E-book
13.65
drukowana A5
38.7
Szare madonny

Bezpłatny fragment - Szare madonny

wydanie II rozszerzone


Objętość:
175 str.
ISBN:
978-83-8104-759-3
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 38.7

Moja pamięć


[…] wyjawia tylko pierwsze z brzegu twarze,

tymczasem reszta w prześlepienie idzie,

w niepomyślenie […]


Wisława Szymborska „Wielka liczba”

Słowo wstępne

Gdyby ktoś teraz napisał taką książkę, to miałaby chyba tytuł: „Nieznośna ciężkość bytu” — powiedziała jedna z bohaterek „Szarych madonn”. Czyżby czuła, że to, co przeżywa na emigracji, jest godne pióra? Czytelnicy pierwszego wydania w swej większości uznali, że temat jest ważny. Dla niektórych emigrantek jednak tak bolesny, że chciałyby o tych czasach zapomnieć. Ukryć przeżycia głęboko, by potem w kraju być kimś zupełnie innym. Osobiście postępuję tak, aby traumę odreagować, przeanalizować, wyrzucić z siebie. Wiem, że w przeciwnym razie będzie nas gryźć od środka, niszczyć. Chcę, aby moi bohaterowie i identyfikujący się z nimi czytelnicy wiedzieli, że nie są winni temu, że w kraju nie było dla nich pracy. Nie ma nic wstydliwego w fakcie, że tę pracę znaleźli za granicą. Nie jest też ich winą, że mają nerwice i różnego typu problemy. W krajach z dobrą opieką społeczną i medyczną nie byliby odrzuceni i wykluczeni.

Patrząc na tę książkę ktoś może powiedzieć, że emigracja zarobkowa, jak świat długi i szeroki, jest i była. Musi jednak przyznać, że ten problem zawsze bulwersował i był w literaturze często opisywany. Moje bohaterki odróżniają się od dotąd opisywanych tym, że one musiały zostawić w domu małe dzieci. Są mądre — nie tylko życiowo — i bardzo wrażliwe. Zastanawiam się, czy nadwrażliwość to wada w świecie, gdzie emocje spływają po ludziach jak woda po deszczu. Opisuję rzeczywistość. Robię to zamiast siedzieć i płakać nad brakiem w kraju pracy, bezpieczeństwa socjalnego, nad coraz większą znieczulicą. Uświadamiam problemy. Walczę w ten sposób o zmiany. Na tym etapie życia tylko to mogę dla ludzi zrobić. Moi bohaterowie są oryginalni, ale mają też problemy takie, jak tysiące innych ludzi, więc każdy może odnaleźć w tej książce cząstkę swego losu.

Wyjawione twarze

Słoneczne miasteczko na północy Włoch. Taki malutki Rzym. Wąskie, okolone starymi kamieniczkami uliczki, zawsze prowadzą w kierunku centrum. Są tu dwa kościoły i średniowieczna starówka z pięknymi podcieniami. Na uboczu, przy ulicy 1-go Maja stoi niewielki domek. To do tego domku przyjechała Polka. Szare, betonowe podwórko nie należy do pięknych. Z okna domku widać tylko ogołocone, niemal martwe drzewo. Jest ono oplątane żywym bluszczem. Bluszcz pnie się po nim tak, jakby chciał dosięgnąć nieba. Jest zima, drzewo nie ma liści, a bluszcz to jedyna zieleń, jaką Magda ogląda. Nigdy takiego ogromnego bluszczu nie widziała. Jego seledynowa zieleń, to jej pielęgnowane starannie, domowe doniczki podniesione do potęgi entej. Bluszcz jest dla niej żywy, zielony i piękny. Często patrzy na niego. Naraz widzi jak do drzewa podchodzi mężczyzna z piłą. Jest z nim gospodyni domu. Mężczyzna włącza piłę i obcina bluszcz u samego podłoża. A zaskoczona Magda krzyczy:

— Seniora! Przestańcie! Przestańcie! — To straszne, ale jej zieleń ma już podcięte korzenie.

Włoszka na swój sposób pociesza Magdę:

— No… Nie płacz głupia, ten bluszcz to pasożyt — zbędna rzecz!

Magda nieśmiało podchodzi do drzewa i ogląda podciętą, poranioną roślinę.

Nagle odkrywa, że jeszcze nie wszystkie pnącza są zniszczone. Pocieszona tym faktem, idzie do pokoju chorego, swego podopiecznego. Z wyrazem skupienia na twarzy, odlicza 37 sztuk makaronów, dodaje 3 łyżki oleju i karmi tym pacjenta. Mario krztusi się i kaszle resztkami swoich płuc zniszczonych przez długoletnie palenie. Dźwięki, jakie przy tym wydaje są przerażające, a widok jego przekrwionej twarzy i wysadzonych z orbit oczu są nie do zniesienia.

— Gdyby tak można było zamknąć na nie oczy i uszy!

Minęła godzina dwunasta. Widać, że Magda nie należy dziś do tych szczęśliwych, co to czasu nie liczą. Ciągle spod oka patrzy na zegarek. Już wie, że po włosku czas, znaczy il tempo. Niecierpliwi się:

— Matko! Dlaczego to tempo biegnie tak piano, tak pianissimo!

Znudzona, zmęczona, znajdująca się prawie u granic swojej wytrzymałości psychicznej, Magda liczy niecierpliwie:

— Jeszcze dwie godziny, jeszcze godzina…

Gdy zostają tylko minuty, kobieta dostaje skrzydeł. Wtedy tempo staje się szybkie: — presto! I wesołe: — allegro! Magda jest teraz wolna, uśmiechnięta i niesiona emocjami. Nawet nie pamięta, kiedy znalazła się w centrum miasteczka wśród kobiet, które liczą czas tak jak ona. Teraz kobiety liczą czas wspólnie, tym razem w sposób chronologiczny: dni, miesiące, lata, wieki i przełom wieków — rok 2000. Sylwester.

Sala balowa to rynek, stare uliczki, kamieniczki, podcienia, park oraz dwa bary. Miasteczko wydaje się takie przyjazne… Magda, Alina, Jola, Teodora, Stasia, Wiesia, mała Wiesia i Halinka są takie podekscytowane. Nagle uświadamiają sobie, że taki Sylwester zdarza się raz na sto lat! Są nieco podniecone.

Alinka zachwyca się wszystkim wokoło, a Magdzie jest trochę żal prawdziwego balu. Oj! Bywało się na takich, bywało! Czuje się jednak swojsko, tak jakby skądś znała te uliczki… Kobiety włóczą się do zmroku po odświętnie przystrojonym mieście. Jolka otwiera szampana w chwili, gdy duża choinka w centrum miasteczka rozbłyska tysiącem kolorowych, błyszczących świateł. Do północy jest jeszcze daleko, ale one nie mogą czekać, wkrótce kończy się im przydziałowe wolne. Piją taniego szampana z małych plastikowych kubków.

— Za nasz pobyt, za lepsze czasy! Stary rok żegnają bez większego żalu i są ufne, że 2001 będzie lepszy.

— Wierzycie w to? One w to wierzą… Ja to już dawno przestałam się łudzić! — Todka daje upust swoim emocjom i recytuje powtarzaną tu często rymowankę:

Ktoś ci powie, żeś jest w raju

A ty jesteś w obcym kraju!

Czym to państwo cię urzekło

Że przechodzisz teraz piekło?

Wszyscy są tu uśmiechnięci:

Ciao, buongiorno, arrivederci, […]

Na kolację pizza buona

— Oto obraz Makarona.

Lecz niestety tak się stało,

Za pieniędzmi nas przygnało!

Żeby z głodu nie umierać,

Trzeba tyłki im podcierać.

— Dziewczyny! Przecież dzisiaj jest Sylwester! Zlitujcie się! Nie smućcie, przerywa im Halina.

Przejeżdżający obok karabinierzy przypomnieli jej przygodę, jaką kiedyś we Włoszech przeżyła. Halinka opowiada, jak zostawiła w kabinie telefonicznej notes ze wszystkimi adresami i włoskimi kontaktami. Wtedy pracowała jeszcze nielegalnie, więc tylko czekała na deport. I faktycznie!

Siedzi z „babcią”, Jolą i Małgosią przed domem i nagle widzi nadjeżdżający samochód z napisem: Carabinieri. Jolka z Małgorzatą szybko ukryły się w pobliskiej kukurydzy, a Halinka dzielnie wytrwała na swoim posterunku, przy babci. Karabinierzy podjechali…, przywitali się, po czym, oddając jej notes, powiedzieli: saluto! I… odjechali. Halinka dotąd wierzy, że to dzięki obrazkowi, jaki miała w notatniku. Obrazkowi z padre Pio.

W tym to momencie swoją „straszną gafę” związaną z ojcem Pio przypomniała sobie Magda. Przez chwilę wahała się, czy może w tym towarzystwie żartować z takiej osoby, ale doszły ją słuchy, że gdy Pio był młody, wcale nie był taki święty. Więc opowiada.

Zaraz na początku swego pobytu we Włoszech poszła do Stasi, znajomej Polki. Stasia, czyli po tutejszemu Stella, pomagała Madzi, wspierała ją psychicznie, chociaż sama była wtedy chora. Magda jest jej za tę pomoc do dziś wdzięczna. Nie umiała jeszcze dobrze mówić po włosku, więc zagadywała jak potrafiła, aby zaprzyjaźnić się z pacjentką Stelli, Anną.

— To są pewnie pani wnuki? — Wskazuje wzrokiem i gestem na portreciki dzieci. A to jest pani mąż? — Magda wpatruje się w portret brodatego mężczyzny i oczekuje potwierdzenia. Stella zaniemówiła, aby po chwili wykrztusić ze zgrozą.

— Magda! Nie wygłupiaj się! Przecież to jest ich Padre Pio. Pani Anna pochodzi z Południa gdzie Pio od dawna był traktowany jak święty!

Jolka opowiedziała zaś swoją przygodę, tym razem językową. Włosi są zawsze bardzo uprzejmi i zawsze z kurtuazją wypytują o rodzinę.

— W Polsce mam dwoje dorosłych dzieci — odpowiada Jola na ich pytania.

— Mój mąż od dawna nie żyje.

— A dzieci są finansate? (zaręczone?) — Dopytuje się syn podopiecznej.

— Nie. Nie, nie — to ja finansuję wszystko!

Koniec balu, koniec wychodnego. No i tak kobiety kończą nietypowy bal na uliczkach włoskiego miasteczka wzajemnie wsparte i będące już w trochę lepszych nastrojach.

Przy następnej nadarzającej się okazji rozmawiam z Teodorą, bo zapamiętałam jej pesymistyczny toast Sylwestrowy. Todzia jest we Włoszech już osiem lat. Wyjechała w dramatycznej sytuacji, bo jak inaczej matka mogłaby zostawić takie małe dziecko. Pokazuje zdjęcie córeczki. Widziałam wiele zdjęć dzieci, ale to szczególnie przyciąga moją uwagę. Widzę na nim blondyneczkę o dużych, bardzo jasnych, wyrazistych oczach. Pierwszy raz Teodora wyjechała, kiedy Asia miała trzy latka. Teraz ma jedenaście, dorasta, potrzebuje matki.

— Powiem wam… Jak sobie pomyślę, że moja Aśka nie ma nikogo, do kogo mogłaby się pożalić, że ją boli brzuch, że jej na buzi wyskoczył pryszcz. To chce mi się wyć, mówi, a głos się jej łamie.

Kobiety myślą teraz tylko o swoich dzieciach. To widać wyraźnie.

Anna wyjechała, gdy młodszy syn miał dopiero 6 lat. Teraz ma już 16. Marzena przyjechała tylko na miesiąc, aby zarobić na komunię synka. Grażyna ma aż sześcioro dzieci, w tym czworo jeszcze w podstawówce. Szczęśliwsze są te kobiety, które mają już dorosłe dzieci, ale one za to tęsknią za wnukami.

Już w Polsce pytam koleżankę:

— Znasz Todzię? — Poznałam ją we Włoszech.

— Interesuje cię Teodora, która mieszka w moim bloku? Wiesz… Przecież to jest zwyczajna baba.

Przeczuwałam, że ona tak powie.

— Widocznie inaczej patrzymy na ludzi — stwierdzam i wracam myślami do Italii.

Todka jest dobrze zbudowana, krępa, ma szarą cerę, do urodziwych raczej nie należy. To taka baba, zwyczajna baba. Jednak ja patrzę na ludzi inaczej i widzę jej charakter. Widzę siłę, która pozwoliła jej przetrwać tyle lat, z dala od rodziny i od kraju. Siłę charakteru, która przyciąga do niej inne osoby. Teodora jest silna, praktyczna i trzeźwo myśląca. Umie się dogadać z tutejszymi ludźmi. Ostatnio załatwia pracę — tym razem dla mężczyzn, przy zbiorach owoców. Zdarza się, że z życzliwością doradza i poucza o prawach pracowniczych. W tym wszystkim jest bezinteresowna, a obecnie to rzadkość. Tak wtedy o niej myślałam i czekałam, kiedy też Teodora założy prawdziwe związki zawodowe; związki opiekunek dla osób starszych, czyli badante i związki pracowników rolnych.

Na uliczkach miasteczka często można spotkać snujące się bez celu Polki. Teraz te dziwne turystki idą ulicą Lenina wcale nie zastanawiając się nad tą kontrowersyjną postacią. Podziwiają też inne uliczki, i starówkę z XVII wieku, podcienia i kamieniczki o swojskim wyglądzie. Fotografują się. Tym razem pod pomnikiem z drugiej wojny światowej, z wyrytymi nazwami polskich miast. Wiedzą już, że to polscy żołnierze oddali życie za wyzwolenie Italii. Jest styczeń, bardzo zimno — muszą chodzić. Podświadomie podążają za Teodorą. Ona jest niczym przywódczyni stada, myślę idąc za nimi.

— Todziu — zagaduje Magda — już nie mogę wytrzymać z tą moją seniorą. To jędza!

— Oj! Nie przejmuj się tak, one wszystkie (w tym miejscu pada znane miejscowym słynne słowo, zakręt, używane tu częściej niż w Kraju) Coś ty! Myślisz może, że za drugim, trzecim razem będzie ci lżej? Wiedz, że teraz wszystko jest dla ciebie ciekawe i nowe, oglądasz, podziwiasz i czas leci. Potem zostanie ci tylko codzienna monotonia i tęsknota za domem.

Weźmy chociażby język. Poznasz trochę słów, powiesz parę krótkich zdań i jesteś pewna, że już go znasz. To tak jak początkujący kierowca w czasie pierwszych jazd, wpadasz w euforię. Po jakimś czasie mówisz: wiem, że nic nie wiem. Później dowiaduję się jak prawdziwe są te twierdzenia i także to, że każda praca ma swojego „zajoba”.

Danka pokazuje sińce — dostała od swojej podopiecznej laską. Zosia jest zgorszona, bo Franco, stary kawaler, podnieca się przy niej, onanizuje i proponuje jej małżeństwo. Nie może się od niego opędzić.

Zauważam też, że Teodora, chociaż przeważnie podtrzymuje na duchu, potrafi także sprowadzić kobiety na ziemię.

— Proszę, poradźcie! Co mam z tym robić? — Wyrzuca to z siebie nie czekając jednak na radę.

Często trzeba dźwigać ciężar ponad siły, zmieniać pieluchy; ale to drobiazg, małe piwo, przy problemach psychicznych pacjentów. Jola ostatnio przeżyła szok, bo jej pacjentka w depresji, usiłowała podciąć sobie żyły.

Może nie tak drastyczne, ale najczęściej spotykane jest chorobliwe skąpstwo. Mariola, kobieta lubiana tutaj i o cechach przywódczych tak, jak Todzia — z niezwykłą wyrozumiałością tłumaczy swoich chlebodawców:

— Kobiety, nie dziwcie się, oni na pewno kiedyś przeżyli straszny głód. Na dodatek starszy człowiek boi się, że mu zabraknie jedzenia, boi się, kto mu zrobi zakupy, bo on jest na to za stary i za słaby. Mariola radzi, aby sobie wyobrazić, że ktoś obcy jest w naszym domu, musimy z nim mieszkać, spać i jeść…

Właściwie to ja nie mogę sobie tego wyobrazić… Odkrywam jak ważne są te rozmowy i także to, że zebrane w parku kobiety stanowią swoistą grupę terapeutyczną.

Przykłady wzajemnego wspierania i pomocy są tu częste. Cieszy fakt, że stosunkowo mało jest wśród Polek nieuczciwej konkurencji, czyli „podkładania świni”. Jednak takie przypadki się zdarzają. Na przykład Zofia płacze, bo Maria J. wygryzła ją z pracy. Zosia uważała, że Marysia za bardzo Włoszce podchlebiała i podlizywała się, przecież są granice schlebiania czyjejś próżności.

Natomiast Janina jest bardzo wdzięczna Irenie W. Kiedyś pracowała u rodziny w Rzymie. Niestety, zwyczaje tej rodziny nie mieściły się jej w głowie, bo daleko odbiegały od szeroko rozumianej normalności. Ścierpiała wszystko, łapanie pyłków w powietrzu, czyli przywiązywanie zbyt dużej wagi do porządków, próżniacze uwielbienie tubylców dla siebie i grymaszenie przy stole. Ale, gdy kiedyś Włoszka zaprowadziła Jaśkę do łazienki. Tam na środku stał jej mąż z „klejnotami” na wierzchu. Włoszka kazała umyć Jasi jego genitalia rozłożone na srebrnej tacy, kobieta nie zniosła tego i uciekła. Znalazła się na ulicy. Właśnie wtedy pomogła jej Irena, nakarmiła i dała kąt do spania.

Podobnie Teresa z Zamościa. Pomogła Marii. Marysia, uciekła od psychicznie chorego i znalazła się na ulicy, a raczej w parku. Teresa podzieliła się z Marią łóżkiem, posiłkiem i wszystkim, czym mogła, wspierając ją także psychicznie, bo kobieta przeżyła wielki stres. Takich wspaniałych postaw mogłabym przytoczyć jeszcze więcej.

Wanda, subtelna i wrażliwa osoba z artystyczną duszą, napisała w podobnej sytuacji wiersz:


Jakoś czas leci, dzionków ubywa

Niedługo przyjdzie mi się pakować,

Lecz przed odjazdem, chciałabym jeszcze,

Za wszystko Iruś ci podziękować.[…]

Będę serdecznie cię wspominała

Bo… niejedną chwilę mi umiliłaś.

A kiedy głodna byłam ogromnie,

To ty — kurczakiem mnie nakarmiłaś.

Pamiętam każdy szczegół dokładnie,

Gdy rozwiewałaś moje smutki.

Gdy tak serdecznie się śmiałyśmy

Kiedy dolałam mleka do wódki.

Za telefony też ci dziękuję

Bo to był balsam na moje serce.

Bardzo stęsknione i udręczone,

Na takiej służbie, na poniewierce.[…]

Za to, żeś pomóc była gotowa,

Przyjmij serdeczne podziękowania.

Dobra Irenko z Wasilkowa.[…]


Następna styczniowa niedziela. Jest jak na te okolice, bardzo zimno. Poniżej sześciu stopni mrozu, nie można tu długo wysiedzieć na zewnątrz. Kobiety idą do kawiarni. Pretekstem są urodziny Halinki. Amadeo stawia wino. To miejscowy chłop, który pomaga Polkom, wydaje się, że całkiem bezinteresownie. Halinka opiekowała się jego teściem, aż do samej śmierci i on jest jej za to bardzo wdzięczny. Była to jej pierwsza praca w tych okolicach, więc się szczególnie starała i poświęcała. Kobiety mówią po polsku — bez obaw — Amadeo i tak nie zrozumie! Paplają — trzy po trzy…

Piękna Aneta kocha gotować. Opowiada jak kiedyś robiła bigos. Gotując, podawała włoskiej rodzinie przepis tego nieznanego we Włoszech dania.

— Dam kapustę…, potem mięso, trochę wina. — Zaciekawiony potrawą podopieczny, dopytuje się:

— Cebulę dasz?

— Tak.

— A pomidory?

— Tak.

Dasz makaron…

— Jak? Przecież makaronu do bigosu się nie daje!

— Makaronu się nie daje… No to nie będę jadł! — Odrzekł na to stary makaroniarz.

Śmieją się… A potem znów wspominają życiowe dramaty.

— Kobitki… Znałyście Lucynę Jurgiewiczową? — dopytuje się Magda.

Kilka osób ją znało. Była sanitariuszką w szpitalu. Jej bezrobotny mąż popijał, zalegali z czynszem i musieli przenieść się do kawalerki. Wszyscy. Córka z mężem i dzieckiem też.

— Najmłodsza, Karolinka ma teraz jedenaście lat, jeśli dobrze pamiętam — dalej opowiada Magda.

— I co się stało? — Zainteresowała się Zosia.

— A co w tym naszym biednym kraju mogło się stać? Przeprowadzka nie pomogła, popadli w długi, musiała wyjechać. Nie miała pracy, koczowała na Placu Garibaldiego w strasznych warunkach. Gdy już wreszcie podłapała pracę, była taka szczęśliwa… Było upalne lato. Tu jest gorąco, a co dopiero tam w Neapolu… Słyszałam, że prała ręcznie, nachyliła się nad wanną i koniec. Chyba wylew. Leży na cmentarzu w San Giuseppe, rodziny nie było stać na sprowadzenie do Polski zwłok.

— Szkoda kobiety, przecież była jeszcze taka młoda! — Wzdychają.

Amadea interesuje inna sprawa.

— Powiedzcie mi kobiety, dlaczego wasi mężczyźni tu nie przyjeżdżają? Gdzie oni są, co robią?

Dla dużej części pracujących tu „dziewczyn” to nie było taktowne pytanie, nie chcą o tym mówić. Większość to wdowy, reszta ma jakieś rodzinne problemy…, a tak naprawdę, to bieda i bezrobocie w Polsce to jest główny powód ich pobytu.

— Słyszałam, że ty Magda dobrze żyjesz z mężem. Coś mi tu nie pasuje. A tak naprawdę…, dlaczego tu jesteś? — pyta się jak zawsze dociekliwa Mariola.

— No właśnie, dlaczego? — Magda milczy.

Halinka była w tych okolicach jedną z pierwszych Polek.

— Myślałam, że to ty byłaś pierwsza — mówi po dołączeniu do naszego towarzystwa Magda.

— Nie! Pierwsza była Joanna, no wiesz… mówią na nią Giovanna — wyjaśnia Halinka.

— Ta kobieta, co załatwia pracę? Z Rzeszowa? — Halinka pilnie potakuje i przypomina koleżankom, że mają z Giovanną żyć w zgodzie, bo pośrednio to dzięki niej tu są.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 38.7