E-book
13.65
drukowana A5
21.96
Szczęśliwe małżeństwo

Bezpłatny fragment - Szczęśliwe małżeństwo


Objętość:
132 str.
ISBN:
978-83-8189-186-8
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 21.96

Meggie była drobną brunetką z włosami równo ściętymi w połowie wysokości szyi. Była żywa, energiczna i niezwykle wesoła. Każdy chciał się z nią zaprzyjaźnić i nie raz traktowano ją dużo lepiej niż innych. Tego dnia było podobnie.

Wróciła ze szkolenia na cały dzień wcześniej. Jej samolot miał wylądować dopiero w niedziele o 18: 00, a teraz była sobota, 16:16.

— Jeszcze nigdy nie udało mi się wyrwać tak wcześnie! — cieszyła się w duchu jak dziecko i z uśmiechem na twarzy, sięgnęła do kieszeni krótkiego, beżowego płaszcza po klucze do domu. Wbiegła lekko po trzech schodach i otworzyła drzwi. Jej włosy tańczyły przy każdym ruchu, a wewnętrzne szczęście aż z niej emanowało. Zaraz będzie w swoim ukochanym domu!

Weszła do przedsionka i wstawiła czarne szpilki do wąskiej szafki po prawej. Już nie mogła się doczekać aż opowie mężowi najnowsze ploteczki z firmy.

W domu panował mrok i po ciemku udała się do kuchni po prawej. Zapaliła światło i położyła na białym blacie siatkę z zakupami. Kolacja zapowiadała się niezwykle pysznie. Musi tylko poprosić Liama, by zajął się mięsem, gdyż dostała okropnie duże kawałki.

Meggie przeszła przez salon oraz jadalnię szukając męża, ale nigdzie nie było po nim ani śladu.

— Liam? — zawołała stając na pierwszym stopniu drewnianych schodów. Rozejrzała się dookoła.

Nic. Cisza.

— Liam? — powtórzyła głośniej wchodząc na górę.

Pod stopami czuła ich chłód i po raz kolejny obiecała sobie, że w końcu kupi dywan i je zakryje, przynajmniej częściowo. W myślach już sobie przypominała nazwę sklepu, gdzie ostatnio widziała małe, półokrągłe dywaniki stworzone właśnie w tym celu. Byłyby one przyklejone tylko na środku stopnia i nie zakrywałyby go całkowicie.

— Tak, jutro się tym zajmę — pomyślała stając na pierwszym piętrze.

Korytarz był bardzo szeroki, dwóch dobrze zbudowanych mężczyzn mogło się w nim wyminąć nawet siebie nie dotykając i to, początkowo się jej nie podobało. Uważała, że zmarnowano tyle przestrzeni, którą można było włączyć do pokoi, ale po tylu latach, już się przyzwyczaiła. Są w końcu gorsze rzeczy na świecie niż nieproporcjonalny korytarz.

Po lewej była sypialnia dla gości oraz toaleta z piękną, oddzielnie stojącą wanną. Liam sam wszystko zamontował i nie mogła się temu wciąż nadziwić. Jak były zawodnik futbolu amerykańskiego potrafił to tak precyzyjnie i starannie wykonać? Niejeden specjalista mógłby pozazdrościć. Uśmiechnęła się pełna dumy oraz miłości do męża.

Po prawej, na końcu korytarza znajdowała się ich sypialnia. Wcześniej był mały składzik z bojlerem, a zaraz obok pokój dziecięcy. Tak przynajmniej było początkowo zaplanowane, ale ostatnio został przerobiony na pracownię dla męża.

— Liam? — zawołała ponownie kierując się najpierw do jego samotni. Nie za bardzo przepadała za tym pokojem, był prawie pusty i za sterylny jak dla niej. Jedna skórzana sofa, zimna i nieprzyjemna oraz wąskie biurko z fotelem, nie zachęcały jej do częstych odwiedzin tego pomieszczenia, a mogło ono być takie przytulne. Duża narożna kanapa, niemożliwie wygodna z miękkim kocem wabiłaby ją już od progu domu. Na ścianie zawisł by ogromny telewizor, a system dźwiękowy przyjemnie by ich otaczał. Coś wspaniałego, podsumowała po raz kolejny i sięgnęła do klamki drzwi.

Pod palcami czuła jej metaliczny chłód. Nacisnęła ją lekko i zamek ustąpił bezdźwięcznie. Niepokojący dreszcz przeszedł wzdłuż jej kręgosłupa.

Pchnęła drzwi nieświadoma, że zaraz jej życie ulegnie dramatycznej zmianie.

Pokój tego dnia został szczelnie zakryty czarną folią, a mąż stojąc bokiem, spojrzał na nią trzymając w dłoni odciętą kobiecą rękę.

Krew była wszędzie…

***

— Meggie? — przywołał ją do świata żywych jej adwokat. Amerykanin irlandzkiego pochodzenia brzmiał bardzo stanowczo nie pozwalając jej pogrążać się w apatii. — Skup się — zaczął. — To jest twoja jedyna szansa. Musimy wszystko bardzo dobrze rozegrać, inaczej nikt nie uwierzy w twoją historię — tłumaczył wstając z fotela po drugiej stronie bogato zgubionego, ciężkiego biurka.

Mason był wysokim i bardzo przystojnym mężczyzną po trzydziestce. Gdyby, chociaż przez moment skupił się na otaczającym go świecie, a nie na prowadzonych sprawach, to znalazłby swoją drugą połowę błyskawicznie

— I tak nie uwierzą. Nikt mi nie wierzy — powiedziała bez emocji Meggan. Spojrzała na zakute w kajdanki dłonie wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje dookoła niej. — Dlaczego? — myślała.

— Ja ci wierzę poza tym trochę ciebie upiększymy by wzbudzić w ławnikach współczucie — dodał podchodząc do drzwi.

Otworzył je i do środka weszła młoda dziewczyna w dużych, okrągłych okularach. Na rękach trzymała stertę dokumentów, które od samego progu niemal zrzuciła na Masona.

— To był ostatni raz, kiedy kazałeś mi czekać pół godziny na korytarzu trzymając tony makulatury — wysyczała przez zęby, kiedy tylko drzwi zostały za nią zamknięte. — Jeśli będziesz chciał, abym ci jeszcze kiedyś pomogła, to wprowadź mnie inaczej, niż jako tępą asystentką, bo nie przyjdę — ostrzegała zdecydowanym tonem. Zdjęła okulary i podeszła do Meggan.

— Część jestem Tess — przedstawiła się drobna blondynka wyciągając dłoń na powitanie.

Meggan podniosła swoje zatrute w kajdanki ręce i przy dźwiękach uderzanego o siebie metalu, zdołały się przywitać.

— Czy to jest konieczne? Teraz jesteśmy przecież sami — zapytała odwracając się w kierunku mężczyzny.

— Niestety, ale tak, Meggan jest…

— Może to i lepiej. Przeciągniemy to na swoją korzyść. Dorysuję trochę otarć, nie za dużo, ale widocznych. — Tess wpadła mu w słowo podekscytowana.

— Nie sądzę by było to konieczne. Meggan dopiero, co wyszła ze szpitala, tam nie używają kajdanek tylko pasów, a po nich nie ma śladów.

— Tak, tak… Ty to wiesz, oskarżyciel to wie, sędzia może coś tam wie, ale zwykli ludzie jak ja czy ławnicy, to już nie. Otarcia będą subtelne, a tu jak sądzę, każdy szczegół jest ważny.

Mason odłożył udawane dokumenty na biurko i patrzył jak Tess zabiera się do roboty. Szybko wyjęła z małego, czarnego nesesera swoje pościskane pędzle oraz różnego rodzaju cienie oraz kremy. Miała mało czasu i to się jej wyraźnie nie podobało.

— Zacznę od nadgarstków — powiedziała do Meggan z typową dla siebie otwartością. Zawsze wolała uprzedzić klienta wcześniej gdzie i co będzie robić, by później nie było zaskoczenia.

— A ja jeszcze raz opowiem ci naszą strategię. Świadków mamy nie najsilniejszych, dlatego musimy to dobrze sprzedać.

Meggan spojrzała na Masona spod oka niezainteresowana.

— Jakby to coś miało mi pomóc — wymruczała myśląc o życiu po zakończeniu całego procesu. — Nic mi nie zwróci dawnego Liama.

— Meg czy ty zdajesz sobie sprawę, że od tej jednej rozprawy zależy całe twoje życie? — powiedział nad wyraz spokojnie. Usiadł bokiem na brzegu biurka i wziął do ręki akta z listą świadków. — Sprawa jest trudna, bardzo medialna, a przy tym jest strasznie dużo ofiar. Wiesz, co ci grozi? — zapytał ściszając nieświadomie ton głosu.

Kobieta wzruszyła ramionami. Co ma jej niby grozić? Nic. Udowodni swoją niewinność i wyjdzie tylko, co później? Jak ma powrócić do normalnego życia skoro jej mąż nie żyje, a na twarzy ma taką szramę, że dzieciaki będą uciekać na jej widok? Nie mówiąc już o pracy z ludźmi. Pewnie będzie zmuszona siedzieć całymi dniami w ciasnym biurze z dala od kogokolwiek…

— Kara śmierci — oznajmił przerywając jej użalanie się nad sobą.

Meggan momentalnie podniosła do góry wzrok.

— Kara śmierci? Za co? Że mój mąż okazał się psychopatą i mordował te wszystkie kobiety? Gdzie w tym moja wina? — pytała rozdrażniona.

— Oskarżenie uważa, że byłaś w pełni świadoma tego, co robił twój mąż…

— Ale przecież to nie prawda! — wpadła mu w zdanie nie mogąc się powstrzymać by nie zareagować.

— Twierdzą nawet, że mu we wszystkim pomagałaś.

— To jakieś brednie! Nikt w to nie uwierzy.

— Ludzie wierzą, a media to wszystko podsycają. Oficjalnie jesteś nazywana „Drugim mordercą z LA” i każda jego ofiara jest również twoją.

Meggan natychmiast zaschło w gardle i z trudem powiedziała — Kara śmierci? W Kalifornii jest ona uznawana?

— Niestety, w dodatku ludzie czują niedosyt, że główny podejrzany nie żyje, dlatego będą ciebie sądzić jakbyś to ty popełniała te wszystkie morderstwa. Będą starać się udowodnić twoje ślepe przywiązanie do męża, że robiłaś wszystko, bo on ci tak kazał, więc nie waż się okazywać żadnych pozytywnych uczuć w związku z jego osobą albo już możesz stawać w kolejce do uśpienia. Musimy pokazać, że się nie zgadzaliście w wielu ważnych sprawach, że wasze idealne małżeństwo było tylko na pokaz. Rozumiesz?

— Mason… — zapłakała — Ja… Nie sądziłam, że… To prawda? — kobieta rozpłakała się na dobre i Tess musiała ją uspokajać, by móc dokończyć makijaż.

— Meg, mamy linię obrony. Musimy się jej trzymać i z tego wyjdziemy. Jeszcze zobaczysz swoich najbliższych. Teraz musisz się skupić i mówić wszystko dokładnie tak, jak to uzgodniliśmy. To ważne — dodał stanowczym tonem, ale ona w ogóle go nie słyszała. W głowie miała tylko jedno zdanie, które powracało do niej echem, niczym w kiepskim filmie grozy, „kara śmierci”.

***

Zakutą w kajdanki na dłoniach oraz nogach Meggan, wolno wprowadzono do sali rozpraw. Każdy jej krok był głośny i bardzo niewygodny dla jej nieprzyzwyczajonych kostek. Grymas bólu przebiegł po jej twarzy wywołując burze oślepiających flaszy ustawionych na nią aparatów. Sala była pełna reporterów i przed przybyciem sędziego mogli sobie pozwolić na nieograniczona liczbę zdjęć.

Meggan, po małych poprawkach, wyglądała wprost okropnie i gdyby nie sytuacja, każdy miałby teraz serce ściśnięte z żalu nad jej osobą.

Ciemne włosy związane zostały w kucyk białą, zwykłą gumką odsłaniając dalszą część gojącej się rany. Pooperacyjna blizna sięgała od policzka, poprzez skroń, aż do środka głowy ponad uchem. Włosy w tej części zostały całkowicie zgolone i wciąż było widać purpurowo–zielone sińce na jej obrzeżach. Kucyk wyszedł bardzo nierówny i to było zamiarem Tess. Wszyscy musieli zobaczyć, przez co przeszła ta kobieta, którą w dodatku wszyscy już skazali.

Doły pod oczami pogłębiono szarym, matowym cieniem tak by nie rzucały się w oczy, ale były widoczne w ogólnym zarysie. Całości dopełniało za duże ubranie, zdobyte potajemnie przez Masona. Miało ono pogłębić współczucie do jego klientki.

Meggan usiadła na wyznaczonym miejscu. Mason zrobił podobnie i zaczął wertować swoje dokumenty. Czuł, że powinien spotkać się z nią jeszcze ze dwa razy przed rozprawą, ale jej stan zdrowia wciąż to uniemożliwiał. Najpierw była jedna operacja, później druga, krótkotrwała amnezja, następnie rekonstrukcja twarzy i już był proces. Nie miał na wszystko czasu, a teraz było już za późno na cokolwiek. Wyrok, jaki dzisiaj zapadnie, mimo iż będzie nieprawomocny, nie zostanie i tak później zmieniony. Nie przy tego typu sprawie i przy takich zeznaniach, które wstępnie czytał.

— Skup się. Oto twoja szansa na rozgłos i darmową reklamę we wszystkich telewizjach jednocześnie — przemknęło mu przez myśl, kiedy do sali zaczęli wchodzić ławnicy.

— Dwóch z nich jest przeciwko karze śmierci, ale to zataili, by móc wziąć w niej udział — wyszeptał do ucha klientki.

— Czemu?

— Nie mieli kasy, a na naszej sprawie pięknie zarobią — wyjaśnił siadając prosto. — Musimy przekonać jeszcze czterech by zdobyć większość i wygrać.

Meggan poczuła promyk nadziei. Jeśli wystarczy tylko czterech to może się udać. W końcu oni wszyscy są zwykłymi ludźmi jak ona. Pewnie też mają żony czy mężów, którzy również mają swoje sekrety. Nikt przecież nie jest całkowicie szczery i otwarty z drugą osobą. Zawsze jest gdzieś mała strefa przeznaczona tylko i wyłącznie dla siebie samego.

— Cztery osoby i będę wolna — westchnęła zamyślona i nie zdała sobie sprawy z subtelnego uśmiechu, który pojawił się na jej twarzy. Pojedynczy blask robionego zdjęcia na zawsze uwiecznił jej minę i reporter teraz czekał na właściwy moment by je opublikować w Internecie.

— Meggan żadnej radości — pouczył ją szybko adwokat. — Masz być cierpiąca, rozżalona i zła na system, że próbuje cię ukarać za zbrodnie kogoś innego. Ty jesteś ofiarą nie zapominaj.

Drzwi na przeciw Meggan otworzyły się szeroko i do środka sali wszedł tęgi mężczyzna w podeszłym wieku. Jego burza siwych loków dawno się już przerzedziła i teraz na samym środku głowy powstało trudne do ukrycia gniazdo. Jemu najwyraźniej to nie przeszkadzało i postanowił wciąż utrzymywać fryzurę w stylu lat osiemdziesiątych.

Nos miał zakrzywiony na końcu w jedną stronę, a brwi zrośnięte ze sobą i Meggan było trudno się skupić. — Jak ktoś tak wyglądający może decydować o czyimś losie? — zastanawiała się spuszczając w dół wzrok. — Uspokój się! Wisi nad tobą kara śmierci! — upomniała siebie w myślach akurat w momencie, kiedy zezwolono im na powrót usiąść.

— Rozpoczynam rozprawę przeciw pani Meggan Eve Lerr — zaczął sędzia i Mason poinstruował ją by razem z nim wstała.

— Jest pani oskarżona o współudział w porwaniu oraz zamordowaniu dwunastu kobiet wymienionych w akcie oskarżenia. Czy przyznaje się pani do winy? — zapytał przykuwając ją wzrokiem swoich czarnych oczu.

— Nie wysoki sądzie — odpowiedziała wytrzymując spojrzenie.

— Zatem głos oddaje oskarżycielowi.

Oczy wszystkich skierowały się na drobną kobietę hiszpańskiego pochodzenia. Włosy związała w ciasny, klasyczny kok z grzywką na bok, co bardzo podkreślało jej naturalną, czarną oprawę oczu oraz ich tęczówki. Usta pomalowała na czerwono, co przy morskiej sukience do kolan oraz biżuterii z białego złota oraz platyny, bardzo przykuwało uwagę. Każdy miał patrzeć tylko i wyłącznie na nie, skupić się wyłącznie na tym, co z nich będzie zaraz wypływać. Nic ponad to.

— Dziękuję wysoki sądzie — zaczęła Marta. — Meggan Lerr jest oskarżona o współudział w porwaniach i morderstwach z premedytacją dwunastu kobiet. Dwunastu matek oraz żon. Dwunastu córek i sióstr. Jej mąż okazał się być bardzo dobrze nam znanym mordercą z L.A. Jego ofiary były porzucane w przeróżnych częściach miasta. Zazwyczaj w odludnych, mało uczęszczanych, gdzie ciała gniły bądź też były pożywieniem dla okolicznych psów i robactwa. Nikt ani nic nie jest w stanie zadośćuczynić tym zbrodniom ale dzisiaj możemy przynajmniej poznać prawdę, możemy uciszyć wewnętrzne pytanie, „dlaczego”. — Marta szeroko rozłożyła ramiona i rozejrzała się po sali. Wszyscy się jej przyglądali.

— Na mojego pierwszego świadka powołuje Laurę Dickenson.

Na sali zawrzało. Tak silny świadek już na samym początku rozprawy dawał wszystkim dwie możliwości, albo oskarżenie ma bardzo słabe dowody i chce przeciągać zeznania swego asa jak najdłużej, by nim wszystko przyćmić, albo pozostali świadkowie są jeszcze silniejsi i to ich zeznania będą szokować.

Z podłużnej ławy żywo wstała młoda blondynka. Zdjęła okulary przeciwsłoneczne i wolno schowała je do eleganckiej torebki. Każdy jej ruch był bacznie śledzony przez dwudziestu reporterów robiących bezustannie jej zdjęcia.

Kobieta ubrana była w czarny, dopasowany kostium oraz wysokie szpilki. Włosy oraz makijaż były bardzo staranne oraz wyraziste, co momentalnie nie spodobało się Marcie. Powinna wyglądać skromnie! — krzyczał wyraz jej twarzy.

Laura usiadła na miejscu świadka i została zaprzysiężona, a Meggan nie mogła się powstrzymać by nie pomyśleć, jak tak młoda kobieta może mieć już pięcioletniego syna. Przecież ona sama wygląda na nie więcej niż osiemnaście.

Marta podeszła w kierunku Laury i z pewnością siebie, zatrzymała się w połowie sali. To była idealna odległość od świadka oraz ławników, by rozpocząć proces.

— Pani Lauro, proszę opisać nam wszystko, co pani pamięta z nocy, kiedy została pani porwana.

Dziewczyna odchrząknęła oczyszczając głos i poprawiła włosy zanim zaczęła swoją opowieść. Musiała wyglądać nienagannie skoro zrobiła się rozpoznawalna i wszyscy robią jej zdjęcia. Wciąż jest zapraszana do programów i udziela wywiadów. Jej marzenie zaczynało się spełniać. Robiła się sławna.

— To był wtorek — zaczęła — pamiętam jak dziś, bo zawsze tego dnia mam zumbę w szkole mego syna. Takie zajęcia dla matek by były gibkie i znowu jędrne. Chociaż ja tego wcale nie potrzebuje, bo mam idealne ciało, ale co mi szkodzi prawda? — zapytała rozglądając się po sali ale nikt nie odpowiedział, więc powróciła do opowieści. — Wróciłam do domu i jak gdyby nigdy nic otworzyłam se drzwi. Nie było żadnych śladów włamania ani niczego, co mogło by mnie zaalarmować w jakikolwiek sposób. Od progu słyszałam piosenkę z różowego misia i już wiedziałam, co robi mój synek. Zrobiłam sobie kawkę. Czarną o zdecydowanym smaku, taką jaki facet powinien być — Laura uśmiechnęła się dwuznacznie w stronę reporterów i tak jak przypuszczała, od razu została odsypana flaszami. — Następnie poszłam do mojej sypialni gdzie Steve leżał z tabletem. Trochę pogadaliśmy o szkole, jak minął mu dzień i tego typu duperele. No i co dalej. Dalej poszłam pod prysznic. Jak wróciłam Steve’a już u mnie nie było. Poszedł do siebie.

— Co się stało później? — zapytała Marta chcąc przyspieszyć nieco akcję.

— Usłyszałam dziwny dźwięk spod łóżka, Jakby ktoś przesunął jeden z kartonowych pudeł pod nim.

— Jak rozumiem pani to sprawdziła.

— Niestety nie bo niemalże w tej samej sekundzie usłyszałam jak poruszają się wieszaki w mojej szafie. Wie pani, taki dźwięk jakby ktoś je przesuwał po metalowym pręcie. To mnie zdziwiło jeszcze bardziej, więc od razu do niej podeszłam. Otwieram, a tam stoi zgarbiony facet — wyparowała Laura porządnie zaskoczonym tonem. — Był tak dobrze zbudowany, że ledwo, co się w nią zmieścił.

— Czy to ten mężczyzna? — Marta podeszła do stanowiska i podała Laurze zdjęcie Liam’a.

— Tak. Z pewnością to był on — potwierdziła wciąż trzymając z ręku zdjęcie.

— Co było później? Czy ten mężczyzna coś powiedział?

— Przyłożył palec wskazujący do ust i szeptem kazał mi być cicho, bo inaczej zamorduje mi syna. Resztę pamiętam jak przez mgłę. Chyba przyłożył mi coś do nosa, bo pamiętam dziwny zapach.

— Czy widziała pani kogoś jeszcze?

— Nie, ale wyraźnie czułam czyjąś obecność. Ktoś na bank leżał tam pod łóżkiem. Ktoś mały, bo łóżko mam nisko.

— No dobrze — podsumowała zadowolona. — Jak mniemam, obudziła się pani już nie w swoim domu?

— No przecież! — Laura przewróciła oczami wywołując ciche śmiechy między zebranymi osobami. Nawet nie pomyślała, że rodzice zamordowanych kobiet mogli poczuć niesmak w ustach, jakim cudem ona przeżyła, podczas gdy ich córki musiały umrzeć.

— Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że jestem w czyjejś piwnicy, a na przeciw mnie siedzi inna dziewczyna. Patrzyła się na mnie równie zdziwionym wzrokiem.

— Czy to była ta kobieta? — Marta podała kolejne zdjęcie i odeszła dwa kroki w tył. Spojrzała na ławę przysięgłych. Ich miny wciąż nic nie mówiły.

— Jeśli się odejmie te sztuczne rzęsy i doczepiane włosy, zmyje makijaż to… — Laura obracała zdjęcie w różne strony i przyglądała się jemu pod innymi kątami. Marta z kamienną twarzą wpatrywała się w swojego świadka modląc się w myślach: — Boże dopomóż mi, bo sama zaraz ją zabiję.

— Tak, to chyba ona.

— Chyba? Wcześniej potwierdziła pani jej tożsamość po paru sekundach.

— No dobra. To ona.

— Osoba na zdjęciu to ostatnia ofiara morderców z LA, Katerina de Solis — wyjaśniła Marta podnosząc zdjęcie do góry, by pozostali zebrani mogli je zobaczyć zanim przekaże je ławnikom. — Jej rozczłonkowane szczątki zostały odnalezione w świeżo zacementowanym dole w innej części piwnicy państwa Lerr.

— Wysoki sądzie, nie w innej części tylko w całkowicie innej piwnicy z ukrytym wejściem, o której moja klientka nic nie wiedziała — wtrącił szybko Mason podnosząc się z miejsca.

— Trudno sobie to wyobrazić — odparła Marta nawet na niego nie spoglądając. — Laura, proszę kontynuuj.

— Po paru minutach usłyszałam jak drzwi się otwierają i wszedł do nas ten gościu. Był zdziwiony, że się obudziłam, bo zatrzymał się w połowie i się na mnie gapił.

— Czy to wówczas zabrał ze sobą Katerinę?

— Nie.

— Przejdźmy do momentu, kiedy to się stało. Mówiłaś, że wkrótce potem.

— Tak — Laura skinęła głową. Dłonie zaczęły się jej pocić ze zdenerwowania. Na powrót poczuła jak siedzi na twardej, zimnej podłodze z cementu, a zapłakana dziewczyna walczy z Liam’em o każdy oddech.

Serce zaczęło bić szybciej ze strachu. Oczy rozszerzyły się w panice, ale nie mogła krzyczeć by przestał. Nie potrafiła zmusić się do walki o kogoś obcego, kiedy instynkt kazał jej siedzieć cicho i zbierać siły na ucieczkę. Laura bardzo dobrze wiedziała, że i ją spotka taki sam los, jeśli niczego nie zrobi.

— Ten facet udusił ją gołymi dłońmi na moich oczach. Ona… — powiedziała po krótkiej przerwie. Wzięła głębszy oddech i miarkliwym głosem kontynuowała. — Ona wierzgała i szturchała mnie stopą w kolano, wówczas zdałam sobie sprawę, że nie mam szans wyjść stąd żywa, jeśli sama oto nie zadbam. Widziałam go. Widziałam jego twarz. Słyszałam głos… Z łatwością mogłam go rozpoznać…

Ława przysięgłych zobaczyła jak nieśmiałe łzy pojawiły się na policzkach pierwszego świadka. Dziewczyna zaczęła się jąkać i nikt nie mógł zrozumieć ani słowa, więc Marta podała jej szklankę wody by się nieco uspokoiła.

Po kilku łykach padło pytanie: — Czy mężczyzna zaszedł do ciebie później?

— Nie. Przerzucił sobie jej ciało przez ramię i wyszedł.

— Czy widziałaś kogoś innego?

— Nie, aż do momentu, kiedy uciekłam.

— Wcześniej zeznała pani, że słyszała kobiecy śmiech dochodzący z góry. Czy mogłaby pani się do tego odnieść?

— Tak. To było już późną nocą, kiedy próbowałam przeciąć sznur. Rura, do której mnie przywiązano miała tuż przy podłodze małe odgięcie. Zajęło mi to w cholerę czasu, ale proszę, oto jestem, żyje.

— Czy słyszała pani coś jeszcze tej nocy? — powróciła do pytania Marta. — Rozmowy? Kłótnie? Wrzaski?

— Nie nic z tych rzeczy, ale wcześniej czułam wyraźny zapach z kuchni. Gotowano jedzenie, a mi zbierało się na wymioty. Gościu dopiero, co zabił dziewczynę, a teraz jak gdyby nigdy nic gotuje kolację. Przez moment bałam się, że może jeszcze mnie zmusi bym mu towarzyszyła, widziałam kiedyś taki film jak morderca zmusza swoja ofiarę do zjedzenia innej kobiety pod groźbą śmierci. Myślałam, że umrę na samą taką myśl. Chciało mi się rzygać, ale na szczęście nic takiego się nie zdarzyło.

Marta podeszła do swojego stołu i zaczęła snuć swoje przypuszczenia.

— Jest pani zamknięta w piwnicy, bóg jeden wie gdzie i jak daleko jest do najbliższych sąsiadów by wezwać pomoc, a mężczyzna na pani oczach udusił inną kobietę. Jak sądzę pani zmysły się wyostrzyły, a umysł zaczął pracować na najwyższych obrotach.

— Tak. Dokładnie tak — przytaknęła szybko by nikomu nie umknął tak ważny szczegół. Jest przecież narodową bohaterką!

— Jak mniemam, była pani również w stanie stwierdzić, czy w domu był również ktoś jeszcze, chociażby z odgłosów dochodzących z całego domu.

— Bez wątpienia.

— Czy jest pani w stanie określić, kiedy druga osobą znalazła się w domu? — Marta widząc wstającego Masona podniosła dłoń w górę sygnalizując, iż wie, o co mu chodzi i natychmiast zmieniła formę pytania. — Czy jest możliwość, aby druga osoba przebywająca w domu, była już w nim zanim Katerina została zamordowana? A może była w nim już przed pani przybyciem?

— Sprzeciw wysoki sądzie. To są niczym poparte przypuszczenia — powiedział głośniej Mason obrzucając Martę złowrogim spojrzeniem. Ławnicy wciąż wydawali się być jak z kamienia.

— Oddalam. W sytuacjach gdzie narażone jest własne życie, zmysły i odczucia są niezwykle silne i precyzyjne — uzasadnił sędzia spoglądając w stronę Laury. — Proszę odpowiedzieć na pytanie.

— Nie wiem, być może. Mężczyzna na pewno nie wyglądał jakby kogoś oczekiwał albo się spieszył. Wydawało mi się, że ma czas, że ja mam czas.

— Czyli pani Lerr mogła być w domu już w wówczas, gdy jej mąż dusił gołymi rękoma Katerinę de Solis.

— Sprzeciw! To przypuszczenie, a nie stwierdzenie — Mason wstał ponownie. Już nie mógł się doczekać aż przyszpili tę tępą marionetkę.

— Podtrzymuję.

Po sali przeszedł stłumiony szept, ale szybko ucichł, kiedy Marta oznajmiła, że nie ma więcej pytań.

Mason wstał i zapiął guziki marynarki. Wyglądał bardzo pociągająco w dopasowanym, ciemnym garniturze oraz jasnobłękitnej koszuli ze stójką. Jego żywo miedziane włosy bardzo się oznaczały na tyle ubrania, ale to nie one przyciągały uwagę. Niemal każda kobieta na sali nie potrafiła oderwać wzroku od jego hipnotyzujących, zielonych oczu.

— Pani Dickenson — zaczął podchodząc w jej kierunku.

— Proszę mówić mi po imieniu — poprawiła mężczyznę. Zmiętą chusteczką wytarła resztki łez oraz rozmazany makijaż, po czym uśmiechnęła się bardzo zalotnie.

— Pani Lauro, zaznała pani, że porwano panią we wtorek, gdyż tego właśnie dnia ma pani zajęcia z zumby. Tak?

— Yyy, tak — odparła niepewnie.

— Sprawdziłem w szkole osobiście i z tego, co się dowiedziałem to faktycznie była pani na zajęciach, ale w sobotę. Przyszła pani do innej grupy.

— Nie sądzę, aby to było możliwe. Pamiętam aż za dobrze, że to był wtorek. Rano poszłam zrobić zakupy później byłam cały dzień w domu.

— A syn. Czy zaprowadziła go pani rano do szkoły?

— Przecież mówię, że po szkole zrobiłam zakupy — odparła obruszona insynuacją.

— Tak faktycznie Steve był cały tydzień w szkole, ale z rachunku ze sklepu wynika, że na zakupy wybrała się pani w sobotę.

— Nic podobnego — Laura zaśmiała się próbując zamaskować narastający w niej niepokój.

— Czy często zdarza się pani mylić dni.

— Słucham?

— Czy dużo pani pije? — Dziewczyna podniosła wysoko brwi w zdziwieniu. — Z akt wynika, że ma pani problem z alkoholem, a co z narkotykami? Na krótko przed porwaniem odnotowano, że została pani zatrzymana posiadając pewne ilości używek.

— To było tylko zioło i w dodatku tylko raz na imprezie — próbowała się bronić zaciskając w złości pięści.

— Czy tego feralnego wieczora, była pani pod wpływem czegoś odurzającego?

Laura wymownie milczała, co skłoniło Masona do zadania kolejnego pytania. — W takim razie czy jest pani w stu procentach pewna, że w domu, w którym była pani przetrzymywana, znajdowała się druga osoba? Drugi porywacz?

— Ktoś był na pewno — oznajmiła dumnie podnosząc do góry głowę. — Później jak bóg mi świadkiem, to na pewno słyszałam kobiecy śmiech — wyjaśniła poprawiając włosy.

— Czy jest szansa by mogła pani usłyszeć podgłośniony w tym momencie telewizor, a nie żywą osobę?

— Nie wiem, nie widzę przez ściany.

— No dobrze. To proszę mi powiedzieć, kiedy po raz pierwszy zobaczyła pani moją klientkę.

— Na drugi dzień z rana, kiedy uderzyłam w nią metalowym prętem.

— Nigdy wcześniej?

— Nie.

— Dziękuję świadek jest wolny — oznajmił Mason wracając na swoje miejsce. Dwóch ławników wciąż patrzyło na Laurę, co odebrał za dobry sygnał. Może jeszcze ich nie przekonał, ale przynajmniej zasiał w nich niepewność. Skoro główny świadek nie mógł potwierdzić obecności Meggan w domu w chwili morderstwa, to pozostaje tylko przedstawić małżeństwo, jako fikcję i będzie zwycięstwo.

Marta podniosła się ze swojego miejsca nie spoglądając na Laurę nawet przez sekundę. — Dzięki bogu skończyła się już ta farsa i można zacząć proces — myślała.

— Powołuję na świadka panią Meggan Lerr.

Reporterzy wzięli się do roboty i błyski fleszy rejestrowały każdy krok oskarżonej.

Siedząca w galerii ponad salą rozpraw Tess, również przyglądała się Meggan tylko pod innym po kątem. Z niezwykłą surowością oceniała własną pracę. Niestety z dystansu wszystko się rozmywało i mało kto mógł dojrzeć misternie narysowane, drobne żyłki pod lewym okiem.

Rozzłoszczona na samą siebie podeszła do telewizora, na którym pokazywano transmisję z rozprawy. Z bliska wszystko było doskonale widoczne i mogła trochę się rozluźnić. — Skoro kamera wyłapuje co trzeba, to i ławnicy też coś powinni — myślała siadając ponownie na swoim krześle.

Sięgnęła po telefon by się przekonać, co mówi Internet na temat wyglądu Meggan, lecz pierwsze co się jej ukazało dotyczyło zupełnie czegoś innego.

„Druga połówka mordercy z LA śmieje się w twarz podczas zeznać niedoszłej ofiary!” — krzyczał nagłówek.

Tess nacisnęła temat jednej z ważniejszych gazet całych stanów i w nowej stronie otworzyła się jej pisana relacja na żywo.

Ostatni wpis był sprzed kilku minut, kiedy Laura składała zeznania.

„ — Po bardzo emocjonującym i niezwykle przerażającym opisie porwania oraz spektakularnej ucieczce, panna Laura Dickenson zeszła ze stanowiska cała roztrzęsiona. Jej zeznania wzbudziły głębokie współczucie pośród zebranych na sali ludzi za wyjątkiem oskarżonej. Meggan Lerr siedziała obok swego obrońcy wyraźnie rozbawiona. Tłumiony uśmiech coraz pojawiał się na jej twarzy, co niestety stale umykało sędziemu Petersonowi.”

— Toż to brednie — pomyślała, kiedy Meggan stanęła w wyznaczonym miejscu, aby zostać zaprzysiężoną. Pospiesznie rzuciła okiem na załączone zdjęcia i zdążyła dostrzec twarz oskarżonej ubranej w pomarańczowy strój więzienny. Ku zaskoczeniu Tess, rzeczywiście został tam uwieczniony blady uśmiech kobiety.

— Czy przysięga pani mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę? — zapytał niski, krępy mężczyzna w dużych okularach.

— Przysięgam — odpowiedziała Meggan i ledwo zdążyła usiąść, Marta rozpoczęła swój atak.

— Pani Lerr, w dzień morderstwa miała być pani na szkoleniu związanym z pani pracą, tak?

— Tak.

— I to z niego się pani urwała cały dzień wcześniej?

— Tak, okazało się, że zaliczyłam je pół roku wcześniej z inną grupą.

— I nikt tego nie sprawdził? — pytała podejrzliwie.

— Niestety nie. Firma dla, której pracuję jest bardzo duża i zdarza się, że niekiedy tego typu e–maile potwierdzające obecność osoby na szkoleniu, są nieszczęśliwym trafem przeoczane. Jest po prostu za dużo elektronicznej poczty by…

— Czy to prawda, że mówiła pani innym pracownikom, iż pani mąż ma przygotowaną dla pani niespodziankę? Że czeka ona w domu?

— Tak tylko zażartowałam, by mieć jakiś powód i nie siedzieć kolejnych dziesięciu godzin przed ekranem monitora. Oczy miałam podrażnione.

— Czyli pani wcześniejsza obecność na szkoleniu była niewystarczającym powodem, by dostać z niego zwolnienie? Musiała pani skłamać?

— Chciałam szybciej przekonać moją szefową — zaczęła. — Znamy się nie od wczoraj i wiemy dużo o sobie na wzajem. Przyjaźnimy się, a nasi mężowie chodzą razem na mecze, dlatego sądziłam, że jeśli dodam coś od siebie, to szybciej ją przekonam i zdążę na następny lot. Miałam tylko dwie godziny, a ona czekała na potwierdzenie z firmy, że rzeczywiście odbyłam już jedno. To była prywatna prośba do koleżanki.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 21.96