E-book
5.61
drukowana A5
35.06
Szach

Bezpłatny fragment - Szach


5
Objętość:
210 str.
ISBN:
978-83-8155-778-8
E-book
za 5.61
drukowana A5
za 35.06

1. Początek niezapomnianego weekendu

Na stację benzynową podjeżdża firmowy samochód jednego z producentów chipsów. Marek Starski wraz ze swoją narzeczoną Sylwią Dorobek, spakowali się do dwóch, dużych walizek, które zajęły im prawie cały bagażnik. Podjechali do dystrybutora, by zatankować samochód na dłuższy weekendowy wyjazd w góry. Marek zajął się tankowaniem auta do pełna, a Sylwia ruszyła w stronę zaparkowanego obok myjni samochodu innej marki, ale z logiem tej samej firmy.

— Cześć wam — powitała stojących przy samochodzie Wojtka Futre i jego dziewczynę Zosię Dobrowolską.

— Co to za spóźnienie? — od razu odparł Wojtek z udawanym oburzeniem. — Zosia już zdążyła trzy hot-dogi zjeść. Jeszcze chwila i by ich zabrakło na całej stacji.

— Hej! — uderzyła go w ramię Zosia, udając urażenie jego słowami. — Wcale nie.

— Marek jak zwykle nie może żyć bez pracy.

— Wyłączył w końcu telefon?

Przechyliła głową i opatrzyła na niego z ukosa, odpowiadając:

— Wierzysz w cuda? Wyłączę mu go, gdy dojedziemy na miejsce.

— Ja już dawno wyłączyłem. Niech sobie radzą.

— I bardzo dobrze. — Skierowała wzrok na Zosię i dodała: — Gotowa trochę zaszaleć?

— Myślę, że tak — odpowiedziała skromnie i niepewnie.

— Już ja się tobą zajmę, dziewczyno. Zabrałam dla nas najlepsze wina, po butelce na głowę.

— Oszalałaś? — zapytała z uśmiechem na ustach i skrywanym przerażeniem.

— Wino? — zapytał z oburzeniem w głosie Wojtek. — Piwo tylko się liczy.

— Pół bagażnika mamy waszego piwa. Ledwo walizki się zmieściły — odparła mu Sylwia

— Ja też mam tyle — odpowiedział dumny z siebie.

— I kiedy wy to wypijecie? Jedziemy tylko na weekend.

— Damy radę. Najwyżej nam pomożecie.

— Zapomnij, my mamy moje winko, co nie Zosia?

Przytaknęła tylko niepewnie i nie odpowiedziała.

— Trochę więcej entuzjazmu Zosia! Będzie super, zobaczysz.

Zosia tylko uśmiechnęła się i wtedy podjechał do nich Marek, zatankowanym samochodem po sam korek i zaparkował tuż obok nich. Wychodząc od razu, zapytał:

— Gotowi? Jedziemy.

— Patrzcie go, teraz to goni — odpowiedział za wszystkich Wojtek. — Prowadź.

Sylwia wsiadła do samochodu Marka i wszyscy ruszyli, w kierunku gór, które przy pięknej, jeszcze letniej pogodzie, były widocznie z daleka i zapraszały do siebie każdego.


***


Droga na południe na szczęście obyła się bez większych przestojów. Szybko pokonali większość kilometrów, trzymając się drogi szybkiego ruchu, aż w końcu musieli zjechać na znacznie wolniejszą drogę, w terenie zabudowanym.

— Nie jedziecie trochę za szybko? — zapytała Zosia swojego kierowcę, patrząc na jego licznik, który przekraczał osiemdziesiąt kilometrów na godzinę, a właśnie minęli znak z ograniczeniem prędkości do pięćdziesięciu.

— Spokojnie, Zosia. Z Markiem codziennie pokonujemy tyle kilometrów, że nic ci z nami nie grozi.

Nagle zadzwonił telefon. Wojtek włączył zestaw głośno mówiący i oboje usłyszeli głos Marka:

— Suszarka przed nami.

Oboje momentalnie zwolnili swoje pojazdy, a Zosia przyklejona do szyby, zaczęła wypatrywać stojących policjantów w okolicy.

Początkowo rozglądała się we wszystkie strony, nie chcąc ich ominąć, ale z każdą mijającą chwilą zaczynała wątpić w ostrzeżenie ich pierwszego kierowcy. Kiedy skręcili w kolejną uliczkę, w końcu natknęli się na stojący na poboczu patrol policyjny. Na ich szczęście jechali zgodnie z przepisami drogowymi i spokojnie przejechali dalej, by po kilkuset metrach znów przyspieszyć.

— Skąd on wiedział?

— Zosia, w jakich czasach ty żyjesz? — zapytał, uśmiechając się do niej. — Zgrywasz odpowiednią apkę i masz gliniarzy głęboko w dupie.

— I jest to legalne?

Uśmiechnął się tylko sam do siebie i pokręcił głową, dając jej znać, że na to pytanie już odpowiadać nie ma zamiaru.

Tymczasem w pierwszym samochodzie Marek wraz z Sylwią słuchali głośno rockową muzykę i poruszali się na swoich miejscach w jej takt. Skręcali w kolejną wąską uliczkę i przejeżdżali wzdłuż kolejnego rozległego pola kukurydzy.

— Wszędzie kukurydza — nie mogła oderwać wzroku od niej Sylwia.

— Z tego tu żyją widocznie.

W końcu pole się skończyło i minęli kilka starych, zaniedbanych domów.

— Chyba kiepsko im idzie sprzedaż. Popatrz na te domy.

— Może kiedyś wrócimy tu i rozkręcimy ich interes? — zażartował Marek.

— To wcale nie głupi pomysł.

— Żartowałem.

— A ja nie. Popatrz, ile tych pól jest. Z tego idzie porządną kasę zrobić.

— Myślisz, że nie mają?

— Widziałeś ich domy? Musimy tu wrócić. Ja tu widzę duży potencjał dla nas i kasę — aż potarła dłonie o siebie, wyobrażając sobie pieniądze, które mogliby zarobić.

— Dla nas? Czy dla nich?

Sylwia przez chwilę popatrzyła na niego zaskoczona i odparła:

— A kto się zajmie marketingiem? Dystrybucją? Logistyką? Przecież to w dzisiejszych czasach robi kasę. Sam widzisz, w jakich szopach mieszkają.

— Dość o pracy, nie po to tu przyjechaliśmy — zakończył temat Marek i skręcił w kolejną uliczkę, prowadzącą pod wielką górę. — Widzisz tamten domek? — Pokazał na jeden z najwyżej stojących. — To jest nasz.

— Tak wysoko?

— Mówiłem, że to będzie odludzie.

— Tylko nie mów, że toaleta jest na zewnątrz? — zapytała ze strachem w głosie.

— Sylwia, bez przesady, to jest nowy dom.

— To dobrze — odparł z wyraźną ulgą, ale zaraz zapytała: — Czyli Internet też tam będzie?

Popatrzył na nią z szelmowskim uśmiechem na twarzy i odpowiedział:

— Ponoć zasięgu tam nie ma.

— Bez jaj Marek.

— Sama chciałaś na trzy dni odciąć się od świata.

— Ale mi chodziło o twoją komórkę, nie moją.

— Mamy równouprawnienie. Jak ja cierpię to i ty — odparł uśmiechając się znów tak samo.

— A chociaż jakieś sklepy tu są?

— Nawet nie wiem, jak nazywa się ta wiocha. Zaraz będziemy przez nią przejeżdżać, więc zatrzymamy się, by kupić co trzeba i jedziemy dalej.

— Gdzieś ty mnie zabrał?

— Zobaczysz, będzie fajnie. Może spotkamy jakiegoś miśka wieczorem.

— Co?

— Miśka. Czasami schodzą niedźwiedzie z gór, szukając jedzenia.

— Powiedz, że żartujesz.

Znów tylko uśmiechnął się i w zamian za to oberwał z pięści w ramię.

Wyjechali na główną, w końcu trochę szerszą ulicę wioski. Znajdowały się tam wszystkie budynki, które były niezbędne do funkcjonowania małej wioski. Po lewej minęli pocztę, obok niej stała apteka z przyklejonym do niej małym sklepikiem monopolowym. Naprzeciwko stał mały posterunek policji i ratusz, który wybijał się spośród wszystkich budynków, swoją wielkością. Był bowiem najwyższy na całej ulicy. Jednak przyjezdnym rzucało się w oczy zupełnie co innego, bowiem prawie przed każdym domem znajdowały się grupki młodych mężczyzn. Od razu wiedzieli, że nie byli to Polacy. Wyglądali jak uchodźcy z Syrii czy Iraku, o których wciąż w telewizji się mówiło. Ich ciemniejszy kolor skóry, czarne brody i obcy język, którym się posługiwali, wyraźnie wskazywały na ich pochodzenie. Nie robili nic podejrzanego ani złego, tylko byli pochłonięci rozmową ze sobą i odprowadzeniem wzrokiem samochodów Marka i Wojtka, które właśnie obok nich przejeżdżały.

— Sporo ich — powiedziała Sylwia z odrazą w głosie, na ich widok.

— Ciekawe skąd oni się tu wzięli? — dodał Marek, również zaskoczony ich obecnością i ilością w tak małej wiosce.

Zatrzymali się kilka metrów dalej, na małym parkingu sklepu spożywczego, na schodach którego siedziało kilku kolejnych młodych mężczyzn.

— Ale dziura Marek, gdzieś ty nas zabrał? — zapytał go Wojtek wysiadając z samochodu i rozciągając się we wszystkie strony.

— Do ulu terrorystów — odpowiedziała mu natychmiast Sylwia.

— Nie przesadzaj. Chodźcie lepiej kupić coś do jedzenia. Później już tu nie będziemy zjeżdżać.

— Dobrze zamknij samochód — od razu dopowiedziała Sylwia, nie mogąc oderwać wzroku od młodych ludzi, rozmawiających ze sobą w zupełnie innym, nieznanym im języku.

— Czyli jedziemy zaraz dalej? — zapytała ze strachem w głosie Zosia.

— Nasz domek jest na samej górze — odpowiedział Marek.

— Bez jaj — odparł Wojtek. — Marek, ja żartowałem, mówiąc o weekendzie z dala od ludzi.

— Chcieliście odpocząć od codzienności, to macie.

— Ta dziura ma jakąś nazwę chociaż? — zapytał Wojtek.

— Zadupie — odpowiedziała z wyraźnym oburzeniem Sylwia i zaraz dodała, sprawdzając swoją komórkę: — Tutaj nie ma nawet zasięgu.

— Dajcie już spokój — Marek mówiąc to, ruszył w kierunku sklepu. — Chodźcie lepiej, bo nie dojdziemy tam przed zmrokiem.

— Kurwa, Marek — nie wytrzymała Sylwia. — Ostatni raz wybrałeś miejsce na weekend.

Weszli do sklepu, nie zawracając sobie tym głowy. Teraz mieli ważniejsze sprawy do załatwienia i musieli dokonać zakupów, tak by nie musieć wracać tu przez najbliższe dni.

Wewnątrz za ladą siedział starszy mężczyzna z grubym, siwym wąsem pod nosem i widząc nowych ludzi w ich wiosce, od razu wstał i zaczął się im uważnie przyglądać.

— Poszukajcie jakiejś rozpałki na grilla, a my zajmiemy się żarciem — powiedział do Wojtka i wraz z Sylwią zaczęli przeglądać lodówki sklepowe.

— Plastikowe sztućce i tacki też mam szukać? — zapytał, uśmiechając się pod nosem.

— To jest, nie zapomnijcie tylko o zapalniczce.

— Aż strach zapytać, czego tam jeszcze nie ma — wtrąciła Sylwia.

— I ty przeciwko mnie?

— Też cię kocham — puściła oczko Markowi, Sylwia i zaraz wyciągnęła z lodówki karczek, dodając: — Ile paczek bierzemy?

— Dużo — odparł Marek.

Szybko zapełnili swoje ręce zakupami i już po kilku minutach przeglądania półek małego sklepu, podeszli do sprzedawcy z rękami pełnymi zakupów. Sylwia wysypała przed nim kilka tacek z zamrożonym karczkiem, Marek dorzucił do tego sześć worków z grubą kiełbasą, a Wojtek wraz z Zosią postawili trzy worki z węglem i kilka paczek rozpałek wraz z zapalniczką.

Sprzedawca popatrzył na nich podejrzliwie, ale nic nie mówiąc, zaczął kasować towar.

— A grilla tam masz? — zapytał Marka, Wojtek, zaskakując pytaniem ich dziewczyny.

— Mam, i to ponoć nówkę — odpowiedział, dając im wyraźnie odetchnąć z ulgą.

— Ponoć? — powtórzył jego słowa Wojtek.

— Jest, nie bój nic. Tylko żarcie i podpałki musieliśmy skombinować.

— Przepraszam, że tak zapytam — nie wytrzymał w końcu sprzedawca. — Wy tutaj przyjechaliście na długo?

— Na szczęście, nie — odpowiedział mu od razu Wojtek.

— Tylko na weekend — dodał Marek.

Sprzedawca tylko skinął głową i zaraz wypowiedział kwotę, która ukazała mu się za ich zakupy. Marek zapłacił kartą i gdy zabierali zakupy ze sobą, Zosia zatrzymała się przy sprzedawcy i zapytała:

— A dlaczego pan pyta?

— W ostatnim czasie mamy bardzo dużo obcych w naszej wiosce, ale wy nie wyglądacie jak oni.

— Właśnie zauważyliśmy, nie wie pan co ich tu sprowadza?

— Pewnie idą na zachód. Granice im większość krajów pozamykała, więc szukają nowych dróg.

— Biedni ludzie, przez wojnę musieli opuścić swój kraj.

— Biedni? — powtórzył jej słowa z oburzeniem. — To niech im się pani lepiej przyjrzy. Każdy dobrze ubrany i przy dupie telefon komórkowy. A gdzie są ich kobiety, dzieci?

— Myślę, że pan przesadza. To są tacy sami ludzie jak my, tylko szukają nowego domu.

— To niech sobie go znajdą gdzie indziej, tylko nie tutaj.

— Nie chciałby pan być na ich miejscu, proszę mi wierzyć.

Po tych słowach Zosia odwróciła się na pięcie i już miała wyjść na zewnątrz, gdy usłyszała jego kolejne słowa, już wypowiedziane zupełnie innym tonem, jakby chciał się jej wytłumaczyć:

— Nigdy nie lubiłem obcych. Może ma pani rację, ale za Ruskimi nigdy nie będę, choćby nie wiem, co.

— Za Ruskimi?

— Też tu przybywają.

Już nic nie odpowiedziała. Nie widziała sensu dalszej tej rozmowy. Tak uprzedzonego do ludzi człowieka, dawno nie spotkała. Mężczyzna miał już wyrobione zdanie na różne tematy i nie zmieniłby ich, cokolwiek by nie powiedziała. Uśmiechnęła się więc tylko do niego i pożegnała grzecznie, wychodząc ze sklepu i dołączając do swoich znajomych.

— Odnalazła się nasza zguba — powitała ją, zniecierpliwiona Sylwia. — Możemy jechać dalej.

— Popatrzcie — wskazał Wojtek na kolejnych trzech młodych Syryjczyków, idących środkiem ulicy, wprost do większej grupy, siedzącej na poboczu drogi.

Mieli na sobie plecaki i z wielką radością zostali powitani przez swoich znajomych.

— Nowi uchodźcy? — zapytał Marek.

— Chyba tak — odpowiedział Wojtek.

— Wszędzie jest ich pełno — powiedziała z oburzeniem w głosie Sylwia.

— Sprzedawca właśnie mi o nich mówił — wytłumaczyła szybko Zosia.

— Co mówił?

— To, że ostatnio ich się tu trochę pojawiło.

— Jak widać — skomentowała to Sylwia kiwając głową na najbliżej nich siedzących pod sklepem mężczyzn. — Nikt ich tu nie chce.

— Przestań Sylwia, oni uciekają przed wojną — odezwała się Zosia. — Potrzebują pomocy.

— Chyba żartujesz — odpowiedziała jej z wyraźnym oburzeniem koleżanka.

— Dajcie spokój, jedziemy — pospieszył ich Marek. — Szkoda czasu.


***


Domek był postawiony wysoko w górach i mimo że nie dzieliło go zbyt wiele kilometrów od wioski, to wymagająca, pnąca się w górę wąska droga, była na tyle trudna dla silników samochodów, że prawie godzinę się męczyli, zanim dotarli do celu.

Sam domek wyglądał bardzo ładnie. Wyraźnie różnił się od starych, zniszczonych domostw, jakie mijali po drodze. Ich nowe, weekendowe lokum było zaledwie trzy lata temu wybudowane. Fasada, okna, ganek, wyglądały jak w ogóle nie używane. Gdyby nie wysoka trawa z chwastami rosnąca wokół niego, można by powiedzieć, że ktoś o niego bardzo dobrze dbał każdego dnia.

— Wow! Super wygląda! — krzyknęła Sylwia na jego widok, wysiadając z samochodu.

— Mówiłem, że będzie ci się podobał.

— Skąd ty żeś go wytrzasnął? — zapytał Wojtek, nie mogąc oderwać wzroku od niego.

— Internet — odparł krótko. — Nie był za drogi, więc kupiłem.

Wszyscy momentalnie spoważnieli i zaskoczeni spojrzeli na Marka.

— Jaasne — odparła podejrzliwie Sylwia. — Mów prawdę.

— No, dobra. To jest chata od znajomego. Pożyczył mi kluczyki na weekend. Mamy tylko go zostawić w takim stanie, jak go dostaliśmy.

— Kto pożycza dom?

— Koleś, który ma kilka domów rozsianych po całej Polsce — odpowiedział szybko.

— Dobra, mało ważne — wtrącił Wojtek. — Wchodzimy!

Ruszyli do środka, by rozejrzeć się po jego wnętrzu i tu kolejne pozytywne zaskoczenie. Wszystko było nowe, jakby w ogóle nieużywane. Ławy drewniane, solidne krzesła, kominek z otwartym paleniskiem. Pod oknem pościelone łóżko, nakryte czerwonym kocem.

Wojtek zadowolony z tego widoku, wziął za rękę Zosię i pobiegli oboje po schodach na piętro, gdzie zastali prawie identycznie wystrojony pokój. Wszystko jakby przygotowane dla nich, by czuli się w chacie jak w najlepszym, góralskim domu.

— To my bierzemy górę — powiedział Wojtek do Marka i Sylwii, którzy także przyszli sprawdzić piętro.

— Tylko grzecznie mi tu.

Zosia zawstydziła się jego słowami, a Wojtek tylko popatrzył na swojego kolegę i uśmiechnął się bez słowa.

— To kiedy robimy grilla? — zapytała Sylwia. — Nie wiem jak wy, ale ja jestem głodna.

— Przynieśmy nasze walizki — odpowiedział jej Marek. — Dziewczyny zajmą się rozpakowywaniem, a my kolacją.

— Dobry pomysł — poparła jego słowa Sylwia. — Nie zapomnij przynieść nam winko.


***


Zgodnie ze słowami Marka, w nocy w całej okolicy nie świeciła się żadna latarnia. Jedyne światło jakie teraz na nich padało, to lampa zapalona nad drzwiami wejściowymi i płomienie świeczek, ustawionych na drewnianej ławie, którą wynieśli sobie na zewnątrz. Na ławie prócz świeczek znajdowało się jeszcze niedojedzony karczek z grilla, kilka poprzewracanych puszek piwa i butelka wina, która była zaledwie do połowy opróżniona.

Dziewczyny siedziały na swoich miejscach i męczyły kolejne kieliszki wina, przyglądając się chłopakom, dzielnie walczącym z grillem i kiełbasą, której już nikt z nich nie był w stanie zmieścić.

— Chłopcy, wy już chyba macie dość piwa — powiedziała Sylwia, patrząc na ich mętne, zamykające się oczy i dziwne, niespokojne ruchy przy grillu.

— Chyba oszalałaś — szybko odpowiedział jej Wojtek. — To moje… — próbował policzyć puszki na stole, ale nie wychodziło mu to za dobrze, więc uśmiechając się do Zosi, podniósł piwo, które trzymał w ręce i odpowiedział: — Pierwsze.

Ta tylko pokiwała głową, ale zaraz odezwał się Marek, mówiąc:

— My się dopiero rozkręcamy.

— Tak, tak.

— No, co wy dziewczyny? Przyjechaliśmy się tu rozerwać. Jutro wolne, możemy spać do woli.

— A później dalej balować — dodał Wojtek stukając się puszkami piwa z Markiem.

— Jak tak będziecie pić, to w ten weekend pożytku z was, chłopaki nie będziemy miały — odpowiedziała im Sylwia, patrząc na nich z lekkim, seksownym uśmiechem.

Obaj popatrzyli na siebie, oburzeni jej oskarżeniem i zaraz Marek jako pierwszy odpowiedział:

— O to się nie bójcie.

— Dla was zawsze będziemy mieli siły.

Marek spojrzał na w połowie pełną butelkę wina i zaraz je zaatakował:

— Coś widzę, że wam te wasze wino nie podchodzi! Może przerzućcie się lepiej na piwo. — Uniósł jeden z licznych sześciopaków, które przywieźli ze sobą i dopowiedział: — Mamy ich pod dostatkiem.

— My nie narzekamy. Po prostu pijemy z klasą — odpowiedziała mu Sylwia. — Co nie, Zosia?

— Dokładnie.

— Chyba z klasą przedszkolaków — skwitował ich słowa Wojtek. — Dawaj Marek — wziął do ręki piwo i podniósł puszkę do góry, chcąc stuknąć się nią z kolegą. — Pokażemy jak się pije w górach.

— Tak jest.

Wojtek wziął większy zamach, by zagrać cwaniaczka, lecz minął się i nie trafił w puszkę przyjaciela. Jego ciało przechyliło się nagle do przodu, tak że nogi nie zdołały utrzymać równowagi. Zrobił jeszcze kilka kroków do przodu i przewrócił się na ziemię. Marek zaczął śmiać się z niego tak bardzo, że aż zamknął oczy i po chwili musiał sam walczyć o utrzymanie równowagi. Na szybko musiał chwycić się czegokolwiek i na jego nieszczęście w pobliżu stał tylko grill. Położył rękę na gorącym karczku i aż syknął z bólu, odrywając od niego rękę i przewracając się na ziemi. W pierwszej chwili wszyscy przestraszeni spojrzeli na niego z przejęciem, ale gdy ten patrząc na swoją poparzoną rękę zaczął się śmiać, to wtedy strach wszystkim minął i każdy zaczął śmiać się głośno.

— Przykro mi chłopaki, ale pora się zbierać — powiedziała po dłuższej chwili do nich Sylwia.

— No, co ty? Taki piękny wieczór mamy — odpowiedział Marek.

— Raczej noc. Jest już po pierwszej.

— Serio? — Marek popatrzył na Wojtka, później na puszkę piwa, które trzymał w ręce i odparł: — Ja mam jeszcze pół piwa.

— Ja też — dodał Wojtek. — Jak chcecie to idźcie już, my dopijemy to i zaraz do was przyjdziemy.

— Mam nadzieję, że wiecie, że dzisiaj śpicie razem ze sobą — od razu odpowiedziała mu Sylwia.

— No, co ty? Ja mam pokój z moją kochaną Zosieńką na górze — od razu odparł jej oburzony jej słowami Wojtek.

— Nie potrafisz ustaw w miejscu, a ty chcesz wchodzić po schodach?

— Pomożecie mi.

— Jaasne — wyśmiała jego słowa Sylwia. — Zostawcie już lepiej to piwo i idźcie już do środka. My tu posprzątamy tutaj.

— Zosia i ty na to pozwolisz? — zapytał swoją dziewczynę Wojtek, chwiejąc się i podpierając na ławie.

— Sylwia ma rację.

— No, weź.

— Wojtek chodź, idziemy — powiedział do swojego kolegi Marek, biorąc puszkę z piwem do ręki. — Dopijemy co mamy w środku. Pokażemy im na co nas stać.

Sylwia parsknęła śmiechem, a Marek odparł:

— Ty się lepiej nie śmiej.

— Bo co?

— Bo… ty wiesz.

Uśmiechnęła się tylko i zaczęła zbierać puste puszki, dobrze wiedząc kto ma rację, a chłopaki błędnym krokiem i z niemałym trudem ruszyli do domku.

— Zosia przyniesiesz jakieś worki na śmieci? — zapytała Sylwia, sprawiając że koleżanka natychmiast poszła za chłopakami do środka, by ich poszukać.

Nie trwało to długo, gdy wyszła z nimi w ręce i czymś rozbawiona, powiedziała:

— Już śpią.

— Trafili chociaż na sofę?

— Śpią w swoich objęciach — zaśmiała się Zosia, mówiąc to.

— To są właśnie nasze chojraki.

2. Przedwczesny koniec weekendu

Następnego dnia, z samego rana, dziewczyny zabrały się za przyrządzenie śniadania. Wiedziały, że będzie ciężko zbudzić śpiących razem chłopaków, przez to nawet nie próbowały tego robić. Zjadły w spokoju przyrządzone przez siebie kanapki i z kubkami pełnymi kawy wyszły na taras, by delektować się piękną, letnią pogodą.

— Ale tu cisza — powiedziała Zosia, delektując się spokojem całej okolicy.

— Trzeba przyznać, że dobre miejsce znalazł ten nasz Mareczek.

— Podobno blisko jest granica z Czechami.

Sylwia wzruszyła ramiona nieprzejęta tym faktem, ale wyczuwając zamiary koleżanki, zapytała:

— Chciałabyś tam iść?

— Nie wiem. Nigdy nie byłam za granicą.

— Nawet w Czechach?

Zosia lekko zawstydzona, tylko pokiwała przecząco głową.

— To wyciągniemy ich dzisiaj na spacer.

— Myślisz, że będą chcieli iść?

— Nie mają wyboru — odparła, śmiejąc się. — Zabrali nas ze sobą, to muszą o nas zadbać, co nie?

Przytaknęła tylko koleżance głową, a ta wstała zdecydowanym ruchem i dodała:

— Czas zbudzić naszych pijaczków.

— Może dajmy im jeszcze chwilę.

— Po co? Jest już prawie dziewiąta. Przecież nie będą spać cały dzień. Chodź, mam dobry plan.

Wróciły do środka i Sylwia podała Zosi z kuchni garnek i metalową chochlę.

— Zabiją nas za to.

— Trudno — odpowiedziała, wzruszając ramionami Sylwia i ruszyła jako pierwsza w stronę kanapy, na której spali chłopaki. Zosia podeszła do niej nieśmiało i Sylwia zaczęła po cichu odliczać, zbliżając chochlę coraz bardziej do spodu garnka, aż w końcu z uśmiechem od ucha do ucha, zaczęła energicznie uderzać w nią, wołając:

— To jest wojna chłopaki! Wstawać! Szybko!

Obaj aż podskoczyli z kanapy, zaskoczeni i przestraszeni nagłą pobudką. Zaczęli się nerwowo rozglądać, aż w końcu spojrzeli na dziewczyny i chwytając się z głowy, położyli się z powrotem.

— Ocipiałyście? — zapytał ich Marek, kładąc się i zamykając oczy.

— Już dwunasta, dość spania. — powiedziała do nich Sylwia. — Idziemy na spacer, trzeba spalić te wasze promile.

— Oszalałyście!? — odparł im zmęczonym głosem Wojtek. — Nigdzie nie idę.

— Ja znam lepszy pomysł na spalenie z wami promili — dodał Marek, leżąc i uśmiechając się pod nosem.

— Do tego trzeba mieć siły, mój drogi — od razu odpowiedziała mu Sylwia. — Jak nie chcecie z nami iść, to pójdziemy same.

— Gdzie?

— Pozwiedzać okolicę — odpowiedziała mu oburzona. — Przecież nie przyjechałyśmy w góry, żeby siedzieć na dupie.

— To sobie idźcie, ja nie mam siły — odparł jej Wojtek.

Sylwia ruszyła podenerwowana do drzwi, gdy Marek siadając na łóżku i próbując powstrzymać ból głowy, powiedział:

— Nie, poczekajcie. Lepiej same po lesie nie chodźcie.

— Nie będziemy tracić dnia dla dwóch pijaków. Śniadanie macie na stole. Idziemy się rozejrzeć po okolicy, a jak wrócimy, to idziemy za granicę. Zosia chciałaby zobaczyć kilku przystojnych Czechów.

Obaj popatrzyli na nią zaskoczeni, a ta tylko zawstydziła się i kiwając głową, odparła:

— Nieprawda.

— I do tego trzeźwych — dodała Sylwia, chwytając ją za rękę i odchodząc od nich.

— Tylko uważajcie na wilki i niedźwiedzie — rzekł do nich Wojtek, chcąc je nastraszyć.

— Poradzimy sobie z nimi — odparła niewzruszona jego słowa Sylwia.

Po tych słowach obie kobiety wyszły na zewnątrz i nie bardzo mając plan, dokąd się udać, ruszyły po prostu w lewo, kierując się w stronę pobliskiego lasu.

— Tu powinny być przepiękne widoki, co nie Zosia?

— Myślę, że tak.

Sylwia aż się zatrzymała, słysząc jej przestraszony ton głosu i powiedziała:

— Nie bój się, oni żartowali z tymi wilkami.

— Czy ja wiem.

— Zosia?!

— Przecież dużo się słyszy o niedźwiedziach w naszych lasach.

Chwyciła Zosię pod ramię i ruszyła ochoczo do przodu, mówiąc:

— Ze mną ci nic nie grozi. Ja cię obronię.

Prowadziła koleżankę przed siebie, wchodząc coraz bardziej w głąb lasu, aż w końcu doszły do upragnionego miejsca — małej polanki, na której ku ich zaskoczeniu stała ławeczka, skierowaną wprost w przepiękny widok, który przed nimi się rozpościerał.

— Ale tu pięknie — powiedziała Zosia, zachwycona widokiem.

— Mówiłam.

Usiadły i zaczęły przyglądać się otaczającym je, zalesionym szczytom górskim i różnym wieżom obserwacyjnym oraz schronisku znajdującym się na jednym ze szczytów. Na wysokich płaszczyznach górskich stały nieliczne, pojedyncze domki, z których jeden wyglądał ciekawiej od drugiego, a w dolinie ukrywało się miasteczko, które już zdążyli odwiedzić. Nie było ono duże, ale znajdowało się pośród gór, jakby ktoś specjalnie je tu utworzył, by ukryć przed światem.

— Właściciel tego domu, wiedział co robi, budując go właśnie tutaj — stwierdziła Sylwia.

— Pięknie tutaj.

— Ta góra pewnie stanowi granicę z Czechami — powiedziała Sylwia, wskazując na górę po prawej stronie.

— Tak blisko?

— Jak chłopaki dojdą do siebie, to ruszymy zobaczyć, co u sąsiadów słychać.

— Myślisz, że będą chcieli?

— A mają inny wybór? — odpowiedziała i zaśmiała się sama z siebie. — Osobiście nie lubię chodzić po górach, ale dawno nie piłam czeskiego piwa.

— Może to ich zachęci do spaceru.

— Widzisz dziewczyno, już zaczynasz dobrze kombinować.

Sylwia zadowolona z koleżanki, już chciała klepnąć w udo, siedzącą obok siebie koleżankę, gdy ta nagle wstała i poruszona czymś, zaczęła się czemuś w oddali uważnie przyglądać.

— Co się stało? — zapytała ją Sylwia, zaskoczona jej zachowaniem.

— Popatrz tam — odpowiedziała przejętym głosem.

Podążyła wzrokiem we wskazanym kierunku, gdzie stał bardzo wysoko w górach biały, mały domek. Odległość była znaczna, więc musiała wytężyć wzrok, by przyjrzeć się mu uważnie.

— Ale o co chodzi?

— Przed tym domem. Tam są jacyś żołnierze.

— Gdzie? — zapytała ją Sylwia, mrużąc oczy i próbując cokolwiek dostrzec.

Dopiero wytężając maksymalnie swój nie za dobry wzrok, dostrzegła dziwne poruszenie przed tamtym domem. Grupa kilkunastu ludzi uzbrojonych w karabiny, wyglądem bardzo przypominających Syryjczyków, poruszała się wokół domu. Jedynie dwóch z nich stało przed głównym wejściem i wyraźnie na coś czekało.

— Dobrze widzę? Oni mają broń? — zapytała Sylwia, chcąc potwierdzić swoje podejrzenia.

— Może to policja — łudziła się Zosia.

— Nie wyglądają na policjantów.

Uzbrojeni żołnierze wtargnęli do domu i już po chwili, wyciągnęli siłą na zewnątrz starszego mężczyznę. Ten unosząc ręce wysoko w górę, uklęknął przed nimi. Po chwili jeszcze jeden z napastników wyszedł do nich z domu, ze starszą kobietą, prowadzoną przed nimi, również z rękami w górze.

— Co tam się dzieje? — skomentowała to Sylwia, z przerażeniem przyglądając się temu uważnie.

Nagle mężczyzna, ubrany w czarną kamizelkę wojskową i noszący okulary przeciwsłoneczne na nosie, podszedł do starszego gospodarza i wyciągnął broń zza pasa. Wycelował ją w głowę mężczyzny i bez zawahania wystrzelił, zabijając go na oczach wszystkich. Sylwia aż krzyknęła z przerażenia, widząc to. Morderca wycelował swoją broń w żonę gospodarza i również wystrzelił do niej, bez żadnych skrupułów.

— O mój Boże — powiedziała z przerażeniem w głosie Sylwia. — Oni ich zabili.

— Oni nas widzą — odezwała się trzęsąca się ze strachu Zosia.

Jeden z napastników patrzył na nich przez lornetkę i pokazał pozostałym w ich kierunku.

— Co?! Uciekamy! — aż krzyknęła Sylwia ze strachem w głosie.

Obie od razu zaczęły biec, ile miały tylko sił w nogach.

— Oni ich zabili… bez żadnego zawahania… — mówiła ze łzami w oczach Sylwia. — Na pewno to samo zrobią i z nami. Niepotrzebnie tu przyszłyśmy. Mogłyśmy tego nie widzieć.

Dziewczyny szybko dotarły do domu, przed którym chłopaki już siedzieli przy ławie i w spokoju, jakby nigdy nic, jedli śniadanie i pili kawę.

— Uciekamy stąd! Szybko! — krzyczała do nich Sylwia.

— A wam, co się stało? — zapytał ich Wojtek, niewzruszony ich zachowaniem. — Dzika wiewiórka was goni?

— Cholera Wojtek! Zaraz tu będą! Szybko, zabieramy się stąd!

— Idę po nasze rzeczy — powiedziała Zosia.

— Nie ma czasu. Zostaw je! Weź tylko kluczyki! — spojrzała na wciąż siedzących przy stole chłopaków i zdenerwowana, krzyknęła: — Ruszcie się! Jedziemy!

— Ale, o co wam chodzi? — zapytał ją Marek, wstając i chwytając ją za rękę. — Sylwia, uspokój się.

Ta już nie wytrzymała. Popłakała się i tuląc się do niego, powiedziała:

— Widzieliśmy jak zabijają ludzi. W biały dzień, bez żadnego zawahania.

— Co? — zapytał Wojtek. — O czym wy mówicie?

— Zabili ich! Rozumiesz! Strzelili im w głowy! Jakby nigdy nic, a teraz jadą tutaj.

— Skąd wiesz, że tu jadą? — zapytał Marek.

— Widzieli nas. Chcą nas zabić tak samo, jak tamte starsze małżeństwo.

— Jesteście tego pewne?

Sylwia tylko przytaknęła głową, a wtedy Zosia wyszła z domu i powiedziała:

— Mam kluczyki i dokumenty.

— Nie wiem, czy powinienem prowadzić — powiedział z zawahaniem w głosie Wojtek.

— Co?! — od razu zareagowała nerwowo Sylwia.

— No wiecie, trochę wczoraj się wypiło, a prawa jazdy nie mogę stracić.

— A życie chcesz stracić?!

— Zosia masz prawo jazdy? — zapytał ją Marek.

— Nie mam.

— Nie mogę tu zostawić auta, w firmie mnie zabiją.

— Zaraz przez ciebie, nas wszystkich tu zabiją — odpowiedziała mu Sylwia i zabierając od koleżanki kluczyki, dodała: — Walić twoje auto, Wojtek. Ja zabieram się stąd i to już.

Wojtek nie wiedząc co ma zrobić, stał przez chwilę w miejscu, ale widząc zdecydowane aż w końcu ruszył do swojego samochodu.

— Kurwa! Dawaj mi kluczyki — powiedział do Zosi i sam zasiadł za kierownicę swojego samochodu.

Zosia usiadła obok niego i nie pytając o nic, ruszyli za Sylwią, która nie zastanawiając się dłużej, ruszyła w dół, ku miasteczku, by jak najszybciej opuścić to niebezpieczne miejsce.

— Kim oni byli?! — zapytał Wojtek.

— Nie wiem. Wyglądali jak jacyś żołnierze.

— Polscy?

— Nie, na pewno nie.

— I tak sobie, zabili ludzi?

Zosia tylko przytaknęła głową, ale widząc, że Wojtek niezbyt pewnie prowadzi i pokonuje zakręty z coraz bardziej niebezpieczną prędkością, powiedziała:

— Może zwolnij trochę.

Nic nie odpowiedział, ale i nie posłuchał jej prośby.

— Jak rozbijemy się na zakręcie, to na pewno im nie uciekniemy.

— Ja umiem prowadzić, w przeciwieństwie do ciebie — nie wytrzymał i z piskiem opon pokonywał kolejny zakręt.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 5.61
drukowana A5
za 35.06