Ogrodnik
Statek z Aspinwall dopłynął do Nowego Jorku. Skawiński, podziwiając widoki miasta, zastanawiał się, co zrobi i czy w końcu znajdzie miejsce do życia. Były latarnik znalazł nocleg niedaleko portu. Następnego dnia mężczyzna spotkał swojego przyjaciela, który mu doradził, gdzie może kupić dom. W ciągu kilku tygodni nabył niedużą posiadłość, w której bardzo szybko się zadomowił.
Po dłuższym czasie starszy człowiek postanowił znaleźć pracę. Wybrał posadę ogrodnika u swoich sąsiadów. Był to wielki dom z ogrodem. Nikt nie chciał się nim zajmować, ponieważ uważano, że jest nawiedzony. Pierwszego dnia pracy Skawiński odbył rozmowę z właścicielami domu na temat jego obowiązków:
— W szopie ma pan narzędzia, ale proszę nie otwierać pod żadnym pozorem tej piwniczki. W razie czego jestem do pana dyspozycji — powiedział pan Smith.
— Dobrze będę pamiętał — odpowiedział Skawiński.
Tak mijały miesiące pracy ogrodnika. Podczas swojej przerwy w godzinach popołudniowych postanowił on odkryć tajemnicę piwniczki. Otworzył drewniane drzwi i przed nim ukazały się długie schody. Zszedł nimi na dół. Panował tam półmrok. Ogrodnik zwiedzał długie korytarze piwnicy. Wydawało mu się, że chodzi w kółko wieki. W pewnym momencie trafił na ścianę z czerwonym napisem — Help Me!!! Prawdopodobnie było to napisane krwią. Mężczyźnie wydawało się, że jest ona świeża. Nagle zapanowała ciemność i Skawiński usłyszał krzyk kobiety. Głos rozległ się jakby z oddali. Zaraz za głosem pojawiła się postać — z długimi czarnymi włosami, o bladej cerze, czerwonych oczach oraz w śnieżnobiałej sukni.
Zwyczajny człowiek wystraszyłby się w takiej sytuacji, ale nie Skawiński. Widział dużo tragedii na wojnach i dlatego zachował zimną krew. Zresztą nie miał dużo czasu na rozmyślania, bo wtem duch rzucił się na niego. Mężczyzna zaczął uciekać, co w ciemności nie było łatwe. Potykał się o różne przedmioty niewiadomego pochodzenia, ale instynkt samozachowawczy kazał mu ciągle biec. Wreszcie dopadł drzwi i sapiąc z wysiłku, szarpnął je, wybiegając w głąb ogrodu. Na zewnątrz zapadła już noc. Zastanawiał się ile czasu tam spędził? Szybkim krokiem wyszedł z alejki, kierując się ku domowi.
Za nim rozległ się szalony śmiech zwiastujący, że zjawa tak łatwo nie odpuści, tego było za wiele. Skawiński przeprowadził się jak najdalej od domu, gdzie napotkał widmo i nigdy nie spotkał już ducha.
Odrodzenie
Nie potrafię wyjaśnić tej historii. Nie wiem, jak do tego doszło. Jestem Ada, zwyczajna dziewczyna ze wsi. Opowiem wam, co przydarzyło mi się w te Święta Wielkanocne.
Siedziałam w ogrodzie z dziadkiem i drapaliśmy jajka. Nie były one arcydziełem.
— Nie musisz tworzyć czegoś najpiękniejszego. Liczy się tradycja i to, co w sercu — mawiał. Podziwiam go za to, jakim jest dobrym człowiekiem. Pomaga każdemu, choć go ranią. On jedyny umie poskromić moich młodszych braci. Brykają jak sarny. Teraz też tak było — biegali z garnkami, udając rycerzy. Chwila nieuwagi i wielki garnek uderzył mnie w głowę. Zrobiło mi się ciemno przed oczami.
Znalazłam się w bujnym lesie. Wielu rzeczy nie widziałam przez tajemniczą mgłę. Szłam i szłam przez ten labirynt, który według mnie nie miał końca. Nagle, bez żadnego szelestu, stanęła przede mną zakapturzona czarna postać.
— Witaj, moje drogie dziecko. Podobają ci się te ciemności? Mgła? Jak fajnie do tego należeć — powiedziała pełna zadumy.
— Nie. A kim jesteś? Jak stąd wyjść? — ledwie wykrztusiłam.
— Jestem wrogiem, a może przyjacielem. Zwą mnie zdrajcą, lecz tego nie rozumiem — łagodnie oznajmiła.
Nie wiedziałam, co począć. Ale nieznajomy był szybszy i porwał mnie.
Tysiące lat, jak nie więcej, siedziałam przywiązana do drzewa. To były męki… Słyszałam tylko raz na jakiś czas śmiech oprawcy. Wtedy nic nie widziałam. Coś paliło mnie w środku. Krzyczałam do upadłego o pomoc. Los chyba ulituje się nade mną. Czułam to w kościach. Rozległy się krzyki, piski, odgłosy walk. Po nich długa, cisza. Zostałam uwolniona z węzłów. Moimi zbawcami okazali się dzikusi — niczym Indianie z filmów.
Zapowiada się kolejna długa wędrówka. W tym czasie podziwiałam widoki. Zadziwiały mnie całe czarne drzewa wraz z liśćmi i zwierzęta. Raz te kreatury przypominały mieszankę słonia, lwa i żółwia, a niekiedy lemura z niedźwiedziem. Chyba na tej ziemi już nic mnie nie zdziwi. Wojownicy wspominali mi, że u nich jest wiele dziwów, ale ja jestem największym. Czemu? Okaże się to po dotarciu do ich obozowiska.
Ludzie powitali mnie oklaskami, wiwatami. Zostałam doprowadzona do ich przywódcy. Przedstawiłam się, opowiedziałam, skąd pochodzę i jak tu się znalazłam. Wódz wybuchnął radością, śpiewał w języku niezrozumiałym dla mnie. Wytłumaczył mi szybko, skąd ta niesamowita radość. Ten lud długo żył w strachu przed złymi mocami tego, kto mnie porwał. On na tę krainę wieloma występkami sprowadził zło, nieszczęście, śmierć. Zabrakło magii, nimf, elfów. Miało się to zmienić, jak nadejdzie istota z innego świata.
Po rozmowie z wodzem postanowiłam porozmawiać z mieszkańcami. Dużo się od nich dowiedziałam. Nie mają swoich świąt, tradycji, ani nadziei na jutro. Postanowiłam im pomóc… Sięgnęłam po tradycje Wielkanocne. Ozdabialiśmy jajka, nawet ich święty kamień, graliśmy kołatkami, bawiliśmy się wodą. Urządzaliśmy pikniki — przypomniały mi się pikniki rodzinne w Parku Lisiniec, nasza regionalna tradycja związana z Wielkanocą.
Mijały kolejne dni, ja studiowałam historię tej krainy, a inni… No cóż, bawili się. Z jednej strony może i dobrze. Jak wynika ze starych ksiąg ma nadejść duch, przed którym ugnie się każde zło. Aby proroctwo się wypełniło, muszą dzicy ludzie być wypełnieni dobrym humorem i miłością. Wyszłam z biblioteki, a na niebie ujrzałam czarne chmury i pioruny cisnące w ziemię. Oprócz tego natura szalała, przy bramach wejściowych do wioski stali czarni jeźdźcy. Jeden z nich wyciągnął miecz z sakwy i wskazał w moją stronę.
Biegłam do dużego głazu. Ukryłam się tam i obserwowałam czy na pewno nikt nie ruszył, by mnie dopaść. Na szczęście nikogo tam nie było, lecz rozpostarł się przede mną smutny widok. Zamykali każdego w klatkach, bili, biczowali. Płakałam, szlochałam nad tym. Czemu akurat mnie się to przydarzyło?
Po rozpaczy i planowaniu wróciłam do obozu. Pocieszałam więźniów, ale bez skutku. Dawałam im pisanki, które robiliśmy — dalej bez skutku. Co robić? Wiem… Uwolnię ich. Przy jednej z cel smacznie spał wartownik. Wzięłam od niego klucze i miecz do obrony. Udało mi się wszystkich wypuścić, ale czekała na mnie kolejna przeszkoda.
Była tam zakapturzona czarna postać.
— Wszyscy jesteście moimi niewolnikami! Za pomoc w jej ucieczce w lesie czeka na was surowa kara! Pokłońcie się cesarzowi! — krzyknął.
— Jesteś tchórzem! Wykorzystujesz wszystkich, zdradzasz! Jak wolisz żeby do ciebie mówić? Czarny Pan czy Judasz — tak jak masz naprawdę na imię! Ludzie, nie bójcie się, ja was obronię i wyślę do piekieł, skąd przybył! — krzyknęłam.
Zadowoleni krzyczeli, rzucali kamieniami w niego. Judasz wściekły wyjął czarny miecz i dźgnął mnie. Padłam na kolana… a potem już leżałam. Natychmiast, nie wiadomo skąd, słychać było dzwony i tajemniczy śpiew. Głaz roztrzaskał się na kawałki, jego odłamki przygniotły mnie. Gęsta mgła i czarne chmury zniknęły. Po niebie leciał wielki, kolorowy ptak. Życie i magia powróciły. Ptaszysko wylądowało przede mną. Tylko jedno spojrzenie zwierzęcia i Judasz stał w płomieniach, jego słudzy też. Majestatyczne zwierzę pokłoniło mi się i dzikie plemię również. Nie wytrzymałam i moje ciężkie powieki opadły. Po otwarciu oczu byłam w łóżku w moim pokoju. Czy wszystko to wydarzyło się naprawdę? Mój wzrok skupiał się na dużym otwartym oknie. Przez nie wleciał kolorowy, mały ptaszek. Przyfrunął, usiadł mi na dłoni. Przytuliłam go mocno.
Od tego momentu bardzo się zmieniłam. Zrozumiałam, że obyczaje są ważne, ale to, co mają przedstawiać — jeszcze ważniejsze. Święta Wielkanocne to nie tylko malowanie jajek, święcenie koszyczków, pikniki rodzinne, lanie niewiast wodą. Ten czas ma uczcić zwycięstwo Jezusa nad śmiercią i szatanem.
Leśne Krasnoludki
Jestem Milana. W poprzednie wakacje spotkało mnie coś niezwykłego. Nadal nie mogę w to uwierzyć. Byłam osobą niewierzącą w cuda. Obecnie tak nie jest. Czemu? Opowiem wam to.
Pochodzę z rodziny średniozamożnej. Moje wczesne dzieciństwo wspominam dobrze, ale do czasu. Jak miałam dziesięć lat, mój tata zmarł, potem babcia. Z tymi osobami byłam bardzo zżyta. Mama zachorowała na raka, ale ma dobrego męża — mojego ojczyma, no i mojego brata. Niestety, nie poświęcają mi takiej uwagi, jak bratu. Traktują mnie jak powietrze. W pojedynkę walczę z depresją. W lecie tego roku byliśmy u mojej cioci na wsi. Pracowałam ciężko, czasem zdarzało się, że nie dokończyłam zadania przed nocą. A na następny dzień wszystko gotowe [sic!]. Bliscy dziwili się, gdy pytałam, kto to zrobił. Mówili, że ja to zrobiłam, co mnie zaniepokoiło.
Po dwóch tygodniach czułam się okropnie. Tęskniłam za tatą i babcią, którzy opowiadali mi o krasnoludkach. Były to dobre stworzenia, strzegły ludzi i lasu przed złymi duchami, które kusiły ludzi by zniszczyć świat. Strażnicy lasu ukazują się tylko ludziom o sercu czystym jak diament. Pomyślałam, że może to one mi pomagały, ale to wydawało się niedorzeczne. Po moich rozmyślaniach zrobiło się ciemno. Wyłączyłam światło i poszłam spać.
W środku nocy obudziłam się i spojrzałam w okno, ujrzałam piękny widok na księżyc i gwiazdy. Miałam dziwne wrażenie, że coś mnie woła. Nie wytrzymałam, otworzyłam okno i wyskoczyłam przez nie, po czym skierowałam się w stronę lasu. Przepiękny śpiew rozległ się wśród drzew. Na końcu leśnej drogi widziałam rzekę Liswartę, w której kiedyś z rodzicami pływałam kajakiem. Wspomnienia dobrego dzieciństwa przerwał majestatyczny widok.
Na rzece był wodny tron świecący od blasku księżyca, a na nim krasnoludek o szpiczastych uszach. Miał bardzo długą siwą brodę. Na dwóch brzegach rzeki byli mali ludzie, tacy jak ten z krzesła. Wszyscy odziani byli w białe szaty, a na głowach mieli kolorowe wianki. Starzec przedstawił się, był Panem Liswarty. Strzegł wszystkiego, co żyje w lesie i w okolicach, a także wszystkiego, co tam rośnie. On rozkazał swoim podwładnym pomagać mi. Bez słowa wyrosła przede mną przepiękna róża. Po czym zapytał, czy teraz wierzę w cuda.
— Wiedz, że wiem, co jest w twoim sercu. Dlatego tu przyszłaś — powiedział spokojnie starzec. Na te słowa pokłoniłam mu się a ze mną krasnoludki. Bawiłam się z nimi. Król lasu patrzył na mnie czule, na innych patrzył zwyczajnie. W pewnym momencie rozpętała się burza.
Rozległ się trzask, a na niebie pojawiła się kobieta. Oczy miała podkrążone, oczy czarne jak noc, cerę białą jak śnieg oraz włosy bordowe niczym krew. Była ubrana w czarną, potarganą suknię. W prawej ręce trzymała jabłuszko. Rozglądała się po całej rzece i lesie, aż spojrzała się na mnie.
— Moje drogie dziecko. Idź od tych bezwartościowych krasnali. Jestem dobrym duszkiem. Zjedz ten słodki owoc, osłodzi ci wszystkie smutki i przywróci ukochanych
zza grobu. — powiedziało widmo.
— Nie wierzę ci! Słyszałam o takich jak ty. Pragniesz krzywdy człowieka
i wszelkiego stworzenia! — krzyknęłam. Na co zmora syknęła i rzuciła się na mnie. Starszy krasnoludek osłonił mnie.
— Kreaturo przebrzydła zaśnij na wieki! Ja zaś odchodzę do lepszego świata, poddani. Ty, Milano, zostajesz moją zastępczynią. Zmieniaj świat na lepsze za pomocą moich mocy. Masz serce szczere i potencjał na dobrego przywódcę –powiedział.
Tak jak powiedział, tak i się stało. Duch obrócił się w kamień. Ja otrzymałam zdolności nadprzyrodzone. Moje uszy zrobiły się szpiczaste. Pan Liswarty przeobraził się
w Wierzbę Płaczącą. W każde wakacje idę pod to drzewo i oddaję mu hołd. Mam teraz dużo obowiązków związanych z władzą i mocami. Nie martwię się na zapas. Zaczęłam wierzyć w cuda. Lepiej wierzyć w coś, szukać celu i go wyznaczać. Dzięki temu życie jest lepsze i piękniejsze.
Południe
Wśród najwyższych chórów wszelakiego ptactwa, gdzie płaczą nad ludzkim losem i umarł wiatr, który bawił się z nimi w prastarych kniejach, natura pogrąża się w żałobie, lecz ukryta pod maską, aby ucieszyć każde stworzenie. Zwroty i zakręty w ślepe uliczki. Młot upadł z kowadła, co spowodowało kaskady zmian. Powiedz, mój Drogi… co to będzie?
Już od dobrych kilku lat trwa wojna na Ukrainie. Działałam w akcjach pomocy dla uchodźców wojennych, mamy 2025 rok i pragnę, aby tam zapanował pokój. Dlaczego ci ludzie muszą przechodzić takie katorgi? Czemu oni są winni?
Mroziło mi krew w żyłach, gdy babcia — Ukrainka, którą razem z jej wnukiem gościłam w swoich skromnych progach, szła do sklepu i jej wnuk dostawał ataków paniki. Chował się pod stół, płacząc i wołając swoich krewnych. Mówił również, że boi się, że spadnie na jego głowę bomba. Na szczęście, niedługo potem, jego mama przyjechała i sytuacja się uspokoiła.
Rok temu ustatkowali się i kupili mieszkanie niedaleko mojego osiedla. Kontakt się urwał, ale przynajmniej, kiedy spotykamy się na ulicy Częstochowy — mojego miasta, to mówią,,dzień dobry” i stokroć dziękują za okazaną pomoc. Żyjemy w XXI wieku i dlaczego nadal pod wpływem pychy dopuszcza się czynów niewybaczalnych, przez co czyha śmierć. Oby to wszystko jak najszybciej się zakończyło.
Moje długie przemyślenia przerwał wibrujący telefon, który znajdował się na stoliku. W ułamku sekundy wzięłam komórkę i przeciągnęłam palcem po ekranie, aby odebrać.
— Halo? — zapytałam.
— Alicja? Mam pytanie, kuzyneczko… Chcesz przyjechać do mnie na weekend na wieś? — zapytał Adam.
— Jasne! — odpowiedziałam.
— Dobrze, to pojedź autobusem, a ja zaczekam na przystanku w centrum wsi — odrzekł rozłączając się.
Bez chwili dłuższego zastanawiania zaczęłam się pakować, ponieważ niebawem wybijała godzina 20:00 i pragnęłam się wyspać.
Rano wzięłam torby i poszłam na przystanek autobusowy. Na szczęście długo nie musiałam czekać. Przyjechał po dziesięciu minutach. Przez półgodziny jechałam, słuchając muzyki, aż po przejechaniu przez bujny las ujrzałam tabliczkę z napisem,,Zawady”. Następnie sklep z sprzętem AGD, supermarket,,Euro” oraz biały budynek gminy Popów. Wtedy ukazał się Adam, który widać było, że nie może się doczekać mojego przybycia. Wyglądał trochę tak jakby się denerwował…
— Nie będziesz zła? — rzucił.
— Co znowu? — przecedziłam przez zęby.
— Obiecywałem ci, że nie będę przyjmował pacjentów, jak się spotykamy, ale mam wyjątkowy przypadek! Jutro będę wolny i możesz zostać u mnie dłużej. Dobrze? — zapytał niepewnie.
— W porządku — odpowiedziałam.
Mój kuzyn z zawodu jest psychiatrą. Zawsze dziwił mnie fakt, że pacjentów przyjmuje we własnym domu.
W ciągu dwóch dni starałam się nie przeszkadzać Adamowi. Ku mojemu zaskoczeniu w mojej pracy jest
awaria związana z prądem, który jest mi potrzebny, żeby, szyć na maszynie krawieckiej. Podobno muszą wymienić instalację i szef mojego zakładu postanowił zrobić gruntowny remont, dzięki czemu dłużej zostanę na wsi.
W poniedziałek po południu postanowiłam pomóc Adamowi w pracach domowych. Ścierałam kurze z półek na książki, komód i starych kredensów. Przechodząc przez długie korytarze, ujrzałam w gabinecie kobietę płaczącą — zapewne pacjentkę, która była tu dwa dni temu. Gdy zorientowała się, że stoję w drzwiach, wzięła wazon i zniszczyła go. Chwyciła duży kawałek szkła i rozcięła sobie tętnice. Mój kuzyn momentalnie wbiegł jak poparzony, opatrując ranę i tamując krew, a ja zadzwoniłam na pogotowie. Nawet z pomocą ratowników nie udało się uratować tej kobiety.
Po tych wydarzeniach Adam chciał, żebym z nim została po to, by mógł mnie wspierać psychicznie. Starał się, żebym nie podchodziła do gabinetu. Przed oczami ciągle miałam kobietę, która targnęła się na swoje życie. Czasem wydaje mi się, jakby podążały za mną jakieś niewyraźne, czarne i
straszne istoty. Aby myśleć o tym ciągle, rysowałam projekty ubrań, czytałam książki i bez pozwolenia kuzyna sprzątałam, gdy on był na zakupach w centrum wsi. Zaczęłam popadać w pracoholizm, aby w spokoju żyć.
Pewnego razu wyjechałam z Adamem poza Zawady, do lasu. Nie wiem, jak dostałam się na pole zboża, gdy odłączyłam się od kuzyna. Słońce niemiłosiernie piekło. W ułamku sekundy niebo stało się pochmurne, zerwał się wiatr, który targał moimi ciemnymi włosami. Wokół zebrały się kobiety ubrane w białe suknie. W rękach trzymały sierpy. Podchodząc do mnie, podnosiły rękę zadając ciosy, i mówiąc:
— Jak głosi mowa przodków — nie chodź i nie pracuj w południe! Niech twój krzyk będzie przestrogą!
Alicja leżała martwa. Południce oblizywały swoje sierpy z krwi. Zniknęły tak szybko jak się pojawiły, a pogoda wróciła do poprzedniego stanu. Nigdy nie duś w sobie mroku i złych emocji! Nigdy nie wpadaj przez to w pracoholizm. Wtedy sami poddajemy się niepotrzebnej presji! Bo to ma negatywne skutki…
Mokosz
Od wieków trwa moja praca… Przędzenie losów ludzi, opieka nad ciężarnymi kobietami i dziećmi. Z całych sił walczę o równowagę na świecie… Coraz więcej ludzi poddają się woli czartów! Gubią się w ciemnościach Welesa, aby odnaleźć sens istnienia, co doprowadza ich do totalnej ruiny. Są też ci, którzy w tym się odnajdują…
Wszystkie wojny i tragedie wynikają z wiecznego konfliktu Peruna z Welesem! Nie jestem bez skazy! Przez mój błąd nie mogę widzieć się ciągle z moją córką! Niestety tak musi być, aby był zachowany porządek natury — pór roku. Tak jak ja zraniłam Peruna, on też mnie zdradził. Perperuna stała się jego wybranką i zajęła moje miejsce przy niebiańskim tronie.
Postanowiłam zejść na ziemię i obdarować ludzi obfitymi plonami. Przybędę do jednej z wsi w Polsce. W głębi sercu czułam, że jest tam pewien młodzieniec, który cierpi — najprawdopodobniej z powodu złamanego serca… Perun wygnał mnie z korony drzewa życia. Swymi piorunami w korze drzewa życia wyrzeźbił mocną posadzkę, a na niej postawił ogromny głaz, który będzie moim nowym domem. Nie chcę być samotna na wieki! Mój były mąż dał mi trzy dni, aby pożegnać się z wszystkim, co powołałam do życia.
Zeszłam z korony drzewa życia i popędziłam do młodzieńca ze wsi. Minęły dwa dni, byłam przebrana za zwykłą dziewczynę. Udawałam, że mnie z domu wyrzucono, ponieważ Marek pytał się o to. Zauroczyło mnie w nim jego charakter… Jest taki życzliwy, mądry, szczery i opiekuńczy!
Kochaliśmy się całą noc… Z czego powstaną wspaniałe dzieci! Lecz była jedna osoba, która obserwowała nas…
— Co ty robisz!? — wykrzyczał rozłoszczony Perun.
— Nie będziesz mi już nigdy rozkazywał! Nie jestem już twoja i potraktowałeś mnie jak śmiecia — krzyknęłam.
Bóstwo piorunów zamachnął się na mego kochanego, a ja wzięłam go za rękę i zniknęliśmy…
Znaleźliśmy się w miejscu mego wygnania. Byliśmy już bezpieczni, nikt z zewnątrz tu nie przybędzie…
Nie było nic, oprócz bezkresnych kamiennych pustkowi… Pracowaliśmy przez dziewięć miesięcy, aby stworzyć swój gród. Za pomocą ogromnych głazów i drewna z drzewa życia zbudowaliśmy ogromny pałac dla przyszłych pokoleń naszej rodziny.
Nadszedł pamiętny dzień kiedy nasze pierwsze pociechy przybyły na świat. Słońce było coraz wyżej nad drzewem życia, jak rodziłam cała ziemia trzęsła się, powstawały pierwsze góry, które odgradzały nasz dom od reszty pustki. Wcześniej tak się nie działo, jak powoływałam życie przed wygnaniem… Może ten świat jest za słaby na przybycie potomków bogini i da początek czegoś niesamowitego!
Po wszystkim była przede mną 5 niemowląt! Dwie dziewczynki i trzech chłopców.
Kiedy dorośli zaczęli rozwijać pustkę. Pierwszy syn został władcą gór i mistycznej mocy, która drzemała hen pod ziemią Stworzył ogromnych strażników z kamienia o wysokości 21 metrów uzbrojonych w topory. Strzegli oni jego królestwa. Ponadto stworzył rasę krasnoludów — niskich ludzi o wyjątkowej sile, długich brodach oraz wielkim zamiłowaniem do wszelkich skarbów.
Drugi uformował ciśnienie w oceanie, wzniósł ogromną fortecę pod wodą z ogromnym miastem dla swojej rasy; ssaka połączonego z rybą, byli cali owłosieni, przy brzuchu mieli dużo łusek, ich głowy kojarzyły mi z kapibarą, posiadali ogromne czarne dłonie i stopy, a pomiędzy palcami mieli błony. W przyszłości na tę specyficzną rasę będzie mówiono Capyllator. Z upływem czasu mój syn ich opuścił. Swoją siedzibę przeniósł, a rasa Capyllator zaczęła się rozwijać.
Trzeci syn z pomocą moich córek i mojej zadbał o faunę. Dosyć szybko powstały bujne gaje, a w nich wszelakie zwierzęta.
Mijały lata, doczekałam się jeszcze dziesiątki dzieci, wychowałam je, jak najlepiej razem z Markiem. Niestety on stawał się coraz starszy… Może cierpieć, ponieważ moc Welesa i zaświaty mu podległe nie mają dostępu do nas… Wtedy trójka nowych moich dzieci stworzyła świat, gdzie mój ukochany dozna spokoju.
Marek przed śmiercią wyrzeźbił z gliny 20 ludzi (10 kobiet i 10 mężczyzn), przelał swą krew do ich środka, a ja dałam im życie i płodność, aby zaludnili świat. Po czym pożegnaliśmy się…
Nie byłam w stanie normalnie żyć! Ziemia umierała… Ciągle śnieg padał. Moje dzieci prowadziły liczne wojny, co spowodowało rozpad ogromnego kontynentu na mniejsze kontynenty oraz na wiele wysp. W tym czasie powstało wiele demonów…