


Kamil skręcił w boczną ulicę.

I wtedy poczuł to wyraźnie.

Nie niepokój.

Nie intuicję.

Tylko czystą zmianę środowiska.

Powietrze… stało się ciężkie.

Światło przygasło o pół tonu, jakby ktoś przekręcił suwak rzeczywistości.

Zatrzymał się lekko zaniepokojony.

— Okej — powiedział do pustej ulicy. — Teraz albo ktoś testuje sprzęt, albo ja mam problem.

I wtedy coś uderzyło w ziemię przed nim.

Nie z nieba.

Nie z boku.

Jakby przestrzeń sama „upuściła” obiekt.

Kamień.

Ale nie zwykły.

Czarny.

Matowy.

I pulsujący. To było naprawdę dziwne doświadczenie.

Kamil odruchowo cofnął się o krok.

— Dobra… to już nie jest zabawne.

Kamień drgnął.

A potem… pękł.

Nie fizycznie.

Jakby rozpadł się na warstwy światła.

Z wnętrza wydobył się krótki, ostry błysk.

Kamil zasłonił oczy.


Nastka zatrzymała się nagle.

Tak gwałtownie, że aż straciła równowagę na sekundę.

— Nie… — wyszeptała.

I pierwszy raz jej głos nie był spokojny.

Tylko napięty.

Prawdziwy.

Żywy.

Odwróciła się.

Jakby coś ją pociągnęło.


Kamil opuścił rękę.

I zobaczył ją.

Stała kilka metrów dalej.

Nastka.

Już nie była tylko „dziewczyną z przeszłości”.

Była kimś, kto stoi dokładnie na granicy czegoś, czego nie da się już udawać, że nie istnieje.

— Ty… — zaczął.

Ale nie dokończył.

Bo kamień za nim pękł drugi raz.

I tym razem nie był to dźwięk.

To było uderzenie energii.

Przez ulicę przeszła fala.

Latarnie zgasły.

Na sekundę.

A potem zapaliły się z powrotem.

Zbyt ostrym światłem.

Nastka podniosła dłoń.

— Nie idź tam — powiedziała szybko.

Kamil spojrzał na nią.

— Gdzie?

Przez ułamek sekundy wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć.

Coś ważnego.

Coś, co tłumaczyłoby wszystko.

Ale zamiast tego tylko szepnęła:

— Za późno.

I wtedy przestrzeń za Kamilem „pękła”.

Jak szkło.

Bez szkła.

Powietrze otworzyło się na moment.

Jak rana w rzeczywistości.

I coś zaczęło z niej wychodzić.

ROZDZIAŁ 4 — „Coś się przedostało”

Powietrze w miejscu, w którym stał Kamil, zmieniło się tak subtelnie, że ktoś mniej uważny mógłby tego w ogóle nie zauważyć.

Ale on zauważył.

Nie dlatego, że szukał czegoś niezwykłego, lecz dlatego, że całe jego życie opierało się na wyłapywaniu rzeczy, które nie pasowały do reszty.

To, co wydarzyło się teraz, nie pasowało absolutnie do niczego.

Przestrzeń przed nim nie pękła w sposób widowiskowy.

Ona raczej… rozsunęła się.

Jakby rzeczywistość przez sekundę zapomniała, że powinna być ciągła.

I w tej szczelinie pojawiło się coś, co nie miało prawa istnieć w żadnym znanym Kamilowi systemie logiki.

Kamil cofnął się wolno, nie odrywając wzroku od zjawiska.

— Dobra… — powiedział cicho, bardziej do siebie niż do świata. — Jeśli to jest jakiś test psychologiczny, to uprzejmie informuję, że nie podpisałem zgody.

Stworzenie uniosło się lekko, jakby reagowało na jego głos.

Było niestabilne, zmienne, jakby nie mogło zdecydować, jaką formę powinno przyjąć.

Przez chwilę przypominało dym.

Potem cień.

A w końcu coś, co mogło być błędem w projekcie kota.

— Nie podoba mi się to — mruknął Kamil, robiąc kolejny krok w tył.

Stworzenie odpowiedziało cichym dźwiękiem, który brzmiał jak źle złożona zabawka.

I ruszyło w jego stronę.

Nie agresywnie.

Raczej… ciekawie.

W tym samym momencie świat zrobił coś, czego nie powinien robić.

Światło w uliczki przygasło na ułamek sekundy, jakby ktoś odciął dopływ rzeczywistości.

Dźwięki stały się dziwnie spóźnione, echo wróciło nie tam, gdzie powinno.

Powietrze zgęstniało, a temperatura spadła nagle, jakby ktoś otworzył niewidzialne drzwi do zimniejszego miejsca.

Kamil zmarszczył brwi.

— Okej… to już nie jest normalne nawet jak na „dziwne”.

Stworzenie tymczasem zaczęło krążyć wokół niego.

Jakby sprawdzało granice jego obecności.

Kamil obrócił się powoli, starając się nie tracić go z oczu.

— Dobra — powiedział do niego spokojnym tonem, jak do bardzo problematycznego klienta. — Nie wiem, czy rozumiesz język, ale spróbujmy ustalić zasady. Ty nie wchodzisz we mnie. Ja nie panikuję. Wszyscy żyją.

Stworzenie przechyliło się w powietrzu.

I powtórzyło jego ruch.

Idealnie.

Kamil zmrużył oczy.

— Okej. To jest creepy.

Zrobił krok w lewo.

Stworzenie zrobiło krok w lewo.

— Nie. Nie. Nie. — Kamil westchnął. — Ty mnie kopiujesz?

Stworzenie „zamigotało”, co można było uznać za coś w rodzaju potwierdzenia.

— Świetnie — powiedział Kamil. — Mam echo. Wspaniale.


Nastka stała nieruchomo przez ułamek sekundy, jakby analizowała sytuację szybciej niż reszta świata.

Pola i Agata patrzyły na nią z narastającym niepokojem.

— Nastka… co to jest? — zapytała Pola, starając się nie podnieść głosu.

Nastka nie odpowiedziała od razu. Jej wzrok był skupiony gdzieś ponad ich głowami, jakby widziała więcej niż oni.

— To nie „coś” — powiedziała w końcu. — To resztka. Nazywamy to grymasem.

— Resztka czego? Jaki grymas?! — dopytała Agata.

Nastka wzięła głębszy oddech.

— Pęknięcia. Fragment tego, co nie powinno przejść. Grymas świata magicznego.

Pola zmarszczyła brwi.

— Czyli… magia?

Nastka spojrzała na nią ostro.

— Nie używaj tego słowa tak lekko.

— Dlaczego? — Pola zrobiła krok bliżej. — Bo brzmi ładnie?

— Bo nie jest ładne — odpowiedziała Nastka spokojnie, ale twardo. — I nie jest bezpieczne.


Stworzenie tymczasem zaczęło krążyć wokół Kamila coraz szybciej, jakby coś w nim przestawało się zgadzać.

Kamil przełknął ślinę.

— Dobra… to zaczyna wyglądać jak sytuacja, w której ja jestem przekąską.

— Nie mów tak — rzuciła Agata.

— A jak mam mówić? „Czuję się jak uczestnik eksperymentu, który nie poszedł zgodnie z planem”? Bo to też brzmi średnio komfortowo.


Nastka nagle ruszyła.

Nie biegła chaotycznie, ale jej krok miał w sobie coś zdecydowanego, jakby dokładnie wiedziała, gdzie musi się znaleźć.

— Nie dotykaj go! — krzyknęła w stronę Kamila.

— Ja go nawet nie próbuję dotykać! — odkrzyknął Kamil. — On sam mnie dotyka wzrokiem!

Nastka przewróciła oczami, ale w jej spojrzeniu pojawił się cień napięcia.

— To nie jest zabawne.

— Zgadzam się — odpowiedział natychmiast. — Wcale nie jest.


Stworzenie zaczęło się zmieniać.

Zbyt szybko.

Jakby traciło stabilność.

Jego forma rozpadała się i składała na nowo w coraz dziwniejsze konfiguracje.

— Dobra… to się robi coraz gorsze — powiedział Kamil ciszej.

— Bo zostało źle zamknięte — odpowiedziała Nastka.

— Co zostało źle zamknięte?

— Szczelina.

— Jasne… nic nowego naprawdę… — Kamil pokiwał głową. — Tylko że brzmi jak coś, co absolutnie nie powinno istnieć w moim życiu.

Nastka zatrzymała się kilka kroków od Kamila i uniosła dłoń.

— Cofnij się — powiedziała.

— Dlaczego?

— Bo jeśli to cię dotknie jeszcze raz, nie wiem, co się stanie.

— Już mnie dotknęło — mruknął Kamil.

Nastka spojrzała na niego ostrzej.

— Wiem.

Zatrzymała się na sekundę.

— I to jest problem.

Stworzenie nagle wydało z siebie dźwięk przypominający pęknięcie szkła.

I rzuciło się w stronę Kamila.


— TERAZ! — krzyknęła Nastka.

Wypowiedziała jedno słowo.

Krótko.

Twardo.

Powietrze zareagowało natychmiast.

Stworzenie zatrzymało się w pół ruchu, jakby niewidzialna siła ścisnęła je w miejscu.

I wtedy wszystko pękło inaczej.

Nie wizualnie.

Tylko w Kamilu.

Najpierw przestał słyszeć świat tak, jak dotąd.

Dźwięki odsunęły się, jakby ktoś przekręcił gałkę rzeczywistości.

Potem przyszło zimno — nie na skórze, ale głęboko, w środku, jakby coś dotknęło jego świadomości od drugiej strony.

Ziemia pod nim przestała być pewna.

Nie fizycznie — raczej logicznie.

Jakby zasady, na których opierał się jego umysł, na sekundę przestały obowiązywać.

Światło przygasło jeszcze raz, ale tym razem nie wróciło od razu.

W tej ciemniejszej sekundzie Kamil miał wrażenie, że widzi więcej niż powinien.

Za dużo.

Nie jego oczami.

— Co… — zaczął, ale nie dokończył.

Coś weszło w niego.

Nie jak uderzenie.

Bardziej jak błąd w systemie, który nie pyta o pozwolenie.

Cisza wróciła nagle, gwałtownie.

Kamil zamarł.

Przez sekundę nie powiedział nic.

Potem powoli spojrzał na siebie.

— Okej — powiedział bardzo spokojnie. — To było we mnie.

Nastka nie odwróciła wzroku.

— Wiem.

— I to jest normalne?

— Nie.

— Dobrze. Bo zaczynałem się martwić, że to może być normalne.

W moim świecie normalność jest nieco inna niż w Twoim — odpowiedziała ledwo słyszalnie.


W tym momencie dobiegły Pola i Agata.

Zatrzymały się gwałtownie.

Bo zobaczyły…

Kamila stojącego jakby coś w nim zmieniło strukturę.

Jakby był jednocześnie sobą i czymś obcym, co dopiero uczy się jego kształtu.

Nastkę, która wyglądała na kogoś, kto ledwo utrzymuje kontrolę.

I przestrzeń, która nadal była „niewłaściwa”.

— Ja pierdolę… — zaczęła Pola.

— Nie kończ — przerwała jej Agata natychmiast.

Nastka odwróciła się do nich.

I pierwszy raz jej głos był całkowicie poważny, bez śladu żartu.

— Musimy ustalić zasady — powiedziała spokojnie, ale stanowczo. — Bo to nie jest pojedynczy incydent. To nie jest „przypadek”. To jest otwarcie.

Kamil spojrzał na nią uważnie.

— Czyli to nie miało prawa się wydarzyć.

— Miało — odpowiedziała Nastka. — Tylko nie tutaj.

Zapadła cisza.

Tym razem naprawdę ciężka.

Bo każdy z nich zrozumiał, że to, co przed chwilą nazwali „dziwną sytuacją”…

było tylko pierwszym objawem czegoś znacznie większego.

Nastka spojrzała jeszcze raz na Kamila. Dłużej niż powinna.

I bardzo cicho, prawie bezdźwięcznie, dodała:

— Problem w tym, że ty już nie jesteś całkiem tylko sobą.

Chwila pauzy.

— I to… nie powinno się wydarzyć w ten sposób.

ROZDZIAŁ 5 — „Nieproszony pasażer”

Kamil nie spał tej nocy.

Nie dlatego, że nie próbował. Próbował nawet kilka razy, za każdym razem wchodząc w ten sam schemat: zamknąć oczy, uspokoić oddech, udawać, że dzień nie skończył się katastrofą o charakterze „coś weszło mi do środka”.

Problem polegał na tym, że jego ciało najwyraźniej nie otrzymało tej samej wersji rzeczywistości co jego umysł.

Co jakiś czas miał wrażenie, że coś w nim… przesuwa się.

Jakby pod skórą istniał drugi rytm, niezsynchronizowany z jego własnym.

Czasem słyszał rzeczy, których nie było.

Czasem widział krótkie „przebłyski” — jak echo miejsc, których nigdy nie odwiedził.

Najgorsze było jednak to, że nie mógł powiedzieć, gdzie kończy się on, a zaczyna coś innego.

O trzeciej nad ranem usiadł na łóżku i spojrzał w ciemność.

— Jeśli to jest efekt uboczny stresu — powiedział cicho — to chciałbym zwrot pieniędzy.

Cisza nie odpowiedziała.

Ale coś w tej ciszy… jakby się z niego zaśmiało.


Poranek przyszedł zbyt szybko.

Kamil wyglądał tak, jakby przeszedł przez dzień, noc i jeszcze jeden dzień w przyspieszonym tempie. Kawa nie pomagała. Jedzenie smakowało dziwnie. Nawet własne mieszkanie wydawało się lekko „nie jego”.

Kiedy wyszedł z klatki, świat był normalny.

I to było najgorsze.

Bo on już nie był do końca pewien, czy „normalny” nadal oznacza to samo.


Na rogu ulicy zobaczył Nastkę.

Stała oparta o barierkę, jakby czekała od zawsze. Spokojna.

— Wyglądasz jak ktoś, kto przegrał spór z rzeczywistością — powiedziała na powitanie.

— Wyglądam jak ktoś, kto nie spał, bo rzeczywistość postanowiła zamieszkać mu w środku — odpowiedział Kamil.

Nastka uniosła brew.

— Dramatycznie. Pasuje ci.

— Dzięki. Ty wyglądasz jak osoba, która wie więcej, niż powinna i nie zamierza się tym dzielić.

— Bo nie powinnam — odpowiedziała spokojnie.

Kamil spojrzał na nią uważniej.

— Co się ze mną dzieje?

Nastka przez chwilę milczała.

Jakby ważyła, ile prawdy można podać bez wywołania kolejnej katastrofy.

— To, co weszło w ciebie — powiedziała w końcu — nie jest „rzeczą”, która siedzi i czeka. Ono się integruje.

— Integruje? — Kamil powtórzył. — Brzmi jak reklama aplikacji, a nie jak opis bycia opętanym.

— Nie jesteś opętany — ucięła. — Jesteś… połączony.

— Super. Nowa funkcja systemu.

Nastka westchnęła, po czym ruszyła przed siebie.

— Idziesz.

— Dokąd?

— Tam, gdzie przestaniesz zadawać pytania na ulicy.

Szli przez miasto, które wyglądało normalnie tylko dla przypadkowych ludzi.

Dla Kamila wszystko miało lekko „rozjechaną” strukturę. Czasem widział, jak światło odbija się z opóźnieniem. Czasem ludzie poruszali się jakby o pół sekundy za wolno. Raz nawet miał wrażenie, że mijany pies spojrzał na niego trochę zbyt świadomie.

Ale coś jeszcze zaczęło się zmieniać.

Kamil zauważył, że jego wzrok… wraca do Nastki częściej, niż powinien.

Nie dlatego, że musiał iść za nią.

Tylko dlatego, że coś w nim rejestrowało ją szybciej niż resztę świata.

Jakby jego ciało samo wybierało punkt odniesienia.

— Powiedz mi, że to minie — mruknął.

— Nie minie — odpowiedziała Nastka.

— To była zła odpowiedź.

— Była prawdziwa.

Kamil westchnął.

— Wspaniale. Uwielbiam prawdziwe odpowiedzi, które niszczą mi życie.


Dotarli do miejsca, które z zewnątrz wyglądało jak stara, nieużywana kamienica.

Drzwi były zwyczajne.

Za zwyczajnymi drzwiami nie było nic zwyczajnego.

W środku znajdował się korytarz, który nie powinien mieścić się w tym budynku.

Światło było inne — bardziej „gęste”. Powietrze ciche w sposób nienaturalny.

Kamil zatrzymał się w progu.

— Nie mam dobrego przeczucia.

— Dobrze — powiedziała Nastka. — To znaczy, że zaczynasz widzieć prawidłowo.

— To nie uspokaja.

— Nie miało.

Ruszyła dalej.

Kamil wszedł za nią.

W głębi budynku znajdowała się sala.

Zbyt duża jak na ten adres.

Przy stole siedziało kilka osób. Różnych. Spokojnych. Uważnych.

Kiedy Kamil wszedł, rozmowy ucichły.

— Nie mówiłaś, że przyprowadzisz „nowy problem” — odezwał się mężczyzna po lewej stronie.

— Nie mówiłam, że to problem — odpowiedziała Nastka.

— Jeszcze nie — poprawił ktoś inny.

Kamil uniósł ręce.

— Dzień dobry. Jeśli to rekrutacja do sekty, to uprzedzam: nie mam doświadczenia, ale szybko się uczę.

Cisza.

Jedna z kobiet parsknęła śmiechem.

— On jest zabawny — powiedziała.

— On jest niestabilny — odparł mężczyzna.

— To też pasuje do nas — skwitowała Nastka.

Kamil spojrzał na nią.

— „Do nas”?

Zanim odpowiedź padła, coś w Kamilu „kliknęło”.

Nie głośno. Nie boleśnie.

Raczej jakby jego świadomość na sekundę przesunęła się o pół kroku w bok.

I wtedy zobaczył.

Nie oczami — bardziej jak intuicją.

Nastkę inaczej niż wcześniej.

Nie tylko stojącą przed nim osobę, ale coś więcej: warstwę pod powierzchnią. Delikatne, ledwo widoczne struktury w jej obecności, jak ślady po ruchu w wodzie.

I po raz pierwszy nie poczuł strachu.

Poczuł… ciekawość.

— Okej — powiedział cicho, bardziej do siebie. — To jest… nowe.

Nastka spojrzała na niego natychmiast.

Zbyt szybko.

Jakby zauważyła zmianę, której inni jeszcze nie widzieli.

W sali zaczęło się spotkanie.

Mówili o zasadach. O pęknięciach. O granicach.

Ale Kamil coraz mniej słuchał słów.

Zamiast tego obserwował.

Nastkę.

Jej reakcje.

Minimalne ruchy dłoni.

To, jak czasem milknie sekundę wcześniej niż inni, jakby słyszała więcej.

Jakby zawsze była o krok przed rozmową.

A potem zauważył coś jeszcze.

Gdy ktoś mówił o „ryzyku integracji”, Nastka na moment spojrzała na niego.

Nie jak na problem.

Jak na coś, czego jeszcze nie nazwano poprawnie.

I to go zatrzymało.

Bo to nie był strach.

To była analiza.

Po spotkaniu wychodzili razem.

Kamil szedł wolniej niż wcześniej. Nie dlatego, że był zmęczony.

Dlatego, że myślał.

— Ty wiedziałaś wcześniej, że coś takiego się wydarzy — powiedział nagle.

Nastka nie odpowiedziała od razu.

— Tak — przyznała w końcu.

— I nie powiedziałaś mi.

— Nie byłoby to niczego warte, dopóki nie stało się realne.

Kamil prychnął.

— Uwielbiam wasz system komunikacji. „Nie mówimy ci rzeczy, dopóki nie przestaną być twoim problemem”.

— Mniej więcej.

Zamilkł.

Ale zamiast gniewu, pojawiło się coś innego.

Zainteresowanie.

Bo jeśli ona wiedziała wcześniej…

to znaczyło, że to wszystko miało strukturę.

Reguły.

Logikę.

A jeśli coś ma logikę…

to można to zrozumieć.


Wieczorem Kamil wrócił do domu.

I tym razem nie próbował ignorować tego, co się w nim działo.

Zamiast tego… obserwował.

Gdy światło w lodówce mrugnęło, nie cofnął się.

Gdy czajnik włączył się sam, tylko odnotował fakt.

Gdy telefon znów na sekundę wyświetlił „nie próbuj tego ignorować” — nie odłożył go.

Wpatrywał się.

— Okej — powiedział cicho. — Czym ty jesteś?

W odbiciu ekranu zobaczył swoje oczy.

I przez ułamek sekundy miał wrażenie, że nie patrzy tylko on.

Że coś patrzy razem z nim.

I pierwszy raz zamiast paniki… poczuł ciekawość.

Bo jeśli to coś w nim nie było przypadkiem…

to Nastka wiedziała o nim więcej, niż powiedziała.

I to był problem.

Ale też początek czegoś znacznie większego.

ROZDZIAŁ 6 — „Wojna”

Dzień zaczął się spokojnie.

Co samo w sobie było podejrzane.

Kamil zauważył to od razu.

Było dziwnie spokojnie i normalnie.

Stał przy ekspresie do kawy i przez chwilę wpatrywał się w strumień napoju, jakby spodziewał się, że zaraz zacznie płynąć w przeciwną stronę albo przemówi do niego pełnym zdaniem.

Nic się nie wydarzyło.

— Dziwne — mruknął.

I dokładnie w tym momencie jego telefon zawibrował.

Żadnym dźwiękiem ani powiadomieniem.

Tylko krótkim, pulsującym drżeniem, jakby ktoś dotknął go od środka.

Kamil spojrzał na ekran.

Brak wiadomości.

Ale przez ułamek sekundy zobaczył coś jeszcze.

Napis

„idziemy”

Uniósł brwi.

— Nie, nie idziemy — odpowiedział spokojnie. — Ja mam dziś inne plany.

Telefon zgasł.

Zapadła dziwna cisza.

Ale coś w nim… nie odpuściło.


Kilka minut później stał już na ulicy.

I wiedział dokładnie, dokąd idzie.

Nie dlatego, że podjął decyzję.

Tylko dlatego, że coś w nim ją podjęło.

— To jest bardzo zły początek dnia — stwierdził pod nosem.

Znalazł ją szybciej, niż powinien.


Nastka siedziała na ławce, z kubkiem kawy i miną osoby, która wygląda na spokojną tylko dlatego, że jeszcze nic się nie wydarzyło.

Uniósł brew.

— Czy ty przypadkiem nie powinnaś być zajęta niszczeniem rzeczywistości gdzie indziej?

Nie spojrzała na niego od razu.

— A ty nie powinieneś być zajęty ignorowaniem problemów, które masz w środku?

Usiadł obok niej.

— Próbowałem. Nie działa.

— Bo to nie jest problem do ignorowania.

— Zauważyłem.

Przez krótką chwilę żadne z nich się nie odezwało.

— Coś się zmieniło — powiedział.

— Tak — odpowiedziała spokojnie.

— Nie pytam, czy się zmieniło. Pytam, co.

Nastka w końcu spojrzała na niego.

I przez moment jej spojrzenie było bardziej uważne niż zwykle.

— Reagujesz szybciej.

— Na co?

— Na mnie.

Kamil zmrużył oczy.

— To brzmi jak coś, czego nie powinienem słyszeć o ósmej rano.

— A jednak słyszysz.

W tym momencie coś drgnęło.

Nie w nim.

W niej.

Nastka odwróciła lekko głowę, jakby usłyszała coś, czego inni nie mogli.

— O nie — powiedziała cicho.

— Co „o nie”?

— Ktoś nas obserwuje.

Kamil rozejrzał się.

— Nie chcę cię martwić, ale ludzie mają oczy. To się zdarza.

— Nie ludzie.

Rozejrzała się dookoła.

— Lepiej wstań.

— Nie podoba mi się ten ton.

— Nie ma czasu, żeby ci się podobało.

Wstał.

I wtedy zobaczył.

Powietrze kilkanaście metrów dalej… zadrgało.

Tak jak wcześniej.

Tylko tym razem mocniej.

Bardziej niestabilnie.

— To znowu to coś? — zapytał.

— To coś więcej — odpowiedziała Nastka.

— Świetnie. Uwielbiam „więcej”.

Zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze, Nastka zrobiła krok do przodu i szepnęła szybko:

— Lekkość kroku, brak równowagi, trochę wstydu.

Kamil spojrzał na nią.

— Serio?

— Co?

— W tej chwili rzucasz zaklęcia?

— Tak.

— Na co?

— Na ciebie.

Kamil rozszerzył oczy z zaskoczenia.

— Że co słucham?!

I wtedy jego nogi postanowiły przestać współpracować.

Zrobił krok.

Za długi.

Drugi.

Za szybki.

Trzeci zakończył się niemal widowiskowym potknięciem.

— Ty sobie żartujesz — warknął, próbując odzyskać równowagę.

— Musiałam cię przesunąć — odpowiedziała spokojnie. — Stałeś w złym miejscu.

— Mogłaś powiedzieć!

— Nie byłoby tak efektownie. — roześmiała się Nastka.

Powietrze przed nimi pękło.

Tym razem bez subtelności.

Z wyraźnym, ostrym dźwiękiem.

Nastka przestała się śmiać.

Z tej szczeliny wyłoniło się coś, co wyglądało jak zdeformowana wersja poprzedniego stworzenia — większa, bardziej niestabilna i zdecydowanie mniej „ciekawa”.

— To nie jest śmieszne — powiedział Kamil.

— Nie miało być — odparła Nastka.

Stworzenie poruszyło się gwałtownie.

I ruszyło prosto na nich.

Nastka uniosła rękę i wypowiedziała kolejne zaklęcie.

— Zatrzymanie, opór, cofnięcie.

Stworzenie zwolniło.

Ale nie zatrzymało się całkowicie.

— Super — mruknął Kamil. — Czyli to jest tylko częściowo skuteczne.

— Bo coś je wzmacnia — odpowiedziała.

— Co?

Spojrzała na niego.

— Ty.

Sekunda ciszy zawisła między nimi.

— Nie podoba mi się to.

— Mi też nie.

Stworzenie nagle zmieniło kierunek.

I zamiast atakować, zaczęło krążyć wokół Kamila.

Szybciej.

Bliżej.

Bardziej agresywnie.

— Okej, chyba mnie lubi — powiedział.

— To nie jest „lubi”.

— To co?

— To rezonans.

— Brzmi jak coś, co kończy się źle.

— Bo się kończy źle.

Musisz ciągle gadać?

A ty nie możesz od razu powiedzieć o co chodzi?

Nie! — warknęła Nastka.

Więc ja nie przestanę pytać.

Nastka zaklęła pod nosem i zrobiła coś, czego wcześniej nie robiła.

Jej głos stał się niższy.

Mocniejszy.

— Wystarczy. Wracaj tam, skąd przyszło.

Powietrze wokół nich zadrżało.

Stworzenie zatrzymało się.

Na chwilę.

A potem…

rozpadło się.

Ale nie zniknęło.

Zamiast tego energia rozeszła się falą.

I uderzyła w nich.

Kamil poczuł, jak coś w nim reaguje.

Jakby to, co już w nim było, nagle się obudziło.

Świat na moment się rozmył.

A potem wrócił.

— Dobra — powiedział, łapiąc oddech. — To już zaczyna być irytujące.

Nastka spojrzała na niego uważnie.

— Musimy iść.

— Dokąd?

— Do mnie.

— To brzmi jak najgorszy pomysł, jaki dziś usłyszałem.

— Możesz zostać i radzić sobie sam. — burknęła zirytowana Nasturcja.


Dom Nastki był dokładnie taki, jak się Kamil spodziewał.

I zupełnie inny.

Stary. Drewniany. Pachnący ziołami.

Ale jednocześnie… zbyt „pełny”.

Jakby każda ściana coś pamiętała.

— Nie jesteś taka straszna — powiedział, rozglądając się.

— Jeszcze nic nie widziałeś — odpowiedziała spokojnie.

Popatrzył na nią zaskoczony, bo nie tylko widział ale i poczuł część jej świata.


— W końcu — odezwał się głos z wnętrza domu.

Babcia stała w drzwiach, patrząc na nich tak, jakby wiedziała wszystko, zanim jeszcze weszli.

— Przyprowadziłaś problem.

— Nie mój — odpowiedziała Nastka.

— Teraz już twój.

Babcia podeszła bliżej i przyjrzała się Kamilowi.

Długo z uwagą obserwowała go jakby był obiektem muzealnym.

— Hm.

— „Hm” brzmi jak diagnoza, której nie chcę słyszeć — powiedział Kamil.

— Powinieneś — odparła.

— To nie jest zwykły grymas — powiedziała po chwili. — To połączenie.

Nastka zmarszczyła brwi.

— Czyli?

— Czyli on nie jest tylko nośnikiem.

Spojrzała na Kamila.

— On jest częścią problemu.

Kamil otworzył usta ze zdziwienia.

Nastka westchnęła.

— Świetnie. Czy jest jakaś wersja tej historii, w której jestem tylko obserwatorem?

— Nie — odpowiedziały jednocześnie.

Babcia odwróciła się.

— Trzeba to ustabilizować.

— Jak? — zapytała Nastka.

— Szybko.

Kamil spojrzał na Nastkę.

— Wiesz, że to zaczyna przypominać bardzo złą współpracę?

Spojrzała na niego z lekkim uśmiechem.

— A jednak nadal tu jesteś.

Kamil przechylił głowę.

— Może dlatego, że zaczynasz mnie ciekawić.

Tym razem to Nastka szerzej otworzyła oczy ze zdziwienia.

— To najgorszy powód, jaki mogłeś wybrać.

— A jednak działa.

I dokładnie w tym momencie coś w nim poruszyło się znowu.

Tym razem mocniej.

Jakby przypominało mu, że to dopiero początek wojny.


Babcia podeszła bliżej.

Kamil wyprostował się lekko, jakby instynktownie chciał zachować kontrolę nad sytuacją.

— Jeśli to moment, w którym ktoś powie „to może zaboleć”, to wolę uprzedzić, że nie lubię niespodzianek — rzucił.

Babcia uśmiechnęła się minimalnie.

— To dobrze. Bo to nie będzie niespodzianka.

I wtedy położyła dłoń na jego klatce piersiowej.

Dokładnie nad sercem.

Świat… się zatrzymał.

Nie dramatycznie.

Nie z hukiem.

Raczej jakby ktoś wyciągnął z niego ruch.

Powietrze zgęstniało.

Dźwięki ucichły.

Nawet światło wydawało się bardziej nieruchome.

Kamil w pierwszej sekundzie nie poczuł bólu.

Poczuł… zimno.

Nie na skórze.

Głębiej.

Jakby coś w jego wnętrzu zostało nagle wystawione na przeciąg.

— Nie ruszaj się — powiedziała babcia spokojnie.

— Nie planowałem — odpowiedział, choć jego głos zabrzmiał jakby z oddali.

A potem to się zaczęło.

Najpierw jako delikatne napięcie.

Potem jako ruch.

Nie jego.

Coś w nim zaczęło się cofać.

Jakby coś, co wcześniej wniknęło, teraz próbowało znaleźć wyjście.

Kamil zacisnął szczękę.

— Okej… to jest nowe — powiedział przez zęby.

— To jest właściwe — odpowiedziała babcia.


Nastka stała obok.

Nieruchomo, napięta jak struna i przygotowana na sygnał.

Jej dłoń była uniesiona, gotowa.

— Trzymaj go — powiedziała babcia.

— Trzymam.

I wtedy nastąpiło pęknięcie.

Nie w świecie.

W nim.

Krótki, ostry błysk przeszedł przez jego świadomość.

Jakby ktoś nagle zmienił perspektywę patrzenia.

Kamil zobaczył coś przez ułamek sekundy.

Nie dom.

Nie ludzi.

Tylko przestrzeń.

Rozciągniętą.

Pękniętą.

Nielogiczną.

I coś, co było częścią niego… próbowało się z tego wyrwać.

— Teraz — powiedziała babcia cicho.

Jej głos zmienił się.

Był starszy.

Cięższy.

Mocniejszy i bardziej zdecydowany.

— Co przyszło nieproszone, wraca bez śladu. Co się przyczepiło, traci prawo. Co nie jest jego, przestaje nim być.

Powietrze zareagowało.

Dosłownie.

Zadrżało.

Światło przygasło.

A coś w Kamilu… zostało wyrwane.

To nie było fizyczne.

Ale było odczuwalne.

Jakby ktoś nagle wyciągnął z niego fragment napięcia, którego wcześniej nie zauważał.

Kamil wciągnął gwałtownie powietrze.

I cofnął się o krok.

Babcia zrobiła to samo.

Między nimi, przez ułamek sekundy, zawisło coś.

Małe.

Niestabilne.

Migoczące.

Resztka.

Grymas świata magicznego.

— Nie dotykaj — powiedziała Nastka natychmiast.

— Nawet nie zamierzałem — odparł Kamil.

Babcia nie czekała.

Uniosła drugą dłoń.

— Zamknięcie.

Jedno słowo.

Krótko. Twardo. Zdecydowanie.

Przestrzeń wokół tej „resztki” zacieśniła się.

Jakby coś ją ścisnęło.

Zgniotło.

I nagle…

niczego nie było.

Cisza wróciła.

Ale tym razem była zwyczajna.

Normalna.

Ludzka.

Już nie ciężka jak wcześniej raczej nieco niezręczna.

Kamil stał nieruchomo.

Oddychał głośno.

Ale jego spojrzenie było… czyste.

— Okej — powiedział po chwili. — To było… dziwne.

Nastka opuściła rękę.

— Jak się czujesz?

Zastanowił się przez sekundę.

— Jak ktoś, kto właśnie przestał mieć współlokatora, którego nigdy nie zapraszał.


Babcia skinęła głową.

— Dobre porównanie.

— Czyli to koniec? — zapytał.

— Tego etapu — odpowiedziała spokojnie.

— Czyli zaczyna się coś gorszego?

Nastka uśmiechnęła się lekko.

— Zaczyna się coś ciekawszego.

Kamil spojrzał na nią uważnie.

Już bez dystansu, który miał wcześniej.

— Wiesz, że to wszystko przez ciebie?

— Wiem.

— I wiesz, że normalnie bym się w to nie pakował?

— Wiem.

Nastka wzruszyła ramionami.

— A jednak tu jestem.

Nastka przechyliła lekko głowę.

— I co to o tobie świadczy?

Kamil uśmiechnął się pod nosem.

— Że chyba lubię problemy.

— To źle. Bo ja mam ich po dziurki w nosie.

— Hmmm… ok.

Zrobił krok bliżej.

— Ale ty jesteś całkiem interesującym problemem.

Nastka spojrzała na niego uważnie.

I tym razem nie odpowiedziała od razu.

Bo pierwszy raz…

to nie ona kontrolowała tempo tej rozmowy.


Na zewnątrz świat wyglądał dokładnie tak samo jak wcześniej.

Ale coś się zmieniło.

Problem został opanowany.

Grymas zniknął.

Równowaga — przynajmniej na chwilę — wróciła.

Tylko że tym razem…

żadne z nich nie miało już złudzeń, że to koniec.

To był dopiero początek.

ROZDZIAŁ 7 — „Zbyt blisko”

Poranki po „opanowanych katastrofach” miały jedną wspólną cechę.

Były podejrzanie normalne.

O ile świat Nastki można nazwać normalnym.

Nie było w nich dramatów, pęknięć rzeczywistości ani dziwnych zdarzeń, które wymagały natychmiastowej reakcji. Świat zachowywał się tak, jakby nic się nie wydarzyło — jakby poprzedni dzień nie zostawił po sobie żadnego śladu.

I właśnie to było najbardziej niepokojące.

Nastka wiedziała, że to cisza przed czymś.

Nie pytała czy, tylko kiedy.


Stała na werandzie, oparta o balustradę, z kubkiem herbaty w dłoni i spojrzeniem wbitym w ogród, który wyglądał niewinnie tylko dla osób, które nie znały zasad tego świata.

Z zewnątrz wszystko było spokojne, naturalne.

Zioła rosły tak, jak powinny. Liście poruszały się lekko na wietrze. Światło układało się miękko na drewnianych deskach werandy.

Ale pod powierzchnią coś się przesuwało.

Niewidzialne.

Cierpliwe.

— Nie próbuj — mruknęła pod nosem.

Jedna z gałązek zatrzymała się w połowie ruchu, jakby została przyłapana.

Nastka przewróciła oczami.

— Serio? Już od rana?

Z kuchni dobiegł głos babci:

— Jeśli zaczynasz rozmawiać z roślinami, to znaczy, że dzień będzie długi.

— Rozmawiam tylko z tymi, które mnie prowokują.

— Czyli ze wszystkimi.

Nastka uśmiechnęła się pod nosem.

Ale jej uwaga i tak uciekła gdzie indziej.

Na ulicę.

A dokładniej…

na niego.


Kamil szedł spokojnie, jakby nic się nie wydarzyło.

Jego krok był równy, pewny, dokładnie taki, jakiego można było się po nim spodziewać. Wyprostowana sylwetka, rozluźnione ramiona, spojrzenie skierowane przed siebie — wszystko na miejscu.

Jakby wczoraj nie miał w sobie czegoś, czego nie dało się nazwać.

Zupełnie tak jakby wszystko wróciło do normy.

Problem polegał na tym, że nie wróciło.

Nastka widziała to od razu.

Nie w jego ruchach.

Nie w spojrzeniu.

W czymś głębiej.

Jakby świat wokół niego reagował szybciej niż powinien.

Jakby dopasowywał się do niego o ułamek sekundy za wcześnie.

Jakby rzeczywistość… próbowała nadążyć.

— No nie — mruknęła.

— Co „no nie”? — zapytała babcia, stając obok niej.

Nastka nie odwróciła wzroku.

— Myślałam, że to zamknięte.

Babcia spojrzała w tym samym kierunku.

Jej twarz pozostała spokojna, ale w oczach pojawiło się coś bardziej uważnego.

— Zamknięte nie znaczy zapomniane.

— Nie podoba mi się to.

— Nie musi.

Kamil podniósł wzrok.

I zatrzymał się.

Ich spojrzenia spotkały się dokładnie w tym samym momencie.

Zbyt precyzyjnie, żeby było to przypadkowe.

Jakby coś pomiędzy nimi skróciło dystans, zanim zdążyli go pokonać.

Nastka poczuła to pierwsza.

To nie było zwykłe spojrzenie.

Nie było w nim ironii.

Nie było zaczepki.

Było… skupienie.

I coś jeszcze.

Coś, czego wcześniej tam nie było.

— Patrz tak dalej, a pomyślę, że się uczysz — rzuciła, zanim zdążyła to przemyśleć.

Kamil uśmiechnął się lekko.

— Już się nauczyłem.

— Czego?

Podszedł bliżej.

Zatrzymał się tuż przed werandą, opierając się lekko o barierkę, jakby to było najbardziej naturalne miejsce na świecie.

— Że jak coś zaczyna się od ciebie, to nie kończy się normalnie.

Nastka uniosła brew.

— To miało być komplement?

— Obserwacja.

— Brzmisz jak raport.

— Zawodowe zboczenie.

Przez chwilę patrzyli na siebie bez słów.

Świat wokół nich zwolnił delikatnie.

Dźwięki stały się przytłumione.

Wiatr ucichł.

I pierwszy raz…

to nie było starcie.

To było coś innego.

Cisza między nimi nie była napięta.

Była gęsta.

— Nie jesteś taka straszna — powiedział ciszej.

Nastka zmrużyła oczy.

— Uważaj.

— Dlaczego?

Nachyliła się lekko.

Minimalnie.

Ale wystarczająco, żeby skrócić dystans jeszcze bardziej.

— Bo jeszcze zmienię zdanie i postanowię to udowodnić.

Kącik jego ust drgnął.

— Czekam.

I dokładnie wtedy coś w niej… drgnęło.

Nie magia.

To byłoby prostsze.

Coś bardziej niewygodnego.

Coś, czego nie kontrolowała.

Nastka cofnęła się o pół kroku.

Ten ruch był szybki, niemal niezauważalny.

Ale wystarczający, żeby przerwać to, co zaczynało się między nimi budować.

— Nie masz nic lepszego do roboty?

— Mam.

— To czemu tu jesteś?

— Bo to ciekawsze.

— Czyli masz słaby gust.

— Albo dobry instynkt.

— Okej, stop — przerwał głos od boku.

Pola pojawiła się nagle, jakby wyrosła z powietrza.

Za nią Agata.

Obie patrzyły na nich z identycznym wyrazem twarzy — mieszanką rozbawienia, niedowierzania i czystej ciekawości.

— My to naprawdę widzimy? — zapytała Agata.

— Niestety tak — odpowiedziała Pola. — I nie wiem, czy jestem gotowa.

Nastka westchnęła.

— Nie zaczynajcie.

— My nie zaczynamy — powiedziała Pola. — My obserwujemy.

— I analizujemy — dodała Agata.

Kamil spojrzał na nie rozbawiony.

— Mam wrażenie, że jestem oceniany.

— Bo jesteś — odpowiedziały jednocześnie.

— Dobra — Pola skrzyżowała ręce i zrobiła krok bliżej, przyglądając się im z przesadną powagą. — Co się dzieje?

— Nic — odparła Nastka zbyt szybko.

— Okej, czyli coś dużego — podsumowała Agata bez wahania.

— Naprawdę nic.

— Nastka — Pola nachyliła się lekko. — Ty nie stoisz „za blisko ludzi”.

Popatrzyła znacząco na przyjaciółkę.

— A ty nie patrzysz na ludzi w ten sposób — dodała Agata, wskazując na Kamila.

— W jaki sposób? — zapytał.

— Jakbyś właśnie odkrył nowy problem, który chcesz rozwiązać ręcznie.

Kamil uśmiechnął się szerzej.

— Trafne.

— Ja nie mam problemu — wtrąciła Nastka.

— Ty jesteś problemem — odpowiedziała Pola.

— I to poważnym — dodała Agata.

— Świetnie — mruknęła Nastka. — Czy możemy zmienić temat?

— Nie — odpowiedziały zgodnie.


I wtedy pojawiła się ona.

Najpierw zapach.

Zbyt intensywny, żeby go zignorować.

Ciężki, słodki, narzucający się — taki, który nie prosi o uwagę, tylko ją zabiera.

Potem dźwięk obcasów.

Równy. Pewny. Celowy.

Każdy krok wybrzmiewał wyraźnie, jakby był częścią przedstawienia.

A potem…

Sylwetka.

Dziewczyna zatrzymała się kilka metrów od nich.

Idealnie ubrana.

Idealnie spokojna.

I absolutnie świadoma tego, że wszyscy na nią patrzą.

Kamil zesztywniał.

Minimalnie.

Ale wystarczająco, żeby Nastka to zauważyła.

I to wystarczyło.

— No proszę — powiedziała dziewczyna, z lekkim uśmiechem. — A więc jednak wróciłeś.

— Julia — odpowiedział Kamil.

Jego ton był nienaturalnie spokojny.

Jakby starannie dobrany.

— Tęskniłeś? — zapytała, podchodząc bliżej.

— Nie.

— Szkoda. Ja bardzo.

Jej spojrzenie przesunęło się na Nastkę.

Powoli.

Dokładnie.

Analizująco.

Jakby oceniała nie tylko wygląd, ale i coś głębiej.

— A to kto?

Zapadła niezręczna cisza.

Nastka uśmiechnęła się lekko.

— Problem — odpowiedziała.

Julia uniosła brew.

— Rozumiem.

— Wątpię.

Powietrze zgęstniało.

Pola i Agata cofnęły się o krok.

— O nie — mruknęła Pola. — To się źle skończy.

— Bardzo źle — dodała Agata z zachwytem niemal podskakując z ekscytacji.

Julia zrobiła kolejny krok.

— Słyszałam o tobie.

— Mam nadzieję, że same dobre rzeczy.

— Raczej… ciekawe.

— Więc dobrze się zastanów czy, chcesz sprawdzać wiarygodność tych plotek. — bardzo spokojnie odpowiedziała Nastka przechylając lekko głowę.

Ich spojrzenia zderzyły się.

Bez uśmiechów.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 64.46