E-book
13.65
drukowana A5
38.92
Szare madonny

Bezpłatny fragment - Szare madonny

wydanie II rozszerzone


Objętość:
177 str.
ISBN:
978-83-8104-759-3
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 38.92

Moja pamięć


[…] wyjawia tylko pierwsze z brzegu twarze,

tymczasem reszta w prześlepienie idzie,

w niepomyślenie […]


Wisława Szymborska „Wielka liczba”

Słowo wstępne

Gdyby teraz ktoś napisał taką książkę, to miałaby chyba tytuł „Nieznośna ciężkość bytu” — powiedziała jedna z bohaterek „Szarych madonn”. Czyżby czuła, że to, co przeżywa na emigracji, jest godne pióra? Czytelnicy pierwszego wydania w swej większości uznali, że temat jest ważny. Dla niektórych emigrantek jest jednak tak bolesny, że chciałyby o tych czasach zapomnieć. Ukryć przeżycia głęboko, by potem w kraju być kimś zupełnie innym. Osobiście postępuję tak, aby traumę odreagować, przeanalizować, wyrzucić z siebie. Wiem, że w przeciwnym razie będzie mnie gryźć od środka, niszczyć. Chcę, aby moi bohaterowie i identyfikujący się z nimi czytelnicy wiedzieli, że nie są odpowiedzialni za brak dla nich pracy i nie ma nic wstydliwego w fakcie, że tę pracę znaleźli za granicą. To nie ich wina, że mają nerwice i inne problemy. W krajach z dobrą opieką społeczną i medyczną nie byliby odrzuceni i wykluczeni.

Patrząc na tę książkę ktoś może powiedzieć, że emigracja zarobkowa, jak świat długi i szeroki, jest i była. Musi jednak przyznać, że ten problem zawsze bulwersował i był w literaturze często opisywany. Moje bohaterki różną się od dotąd opisywanych tym, że one musiały zostawić w domu małe dzieci. Są mądre — nie tylko życiowo — i bardzo wrażliwe. Zastanawiam się, czy nadwrażliwość to wada w świecie, gdzie emocje spływają po ludziach jak woda po deszczu. Opisuję rzeczywistość. Robię to zamiast siedzieć i płakać nad brakiem w kraju pracy, bezpieczeństwa socjalnego, nad coraz większą znieczulicą. Uświadamiam problemy. Walczę w ten sposób o zmiany. Na tym etapie życia tylko to mogę dla ludzi zrobić. Moi bohaterowie są oryginalni, ale mają też problemy takie, jak tysiące innych ludzi, więc każdy może odnaleźć w tej książce cząstkę swego losu.

Wyjawione twarze

Słoneczne miasteczko na północy Włoch. Taki malutki Rzym. Wąskie, okolone starymi kamieniczkami uliczki, zawsze prowadzą w kierunku centrum. Są tu dwa kościoły i średniowieczna starówka z pięknymi podcieniami. Na uboczu, przy ulicy 1-go Maja stoi niewielki domek. To do tego domku przyjechała Polka. Szare, betonowe podwórko nie należy do pięknych. Z okna domku widać tylko ogołocone, niemal martwe drzewo. Jest ono oplątane żywym bluszczem. Bluszcz pnie się po nim tak, jakby chciał dosięgnąć nieba. Jest zima, drzewo nie ma liści, a bluszcz to jedyna zieleń jaką Magda ogląda. Nigdy takiego ogromnego bluszczu nie widziała. Jego seledynowa zieleń, to jej pielęgnowane starannie domowe doniczki podniesione do potęgi entej. Bluszcz jest dla niej żywy, zielony i piękny. Często patrzy na niego. Naraz widzi jak do drzewa podchodzi mężczyzna z piłą. Jest z nim gospodyni domu. Mężczyzna włącza piłę i obcina bluszcz u samego podłoża. A zaskoczona Magda krzyczy:

— Seniora! Przestańcie! Przestańcie! — To straszne, ale jej zieleń ma już podcięte korzenie.

Włoszka na swój sposób pociesza Magdę:

— No… Nie płacz głupia, ten bluszcz to pasożyt — zbędna rzecz!

Magda nieśmiało podchodzi do drzewa i ogląda podciętą, poranioną roślinę.

Nagle odkrywa, że jeszcze nie wszystkie pnącza są zniszczone. Pocieszona tym faktem, idzie do pokoju chorego, swego podopiecznego. Z wyrazem skupienia na twarzy, odlicza 37 sztuk makaronów, dodaje 3 łyżki oleju i karmi tym pacjenta. Mario krztusi się i kaszle resztkami swoich płuc zniszczonych przez długoletnie palenie. Dźwięki, jakie przy tym wydaje są przerażające, a widok jego przekrwionej twarzy i wysadzonych z orbit oczu są nie do zniesienia.

— Gdyby tak można było zamknąć na nie oczy i uszy!

Minęła godzina dwunasta. Widać, że Magda nie należy dziś do tych szczęśliwych, co to czasu nie liczą. Ciągle spod oka patrzy na zegarek. Już wie, że po włosku czas, znaczy il tempo. Niecierpliwi się: — Dlaczego to tempo biegnie tak piano, tak pianissimo!

Znudzona, zmęczona, znajdująca się prawie u granic swojej wytrzymałości psychicznej, Magda liczy niecierpliwie:

— Jeszcze dwie godziny, jeszcze godzina…

Gdy zostają tylko minuty, kobieta dostaje skrzydeł. Wtedy tempo staje się szybkie: — presto! I wesołe: — allegro! Magda jest teraz wolna, uśmiechnięta i niesiona emocjami. Nawet nie pamięta, kiedy znalazła się w centrum miasteczka wśród kobiet, które liczą czas tak jak ona. Teraz kobiety liczą czas wspólnie, tym razem w sposób chronologiczny: dni, miesiące, lata, wieki i przełom wieków — rok 2000. Sylwester.

Sala balowa to rynek, stare uliczki, kamieniczki, podcienia, park oraz dwa bary. Miasteczko wydaje się takie przyjazne… Magda, Alina, Jola, Teodora, Stasia, Wiesia, mała Wiesia i Halinka są takie podekscytowane. Nagle uświadamiają sobie, że taki Sylwester zdarza się raz na sto lat! Są nieco podniecone.

Alinka zachwyca się wszystkim wokoło, a Magdzie jest trochę żal prawdziwego balu. Oj! Bywało się na takich, bywało! Czuje się jednak swojsko, tak jakby skądś znała te uliczki… Kobiety włóczą się do zmroku po odświętnie przystrojonym mieście. Jolka otwiera szampana w chwili, gdy duża choinka w centrum miasteczka rozbłyska tysiącem kolorowych, błyszczących świateł. Do północy jest jeszcze daleko, ale one nie mogą czekać, wkrótce kończy się im przydziałowe wolne. Piją taniego szampana z małych plastikowych kubków.

— Za nasz pobyt, za lepsze czasy! Stary rok żegnają bez większego żalu i są ufne, że 2001 będzie lepszy.

— Wierzycie w to? One w to wierzą… Ja to już dawno przestałam się łudzić! — Todka daje upust swoim emocjom i recytuje powtarzaną tu często rymowankę:

Ktoś ci powie, żeś jest w raju

A ty jesteś w obcym kraju!

Czym to państwo cię urzekło

Że przechodzisz teraz piekło?

Wszyscy są tu uśmiechnięci:

Ciao, buongiorno, arrivederci, […]

Na kolację pizza buona

— Oto obraz Makarona.

Lecz niestety tak się stało,

Za pieniędzmi nas przygnało!

Żeby z głodu nie umierać,

Trzeba tyłki im podcierać.


— Dziewczyny! Przecież dzisiaj jest Sylwester! Zlitujcie się! Nie smućcie, przerywa im Halina.

Przejeżdżający obok karabinierzy przypomnieli jej przygodę, jaką kiedyś we Włoszech przeżyła. Halinka opowiada, jak zostawiła w kabinie telefonicznej notes ze wszystkimi adresami i włoskimi kontaktami. Wtedy pracowała jeszcze nielegalnie, więc tylko czekała na deport. I faktycznie!

Siedzi z „babcią”, Jolą i Małgosią przed domem i nagle widzi nadjeżdżający samochód z napisem: Carabinieri. Jolka z Małgorzatą szybko ukryły się w pobliskiej kukurydzy, a Halinka dzielnie wytrwała na swoim posterunku, przy babci. Karabinierzy podjechali…, przywitali się, po czym, oddając jej notes, powiedzieli: saluto! I… odjechali. Halinka dotąd wierzy, że to dzięki obrazkowi, jaki miała w notatniku. Obrazkowi z padre Pio.

W tym to momencie swoją „straszną gafę” związaną z ojcem Pio przypomniała sobie Magda. Przez chwilę wahała się, czy może w tym towarzystwie żartować z takiej osoby, ale doszły ją słuchy, że gdy Pio był młody, wcale nie był taki święty. Więc opowiada.

Zaraz na początku swego pobytu we Włoszech poszła do Stasi, znajomej Polki. Stasia, czyli po tutejszemu Stella, pomagała Madzi, wspierała ją psychicznie, chociaż sama była wtedy chora. Magda jest jej za tę pomoc do dziś wdzięczna. Nie umiała jeszcze dobrze mówić po włosku, więc zagadywała jak potrafiła, aby zaprzyjaźnić się z pacjentką Stelli, Anną.

— To są pewnie pani wnuki? — Wskazuje wzrokiem i gestem na portreciki dzieci. A to jest pani mąż? — Magda wpatruje się w portret brodatego mężczyzny i oczekuje potwierdzenia. Stella zaniemówiła, aby po chwili wykrztusić ze zgrozą.

— Magda! Nie wygłupiaj się! Przecież to jest ich Padre Pio. Pani Anna pochodzi z Południa gdzie Pio od dawna był traktowany jak święty!

Jolka opowiedziała zaś swoją przygodę, tym razem językową. Włosi są zawsze bardzo uprzejmi i zawsze z kurtuazją wypytują o rodzinę.

— W Polsce mam dwoje dorosłych dzieci — odpowiada Jola na ich pytania.

— Mój mąż od dawna nie żyje.

— A dzieci są finansate? (zaręczone?) — Dopytuje się syn podopiecznej.

— Nie. Nie, nie — to ja finansuję wszystko!

Koniec balu, koniec wychodnego. No i tak kobiety kończą nietypowy bal na uliczkach włoskiego miasteczka wzajemnie wsparte i będące już w trochę lepszych nastrojach.

Przy następnej nadarzającej się okazji rozmawiam z Teodorą, bo zapamiętałam jej pesymistyczny toast Sylwestrowy. Todzia jest we Włoszech już osiem lat. Wyjechała w dramatycznej sytuacji, bo jak inaczej matka mogłaby zostawić takie małe dziecko. Pokazuje zdjęcie córeczki. Widziałam wiele zdjęć dzieci, ale to szczególnie przyciąga moją uwagę. Widzę na nim blondyneczkę o dużych, bardzo jasnych, wyrazistych oczach. Pierwszy raz Teodora wyjechała, kiedy Asia miała trzy latka. Teraz ma jedenaście, dorasta, potrzebuje matki.

— Powiem wam… Jak sobie pomyślę, że moja Aśka nie ma nikogo, do kogo mogłaby się pożalić, że ją boli brzuch, że jej na buzi wyskoczył pryszcz. To chce mi się wyć — mówi, a głos się jej łamie.

Kobiety myślą teraz tylko o swoich dzieciach…

Anna wyjechała, gdy młodszy syn miał dopiero 6 lat. Teraz ma już 16. Marzena przyjechała tylko na miesiąc, aby zarobić na komunię synka. Grażyna ma aż sześcioro dzieci, w tym czworo jeszcze w podstawówce. Szczęśliwsze są te kobiety, które mają już dorosłe dzieci, ale one za to tęsknią za wnukami.

Już w Polsce pytam koleżankę:

— Znasz Todzię? — Poznałam ją we Włoszech.

— Interesuje cię Teodora, która mieszka w moim bloku? Wiesz… Przecież to jest zwyczajna baba.

Przeczuwałam, że ona tak powie.

— Widocznie inaczej patrzymy na ludzi — stwierdzam i wracam myślami do Italii.

Todka jest dobrze zbudowana, krępa, ma szarą cerę, do urodziwych raczej nie należy. To taka baba, zwyczajna baba. Jednak ja patrzę na ludzi inaczej i widzę jej charakter. Widzę siłę, która pozwoliła jej przetrwać tyle lat, z dala od rodziny i od kraju. Siłę charakteru, która przyciąga do niej inne osoby. Teodora jest silna, praktyczna i trzeźwo myśląca. Umie się dogadać z tutejszymi ludźmi. Ostatnio załatwia pracę — tym razem dla mężczyzn, przy zbiorach owoców. Zdarza się, że z życzliwością doradza i poucza o prawach pracowniczych. W tym wszystkim jest bezinteresowna, a obecnie to rzadkość. Tak wtedy o niej myślałam i czekałam, kiedy też Teodora założy prawdziwe związki zawodowe; związki opiekunek dla osób starszych, czyli badante i związki pracowników rolnych.

Na uliczkach miasteczka często można spotkać snujące się bez celu Polki. Teraz te dziwne turystki idą ulicą Lenina wcale nie zastanawiając się nad tą kontrowersyjną postacią. Podziwiają też inne uliczki, i starówkę z XVII wieku, podcienia i kamieniczki o swojskim wyglądzie. Fotografują się. Tym razem pod pomnikiem z drugiej wojny światowej, z wyrytymi nazwami polskich miast. Wiedzą już, że to polscy żołnierze oddali życie za wyzwolenie Italii. Jest styczeń, bardzo zimno — muszą chodzić. Podświadomie podążają za Teodorą. Ona jest niczym przywódczyni stada, myślę idąc za nimi.

— Todziu — zagaduje Magda — już nie mogę wytrzymać z tą moją seniorą. To jędza!

— Oj! Nie przejmuj się tak, one wszystkie (w tym miejscu pada znane miejscowym słynne słowo, zakręt, używane tu częściej niż w Kraju) Coś ty! Myślisz może, że za drugim, trzecim razem będzie ci lżej? Wiedz, że teraz wszystko jest dla ciebie ciekawe i nowe, oglądasz, podziwiasz i czas leci. Potem zostanie ci tylko codzienna monotonia i tęsknota za domem.

Weźmy chociażby język. Poznasz trochę słów, powiesz parę krótkich zdań i jesteś pewna, że już go znasz. To tak jak początkujący kierowca w czasie pierwszych jazd, wpadasz w euforię. Po jakimś czasie mówisz: wiem, że nic nie wiem. Później dowiaduję się jak prawdziwe są te twierdzenia i także to, że każda praca ma swojego „zajoba”.

Danka pokazuje sińce — dostała od swojej podopiecznej laską. Zosia jest zgorszona, bo Franco, stary kawaler, podnieca się przy niej, onanizuje i proponuje jej małżeństwo. Nie może się od niego opędzić.

Zauważam też, że Teodora, chociaż przeważnie podtrzymuje na duchu, potrafi także sprowadzić kobiety na ziemię.

— Proszę, poradźcie! Co mam z tym robić? — Wyrzuca to z siebie nie czekając jednak na radę.

Często trzeba dźwigać ciężar ponad siły, zmieniać pieluchy; ale to drobiazg, małe piwo, przy problemach psychicznych pacjentów. Jola ostatnio przeżyła szok, bo jej pacjentka w depresji, usiłowała podciąć sobie żyły.

Może nie tak drastyczne, ale najczęściej spotykane jest chorobliwe skąpstwo.

Mariola, kobieta o cechach przywódczych i lubiana tutaj, z niezwykłą wyrozumiałością tłumaczy swoich chlebodawców:

— Babki, nie dziwcie się, oni na pewno kiedyś przeżyli straszny głód. Na dodatek starszy człowiek boi się, że mu zabraknie jedzenia, boi się, kto mu zrobi zakupy, bo on jest na to za stary i za słaby. Mariola radzi, aby sobie wyobrazić, że ktoś obcy jest w naszym domu, musimy z nim mieszkać, spać i jeść…

Właściwie to ja nie mogę sobie tego wyobrazić… Odkrywam jak ważne są te rozmowy i także to, że zebrane w parku kobiety stanowią swoistą grupę terapeutyczną.

Przykłady wzajemnego wspierania i pomocy są tu częste. Cieszy fakt, że stosunkowo mało jest wśród Polek nieuczciwej konkurencji, czyli „podkładania świni”. Jednak takie przypadki się zdarzają. Na przykład Zofia płacze, bo Maria J. wygryzła ją z pracy. Zosia uważała, że Marysia za bardzo Włoszce podchlebiała i podlizywała się, przecież są granice schlebiania czyjejś próżności.

Natomiast Janina jest bardzo wdzięczna Irenie W. Kiedyś pracowała u rodziny w Rzymie. Niestety, zwyczaje tej rodziny nie mieściły się jej w głowie, bo daleko odbiegały od szeroko rozumianej normalności. Ścierpiała wszystko, łapanie pyłków w powietrzu, czyli przywiązywanie zbyt dużej wagi do porządków, próżniacze uwielbienie tubylców dla siebie i grymaszenie przy stole. Ale, gdy kiedyś Włoszka zaprowadziła Jaśkę do łazienki. Tam na środku stał jej mąż z „klejnotami” na wierzchu. Włoszka kazała umyć Jasi jego genitalia rozłożone na srebrnej tacy, kobieta nie zniosła tego i uciekła. Znalazła się na ulicy. Właśnie wtedy pomogła jej Irena, nakarmiła i dała kąt do spania.

Podobnie Teresa z Zamościa. Pomogła Marii. Marysia, uciekła od psychicznie chorego i znalazła się na ulicy, a raczej w parku. Teresa podzieliła się z Marią łóżkiem, posiłkiem i wszystkim, czym mogła, wspierając ją także duchowo, bo kobieta przeżyła wielki stres. Takich wspaniałych postaw mogłabym przytoczyć jeszcze więcej.

Wanda, subtelna i wrażliwa osoba z artystyczną duszą, napisała w podobnej sytuacji wiersz:

Jakoś czas leci, dzionków ubywa

Niedługo przyjdzie mi się pakować,

Lecz przed odjazdem, chciałabym jeszcze,

Za wszystko Iruś ci podziękować. […]

Będę serdecznie cię wspominała

Bo… niejedną chwilę mi umiliłaś.

A kiedy głodna byłam ogromnie,

To ty — kurczakiem mnie nakarmiłaś.

Pamiętam każdy szczegół dokładnie,

Gdy rozwiewałaś moje smutki.

Gdy tak serdecznie się śmiałyśmy

Kiedy dolałam mleka do wódki.

Za telefony też ci dziękuję

Bo to był balsam na moje serce.

Bardzo stęsknione i udręczone,

Na takiej służbie, na poniewierce. […]

Za to, żeś pomóc była gotowa,

Przyjmij serdeczne podziękowania.

Dobra Irenko z Wasilkowa. […]


Następna styczniowa niedziela. Jest jak na te okolice, bardzo zimno. Poniżej sześciu stopni mrozu, nie można tu długo wysiedzieć na zewnątrz. Kobiety idą do kawiarni. Pretekstem są urodziny Halinki. Amadeo stawia wino. To miejscowy chłop, który pomaga Polkom, wydaje się, że całkiem bezinteresownie. Halinka opiekowała się jego teściem, aż do samej śmierci i on jest jej za to bardzo wdzięczny. Była to jej pierwsza praca w tych okolicach, więc się szczególnie starała i poświęcała. Kobiety mówią po polsku — bez obaw — Amadeo i tak nie zrozumie! Paplają — trzy po trzy…

Piękna Aneta kocha gotować. Opowiada jak kiedyś robiła bigos. Gotując, podawała włoskiej rodzinie przepis tego nieznanego we Włoszech dania.

— Dam kapustę…, potem mięso, trochę wina. — Zaciekawiony potrawą podopieczny, dopytuje się:

— Cebulę dasz?

— Tak.

— A pomidory?

— Tak.

Dasz makaron…

— Jak? Przecież makaronu do bigosu się nie daje!

— Makaronu się nie daje… No to nie będę jadł! — Odrzekł na to stary makaroniarz.

Śmieją się… A potem znów wspominają życiowe dramaty.

— Kobitki… Znałyście Lucynę Jurgiewiczową? — dopytuje się Magda.

Kilka osób ją znało. Była sanitariuszką w szpitalu. Jej bezrobotny mąż popijał, zalegali z czynszem i musieli przenieść się do kawalerki. Wszyscy. Córka z mężem i dzieckiem też.

— Najmłodsza, Karolinka ma teraz jedenaście lat, jeśli dobrze pamiętam — dalej opowiada Magda.

— I co się stało? — Zainteresowała się Zosia.

— A co w tym naszym biednym kraju mogło się stać? Przeprowadzka nie pomogła, popadli w długi, musiała wyjechać. Nie miała pracy, koczowała w Neapolu na Placu Garibaldiego w strasznych warunkach. Gdy już wreszcie podłapała pracę, była taka szczęśliwa… Było upalne lato. Tu jest gorąco, a co dopiero tam. Słyszałam, że prała ręcznie, nachyliła się nad wanną i koniec. Chyba wylew. Leży na cmentarzu w San Giuseppe, rodziny nie było stać na sprowadzenie do Polski zwłok.

— Szkoda kobiety, przecież była jeszcze taka młoda! — Wzdychają.

Amadea interesuje inna sprawa.

— Powiedzcie mi kobiety, dlaczego wasi mężczyźni tu nie przyjeżdżają? Gdzie oni są, co robią?

Dla dużej części pracujących tu „dziewczyn” to nie było taktowne pytanie, nie chcą o tym mówić. Większość to wdowy, reszta ma jakieś rodzinne problemy…, a tak naprawdę, to bieda i bezrobocie w Polsce to jest główny powód ich pobytu.

— Słyszałam, że ty Magda dobrze żyjesz z mężem. Coś mi tu nie pasuje. A tak naprawdę…, dlaczego tu jesteś? — pyta się jak zawsze dociekliwa Mariola.

— No właśnie, dlaczego? — Magda milczy.

Halinka była w tych okolicach jedną z pierwszych Polek.

— Myślałam, że to ty byłaś pierwsza — mówi po dołączeniu do tego towarzystwa Magda.

— Nie! Pierwsza była Joanna, no wiesz… mówią na nią Giovanna — wyjaśnia Halinka.

— Ta kobieta, co załatwia pracę? Z Rzeszowa? — Halinka pilnie potakuje i przypomina koleżankom, że mają z Giovanną żyć w zgodzie, bo pośrednio to dzięki niej tu są.

Halinka jest średniego wzrostu, ma ciemne kręcone włosy i granatowe, zawsze roześmiane oczy. Kiedyś widzę ją, jak się krząta przy pracy, jak dźwiga ciężką staruszkę i dziwię się — ależ ona jest silna! A mnie się wydawało, że jest za drobna i za delikatna na taką ciężką pracę. Jest ładna, niestety nie widać po niej tej pewności siebie, która cechuje piękne i spełnione kobiety.

— Halina! W jaki sposób znalazłaś takie wspaniałe miejsce? Ludzie są tu tacy jak u nas na Podkarpaciu: uczciwi, życzliwi i prości. Czy musiałam jechać na drugi koniec Europy, aby natrafić na bratnie dusze? Czuję z poznanymi tu ludźmi jakąś wspólnotę duchową i mam wrażenie, że rozumiemy się bez słów — zwierza się Magda.

Halinka zaś opowiada jak to w roku 1988, kiedy straciła w Polsce pracę i nadzieję na jej znalezienie, zaczynała od bawienia dzieci na południu Włoch. Wzorem tubylców kieruje palec wskazujący w dół i mówi: giu’. Potem opowiada, ile tam przeszła, jak przeżywała, kiedy mały Luka o mały włos się przy niej nie udławił i o tym jak marzyła o zdobyciu pracy na północy Włoch, bo tam płacą dwa razy więcej — no i jest bliżej do domu. To prawda… Na Południu jest bardzo pięknie. Teraz wspomina te pierwsze lata z nostalgią. Ale gdy tylko nadarzyła się okazja przeniesienia, zaraz z niej skorzystała. I tak już tu pracuje, i pracuje. Po czym jeździ tymi mikrobusami. I jeździ…

A mnie się wydaje, że Halina się tu osiedliła. Ma już stałą legalną pracę, pomaga innym. Bardzo pomogła siostrom. Sprowadziła tu wiele kobiet, które jeszcze nie znały języka, dokładała na telefony, poświęcała im wiele swojego czasu i zdrowia.

— Pomagam, ale dla mnie jest ważne, że moje siostry mają pracę.

— Ile masz tych sióstr Halina? — Ciekawa jest Ilde, siostra jej pacjentki.

— Mam pięć, a tutaj przyjeżdżają trzy. — Włosi nie mogą się nadziwić. Opowiadają wszystkim wokół o jej rodzinie. U nich takie liczne rodziny były, ale o całe pokolenie wcześniej i właśnie wśród tych, wymagających teraz opieki, starszych ludzi.

— Wychodzi mi, że ta przedziwna wspólnota duchowa wynika z podobieństwa rodzin — znów rozmyśla Magda.

Potem mówi, że ma nieodparte wrażenie, jakoby cofnęła się o jedno pokolenie. Wydaje się jej, że współczesna ona — to jej podopieczni pół wieku temu. Ich wspomnienia oraz wrażliwość na krzywdę i niedostatek są podobne do jej uczuć i wspomnień z biednych, powojennych lat. To takie podobne. Także pogląd na sprawy wiary. Jej światopogląd — tak jak ich — jest laicki. Niektórzy rodacy straszą ją, że pójdzie za to do piekła. Tylko, że ona nie wierzy w piekło — wierzy w bezrobocie.

Kobiety, które tu poznała, chcą się z tego bezrobocia wyrwać. Podziwia je za to. Potem porównuje sobie dalej… Druga wojna wywarła duży wpływ na tych staruszków. Istnieje ona także w świadomości Magdy. Wprawdzie zna ją tylko z opowiadań rodziców, dziadków i z historii. Jednak ta świadomość wojny jest faktem. To pewnie przez te podobieństwa tak tych starszych ludzi rozumie. Hala też. Halina jest niezwykła, dobra i wrażliwa na ciężki los kobiet. Wszyscy ją tu lubią — pacjenci, ich rodziny i koleżanki.

Raz zdarzyło się, że przyjechała Jasia. Halina czekała z włoską rodziną na stacji. Okazało się, że Jasia Włochom nie odpowiada. Ma taki szary, nijaki wygląd i nie zna po włosku ani słowa. I co tu robić? Halinka jednak umie rozmawiać i przekonywać. Rodzina ustąpiła, przyjęła Jasię, biedną kobietę, w bardzo ciężkiej sytuacji życiowej, a potem była z niej nawet zadowolona. Włosi już wiedzą, że osoby, które Halinka poleci są solidne i bardzo uczciwe. Zauważyłam też, że Polki są najbardziej cenione ze wszystkich obecnych tutaj emigrantek zarobkowych. Czasem Hala mnie zadziwia. Patrzę jak walczy o pensję, o warunki pracy i potrafi przeciwstawić się delikatnie Włochom, a Polkom też nie da sobie w kaszę dmuchać. Zna się kobieta na ludziach.

Tak jak centrum miasteczka spełniało rolę sali balowej, tak park jest tutaj salonem. Jest piękny, świeży, z tysiącem odcieni zieleni, z małym „pokoikiem” w kształcie koła w środku dużego krzewu orzecha laskowego. Tu spotykają się Polki, siadają na ławeczkach i prowadzą całkiem poważne dyskusje. Tu uczą się włoskich słów, dzielą się doświadczeniami i nawzajem się psychicznie wspierają. Zdarza się, że pomaga im w tym alkohol. I tu zaczyna się dla niektórych problem. Boję się na przykład o obydwie Wiesie.

Mała Wiesia to dusza kobieta. Wyszła za wdowca. Gdy sobie wypije, zaraz płacze i mówi.

— Wychowałam dzieci męża, a teraz muszę zostawiać swoje, jeszcze małe i tu przyjeżdżać.

Jest dobra i serdeczna. Włoszka wie, że ona pije, lecz jakoś to toleruje. Wiesia zdaje sobie sprawę, że musi sobie wypić i nie ukrywa tego.

Natomiast druga Wieśka nie wierzy, że jest uzależniona. Obserwuję ją w parku i widzę, że bez alkoholu ani rusz. Wszystkie Polki siedzą w kręgu, wokół ta zieleń o niewyobrażalnych odcieniach, jest ciepło, bo przysłowiowa włoska pogoda jak zwykle dopisuje. Powinny być na luzie, ale niektóre z nich są spięte. No właśnie… Wiesia nigdy nie jest wyluzowana. Kobiety usiłują ją zająć rozmową, opowiadają dowcipy, ciągną na pyszne włoskie lody. To na nic! Wieśka o niczym nie potrafi myśleć, oprócz alkoholu.

Utwierdza się tylko.

— Jak nie mam wolnego, piję tylko po lampce wina, więc nie jestem uzależniona!

No nie wiem — myślę. Ogarnia mnie niepokój na samo wspomnienie o losie jej dzieci, bo jej mąż też pije. Kiedyś, gdy Wieśka była tu zimą, opieka społeczna chciała jej odebrać dzieci. Przerażona, pojechała wtedy pośpiesznie do Kraju, zajęła się nimi. Niewątpliwie bardzo je kocha. Pokazuje zdjęcie swojej córeczki — już nastolatki w ładnie urządzonym, wytapetowanym pokoiku. Dziewczynka cieszy się pewnie ze świeżo kupionego komputera, który jest na pierwszym planie fotografii. Wiesia może tu być, bo w Polsce znalazła osobę, która pod jej nieobecność podjęła się opieki nad dziećmi. Tutaj jest duszą towarzystwa, wszyscy ją lubią, panowie adorują, bo jest niezwykle zgrabna i ładnie się ubiera. Pracę ma bardzo dobrą i wszystkie koleżanki jej zazdroszczą. Aż tu nagle przestaje jej się układać. Przeżyła wielki wstrząs, kiedy w nocy zobaczyła swoją chlebodawczynię martwą. To nie ona była chora, ale jej mąż. W Polsce jest powiedzenie: kto choruje? — Baba. Kto umarł? — Chłop. Czy tutaj jest odwrotnie? Wieśka zawsze podziwiała Danielę za siłę w opiece nad mężem, za umiejętność prowadzenia domu i za żywotność. A teraz pozostał tylko niezbyt kontaktujący po wylewie, Carlo. Potem przez całą zimę „dziewczyny” miały w domu Carla azyl. Po kilku miesiącach zmarł jednak i Carlo. Wieśka została bez pracy.

— A co się z nią teraz dzieje?

— Pracuje w restauracji — mówi Halina. — Ale czy to dla niej dobra praca?

I tak oto toczy się parkowe życie.

Tylko ileż można usiedzieć w parku? Ostatnio są kontrole Municipiale, a także włoscy dziennikarze bardzo interesują się Polkami. W sąsiednim mieście pokazali w lokalnym dzienniku jak kobiety… obcinają sobie w parku włosy.

Było trochę wstydu, ale Polki i tak robią to dyskretnie. Ukrainki na przykład wcale się nie krępują. Widziałam jak w parku podcinają włosy, osłaniając się białym płótnem jak u fryzjera. Dla mnie nie jest to takie dziwne, bo fryzjer tutaj kosztuje prawie dwadzieścia euro, a w dodatku straszą: tu obcinają po włosku (jednym).

Ponieważ park przestał być dla Polek azylem, więc Halinka namawia je na rowerowe wycieczki. Jeżdżą do okolicznych miejscowości oraz nad stawy, aby się wykąpać i poopalać albo na wieś, ukryć się wśród winnic i sadów. Tylko Todzia z nimi nie jeździ, bo nie potrafi.

— Nie śmiejcie się. Jak byłam mała to nie miałam roweru, rodziców nie było stać — narzeka na ciężkie powojenne lata.

Rowery są tutaj bardzo powszechne. Miejscowość jest jakby dla nich stworzona, bardzo im przyjazna. Te prościutkie asfaltowe uliczki… są jak dróżki w miasteczku ruchu drogowego, aż się proszą, aby po nich pojeździć.

Halina w Polsce zawsze bała się wsiąść na rower. Tutaj już się oswoiła i czuje się na nim świetnie. Boi się tylko ciężarówek, ale odcinek, po którym jeżdżą, jest na szczęście bardzo krótki. Zaraz potem zjeżdża się z szosy. Patrząc na zielone pola soi, kukurydzy, na młode jabłonki i skąpane w słońcu winnice odpoczywa się od pracy i zrzuca z siebie stres. Niewątpliwie rower to dla Haliny lekarstwo na nerwy. W środku nie jest ona tak spokojna, na jaką wygląda. Większość przeżytych tu na obczyźnie dni spędziła w obawie o zostawione w kraju dzieci i o dom. Chłopcy do niej dzwonią, a ona już po ich głosach poznaje, że w jej domu źle się dzieje. Wtedy ogarnia ją taka niemoc i bezradność. Nie może im pomóc, pojechać do nich — tylko siąść i płakać.

— Muszę pracować! Jestem główną żywicielką rodziny! — powtarza, jakby z tego, że ją opuściła, chciała się wyspowiadać i usprawiedliwić przed sobą i przed całym światem.

W niedzielę idzie do kościoła na mszę. Modli się. I to jest jedyne, co może w tej sytuacji dla swojej rodziny zrobić. No… Może jeszcze podać im przez kierowcę busa kopertę z pieniędzmi na życie.

Halinka przeszła wiele, choć tego po niej może nie widać, a że w przyrodzie nic nie ginie, wszystko u niej pozostało w postaci nerwicy. Po pierwsze nerwicy serca. Nieraz budzi się w nocy z potwornym lękiem, wręcz paniką. Oddech ma płytki i bardzo przyśpieszony, serce bije jej jak oszalałe, tak jakby chciało wyskoczyć z klatki piersiowej. Halince wydaje się, że już za chwilę umrze. Jest tak daleko, daleko od Polski, w obcym domu!

Za nią są lata walki o rodzinę i problemy z pracą. Jej liczne operacje zrobiły też swoje. Również inne dolegliwości — na przykład choroba jelita bierze się ze stresu. Halinka jest jednak dzielna. Gdy już wie o problemach, próbuje sobie poradzić! Ostatnio radzi sobie coraz lepiej. Czuje się dobrze i wygląda nieźle. Mąż czuje się też lepiej, odwiedził ją w zimie, a teraz też przyjechał do pracy przy zbiorze owoców. Wreszcie po tylu latach pojechali na wspólną wycieczkę na Południe.

— Było gorąco, ale pięknie, było wspaniale — opowiada.

— Słyszałam Halinko, że nie ta rodzina jest dobra, co nie ma problemów, ale ta, co umie je rozwiązywać — mówię, może trochę nietaktownie przerywając te sielankowe wspomnienia.

— No i co będzie dalej?

— Ciii… Kładzie palec na ustach.

— Oby tylko nie zapeszyć. Zobaczymy…

Gdy Gosia tu przyjechała po raz pierwszy, miała osiemnaście lat. Obecnie ma niewiele ponad dwadzieścia. Obserwuję ją, jak przemierza kraulem cały basen. Patrzę z przyjemnością i zachwycam się; Małgosia jest taka piękna i wysportowana! No cóż — młodość! Jej włosy są gęste i aż proszą się o warkocz. Pasowałby do jej góralskiej urody, którą odziedziczyła po ojcu. Włosy ma blond, więc cera powinna być jasna, a nie jest. Gosia karnację ma śniadą, piękną, brzoskwiniową. Gdy patrzę na jej dziewczęcą twarz — widzę silny charakter, ale także jakąś nutkę niepewności. Widać, że czasami musi nadrabiać miną.

Pierwszą pracę załatwiła jej ciocia Halina. Małgosię ubrano w fartuszek pokojówki; musiała stać przy stole i reagować na polecenia. Przeszła wtedy wiele. Za dużo jak na dorosłą osobę, a ona przecież była prawie dzieckiem.

Wanda, dojrzała już kobieta, o swojej pierwszej pracy we Włoszech pisała tak:

Deszczowy ranek dziś w Neapolu

Więc dookoła wszystko rozkwita.

A mnie tak ciężko jest na sercu,

Bo babcia krzykami mnie wita.

Niejedna łza mi z oczu spłynęła,

Do pary z kroplami deszczu […]


Błękitne niebo nad Salerno,

Gęsto usiane jest gwiazdami,

Moje bezsenne tutaj noce

Są wypełnione wspomnieniami. […]

Małgosia, na wspomnienie swojego włoskiego debiutu gestem ręki odpycha wspomnienia i złości się.

— Jak ta mama mogła mnie w ogóle puścić!

Chwilę zastanawiam się, czy pozwoliłabym na taki wyjazd swojej córce. W tak młodym wieku pewnie nie… Jednak nie potępiam Joli. Trzeba wiele odwagi, aby pozwolić dziecku na wyjazd, na samodzielność. Jednak dodam, że niezbyt często słyszałam, aby Polki były tu poniżane. Większość emigrantek chwali Włochów, czuje się w ich domu prawie jak w rodzinie — podkreślam to, bo wiem, że te kobiety mają swoją dumę i godne traktowanie jest dla nich bardzo ważne.

— Twoja mama, Małgoś, to mądra i odważna kobieta, nie gniewaj się na nią — łagodzę jej nagły wybuch. Wiem, że z zasiłku i renty po ojcu nie sposób wyżyć. A tu jeszcze trzeba zapłacić za studia, bo właśnie Małgosia zrobiła licencjat i chce studiować dalej. Musi tu pracować przede wszystkim z tego powodu, że jest półsierotą; jej ojciec zmarł, gdy miała zaledwie pięć lat.

Kiedyś odwiedziłam Małgosię u babci Liny. Lina ma w okolicy opinie jędzy, więc Polki często od niej uciekają. Gosia robi Linie i jej przyjaciółce masaże, bo niedawno ukończyła potrzebny do tego kurs.

— Zawsze to parę „milaków” więcej — kalkuluje, ale też narzeka na charakter Liny.

— Mów do niej nonna — radzi ciocia Halinka — może wtedy nie będzie tak na ciebie krzyczeć.

Ale Gosia nie śmie zwracać się „babciu”, do obcej kobiety. W Polsce ma przecież swoją kochaną babcię. Później, już u Giorgia, jego ojca Ivalda nazywa dziadziem, ale w tym domu czuje się prawie jak w swojej rodzinie. W tym domu Włosi często inicjują rozmowy o Polsce. Słyszeli o „Solidarności” i o Wałęsie.

— Vostro Valesa, Solidarete! Valesa — powtarzają.

Gosia chwali nasze przemiany, ale na temat Wałęsy nie dyskutuje… E tam! Myślcie o Lechu Wałęsie, co chcecie! Ja i tak wiem swoje.

To Georgio wprowadza ją, jak prawdziwy ojciec w świat Internetu, cieszy się, że za zarobione u niego pieniądze kupiła sobie komputer, a nie wydała na ciuchy. Podziwia ją, że taka młodziutka, a tak sobie radzi.

W następny wieczór Gosia, Halinka i ja siedzimy sobie pod starym drzewem figowym. W pewnej chwili wstaję, gryząc figę patrzę w niebo i rozmyślam nad nieskończonością i złożonością wszechświata. Błysk aparatu sprowadza mnie na ziemię. Przypomina, że właśnie jestem, jestem tu i teraz, a życie dziwnym trafem, nie pokazało mi jeszcze figi z makiem. To tylko Małgosia pstryka mi zdjęcie na tle rozgwieżdżonego nieba.

Potem szukamy Wielkiej i Małej Niedźwiedzicy oraz gwiazdy Polarnej.

— Ciociu… Jak jest wóz po włosku? — Carro — wyjaśniam — A Wielki Wóz to chyba będzie Grande Carro, bo chociaż Gosia dobrze mówi po włosku, to akurat to słowo znam ja. Wiadomo… nie stąpam mocno po ziemi, raczej bujam w gwiazdach. Potem śmiejemy się z gry słów figa — fica.

Halinka opowiada jak Victorio, jej pacjent ciągle powtarzał: fica, sei fica. Jakie to szczęście, że nie znała wtedy włoskiego i nie wiedziała, że to wcale nie znaczy po włosku figa.

Rozmawiają także o poważnych sprawach.

— Ciocia! — zwraca się Gosia, tym razem do Halinki. — Może trzeba było zająć się handlem kosmetykami. — Beata mnie tak namawiała…

— Spoko dziewczyno! — uspokaja ją jeszcze młoda, ale znająca życie ciotka.

— Zrozum Gosiu… Są osoby, o których się mówi: ten to sprzeda nawet piasek na Saharze! — Nasza rodzina widać nie ma zdolności do handlu, ale spoko. Na pocieszenie powiem ci, że nie przepadam za ludźmi z akwizycji, szczególnie za takimi, co to jak wyrzucisz ich drzwiami — to wrócą oknem. My tak nie potrafimy.

— No to pozostaje nam się tułać po włoskich domach. Czy te przemiany w Polsce wyszły więc naszej rodzinie na dobre? To czemu nie mogę być teraz z Jarkiem? (Jarek to jej chłopak.)

A ja się jej wcale nie dziwię. Małgosia widzi jak jej rówieśnice bawią się, używają życia i wie, że włoska dziewczyna (ragazza) nie podjęłaby się takiej pracy za żadne pieniądze.

— Ja też Gosiu kiedyś jeździłam na wczasy do Bibione, tu niedaleko nad Adriatykiem –wspominam.

Przypomina mi się niespodziewanie film, który oglądałam przed wyjazdem, film według książki Milana Kundery pt. „Nieznośna lekkość bytu”. Małgosia także go zna. Opowiada on o przeciętnym życiu w tamtym systemie, o jego drażniącej beztrosce, o nudzie wyzierającej z tamtych czasów. Gosia chwilę myśli, patrzy w ciemność i mówi.

— Wiecie? Gdyby teraz ktoś napisał taką książkę, to miałaby chyba tytuł Nieznośna ciężkość bytu

— Małgosiu! Twój dziadzio tyle przeżył i ciągle powtarzał, że ta zmiana w Polsce jest dobra, także dla naszej rodziny — mówi wspominając ojca Halina. — nie rozumiem do końca co tato miał na myśli, niestety, nie zapytam go już nigdy! Sama muszę do tego dojść. Już coś zaczynam pojmować. Jednak ciągle nie mogę się pogodzić z tym, że w Polsce górą są nie mądrzy i pracowici — tylko sprytni i nieuczciwi. A więc to chyba prawda, że w kapitalizmie pierwszy milion trzeba ukraść. Tutaj już czuje się rynek pracy, konkurencję. W warunkach „fair play” można z tym żyć! Gosiu, pewnie dziadzio wiedział, że jesteśmy zdrowe, pracowite i uczciwe, a te cechy bardzo się tu liczą. A i w Kraju — wierzę w to — w końcu zwyciężą te wartości!

— To są ciociu tylko pobożne życzenia! — mówi ze smutkiem, chyba nie do końca przekonana dziewczyna.

— Gosiu! Do tej pory czułyśmy się może bezpieczniej, ale to była zwykła „urawniłowka”. Wszystkim dać minimum — to nie jest życie, to jest wegetacja. Teraz jak nigdy dotąd mamy jakieś szanse! — Nie daje za wygraną Halinka. — Ty sobie radzisz. Widzisz też jak wasz Robert sobie świetnie radzi. Jest silny i zręczny. Trochę gorzej z Magdy Pawłem. Gospodarz na niego wrzeszczy:

— Paulo! Direttore! Ty, to się najlepiej zajmij komputerami!

Elka (L-ka, czyli duży rozmiar) stanęła na mojej drodze w całej okazałości swoich babskich kształtów. Zasłoniła swoją osobą pół sklepowej witryny. Masz czym oddychać! — Podziwiam, a z tej perspektywy czuję, że jestem mniejsza, drobniejsza, a moje piersi jeszcze bardziej maleją.

Piórkowate, tlenione blond włosy Elka ma pokręcone w małe loczki. Związuje je w koński ogon. Małgosia mówi o niej — dresiara i dorzuca dosadnie, co takie robią po każdej dyskotece. Natychmiast upominam ją, że powiela stereotypy, ale wiedząc to, co teraz wiem, w duchu przyznaję jej rację.

L-ka jest cała buraczkowo-różowa. Jej blond włosy, bujne kształty i jaskrawy ubiór sprawiają, że nie może przejść całkiem niezauważona. Same zalety w tutejszym otoczeniu.

Niestety L-ka nie ma w miasteczku dobrej opinii. Każda Polka wie, że L-ka puszcza się na lewo i na prawo. Z zasady obdzielam ludzi kredytem zaufania, więc nie ostrzeżona potraktowałabym Elżbietę jak damę. Tymczasem, podpuszczona przez kobiety, zaciekawiona jej innością i poniesiona reporterską pasją — rozmawiam.

Po wysłuchaniu zamkniętych w kilku prostych zdaniach zwierzeń, dowiaduję się, że jej dotychczasowe życie w polskiej rzeczywistości niczym szczególnym się nie wyróżniało.

Elka pochodzi z dużego miasta, które straciło status województwa i cały przemysł. Ma 38 lat i dwoje dzieci. Z mężem się rozeszła, bo był draniem. Tylko właściciel pobliskiego baru wypowiadał się o nim pozytywnie.

Kobieta mówi, że ma skończoną tylko zawodówkę. Pracowała w osiedlowym sklepiku. Za pracę dostawała grosze, a i tak w końcu ją zwolniono, bo sklepik zbankrutował. Z renty kochanka nie dało się wyżyć. Nie wnikałam, za co oni się kochali. Czy on ją kochał za–żarcie, a ona jego za–wzięcie? Pozostanie niewyjaśnione.

Spotkałam podobnych życiorysów wiele. Bieda jest nudna. Brak pieniędzy, mieszkanie zadłużone — jeden komornik wychodzi, drugi wchodzi. Jednym zdaniem — piekło bezrobocia.

Elka, tak jak każda z tych kobiet w końcu powiedziała — dość! Zatelefonowała do koleżanki, ta obiecała jej pomóc. On nie chciał się zgodzić, ale musiał. Dzieci się nie pytali. Za pożyczone pieniądze kupili bilet na mikrobus i Elka stała się jedną z „bab”.

Elka jest jednak jakaś inna.

— Jesteś seksi, ośmieliłam się zejść na temat, o który mi najbardziej chodziło.

— No pewnie — lubię tę robotę — odgryza się.

Polki dziwią się, że Elka nie dzwoni do domu. Skąd one o tym wiedzą? Potem zastanawiam się i zaraz dochodzę do wniosku, że to może być prawda. Komórki jeszcze nie ma, a z budki nie dzwoni, bo nie ma na to czasu. Założyła swój prywatny biznes. Taką jednoosobową agencje towarzyską. Twierdzi, że to, co Polki o niej opowiadają, ma w nosie. Kiedyś chodziła na polskie msze. Stała śmiało przed głównym ołtarzem, bo przecież Marii Magdalenie Jezus wybaczył. Stała tam do czasu, aż ksiądz powiedział o niej na niedzielnym kazaniu złe rzeczy. Kobiety po mszy o mało jej nie zlinczowały.

— Przez takiego wycierucha musimy wysłuchiwać od księdza. Ona nam tu psuje opinię, a na dodatek zadaje się z „nerami”.

Nie chciało mi się w to wierzyć do czasu, aż zobaczyłam na własne oczy jak szła w krzaki z Algierczykiem. Siedziałyśmy w pobliżu. Sytuacja była niedwuznaczna.

— Jak oni to robią? — szepnęła czerwona ze zmieszania Alinka.

— No nie wiesz? Od tyłu jak zwierzęta.

Podczas kolejnego pobytu mieszkałam blisko Todzi. Była jesień, a ja w samym środku ogrodu. Bo Emilia Romania to właśnie ogród Italii. Wokół sady gruszkowe, brzoskwiniowe, winnice. Miło wspominam te rowerowe wycieczki, oprócz jednej, kiedy o mało nie wpadłam pod Tira. Po tym incydencie jeździłam inną drogą, koło młyna. W niczym nie przypominał mi tego, który pamiętałam z dzieciństwa, uroczego młyna wodnego u Krygowskich. Ten był ogromny i gdyby nie zapach unoszący się w powietrzu, nigdy nie pomyślałabym, że tu powstaje słynna mąka na pizzę i spaghetti.

Jesień była dość późna, zaczynały się orki. Patrząc na przewalane skiby doznałam niezwykłego przeżycia. Teraz już wiem, dlaczego ta ziemia tak rodzi! Do tej pory widziałam ją tylko pokrytą zielenią lub wyschniętą i popękaną od słońca. Omal nie krzyknęłam.

— Zobaczyłam jej wnętrze: czarne, lśniące, żyzne!

Wreszcie docieram do celu. Siadamy z Todzią i jej „babcią” pod blokiem i rozmawiamy. Dowiaduję się, że Teodora już drugi rok pracuje legalnie. Oznacza to, że już stąd prawie nie wyjeżdża i ciągnie ten swój wózek już osiem lat.

Urodził jej się wnuczek, a osób będących na jej utrzymaniu, z trudem się doliczam.

— A więc jak? Sześć?

— Siedem — poprawia. Widać jednak, że cieszy się, że ma pracę, ubezpieczenie i liczy, na dobrą emeryturę. To dla niej bardzo ważne. Tyle lat była bez legalnej pracy, więc wie bardzo dobrze, jak wygląda taka ciągła niepewność…

— Teraz wierzysz, że będzie lepiej? Pamiętam, kiedyś zupełnie w to nie wierzyłaś.

— Lepiej to by było, gdybym taką pracę miała w Polsce!

A wracając do jesieni… Tu jej nie ma bez corocznego święta winobrania. Jest to obrzęd podobny do naszych dożynek. Znakiem czasów jest to, że pod magistratem na ławeczkach siedzą Polki, mają widok na całą okolicę, gdzie odbywają się uroczystości. W tle mury starego zabytkowego miasteczka ze słońcem w nazwie. Patrzą i obserwują pracę tutejszych rolników i rzemieślników.

Wszystko dla nich jest tu bardzo ciekawe. To, że pracują maszyny rolnicze, a warsztaty wyrabiają przedmioty jak za dawnych lat. Także to, że piekarze na poczekaniu pieką pyszne ciasteczka, kucharze gotują polente z kukurydzy, coś w rodzaju naszych maleszek. Dziwne, bo już listopad, a słońce jeszcze przygrzewa dość mocno. Jest tak ciepło, że kobiety są w samych bluzeczkach, a na ścianach budynków wygrzewają się ciepłolubne, egzotyczne jaszczurki.

Magda też bezwiednie wyciąga głowę do słońca, aby złapać może jego ostatnie w tym roku promienie. Są one szczególnie przyjemne, delikatnie muskają jej twarz. Kocha słońce i ono ją chyba też, bo jej opalenizna jest ładna i równa.

— Jak ty się napawasz tym słońcem… zupełnie jakbyś się do niego modliła — mówi jedna z kobiet.

Magda w tym momencie zdaje sobie sprawę, że to, co teraz robi jest pewną formą modlitwy. Jej myśli się wyciszają, jest pełna wdzięczności za takie przeżycia. Zarazem kieruje nieśmiałe prośby do losu, by jej życie układało się dobrze i aby te promienie przemieniły się w energię, jakiej jej jeszcze potrzeba na walkę o sprawy, które tego wymagają. Magda myśli też o polskich słotnych listopadach. I chce jej się tak trwać i trwać. Jej błogostan przerywa muzyka z miejsca dożynek. Słucha tych pięknych dźwięków i nie czuje żadnego dysonansu. Piękna muzyka świetnie wtapia się w obraz i w atmosferę zbiorów, owocowania i spełnienia. Ta atmosfera ze względu na zbliżającą się jesień jej życia, jest dla niej szczególnie bliska.

Naraz zaczynają się popisy miejscowych tenorów. Głosy są naprawdę imponujące. Nie przypadkowo Pavarotti pochodzi z tych okolic. Śpiew jest tak zachwycający, a akustyka tak dobra, jak w amfiteatrze. Pewnie jego rolę pełnią mury obronne miasteczka i rodzaj fosy, w której zamiast wody, jak za dawnych czasów, teraz rośnie świeżo posiana i olśniewająca młodą zielenią trawa.

Słońce już skryło się za kolorowe drzewa, dzień teraz jest przecież krótki — nawet nie wiadomo, kiedy i jak ucieka. Kobiety w pośpiechu idą degustować polente, ciastka, a na ostatku — napój bogów — w końcu to jest święto winobrania!

Wszystko jest pięknie udekorowane wieńcami z kwiatów i warzyw, które zrobiły miejscowe gospodynie. Ten zwyczaj jest podobny do naszych dożynkowych obyczajów, tylko wieńce polskich gospodyń są bardziej pracochłonne — te korony ze zboża, te herby.

Co kraj to obyczaj, ale jak dobrze je poznać i porównać. Kobiety oglądają jeszcze stare maszyny rolnicze, stare samochody i nie mogą się nadziwić jak to wszystko jest wspaniale zorganizowane. Ile tu zwykłej ludzkiej pracy!

Wydawałoby się, że kobiety są na końcu świata, jednak wiadomości docierają tutaj dość szybko. Maria J. ma w domu telewizję satelitarną, inne rozumieją dość dobrze po włosku i oglądają tutejszą telewizję, czytają także gazety, więc rozmowy nie są oderwane od rzeczywistości. Kiedyś Mariola zastanawia się głośno.

— Dziewczyny! O co chodzi z tym klonowaniem? Czy to znaczy, że gdy ktoś umrze to będzie go można potem odtworzyć?

— Nie o to w przecież w klonowaniu chodzi, mówię, ale teoretycznie tak.

Potem pomyślałam, aby zapytać Mariolę o jedną sprawę. Może nie powinnam jej tych strasznych chwili przypominać, ale nie wytrzymałam i zapytałam.

— A co byś Mariolka powiedziała, gdyby kiedyś była możliwość odtworzenia twojej Agatki. (To jej zmarła przed kilku laty szesnastoletnia córka). Mariola myśli chwilę i mówi.

— No nie! To by już nie była ona.

— Nie ona? Ale dlaczego? — Jestem zaskoczona jej dojrzałym rozumowaniem.

— No, bo po pierwsze, żyłaby już w innych czasach i w innych warunkach. A ja z Kazikiem też bylibyśmy całkiem inni. A co byłoby z grobem Agatki? Nie! Nie! Nigdy bym na to nie pozwoliła — to byłaby jakby zdrada jej pamięci…

Natomiast Ania, której synek zmarł, gdy kupiła już świeczki na jego czwarte urodziny, słucha uważnie — a potem — chwyta się tej wiadomości rozpaczliwie. Nie wspominała o swojej tragedii nigdy wcześniej, ale teraz widać, jak bardzo głęboko to w niej tkwiło.

— Naprawdę? Byłaby możliwość odtworzenia Tomka? — Wokół zapanowała straszna, jakże grobowa cisza. Potem Anna jeszcze chwilę przysłuchiwała się naszej dyskusji, posłuchała tego, o czym mówiła Mariola i chyba wreszcie do niej dotarło, że jej mały synek to tylko wspomnienia… I fotografia, z której to Ania co najwyżej może sobie zrobić kopię.

Dzieci… To dla nich tu są. Potrafią opowiadać o nich godzinami. Są bardzo dumne, gdy ich dzieci studiują, radzą sobie w domu. O dzieciach nie usłyszy się tu nic złego, bo złe rzeczy lepiej przemilczeć.

Dzieci. To dla nich Magda nie śpi trzy miesiące. To jej pierwsza praca. Jest nadwrażliwa i ma charakter perfekcjonistki. To wszystko sprawia, że oka nie zmruży. Z godziny na godzinę, z boku na bok… Nie pomagają herbatki i dobre rady koleżanek w rodzaju: pij na noc jakieś ziółka… Ten pobyt należy policzyć podwójnie… Trzy miesiące ciągnących się dni i trzy miesiące nieprzespanych nocy.

Magda uczy się włoskiego z wierszy Szymborskiej. W tomiku po jednej stronie jest tekst polski, po drugiej włoski.

„Nic darowane” — „Nulla di regallo”

Anna przypięła do tomiku kwiatek znad Secchi w czasie, gdy czytała te wiersze umierającej Francesce. „Nic darowane” — ten tytuł przypadkiem pasuje do okoliczności. Tym kobietom nikt nic nie da za darmo. Magda wie jak ciężko zarobione są jej pieniądze. Na ironię dostaje je ostatnio jako darowiznę. Czy musi od nich zapłacić podatek?

— Pomyślę o tym później — mówi niczym Scarlett O`Hara.

Pracę zaczęła od razu na północy. Teraz wie, że to wielkie szczęście i wyjątek. Tu zaczyna się przeważnie na Sycylii lub przy odrobinie szczęścia koło Neapolu. Magda jeszcze się nie domyśla, ile ją czeka w tym minionym (jak się jej wydawało, gdy straciła pracę), życiu.

— To, co tutaj robię to czysto pielęgniarska praca — podkreśla często — widać jak ciężko jej było rozstać się z zawodem, w którym była dobra i który lubiła.

— Mój czas minął — stwierdza. Z jej głosu przebija defetyzm, ale po jej pięknym, zdrowym wyglądzie widać, że agonia będzie bolesna i długa.

— Nie pracujesz w Polsce w swoim zawodzie. Dlaczego? Przecież tam doświadczonych pielęgniarek brakuje? — dopytują się jej koleżanki.

Pytają, a nie wiedzą, że pensja, jaką Magdzie oferują w spółce jest równa zasiłkowi dla bezrobotnych.

— Nie będę pracować za grosze. Syn jest bez pracy, córka jeszcze w liceum. W domu większość sprzętów się psuje, a resztę zabrał złodziej. Rosną tylko długi… Mąż stara się jak może, nie głodujemy. Jemy dobrze, nawet starcza dla kota.

Dobre jedzenie. Ten etap Magda wywalczyła już dawno. Na półkach stoją zakupy zrobione w markecie, mleko w kartonikach, soki. Magda nie ogranicza jedzenia, tylko czasem nachodzi ją nerwowa myśl, że mogłoby być trochę racjonalniej. Na przykład, gdyby syn nie był wegetarianinem, nie gotowałaby oddzielnych obiadów. Ale można też zmienić mieszkanie na mniejsze, uśpić kota i wegetować zamiast żyć!

— O nie! Dopóki żyję i jestem jako tako zdrowa, nie będę się cofać, nie obniżę poziomu życia swej rodziny!

Decyzję podjęła szybko i zaczęła uczyć się włoskiego. Trochę pomogła jej koleżanka. Miała szczęście, bo jako nauczycielka uczyła ją dość fachowo. Teraz Magda mówi już trochę, pomimo, że języki zawsze były jej słabą stroną. Pierwszy wyjazd wypadł przed Bożym Narodzeniem. Wtedy o pracę najłatwiej. W znalezieniu pomogła jej siostra.

Magda jest nadwrażliwa i delikatna, nie śpi prawie przez cały pobyt. Zdawałoby się, że nie nadaje się do tej pracy. Jednak ze swoim upartym charakterem jakoś sobie radzi.

— Słaba, ale udźwignie — z uśmiechem powtarza za Szymborską, jej ulubioną poetką.

— Ty jesteś jakaś inna — zauważa Mariola.

— To znaczy?

— No, nie rozumiem, po co ty na przykład piszesz te listy, a na poobiedniej ciszy siedzisz przy komputerze? Po co ci to? Masz w tym jakiś interes?

Interes… To słowo jest na razie dla Magdy mało użyteczne.

— Zaraz interes. Po prostu czuję potrzebę podzielenia się przeżyciami i myślami z mężem, z przyjaciółką. Inna? Wiesz… Ja chcę pozostać inną.

Magda wręcz boi się, że kiedyś może się zmienić, zacznie główkować, z kim się warto spotykać, a z kim nie, zastanawiać się, co jej może załatwić dana osoba. Do tej pory udawało jej się tak żyć, aby nie wchodzić w układy. Co będzie teraz? Rozpamiętuje.

— Już raz zrezygnowałam z zasad. Przecież miałam wyjechać tylko jeden raz.

Kiedyś jedna z poznanych przez Magdę prostych kobiet wypytywała.

— Naprawdę chodzisz ze swoim na tańce? Ja to byłam z moim raz w mieście, ale szliśmy o kilka metrów od siebie. A śpisz z nim?

Wanda M., która jest nowa w miasteczku, na słowa o „spaniu” wzdryga się. Wynika z tego, że nie znosi mężczyzn. Właśnie szuka nowej pracy — denerwuje ją „dziadek” — nie może znieść jego świntuszenia i wyglądu.

— Wandziu! Tak bardzo cię ten człowiek denerwuje? Nigdy nie miałaś męża czy co? — wtrąca się do rozmowy Magda.

— Miałam, ale zapił się na śmierć — jest wzburzona.

— Takich to trzeba zamykać w obozach pracy — albo rozstrzeliwać!

— Słuchaj Wandziu! Czy on był leczony? — Przecież to choroba.

— Był! Miał wszyty esperal. Brał anticol. Był też na przymusowym leczeniu.

Magda niespodziewanie znalazła się w miejscu, gdzie promocja zdrowia — jej zawodowa pasja — trafiła na właściwy grunt. Obok siedzi Tosia — także żona alkoholika, tego, z którym nie chodzi na tańce. Ten, kto choć trochę się zna na ludziach, od razu rozpozna u niej nerwicę, te tiki, zupełnie niekontrolowane gesty i nieartykułowane dźwięki.

— Kobiety! Teraz alkoholizm leczy się inaczej! Esperal? Od tego się odchodzi, teraz są inne leki oraz…

— Wiem, wiem. Psychoterapia — wtrąca szybko Wanda.

— Tak, Grupy AA, 12 kroków…

Ale Magda nie jest naiwna. No… Może odrobinkę naiwna, ale nie aż tak! Wie jak trudno będzie pomóc tym kobietom, bo na przykład Tośka marzy, aby brat mógł napić się tylko jednego — tak jak inni. Opowiada jak dostał delirium (nie, nie użyła tego słowa) i jak znalazł się w szpitalu. Mąż nie miał tego, co brat, ale ciągle zdarzają mu się tygodniówki. Właściwie on może jakiś czas nie pić, więc może nie jest uzależniony?

Zosia zaś opowiada o swoim mężu, o jego chorobliwej zazdrości i jak ją z tej zazdrości bił. I znów Magda tłumaczy kobietom mechanizm alkoholizmu.

— W chorobie alkoholowej zazdrość jest jednym z objawów. A twój brat — zwraca się do Tosi — nigdy się już nie może napić. Nigdy, nawet kropelki!

— Nie ma powrotu do kontrolowanego picia — kołacze jej w pamięci. Złości się, bo jej wywody nudzą i smucą.

— Zawsze coś mnie podkusi, aby powiedzieć prawdę. — Po chwili jednak trochę się uspokaja. Może jednak coś do nich dotrze, coś z mojego gadania i obserwacji kulturalnego picia we włoskich rodzinach — picia dla przyjemności, a nie z przymusu czy zwyczaju. W tym momencie Magda uświadamia sobie, jakie to trudne.

— Już się więcej nie odezwę, choćbym słyszała herezje najstraszniejsze ze strasznych dla mego medycznego ucha — postanawia i zaczyna myśleć o innych sprawach. Na razie o przygodzie, którą we Włoszech przeżyła. Kiedyś jechała uliczkami miasteczka na rowerze. Była poobiednia sjesta a miasteczko senne i jakby wymarłe. Cisza jak makiem zasiał. Magda wiozła kosz pełen pustych butelek. (Włosi też piją, ale to tylko wino z wodą do posiłków). Nagle Magda potknęła się o jakąś nierówność, zahamowała, a butelki z wielkim hukiem wypadły na jezdnię. Z okien zaczęli wyglądać obudzeni ludzie, a Magda jakby nigdy nic pozbierała szkło i pojechała dalej.

— To już całe Słoneczne miasteczko wie, ile wina zużywa się u Roncettich — zażartowała nazajutrz jej sąsiadka Stella.

Magda ma także swój ból. Nie mówi o tym, więc mało osób wie, że jej wnuczek, ten ładny blondynek ze zdjęcia, ma problemy zdrowotne. Teraz Maciek jest miłym, fascynującym chłopcem. Nie jest już tak zamknięty na świat. Potrafi na przykład jako jedyny z rodziny zauważyć, że jej coś dolega.

— Babciu boli cię? Idź do lekarza — radzi. Maciuś wprawdzie bardziej niż o uczuciach woli rozmawiać o sprawach obojętnych. Niektórzy mężczyźni w jej rodzinie też tak mają. Magda jednak nie powinna marudzić, chcieć więcej od życia. Ale chce. Właśnie teraz zaczęło się odmieniać. Nagle zaczęło świecić dla niej słońce, także dosłownie słynne włoskie słońce.

Otóż przed tygodniem, jej młodszy syn się zaręczył. Krystianę z bieszczadzkiej głuszy poznał na rockowisku w Jarocinie. Z perspektywy czasu Magda żartuje, że to było rykowisko.

— Mamo, to taka niezwykła dziewczyna! — Paweł nie umiał ukryć swoich emocji. Potem pisali do siebie.

— Mój syn naprawdę się zakochał, taka niespodzianka! Krystiana zaraz po studiach była bezrobotna, a potem znalazła pracę właśnie tam gdzie Paweł, na południu Polski. Wyglądała na normalną i ładną dziewczynę, a ich miłość według wszystkich znaków na niebie i ziemi na prawdziwą.

Pewnej upalnej sierpniowej nocy Madzi przyśniło się, że ma wnuka. Dokładnie po dziewięciu miesiącach, w sobotę po południu kobieta siedzi w parku we Włoszech. Intuicyjnie czuje, że rodzi się jej pierwsza wnuczka. Nikt jej nie powiedział, że to dziewczynka, ale ona to czuje. Jednocześnie rozpamiętuje.

— Nie mogę się cieszyć całym sercem, tak jak inne babcie. Dlaczego? Zawsze musi być coś, co mi taką radość zabiera. Wiem! To te kwiaty!

— No, co ty pleciesz? Jakie kwiaty? — dziwi się Jaśka, bo nie zna historii Magdy.

Magda opowiada o ślubie, który wypadł im w tragicznym grudniu 1970 roku. Do ślubu szła bez bukietu. O kwiaty było wtedy trudno. Zamówili je w sąsiednim miasteczku, miała przywieźć je koleżanka i w końcu się z nimi spóźniła. Magda wmówiła sobie, że to zły znak i odtąd jej życie nie będzie usłane kwiatami.

Po tych wspomnieniach jak z rodzinnej sagi Magda wraca do współczesności. Dostała w sobotę po południu wiadomość o tym, że Krystiana urodziła zdrową dziewczynkę, właśnie w chwili, gdy o tym myślała. Uradowana opowiadała o tym wszystkim — nawet Włochom. Cieszyła się, chociaż związek syna nie wyglądał za dobrze. Syn pracował w szkole. Mieli się pobrać. Tuż przed przyśpieszonym ślubem stracił posadę, w efekcie posprzeczali się i zerwali zaręczyny. Paweł, aby ratować sytuację pojechał w ciemno na południe Włoch. Był to naprawdę gest rozpaczy, bo jak taki inteligentny chłopak mógł uwierzyć jakiejś oszukańczej firmie, która niby oferuje doradztwo personalne, ma biuro i stały adres.

— Jak się chce wierzyć, to się przymyka oczy na oczywiste fakty. — Ta krytyka dotyczyła także jej, matki, przecież go nie zatrzymała, a wręcz zachęcała.

Paweł pojechał, a Magda zaraz po otrzymaniu od niego wiadomości, że jest w pięknej miejscowości w Kampanii i pracuje w warsztacie samochodowym, pisze list do jego byłej narzeczonej.

Krystiano!

Mam przed oczyma twoją smutną, bladą twarzyczkę i wstydzę się, że mój syn się do tego przyczynił […] Obiecuję, że mój syn zarobi na wasze dziecko.


Tymczasem syn nie zarobił nic. Nie dostał wypłaty za półtora miesiąca ciężkiej pracy. Właściciel był w zmowie z oszustami z Polski i zamiast dać mu pieniądze, poszczuł go psami. Chociaż wtedy śmierć zaglądała mu w oczy, w jakiś cudowny sposób sobie poradził. Pomogli mu najpierw Ukraińcy, a potem Małgosia z bratem. Użyczyli mieszkania, nakarmili i znaleźli dorywczą pracę. Miał na jedzenie, ale na krótko. Głodny, ukradł w markecie czekoladę — kalorie na dalszą drogę. W swej bojaźliwej uczciwości powtarzał w myślach:

Ukradłem w sklepie słońce,

Ukradłem w sklepie niebo,

Niosę je jak krzyż

Który pali mnie w plecy.


Potem przejechał rowerem 150 kilometrów w jeden dzień… Dotarł do miasta San Giuseppe, gdzie zarobił parę euro. Wysłał Krystianie pierwsze pieniądze. Gdy na skutek wypadku znów został bez pracy, Magda wyratowała go z opresji. Załatwiła mu pracę na Północy. Praca była ciężka w słońcu i w skwarze. Ale…

— Ma pieniądze dla dziecka! — cieszyła się.

W czerwcu Magda po raz pierwszy zobaczyła swoją jedyną wnuczkę. Była zachwycona.

— Daria! — Takie będzie jej imię — wykrzyknęła.

— Dziękuję ci Krystiano, że urodziłaś taką piękną dziewczynkę. Teraz już mogę umierać!

Magda polega na intuicji, ale na szczęście nie jest przesądna. W kilka miesięcy później wydawało jej się, że sobie wykrakała. Okazało się, że ma guza kości, a potem zmiany na jelicie. Operacja była dość poważna. Magda cierpiała bardzo, ale to jej nie przeszkodziło, aby za trzy miesiące być znów w Italii. Nowotworu jelita na szczęście nie potwierdzono.

— Twój czas minął, więc jesteś! — droczę się z nią.

Alinka uczy się włoskiego podczas mszy. Powtarza w myślach i wypowiada po cichutku — Credo, wierzę. Santa, święta. Santo, święty. Jest katoliczką z zasadami.

— W jak prosty sposób one wierzą… — To o koleżankach, dla których Bóg z obrazu jest oczywisty jak to, że śliwka ma pestkę. Modlitwy klepią po dziecinnemu jak nakręcone, a do kościoła chodzą, bo tak wypada, bo się przyzwyczaiły.

Zaś Alina, zanim pójdzie do spowiedzi, musi mieć taką potrzebę, chce to przeżyć, dobrze przemyśleć, wybrać odpowiedniego księdza, który ją zrozumie i potraktuje z powagą. Jest nieduża i drobna, włosy ma już przyprószone siwizną, której nie chce zafarbować. Wyróżnia się swoim tweedowym paltem i kozaczkami do kolan z prawdziwej skóry. Tu na włoskiej prowincji tak się nie ubierają. Włoszki noszą najczęściej czarne ortalionowe płaszcze, a skórkowe buty to rzadkość. Alina i Magda wyróżniają się w swoich paltach. Magda nawet w markecie została wzięta za Francuzkę. Alina czuje się we Włoszech bardzo dobrze.

Spacerujemy po miasteczku z Ginem. Jest to podopieczny Inki, znany tu jako weteran, dziwak i miasteczkowy rozrabiaka. Swoje ostatnie lata młodości poświęcił na tworzenie społecznego Pogotowia Ratunkowego tzw. Pronto Soccorso. Teraz pozostała mu tylko pasja — karetki pogotowia. Gino jest już stary i z głową ma nie wszystko w porządku. Alina wyprawia cuda, żeby z nim wytrzymać, a my jej pomagamy. Chodzę często z ruskim aparatem marki Zenit i łatwo wpadam na pomysł robienia zdjęć. Najpierw ustawiamy Gina na tle karetki, może zajmiemy go tym przez chwilkę. Potem… pstryk! I jest fotografia, która przydała się potem w niecodziennych okolicznościach. Ale o tym za moment.

Alinka jest we Włoszech już trzeci raz, humor jej dopisuje i nie przeszkadza jej nawet to, że język zna dość słabo. Drugi pobyt w rozmowach w parku wspomina często. Przyznaje, że wylała trochę łez, mimo że rodzina i Vittorio, jej pacjent, byli dla niej bardzo dobrzy. Natomiast o pierwszym pobycie na południu Włoch woli zapomnieć. Pokazuje jednak list, jaki dostała wtedy od córeczki. Ilonka miała wtedy 14 lat.

Kochana mamuśku!

Bądź spokojna, jakoś sobie bez Ciebie radzimy. Tak naprawdę to nie jest posprzątane i mieszkanie nie błyszczy jak wtedy, kiedy ty byłaś w domu.

Wiesz? Upiekłam na święta ciasto! Naprawdę! Ryś mi pomagał — ubijał pianę, a Wojo tylko przeszkadzał i nam podjadał. Za to ubrał ładnie choinkę. W Święta byliśmy u babci, a ona u nas. Jutro idziemy z Wojem do szkoły, a Ryś do pracy […]


Nie upłynął miesiąc, kiedy Alina dostała telefon. Ryszard umarł w nocy. Przyczyn było kilka, między innymi na zawał serca. Rano znalazły go dzieci. Doznały ogromnego szoku. Ich Ryś nie żyje! Alina milknie i zamyśla się… Potem mówi.

— Tak się jakoś dziwnie składa, że omija mnie śmierć. Bo pomyśl. Wyjechałam — zmarł mąż. Odeszłam od Gina — zmarł po tygodniu.

Alina opowiada jeszcze jak na działkach umierał jej sąsiad, a ona tak się zachowała, aby tylko tego nie widzieć. Trochę jej wstyd, że go nie ratowała. Aby się przełamać poszła nawet na kurs i chciała pracować jako wolontariuszka w hospicjum, ale jej nie przyjęli. Wcale nie rozumie, z jakiej przyczyny. Nie była też przy umierającym na raka ojcu. Były siostry, zdążyły nawet przyjechać z Włoch, były świadkami jego ostatniego tchnienia. A ona?

— Mieszkam tak daleko — usprawiedliwia się.

Wygląda na to, że boi się śmierci i musi przed nią uciekać.

— Alinko! Śmierć jest częścią życia, nie uciekniesz przecież przed życiem — filozofuję.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 38.92