Początek
Roman obudził się z silnym bólem głowy. Nie przespał całej nocy. Znowu. Przetarł powoli oczy i rozejrzał się po pokoju. Stare, podarte spodnie, które zdjął wczoraj wieczorem, wisiały tam, gdzie je zostawił — na oparciu krzesła. Niżej na siedzeniu leżała pomięta niebieska koszula, którą dostał od „M”. Przez materiałową roletę przebijało się poranne słońce, sprawiając, że pokój wypełniał się jasną, pomarańczową barwą. Zza okna wyraźne słychać było maszyny budowlane.
— Cholerne remonty — powiedział z niesmakiem, przewracając się na bok, plecami do okna.
I faktycznie miał prawo do narzekania, bowiem budowa pod kamienicą, w której mieszkał, trwała już osiem miesięcy, a postępy robotników były praktycznie niezauważalne. Próba ponownego zaśnięcia zakończyła się fiaskiem. Spojrzał na stary zegarek, który zostawiła „M”. Na wyświetlaczu widniały czerwone liczby wskazujące na to, że należałoby już wstać. Była 7:40.
Przy porannym koncercie młotów uderzających o beton i pracy silników koparek najemca pokoju 6B zaczął przygotowywać się do wyjścia do pracy. Rozpoczął jak zawsze od zrobienia sobie zielonej herbaty, włączenia wiadomości, których szczerze nienawidził z powodu piskliwego głosu jednej z prowadzących, i podgrzania jedzenia z poprzedniego wieczoru. Tym razem była to kupna lasagne z pobliskiego supermarketu. Założył kilkudniowe dżinsy i T–shirt, które w jego mniemaniu śmierdziały na tyle mocno, aby zniechęcić wszystkich obcych ludzi, którym do głowy mogła przyjść chęć rozpoczęcia z nim rozmowy. Zjadł szybko resztki z wczorajszej kolacji, wypił herbatę i wyszedł do pracy. Była godzina 8:06.
Wychodząc z budynku, minął się z dwójką dzieci sąsiadów mieszkających piętro niżej, w mieszkaniu 4A. Roman zauważył, że maluchy zatkały nosy i wygięły buzie w grymas zniesmaczenia, gdy ten je mijał.
— Ubranie działa — powiedział do siebie z wyrazem twarzy oznaczającym u niego coś na kształt uśmiechu i triumfu nad innymi ludźmi. „Jeszcze tylko przejść koło tych imbecyli grzebiących w ziemi i będę przy samochodzie” — pomyślał.
I w tym właśnie momencie jeden z tych „imbecyli” odwrócił się w stronę Romana.
— Hej, doktorku! — zawołał umięśniony i wytatuowany mężczyzna. — Nie obudziliśmy dzisiaj pana? Chłopaki i ja zaczęliśmy pracować trochę wcześniej, żeby jak najszybciej skończyć zlecenie i zagwarantować panu ciepłą wodę i równie ciepłe wieczory, a co najważniejsze — spokojne poranki!
Roman podniósł rękę, nie odwracając się do prowokatora i pokazał uniesiony kciuk, ukazujący pełną aprobatę dla słów robotnika. Po chwili doszedł do auta. Wsiadł. Fotel kierowcy cicho zaskrzypiał. W momencie gdy miał już odjeżdżać zauważył, że na jego szybie ląduje myjka, a obok prawego lusterka pojawia się niski chłopak w kręconych włosach. Zaczął myć samochód.
— Hej, młody? Co ty robisz? — zaczął Roman szorstko przez uchylone okno.
— Dzień dobry panu — odpowiedział. — Zbieram na komputer dla siebie i oferuję usługi takie jak mycie szyb, kołpaków, świateł reflektorów i wiele więcej. Mycie szyb jest za pię…
— Nie zawracaj mi dupy, smarkaczu, tylko spieprzaj stąd w podskokach, bo nie mam na ciebie czasu! — przerwał chłopakowi mężczyzna w średnim wieku.
Włączył spryskiwacze, ochlapał chłopca płynem i szybko cofnął samochód, powodując, że dziecko oparte o maskę auta upadło na beton. Jedna z kobiet siedzących na pobliskiej ławce, która przypatrywała się zdarzeniu — zauważywszy, jak się to skończyło — podbiegła szybko do pustego miejsca parkingowego i podniosła chłopca.
— Cholerny Durlik! — krzyknęła do odjeżdżającego samochodu. — On ma dziewięć lat! Wszystko dobrze, Michał? — zapytała dziecko. — Pokaż rączki. — Mały rozpłakał się i przytulił do koszuli mamy.
— Nie zrobiłeś nic złego, to ten pan jest bardzo niewychowany. Chodź, kupimy sobie lody — zaproponowała mama. Twarz dziecka się rozpromieniła.
Romanowi przeszła przez głowę myśl, że być może postąpił źle. Co bowiem zrobiło mu to biedne dziecko? Chciało przecież tylko zarobić na swoje marzenie — i to w pożyteczny sposób. Ale tak szybko, jak się pojawiło, poczucie winy zniknęło i nieogolony mężczyzna zajął się wybieraniem stacji radiowej, na której akurat nie ma porannych wiadomości. Znalazł pasmo, na którym puszczali „Knockin’ on Heaven’s Door” i oddał się powolnej przejażdżce, którą tak lubił. Była godzina 8:21.
Piętnaście minut później stanął już przed budynkiem Towarzystwa Badania nad Snem. Stary i dawno nieodrestaurowywany budynek bardziej przypominał budowle wznoszone za czasów PRL-u. Wtedy, gdy wszystko budowane było z żelbetu, nikt nie przejmował się prezencją. Budynki miały być tanie i wytrzymałe. Szare ściany konstrukcji stanowiły relikt tych nieodległych czasów, przypominając o ułomności systemów społecznych, a raczej o problemach w ich realizacji.
Roman spojrzał na miejsce swojej pracy.
— Trzydzieści sześć minut spóźnienia. Ciekawe, czy będą mi o to truć dupę…
Zamknął auto pilotem i szybkim jak na niego krokiem skierował się w stronę drzwi. Słońce świeciło mocno, tak jak przystało na początek lipca. Roman stwierdził, że w tym świetle budynek wygląda gorzej niż zwykle i zwątpił, czy chce mu się tu marnować kolejny piękny dzień lata. Przemógł się jednak i po odbiciu karty na czytniku wszedł do środka. Wnętrze laboratorium sprawiało lepsze wrażenie niż fasada, można wręcz powiedzieć, że było pełne profesjonalizmu. Wszystko było sterylne i lśniło nowością, szklane ściany pokoi oraz białe kafelki na podłodze pokazywały hojność osób, które łożyły na to pieniądze. Nie zwalniając kroku, Roman wszedł na drugie piętro, po (jakby inaczej) szklanych schodach. Znalazł się w długim korytarzu. Szedł dalej, nie spoglądał nawet do wnętrza mijanych sal. Nie miał w zasadzie na co. Wszyscy laboranci zajęci byli bowiem swoimi badaniami. Wszedł do pomieszczenia z nr 7.
— Kurwa, Durlik! Znowu się spóźniłeś. Czy ty wiesz, że za każdym razem, jak to robisz, ten buc Ogoński przychodzi do mnie i to MNIE gani za twoje zachowanie? Rozumiesz? Ty się spóźniasz, ja dostaję opieprz i wszyscy udają, że nic się nie stało. Ale muszę powiedzieć, że się dzieje! Oj, dzieje się. Robię wszystko, jak należy, i staram się, jak mogę, żeby tylko nie wylecieć z tej pracy. Dobrze płacą i warunki nie są ciężkie. Wystarczy się tylko starać. A ja źle znoszę każdą skargę i przez ciebie spada mi samoocena, a powiem ci, że z nią nie jest ostatnio najlepiej. Zerwałem z dziewczyną i chyba powoli tracę kontakt z ojcem…
Roman spojrzał na młodszego współpracownika i powiedział:
— Skończyłeś już? Nie jestem tu po to, aby słuchać o twoich problemach życiowych, tylko żeby naprawiać twoje durnowate błędy, które popełniasz każdego dnia. Wynika z tego, że dzięki mnie nadal masz tę robotę, więc zamknij się w końcu i zajmij się przeglądaniem ostatnich nagrań.
W całym pomieszczeniu czuć było napiętą atmosferę. Roman patrzył leniwym wzrokiem, który wręcz krzyczał: „Jestem od ciebie lepszy pod każdym względem, więc usiądź grzecznie na krzesełko i rób to, co do ciebie należy”. Jednak odbiorca tej „wiadomości” przyjął ją z niesamowitym spokojem. Adresatem był Adam — trzydziestodwuletni, szczupły mężczyzna, który sylwetką i prezencją przypominał raczej modela niż laboranta. Jego kruczoczarne włosy kręciły się delikatnie do ramion, sprawiając wrażenie serpentyn na imprezie, gdzie głównym motywem przewodnim były ciemne kolory. Niebieskie i bystre oczy patrzyły uważnie na Romana, jakby czytając każdy jego ruch, ten zamierzony i nie, jakby coś knuły. Usta natomiast kształtowały się w delikatny uśmiech. Jednak nie jeden z tych, które ukrywają zawstydzenie i niemoc wyjścia z trudnej sytuacji. Przypominały bardziej szyderczy uśmieszek, który gości na twarzach ludzi pewnych zwycięstwa i patrzących, jak ofiara przed nimi powoli poddaje się nie uniknionemu. Porażce.
— Więc mówisz, że poprawiasz każdy mój błąd? — zaczął „model”. — To może ja nie będę ci dłużny i pomogę ci z żoną?
Mięśnie twarzy Romana zaczęły się wyginać w sposób, w który nie napinały się od naprawdę wielu lat. Zmarszczone brwi jeszcze bardziej uwydatniły niedoskonałości skóry spowodowane upływającym czasem, a w szarych oczach pojawił się błysk, którego nie powstydziliby się najlepsi bokserzy wchodzący na ring z myślą o zmasakrowania przeciwnika. Czterdziestolatek sprawiał wrażenie, jakby miał zaraz rzucić się na swojego przeciwnika i pobrudzić krwią swój śmierdzący T-shirt, śnieżnobiały kitel Adama i cały „ring”, a raczej jego imitację w postaci sterylnego laboratorium. Atmosfera, i tak już napięta, zgęstniała jeszcze bardziej. Do tego stopnia, że można by ją wręcz kroić nożem. Adam, widząc reakcję Romana, uśmiechnął się jeszcze szerzej. Tego oczekiwał. Obaj wiedzieli, że powoli zbliża się kulminacyjny moment ich rozmowy, lecz to Roman musiał zrobić kolejny krok. Nadeszła jego kolej, a Adam ani myślał o przerwaniu mu. Lecz nagle całe napięcie w pokoju zmalało. Nie. Wręcz zniknęło. W jednej chwili, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko się zmieniło, a przed oczami Adama pojawił się niespotykany obraz. Coś, czego nie spodziewał się widzieć w tym właśnie momencie. To Roman wziął krzesło i jakby nigdy nic usiadł na nim. Nie odpowiadając w żaden sposób, mimo że jeszcze kilka sekund wcześniej wszystko wskazywało na to, że mężczyzn będą musieli rozdzielić współpracownicy.
— Żałosny jak zawsze. Nie możesz wygrać ze mną nawet w głupiej rozmowie o niczym. Siadaj w końcu i bierzemy się do roboty. Im szybciej skończymy, tym szybciej będziemy mogli pójść do domów.
Zdziwiony Adam, nie wiedząc czemu, posłuchał współpracownika. Chwycił za oparcie krzesła i usiadł na miękkim siedzeniu. Była 8:34.
~
— Moim zdaniem obrazy z kamer i wyniki polisomnografii pani Krajnik wskazują jednoznacznie na spłycenie oddechu — zaczął kilka godzin później Adam, gdy przejrzeli już wszystkie zapisy z pierwszego badania. — Jest to zapewne spowodowane siedzącym trybem życia pacjentki, który odbija się na jej zdrowiu. Kobieta ma 168 centymetrów wzrostu i waży 86 kilogramów. W jej przypadku należy bezzwłocznie zacząć terapię odchudzającą, inaczej może się to dla niej źle skończyć.
— Spójrz na jej oczy — podsumował krótko Roman. — Podczas badania ruszała nimi o wiele częściej niż normalny człowiek. Myślę, że miała coś na kształt paraliżu sennego. Wyjaśniałoby to problemy z oddychaniem. Hipertonia występowała podczas całego badania, ale zauważ, że w niektórych momentach ciśnienie krwi i tak jeszcze bardziej wzrastało. Twoja diagnoza nie jest błędna, ale myślę, że wraz z otyłością za bezdech są też odpowiedzialne koszmary senne.
— Więc dlaczego nie powiedziała nam o nich wcześniej? Przed rozpoczęciem badań zawsze pytamy pacjentów, czy mają koszmary, a przecież nie da się ot tak zapomnieć, wywołują w człowieku zbyt silne emocje.
— Właśnie dlatego prowadzimy te badania, Adam. Nie tylko, żeby leczyć ludzi, ale również aby się dowiedzieć, co się dzieje w ludzkim umyśle podczas snu. Więc… — Roman zrobił dłuższą przerwę, jakby próbując ukryć swoje zirytowanie — nie zadawaj mi już więcej durnowatych pytań. Ja tylko stwierdziłem fakty. Może po prostu te sny są dla niej na tyle bolesne, że próbuje je usunąć z pamięci. Nie będę zgadywał. Nie jestem psychologiem. Trzeba będzie zaprosić panią Krajnik na badania jeszcze raz. Przekaż sekretarce, że najbliższy wolny termin mamy 8 lipca. Nie… niech przedzwoni do pacjentki i powie, że przyjmiemy ją 3 lipca, to zbyt poważne schorzenie, żeby czekać aż tyle dni. Szykuj się więc, bo jutrzejszą noc spędzimy w tych czterech ścianach — skończył z uśmiechem Durlik.
— Dobrze. Skoro uważasz, że to konieczne.
— Jest jak najbardziej. Chcę dogłębniej zbadać tę sytuację. Wydaje się całkiem interesująca…
— Roman — wtrącił nagle „model”. — Znowu zaczynasz robić tę swoją minę wariata, gdy natrafiamy na ciekawszy przypadek. To lekko niepokojące.
Po tych słowach uśmiech wariata zniknął, a na jego miejscu pojawił się ponownie znudzony i kompletnie nijaki wyraz twarzy mężczyzny w średnim wieku, który dzisiejszego poranka zapomniał użyć maszynki do golenia.
— Dobrze. — Odchrząknął. — Bierzmy się do dalszej pracy. Zostało nam jeszcze kilka godzin materiałów. Musimy je wszystkie przeanalizować i wysunąć wstępne diagnozy.
Za oknem wiał lekki wiatr. Była godzina 10:57.
~
— To co? Na dzisiaj fajrant? Zbliża się 15:00, a ja jestem umówiony z siostrą na obiad i…
— Znowu zaczynasz opowiadać o swoim życiu, Adamie — przerwał nagle Roman. — Myślałem, że przez tych osiem miesięcy uświadomiłem ci, że nie interesuje mnie, co robisz po pracy. Mimo tego ty dzień w dzień mówisz o swoich relacjach z bliskimi i o problemach. Znajdź sobie kolegę do piwa czy coś… — Skończył, nie odrywając oczu od monitora.
— No tak… Zapomniałem, że z ciebie niezły dupek. Mogę iść?
— Tak. Nie jesteś mi potrzebny. Resztę dokończę sam — uciął chłodno.
Adam wstał od biurka i wrzucił swój kitel do kosza na brudną odzież. Wziął zapiski oraz dokumenty z całego dnia i, wychodząc z pokoju, wsadził je do skrytki przy wyjściu. Drzwi się zatrzasnęły. Roman zdjął okulary, które zawsze nakłada do komputera, i przetarł oczy. Cały dzień pracy i niespokojna noc zaczęły mu dokuczać. Spojrzał na chwilę za okno po przeciwnej stronie pokoju. Z miejsca, w którym siedział, zauważyć można było drzewa z pobliskiego parku, a za nimi wysokie wieżowce budujące panoramę miasta. Po niebie leniwie przetaczały się chmury, które sprawiały wrażenie, jakby dokądś kroczyły i musiały tam dotrzeć, lecz niezbyt im się śpieszyło.
Nagle całą harmonię tego małego świata, który rozpościerał się przed oczami Romana, zakłóciły czerń i trzepot skrzydeł kruka. Organizm Durlika zareagował w sposób, którego mężczyzna kompletnie się nie spodziewał. Całe ciało oblał zimny pot, a zmęczenie całkowicie ustało. To adrenalina produkowana przez nadnercza dała się we znaki. Zwierzę wylądowało na parapecie i powoli podskakiwało w stronę szyby okna. Samo podskakiwanie ptaków, sposób, w jaki to robią, tak pokraczny i niezdarny, może wywoływać u niektórych uśmiech. Można wręcz stwierdzić, że natura kompletnie nie przystosowała ich do poruszania się po ziemi i powinny zostać u siebie. Tam u góry.
Jednak Romanowi ta myśl nie przeszła nawet przez głowę. Był przerażony widokiem kruka i chyba jeszcze bardziej wstrząśnięty tym, że nie wiedział, dlaczego tak się boi.
— Dlaczego…? Przecież to durny ptak. Kurwa… to durny ptak. To durny ptak… — powtarzał.
Zwierzę było już przy szybie. W pokoju zapanował półmrok, jakby ktoś zasłonił okno roletą, bardzo ciemną roletą. Roletą z ptasich piór… Mocny, czarny dziób zaczął uderzać w szybę. Każde walnięcie w nią wydawało się Durlikowi głośniejsze i bardziej denerwujące niż uderzenie młota udarowego, które tak często słyszał o poranku. Poczuł chłód, jednak nie taki zwykły chłodek, który człowiek czuje podczas przekroczenia progu drzwi wejściowych w jesienny poranek. To było coś innego. Zrobiło się na tyle zimno, że Roman chciał rozgrzać ręce powietrzem z ust. Ku jego przerażeniu mimo wszelkich starań przed jego oczami nic się nie pojawiało. Nie był w stanie podnieść rąk. Mógł tylko patrzeć na kruka, który rytmicznie uderzał w szybę okna. Zaczął panikować. Bez możliwości ucieczki, bez możliwości walki, bez możliwości ruchu. Zdany na złowrogiego ptaka, który dziobem niczym wskazówką w przerażającym i przezroczystym zegarze wybijał każdą upływającą sekundę. Puk, puk, puk. Niespodziewanie na szybie pojawiło się pęknięcie, a odgłos kruszonego szkła rozniósł się po całym pomieszczeniu. Roman wiedział, że musi coś zrobić.
— Rusz się, kurwa… — powiedział, z trudem próbując wstać z krzesła.
Pęknięcie robiło się coraz większe. A odgłosy uderzeń — coraz bardziej nieznośne.
— Nie dam się! Słyszysz?! Nie zginę w tym miejscu! Jesteś pierdolonym ptakiem, który od początku swojego istnienia je resztki, które wyrzucam, i lata nad moim światem! Światem człowieka!
Nagle w pokoju rozległo się kolejne pukanie. Roman odwrócił wzrok od ptaka i skierował go w stronę drzwi. Wszystko zniknęło. Strach i przerażenie. Bezwład ciała. Odgłosy pukania w szybę i pękającego szkła. Znowu spojrzał na okno. Był słoneczny dzień i wiał lekki wiatr. Po niemiłym gościu nie było żadnego śladu.
— Panie Durlik. Wszystko w porządku? Słyszałam jakieś krzyki — odezwał się żeński głos zza drzwi.
Roman wstał, jak gdyby nigdy nic, podszedł do okna i chwycił za klamkę. Drzwi od sali otworzyły się i doktor samoistnie odwrócił się w stronę wejścia.
— Panie Durlik. Nic panu nie jest? Słyszałam okropne krzyki. Czy coś się stało? Co pan robi przy otwartym oknie?
— Ja — zaczął nieśmiało — podszedłem tutaj, żeby…
— Ależ tu śmierdzi! — powiedziała sprzątaczka, zatykając nos. — Pewnie chciał pan wywietrzyć pokój. Jednak to moje zadanie. Pana o tej godzinie już dawno nie powinno tutaj być. Jest przecież 18:00. Wszyscy doktorzy już dawno wyszli.
— Tak… Wywietrzyć… — powiedział, zmieszany. — Słucham? — Nagle się ożywił. — Jak to 18:00? Przecież przed chwilą wychodził Adam. Dosłownie kilkanaście sekund temu.
— Pan doktor chyba zbyt mocno wziął sobie do serca tę pracę i nie zauważył mijającego czasu. Doktor Wojnarowski wyszedł z budynku dobre dwie godziny temu. Pana też już nie powinno być. O 19:00 przychodzą kolejni pracownicy. Muszę tu jeszcze posprzątać.
Roman spojrzał na sprzątaczkę. To starsza i niska kobieta, której znakiem rozpoznawczym był duży pieg w kąciku ust. Siwe już włosy nosiła spięte w kok, a troskliwy wyraz twarzy, który zawsze przybierała, gdy rozmawiała z ludźmi, sugerował, że w swoim życiu wychowała już niejednego wnuka lub nawet prawnuka.
— Ma pani rację, chyba już pójdę.
— Niech pan idzie i odpocznie. Wygląda pan okropnie — odpowiedziała kobieta z uśmiechem na twarzy.
Roman pozbierał akta z biurka i włożył je do tej samej skrytki co Adam kilka godzin temu — na półkę podpisaną „Dzienna zmiana”.
— I niech się pan jeszcze umyje i przebierze. To chyba pan tak strasznie śmierdzi.
— Dziękuję — skomentował krótko Roman.
Wychodząc, spojrzał jeszcze raz na okno. Nie pamiętał, co działo się przez te trzy godziny, ale przeszył go dziwny chłód. Uniósł ręce do twarzy i rozgrzał je ciepłym powietrzem. Była godzina 18:03.
Goście
Fotel cicho zaskrzypiał, gdy Roman wsiadł do samochodu.
— Muszę w końcu coś z tym zrobić, bo zaczyna mnie to irytować — powiedział do siebie.
Jego dziesięcioletni golf miał już przejechane dobre dwieście tysięcy kilometrów, jednak nawet sprawne oko mechanika nie stwierdziłoby, że licznik oscyluje w granicach tej wartości. Auto było w bardzo dobrym stanie. Można powiedzieć, że poniekąd stanowiło jego dumę, na którą wydawał sporą część swojej wypłaty.
„Chyba w weekend pojadę do Marka, żeby sprawdził mi ten fotel, przy okazji oddam auto do przeglądu. Lepiej dmuchać na zimne” — pomyślał.
Zatrzasnął za sobą drzwi i przekręcił kluczyk w stacyjce, silnik odpalił za pierwszym razem. Spod maski wydobył się typowy dla diesla odgłos pracy jednostki napędowej.
— Naukowcy nie wiedzą, co spowo…
Roman nagle przerwał wypowiedź spikerowi w radiu, przełączając na inną stację.
— Pewnie znowu powtarzają te gówna o globalnym ociepleniu. Może jest coś ciekawego na trójce… — We wnętrzu samochodu rozległ się głos Micheala Jacksona. — No i to rozumiem — podsumował. Ruszając nieudolnie głową w rytm muzyki, pojechał w kierunku mieszkania.
„No proszę. Nasi wspaniali robotnicy już skończyli pracę na dzisiaj. Jak to się świetnie składa” — pomyślał, przejeżdżając koło swojej kamienicy. — „Może mam na tyle dużo szczęścia, że skończyli już wyimaginowaną robotę i przenieśli się z nią, by denerwować mieszkańców innego bloku, najlepiej w innym kraju.” — Uśmiechnął się.
Jednak w tej samej chwili, kiedy o tym myślał, półuśmieszek zniknął. Przejechał obok SWOJEGO zajętego już miejsca parkingowego i zatrzymał samochód kilkanaście metrów dalej. Szybkim krokiem udał się na miejsce, skąd rano odjeżdżał autem. Na JEGO miejscu postawiony był znak prac budowlanych dociążony kilkunastoma workami cementu. Roman przystanął. Wyglądał jak posąg nieszczęśnika, który — spojrzawszy w oczy Meduzie — stał się jedną z ozdób w gigantycznym ogrodzie pomników córki Forkosa. Jednak stan tej rzeczy nie trwał długo. Usta uratowanego mężczyzny ułożyły się w kształt, który mógł świadczyć o wypowiedzeniu tylko jednego wyrazu.
— Kurwa — wyszeptał Roman. — Kurwa mać. Czy oni mogą robić takie rzeczy?
Mężczyzna patrzył na znak, jakby nie rozumiejąc, jak mogło do tego dojść. Jednak kontemplację na temat odkrycia przerwał mu agresywny i zawistny głos kobiety.
— Jak mogłeś mu to zrobić?! — Roman, odwróciwszy się, dostał otwartą dłonią w twarz. — On ma dziewięć lat, stary baranie! A ty ot tak na niego nakrzyczałeś i oblałeś go płynem do spryskiwaczy!
Roman mógł przyjrzeć się twarzy młodej kobiety. Miała około trzydziestu lat. Była niską dziewczyną o pięknej, skandynawskiej urodzie. Długie blond włosy, bardzo jasna cera i niebieskie oczy. Sprawiała wrażenie jakby wyjętej prosto ze Szwecji i osiedlonej w środkowej Europie.
— W zasadzie to nie ja. Ja tylko przechyliłem wajchę w samochodzie. To mechanizm go ochlapał — odpowiedział spokojnie.
Po tych słowach Roman spodziewał się kolejnego uderzenia, jednak matka jakby odpuściła. Mięśnie nie były już napięte, a na twarzy pojawił się spokój. Nie, to nie był spokój. Przypominało to bardziej smutek.
— Nie sądziłam, że z pana taki nieszczęśliwy człowiek — powiedziała chropowatym, niemal niesłyszalnym głosem. — Taki zadufany w sobie, taki… nieudolny.
Matka odwróciła się i zniknęła w drzwiach klatki schodowej.
— Dobranoc pani! Dziękuję za tak przyjemną i pouczającą rozmowę! — krzyknął Roman. — Mam nadzieję, że ty i twój syn nigdy się nie obudzicie — dopowiedział cicho pod nosem.
Spojrzał jeszcze raz na znak i jakby nigdy nic ruszył w stronę domu. Nie pierwszy raz miał styczność z osobą, która — delikatnie mówiąc — nie traktowała go zbyt uprzejmie. Zresztą od tamtego zdarzenie nie miał ochoty angażować się w inny rodzaj relacji.
Wszedł do mieszkania i stwierdził, że weźmie prysznic, gdyż jego „kamuflaż” nie działa tak, jak powinien. Poza tym zapach zaczął przeszkadzać już nawet jemu. Zrzucił śmierdzące, kilkudniowe ubrania i wszedł do kabiny. W chwili gdy pierwsze krople dotknęły jego ciała, a w łazience zaczęło odbijać się echo spływającej wody, dopadły go okropna bezsilność i głód. Przezroczysty płyn delikatnie spływał po nagiej skórze czterdziestolatka. W pomieszczeniu panował półmrok. Słabe, żółtawe światło żarówki wiszącej pod sufitem potęgowało jego zmęczenie. Dźwięki odbijające się od kafelków zdawały się Romanowi bardzo odprężające. Takie spokojne, takie naturalne…
„Bardzo ludzkie” — pomyślał nagle. — „Ludzkie? Tak…” — zamyślił się. — „Dobrze powiedziane. Tylko dlaczego ludzkie? Dlaczego przyszło mi na myśl to słowo i dlaczego jest dla mnie tak odległe, tak obce?”
Zakręcił wodę i wyszedł spod prysznica, dotykając podłogi mokrymi stopami. Momentalnie przeszedł go dreszcz. Zderzenie z zimnym powietrzem i płytkami na podłodze wywołały u niego gęsią skórkę. Nastała cisza. Jedynym źródłem dźwięku, które zakłócało ten błogi nastrój, były krople spadające ze słuchawki prysznicowej. Każde ich uderzenie odbierał niczym błysk latarni morskiej, która dawała zagubionym żeglarzom nadzieję na odnalezienie drogi do domu. Roman spojrzał na ostatni ratunek, który mógł zaprowadzić go na suchy ląd — z dala od słonej wody, sztormów i bezlitosnego słońca. Wtem światełko zniknęło, a na jej miejscu, na wieży latarni, pojawiło się dziwne czarne zagięcie, które odbijało srebrne promienie księżyca. Durlik miał wrażenie, że zna ów kształt, jednak nie może go sobie przypomnieć.
„Skąd…?” — Nie dokończył myśli. Przerwał mu dźwięk, który sprawił, że gęsia skórka uwidoczniła się jeszcze bardziej. Nie wiedział, co to jest. Nieprzyjemny chłód spowodowany wyjściem z kabiny zaczął doskwierać mężczyźnie ze zdwojoną siłą. Kształt widniejący przed oczami Romana powoli się otwierał. Przypominało to ostrza nożyc do żywopłotu, które dosłownie za chwilę miały odciąć zbyt mocno odstającą gałąź w przydomowym ogródku. Sekunda po sekundzie ów sekator rozpościerał swój metal coraz mocniej i mocniej. W tle słychać było już nie uderzenia wody, lecz coś w rodzaju stukania palców o szkło. Nie. Brzmiało to, jakby coś pukało w szybę okna. Roman przyglądał się czarnemu zagięciu na szczycie latarni coraz intensywniej. Spróbował ruszyć nogą, lecz nie mógł. Strach, który czuł, był niewyobrażalny, ale nie był nowy. Mężczyzna miał odczucie, że już kiedyś go przeżył. Stukanie stawało się coraz głośniejsze i wybijało nieprzyjemny rytm, który mógł przywołać na myśl tylko jedną rzecz — marsza pogrzebowego.
Nagle dźwięk powtórzył się i, o zgrozo, samotnik wiedział, co to jest. Romanowi zmroziło krew w żyłach, bowiem ów odgłos i dziwny kształt, który obserwował, połączyły się, tworząc jedną, spójną całość.
— To kruczy dziób… — powiedział Roman tak cicho, że nie był pewien, czy to głos w jego głowie, czy może usta i struny głosowe nie odmówiły mu jeszcze posłuszeństwa, ruszając się w akcie desperacji.
Ptak rozpostarł swoje gigantyczne skrzydła, zasłaniając mężczyźnie cały księżyc, i wzbił się w powietrze. Roman cały czas na niego patrzył, gdy nagle zwierzę zapikowało w jego stronę jak jastrząb, który zobaczył wśród traw ranną mysz. Czterdziestolatek w ostatniej chwili zamknął oczy i z ogromnym trudem zasłonił się ręką.
„Zimno. Twardo. Dlaczego?”
Mózg Romana próbował ułożyć jakieś myśli mające sens, ale w tym momencie jedyne, na co było go stać, to pojedyncze wyrazy.
— Podłoga? Aaaa… — Chwycił się za głowę, zaczynając intensywnie masować skronie palcami, jakby próbując wwiercić się nimi w głąb czaszki. — Co się dzieje? Dlaczego głowa aż tak mnie boli? Przewróciłem się?
Sięgnął prawą ręką, chwytając krawędź umywalki. Następnie, podciągnął się i z niemałym trudem stanął przed lustrem. Zaczął się dotykać. Przyglądał się, czy nie widać śladów krwi. Zmęczona twarz oprócz podkrążonych oczu nie wykazywała żadnych znaczących odstępstw od normy — szczerze mówiąc, jak na czterdziestolatka wyglądała „znośnie”, jeżeli można uznać to za coś pozytywnego. Na włosach oraz szyi również nie było widać krwi. Wszystko zdawało się w porządku i działało względnie normalnie. Ból zaczął ustępować. Mężczyzna spojrzał na zegarek wiszący nad wyjściem z łazienki. Jedna z rąk najbardziej rozpoznawalnej gąbki na świecie wskazywała liczbę 35. Z drugą było coś nie tak, nie, to nie z ręką było coś nie tak.
— Dwudziesta druga? — wyszeptał do siebie Roman.
Patrzył na zegar niczym na objawienie, niczym na Jezusa, który przyszedł w końcu zbawić ludzkość, przyszedł, aby sądzić żywych i umarłych. Jednak zamiast syna Boga widział tylko żółtą gąbkę z uśmiechem od ucha do ucha. Patrząc na ten zegarek, ludzie najczęściej w pierwszej kolejności zwracają uwagę na dwa białe zęby tej jakże ikonicznej postaci, jednak Roman widział tylko jedno i owo wydawało się nierealistyczne.
— Dwudziesta druga? — powtórzył.
I faktycznie jedna z krótszych żółtych rąk wskazywała liczbę dziesięć. Druga natomiast — trzydzieści pięć. Po zdaniu przedszkola każdy rozgarnięty człowiek z tych danych oraz faktu, że na dworze jest już ciemno, wyciągnąłby tylko jeden wniosek. Jest 22:35.
„Nie może być. Pewnie bateria w nocy padła” — pomyślał. Ocucił się już prawie całkowicie. Spojrzał jeszcze raz na lustro. W tle zobaczył słuchawkę od prysznica, przeszły go dreszcze. Przyjął jednak za pewnik, że to przez to, że jest nagi, oraz przez fakt, że leżał na płytkach. Organizm w jego wieku raczej nie lubi takich niespodzianek, raczej żaden organizm tego nie lubi.
„Będę musiał umówić się na jakieś badania. Niecodziennie człowiek budzi się na podłodze z bólem głowy, tym bardziej że nie piłem przedtem alkoholu” — pomyślał.
Ubrał się sprawnie w świeże ubrania, stare wrzucił do kosza. Ból głowy ustąpił już całkowicie. Wyszedł z łazienki i swoje kroki skierował ku kuchni.
Lokum miał małe, ale w zupełności wystarczające dla starego kawalera. Czterdzieści sześć metrów kwadratowych może nie robi piorunującego wrażenia, ale jak na warunki mieszkaniowe w jego kraju oraz fakt, że jest to prawie centrum miasta, nie miał prawa narzekać. Wiele osób zazdrościłoby mu mieszkania na własność w takiej lokalizacji.
Idąc w stronę kuchni, od niechcenia rzucił okiem na sypialnię. Chciał dla spokoju ducha zerknąć na stary zegar od M. Zamurowało go.
— Co do diabła? — powiedział na głos Roman. Na wyświetlaczu cyfry układały się w bardzo nieciekawy dla niego ciąg. Pewnie przez chwilę żałował, że potrafi go rozczytać. — Dwudziesta druga trzydzieści siedem? — zapytał sam siebie.
Zmieniając kurs oraz przyspieszając kroku, skierował się ku sypialni. Zegar był podłączony do gniazdka. Wziął go do ręki. Na jego oczach ostatnia cyfra w ciągu zmieniła się nagle na 8. Roman zdał sobie sprawę, że coś jest mocno nie tak. Kiedy wchodził pod prysznic, był święcie przekonany, że było trochę po 18:30. Nie wiedział, co się dzieje, ale był pewien, że człowiekowi nie powinny uciekać cztery godziny życia.
„Dobra, wystarczy. Zapisuję się na jutro do lekarza” — pomyślał, lekko przestraszony.
Podszedł do stacjonarnego telefonu znajdującego się zaraz obok kanapy w salonie. Stary, czerwony telefon pamiętał jeszcze pewnie czasy poprzedniego ustroju. Ząb czasu nie oszczędzał urządzenia. Większość cyfr na tarczy była już starta. Ktoś z młodego pokolenia niezaznajomionego z taką technologią nie wiedziałoby pewnie, jak wykręcić prawidłowy numer, tym bardziej bez widocznych cyfr. Roman jednak zrobił to bezwiednie, całkowicie naturalnie i szybko. W słuchawce usłyszał sygnał. Kilka dźwięków nawiązywania połączenia zaczęło następować jedne po drugich. Nagle odezwał się miły głos:
— Dzień dobry. Dodzwonili się państwo do szpitala świętego Horacego znajdującego się na ulicy Przybyszewskiego 12.
— Tak, jestem Roman Durlik i chciałbym zapisać się… — Nie dokończył jednak swojego zdania. Miły głos w słuchawce kontynuował.
— Aktualnie wszystkie nasze linie są zajęte. Prosimy o cierpliwość. Jesteś — tutaj nastała cisza, jakby miłej pani trudno było wypowiedzieć kolejne słowo — sto dwudziesty siódmy w kolejce. Kra…
— Sto dwudziesty siódmy? Co do chuja? I co to za „kra” na końcu?
— Prosimy zostać na linii. Wkrótce któryś z naszych pracowników odbierze. Kra…
— Co do chuja? — powtórzył Roman jeszcze raz. — Ich bot się zepsuł czy jak? Co to za „kra” na końcu?
Odłożył słuchawkę z boku telefonu. Z głośnika zaczęła lecieć cicha, ledwo słyszalna i przyjemna muzyczka, podobna do tych, które często towarzyszą ludziom jadącym windą.
Swoje kroki medyk skierował w stronę balkonu. Odsunął starą i pożółkłą zasłonę, otworzył drzwi. Od razu uderzyły go dwie rzeczy. Jednej z nich się spodziewał — to silny wiatr. Na trzecim piętrze to nic dziwnego. Nieraz słyszał, jak pod zamkniętymi drzwiami pokoi przy uchylonym oknie przebijają się podmuchy powietrza, powodujące głośny świst niczym z horroru. Jednak druga z rzeczy była niespodziewana, tym bardziej w dużym, stołecznym mieście. Cisza. Żadnych odgłosów samochodów, żadnej karetki czy radiowozu jadących na akcję, żadnych pijanych i krzyczących ludzi… Spojrzał w dal. Naprzeciwko widział nowo wybudowany blok, całkowicie inny niż te, które zostawili na pamiątkę „przyjaciele” ze wschodu. Duże okna, często wysokości prawie całego piętra, ukazywały wnętrza mieszkań, całkiem nowoczesnych. Jednak wśród widocznych ogromnych, dwudrzwiowych lodówek, marmurowych blatów, gigantycznych telewizorów czy ustawnych kanap brakowało jednego, dosyć istotnego elementu.
— Gdzie są wszyscy ludzie? — powiedział lekko zdenerwowany Roman.
Miał prawo zadać to pytanie. W końcu w pomieszczeniach, w których pali się światło, powinni być ich użytkownicy. Może nie w każdym, ale w części na pewno. Jakie jest bowiem prawdopodobieństwo, że na gigantycznej ścianie składającej się z dziesiątek okien, z których w połowie widać palące się żarówki, nie będzie można dostrzec ani jednej osoby?
Durlik rozejrzał się po ulicy. Nie widział nikogo. Żadnego samochodu, żadnego pieszego, żadnego rowerzysty, gdzieniegdzie tylko w półmroku latarni udało mu się zauważyć jakiegoś bezpańskiego kota przebiegającego w pośpiechu, jakby polował na jakąś mysz lub wiewiórkę. Znowu spojrzał przed siebie. Tak, blok stał tam, gdzie stał. Nie zniknął magicznie, mimo że przez chwilę obserwator miał wrażenie, że tak się właśnie wydarzy, gdy podniesie wzrok. W głębi duszy przygotowywał się na taką okoliczność. Wziął głęboki wdech, lekko chłodne powietrze trochę wspomogło pracę mózgu. Spojrzał w niebo. Wiedział, że nic nie zobaczy. Przy wszystkich plusach dużego miasta, jednej rzeczy na pewno nigdy się nie zobaczy. Gwiazd. W dużych aglomeracjach miejskich można pomarzyć o romantycznym oglądaniu migoczących, gigantycznych pochodni ze swoją drugą połówką. Co innego z księżycem, on jest widoczny zawsze, ale niestety dziwnym trafem nie z balkonu Romana…
— Nicość, czarna nicość — powiedział do siebie pod nosem.
Stał tak przez chwilę, jakby próbując zebrać dane i przeanalizować, co się dzieje.
„Wojna? Wszyscy udali się do schronów?” — pomyślał. — „Nie. Wtedy wyłyby syreny alarmowe. Jakieś wydarzenie, o którym nic nie wiem? Gdzie się oni wszyscy podziali?”
Nagle jego wzrok przyciągnęło jedno z okien w bloku naprzeciwko. Coś się tam ruszyło. Roman miał nadzieję, że to nie kolejny kot. Przyglądał się uważnie, koncentrując tylko na tym. Powoli obraz wyostrzał się, łączył w widok mający sens. Wnętrze pokoju dziecięcego z piętrowym łóżkiem. Pod tym kątem widział tylko je oraz szafę znajdującą się w rogu pomieszczenia. Wzrok Romana przyzwyczajał się do ciemności, mężczyzna dostrzegał coraz więcej. Nagle światło w obserwowanym pomieszczeniu przyciemniało, jakby ktoś położył ciemny materiał na żarówkę wiszącą pod sufitem. Patrząc tak intensywnie, Roman czuł, że zbliża się do tego okna. Czuł, jakby przefrunął przez barierkę jego własnego balkonu i zbliżał się coraz bardziej do interesującego go okna. Wyraźniej, szybciej, mocniej… Cała reszta informacji zbieranych przez jego oczy przestała być istotna, czuł, że może wybiórczo decydować, która z danych wpadających przez jego rogówkę ma być analizowana przez mózg, a która z nich ma być wyrzucona bez żadnej obróbki. Okno zbliżało się, czuł, że zaraz będzie mógł zobaczyć wnętrze całego pokoju, tak jakby znajdował się w środku… Coraz bliżej i bliżej. Leciał niczym kruk…
— Jesteś sto osiemnasty w kolejce — odezwał się nagle żeński głos w słuchawce.
Roman momentalnie znalazł się na balkonie. Odwrócił się gwałtownie w stronę telefonu. Cisza. Urządzenie udawało martwe.
— Co jest? Włączyłem telefon na głośnik? — zadał sobie pytanie. — Przecież tu chyba nie ma nawet takiej opcji.
Przekroczył próg balkonu, wszedł do mieszkania i szybkim krokiem podszedł do telefonu. Dopiero przy nim udało mu się usłyszeć cichy głos miłej pani. Przyłożył telefon do ucha.
— Jesteś sto siedemnasty w kolej… — Roman nie pozwolił jej dokończyć. Odłożył z impetem słuchawkę na widełki.
„To za dużo. To wszystko dzieje się za szybko”. Chwytając się za głowę, zaczął myśleć, analizować. Usiadł w zielonym fotelu i dopiero teraz odczuł, że z jego ciała schodzi napięcie. Cały jego organizm jak gorąca lokomotywa stająca na stacji końcowej zaczął się ochładzać, zaczął zbierać siły na kolejną podróż. Wnikliwi obserwatorzy mogliby zauważyć nawet parę unoszącą się nad rozgrzanym ciałem. Obserwatorzy, których Roman nigdzie nie mógł znaleźć, rzeczywiście mogliby to zauważyć, a na pewno zauważyli ci, których znaleźć nie mógł…
Po kilku minutach intensywnego myślenia przeplatanego dreszczami oraz bólem głowy Roman się uspokoił. Trzymając twarz w dłoniach, westchnął głęboko. Miał pozycję przypominającą kamienny posąg zastygły w akcie rozpaczy, zagubienia i przerażenia…
— Mam! — Nagle krzyknął do siebie. — To pewnie sen, bardzo realistyczny sen. Badałem wiele przypadków snów, w których pacjenci po przebudzeniu i po jakimś czasie od zdarzenia myśleli, że to, co widzieli podczas letargu, wydarzyło się naprawdę. Wystarczy się ocknąć. Gdy zacznę wmawiać sobie, że to sen, wszystko powinno zniknąć, powinienem zobaczyć miejsce, w którym śpię, niezależnie od tego, gdzie by to było.
Lokomotywa znowu ruszyła. Silnik zasilany węglem zaczął mozolnie poruszać dużymi, metalowymi kołami. Ciężka maszyna zaczęła toczyć się do przodu, pokonując kolejne prawa fizyki. Roman miał nadzieję, że lokomotywa ta nie tylko wywiezie go poza stację końcową, ale dalej… jeszcze dalej. Poza tory, które ograniczają ją tak jak klatka ogranicza ptaka. Pojazd zaczął coraz dynamiczniej nabierać prędkości. Mijane drzewa, kamienie i domy stawały się coraz mniej wyraźne, coraz trudniej było się skupić na ich detalach, coraz trudniej było skupić się na ich ogółach. Jednak po jakimś czasie lokomotywa znowu zawitała na tę samą starą stację. Stacja była drewniana, wyglądała, jakby pamiętała jeszcze czasy Dzikiego Zachodu, kowbojów, poszukiwaczy złota i nielicznych Indian. Tak, zajechanie z powrotem w to samo miejsce oznaczało tylko jedno. Mózg i procesy myślowe w nim zachodzące nie dały rady stworzyć wyjścia z tej pułapki. Tory okazały się zbyt proste, zbyt równe. Lokomotywa nie była w stanie wydostać się z ich zimnego uścisku.
Roman podniósł głowę, dłonie zaczęły zjeżdżać niżej, odsłaniając po kolei lekko pomarszczone czoło, szare oczy, duży, kartoflany nos, lekki, kilkudniowy zarost oraz je — usta. Lekko różowe, blade i popękane od odwodnienia usta. Otworzyły się.
— Uzmysławianie sobie, że to sen, nie pomaga. Nie jestem w stanie zniszczyć ściany między podświadomością a prawdziwym życiem. Pora na kolejny krok. Krok szokowy.
Mężczyzna wstał. Podszedł do ściany. Położył na niej dłonie. Zbierał się trochę, odkładał w czasie swój własny pomysł, jakby czekając na cud, do niego jednak nie dochodziło. Roman napiął wszystkie mięśnie i odsunął głowę od ściany. Zatrzymał się na moment w tej pozie. Wyglądał trochę, jakby puszczał jak latawiec, który zastygł w powietrzu. Trzymający go człowiek wie, że tam, u góry, na jego zabawkę działa bardzo wiele sił, bardzo wiele prądów chce trzepotać nią na lewo i prawo, ona jednak zastyga w jednym miejscu, jakby czas się zatrzymał. Nagle jednak równowaga sił zostaje zaburzona, a sam latawiec rusza w którąś ze stron. Głowa mężczyzny ruszyła do przodu. W mgnieniu oka czoło Romana spotkało się z twardą ścianą pokoju. Głuchy odgłos uderzenia rozniósł się po całym pomieszczeniu. Malunek, który wisiał nieopodal miejsca uderzenia, zadrżał delikatnie. Widniejący na nim statek, można by rzec, przez chwilę nawet poruszył się po tylu latach bycia nieruchomym.
Ciemniejący obraz. Zawroty głowy. Silny ból. Roman stał oparty o ścianę. Lekko się pochylał, próbując utrzymać się na nogach. Nie tego się spodziewał. Liczył, że obudzi się w swoim łóżku, a jego jedynym zmartwieniem będzie hałas remontów pod jego blokiem. Niestety jednak los nie nagrodził go tym lichym problemem. Nadal stał w swoim mieszkaniu. Nadal nie wiedział, co się dzieje, a na dodatek sprawił sobie niemały ból. Najgorszym jednak, co uderzyło Romana, okazała się myśl, że skończyły mu się opcje. Miał pustkę w głowie i nie wiedział, co robić. Ten fakt był dziesięć razy gorszy niż uderzenie głową o ścianę. Mężczyzna otworzył oczy, oparty o mur zbliżył się w stronę drzwi i zatrzymał się na wysokości niedużego lustra. Jego czoło, całe czerwone, zaczęło przybierać fioletowego koloru.
— Oj, będzie po tym ślad — powiedział, śmiejąc się do siebie.
Chwycił za klamkę i delikatnie otworzył drzwi. Po ciepłym i przekrwionym czole przewinął się lekki, chłodny wiatr. Była 23:01.
List 1
— Zdecydowałaś się już na coś? — powiedział do niej, nie odwracając wzroku z lampy, którą trzymał w ręce.
— Jak się zdecyduję, to ci o tym powiem, mój drogi. Dobrze wiesz, że nie lubię, jak mnie pośpieszasz — odpowiedziała M., nie patrząc na niego.
— Chodzimy po tym sklepie i chodzimy. Pcham ten wózek, a w nim i tak prawie nic nie ma. Ta lampa, którą oglądasz, bardzo mi się podoba. Żywa taka, żółty kolor. Jak rano będę wstawać, to na pewno mnie rozbudzi.
— Myślałam, że lubisz, jak ja cię rozbudzam… — Spojrzała na niego bystrym, lekko flirtującym wzrokiem. Uśmiechnęła się, ukazując szczegół, który kochał w niej na zabój. Małe, słabo widoczne dołeczki na policzkach. Słodkie, przyciągające uwagę i działające na niego jak nic innego.
Zarumienił się. Nigdy nie potrafił patrzeć jej w oczy, gdy spoglądała na niego tym wzrokiem. Podniósł rękę do ust, chrząknął, wyraźnie próbując zmienić trochę nastrój, i szybko odpowiedział:
— No dobrze… O, a ta? — Wziął do ręki czerwonego słonika, który na końcu trąby miał miejsce na żarówkę. — Lubisz słonie i jest czerwony, to twój ulubiony kolor.
— Roman, proszę cię. Tego ustrojstwa nie dałabym nawet w prezencie twojej matce. Kto to w ogóle wymyślił? Wezmę tę żółtą. Klasyczna lampa będzie pasować do każdego pomieszczenia.
— Dzięki Ci, Boże — wyszeptał mężczyzna, podnosząc głowę i ręce ku górze. — Dziękuję.
— Już nie przesadzaj, nie chodzimy tu wcale tak długo, a dobranie odpowiednich rzeczy do nowego mieszkania nie jest łatwe.
Ruszyli dalej, krzątając się między alejkami. On zachowywał się, jakby był tutaj za karę, ale próbował ukryć to, jak tylko się da. Ona zafascynowana co drugą rzeczą, którą brała do ręki, ale ostatecznie odkładała ją z powrotem na półkę. Czas mijał powoli, z głośników leciały typowe, bezpłciowe i nijakie utwory, których usłyszenia oprócz sklepów człowiek mógłby się spodziewać tylko w windzie lub podczas czekania na połączenie z konsultantem, dzwoniąc do miejscowej przychodni.
— No, już prawie koniec, kochanie. Przed nami ostatni dział — powiedziała M. do swojego wybranka.
Szli niespiesznie wzdłuż alejki. Wózek pchany przez Romana już jakieś pięć minut temu zaczął wydawać piszczący odgłos. To kółka odmówiły posłuszeństwa, jakby same chciały dać znać, że mają już dosyć tych zakupów.
Patrzył na nią. Zastanawiał się, jak udało mu się zdobyć taką kobietę. Jej figura w kształcie klepsydry, tak idealna, tak perfekcyjna, przyciągała w przeszłości uwagę wielu chłopaków z ich liceum. Przechadzając się korytarzami w spódniczce sięgającej do kolan oraz przylegającym swetrze, wzbudzała zachwyt w niejednym uczniu, a jej kokieteryjny styl bycia tylko to wszystko wzmacniał. Piękna, smukła twarz bez skaz, pełne, różowe usta i one — ciemnoszare oczy — powodowały, że jej rówieśnicy, zagadując do niej, zacinali się nagle niczym drukarka pobierająca zbyt dużą ilość papieru. Jego „klepsydra” zatrzymała się nagle przy jednym z regałów, zarzucając włosy pofarbowane na fioletowo. Teraz przypominała resztę przedmiotów znajdujących się w tej alejce. Tak jak one bowiem odliczała czas.
Stanął przy niej. Dotknął jej delikatnie swoim ramieniem. Obydwoje patrzyli na zegary przyłóżkowe.
— No, Romanie. Jak myślisz, który podoba mi się najbardziej? — wtrąciła M.
Mężczyzna nigdy nie lubił takich pytań. Nie wiedział bowiem, czy to test na pamięć i udowodnienie, że słucha jej uważnie oraz prowadzi notatki z jej ulubionych rzeczy, czy też jest to egzamin sprawdzający, czy po trzech latach związku potrafi wydedukować jej preferencje przeróżnej maści. W tym przypadku — do wyglądu zegara. Zamarł na chwilę, szukając wskazówki w odmętach swej pamięci. Wyglądał, jakby przeglądał książkę telefoniczną, tylko zamiast numerów i adresów mieszkań znajdowały się tam wszystkie słowa wypowiedziane przez M. Kończył mu się czas, mimo że w miejscu takim jak to powinien mieć go pod dostatkiem. Błądził wzrokiem po przeróżnych modelach na półce, pewnie liczył, że któryś z nich automatycznie go przekona. Wtedy wybór byłby łatwy. I nagle uświadomił to sobie. Odpowiedź była oczywista, przynajmniej dla niego.
— Ten tutaj. — Wskazał palcem na zegar z czerwonymi cyframi. — Dobrze wiem, że według ciebie występuje we wszystkich twoich ulubionych filmach. Później ja muszę ci udowadniać, że wcale go tam nie było. — Zrobił chwilę przerwy. — Pamiętasz? Niedawno oglądaliśmy „Matrixa”. Później, tego samego wieczoru przed spaniem mówiłaś, że przydałby się nam taki sam zegar jak z początku filmu. Ja przypominałem sobie tę scenę, ale nic takiego nie mogłem znaleźć. Jestem pewien, że nawet go tam nie było. To ze sceny, kiedy Neo budził się przed komputerem, prawda?
Odwrócił głowę w jej stronę, dumny z siebie i pewny, że wybrał właściwie. Napotkał jej oczy. Widział w nich mnóstwo wdzięczności i miłości, jakby zapamiętywanie takich rzeczy było najważniejszym, co mógł dla niej zrobić w życiu. Znowu się zaczerwienił.
— No co się tak patrzysz? — Odchrząknął, ponownie zakrywając usta dłonią. — Nie zgadłem?
— Zgadłeś, kochanie… Zgadłeś… — odpowiedziała cicho, nie odrywając od niego wzroku.
— To dobrze. Widzisz? Słucham cię. — Uśmiechnął się do niej szczerze, jednocześnie włożył zegar do koszyka. — Mamy już wszystko, prawda? — Nagle zaczął mówić szeptem. — Nie wiem, czy zauważyłaś, ale nasz koszyk już trochę odmawia posłuszeństwa.
M. otrząsnęła się nagle. Odwróciła od niego wzrok i spojrzała na rzeczy w koszyku. Było widać, że analizuje, co udało się im, a raczej jej, wybrać do nowego mieszkania. Po kilkunastu sekundach spojrzała na swojego ukochanego i odpowiedziała krótko.
— Tak, mamy już wszystko. Chodźmy do kasy.
Szybkim krokiem ruszyli w stronę wyjścia. Lekki pisk wózka nasilił się, on chyba też się cieszył na koniec zakupów. W końcu znaleźli się w kolejce. Roman, patrząc na przykasowe produkty, mimochodem usłyszał rozmowę dwóch kobiet, które stały przed nim.
— No i mówi się, że ten gang jest bardzo niebezpieczny. To jacyś smarkacze, ale nie myślą normalnie. Podobno raz zostali nakryci na paleniu kotów żywcem, wrzucali je do ognia. Przyłapał ich właściciel działki, który akurat przyjechał, aby uporządkować ją przed okresem wiosennym. Mówią, że w prowizorycznym ognisku znalazł trzy lub cztery doszczętnie spalone koty. Jeden ze zwierzaków podobno nawet jeszcze żył, ale nie udało się go uratować.
— Mój Boże — odpowiedziała druga kobieta. — Przecież to trzeba mieć nie po kolei w głowie. Ciekawe, gdzie są ich rodzice?
— Możliwości są dwie. Albo to jakaś patologia i ich rodzice nie są dużo lepsi od nich, albo to młodzież jakiś bogatych ważniaków, którzy mają gdzieś, co robią ich dzieci.
— I w sumie tacy ważniacy pewnie też mają coś z głową –odpowiedziała automatycznie, kiwając głową z niedowierzaniem. — Teraz tylko czekać, aż ucierpi jakiś człowiek. Ciekawe, co robi policja z tą sprawą. Pewnie zareaguje, dopiero gdy komuś stanie się krzywda.
— Najgorsze jest to, że pewnie tak. Strach wychodzić wieczorem, a gaz pieprzowy to teraz podstawa — spuentowała na koniec jedna z kobiet. Skończyły swoją rozmowę, bowiem teraz przyszła ich kolej na kasowanie produktów.
Roman, słuchający jednym uchem, nie przykładał większej wagi do dialogu pań przed nim. Uważał, że historie opowiadane przez takie jak one są zapewne wyolbrzymione, a on słucha już z dziesiątej wersji tych wydarzeń. O ile nie dwudziestej. Jego uwagę bardziej przykuła promocja na klej, który znajdował się naprzeciwko. Po chwili zawahania położył towar na taśmie i prawie jednocześnie spojrzał na automatyczne drzwi wyjściowe z marketu. Za nimi znikały już dwie kobiety, które jeszcze chwilę temu żywo dyskutowały o nastoletnim gangu. Przeszedł go zimny dreszcz. Wtedy jeszcze nie wiedział, że poważne potraktowanie informacji z tej rozmowy mogło uchronić ich przed wielkim złem. Była 20:44.
Kolejka
Światło z jego mieszkania lekko oświetliło korytarz kamienicy. Przeszedł próg, uruchamiając w ten sposób lampy na czujnik. Po lewej jego oczom tak jak zawsze ukazały się stare, drewniane schody, po których poznać można było wiek budynku. Na niektórych z nich nie było już nawet wierzchniej, polakierowanej warstwy drewna, ale sam miąższ, wnętrze desek, a raczej wystające w różne strony, mniejsze i większe drzazgi, zapewne niejednokrotnie wbijające się w buty mieszkańcom. Skierował oczy na drzwi z napisem 5B. Nie wiedział dokładnie, kto tam mieszka. Nigdy specjalnie go to nie obchodziło, ale w tej chwili miał nadzieję, że gdy zapuka, ktoś je otworzy. Podszedł do nich. Uniósł rękę i wykonał ruch nadgarstkiem. W dół oraz w górę schodów poniósł się głuchy dźwięk pukania, głośny jak nigdy wcześniej. Roman przysłuchiwał się, czy zza drzwi wydobywa się jakiś dźwięk, kroki, szuranie kapci. Nic. Cisza. Zapukał ponownie, tym razem przykładając ucho do drewnianej powierzchni. Stał tak w bezruchu. Zamknął oczy, próbując wyostrzyć pozostałe zmysły. Zero efektów. Chwycił za klamkę, najpierw delikatnie ją nacisnął. Gdy to nie dało efektów, zaczął szarpać ją mocniej. Metaliczny dźwięk uderzania języka wewnątrz drzwi wypełnił klatkę. Wraz z każdym ruchem nadgarstka jego irytacja wzrastała. Zaczął uderzać barkiem w tę nieprzeniknioną „ścianę” z drewna, jednocześnie zmuszał jej metalowe części do współpracy. Miał nadzieję, że w końcu ktoś zwróci mu uwagę — czy to osoba mieszkającą pod 5B, czy jakaś inna, zwabiona Romanem awanturującym się przy nie swoim lokum. W końcu przestał szarpać, uspokoił oddech i oparł się o ścianę. Po kilkunastu sekundach w końcu coś przyszło, ale nie to, czego mężczyzna oczekiwał. Przyszła cisza — tylko ona zareagowała na próby dostania się do pomieszczenia, a raczej zaniechania tych prób. Był tylko on i błoga, nieprzenikniona cisza. Oprzytomniał. Mącąc ten spokój swoimi krokami, skierował się ku górze. Na każdym piętrze po kolei sprawdzał wszystkie drzwi. Pukał, dzwonił, dobijał się do każdego mijanego mieszkania. Na każdym z poziomów z lekkim opóźnieniem, ale jednak, drogę oświetlały mu żarówki na detektor ruchu. Gdy kolejna klamka nie spełniła swej roli, Roman udał się w stronę ostatniego piętra. W połowie schodów zauważył, że jego drogi nie oświetli żadne światło. Nieprzyzwyczajony do półmroku, chwycił się barierki i kontynuował podróż ku górze. Stawiał krok za krokiem, powoli, jakby pozwalając oczom przyzwyczajać się do ciemności. Widział coraz więcej szczegółów. Czy to obraz z żółtymi kwiatami na ścianie, czy to starą komodę, w której znajdowały się środki do czyszczenia klatki. W końcu jego wzrok dostąpił tego zaszczytu i z lekką pomocą promieni odbijanych przez księżyc ujrzał lokum z numerem 12B. Stanął przed nim. Napis był wykonany starannie, srebrne zdobienia były nowe, zresztą jak same drzwi, bowiem wymieniono je niecały rok temu, tak jak resztę w jego klatce. Od niechcenia nacisnął klamkę, nie oczekując żadnych spektakularnych efektów. Jednak ku jego zdziwieniu drzwi zaprosiły go do środka, ukazując salon. Twarz Romana została pokryta blaskiem wydobywającym się z podsufitowej żarówki. Do jego uszu dotarł miły głos ze słuchawki:
— Jesteś dziewięćdziesiąty czwarty w kolejce…
Przystanął na moment. Otworzył szeroko usta, jakby był z wizytą u dentysty. Nie wiedział, jak zareagować. Po prostu tam stał. Zagubiony, przestraszony, zmieszany. Zobaczył to, czego absolutnie się nie spodziewał. Zielony fotel, obrazek ze statkiem wiszący na ścianie, zegar z czerwonymi cyframi na półce nocnej koło łóżka. Był w swoim mieszkaniu. Ponownie. Spojrzał w prawo i ujrzał swoją starą koszulkę wystającą z kosza na pranie, którą wrzucił tam, wychodząc z łazienki.
— Jesteś dziewięćdziesiąty trzeci w kolejce… — Miły głos w słuchawce wytrącił go nagle z analizy sytuacji.
Roman patrzył na stolik, ruszając szybko oczami. Zaczął niespokojnie oddychać, trząsł się, a jego ręce mimowolnie podniosły się ku górze. Stał tak jeszcze kilka sekund, kiedy raptem ruszył w stronę urządzenia.
— Pierdolę twoją kolejkę! — powiedział mężczyzna, wyrywając telefon z kontaktu. Chwycił za słuchawkę i niczym nowoczesnym cepem zaczął uderzać nim o ścianę. Części, jak krew, rozlewały się po całym mieszkaniu. Roman uderzał raz za razem, wkładając w to całą dostępną siłę, nie patrząc, że przy okazji przewrócił lampę stojącą nieopodal fotela oraz zbił jedno ze zdjęć wiszących w niefortunnym miejscu styku rozpędzonego telefonu oraz ściany. Dopiero gdy fotografia upadła, roztrzaskując się o podłogę i rozsypując szkło, mężczyzna przestał machać swoją dwudziestowieczną bronią białą. Jednak to nie był koniec. Szybkim krokiem udał się na balkon, gdzie ponownie uderzył go silny wiatr, i cisnął resztki telefonu w dół. Dysząc głośno, patrzył, jak miły głos leci, stając się coraz mniejszym, i ogarnęła go prawdziwa ulga, gdy usłyszał, że uderza o koparkę znajdującą się na samym dole.
Oparty o barierkę, sapał głośno. Nie pamiętał, kiedy ostatnio był tak zmęczony. Czerwone „ciało”, roztrzaskane i porozrzucane po rozkopanej ziemi, sprawiało mu niemało satysfakcji. Odgłos wiejącego wiatru oraz głośne oddechy mężczyzny zamieniały się powoli miejscami. Wraz z każdym następującym ruchem klatki piersiowej to szum powietrza zdawał się coraz bardziej dominować w tej grze dźwięków. I w końcu wygrał. Roman stał tam jakiś czas. Samotny, lecz nie do końca. Zmęczony, ale z kłębiącymi się pod czaszką myślami. Zagubiony, choć znajdujący się w swoim mieszkaniu. Spojrzał jeszcze raz w dół, tym razem jednak — spokojnie. Liczył uważnie piętra, zaczynając od najniższego.
— Jeden. Dwa. Trzy… — kończył mówić z uniesionym ku górze palcem. — Jestem na swoim piętrze. Mimo że na sto procent doszedłem na szósty poziom, znowu znalazłem się tutaj. Dlaczego?
Pytanie to, choć tak proste, było najrozsądniejszym, jakie mógł sobie zadać w tej chwili. Oparł się o barierkę, odwracając twarzą w stronę salonu połączonego z aneksem kuchennym.
— Dlaczego? — zadał pytanie ponownie, szepcząc pod nosem. — Zaniki pamięci, dezorientacja, głosy? Jakbym chorował na Alzheimera, ale to nie tłumaczy, gdzie są wszyscy. To nie ma najmniejszego sensu — kontynuował, ruszając szybko oczami i patrząc na płytki balkonu, jakby to one miał mu przynieść odpowiedź.
Stał tam jeszcze kilka minut w kompletnym bezruchu, analizując wszystkie swoje opcje. Wiatr rozwiewał mu włosy i powodował, że na skórze pojawiała się lekka gęsia skórka. W końcu ruszył dynamicznie z miejsca, kierując się do sypialni. Sprawnym ruchem poruszył drzwi przesuwnej szafy i zaczął wyrzucać z niej rzeczy. Na podłodze lądowały pościele, koszulki, spodnie… w końcu udało mu się znaleźć to, czego szukał. W ręku trzymał starą, sportową torbę, która pamiętała jeszcze jego szkolne czasy. Położył ją na łóżku i zaczął chaotycznie pakować do niej, co tylko się da. Bielizna, wcześniej wyrzucone ubrania, latarka, scyzoryk — torba wypełniała się najbardziej przydatnymi rzeczami. Przeniósł się do kuchni. Otworzył z impetem szafkę i zaczął chować konserwy, krakersy oraz warzywa w puszce. Nie omieszkał również przenieść się z tym dobytkiem do łazienki. Zza lustra, w którym przeglądał się raptem czterdzieści minut temu, wyciągnął wodę utlenioną, bandaże, plastry oraz szczoteczkę z pastą do zębów. Ponownie znalazł się w salonie, położył torbę na stoliku i przystanął. Rozglądał się po całym mieszkaniu, jakby próbując zapamiętać, próbując wyryć sobie jego obraz w mózgu. Wzdrygnął się nagle, jakby myśl, która przyszła mu do głowy, była oczywistym, ale i najważniejszym sygnałem, jaki mógł do niego trafić w tej chwili. Wkroczył do sypialni pewnym krokiem, chwycił za zegarek, który dostał od M., wypiął go z kontaktu i położył na łóżku. Przykucnął przy nim i zaczął dotykać od dołu, jakby czegoś szukając. W końcu znalazł. Był to mały kluczyk przyklejony na taśmę do drewnianej ramy. Włożył go do dziurki w najniższej szufladzie w jego szafce nocnej. Wziął wdech, przekręcił go i pociągnął. Zero efektu. Skrytka stawiała opór, dawno nieotwierana. Po kilku sekundach jednak puściła, a z wnętrza Roman wyciągnął czerwone koperty. Na jednej z nich było napisane 1. Chwycił za zegar i sprawnym ruchem spakował go do torby. Zaraz po nim delikatnie między spodnie schował ważne dla niego papiery. Odgłos zamykania zamka błyskawicznego poniósł się po całym mieszkaniu. Mężczyzna był gotowy do podróży. Podszedł do drzwi i, nie zastanawiając się długo, chwycił za klamkę. Naprzeciwko widział numer mieszkania 11B.
— Czyli jestem na ostatnim piętrze… Pojebane… — spuentował krótko i ruszył w stronę schodów. Pokonywał je żwawo, a od niższego piętra towarzyszyło mu już światło z żarówek na detektor ruchu. W końcu dotarł na trzecie piętro. Podszedł do swoich drzwi i otworzył je spokojnie. Wszystko się zgadzało. Resztki roztrzaskanego telefonu na podłodze, porozrzucana pościel i ubrania w sypialni. Wszedł do środka, szybkim krokiem udał się w stronę otwartych na oścież drzwi balkonowych i zamknął je.
„W sumie to samo mogłem zrobić na najwyższym piętrze” — pomyślał i momentalnie przeszły go ciarki. Absurd wypowiadanych słów był tak ogromy, że zakręciło mu się w głowie. Trzymając się klamki, stał tam jeszcze przez kilka sekund. W końcu zebrał się w sobie, zgasił wszystkie światła i wyszedł przez główne drzwi. W mieszkaniu poniósł się metaliczny dźwięk zębatki zamka. Cyfry pojawiające się przed jego oczami ciągle malały, jakby odliczając do jakiegoś wydarzenia. 3B, 2B, 1B. Trochę tak, jakby po zejściu na sam dół i po zobaczeniu drzwi wyjściowych miał nagle usłyszeć huk fajerwerków, śmiech ludzi oraz życzenia „Wszystkiego najlepszego!” czy „Szczęśliwego nowego roku!”, o ile oczywiście ktokolwiek podszedłby do niego z zamiarem wypowiedzenia takich słów. W końcu znalazł się przy nich. Nie usłyszał jednak nic. Poczuł natomiast, że to jedne z niewielu drzwi dzisiejszej nocy, które nie będą sprawiać mu problemów. I faktycznie po naciśnięciu klamki i lekkim pchnięciu do przodu pokazały, co za sobą skrywają. A był to widok całkowicie niespodziewany, ale i radujący jego serce. Była 00:03.