E-book
2.73
drukowana A5
43.14
Szamienie na kaniec

Bezpłatny fragment - Szamienie na kaniec


Objętość:
324 str.
ISBN:
978-83-8221-701-8
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 43.14

Rok 2000

ROZDZIAŁ 1 — Pawana na śmierć Urbana — szkic (ob)sceniczny

Na scenie ekran elektroencefalografu, kroplówka, kaczka, parawan. Za parawanem żelazne łóżko. Przez szczelinę w parawanie widać bose stopy. Obok łóżka biała, metalowa szafka. Na szafce różne imponderabilia: fotografie, figurki — w tym głowa Lenina, szklanka z wodą a w niej sztuczne zęby i uszy. Przewody aparatury podłączone do niewidocznej postaci, leżącej na łóżku. EEG „pika” melodię „Międzynarodówki”. Na ekranie EEG stop klatka: Jaruzelski wygłaszający znany komunikat o stanie wojennym.


Osoby:

MASTURBAN (dyszkant, kontra-tenor) — Redaktor naczelny pisemka „NIE”. Inne ksywy: „Kibic”, „Minister”, „Rzecznik”, „Towarzysz”. Półżywa ilustracja zasady: kto ksywą wojuje — od ksywy ginie (Słychać głos, a widać tylko stopy. Ich układ i ilość zmieniają się w sposób przypadkowy).

ORDYNATOR (baryton) — Ordynator.

OLEANDER (sopran bohaterski) — Prezydent Aleksander K. (W lansadach zamiast w doniczce. Podlany).

ŻONA (chrypa) — Żona Masturbana, Małgorzata D. (Wydawca pisemka „Zły”, z aparatem foto i fleszem).

PSYCHOL (pamfluete) — P.S.

RODODENDRON (sopran koloraturowy) — Piotr Ikonowicz. (Praktycznie jedyny członek).

SALOWA (rozdeptany mezzo sopran) — Ambasador Ewa S.

WIERNY CZECZOT (pół-bas) — Andrzej Czeczot (Rysownik. N.Y.City).

CHÓR INSTRUKTORÓW I SPAWACZY — Redakcja „NIE” w pełnym składzie plus wierzchołek SLD (dawniej SdRP) w komplecie (Kostiumy: od góry — bluzy i czapki drelichowe model Mao, od dołu paczka klasyczna, białe rajtuzy, puenty).


* * *


CHÓR INSTRUKTORÓW I SPAWACZY (ad libitum, kłaniając się rytmicznie do melodii z repertuaru Vaja Con Dios): Ajajajajajaj, Puerto Rico…, ajajajajajaj…


ORDYNATOR (przerywając chórowi brutalnie) Chór milczeć!


CHÓR INSTRUKTORÓW I SPAWACZY (odwracając się tyłem do widowni, w dalszym ciągu kłaniając się i jednocześnie wykonując biodrami ruchy hula-hoop): Ajajajajajaj, to mój kraj…


ORDYNATOR: Chór — won…! (Oleander szepcze mu coś do ucha). A, to co innego…!


CHÓR INSTRUKTORÓW I SPAWACZY:

Ajajajajajaj, Kałasznikow,

Ajajajajajaj, zapiewaj!

Ajajajajajaj. Maryniko!

Gdzie ty jesteś, mów — Suliko!


MASTURBAN¹ (zza parawanu. Recitativo vaselinoso): …uśmiech szczerzony, ni go je… (cdn)¹


OLEANDER (po cichu, z kąta): ...je, je, je she loves you je, je, je… (powtarza 3 x. Zza sceny straszny łomot).


ORDYNATOR (na stronie, tajemniczo): Śpieszę wyjaśnić, uprzejmie śpieszę, że pierwsza zama bije króla, bo zupa była zobrze nasolona. Ja jako cytaty cytuję cytaty: /…/ Maria Antonina socjaldemokracji. — O kurwa!…²


MASTURBAN (zza parawanu, murmurando degenerativo): (cd) ...bał, ni mu pier…³ (cdn)


OLEANDER (jak potłuczony, pogodnie): …pier… pier… pierwszym szeregu walczących ludowych mas, wznosim do góry i słońce i pieśń…


MASTURBAN (zza parawanu, oblesissimo): (cd) ...dział. (4) (głośno uwalnia wiatry).


SALOWA (zapracowana, wiecznie śpiesząca się kobiecina, ale pogodna. Przynależąca do SLD, śpiewa do znanej melodii Piotra Szczepanika): Sprzątać, jak to łatwo powiedzieć… Sprzątać, ale trudno z tym żyć…(recytuje do WC Pikera): Rzyć ili nie rzyć, oto jest pytanie… oto pytanie o Jerzym Urbanie!… Najwyższa pora odpowiedzieć na nie, gdy jednym uchem już na karawanie…!


ŻONA (wpada na scenę rozczochrana, zagląda za parawan z przygotowanym aparatem fotograficznym): Eeee! (błyska fleszem). Ej ty…! Eeee! (stopy zmieniają pozycję). Siostro, siostro! Siostra mu wyciągnie tę rurkę z nosa, bo zasłania! (flesz). Już! Siostra może wetknąć z powrotem! I oko też…!


MASTURBAN (głośno wciąga powietrze przez rurkę, krztusi się, stopy podskakują konwulsyjnie. Pół szeptem, koprofilioso): Żarliśmy te ich brytyjskie gówna tylko we dwoje…(5) (ciężko wzdycha). Pamiętasz, Małgoś?


ŻONA (wychodząc przypala papierosa od salowej): Siostra mnie zawoła, kiedy kojfnie… Muszę mieć świeżego na okładkę! (wychodzi, trzaskając drzwiami).


MASTURBAN (w uniesieniu. Lekko mendozo): Widzę, widzę… Światło… O ku… (cdn).


OLEANDER (pląsając radośnie, Psychol przygrywa na fifulce): …ku-ku, ku-ku, a-a-a-, a-a-a, łodiridi, łodirididina, łodirididina u-ha!


MASTURBAN (grande mendozo, pojawia się trzecia stopa): (cd) ...rwa zaje… Widzę! (6) Sto osiemdziesiąt lat temu rodzi się Marks… Prorokując wolność ciupciania, ciupcia służącą Engelsa… Widzę! Widzę Olina! To nie Oleksy! To Aleksy! Generał A.A.! Brygada R.R.! (rzęzi)(7) ...powodem...mojej …wojny… z zamordowanym… księdzem były… operacje… Piotrowskiego… i kolegów… którzy… Popiełuszce podrzucali...amunicję i inne zakazane rzeczy! (zza parawanu wypada Psychol. Tarza się, rycząc ze śmiechu).


ORDYNATOR (zacina się): Lewa…, lewa…, lewa…


CHÓR INSTRUKTORÓW I SPAWACZY (skandując unisono): …tywa! …tywa! …tywa! (wbiega salowa z gruszką).


SALOWA (nie przerywając czynności z gruszką, zaciągając po białorusku): A ty się nie tłumacz, kochanieńki… Księdzu życia nie zwrócisz… Leż sobie spokojnie, oddychaj głęboko… Manifest Komunistyczny przepowiadaj… Dzieła Lenina wspomnij… Dyktaturę proletariatu… Posła Ikonowicza i innych posłów z klubu naszego poprzedniego… (wynurza się zza parawanu, natchniona)…daj nam dzisiaj… i odpuść nam nasze winy… jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie… (raptem milknie, zdając sobie sprawę z tego co się stało) ...ale nas zbaw ode złego… Amen! (pada krzyżem, zanosi się łkaniem).


MASTURBAN (po dobrej chwili, przerywanym głosem): Wy naprawdę wierzycie, że poza waszą wiarą nikt zbawion być nie może? (8)


WIERNY CZECZOT (głosem jakby zza wielkiej wody): I w godzinę śmierci można jeszcze od błędów rewokować… (9) (wybiega jak szalony z komnaty).


ŻONA (zagląda z korytarza, rozdeptując peta na dywanie): Pośpiesz się, ku…, bo się zeszczam…! (furioso) Siostro! Siostro! Siostra zaciśnie tę rurkę! Tak trzymać! (na boku, do siebie): Bingo! Ale kolor! (flesz raz po raz).


WIERNY CZECZOT (wbiega jak szalony do komnaty): Sapieżyńscy bramę wysadzili! Szwedzi uciekli do wieży! Nieprzyjaciel tuż! Wasza k… (10) (dalsze słowa zamierają mu na ustach).


CHÓR INSTRUKTORÓW I SPAWACZY (recitativo): Siedzi na sofie z oczyma wyszłymi na wierzch; otwartymi ustami łapie raz po raz powietrze, zęby ma wytrzeszczone, rękoma drze sofę, patrzy z przerażeniem w głąb komnaty. Krzyczy a raczej chrapie między jednym oddechem a drugim… (11)


MASTURBAN (drze się): To Gadzinowski… Ja nie… Ratunku! Czego chcecie?! Weźcie tę k… (12) (porywa go straszliwa czkawka)


OLEANDER (skocznie, scherzo): k-k-k...to się młota ni ognia nie lęka?… kto uparte ma wole i dłoń?… kto przed wrogiem tchórzliwie nie klęka?… kto ludowi budować chce dom?… (w kierunku Masturbana): Szanowny Jubilacie! Za te i inne zasługi wykonam dla ciebie tu i teraz, w tych okolicznościach przyrody… (Psychol — tusz) …orła białego! Orła białego! (cisza dzwoni w uszach) Biało- czerwonego! (item) Czerwonego! (wykonuje, oklaski).


MASTURBAN (continuoso): To Gadzinowski!… Psychol!… Barański… Ratujcie, ludzie! Jezus! Jezus! Maryjan!…


CHÓR INSTRUKTORÓW I SPAWACZY Oczy wychodzą mu jeszcze okropniej z oprawy, wypręża się, pada na wznak i pozostaje bez ruchu (13) (stopy w naturalnej dla sytuacji pozycji, rzeczywiście bez ruchu).


OLEANDER (wdzięcznie kiwając się z nogi na nogę, na modę disco-polo): Ten jest z nami, ten nasz brat, ten jest zuch, ten jest chwat, ten niełatwą drogę obrał i ten wie, że jest jedna droga dobra — ZMP!


RODODENDRON (wchodzi, staje jak słup, marszczy czoło, po długiej chwili, debilioso): …spróbować pomyśleć na własną rękę… dlaczego lewica bierze w pysk?… (14)


CHÓR INSTRUKTORÓW I SPAWACZY (płaczliwie) Dotychczas nie uczyniono jeszcze próby uzupełnienia Marksa Tomaszem z Akwinu… (15)


WIERNY CZECZOT (wstaje, wyjmuje szablisko, ciska z brzękiem na ziemię): Macie mnie, rozsiekajcie! Ale jeśli sponiewieracie ciało jego, źle uczynicie, bo Krzaklewskiego przed skonem wzywał i jego konterfekt w ręku dzierży! (słowa te wielkie robią wrażenie na przytomnych) Oj!...nie utyłem na tej służbie, bom trzy dni już nic w ustach nie miał i nogi się chwieją pode mną… Ale macie mnie, rozsiekajcie! Gdyż i do tego się przyznaję… żem go miłował… (więdnie).


CHÓR INSTRUKTORÓW I SPAWACZY (przebiegając przez scenę z lewej na prawą na puentach): Na żywy Bóg! Dajcie mu jeść i pić! (17)


ORDYNATOR Nie temu! Temu! (skazuje ręką Wiernego Czeczota. Podchodzi do ekranu EEG, gwiżdże) Fiu, fiu! (na ekranie ciągła, pozioma linia): Siostra pisze: całkowity zanik mózgu. Zmiany nieodwracalne. Śmierć kliniczna.


MASTURBAN (zza parawanu, jedna stopa palcami w górę, druga — w dół. Dolce): Oh. Maryjanno, gdybyś była zakochana, nie spała byś w tę noc, w tę jedną noc… (Da capo al fine).


KONIEC?

Przypisy:

1. NIE 2/98, „Dama bije króla”

2—4. tamże

5. NIE 51—52/97, „Żłób u żłóbka”

6. NIE 19.98, „Magiel dziejowy”

7. NIE 21/98, „Piana z pyska”

8. Henryk Sienkiewicz „POTOP”, t. II, str. 707

9 — 12. tamże (ze zmianami)

13. Henryk Sienkiewicz „POTOP”, t. II str. 707—708

14. NIE 21/98, „Dlaczego lewica bierze w pysk”

15. J. Plechanow „Podstawowe zagadnienia marksizmu”

16 -17. Henryk Sienkiewicz „POTOP”, t. II, str. 709 (ze zmianami)

ROZDZIAŁ 2 — Szamienie na kaniec, odc. 1

Ciemność. Niemal namacalna. Wypełniała szczelnie przestrzeń dookoła mnie. Tym wyraźniej widziałem grzęzawisko, jaśniejące lekką poświatą i w przedziwny sposób rozświetlające się w miejscu, w które akurat spojrzałem.

Przypominało leśne jezioro, spotykane w Borach Tucholskich. Jeziora te zarastają od brzegów kożuchem mchów, żurawin i sitowia, który unosi się nad głębią, czasami kilkudziesięciometrową, uginając się i falując pod stopami. Chodząc po nim należy trzymać poziomo możliwie długi kij, który w przypadku przerwania kożucha ma za zadanie uratować przed wpadnięciem w topiel.


Kiedy spoglądałem przed siebie, widziałem ów bezkresny kożuch, a także wiodącą przez jego środek kładkę.

Spoglądając ponad nim w lewo widziałem coś jakby unoszące się tuż nad ziemią cumulusy, jakieś kłęby mgły czy dymu, dość stabilne w formie i nie rozpraszające się mimo powiewów ciepłego wiatru. Wytężanie wzroku powodowało jedynie zanik ostrości, tak że chwilami widziało się chmurę, a zaraz po tym jakby stado baranów i znowu kłębowisko obłoków. Wewnątrz nich coś się działo: raptownie rozświetlały się różnokolorowymi światłami, to znów wibrowały błyskami stroboskopów.

Czasami ta dyskoteka-nie dyskoteka rozpływała się w przedziwne kształty, przypominające zamknięte, otoczone murami osiedla-osady, a może kina na wolnym powietrzu wypełnione samochodami.


Po prawej stronie, na skutek kontrastu, ciemność wydawała się tak głęboka, że niemal aksamitna. Ale i tam po długim wpatrywaniu się, kiedy oczy zaczynały łzawić z wysiłku, można było dostrzec — lub mieć złudzenie, że się widzi — obraz już to starego niby-lasu, tłumu wyniosłych drzew-olbrzymów, już to miasto składające się z tysięcy wież o różnych kształtach.

Chwilami wydawało mi się, że z prawej słyszę dzwony, pieśni czy hymny, jednak próba usłyszenia dokładniejszego zawsze kończyła się niepowodzeniem.


Na wprost, pośrodku, chyba nie było niczego. A jeśli nawet było, to zupełnie niekonkretne, nieuchwytne, nijakie. Coś jakby zarys panoramy Ursynowa, przeźroczystej jednak do tego stopnia, że mogło tam być coś lub zupełnie nic.


Zarówno to, co migotało z lewej, jak i miasto pałaców, a może świątyń po prawej, a także „prawie nic” pomiędzy nimi pojawiało się i znikało w sposób tak subtelny, że mogło być złudzeniem czy wręcz projekcją podświadomości.


Nagle w mroku, tuż przede mną, rozległ się gwałtowny, przypominający spłoszonego bażanta łopot skrzydeł. Coś wzniosło się pionowo w powietrze i — sądząc po odgłosie — zaczęło oddalać od miejsca gdzie w całkowitej ciemności usiłowałem coś zobaczyć, gdy przenikliwy świst uciął łopot skrzydeł. Rozległ się plusk i nastała cisza jeszcze głębsza niż przedtem. A po chwili z góry zaczęły padać wielkie, ciepłe krople i coś w rodzaju delikatnego puchu, lekko oblepiającego wszystko białą poświatą…


— Znowu Michnik zestrzelił nam Anioła! — usłyszałem męski głos zza swoich pleców.

— To już trzeci w tym tygodniu! — odpowiedział mu inny głos..Niski, głęboki, budzący zaufanie.

— Czy nie powinniśmy czegoś z tym zrobić? Nie pomnę już, kiedy ostatniemu udało się przelecieć. Wystrzela nam wszystkie, niech będzie przeklę…

— Przestań, Dżejpitu — Głos drugi zabrzmiał lekkim wyrzutem.

— Bo gdyby tak wysłać tego tu z odpowiednią misją…

— Dżejpitu, obiecałeś!

— Poza sytuacjami nadzwyczajnymi! Synu, nie lękaj się!

— Dżejpitu!

— Przepraszam, Dżejsiejcz… Tak jakoś mi się wypsnęło…

...przez chwilę trwała cisza. Jakby w telewizorze wyłączono dźwięk. Albo raczej w odtwarzaczu video. Bo nagle ostatnia sekwencja powtórzyła się.

— Znowu Michnik zestrzelił nam Anioła!

— To już trzeci w tym tygodniu!

— Czy nie powinniśmy czegoś z tym zrobić? Nie pomnę już, kiedy ostatniemu udało się przelecieć. Wystrzela nam wszystkie, niech będzie przeklę…

— Przestań, Dżejpitu! — Głos drugi zabrzmiał lekkim wyrzutem. — Wiesz przecież, że Anioły są po to, żeby ginąć… I ustalone zostało, że nam interweniować nie wolno. Zresztą, jak pomnę, kilka przeleciało…

— Ale tylko te z prośbami, lecące prosto w górę. Nie udało się ani jednemu, niosącemu Nowinę na lewo. Wszystkie zestrzelił, wszystkie…

— Tak widać ma być, Dżejpitu! Musi w tym być mądrość nam niedostępna.

— Tobie niedostępna, Panie?!

— Nie mów do mnie „Panie”! W każdym razie — nie tutaj, w rzeczywistości analogowej, gdzie można podsłuchiwać! — Głos Drugi wydawał się zniecierpliwiony…

— Przepraszam! Czy nie ma żadnej szansy? Czy on nie śpi? Nie je? Przecież musi być jakiś sposób, żeby przesłać Nowinę do Dyskoteki!

— Jest na to wieczność, Dżejpitu! I jest także pewna szansa, że któryś kiedyś doleci.. Posłuchaj…!

— Ponownie rozległ się trzepot skrzydeł i jednocześnie coś ciężkiego plasnęło w grzęzawisko, rozbryzgując błoto. Łopot skrzydeł oddalił się gdzieś w przestworza…

— To Kuroń. Albo Geremek. Albo któryś z mniej pojętnych uczniów… Hartmann… Środa… Jak zwykle nie trafili! Nie mówiąc o tym, że zamiast z łuku próbowali maczugą.- Głos Drugi wydawał się rozbawiony — To jest ta szansa, że kiedyś któryś Anioł przeleci nad Niczym na Lewą Stronę. To nawet więcej niż szansa. Ale na razie jest tak, że kiedy któryś z głupszych nie trafi, to Michnik poprawia.

— Boże mój…

— Nie mów do mnie „Boże”!

— Przepraszam, Dżejsiejcz! Ale może jednak wysłać tego tu, z odpowiednią misją i wyposażeniem? Jestem pewien, że zdjął by tego Michnika jednym palcem!

Domyśliłem się, że mówią o mnie. Z wrażenia byłem jednak jak sparaliżowany, nie będąc w stanie poruszyć ręką ani nogą, nie mówiąc już o wydobyciu głosu…

Dyskoteka rozbłysła feerią świateł, a muzyka — tym razem wyraźniejsza — dała się rozpoznać bezbłędnie: disco polo. Prawie widać było pląsającego w rytm Kwaśniewskiego. A i fantom wyglądający jak Miller ruszył w tany z jakąś przodownicą… Poczułem, że nogi mi zdrętwiały. Spróbowałem poruszyć się…

— Nie ruszaj się!

Zamarłem w bezruchu. Pomyślałem, że chociaż spróbuję coś powiedzieć…

— Nic nie mów! Właśnie podsłuchują. Czekaj, jeszcze, jeszcze… O.K. Możesz mówić, synu.

Poczułem, że mogę nie tylko mówić, ale i poruszać się.

— Co się dzieje? Kim jesteście? To znaczy czy jesteście tymi którymi myślę że jesteście? A przede wszystkim — gdzie jesteście?

Spróbowałem w ciemności rozświetlanej tylko błyskami Dyskoteki zerknąć za siebie, ale nikogo tam nie było. Nie było w tym sensie, w jakim może kogoś nie być w całkowitej ciemności. Niewiele myśląc, sięgnąłem ręką do tyłu w nadziei, że czegoś tam dotknę…


— Nie bądź durniem, synu! — wydawało mi się, że Głos Pierwszy jest rozbawiony.

— Przepraszam. Czy może mi Pan powiedzieć…

— Nie mów do mnie „Pan” — odpowiedział z naciskiem. — Nienazwane ma być nienazwane i trzymajmy się tego. Howgh! — Głos Pierwszy znowu zachichotał.

— To niech mi powie — usiłowałem wybrnąć z sytuacji — o co tu chodzi? Niech ono…

— Tylko nie „ono”!

— Przepraszam! Czy mógłbym jednak dowiedzieć się…

— Wiem, co chcesz wiedzieć, synu.

— Dlaczego…

— Mówię, że wiem! Posłuchaj: Michnik i reszta zajmują miejsce w środku, czyli w Niczym. To tam, na wprost. Anioły lecące na lewo muszą przelatywać nad Niczym. No i on je… — zawiesił głos — …taki jest porządek rzeczy, która jego jest…

— Panie…

— Nie mów do mnie „Panie”!

— Przepraszam… Dlaczego trzeba tam zanieść Nowinę? I co to za Nowina?

— …

— Panie…

— …

— Halo!

— Nie odpowie, bo rozmawia — odezwał się Głos Pierwszy.

— Wkrótce zrozumiesz, synu — odezwał się nagle Głos Drugi — Nie pytaj, tylko patrz…

Poświata nad trzęsawiskiem trochę przygasła, czy może ciemność przybliżyła się do siebie…

ROZDZIAŁ 3 — Szamienie na kaniec, odc. 2

Wciąż siedziałem w ciemności, w tym samym miejscu, na rodzaju półki w skarpie, opadającej do pokrytego zielonym kożuchem jeziora. Przez jego środek biegła kładka.


Poza niemrawymi rozbłyskami po lewej stronie na drugim brzegu, panowała aksamitna ciemność. A jednak, pomimo tego widziałem, że kładka jest z desek. Nieheblowanych.


Po prawej, ginącej w ciemności stronie, zamajaczyły trzy postacie. Szły, czy raczej jakby płynęły wolno w kierunku środka obrazu w postaci lekko rozświetlonej przestrzeni. Kładka, zawsze niestabilna, tym razem nie chwiała się. Postacie weszły w krąg poświaty i wtedy poznałem: ojciec Tadeusz Rydzyk, podtrzymywany, czy raczej prowadzony z obu stron przez jakichś zakonników. Twarz miał pogodną, chyba nawet uśmiechniętą, a sam...ależ tak… w ogóle nie dotykał nogami kładki, unosząc się lekko ponad nią. Dwaj jego towarzysze nie prowadzili go, ani też nie nieśli! Oni próbowali utrzymać go przy ziemi! Widać było, że nie jest im łatwo. Co chwila wynurzali się z bagna, wznosili w górę, kurczowo uczepieni ojca Rydzyka, wymachując nogami w gorączkowym usiłowaniu powrotu do swojego środowiska. Wyglądało to niemal komicznie, a jednocześnie czuło się coś w rodzaju utajonej grozy… Bo oświetlona przestrzeń, nie wiedzieć dlaczego, chwilami przypominała widziany od wewnątrz bagażnik samochodu…


Jeden z zakonników, korzystając z krótkiej chwili kiedy ojciec Rydzyk obniżył się stając na kładce, wyciągnął radiotelefon i zaczął weń krzyczeć: “Zróbcie coś, żeby ci jego słuchacze przestali się za niego modlić! Nie dajemy rady go utrzymać! Wiecie co będzie, kiedy pójdzie w górę?! No to wyłączcie prąd! Albo puśćcie serial, cokolwiek! Wykonać!”.


— Panie… — niespodziewanie odezwał się Głos Pierwszy, czyli — jak pamiętałem — należący do Dżejpitu…

— Nie mów do mnie “Panie”… Wciąż muszę ci przypominać, że jesteśmy w rzeczywistości analogowej…

— Przepraszam, Dżejsiejcz! Ciągle zapominam. Czy możesz nam powiedzieć, gdzie oni prowadzą ojca Rydzyka? Co to za zakonnicy? Przecież tego zakonu już od dawna nie ma!

— Masz racje, Dżejpitu. Ale oni o tym nie wiedzą. Spójrz na buty…

Rzeczywiście. W miejsce sandałów czy innych trepów mieli buty na grubej, gumowej podeszwie, z krótką cholewą zapinaną powyżej kostki. Pomyślałem, że gdybym dobrze potrząsnął kładką, obaj fiknęli by w błoto, a ojciec Rydzyk uniósł by się, wolny…


— Ani się waż! — usłyszałem — Nawet nie próbuj! Musi być co być musi!

Nagle, z lewej strony, dobiegł krzyk tak straszny, że aż ciarki przeszły mi po całym ciele. Była w nim rozpacz do tego stopnia bezbrzeżna, że niemożliwa do opisania.


Po chwili w mroku zamajaczyły jakieś postacie, które wlokąc ciężki najwyraźniej tłumok, wstąpiły w krąg poświaty nad kładką. Cisnęły na nią swoje brzemię, aż kładka zanurzyła się nieco i rozpłynęli w ciemnościach. Wytężyłem wzrok. Na kładce leżał Radosław Sikorski, były minister spraw zagranicznych.


— Żyje? — zainteresował się Głos Pierwszy.

— Żyje, żyje i nie żyje, nie żyje. — odparł Głos Drugi — Kogo pokarać przyszło, trzy są możliwości: zdjęcie przez przeciwników, zdjęcie przez swoich i zdjęcie się samodzielne. W przypadkach niezwykle ciężkich, śmiertelnych, a do takich zaliczana jest głupota, trzy kary mogą być stosowane jednocześnie. To taki właśnie przypadek. Został marszałkiem sejmu choć mierzył gdzie indziej. I stąd ten krzyk rozpaczliwy…

Tłumok przypominający Radosława Sikorskiego leżał na kładce, ale wcale jej nie przeważał. Strona z ojcem Rydzykiem była zanurzona głębiej, pomimo że on sam wciąż unosił się w powietrzu. I pomimo tego że wcześniej na kładkę rzucono największe, najcenniejsze skarby. Jak szamienie na kaniec! Lisa, Niesiołowskiego, Wojewódzkiego, Olejnik, Owsiaka, Paradowską, Senyszyn, Środę, Vincenta, Bartoszewskiego, Nergala, Grodzką, Hartmanna, Nowaka… a nawet — Michnika!


Leżeli w bezładnej kupie, usiłując coś ważyć. Wszystko na nic!


— Za mało dali na szalę, grubo za mało! — odezwał się Głos Drugi. — Jak zwykle chcą kupić tanio, a leszcze lepiej — wziąć za darmo!

— Masz rację, Dżejsiejcz! Ale to już się skończyło. Za ojca Tadeusza będą musieli dorzucić a dorzucić! — Głos Pierwszy zabrzmiał satysfakcją, a zarazem głębokim smutkiem…

Z lewej strony ciemność rozbłysła. Z tumanów wystrzeliły race, rakiety, chińskie ognie. Muzykę rozkręcono na cały regulator, tak że nawet zielony kożuch wokół kładki wpadł w wibrację. Dwaj stróże ojca Rydzyka odruchowo zatkali uszy, co jednak spowodowało, że o mało im się nie wymknął. Złapali go za obrzeże szaty w ostatniej chwili, ściągnęli na dół, ale nowa fala disco polo zmusiła ich do zakrycia uszu. I tak, niemalże w rytm muzyki, to łapali się za głowy, to wyciągali ręce do umykającego ojca Tadeusza, to znowu zatykali uszy, by ponownie unieść ręce w ślad za nim…


Trwało to tak i trwało, a tłumok leżał po drugiej stronie nieruchomo. I nagle, w chwili największego natężenia hałasu, poprzez łomot muzyki, rozległ się ryk tak potężny, że światła Dyskoteki na moment przygasły, a Nic ze strachu stało się przejrzyste, zupełnie jakby schowało ogon pod siebie.


— Dają Urbana — poinformował Głos Drugi.

— O Jezu! Skąd wiesz, Panie…?

— Nie mów do mnie ani Jezu, ani Panie!

— Przepraszam! Skąd wie?

— Wszystko słyszę. Ciągle używają telefonów komórkowych na kartę. Kiedyś podsunęliśmy im, że nie można ich od nas podsłuchać…

— Kto nie może, ten nie może, temu Boże nie pomoże — zanucił Głos Pierwszy.

Poczułem, że mogę się poruszyć. I chyba mówić…


— Ale przecież, jeśli wszystko może, dlaczego nie zamknie tej Dyskoteki? — odważyłem się zapytać — Albo czemu nie wyłączy im prądu? Albo niech mi pozwoli wsiąść na zgniatacz i przejechać po tym paskudztwie kilka razy…!

Nikt nie odpowiedział.


Kolejny Anioł wystartował w mroku i poleciał w górę bez żadnych przeszkód. No tak — pomyślałem — oddali Michnika…


Nawet nie zauważyłem, kiedy Urban znalazł się na kładce obok Sikorskiego. Leżał jakoś tak na boku, głową lekko do dołu, natomiast nogi sterczały ukośnie w górę. Jednak nic nie stracił ze swych umiejętności, i zdania, które wygłaszał, były równie krągłe jak kiedyś. Jedynie pozycja zmieniła się całkiem, i leżeli tak sobie obok, a kładka ani drgnęła. Ba, wydawało się, że po stronie ojca Tadeusza zanurzyła się jeszcze głębiej!


— I co się stanie dalej? — ponownie ośmieliłem się zapytać.

Nic. Cisza. Znowu nikt mi nie odpowiedział.

ROZDZIAŁ 4 — Szamienie na kaniec, odc. 3 — Space Jam kontra Spec Naz

W dalszym ciągu akcja rozgrywa się w czasie i przestrzeni nierzeczywistej. Występujące osoby, nazwiska i sytuacje nie mają zatem nic wspólnego z rzeczywistością, a niekiedy są własnym zaprzeczeniem. Jeszcze częściej przeczą same sobie. Ale najwięcej kłopotów sprawia to, że wszystkie, nawet najbardziej fantastyczne pomysły, w niedługim czasie pojawiają się w postaci tzw. faktów prasowych i nie sposób sobie z tym poradzić.


Od moczarów zaciągnęło chłodem. Pierwszy, nieśmiały podmuch nie miał w sobie nic niezwykłego — ot, jak to nad wodą pod wieczór… Drugi jednak, a za nim trzeci i czwarty niosły już w sobie przeczucie czegoś groźnego: mrozu, niezwykłego jak na tę porę roku, czy też innego, równie poważnego niebezpieczeństwa.


Nagle zobaczyłem bezkresne, pokryte śniegiem stepy. Lodowaty wiatr, przesypując zaspy śniegu z miejsca na miejsce, odkrywał co chwila sterty dziwnych przedmiotów. Przecieranie oczu nie pomagało: raz były to butelki to Beaujoleux Noveaux, a raz — puszki Holstein Bier. Zarówno jedno jak i drugie w wielkich stertach, zamarznięte na kość i nie nadające się już do spożycia.


Nawet kruki i wrony, polatujące w mroźnych szkwałach, nie były w stanie udziobać jednej butelki bądź puszki.


Trwało to dobrą chwilę i wydawało się, że tak już pozostanie, gdy nadzwyczaj silny podmuch odkrył kształt odmienny: regularny, uporządkowany czworobok, wokół którego lód jakby topniał, a jeśli nawet nie topniał, to czuło się ukrytą w nim siłę i olbrzymie, wewnętrzne ciepło. Wielka Armia mogła tu zamarznąć, czołgi SS Herman Goering odmówić posłuszeństwa, a ten jasny oddział parł naprzód i naprzód, aż do zajęcia stolicy, pobędzie tam ile potrzeba i powróci w ordynku i gotów do podobnych cudów.


A zatem, nasz oddział składał się z jednakowych, przejrzystych elementów, wypełnionych do połowy szyjki. Napisów na etykietach nie sposób było dostrzec, zakrętki natomiast miały bez wątpienia metalowe. Nawet bez napisu, jaśniejącego na unoszącej się nad horyzontem szarfie, alegoria jawiła się jednoznacznie czytelna. Napis natomiast głosi: „Nie sztuka zająć. Sztuka -wrócić!”. A pod nim, mniejszymi literami: „Od przyjaciół Moskali”.


— Pięknie spuentowane! — usłyszałem zza pleców Głos Pierwszy. — Jest wielka potrzeba przypomnienia, żeście nie tylko pawiem i papugą…!

— Jakoś tak samo mi wyszło. — Głos Drugi chyba krygował się lekko. — Pomyślałem, że dobrze byłoby ukuć jakąś syntezę historii, a jednocześnie zilustrować konstruktywnie jakże głęboką uwagę kanclerza Kohla: „Narody, które na meandrach polityki skierowane były przeciwko sobie, tutaj zademonstrowały swoja bliskość”.

— A przy tym — dorzucił po chwili milczenia — zaznaczyć pewną odrębność, w ramach Europy Ojczyzn. I jasno przypomnieć, że tylko my wróciliśmy stamtąd o własnych siłach!

— Trójkąt Weimarski otrzymał dziś silny impuls — dobiegło z lewej strony kładki.

— Fotel dla Kohla znaleziono w Muzeum Narodowym w Poznaniu — zawtórowało od strony Niczego…

— Fotel dla Kohla, Fortel dla Ola! — zaintonował Chór Młodzieży.

— Niepokoimy się o szczyt Rosja — Francja — Niemcy w Jekaterynburgu — odpowiedziało Echo.

— To się wpisuje, to się wpisuje… — wygłosił Oleksy do deski w kładce.

— Będziecie informowani o przebiegu rozmów z Jelcynem — zapewnił Dostojny Duet.

— Europejski sygnał: pi, pi, piiiiii! — dobiegło spod deski…


Deska, do której mówił Oleksy uniosła się lekko, opadła na miejsce, znowu uniosła. Spod niej wychynęła metalowa rura, zagięta na końcu, Zanurzyła się na chwilę, aby ponownie pokazać nad powierzchnią grzęzawiska, już po tamtej stronie kładki. Obróciła się wkoło, schowała, a w jej miejsce wynurzyła się zardzewiała nadbudówka z napisem „ABPOPA” — Atomowyj Wojennyj Russkij Obronnyj Rjewielacyjnyj Awtomobil.


— Patrzcie Państwo! Sam Ałganow przypłynął…!

— Nie mów do mnie „Państwo” — napomniał go Głos Drugi.

— Przepraszam…


Z luku okrętu wychylił się transparent: „WMIESTIE K SOJEDINIONNOJ JEWROPIE” oraz „Medialnyj sponsor BIESIADY — Łubianka Telewidienje International Limited, Belize”.


W tym miejscu muszę na chwile przerwać opowiadania, uświadamiając sobie, że nie wszyscy Czytelnicy pamiętają wcześniejsze rozdziały i mogą nie orientować się w szczegółach, dla mnie oczywistych. Przypomnę więc pokrótce, że historia Polski bez Chrztu tak się ma do historii Polski po Chrzcie jak — w zaokrągleniu — 1: 100. W sumie mamy więc 101% Polski i Polaków. Sytuacja taka nigdzie poza Polską nie jest możliwa. U nas natomiast jest to całkiem zwyczajne i łatwe do wytłumaczenia: nadwyżka została nam dosłana z zewnątrz, i dotychczas nazywała się „większością” od „bolszoj”. Aktualnie występuje jako mniejszość, składająca się z mniejszości, składających się z mniejszości i tak dalej, jak w rosyjskiej „Matrioszce”. Dylemat większość — mniejszość w kontekście Wańki — Wstańki jest oczywiście dylematem pozornym. Jest natomiast faktem, że wszystkie podejmowane dotychczas próby obalenia Wańki — Wstańki zakończyły się tak, jak wszystkim wiadomo: im bardziej Wańka, tym bardziej Wstańka! Ostatnia z takich prób, bardzo bliska sukcesu, jest przedmiotem niniejszej alegorii w odcinkach, rozgrywającej się na wąskiej kładce, przerzuconej nad grzęzawiskiem, rozpościerającym się pomiędzy Lewicą (Dyskoteką), Średnicą (Niczym) i Prawicą (Miastem) czyli nad tzw. Spectrum. Kładka jest wykorzystywana jako waga, co nie raz już miało miejsce, choć z różnym skutkiem. Powiem krótko: Święty Wojciech. Na jednej szali znajduje się ksiądz Tadeusz Rydzyk (albo — zamiennie — Arcybiskup Jędraszewski), przytrzymywany przez dwu goryli, na drugą zaś rzucane są największe skarby: Spychalska, Oleksy, Labuda, Miller, Czarzasty, Biedroń z mężem, Agnieszka Holland z córką… Rzucane jak Szamienie na Kaniec! I co? I nic! Kogóż więc mieli by dorzucić? Czyżby musieli aż…? Wyobraźnia szaleje, dramaturgia narasta… A może Czytelnicy wiedza już, kogo należało by dołożyć? — Dołożycie? — Dołożymy! — odpowiedziało Echo i zamiast głosować — przełączyło na inny kanał.


...atomowy okręt podwodny „ABPOPA” zacumował po lewej, tuż koło Dyskoteki. Właz otworzył się ze zgrzytem. Przez długa chwilę nic się nie działo. Mrok nad okrętem zgęstniał, muzyka w Dyskotece przycichła… Nic, cisza…


Nagle z luku wychynęła nieduża paczka, owinięta bodajże w gazetę, i popłynęła nad pokładem w kierunku Dyskoteki, aż znikła we mgle. Za nią pojawiła się druga, trzecia, dziesiąta… Tym razem wyraźnie słyszałem tupot nóg biegnących po pokładzie okrętu, ale osoba pozostawała niewidoczna… Trwało to jakiś czas, kiedy uwagę moją zwróciło, że Dyskoteka zaczęła się zmieniać; w najdziwniejszych miejscach zaczęła obrastać w różnego rodzaju przybudówki: kantory, pralnie, banki, firmy leasingowe, agencje ochrony, centrale handlu zagranicznego.


Szczególnie okazałą narośl zwieńczono neonem „UNIVERSAL”. Niewiele mniejszą — „Elektrim”… Zrobiło się bogato, dostatnio, kulturalnie…


Tymczasem na okręcie paczki zaczęły wędrować w obie strony: część wciąż płynęła w stronę Dyskoteki, ale coraz więcej i więcej — wracało… Dało się też zauważyć, że paczki noszą jakieś postacie. Ciągle słabo widoczne, ale coraz bardziej kojarzące się z konkretnymi osobami…


— Wydaje mi się, że widzę Rakowskiego! — mruknąłem do siebie — A ten drugi… O Jezu!!!

— Nie mów do mnie Jezu! — z niezmierna cierpliwością napomniał mnie Głos Drugi — mają oczy a nie widzą, mają uszy a nie słyszą, mają… Co wy tam jeszcze macie?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 43.14