E-book
15.75
drukowana A5
42.05
Szepty Kaldestadåsen

Bezpłatny fragment - Szepty Kaldestadåsen


Objętość:
144 str.
ISBN:
978-83-8440-467-6
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 42.05

Rozdział 1

Za szybą nie było widać nic. Nic oprócz szalejącego na zewnątrz śniegu, który z ogromną siłą napierał na samochód. Ustawione na maksymalne obroty wycieraczki nie nadążały oczyszczać szyb na tyle sprawnie, aby przywrócić odpowiednią widoczność. Tylko przez chwilowo dostępne prześwity, jakie pojawiały się pomiędzy jednym ruchem wycieraczki a drugim, Rauf był w stanie dostrzec zarysy bardzo wąskiej drogi gdzieś pomiędzy górami. Samochód poruszał się powoli. Tak powoli, że z pewnej odległości sprawiał wrażenie nieruchomego. Łatwo wpadał w poślizg, a zalegająca na drodze gruba warstwa śniegu sprawiała, że przyczepność kół była mocno ograniczona. Wystarczył jeden nieostrożny ruch, a sytuacja wymknęłaby się spod kontroli.

Rauf nie miał wyjścia. Jechał dalej. Zatrzymanie się w tym miejscu i w tych warunkach stwarzałoby zagrożenie życia dla niego i dla innych. Ryzyko zasypania śniegiem było ogromne, a widoczność zredukowana niemalże do zera sprawiała, że spowodowanie wypadku było tylko kwestią czasu. Pomimo że w ciągu ostatniej godziny Rauf widział zaledwie trzy samochody jadące z przeciwnego kierunku, wolał nie podejmować ryzykownej decyzji, którą mógł przypłacić życiem. Najlepszym rozwiązaniem było więc ostrożne poruszanie się naprzód.

Po raz pierwszy, odkąd opuścił dom, zaczął żałować, że w ogóle wyjechał. Tak naprawdę opuszczał dom bardzo rzadko. Tak rzadko, że walizka, którą kupił piętnaście lat temu, nadal była w doskonałym stanie. Wyglądała jak nowa.

Ostatnie lata Raufa nie należały do udanych, a jego kondycja psychiczna pozostawiała wiele do życzenia. Tabletki przepisane przez psychiatrę nie pomagały, a koszmary stawały się coraz bardziej intensywne.

Wiedział, że od pewnych rzeczy nie było ucieczki. Co więcej, on sam nie miał już siły uciekać. Czuł się zmęczony i pokonany. Po każdej nocy budził się z uczuciem porażki, a w ciągu dnia wszystkie problemy powracały ze zdwojoną siłą. Wiedział, że nie mógł kontynuować życia w ten sposób. Już nie. Tolerował ten stan przez wiele lat, ale im więcej czasu upływało, tym trudniej było mu z niego wyjść. Stan ten stawał się coraz bardziej destrukcyjny, a widoków na polepszenie kondycji psychicznej nie było. Rauf wiedział, że moment, w którym osiągnął dno, już nadszedł i że teraz pozostała mu tylko jedna droga — do góry.

Wiedział, że tym razem nie mógł odpuścić. Czekał zbyt długo. Paraliżował go strach. Strach tak wielki i tak niezrozumiały, że zaczynał dominować nad każdym aspektem jego życia. Jedynym wyjściem wydawała się więc bezpośrednia konfrontacja z przeszłością, a następnie stawienie czoła temu, co miało nadejść. Nie było już odwrotu. Nadszedł czas, aby powracający koszmar w końcu zamienił się w rzeczywistość.

O pensjonacie pod Kaldestadåsen usłyszał ponad rok temu. Wtedy po raz pierwszy zrodziło się w nim jakieś dziwne uczucie, które nie opuszczało go ani na chwilę. Nie wiedział, czy był to jakiś głos z zaświatów, czy może kolejny twór jego wyobraźni, powstały w wyniku zażywanych leków. Wiedział jednak, że o tym miejscu nie dowiedział się przypadkowo. Wiedział, że musiał tam jechać. Prędzej czy później musiał to zrobić, a dzień, w którym dowiedział się o pensjonacie pod Kaldestadåsen sprawił, że ta myśl stawała się coraz bardziej intensywna.

— Jedź — nalegał Jassa.

A Jassa zawsze miał rację. Był jedynym człowiekiem, któremu Rauf ufał. Jedynym, który pozostał przy nim po tym wszystkim, co się stało. A to, co się stało, odepchnęłoby niejednego człowieka.

— Będziesz tam bezpieczny — twierdził. — To spokojne miejsce.

Rauf miał jednak swoje obawy. Sama myśl, że miałby tam powrócić, napawała go przerażeniem. Nie był w górach od ponad dziesięciu lat. Bał się ich. Bał się nawet na nie patrzeć. Perspektywa spędzenia bliżej nieokreślonego czasu w ich otoczeniu działała na niego w sposób trudny do opisania. Zaczynał się pocić, a jego wyobraźnia zmierzała w dziwnym kierunku. Szczególnie wtedy, kiedy myślał o tym konkretnym miejscu.

— Nikt cię tam nie pamięta — tłumaczył Jassa. — Minęło wiele lat. Zmieniłeś się.

Być może. Powrót w tamte strony wiązałby się jednak z bardzo silnymi emocjami. Z emocjami, na które Rauf nie do końca był gotowy. Konfrontacja z przeszłością oznaczałaby bowiem odnowienie traumatycznych doświadczeń, o których przez ostatnie lata tak bardzo starał się zapomnieć.

Pensjonat pod Kaldestadåsen, do którego wcześniej wybrał się Jassa i który stwierdził, że było to miejsce „odpowiednie”, dawał pewnego rodzaju nadzieję. Nadzieję na to, że powrót w dawne strony nagle stał się możliwy i że konfrontacja z przeszłością niespodziewanie znalazła się w zasięgu ręki.

— Jedź — nalegał Jassa. — Potrzebujesz tego.

Rauf posłuchał.

Podjęcie decyzji zajęło mu jednak rok. Może nawet dłużej. Przez ten czas konfrontował się z zupełnie nowymi uczuciami, które narodziły się w nim zaraz po tym, kiedy Jassa po raz pierwszy wspomniał o pensjonacie. Od tamtej pory nic już nie było takie samo. Przeszłość dawała o sobie znać, a jej głosu Rauf nie potrafił zignorować.

— Pojadę tam zimą — stwierdził. — Najlepiej w okresie Bożego Narodzenia. Wtedy okolica będzie wyludniona.

— To dobry pomysł — przyznał Jassa. — Poza sezonem nie będziesz miał problemów z noclegiem. Okolica będzie pusta. To najlepszy czas, abyś tam wrócił i zmierzył się z przeszłością.

— A jeśli ktoś mnie rozpozna? — pytał Rauf.

— Nikt już o tobie tam nie pamięta. A nawet jeśli, to nikt nie odkryje twojej tożsamości. Wtedy byłeś nastolatkiem. Niskim i w dodatku chudym jak szkapa. A teraz… Przejrzyj się w lustrze. Urosłeś. Nabrałeś masy. Twoja twarz się zmieniła. Jesteś mężczyzną. Jesteś innym człowiekiem.

— A właściciel pensjonatu? — dopytywał Rauf. — Kim on jest?

— Pensjonat jest nowy — wyjaśnił Jassa. — Otworzyli go w zeszłym roku. Właściciel nie jest stamtąd. Sprawdziłem.

Rauf wiedział, że na próżno szukał wymówek. Okoliczności, bez względu na to, jak by na nie nie spojrzeć, były sprzyjające. Jeżeli kiedykolwiek miała nadarzyć się okazja, aby powrócić w tamte strony, to właśnie teraz. W okresie Bożego Narodzenia.

„Wiedziałem, że będzie padać, ale nie sądziłem, że aż tak”, pomyślał Rauf, przedzierając się przez kolejne zaspy.

Śniegu było coraz więcej, a droga powoli zaczynała zlewać się z poboczem. Do celu brakowało około kilometra.

— Niedługo powinienem dojechać — stwierdził.

Jassa powiedział, że pensjonat położony jest na wysokim wzniesieniu po prawej stronie drogi. Rauf doskonale pamiętał tę drogę. I drogę, i wzniesienie. Okolice Kaldestadåsen znał doskonale. Kojarzył nawet dom, w którym powstał pensjonat. Jednak po dziesięciu latach w okolicy wiele się zmieniło. Niektórzy ludzie usunęli ogrodzenia, inni z kolei je wybudowali. Posadzono kolejne drzewa, krzewy. Wszystko wyglądało inaczej. A już szczególnie o tej porze roku, kiedy wiatr wiał z całej siły, a cała okolica znajdowała się pod grubą warstwą śniegu.

— To chyba tutaj — wyszeptał, mijając wysokie drzewo o solidnym pniu i rozłożystej koronie.

Natychmiast zwolnił i jeszcze bardziej wysilając wzrok, próbował wypatrzeć wąską drogę po prawej stronie jezdni. Niestety, śnieg padał tak intensywnie, że wszystko zlewało się w całość.

„Do diabła”, pomyślał.

Nie widział już nic. Ponownie otworzył drzwi i wyszedł z samochodu, zostawiając włączony silnik. Naciągnął na głowę kaptur i bardzo ostrożnie przeszedł na drugą stronę. Drzewo pozostało nieco w tyle, a prowadząca pod górę droga powinna znajdować się gdzieś tutaj. Przetarłszy ponownie oczy, zaczął jej wypatrywać. Silny wiatr uderzał w niego ze wszystkich stron, a śnieg sypał coraz bardziej. Gdy tylko otwierał oczy, natychmiast wpadały w nie duże płaty śniegu, uniemożliwiając zobaczenie czegokolwiek. Rauf mocniej naciągnął kaptur, zasłonił przedramieniem czoło i w takiej pozycji zaczął analizować znajdujące się po prawej stronie pobocze. Zrobił kilka kroków naprzód i w oddali faktycznie dostrzegł coś, co przypominało drogę. Przybliżył się jeszcze bardziej. Tak… To było tutaj. Całkowicie zasypany wjazd był możliwy do zidentyfikowania tylko dzięki wystającym ze śniegu dwóm lampkom, które słabym światłem wskazywały jego lewą i prawą stronę.

Energicznym ruchem odgarnął znajdujący się przy lampkach śnieg po to, aby łatwiej było mu je dostrzec z wnętrza samochodu. Potem szybko spojrzał na prowadzącą pod górę drogę, na którą za chwilę miał wjechać. Cała była pokryta śniegiem. Na szczęście niezbyt stroma i dość intuicyjna do przebycia. Powinien dać sobie radę.

Natychmiast pobiegł do samochodu i ruszył z miejsca. Nie chciał tracić ani chwili dłużej. Pragnął jak najszybciej dotrzeć do pensjonatu. Jechał powoli. Sprawnie wjechał na drogę, bezpiecznie omijając obie lampki. Udało się. Teraz już tylko do przodu…

Za kilkanaście metrów powinien zobaczyć pensjonat. Droga nagle zaczęła być bardziej stroma, a po jakimś czasie zaczęła zakręcać. Rauf manewrował kierownicą tak ostrożnie, ale jednocześnie tak sprawnie, jak tylko był w stanie. Wjazd pod górę z dość ostrym zakrętem był ostatnią rzeczą, która była mu potrzebna. Szczególnie w takiej chwili. Na szczęście, samochód okazał się posłuszny. Rauf jechał więc dalej. Niedługo potem jego oczom ukazało się kolejne wzniesienie, a na nim duży, piętrowy dom, usytuowany gdzieś pomiędzy drzewami.

„Dotarłem”, pomyślał.

To było to miejsce: pensjonat pod Kaldestadåsen.

Kiedy Rauf wyszedł z samochodu, drzwi pensjonatu otworzyły się. Zaraz potem wyłoniła się z nich dziwnie ubrana postać. Jej głowa była ukryta pod mocno naciągniętym na czoło kapturem, a sylwetka pod szeroką płachtą, przypominającą średniowieczną pelerynę. Całość wyglądała dość niepokojąco.

Rauf wyjął z bagażnika walizkę i zaczął iść w kierunku domu. Ze stojącej nieruchomo postaci nie spuszczał wzroku. Kiedy znalazł się bliżej, postać uniosła głowę, a spod kaptura ukazała się para oczu. Para dużych, czarnych oczu o bardzo intensywnym spojrzeniu.

Wtedy to Rauf odniósł wrażenie, że przy bramie do swojej przeszłości został powitany przez samego Hadesa, a pensjonat w Kaldestadåsen był tylko małą, białą plamką, położoną w samym sercu piekła.


Amanda Johansen stała przed drzwiami niewielkiego, drewnianego kościoła położonego we wsi Husnes, w gminie Kvinnherad. Strzepywała z siebie śnieg i energicznie tupała butami o asfalt.

Pomimo że na miejsce dotarła samochodem, opady były tak intensywne, że po przejściu zaledwie kilkunastu metrów jej długa, sięgająca za kolana kurtka w jaskrawożółtym kolorze pokryła się białym puchem. Wokół panowała pustka. Zdecydowanie nie był to czas, kiedy wierni tłumnie przybywali na nabożeństwo. Nie dzisiaj. Nie o tej porze. Amandzie zależało na tym, aby nikt nie zakłócał jej spokoju. Miała dosyć modlących się ludzi, śpiewów i ciągłego umartwiania się. Niedzielne nabożeństwa działały jej na nerwy, a widok wiernych wzdychających przed ołtarzem sprawiał, że rodziły się w niej demony. Niemniej jednak, lubiła kościół jako miejsce samo w sobie. Było to chyba jedyne miejsce, w którym potrafiła sprowadzić myśli na spokojne tory i poskromić szarpiące nią emocje.

O tej porze dnia w kościele panowała cisza. Cisza tak przyjemna i tak kojąca, że nie sposób było się jej oprzeć. Amanda zbliżyła się do ołtarza i usiadła w pierwszym rzędzie. Zamknęła oczy i delektowała się błogą atmosferą. Słuchała bicia swojego serca. W trudnych chwilach lubiła koncentrować się na tym, co było oznaką życia w niej samej. To ją uspokajało. Dodawało jej siły. Sprawiało, że czuła się lepiej. Bezpieczniej.

Siedziała tak przez kilka, może kilkanaście minut. I prawdopodobnie siedziałaby tak jeszcze długo, gdyby nie odgłos zbliżających się kroków. Otworzyła oczy i spojrzała przed siebie. Jej oczom ukazała się postać, którą doskonale znała i która za każdym razem wywoływała w niej mieszane uczucia.

— Niech będzie pochwalony — powiedział stojący przed nią mężczyzna.

Ksiądz Matthias Carlsen znany był nie tylko w całej wsi, ale również w wielu innych miejscowościach położonych dookoła Husnes. Traktowano go w sposób wyjątkowy, ponieważ jak mało kto angażował się w życie swoich wiernych, służył im radą oraz wsparciem za każdym razem, gdy tego potrzebowali. Był to mężczyzna w średnim wieku, dosyć wysoki, barczysty, wyprostowany, poruszający się pewnie, ale niezbyt szybko. Oczy miał duże, wyraziste, włosy czarne i gęste. Wzbudzał szacunek i zaufanie, a ludzie tłumnie przybywali na jego nabożeństwa.

Amanda odnosiła jednak wrażenie, iż w jego sposobie bycia było coś dziwnego. Coś, czego nie potrafiła zidentyfikować, a już tym bardziej nazwać. Z jednej strony wzbudzał w niej zaufanie, z drugiej jednak wywoływał niepokój. Czuła, jak gdyby za każdym razem, kiedy go widziała, stawała się bardziej czujna, wręcz podejrzliwa.

— Czy mogę ci w czymś pomóc? — zapytał.

Amanda podniosła się, patrząc na niego w milczeniu.

— Jeśli potrzebujesz z kimś porozmawiać, chętnie cię wysłucham — dodał.

I znów nastała cisza. Cisza tak głęboka, że można ją było usłyszeć.

— Nie potrzebuję rady — odparła. — Potrzebuję przebaczenia.

Ksiądz Matthias podszedł bliżej i powiedział ze zrozumieniem:

— Bóg przebacza wszystko. Wystarczy się przed nim otworzyć i wyznać swoją winę.

— To dobrze — stwierdziła Amanda. — Cieszy mnie to. Chciałabym zatem wyznać swoją winę.

Mężczyzna spojrzał na nią w skupieniu. Widział, jak nachyliła się w jego stronę i powiedziała niemalże szeptem:

— Zabiłam skurwysyna.


Pensjonat pod Kaldestadåsen pogrążony był w ciemności. Wszyscy goście już spali, nie zdając sobie sprawy, że silne opady śniegu i porywisty wiatr ustały jakiś czas temu. Tylko w jednym pomieszczeniu paliła się lampka, a przy dużym, drewnianym biurku siedział pochylony i nadal pracujący właściciel pensjonatu — Deniz Rovelstad.

W pensjonacie przebywało jedynie czworo gości — łącznie z tym, który przyjechał dziś po południu. Deniz osobiście powitał go przy drzwiach i poczęstował ciepłym posiłkiem. Przy takiej pogodzie gorąca zupa rybna była czymś, o czym marzył każdy zziębnięty podróżnik. Chociaż jego nowy gość ewidentnie miał inne korzenie, nie ulegało wątpliwości, iż sam urodził się w Norwegii. Mówił czystym norweskim, bez cienia obcego akcentu. Ponadto, podobnie jak większość Norwegów, sprawiał wrażenie spokojnego. Deniz lubił takich ludzi. Ciężko znosił tych, którzy byli nadpobudliwi i niepotrzebne sprawiali problemy. Chociaż pensjonat pod Kaldestadåsen prowadził od niecałych dwóch lat, miał już do czynienia z wieloma typami osobowości i ze wszystkimi w taki czy inny sposób musiał sobie radzić. Nowy gość nie wyglądał na kogoś, kto miał mu spędzać sen z powiek. Wręcz przeciwnie.

Noc dla Deniza była równie pracowita, co dzień. Kiedy miał pewność, że wszyscy goście już spali, a on sam nie będzie im już potrzebny, siadał przy biurku w swojej pracowni i… Tworzył. A tworzył rzeczy wspaniałe.

Spod jego ręki wychodziły prawdziwe arcydzieła: naszyjniki, bransoletki, medaliony, pierścionki, a ostatnio nawet talizmany. Odkąd przyjechał do Husnes i otworzył pensjonat, szybko zorientował się, że ludzie tutaj wierzyli w moce nadprzyrodzone bardziej, niż w innych częściach Norwegii. Wiele osób, które do niego przychodziły, aby kupić jakiś drobiazg, wprost pytały, czy tworzył również talizmany. Odpowiedź była prosta: nie tworzył. Jedna z kobiet, która miała już swoje lata, nalegała na zakup talizmanu do tego stopnia, że w końcu jej uległ. Bardziej dla własnego spokoju niż dla ambicji i chęci robienia czegoś, czego do tej pory nie robił. Brał jednak pełną odpowiedzialność za swoje decyzje i jako że było to jego pierwsze zlecenie na tak nietypowy produkt, postanowił zrobić go wyjątkowo starannie.

Stworzenie czegoś w rodzaju wisiorka o specyficznym wyglądzie i z nieprzypadkowego materiału, zajęło mu sporo czasu. Rezultat jednak przeszedł wszelkie oczekiwania. Kobieta była zachwycona do tego stopnia, że pokazała go chyba wszystkim mieszkańcom Husnes. Ponadto, jak twierdziła, talizman spełnił jej życzenie, które nosiła w sercu od bardzo długiego czasu. Nietrudno się domyślić, że wygląd wisiorka oraz nadzwyczajna moc, jaka została mu przypisana, stworzyła lawinę klientek, które jedna za drugą ustawiały się w kolejce do pracowni Deniza. Od tamtej pory miał jedno zlecenie za drugim, co sprawiało, że spał coraz mniej i stawał się coraz bardziej nerwowy. Po jakimś czasie przestał więc przyjmować zamówienia na talizmany, skupiając się wyłącznie na tym, co robił do tej pory.

Ostatnio jednak wydarzyło się coś nietypowego. Przyszła do niego kobieta, której bardzo zależało na tym, aby stworzył dla niej wyjątkowy talizman. Z początku odmówił, ale kiedy opowiedziała mu o swoim życiu i kiedy zdał sobie sprawę, przez jak trudny okres przechodziła, postanowił zrobić wyjątek. Kobieta obiecała uczciwie wynagrodzić jego pracę pod warunkiem, że stworzy dla niej dokładnie taki talizman, jaki był jej potrzebny. Od trzech tygodni siedział więc każdej nocy i z uwagą dopracowywał każdy szczegół. Czuł, że musiał stworzyć coś wyjątkowego.

Kobietę, która złożyła zamówienie, znał tylko z widzenia. Czasami mijał ją gdzieś na ulicy, czasami w sklepie, czasami w banku. Była to osoba stosunkowo niska, miała szerokie biodra, szerokie ramiona i ciemne, sięgające do ramion włosy, które zazwyczaj zaczesywała do tyłu. Na jej twarzy, usianej delikatnymi zmarszczkami, widać było ślady życia. Jednak mimo tych śladów czasu, emanowała niezwykłym urokiem i kobiecością. Uwagę przykuwało jej głębokie i pełne mądrości spojrzenie, a także uśmiech, który, choć czasem zmęczony, miał w sobie coś ciepłego i serdecznego.

Kobieta bardzo o siebie dbała. Zawsze była ubrana elegancko, używała dobrych perfum i delikatnym makijażem starała się dodać swojej twarzy nieco więcej życia. Deniz nie wiedział, ile miała lat, ale czuł, że na pewno powyżej pięćdziesiątki.

Kobieta mówiła niewiele. Kiedy przyszła do jego pracowni, sprawiała wrażenie osoby statecznej i zrównoważonej emocjonalnie. Miała bogate słownictwo i krok po kroku tłumaczyła, w jakim celu przyszła. Wyrażała się jasno i zrozumiale. Podczas wyjaśnień, uśmiechnęła się tylko raz. Wszystko wskazywało na to, że humor nie należał ani do jej mocnych stron, ani nawet do słabszych. Po prostu nie był częścią jej osobowości. Denizowi to nie przeszkadzało. On sam rzadko kiedy się śmiał i przez większość czasu milczał. Był człowiekiem spokojnym i stonowanym. Gościom pensjonatu bardzo to odpowiadało, ponieważ jako gospodarz nie absorbował ich uwagi w stopniu, który mógłby zostać uznany za przesadny. Rozumiał zatem swoją klientkę, szanował jej naturę i nie zadawał zbędnych pytań.

— Niech talizman zadziała jak najszybciej — nalegała. — Wierzę, że pomoże mi tak samo, jak pomógł innym.

— Oby — wyszeptał.

I był to jeden z tych rzadkich momentów, w których uśmiech pojawił się na jego twarzy.

— Pan ma w sobie coś tajemniczego — przyznała kobieta. — Dlatego talizmany, które pan tworzy, działają z taką siłą.

Słowa te wybrzmiewały w głowie Deniza za każdym razem, kiedy siadał przy biurku i kontynuował pracę nad talizmanem. Wkładał w niego całe serce i duszę. Zależało mu na tym, aby był piękniejszy od wszystkiego, co do tej pory udało mu się stworzyć. Ponadto, musiał odrobinę przyspieszyć. Obiecał, że wykona go w przeciągu trzech tygodni od momentu złożenia zamówienia. Termin upływał już jutro. Amanda Johansen miała zjawić się w jego pracowni punktualnie o godzinie osiemnastej.

Rozdział 2

Rauf stał na środku pokoju i z przerażeniem patrzył na łóżko, w którym spędził ostatnie kilka godzin. Nie wierzył własnym oczom, a już tym bardziej nie wierzył w to, że niczego nieświadomy tak spokojnie przespał całą noc. Pościel, w której leżał, wyglądała tak, jakby cała była splamiona krwią. Widok ten sprawił, że poczuł intensywny dreszcz niemalże na każdym milimetrze swojego ciała. To odczucie pozostało silne nawet wtedy, kiedy zorientował się, że nie była to krew, tylko duże, krwistoczerwone róże, starannie wyszyte na białej poszewce. Nigdy nie widział czegoś podobnego. I nie rozumiał, dlaczego dostrzegł te krwiste plamy dopiero teraz. Wczoraj musiał być zmęczony do tego stopnia, że na nic nie zwracał uwagi. Pamiętał, kiedy zaraz po kolacji, wszedł do pokoju, położył się na łóżku i zasnął. Nie miał siły na nic. Pomimo że spał głęboko całą noc, dzisiaj nie czuł się najlepiej. Był przewrażliwiony i mocno dotknięty widokiem krwistych plam na pościeli.

„Muszę poprosić, aby zmieniono tę poszewkę”, pomyślał.

Zaraz potem wyszedł z pokoju i udał się do kuchni.

Blade promienie słoneczne przedostawały się do wnętrza pensjonatu przez duże, ozdobione białymi firankami okna. Pomieszczenia były urządzone z gustem, na parapetach świeciły się lampki, a w wazonach ułożono świeże kwiaty.

— Na co pan tak patrzy? — zapytał nagle głos za plecami.

Rauf odwrócił się.

W jadalni, przy dużym, drewnianym stole, przykrytym czerwonym obrusem z białymi zdobieniami, siedziała kobieta. Siedziała i patrzyła wprost na niego. Uśmiechała się. Była dosyć niskiej postury, szczupła, o krótkich, falowanych włosach w kolorze blond. Twarz pokryta zmarszczkami i nieco zapadnięte już policzki świadczyły o tym, że miała już swoje lata. Szeroki uśmiech, ukazujący parę wiewiórczych zębów sprawiał jednak, że wyglądała nadzwyczaj sympatycznie.

— Przepraszam — odparł Rauf. — Nie zauważyłem pani.

Niepewnym krokiem podszedł do stołu i usiadł naprzeciw niej. W jadalni unosił się intensywny zapach kawy, który wydobywał się z dużego, ciemnozielonego dzbanka ustawionego na środku stołu. Tuż obok znajdował się wiklinowy koszyk ze świeżym chlebem, duży słoik konfitury, masło, talerz z naleśnikami oraz dwie metalowe tace: jedna z warzywami, a druga z jeszcze ciepłymi omletami. W jednej chwili Rauf poczuł wilczy głód. Czuł się jednak skrępowany, ponieważ kobieta nie spuszczała z niego wzroku.

— Jedz, chłopcze — zachęcała. — Na pewno jesteś głodny.

Rauf nie dał się prosić dwa razy. Sięgnął po omlet, świeże pomidory oraz chleb z masłem i konfiturą. Jadł z apetytem, starając się unikać wzroku nieznajomej. Nawiązywanie rozmowy z kimkolwiek nie należało do jego mocnych stron. Z natury był nieśmiały, wręcz płochliwy. Należał do ludzi, którzy zazwyczaj trzymali się z boku.

— Widziałam, że przyjechałeś wczoraj — kontynuowała. — Obserwowałam cię z okna.

Rauf miał wrażenie, że kawałek chleba utknął mu w gardle.

— Pogoda była fatalna, więc nigdzie nie wychodziłam — wyjaśniła. — Nie ma tu zbyt wielu atrakcji, dlatego większość popołudnia spędziłam przy oknie. Kiedy zobaczyłam, że przyjechał ktoś nowy, od razu zrobiło mi się raźniej. Jak widzisz, nie jest to zbyt uczęszczana okolica. Szczególnie o tej porze roku.

— Czy jesteśmy tu tylko my? — zapytał.

Miał nadzieję, że odpowiedź będzie twierdząca. Im mniej ludzi znajdowało się wokół niego, tym lepiej.

— Jest jeszcze jeden gość — odparła. — Rzadko kiedy wychodzi z pokoju. Twierdzi, że przyjechał tu odpocząć, ponieważ męczy go praca. Wychodzi z pensjonatu tylko raz dziennie. Z tego, co mówił, ma w zwyczaju chodzić na krótkie spacery, aby całkowicie nie zdurnieć. Potem wraca i śpi. Czasami ogląda mecz. Przyjechał tu na dwa tygodnie.

— I to wszyscy? — dopytywał Rauf.

Kobieta rozejrzała się po jadalni, jak gdyby sprawdzała, czy w pomieszczeniu był ktoś jeszcze. Zaraz potem pochyliła się nad stołem i wyszeptała:

— Moim zdaniem jest tutaj ktoś jeszcze.

Rauf spojrzał na nią niepewnie.

— Widzisz… — kontynuowała. — Moim zdaniem właściciel pensjonatu ukrywa kogoś w jednym z pokoi.

Nastała cisza. Kobieta ewidentnie chciała podzielić się tym, co wiedziała, ale jednocześnie obawiała się, że lada moment ktoś mógł wejść do jadalni.

— Wyobraź sobie, że ten właściciel pensjonatu kilka razy dziennie wchodzi do pokoju na piętrze i zanosi komuś jedzenie. Robi to, kiedy myśli, że nikt go nie widzi. Co wieczór spaceruję dookoła pensjonatu i widzę, że w pokoju na końcu korytarza cały czas pali się lampka. Dzień i noc. Jestem pewna, że ktoś tam przebywa. Intuicja podpowiada mi, że to jakiś przestępca. Kto wie… Może nawet ścigany listem gończym.

Rauf natychmiast pomyślał o swojej pościeli w kolorze krwistej czerwieni i ponownie po jego ciele przeszedł dreszcz.

— Może to ktoś z rodziny — zasugerował, próbując znaleźć wyjaśnienie.

— Nic podobnego — odparła kobieta. — Pytałam właściciela, czy mieszka tutaj sam, czy z rodziną. Powiedział, że pensjonat prowadzi sam. To znaczy, że ktoś przebywa tutaj nielegalnie — wyszeptała, nachylając się nad stołem jeszcze bardziej.

— Może warto zapytać go o to wprost — powiedział Rauf.

— Ależ skąd — odparła stanowczo. — To zbyt ryzykowne. Mówię o tym tylko dlatego, abyś uważał. Ja co noc zamykam swoje drzwi na klucz. Tobie też to radzę. Posłuchaj mnie, chłopcze. Wiem, co mówię. Mój nos wyczuwa krew na odległość — dodała, po czym wstała od stołu i opuściła jadalnię.


Amanda Johansen rzuciła okiem w lustro i chwyciła za szczotkę. Energicznym ruchem przeczesała swoje ciemne, sięgające do ramion włosy. Zauważyła, że odrosty stawały się coraz dłuższe, a czubek jej głowy wyglądał tak, jakby został posypany popiołem. Wiedziała, że w tej kwestii musiała interweniować szybko. Starała się regularnie nakładać farbę w kolorze ciepłego, miedzianego brązu, w którym zawsze było jej do twarzy. Dzisiaj nie mogła sobie pozwolić na jakiekolwiek zaniedbanie. Wieczorem miała ważne spotkanie, na którym chciała zaprezentować się dobrze.

Rzadko kiedy spotykała kogokolwiek, a już tym bardziej kogoś, kto nie był związany z jej pracą. Deniza Rovelstada znała głównie ze słyszenia. O nim i o rzekomych arcydziełach, które tworzył, było głośno w całej okolicy. Amanda nie interesowała się biżuterią jako tako, dlatego nigdy nie miała okazji poznać go osobiście. Co jakiś czas widywała go podczas zakupów, czasami na parkingu, a czasami po prostu mijali się gdzieś na drodze. Nigdy jednak nie mieli okazji zamienić ze sobą słowa.

Amanda jednak cały czas miała z tyłu głowy fakt, że ten dziwny, jej zdaniem, mężczyzna, tworzył bardzo skuteczne talizmany. Nie wiadomo, skąd pochodziła jego siła, ale już on sam w sobie wydawał się tajemniczym człowiekiem. Tajemniczym i intrygującym jednocześnie. Najważniejsze jednak było to, aby przygotowywany dla niej talizman zadziałał wedle oczekiwań. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, Amanda potrzebowała cudu. I los chciał, że realizację tego cudu zostawiła w rękach mężczyzny, którego prawie nie znała.

W jej życiu wiele musiało się zmienić. Pewne sprawy, z mniejszym lub większym skutkiem, zdołała naprawić sama. Nie było to łatwe, ale po tragedii, jakiej doświadczyła, musiała w końcu stanąć na nogi. Zdawała sobie sprawę, że nikt nie przywróci jej ośmiu zmarnowanych lat, które mijały w ciągłym stresie i niepewności. Zszarpane nerwy, tony tabletek uspokajających i nieustannie nasilające się migreny sprawiły, że stała się wrakiem człowieka. Niewiele już zostało po silnej, stanowczej Amandzie, która samodzielnie zarządzała firmą i była niewątpliwie najbardziej wpływową kobietą w okolicy. Wszystko to utraciła przez niego.

Toksyczny związek, w jaki się uwikłała, trwał zdecydowanie zbyt długo. Najlepsze lata swojego życia zmarnowała dla człowieka, który wyrządził jej więcej krzywd niż można sobie wyobrazić. Manipulował nią na wiele różnych sposobów i sprawił, że jako kobieta straciła swoją wartość.

Dom, który razem kupili, miał być początkiem ich wspólnego życia. Życia, o jakim Amanda od zawsze marzyła i którego pragnęła doświadczyć właśnie z nim. Tymczasem sen zakończył się szybciej niż mogła przypuszczać.

„Do diabła”, pomyślała, odkładając grzebień.

Dopiero przed dwoma laty zaczęła dochodzić do siebie. Powoli. Bardzo powoli. Stopniowo odstawiała leki i częściej wychodziła z domu. Więcej nie była w stanie zrobić. Życie połamało ją na tyle, że powrót do pozycji wyjściowej wymagał ogromnego i długotrwałego wysiłku. Postanowiła być silna na tyle, na ile potrafiła. Wiedziała też, że aby powrócić do tego, kim była wcześniej, musiała być cierpliwa. Proces ten wymagał czasu. Dużo czasu. Wiedziała jednak, że ten czas minie.

Kilka miesięcy temu zaczęła rozważać powrót do pracy. Nieruchomości, które zakupiła przed laty, stały puste. Nie mogła ich sprzedać ani wynająć, ponieważ nie nadawały się ani do jednego, ani do drugiego. Pomyślała, że trzeba by było zobaczyć je wszystkie, a dopiero potem zdecydować, co dalej. Na szczęście, większość z nich znajdowała się w okolicy: dwa luksusowe mieszkania w centrum Husnes, dom szeregowy w Sunde, dom jednorodzinny w Sandvoll, budynek pracowniczy na wyspie Stord oraz dwa apartamenty o podwyższonym standardzie, znajdujące się nieco dalej od Husnes: jeden w oddalonym o 90km Haugesund oraz jeden w oddalonym o 150km Bergen. Jakby na to nie patrząc, pracy było sporo.

Należało przede wszystkim pojechać i zobaczyć, w jakim stanie znajdowały się nieruchomości po tak długim czasie. Wypadałoby też pojechać do tych, które puste nie stały.

Amanda wynajmowała kilka innych mieszkań i domów, w których od dawna mieszkali lokatorzy. Niektórzy z nich mieli podpisaną umowę od ponad dziesięciu lat. Pieniądze za wynajem przesyłali regularnie, jednak Amanda przestała interesować się nieruchomościami samymi w sobie. Teraz może nadszedł czas, aby to zmienić. Może należało powrócić do starych, dobrych zwyczajów, aby co kilka miesięcy odwiedzać lokatorów i sprawdzać warunki, w jakich mieszkali. Może gdzieś istniała potrzeba, aby wymienić sprzęt, odmalować ściany lub dokonać drobnych zmian, które polepszyłyby ogólny wygląd i funkcjonalność nieruchomości.

Kiedy jednak Amanda myślała o nakładzie pracy, jakie te czynności wymagały, rezygnowała. Pomimo że wielokrotnie przymierzała się do tego, aby pojechać chociaż do jednego domu czy mieszkania, perspektywa ta nadal ją przytłaczała.

„Nie dzisiaj”, myślała. „Może jutro”.

I tak mijały dni, tygodnie.

Ostatnio jednak jej myśli zaprzątnięte były czymś innym. Czymś, co w dużym stopniu podtrzymywało ją na duchu i co dawało nadzieję na to, że już niedługo wszystko się odmieni. Zamówienie talizmanu było najlepszą decyzją, jaką mogła podjąć. Deniz Rovelstad nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo jej pomógł. Dzisiejsze spotkanie i odbiór talizmanu wywoływały w niej silne emocje. Tak silne, że wielokrotnie zastanawiała się nad ich naturą. Odczuwała bowiem coś, czego nie odczuwała już od dawna. Nadzieję. Nadzieję na to, że w jej życiu mogło wydarzyć się jeszcze coś dobrego.


Góra Kaldestadåsen liczyła niewiele ponad 200 metrów wysokości. Pokryta świerkowym lasem, była jedną z najpopularniejszych gór w okolicy, na którą chętnie wspinali się nie tylko mieszkańcy Husnes, ale również mieszkańcy pobliskich miejscowości. To właśnie u jej podnóży znajdował się pensjonat prowadzony przez Deniza Rovelstada. Położony w niezwykle malowniczej okolicy i zaledwie kilkadziesiąt metrów od wejścia na główny szlak, był idealną bazą, z której wiele osób rozpoczynało swoją górską wędrówkę. Niektórzy zatrzymywali się tam tylko po to, aby napić się czegoś ciepłego przed wejściem na szlak albo zaraz po tym, gdy ich wyprawa dobiegła końca.

Sam Deniz Rovelstad każdego dnia po śniadaniu wybierał się na szczyt. Góra Kaldestadåsen sprawiała, że jego umysł się oczyszczał, a ciało nabierało zupełnie nowej energii. Aktywność ta stała się nieodłączną częścią jego życia, bez której nie wyobrażał sobie ani jednego dnia. Tak też zrobił i dzisiaj.

Obudził się przed godziną szóstą i tradycyjnie przygotował śniadanie dla swoich gości. Zostawiwszy wszystko na stole w jadalni, opuścił pensjonat i udał się na szlak. Nie lubił być obecny, kiedy goście zasiadli do posiłku. Miał wrażenie, że jego obecność ich krępowała. Nie widział potrzeby, aby przez cały ranek kręcić się po kuchni i być świadkiem rozmów, które toczyły się tuż obok, w jadalni. Wypracował więc system, który sprawdzał się doskonale — przygotowywał śniadanie, które punktualnie o godzinie siódmej wykładał na stół. Chwilę później, gdy w jadalni pojawiała się pierwsza osoba, życzył jej smacznego, a następnie opuszczał pensjonat. Zależało mu zarówno na tym, aby gościom niczego nie brakowało, jak i na tym, aby czuli się komfortowo i spożywali śniadanie według własnych preferencji: samotnie lub w towarzystwie innych. On jednak nie zamierzał się narzucać, dlatego poranne wejście na szczyt było idealnym rozwiązaniem.

O tej porze roku na dworze panował chłód, szczególnie w godzinach porannych. To jednak nie stanowiło przeszkody i nigdy nie było wymówką, aby rezygnować z wyprawy na szczyt. Mroźne powietrze pobudzało wszystkie zmysły, a zapierające dech w piersiach widoki sprawiały, że w jednej chwili człowiek zyskiwał kilka lat życia. Deniz Rovelstad wchodził na szczyt w przeciągu pół godziny, wyciągał termos z gorącą kawą, którą delektował się przez około kwadrans, a potem schodził już znacznie wolniejszym tempem i wracał do pensjonatu. Rzadko kiedy widywał kogoś po drodze. Nie o tej porze roku, a już na pewno nie o tej porze dnia.

Dzisiaj jednak coś go zaskoczyło. Będąc mniej więcej w połowie drogi prowadzącej na dół, a dokładnie w miejscu, w którym na wysokim i masywnym drzewie wisiała drewniana huśtawka, dostrzegł jakąś postać. Postać stojącą niemalże na krawędzi, z uwagą wpatrującą się w dal. Deniz zatrzymał się i z równie wielką uwagą przyglądał się szczupłemu, wysportowanemu mężczyźnie, ubranemu w granatową, zimową kurtkę i czarne, trekkingowe spodnie. Dopiero po dłuższej chwili Deniz zorientował się, że stojący przy krawędzi mężczyzna płakał. Niewątpliwie był to widok nietypowy. Już sama obecność kogokolwiek o tej porze dnia na górze Kaldestadåsen należała do rzadkości. Deniz nie wiedział, czy powinien iść przed siebie, minąć nieznajomego i wracać do pensjonatu, czy może powinien przynajmniej zapytać, co się stało. Nie był typem człowieka, który ingerował w sprawy innych. Sam nie lubił, kiedy obcy ludzie interesowali się jego życiem, dlatego on również trzymał się z daleka od życia innych.

Już chciał pójść swoją drogą i zostawić rzeczy w takim stanie, w jakim je zastał, kiedy poczuł, że jednak coś go przed tym powstrzymywało. Nie mógł tak po prostu odejść. Nie był w stanie.

Powoli i ostrożnie zaczął zbliżać się do nieznajomego. Stojący przy krawędzi mężczyzna ewidentnie nie zdawał sobie sprawy z obecności drugiej osoby.

— Wszystko w porządku? — zapytał Deniz tak spokojnie, jak tylko mógł.

Mężczyzna odwrócił się wystraszony.

I w jednej chwili wszystko stało się jasne.

— To ty? — zapytał Deniz zdziwiony.

Nie mógł uwierzyć, że stojący przy krawędzi mężczyzna okazał się nikim innym, tylko jego własnym gościem, który przybył do pensjonatu wczorajszej nocy.

— Ja… — zaczął mężczyzna, przecierając oczy.

— Rauf, prawda? — dopytał Deniz, chcąc się upewnić, czy dobrze zapamiętał imię.

— Tak — odparł.

Czuł się zakłopotany tym, że ktoś zobaczył go płaczącego.

— Nie sądziłem, że o tej porze będzie tu ktoś jeszcze — dodał.

Deniz podszedł bliżej i stanął na krawędzi tuż obok swojego gościa.

— Nie jest tu bezpiecznie — zauważył. — Łatwo się poślizgnąć.

Nastała cisza.

— Patrzyłeś na coś konkretnego? — zapytał po chwili.

Rauf zmieszał się i ponownie przetarł rękawem twarz. Sam nie był pewien, czy zdołał już opanować emocje, czy za chwilę rozklei się ponownie.

— Co ci jest? — dopytywał Deniz.

Niestety, emocje okazały się silniejsze. Rauf zaczął się trząść, a łzy płynęły z jego oczu niemalże strumieniem. Z ledwością utrzymywał równowagę. Deniz chwycił go za ramię i energicznym ruchem przesunął w bezpieczniejsze miejsce. Zaraz potem wyjął z plecaka termos, nalał trochę kawy do plastikowego kubka, a następnie włożył go do ręki Raufa.

— Pij — powiedział.

Roztrzęsiony mężczyzna przystawił kubek do ust i zrobił kilka łyków. Nadal płakał. Nie był w stanie powiedzieć ani słowa. Dopiero po jakimś czasie, kiedy kawa rozgrzała go na tyle, że poczuł się lepiej, zdołał się opanować.

— Przepraszam — powiedział. — To silniejsze ode mnie.

Deniz milczał. W życiu widział już wiele. Również ludzi, którzy zmagali się z sytuacjami wykraczającymi poza ich możliwości.

— Mogę ci jakoś pomóc? — zapytał.

Rauf uśmiechnął się.

— Dla mnie nie ma już pomocy.

— Może nie tobie to oceniać — zauważył Deniz. — Co się dzieje?

Ku jego zaskoczeniu, Rauf ponownie sięgnął po termos, dolał sobie kawy i z wyraźną przyjemnością pochłonął zawartość kubka. Uspokoił się.

— Ze mnie nic już nie będzie — powiedział. — Walczę z samym sobą. Żyję z dnia na dzień. Zażywam leki. Fakt, że tutaj przyjechałem i że w ogóle tutaj dotarłem, sam w sobie jest cudem.

— Ile ty masz lat?

— Trzydzieści jeden.

— Czym się zajmujesz?

— Niczym.

— Pracujesz?

— Nie.

Nastała cisza.

— Może właśnie to jest twój problem — zauważył Deniz. — Nie masz nic do roboty.

— Bo niczego nie potrafię robić.

Deniz zaśmiał się. Zaśmiał się tak serdecznie, że sam nie mógł uwierzyć, iż było go stać na taką spontaniczność.

— Co w tym śmiesznego? — zapytał Rauf.

W jego głosie słychać było oburzenie.

— Widać, że mało wiesz o świecie — stwierdził Deniz. — Problemów zapewne masz sporo, ale jeden z nich rozwiążemy jeszcze dzisiaj.

Po tych słowach spakował do plecaka termos z kubkami, objął swoim silnym ramieniem Raufa i obaj powolnym krokiem ruszyli szlakiem prowadzącym w dół.

Rozdział 3

Birgit Fostervoll od przeszło dwóch kwadransów wyglądała przez kuchenne okno i nerwowo stukała palcami po parapecie. Ewidentnie coś musiało się stać. Dziwne, że jeszcze nie wrócił. Zazwyczaj wszystko odbywało się jak w zegarku i o tej porze wchodził już schodami na ganek. Tymczasem mijał kolejny kwadrans, a jego nawet nie było widać na horyzoncie. Coś go musiało zatrzymać. I na pewno nie spóźniał się z powodu złej pogody, ponieważ śnieg jeszcze nie zaczął padać, a widoczność była dobra. Birgit nie wiedziała, czy powinna interweniować już teraz, czy wstrzymać się jeszcze jakiś czas. Jeśli za kolejny kwadrans nadal nie pojawi się w jej polu widzenia, to czy powinna powiadomić odpowiednie służby, czy najpierw sama powinna udać się na szczyt?

Dziś rano wszystko wydawało się być w porządku. Jak co dzień, zostawił śniadanie na stole, a kiedy weszła do kuchni, grzecznie ją powitał. Nie był ani smutny, ani przygnębiony. Nic nie wskazywało na to, aby wybierał się na dłuższą wędrówkę, ponieważ jak zwykle zabrał ze sobą tylko mały plecak. Na pewno też nie udał się do miasta, bo jego samochód nadal stał przed pensjonatem. Dlaczego więc jeszcze nie wracał?

Birgit postanowiła wkroczyć do akcji. Zamierzała dotrzeć do wejścia na szlak. Jeśli nie spotka go po drodze albo będąc już przy szlaku, nie znajdzie się on w jej polu widzenia, natychmiast zadzwoni po pomoc. Już miała wychodzić z kuchni, kiedy nagle jej oczom ukazał się wysoki, szczupły mężczyzna o krótkich, ciemnych włosach. Miał lekko przymrużone oczy i leniwym krokiem stanął w kuchennym progu. Podrapał się ręką po czole i zapytał czy zostało coś jeszcze ze śniadania.

— Jest dziesiąta — zauważyła Birgit.

Wiedziała, że Eric Larsen spał długo. Do późnych godzin nocnych oglądał telewizję, a rano pojawiał się w kuchni jako ostatni.

„Młody człowiek, a taki nieoporządzony”, pomyślała.

— Śniadanie jest na stole, ale wszystko wystygło — rzekła.

Nie zamierzała kontynuować z nim rozmowy. Według niej, człowiek ten nie miał nic ciekawego do powiedzenia, a jego życie kręciło się wyłącznie wokół spania i oglądania telewizji.

— Przepraszam — rzekła, próbując wyjść z kuchni.

Eric zwolnił próg, przechodząc do kuchni. Idąc krokiem wolnym i ociężałym, ziewnął tak głośno, że obudziłby umarłego.

„Tragedia”, pomyślała Birgit, idąc w kierunku wyjścia.

Już założyła kurtkę i miała zakładać buty, kiedy nagle usłyszała dziwny dźwięk dobiegający z góry. Nie była pewna, czy usłyszała skrzypiące drzwi, czy odgłos kroków na drewnianej podłodze, czy może coś jeszcze innego. Zamarła w bezruchu i nasłuchiwała. Nie była jednak w stanie usłyszeć absolutnie nic, ponieważ leniwiec, który właśnie wszedł do kuchni, znowu zaczął ziewać, brzęcząc przy tym sztućcami.

— Na litość boską — wymamrotała.

Natychmiast zdjęła kurtkę i pobiegła do kuchni.

— Czy na chwilę mógłby pan przestać hałasować?

Młody mężczyzna odwrócił się zdziwiony.

— Ktoś jest na górze — powiedziała.

— A co w tym dziwnego? — zapytał.

— To, że nikogo oprócz nas nie powinno tutaj być — wyjaśniła.

Widząc jego minę i całkowity brak zrozumienia sytuacji, dodała zdenerwowana:

— Właściciela nie ma w pensjonacie. Gość, który przyjechał tu wczoraj wieczorem, wyszedł dziś po śniadaniu. Jesteśmy tu tylko my. A przynajmniej powinniśmy. Jednak oprócz nas, jest tutaj ktoś jeszcze. Na piętrze.

Eric Larsen odłożył sztućce na stół i wyszedł z kuchni. Zupełnie tak, jakby w jednej chwili się przebudził. Energicznym krokiem, który zapewne nie stanowił części jego osobowości, zaczął iść schodami na górę. Birgit pobiegła za nim. Chwilę później oboje znaleźli się na piętrze.

— Nie ma tu nikogo — powiedział, kiedy ich oczom ukazał się pusty korytarz.

— Jestem pewna, że coś słyszałam — nalegała.

Eric przeszedł wzdłuż korytarza, zaglądając po drodze w pomieszczenia, które znalazły się w zasięgu jego wzroku.

— Pusto — powiedział.

— Powinniśmy sprawdzić wszystkie pokoje — stwierdziła Birgit.

I całą swoją uwagę skierowała na pokój znajdujący się na końcu korytarza. Ten pokój interesował ją najbardziej.

— Zajrzyjmy tam — powiedziała, wskazując palcem na drzwi usytuowane w głębi korytarza, po ich lewej stronie.

— Nie mamy do tego prawa — zauważył mężczyzna. — To nie jest część pensjonatu. To część prywatna.

Birgit nie dawała za wygraną.

— Powtarzam, że coś usłyszałam. To mógł być odgłos zamykanych drzwi. A to jedyne drzwi na tym piętrze, które są całkowicie zamknięte.

Ostrożnie zaczęła iść przed siebie. Zdawała sobie sprawę z tego, że być może była to jedyna okazja, aby przekonać się, co znajdowało się za zamkniętymi drzwiami. Im bardziej zbliżała się do końca korytarza, tym bardziej była pewna, że w domu przebywał ktoś jeszcze.

— Nawet jeśli ktoś tu jest, to nie jest nasza sprawa — zauważył Eric.

Birgit szła dalej. Eric za nią. Kiedy oboje znaleźli się przy zamkniętych drzwiach, Birgit jako pierwsza położyła dłoń na klamce. Czuła, jak jej ciało drżało.

— Boi się pani? — zapytał Eric.

Kobieta nie odpowiedziała.

Widząc jej zawahanie oraz wyraźny niepokój w oczach, sam zrobił krok naprzód i nacisnął na klamkę. Drzwi otworzyły się. Przez niewielką szparę udało im się dostrzec stojący przy ścianie mały, drewniany stolik, a na nim dużą, szmacianą postać przypominającą trolla. Trolla ubranego w gruby, czerwony sweter z naszytymi na nim białymi reniferami, z dużą, zimową czapką wykonaną dokładnie w tym samym stylu oraz wysokie, czerwone buty z białym puchem przebiegającym przez ich środek. Troll miał długą, białą brodę, świdrujące oczy i przenikliwy, złośliwy uśmiech. Zupełnie tak, jakby wiedział o wszystkim, co działo się wokół niego. Wyglądał niepokojąco.

Eric już miał pchnąć drzwi, aby zobaczyć wszystko, co znajdowało się w pokoju, kiedy nagle na dole rozległ się hałas. Ktoś wszedł do domu. Chwilę później słychać było męskie głosy i odgłos kroków na drewnianej podłodze. To Deniz Rovelstad wrócił do pensjonatu. Niewątpliwie towarzyszył mu ktoś jeszcze.


Ksiądz Matthias Carlsen stał przed drzwiami jednego z domów usytuowanych przy Kaldestadvegen i intensywnie naciskał na dzwonek. Stał już tak od dłuższego czasu, ale nikt nie otwierał. Był tu również wczoraj, ale ani Rity Pettersen, ani jej męża Oskara nie było w domu. Zaczął się martwić.

Nie była to bowiem rodzina, która wyjeżdżała gdziekolwiek. Od lat nie opuszczali Sunde, a tymczasem już drugi dzień nie mógł zastać nikogo w domu. Na rozmowie z Ritą zależało mu teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Sprawa była pilna. Naciskał więc na dzwonek z całej siły, mając nadzieję, że niebiosa wysłuchają jego próśb i sprowadzą Ritę do domu choćby z samego piekła.

Nie zamierzał dać za wygraną. Wiedział, że w dniu dzisiejszym nie wróci do domu, dopóki z nią nie porozmawia. Zamierzał poruszyć niebo i ziemię, aby znaleźć tę dziewczynę. Stał tak przed domem i dzwonił przez kolejne kilka minut, kiedy nagle, zupełnie niespodziewanie, drzwi otworzyły się na oścież, a chwilę później w progu ukazała się Rita Pettersen, trzymająca w jednym ręku grabie, a w drugiej butelkę z gazem pieprzowym.

— Niech święty lud Pana Boga chwali! — krzyknął ksiądz Matthias, odskakując do tyłu.

Poślizgnął się przy tym i upadł wprost na zaspę świeżego śniegu.

Rita Pettersen rzuciła na podłogę grabie oraz butelkę z gazem, po czym ruszyła księdzu na pomoc.

— Co u diabła ksiądz tutaj robi? — zapytała zdenerwowana.

— Nie u diabła, tylko u ciebie w domu — odparł oburzony. — Na litość boską, dziecko, co w ciebie wstąpiło? Co to za nowy zwyczaj witania gości!

Rita Pettersen pomogła mu wstać i zaraz potem zaczęła otrzepywać śnieg ze spodni.

— Jeszcze księdza mi tutaj brakowało — wymamrotała.

— Wiem, że nie jesteś zachwycona moją wizytą, ale nie odejdę, dopóki z tobą nie porozmawiam.

— To nie jest dobry moment — odparła. — Czasy są niespokojne.

— Co masz na myśli?

Bez zbędnych wyjaśnień, Rita Pettersen chwyciła księdza za sutannę i siłą wepchnęła go do domu. Zaraz potem zamknęła drzwi i pozasuwała wszystkie możliwe zamki. Kiedy czynność została zakończona, oparła grabie o ścianę, a niewielką butelkę z gazem pieprzowym wsadziła do kieszeni spodni.

Ksiądz Matthias zastanawiał się, jakim cudem tak drobna osoba jak Rita Pettersen miała w sobie tyle siły. Faktycznie, była to dziewczyna o drobnej budowie ciała. Miała wąskie ramiona i mały obwód kości, co sprawiało, że absolutnie nikt nie posądziłby jej o takie pokłady energii.

— Przejdźmy do kuchni — powiedziała, zostawiając gościa za plecami.

Ksiądz Matthias patrzył, jak oddalała się od niego, odgarniając do tyłu ciemne, falowane włosy. Szła pewnym krokiem, wyprostowana, doskonale wiedząc, dokąd zmierzała. Wyglądała jak żołnierz, który po zabiciu przeciwnika dumnie wracał do bazy.

Chwilę później oboje siedzieli już w kuchni.

Rita Pettersen postawiła na stole szklankę wody i przeszywającym wzrokiem wyraźnie dawała do zrozumienia, aby gość się streszczał. Widząc to intensywne spojrzenie, ksiądz Matthias poczuł, iż był poddawany silnemu naciskowi, któremu jednak nie zamierzał ulec.

— Córko — zaczął grzecznie, lecz stanowczo. — Czy zamiast wody, mógłbym prosić o filiżankę herbaty? Na dworze jest zimno, a przed drzwiami stałem prawie kwadrans. Przemarzłem do szpiku kości.

— U nas nikt nie pije herbaty — odparła chłodno. — Mogę zrobić owsiankę.

— Dobrze, niech będzie owsianka — zgodził się. — Najpierw powiedz mi proszę, dlaczego wczoraj nikogo u was nie było. Miałem pilną sprawę do omówienia i byłem tutaj kilka razy.

— Oskar został w pracy, a ja spędziłam noc w centrum handlowym.

Ksiądz Matthias uniósł wysoko brwi.

— W centrum handlowym? A niby dlaczego?

— Bo to najbezpieczniejsze miejsce. Wczoraj ze szpitala uciekł jeden z pacjentów. Podobno taki, który miał z Oskarem na pieńku. Oskar zadzwonił i kazał mi opuścić dom, bo ten wariat podobno groził, że tu przyjdzie. Jeszcze go nie znaleźli, dlatego dzisiaj mam się na baczności.

— Twój mąż jest dość porywczym psychiatrą — stwierdził ksiądz Matthias. — Wielokrotnie radziłem mu, aby nieco delikatniej rozmawiał z pacjentami.

W tym momencie na środku stołu wylądowała miska z owsianką i garścią włoskich orzechów.

— Smacznego — odparła Rita. — I proszę przejść do rzeczy.

— Przyszedłem tu w ważnej sprawie — zaczął ksiądz Matthias, wkładając do ust pierwszą łyżkę owsianki.

Była bez cynamonu. A owsianek bez cynamonu ksiądz Matthias nie jadał.

— Chodzi o twoją przyjaciółkę — kontynuował.

Rita spojrzała na niego podejrzliwie.

— Nie mam przyjaciółek — skwitowała.

— Ale miałaś — sprostował. — Amandę Johansen. Pamiętasz?

Tym razem Rita spojrzała na niego wzrokiem zupełnie obojętnym.

— Co z nią? — zapytała.

— Osiem lat temu rozstała się z mężczyzną. Z Christofferem von der Lippe.

— On nie był stąd — wtrąciła Rita.

— To prawda. Ale mieszkał tu przez wiele lat. Amanda kupiła dom, w którym mieli razem zamieszkać.

Nastała cisza.

— To się nie udało — dodała Rita po chwili. — Facet zwiał.

— No właśnie — ksiądz Matthias zabrzmiał tajemniczo. — Czy aby na pewno uciekł?

— Chyba ksiądz nie sądzi, że on mieszka u niej — odparła ironicznie.

— Tego nie powiedziałem. Mam jednak wątpliwości, czy oby na pewno stało się tak, jak wszyscy sądzą… Że pewnego dnia po prostu wyjechał i słuch po nim zaginął.

— A kogo obchodzi, co się z nim stało? — zapytała Rita.

— Próbuję tylko ustalić, co zaszło.

— Po ośmiu latach?

— Zastanawiam się, czy przypadkiem nie szukał u niej przebaczenia. Czy może w międzyczasie nie pojawił się u kogoś… Na przykład u ciebie.

Rita sięgnęła po szklankę wody.

— Gdyby pojawił się u mnie, przebiłabym go grabiami, a potem zakopała w ogródku — wyjaśniła ze spokojem.

— Na litość boską, córko, uważaj na swoje słowa!

— Niech ksiądz posłucha — przerwała.

Tym razem jej głos był stanowczy.

— Mam gdzieś, co stało się z tym draniem. Ale im głębiej jest zakopany, tym lepiej. A jeśli nadal włóczy się po tym padole, to niech piekło pochłonie go jak najszybciej.

— Niech Bóg przebaczy ci twą nienawiść, a serce twe niech zazna miłości i przebaczenia — głos księdza Matthiasa rozniósł się echem po całej kuchni.

— Christoffer von der Lippe miał szczęście, że to nie ze mną kupował dom — odparła Rita.

— Nie mam co do tego żadnych wątpliwości — przyznał ksiądz Matthias, wstając od stołu.

Trudno powiedzieć, czy spotkanie z Ritą Pettersen zakończyło się sukcesem. Na pewno nie poszło tak, jak tego oczekiwał, niemniej jednak był wdzięczny, że udało mu się pozostać przy życiu.

— Córko droga… — powiedział, opuszczając dom — Jeśli znajdziesz czas, porozmawiaj z Amandą Johansen. Wiem, że wasza przyjaźń skończyła się wiele lat temu, ale może nadszedł czas, aby odnowić tę relację. I jeśli dowiesz się czegokolwiek o losie tego mężczyzny, przyjedź do mnie do kościoła. Wiesz doskonale, że drzwi domu bożego zawsze stoją otworem.

Po tych słowach ksiądz Matthias opuścił dom przy Kaldestadvegen, zostawiając w nim Ritę Pettersen zajadającą miskę owsianki z garścią włoskich orzechów.


Zegar wskazywał siedemnastą pięćdziesiąt pięć. Deniz Rovelstad siedział w swojej pracowni i z uwagą obserwował talizman, po którego odebranie lada moment miała zgłosić się Amanda Johansen. Wykonanie go zajęło Denizowi prawie trzy tygodnie, ale nie ulegało wątpliwości, że czas i wysiłek poświęcony na stworzenie czegoś tak wyjątkowego się opłacił. To, co stworzył Deniz Rovelstad, przeszło najśmielsze oczekiwania.

Naszyjnik, pełniący funkcję talizmanu, został wykonany przez niego ręcznie ze srebra pokrytego złotem. Materiały te nadały naszyjnikowi nie tylko szlachetności, ale również subtelnej elegancji. Na centralny punkt zawieszki Deniz wybrał pięknie szlifowany, naturalny ametyst o średnicy 15 mm. Zależało mu na tym, aby w oczy rzucała się przede wszystkim głębia koloru oraz blask kamienia. Co więcej, kamień ten został wzbogacony również o wymiar duchowy, który Deniz starał się nadać dzięki symbolicznym skrzydłom archanioła okalającym jego prawą, dolną część. Sama zawieszka, o wysokości około 22 mm, również posiadała coś wyjątkowego. Została ozdobiona łacińską sentencją, którą Deniz wybrał sam, kierując się szczególnymi potrzebami klientki. Dum spiro, spero, co oznaczało: Póki oddycham, nie tracę nadziei. Sentencja ta miała na celu podkreślać nie tylko piękno samego talizmanu, ale także jego głębokie znaczenie. Deniz wiedział, że stworzone przez niego dzieło spełni swoje zadanie i całkowicie odmieni los osoby, która będzie go nosiła. Teraz nie pozostało mu już nic innego, jak tylko czekać.

Chwilę później w pensjonacie rozległ się odgłos dzwonka. Deniz natychmiast wyszedł z pracowni i otworzył drzwi. W progu ukazał się nie kto inny, jak Amanda Johansen. Stała w bezruchu w długiej, puchowej kurtce w jasno czerwonym kolorze. Patrzyła na Deniza wzrokiem smutnym, jakby zagubionym. Nie ulegało wątpliwości, że radość życia opuściła ją już dawno temu.

— Zapraszam — powiedział Deniz, otwierając szerzej drzwi.

Amanda weszła do środka niepewnie. Denerwowała się bardziej niż za pierwszym razem, kiedy tu przyszła, aby zamówić talizman. Nieco speszona podążała za właścicielem pensjonatu, który poprowadził ją wprost do pracowni.

— Udało się przygotować talizman? — zapytała.

Deniz nie odpowiedział. Wskazał jej miejsce przy dużym, drewnianym biurku, po czym sam usiadł po jego drugiej stronie. Zaraz potem sięgnął po schowany w szufladzie talizman i położył go na środku blatu.

Nastała cisza.

Amanda przez dłuższą chwilę wpatrywała się w leżący przed nią naszyjnik, po czym powoli i bardzo ostrożnie uniosła go do góry. Jej spojrzenie przepełnione było zachwytem. Głębokim, nieudawanym zachwytem, który sprawił, że ona sama jako kobieta zaczęła wyglądać nieco inaczej. Piękniej. Autentyczniej.

— Jest niesamowity — powiedziała, przyglądając mu się z uwagą.

Na jej twarzy pojawił się uśmiech. Uśmiech, którego Deniz nigdy nie spodziewał się ujrzeć.

— To najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam — wyznała, nie odrywając wzroku od talizmanu.

Nie ulegało wątpliwości, że talizman okazał się wręcz hipnotyzujący.

— Czy jest pani zadowolona? — zapytał Deniz.

Amanda jakby obudziła się ze snu. Odłożyła naszyjnik na blat, po czym wyjęła z torebki gruby plik banknotów i przekazała go Denizowi.

— Bardziej niż zadowolona — odparła. — Ten talizman odmieni moje życie.

— Jestem tego pewien — przyznał.

Zaraz potem sięgnął po ozdobne pudełko, do którego ostrożnie i z należytą starannością starał się włożyć naszyjnik.

— Niech pan tego nie robi — przerwała Amanda. — Niech pan nie wkłada go do pudełka. Proszę zawiesić mi go bezpośrednio na szyi.

Zaraz potem wstała z krzesła, odgarnęła na bok włosy i czekała.

— Proszę usiąść — powiedział Deniz.

Amanda zdziwiła się.

— Słucham? — zapytała.

Odniosła wrażenie, jakby mężczyzna nie chciał zawiesić talizmanu na jej szyi.

— Zanim to zrobię, chciałbym porozmawiać.

— Porozmawiać? — zapytała zdumiona. — O czym?

— Proszę usiąść — nalegał.

Amanda usiadła.

— Tak naprawdę chciałbym zwrócić się do pani z prośbą.

Nastała cisza.

— O co chodzi? — zapytała.

— O pracę.

Amanda otworzyła szerzej oczy.

— Potrzebuje pan pracy?

— Nie ja. Ktoś inny.

Amanda roześmiała się.

— Skąd pomysł, że ja mam dla kogoś pracę? — zapytała rozbawiona.

— Nie potrzebuje pani nikogo do pomocy?

— Nie — odparła zdecydowanie.

Zaraz potem wróciła myślami do dzisiejszego poranka. Zastanawiała się przecież, w jaki sposób sama miałaby ogarnąć wszystkie obowiązki związane z nieruchomościami, które od lat czekały na jej interwencję. Nie miała przecież na to siły. Sama nie dałaby rady. Ale nawet nie przeszło jej przez myśl, aby poprosić kogoś o pomoc.

Deniz dostrzegł jej zakłopotanie.

— Zwróciła się pani do mnie z prośbą o wykonanie talizmanu. I to nie byle jakiego. Moc talizmanu, który dla pani wykonałem, polega na przyciąganiu szczęścia. Na podtrzymaniu nadziei. Skoro pani ma nadzieję na lepsze życie, ktoś inny może mieć podobną nadzieję. I jeśli świat ma się teraz zmienić dla pani, to dlaczego nie miałby zmienić się dla kogoś innego?

Amanda milczała. Zbyt wiele myśli krążyło po jej głowie.

— Nie wiem, czy to dobry pomysł, abym dała komuś pracę — rzekła.

Deniz sięgnął po talizman i wstał z krzesła. Zaraz potem stanął tuż za nią, odgarnął ręką jej włosy i otoczył łańcuszkiem jej szyję.

— Od tej pory będzie pani gotowa na wiele rzeczy — powiedział, dopinając łańcuszek.

I znów nastała cisza.

— Proszę się nie bać. Proszę dać szansę sobie i innym.

Amanda wstała z krzesła i zaczęła iść w kierunku drzwi. Zanim wyszła, odwróciła się w stronę Deniza.

— Dziękuję za talizman — powiedziała. — A jeśli chodzi o pracę, posłucham pana. Niech ta osoba przyjdzie do mnie jutro rano. Adres pan zna. Do widzenia.

Deniz Rovelstad uśmiechnął się i uniósł dłoń w geście pożegnania. Amanda Johansen opuściła jego pracownię, pozostawiając w niej zniewalający zapach perfum.

Rozdział 4

Rita Pettersen chodziła od okna do okna i na każdym parapecie ustawiała lampki w kształcie świeczników. Ozdabianie okien w okresie przedświątecznym miało dla niej szczególne znaczenie. Lubiła, kiedy w domu było jasno i kiedy przychodząc z zewnątrz, już z daleka mogła dostrzec migające w oknach światełka. Miała wówczas wrażenie, że dom nie był pusty i że nawet podczas jej nieobecności żył swoim własnym życiem. Nie ulegało wątpliwości, iż okres Bożego Narodzenia był dla niej najlepszym i najszczęśliwszym okresem w ciągu całego roku.

Podobne zdanie miał jej mąż Oskar. On również lubił zdobić ich wspólny dom. Estetyka miała dla niego ogromne znaczenie, dlatego też często chodził po wszystkich piętrach domu i sprawdzał, czy oby na pewno każdy kąt został odpowiednio zagospodarowany. Do tego wszystkiego, uwielbiał symetrię. Żadna ozdoba nie mogła stać gdzieś przypadkowo — musiała mieć swoje własne miejsce, które jakby z góry było ono przeznaczone wyłącznie dla niej.

— Jutro zawiesimy lampki przed domem — powiedział, siedząc przy stole w jadalni i przystawiając do ust kubek ze swoją ulubioną, czarną kawą.

Ze szpitala wrócił po nocy, o wczesnych godzinach porannych. Pacjent, który przedwczoraj uciekł z oddziału, został znaleziony i odprowadzony z powrotem do szpitala. Niebezpieczeństwo zatem minęło zarówno dla niego, jak i jego żony.

— Gdzie go znaleźli? — zapytała Rita.

— W stajni Andersenów — wyjaśnił. — Leżał na sianie przykryty stertą koców. Gdyby został tam dłużej, źle by się to skończyło. Na szczęście, wszystko jest już pod kontrolą.

— Dziś po południu był u nas ksiądz Matthias — powiedziała, dosiadając się do stołu.

Oskar uniósł głowę i spojrzał na nią zdziwiony.

— Nie patrz tak na mnie — bąknęła. — To nie ja go zaprosiłam.

— Czego chciał?

— Porozmawiać o Amandzie. I o tym, co wydarzyło się między nią a Christofferem osiem lat temu.

Na twarzy Oskara pojawiło się zdumienie.

— A co ty masz z tym wspólnego?

— Pytał, czy od tamtego czasu Christoffer się z nami kontaktował. Czy może u nas był, próbował rozmawiać. Ogólnie chciał wiedzieć, czy od tamtej pory ktokolwiek o nim coś słyszał.

— A skąd to nagłe zainteresowanie? — dopytywał.

— Też mnie to dziwi — wyznała Rita. — Coś jednak musi być na rzeczy. Ksiądz Matthias nie przychodziłby tutaj dwa dni z rzędu tylko po to, aby zaspokoić swoją ciekawość.

— Dwa dni z rzędu? — Oskar nie ukrywał zdziwienia.

— Wczoraj i dzisiaj. Wczoraj nikogo z nas nie zastał, więc wrócił dzisiaj.

— Nie podoba mi się to — przyznał. — Ksiądz Matthias musi wiedzieć o czymś, o czym nie chce nam powiedzieć. Być może to nie koniec. Być może jeszcze tutaj wróci.

— Na pewno — stwierdziła Rita.

Oskar był coraz bardziej zaintrygowany.

— A skąd to przekonanie?

— Zasugerował, abym porozmawiała z Amandą. Zupełnie tak, jakbym miała się od niej czegoś dowiedzieć.

— Przecież nie rozmawiacie ze sobą od ośmiu lat.

— Tak jak ci powiedziałam… Coś musi być na rzeczy.

— I co teraz? Zamierzasz się z nią spotkać?

— Nie wiem — przyznała Rita. — To wszystko jest bardzo dziwne.


Amanda Johansen siedziała w pokoju gościnnym i delektowała się smakiem porannej herbaty. Już dawno nie odczuwała tak wielkiego spokoju i już dawno nie cieszyła się czymś tak małym, jak filiżanka herbaty z miodem i plasterkiem cytryny. Odkąd wstała, kilkakrotnie podchodziła do lustra i przeglądała się, nie mogąc oderwać wzroku od magicznego talizmanu, który od wczoraj nosiła na szyi. Był zachwycający. Sama jego obecność sprawiała, że Amanda czuła się lepiej. Zupełnie tak, jakby wstąpiła w nią nowa nadzieja. Jakby stała się człowiekiem z zupełnie nowym przeznaczeniem i inną rolą, jaką miała wypełnić w życiu. Nie ulegało wątpliwości, że Deniz Rovelstad przeszedł samego siebie, a wykonany przez niego talizman okazał się prawdziwym arcydziełem.

Na dworze było zimno. Padał śnieg. Amanda wyglądała przez okno i po raz pierwszy od ośmiu lat uśmiechała się sama do siebie. Nie sądziła, że ten moment kiedykolwiek nadejdzie. Nie sądziła, że będzie jeszcze w stanie cieszyć się faktem, że nastał kolejny dzień.

Patrząc na spadające płatki śniegu, odtwarzała w myślach przebieg wczorajszej rozmowy. Każde słowo, każdy szczegół i każde najmniejsze odczucie było w niej tak żywe, jakby była obecna w tamtym czasie i miejscu raz jeszcze. Delektowała się wspomnieniem każdej chwili. Nawet tej, w której Deniz zaczął rozmowę o czymś, czego w ogóle się nie spodziewała.

Zaskoczeniem było dla niej to, iż obcy mężczyzna zwrócił się do niej z tak nietypową prośbą. Co więcej, pracy tej nie szukał dla siebie, tylko dla kogoś innego. Pytanie tylko: dla kogo? Nie wiedziała nawet, czy chodziło o mężczyznę, czy kobietę. O osobę starszą, czy studenta. I najważniejsze: co ta osoba potrafiła robić i jakiej pracy oczekiwała?

Amanda przecież nie miała już firmy, którą tak sprawnie zarządzała przed laty. Być może osoba, którą polecił Deniz, miała nadzieję na otrzymanie pracy właśnie w tym charakterze. Tymczasem ona zamknęła firmę osiem lat temu i jedyną rzeczą, która jej pozostała, były nieruchomości.

Prawdopodobnie rozmyślałaby na ten temat jeszcze bardzo długo, gdyby nie to, że zupełnie niespodziewanie rozległ się dzwonek do drzwi. Odłożyła filiżankę na stół i nasłuchiwała. Dopiero kiedy dzwonek rozległ się ponownie, wstała z fotela i energicznym krokiem udała się w kierunku drzwi. Czuła, że jej oddech stał się szybszy. Czy oby na pewno była gotowa na ten krok?

Nie miała jednak czasu, aby ponownie przeanalizować wszystkie za i przeciw, ponieważ osoba, która stała na zewnątrz, z całą pewnością marzła i nie mogła doczekać się, aby wejść do domu. Amanda podeszła więc do drzwi i ostrożnie otworzyła je na oścież.

W progu ukazał się mężczyzna. Mężczyzna młody, o szczupłej, wysportowanej sylwetce, czarnych, krótko przystrzyżonych włosach i delikatnym zaroście. W obu uszach miał kolczyki, prawdopodobnie wykonane ze złota. Twarz miał pociągłą, rysy ostre, usta pełne. Jego oczy były duże i wyraziste. Miał na sobie granatową kurtkę, czarne spodnie i wysokie, trekkingowe buty. Ręce trzymał w kieszeniach i stał lekko skulony. Wiatr wiał coraz mocniej sprawiając, że śnieg w coraz większej ilości obsypywał jego głowę i twarz.

— Dzień dobry — powiedział niepewnie.

Jego głos był czysty, wyraźny.

— Dzień dobry — rzekła Amanda.

— Przysyła mnie Deniz Rovelstad.

Z całą pewnością nie był to dobry moment na wymianę uprzejmości i zadawanie kolejnych pytań. Pogoda nie sprzyjała i robiło się coraz zimniej.

— Proszę wejść — powiedziała Amanda.

Mężczyzna strzepał z siebie śnieg i dopiero potem przekroczył próg domu. Nie czuł się pewnie. Był wycofany. Speszony. Jak gdyby przysłano go tutaj wbrew jego woli.

— Proszę powiesić kurtkę tutaj — zasugerowała Amanda, wskazując na przytwierdzony do ściany, masywny hak. — Przejdziemy do salonu.

Mężczyzna bez słowa wykonał polecenie i posłusznie udał się za Amandą. Usiedli naprzeciw siebie w dużych, wygodnych fotelach. Oddzielał ich jedynie niewielki stolik kawowy.

— Napije się pan czegoś? — zapytała.

— Nie, dziękuję — odparł.

Nastała cisza. Nie ulegało wątpliwości, że oboje byli na swój sposób zakłopotani. Spotkanie to wynikło bowiem nie z ich własnej woli, lecz z inicjatywy osoby trzeciej. W głębi duszy każde z nich miało nadzieję, że to ta druga strona przejmie stery i poprowadzi rozmowę od początku do końca. Tak się jednak nie stało.

Amanda nie wiedziała, od czego zacząć, ponieważ nie miała zbyt dużego pola manewru, jeśli chodziło o charakter pracy, jaką mogła zaoferować. Poza tym, od dawna nie miała kontaktu z ludźmi, a już tym bardziej z takimi, którzy mieli dla niej pracować. On z kolei był w kiepskiej kondycji psychicznej, od lat nie podejmował się żadnego zajęcia i przyjechał tu głównie dlatego, aby nie postawić w złym świetle Deniza Rovelstada.

— Słyszałam, że poszukuje pan pracy — zaczęła Amanda.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 42.05